22 kwi 2017

Smiley CD White

Kruk był uroczy na swój sposób. Wyglądał nawet na dżentelmena takim jakim był jego właściciel. Już na pierwszy rzut oka jak dla mnie pasowali do siebie, wręcz idealnie.
White spytał się mnie czy mam jakieś plany na dzisiaj. Myśląc przez chwilkę, aby się upewnić czy na pewno nie mam żadnych ważnych obowiązków do zrobienia dzisiaj.
- Jestem wolna i nie mam żadnych obowiązków do zrobienia no i planów - uśmiechnęłam się w jego stronę. - A co z tobą? - spytałam trochę nie pewnie.
Wczorajszy dzień spędziłam w towarzystwie chłopaka bardzo dobrze, a nawet mówiąc doskonale. Mało kiedy się z kimś tak dobrze bawiłam. No może poza Azucar'em, ale to już inna bajka. White miał w sobie to, że cały czas byś się uśmiechał i dobrze bawił.
- No to widzisz jesteśmy razem - uśmiechnął się, a ja ucieszyłam się jak małe dziecko, że dzisiejszego dnia nie będę musiała sobie sama szukać rozrywek.
- To co będziemy robić? - spytałam się, a on spojrzał na mnie. Sam zapewne nie wiedział co, ale na pewno wpadnie na jakiś super pomysł.
- Jeszcze muszę się zastanowić, ale na pewno coś wymyślę - powiedział lekko zamyślony, a ja wpadłam na pewien pomysł.
- Pójdziemy może nad Jezioro życzeń? Z tego co słyszałam to jest to przepiękne miejsce i nigdy nie ma prawie tam słońca widać, oprócz jak zachodzi - spojrzałam się na niego. - Zawsze po drodze możemy zejść z drogi i pójść tam gdzie nas stopy lub wiatr zaniesie - dodałam z uśmiechem na twarzy.

<White?>

Rue CD Akuma

Postrzelił Akumę. Przebił mu plecy, płuca. Nie żył. Leżał na ziemi i nie oddychał, zamiast tego tylko zalewał się krwią. Gdy chciała się zatrzymać i mu pomóc, był coraz dalej. Tak, jakbym się od niego oddala i zamiast być blisko nie, biegnę wprost na mordercę, który celował w moją stronę broń. Chciałam krzyczeć, ale zamiast tego on strzelił.
W tym samym czasie usłyszałam dziwny dźwięk, jakby coś metalowego uderzyło o kafelki.
Szybko otworzyłam oczy i usiadłam na łóżku, a białe światło od razu mnie poraziło w oczy. Szybko złapałam się twarzy, jakbym chciała dotknąć oczu, ale tylko je zamknęłam i przycisnęłam do rąk. Przechyliłam się na bok, a po chwili leciałam w dół lądując na ziemi. Słyszałam tylko jakieś szuranie. Nim zdązyłam zrozumieć co się tak właściwie dzieje, poczułam czyjś dotyk, a potem swoje imię. Tyle, że było ono wypowiedziane tak słabo i cicho, że myślałam w pewnym momencie, że mam chory umysł. Ale gdy otworzyłam oczy zobaczyłam chłopaka, a z tyłu leżącą na ziemi jakąś dziwną maszynę.
- Dlaczego wstałeś?! Powinieneś leżeć! - mimo iż chciałam to wykrzyknąć, mówiłam równie cicho i słabo jak on. Tyle, że ja szybciej i bardziej energiczniej, jakby wstrzyknęli mi jakiś narkotyk.
- Nic ci nie jest? Jak się czujesz? Co my tu robimy? Co się stało? - zadawał miliony pytań, które zaczęły mącić mi w głowie. Musiałam mu zatkać usta ręką, aby się ucieszył.
- Spokojnie, tyloma pytaniami zaraz mi rozsadzisz głowę - skrzywiłam się na samą myśl o tym. - Najpierw to wróć na łóżko, nie powinieneś się z niego ruszać - dodałam.
- Ale czy tobie nic nie jest? - zapytałam ściągając moją rękę ze swoich ust. Zmarszczyłam brwi.
- Nic - byłam na niego zła, że w ogóle się ruszył stamtąd. Czy on nie pamięta o postrzale? A co, jeśli jeszcze mu nie wyjęli kulki i teraz mogła się przesunąć raniąc mu jakiś narząd? Na tą myśl miałam ochotę od razu wstać, ale nie mogłam tego zrobić. Moja noga była całą zabandażowana i usztywniona, nie mogłam nią poruszać, chyba, że tylko stopą. Potem aż do połowy uda było usztywniona. - Wracaj do łóżka! - szturchnęłam go. - Po za tym rozwaliłeś to coś - wskazałam na jakąś maszynę z dziwnymi sznurkami. W sumie, to ja też byłam to tego podpięta i to nie było ani trochę wygodne. Tym bardziej, że ręka mi się w tym poplątała.
- No i co - mruknął zły. - Co my tu robimy? - zapytał.
- Nie pamiętasz? - zapytałam zdziwiona. Brakuje jeszcze tego, żeby miał amnezję, chociaż w to wątpię, skoro o mnie pamiętał. W odpowiedzi pokręcił przecząco głową. Zaczęłam mu tłumaczyć o wczorajszym dniu, jak nas zaatakowali, postrzelili, jak próbowaliśmy walczyć, potem jak przyjechała policja i karetka nas zabrała... Ale on tylko pokręcił głową mówiąc, że nic nie pamięta. Raptownie zrobiło mi się okropnie przykro. Pociągnęłam nosem i go przytuliłam nie zwracając uwagi na usztywnioną nogę. - To moja wina, przepraszam cię. Przeze mnie cię postrzelili - zacisnęłam powieki próbując nie płakać, bo to by było głupie. Bynajmniej ja tak sądzę. - Gorzej, jeśli go jeszcze nie złapali. Dalej będzie mogło ci się coś stać, a ty nawet tego nie pamiętasz - zacisnęłam zęby. Byłam zła na niego, że nie pamięta i zła na siebie, bo to była moja wina. - I jeszcze zepsułeś jakąś maszynę, a jak ona jest na twoją astmę, to cię uduszę własnymi rękoma - mruknęłam mniej wyraźnie.

<Akuma?>

Akuma CD Rue

Na początku ból z każdą chwilą stawał się coraz silniejszy. Teraz jednak było zupełnie inaczej. Zamknął oczy, czując, jak cierpienie oddala się powoli, zupełnie jak dryfujący po morzu statek widziany z brzegu w odległości wielu kilometrów. Nie miał bladego pojęcia, co się dzieje. Gdy udawało mu się w końcu rozchylić oczy, szybko je zamykał, gdyż jedyne co widział, to oślepiające czerwono-niebieskie światła. W uszach mu szumiało, ale od czasu do czasu słyszał coś. Był pewien, że to głosy, ale tylko czasem udawało mu się dosłyszeć poszczególne słowa. Jedno z nich, które najczęściej się powtarzało to jego własne imię oraz słowa objęte cenzurą, jeśli chce się brzmieć jak profesjonalista lub przekleństwa, jak statyczny cywil. Rozpoznawał głos Rue, z czasem jednak wydawało mu się, że brzmi on inaczej, bardziej twardo i... męsko? Sam nie wiedział. Był jednak pewien, że dziewczyna cały czas przy nim jest. Czuł, jak z każdą chwilą słabnie.
- Rue...? - wybełkotał tak cicho, że sam tego nie dosłyszał. Właściwie, to powiedział to nieumyślnie, myśląc o niej. Właściwie, to jakaś konkretna myśl pojawiała się u niego co parę sekund. Nie potrafił się skupić. Poczuł muśnięcie na twarzy. Albo mu się to wydawało? Potem nastąpiła ciemność, pozostał sam ze sobą, ale chyba nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.
~~~
Obudził się. A może już wcześniej nie spał? W każdym razie, teraz dopiero otworzył oczy. Zaraz jednak je zmrużył - wszędzie panowała oślepiająca biel oraz niezwykłą jasność, która mocno raziła go w oczy. Przez niemalże całkowicie zamknięte powieki mógł dostrzec... szpitalne łóżko? Tak, leżał na nim. Ale dlaczego? Nie miał bladego pojęcia. Nie wiedział też, dlaczego, do cholery, przypięty jest do tylu... przedmiotów?! Potrafił odróżnić tylko jeden z nich - kroplówka. Nad nim jednak coś pikało. Po chwili jednak też to rozpoznał. Aparatura? Tak. Cholerna, medyczna aparatura. Skoro go do tego podpięto, to czy myślano, że umiera? Nie był pewien... Do tego dwa przedmioty - coś przypominające drukarkę oraz mikrofalę. Bladego pojęcia nie miał, do czego to służy, ale miał ochotę rozwalić to kijem bejsbolowym. Swoim kochanym kijem. Spojrzał w prawo. I ujrzał tam leżącą dziewczynę. Czyli nie jest sam w pomieszczeniu. Zaraz... czy to była... Rue? Miał ochotę wypowiedzieć to na głos, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. O co chodziło? Nie wiedział, dlaczego tak jest. Wkrótce jednak pojął- na jego twarzy znajdowało się coś, co przypominało maskę tlenową. A może w istocie nią było? Nie był pewien. Od razu zaczął jednak próbować ściągnąć urządzenie. Musiał się dowiedzieć, czy u niej wszystko okay. W umyśle kotłowało mu się milion pytań. Dlaczego tu się znajduje? I dlaczego ona się tutaj znajduje?! Czy wszystko u niej okay? Czy to coś poważnego? Dlaczego tutaj są? Co się stało? Nie mógł sobie nic przypomnieć. Kompletnie nic. Ręce miał ciężkie jak ołów, do tego odrętwiałe i nie mógł nimi swobodnie poruszać. Po paru sekundach zmagań nic się nie wydarzyło, przedmiot nadal tkwił tam, gdzie poprzednio. Zaczął szarpać za niego, aż w końcu mu się to udało.
< Rue? >

Smiley CD Vulnere

Dzisiaj naszła mnie ochota, a raczej nie miałam nawet wyjścia i musiałam zająć się nową sztuczką, którą miałam zrobić, jeżdżąc na Szkarłacie. Ubrałam strój tak jak zawsze na ćwiczenia z nim i wyszliśmy z boksu. Za stajnią nadawał się idealnie miejsce do jeżdżenia na nim. Przynajmniej miałam pewność, iż nikt nam nie przeszkodzi. Zaczęłam jak zawsze od małej rozgrzewki, ale jak już przeszłam do normalnych ćwiczeń, nie wychodził mi nowy układ. Co prawda wiedziałam co zrobić w odpowiednim momencie, w jaki sposób i jak, ale nie wychodziło mi to. Coraz bardziej wątpiłam w to, że mi się to uda. Na moje nieszczęście rozpadało się i ziemia zamieniła się w błoto. To mi nie pomogło, w dodatku przewróciłam się i strasznie mnie bolały plecy i ramię. Odpuściłam sobie. Miałam zamiar jutro poćwiczyć jak ból trochę ustanie, a pogoda się zmieni. Podziękowałam Szkarłatowi za dobrze wykonaną pracę. Oczywiście podarowałam mu również jego ulubione smakołyki, bo bez nich to by się nie obeszło.
Wróciłam do namiotu, gdzie zdjęłam ubrania. Strasznie mnie plecy bolały i w dodatku prawe ramię. Yuki i Bisca spojrzeli się na mnie, zmartwionymi oczyma na mnie. Ja uśmiechnęłam się i kucając przy nich, pogłaskałam ich po mordkach.
- Spokojnie to nic takiego - powiedziałam z uśmiechem na twarzy. Rozpogodziło się, więc nie miałam zamiaru siedzieć w namiocie. Wyszłam sama, bo Yuki i Bisca nie mieli ochoty. Idąc sobie, gdzie mnie wiatr poniesie, nucąc sobie pod nosem piosenkę, która ostatnio wpadła do głowy i nie chciała wyleźć, zobaczyłam dziewczynę. Dużo wyższa dziewczyna będąca przede mną, poślizgnęła się, ale w samą porę udało mi się ją złapać.
- Przepraszam. - powiedziała cicho pod nosem dziewczyna. Prawie wcale nie można było jej usłyszeć, ale mi to nie przeszkadzało. Akurat miałam dobry słuch z czego byłam nawet dumna.
- Nic nie szkodzi - odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy.
Co prawda łapiąc ją, użyłam prawej ręki, bo jakby inaczej, ale nie żałowałam tego. Dziewczyna stanęła na równe nogi. Widząc po jej twarzy, była nowa w naszym cyrku i chyba nie miała ochoty rozmawiać z nikim. Nie chciałam jakoś jej farsować rozmową ze mną, więc miałam zamiar po prostu odejść. Jakoś nie miałam chęci, aby rozmawiać z kimś. Dzisiejszy dzień nie należał do tych radosnych, ale uśmiech na twarzy zachowałam, aby nie odstraszyć nikogo.
- Uważaj na następny raz, bo inaczej wylądujesz na ziemi, a nie chciałabym, abyś się pobrudziła błotem. - po wypowiedzeniu tych słów, skierowałam się w inną stronę niż dziewczynę, chowając swoją prawą dłoń w kieszeń. Ból rozprzestrzeniał się coraz to bardziej. Nie chciałam iść do lekarza, nie lubiłam ich. Musiałam po prostu jakoś wytrzymać ten ból i tyle. Przecież przez takie coś nie po raz pierwszy przechodziłam.

<Vulnere?>

Rue CD Akuma

Po kolejnym strzale przestałam już cokolwiek słyszeć, znowu oprócz bicia własnego serca. Z każdym krokiem byliśmy coraz bliżej jakiegoś namiotu, niestety nie potrafiłam określać, do kogo on należał. Parę metrów przed naszym celem poczułam, jak Akuma zaczyna się o mnie opierać. Dobrze, że zdrowa noga znajdowała się po zewnętrznej stronie, dlatego też nie wywaliliśmy się. Czułam, jak raz się opiera, a potem walczy sam ze sobą, aby tego nie robić. Gdy wpadliśmy do namiotu dopiero wtedy słyszałam sygnał policyjny. Już widziałam te czerwone i niebieskie kolory na ich samochodach. Ale najpierw było trzeba się jakoś uratować. Wątpię, żeby Tobias miał zamiar znowu wrócić do więzienia, jeśli był tutaj. A jeśli nie, to jego wspólnicy czy pracownicy (nie obchodzi mnie kim byli dla siebie) raczej nie chcieli by zostać złapani, bynajmniej nie przed wykonaniem swojej roboty. W każdej chwili mogli tu wbiec ze spluwami skierowanymi w naszą stronę i bez problemu wcisnąć spust, aby śmiertelne kulki nas zabiły. Ale czy tak będzie? Szkoda, że nie potrafiłam przewidzieć przyszłości. Ale w tej chwili mnie to nie obchodziło. Moja noga poddała się, tak samo chłopak, z którym wylądowałam na ziemi. Cud, że chociaż w namiocie. Szybko obróciłam się w kierunku wejście i z uwagą obserwowałam zbliżające się cienie. Kiedy wejście się poruszyło instynktownie wzięłam do ręki pistolet i wycelowałam we wroga. Usłyszałam krzyk, a potem tylko wołania, żeby się zatrzymali, że to policja, że nie uciekną, ale mi się wydawało, że już dawno jacyś zdążyli wsiąść do furgonetki i odjechać, a policja nawet pewnie tego nie zauważyła.
- Gdzie cię postrzelili? - zapytałam widząc leżącego Akumę, który zaciskał zęby i trzymał się za bok.
- Gdzieś pod żebrem – wysyczał. Nie zwracając już uwagi na ból nogi czy na cienie na zewnątrz namiotu odkryłam miejsce krwawienia, lekko podciągając jego koszulkę. Musiałam siłą zabrać jego ręce, który kurczowo trzymały się rany. Przeklęłam pod nosem, po części nie wiedziałam co robić, ale z tego co pamiętam, zawsze trzeba zatrzymywać krwawienie. Nie byłam tego pewna, ale nic innego nie przyszło mi głowy. Rozejrzałam się po pokoju i szybko sięgnęłam po przypadkowe ubranie.
- Mam nadzieję, że to nie twoja ulubiona bluza czy coś – mimo, iż to miało być zabawne, w takich okolicznościach nawet się na to nie zwraca uwagi. Przycisnęłam ubranie do rany próbując zatamować krwawienie. Akuma zaczął przeklinać pod nosem i dalej zaciskając zęby oraz powieki. Kiedy drzwi do namiotu się uchyliły chciałam szybko chwycić pistolet i postrzelić ta osobę, ale w porę zauważyłam, że to był Pik.
- Spokojnie – powiedział do mnie, a ja szybko wróciłam do zaciskania rany przyjaciela. - Tutaj! - krzyknął gdzieś w bok, ale się tym nie zainteresowałam.
- Tylko nie trać przytomności – przygryzłam dolną wargę. Okropnie się czułam mając świadomość, że to moja wina. Równie dobrze mogłam spłonąć razem z resztą w tamtym cyrku, zamiast siedzieć tutaj i przyprowadzać same zagrożenie na te tereny. Gdyby nie ja, chłopak w tej chwili nie byłby postrzelony. Kto wie, czy to tylko "draśniecie"? A co, jeśli na prawdę coś mu się stało? Jeśli jednak coś stało się z jego żebrem, albo jakimś organem? Co wtedy?!
Do namiotu wbiegli jacyś ludzie, nawet nie zdążyłam chwycić pistoletu, aby się obronić, a już mnie odciągnęli od przyjaciela, którym się zajęła jakaś trójka obcych mi ludzie. Dwóch próbowało pomóc mi wstać, ale widząc nogę szybko przynieśli noszą i mnie na nie położyli. Po przyniesieniu drugich dla Akumy wywieźli nas z namiotu. Nim się drzwiczki zamknęły widziałam tylko jak wsadzają mojego przyjaciela do karetki. Potem tylko zamknęłam oczy i sama nie wiem czy tak szybko zasnęłam, czy straciłam przytomność. Pewnie zasnęłam, skoro potem mi się śnił koszmar z główną rolą przypisaną Tobias'owi. Pojawił się znikąd na terenie cyrku i razem ze swoimi ludźmi zaczął zabijać wszystkich, którzy tylko wyszli ze sowich namiotów. Próbowałam uciec z Akumą, ale on pierwszy poległ, kiedy zamiast strzelić mu w żebro, przestrzelił mu plecy i płuca na wylot.

<Akuma?>

21 kwi 2017

Akuma CD Rue


W obu dłoniach dzierżąc broń, szedł pewnie przed siebie. Chociaż panował nas swoim ciałem, trudno było mu to samo uzyskać ze swoim umysłem. Co z Rue? Gdzie jest? Czy jest bezpieczna? Czy jest ranna? Ilu jeszcze wrogo nastawionych ludzi się tutaj kręci? Zdoła jej pomóc? A może w ogóle nie potrzebuje pomocy? Czy w ogóle on sam jest bezpieczny? Pytania kotłowały się w jego głowie, tworząc prawdziwą burzę myśli. Po niecałej minucie ostrożnego marszu zdołał ogarnąć się na tyle, że jego dolna warga przestała nerwowo drgać (właściwie to nawet nie zdawał sobie sprawy, że tak było ) oraz skupił się na tym, co robi. Po przejściu paru kroków usłyszał ściszone głosy. Nie wyłapał poszczególnych słów ani nie rozpoznał żadnego głosu, ale był pewien, że to ludzie Tobiasa. A może nawet on we własnej osobie? Czuł buzujące w nim emocje - złość, a raczej wściekłość, strach, niepokój, nadzieję. " Nadzieja matką głupich ", jak to zostało dawno temu powiedziane. Nie wierzył jednak w te słowa, bo nadzieja, to tak na prawdę wszystko, co mu teraz pozostało. Oraz dwa pistolety. Tak, to zdecydowanie ogromny plus, właściwie to przeważający o jego najbliższych chwilach. Możliwe, że ostatnich. Po paru przebytych metrach ujrzał zaparkowaną czarną furgonetkę w cieniu siedmiu wysokich drzew. Słabo widoczna, jednak gdy już zdążył wyłapać ją wzrokiem i skupić się na odpowiednim miejscu, mógł dostrzec zarys tylnych drzwi, opon oraz przodu pojazdu. Wyraźnie słyszał, że dźwięki rozmowy miały swoje źródło właśnie w nim. Ostrożnie obszedł wóz tak, by znaleźć się centralnie za drzwiami prowadzącymi na pakę pojazdu. Nie miał pewności, że tam właśnie znajduje się Rue, ale coś mu to podpowiadało. Tyle, że równie dobrze może nie być tam sama. Wsadził pistolet w lewą kieszeń spodni tak, by w razie czego od razu chwycił za rączkę i mógł wymierzyć. Wolną dłoń postawił na klamce, drugą uniósł, mierząc prosto przed siebie. Wziął głęboki oddech i długo się nie zastanawiając, z bijącym głośno sercem, powoli, cicho otworzył drzwi. Światło księżyca natychmiast oświetliło wnętrze. Pierwsze co zobaczył, to leżącą na środku postać - bez trudu ją rozpoznał. Zauważył jednak znaczne utrudnienie w ucieczce - skrępowane nogi oraz dłonie. Napotykając jej wzrok przyłożył palec do ust na znak, by zachowywała się cicho. Nie musiała kiwać głową by wiedział, że właśnie tak postąpi. Zaczął najszybciej oraz najciszej, jak tylko potrafi rozwiązywać krępujące ją sznury. I wtedy zauważył jeszcze jeden, istotny szczegół - jej noga krwawiła. Na moment przestał, ale szybko sobie uświadomił, że z każdą chwilą ryzyko ich śmierci wzrasta. Gdy poradził sobie z szczerze mówiąc prostym węzłem na jej nogach, zaczął rozplątywać ten na dłoniach. Poszło mu szybciej, gdyż już mniej więcej wiedział, jak sobie poradzić - liny związano identycznie. Bez słowa pomógł jej podnieść się do pozycji siedzącej, a następnie przesunąć się w stronę wyjścia, szurając przy okazji siedzeniem o matę, na której wcześniej leżała. W momencie, gdy przełożył jej ramię nad swoim karkiem i objął ją, trzymając nieco ponad łokciem ( powierzył jej pistolet ), usłyszał trzask otwieranych drzwi.
- Biegnij - rozkazał szeptem, jednak to i tak poskutkowało. Oboje wystrzelili do przodu jak z procy, kierując się w stronę namiotu chłopaka. Po paru sekundach usłyszał, że mężczyzna, który właśnie wysiadł z wozu krzyczy coś do swojego wspólnika, po czym strzela. Kilka kolejnych huków przeszyło powietrze, zanim nie poczuł nagłego bólu w prawym boku, tuż pod żebrami. Jęknął głośno, ale biegł dalej, zagryzając mocno szczęki. W tym samym momencie usłyszał wycie syren w oddali. A więc policja? Nie mógł myśleć racjonalnie, z każdą chwilą czuł coraz to większy ból. Trudno mu się myślało, był w stanie po prostu dalej biec, podtrzymując Rue, jak najlepiej mógł. Mimo tego wiedział, że musiała bardzo cierpieć. Po paru następnych krokach przyłapał się na tym, że próbuje się na niej podeprzeć.

< Rue? >

Volante CD Lunativ

Spoglądałem z przerażeniem na chrapy bestii. Koń Lónga swoją wielkością i wyglądem przypominał dorodnego byka, na którego widok miałem ochotę uciekać ile sił w nogach. Przełykałem zestresowany ślinę. Cóż, nieco bałem się koni. Szczególnie gdy były ode mnie większe o półtora głowy. Jednakże spróbowałem się przemóc i pogłaskałem go po pysku.
- Hej wielki... - Mruknąłem cicho. Zwierzę jak zaczarowane zaczęło się wręcz łasić i spędziłem kolejne minuty na gładzeniu i klepaniu grubej, pokrytej szorstkim włosiem skóry. Ciepło jakie od niego biło było miłe. Nawet bardzo.
Lóng zaczął oporządzać swojego wierzchowca, podczas gdy ja w ciszy się temu przyglądałem. A raczej jemu, mężczyźnie, który stawiał stanowcze kroki, dumnie napinał mięśnie podczas szczotkowania i wyglądał jak szlachta. Polubiłem obserwowanie go, nawet przy takich prostych czynnościach, wszystko co robił wydawało się zaplanowane i przemyślane. Mimowolnie zagryzałem wargi, gdy zaciskał mocniej szczękę, czy poprawiał włosy, które spadały mu na twarz.
Nim się spostrzegłem, wyprowadzał już Abla z boksu, więc ruszyłem za nimi. Dosiadł konia, przyszła kolej na mnie. Zrobiłem to niepewnie, ale udało mi się i za chwilę siedziałem tuż za Lóngiem.
- Prowadź. Wskazuj mi, jak mam jechać. - Powiedział krótko, po czym nakazał wierzchowcowi ruszyć. Poleciałem lekko do tyłu, jednak uchroniłem się od upadku, łapiąc się kurczowo bioder mężczyzny przede mną. Spojrzał na mnie przed ramię. Prawdopodobnie wyglądałem jak duch. Blady, przerażony, ciężko oddychający. Uniósł nieznacznie brwi, a ja podciągnąłem się do dawnej pozycji.
- Mogę Cię objąć? - Spytałem będąc dalej w lekkim szoku. Przewrócił oczami, jednak kiwnął głową i ponownie skierował wzrok przed siebie. Zrobiłem to, o co pytałem, przylegając mocno do jego pleców. Momentalnie poczułem się bezpieczniej, jakby cały stres i zdenerwowanie uciekło wraz z nawiązaniem z nim kontaktu fizycznego. Patrzyłem nad jego ramieniem i co jakiś czas dawałem wskazówki co do kierunku, w którym ma się udać. Jechał dosyć wolno, co i tak nie dawało mi całkowitej pewności co do mojego bezpieczeństwa, więc nie poluźniałem uchwytu.
No, było to też spowodowane tym, że najzwyczajniej nie chciałem się od niego odsuwać, co było dosyć. Dziwne. Tak, dziwne. No ale cóż.
- To tu? - Przerwał nagle moje zamyślenie. Nawet nie zorientowałem się, że w pewnym momencie zacząłem wdychać jego zapach, który wydawał się mieszanką męskich perfum, konia i... wanilii? Mimo wszystko, ten nietypowy miks był przyjemny dla nozdrzy, więc z radością go... uch obwąchiwałem.
Rozglądnąłem się. Dojrzałem znajomy mi strumyk i polankę. Pokiwałem głową i zsunąłem się z konia, rozprostowując przy tym kości. Po wycieczce bolał mnie tyłek, ale to chyba normalne po pierwszej prawdziwej jeździe. Przeciągnąłem się, wypychając mocno biodra do przodu i stękając cicho. Zamlaskałem.
- No, to tu. - Uśmiechnąłem się do chłopaka, który stał już przy mnie.
Gdy ten przywiązywał Abla do drzewa, ja już pluskałem się w wodzie, nie przejmując się moimi rzeczami, które leżały wyjątkowo blisko brzegu. Rzuciłem je tam nieuważnie, pragnąc tylko rzucić się do odświeżającego toni. Uśmiechałem się, wyciągając buzię do słońca, które dzisiaj wyjątkowo mocno grzało. Było ciepło i to chyba było największym szczęściem jakie ostatnimi czasy mnie spotkało.
Poczułem na sobie wzrok. Otworzyłem leniwie oczy i spojrzałem na stojącego na trawie Lónga, który stał z założonymi na piersi rękami. Pomachałem do niego, a on uniósł brwi. Zaśmiałem się.
- Wskakujesz, czy masz zamiar tam zostać i śmierdzieć do końca dnia? - Zamachałem mocniej nogami, aby popłynąć nieco wyżej. Westchnął i zaczął rozpinać tę swoją marynarkę, następnie koszulę. W przeciwieństwie do mnie wszystko dokładnie składał i odkładał w jedno miejsce. Ja natomiast wpatrywałem się w jego ciało. Czułem się nieco zawstydzony. Był dobrze zbudowany, nawet bardzo, podczas gdy ja przypominałem tego dryblasa, którego każdy miał kiedyś w klasie. Chudy, wysoki, no cóż, może miałem jakieś tam mięśnie, ale i tak nie były porównywalne do tych jego. Jednakże on był w armii przez kilka dobrych lat, podczas gdy ja skaczę po drzewach i wieszam się na trapezie.
Nie wskoczył do wody tak jak ja. Wszedł do niej powoli, przyzwyczajając ciało do chłodniejszej temperatury. Był ostrożny i spokojny. Przeciwieństwo mnie, nieco narwanego romantyka, który błądzi głową w chmurach. Podobała mi się ta jego stałość, stabilność. Czułem się jakby był swego rodzaju kotwicą. Kotwicą, która przez te dwa dni pozwoliła mi się jej złapać i nieco uspokoić oddech, który dotąd był nierówny.
Powoli obmywał ramiona, zanim zanurzył się po szyję. Gładził spięte ciało, chcąc je nieco rozmasować, rozluźnić.
W wodzie, mimo, tego jak chłodna było, nagle zrobiło mi się gorąco. Zanurkowałem, odsuwając "latające" włosy do tyłu. Rzeka była mętna, przez nurt, który ciągle podbijał muł i piach z dna. Potrzebowałem chwili ciszy i spokoju. Woda mi ją dawała, nie oczekując nic w zamian.
Wynurzyłem się i zerknąłem na chłopaka, który przemywał nieco zmęczoną twarz, która spotykała się już z licznymi uderzeniami, ranami, poparzeniami słonecznymi. Przeżył o wiele więcej ode mnie, a czas odbił się znacząco na jego skórze. Szczególnie na prawym boku, gdzie tkwiła ogromna blizna, której jak dotąd nie zauważyłem. Zmrużyłem oczy i wskazałem na ślad.
- Skąd to masz? - Spytałem bez skrupułów.

< Lunativ? Psiasiam, że krótkie i mleczno-miętowe :/ >

White CD Smiley

Po obudzeniu się czarny ptak mnie nie opuszczał. Nocował sobie grzecznie na moim barku, dobrze, że go nie zgniotłem chociaż pewnie i tak by się obudził. Czarny kruk od razu się obudził, kiedy się poruszyłem. Najwidoczniej Focus miał zostać ze mną, bynajmniej tak sądziłem.
- Dalej nie rozumiem skąd cię mam – westchnąłem opadając na materac zakładając ręce za głowę i znowu zamykając oczy. Miałem ochotę pospać dłużej, ale telefon mi na to nie pozwolił. Wibracje dały o sobie znać pod poduszką, ale nie żałowałem tego, ponieważ dzwonił do mnie mój ojciec. Jak zawsze przywitał mnie radosnym "Wstawaj!", a w tle usłyszałem krzyk młodszego braciszka, który chciał się ze mną przywitać. Ziewając odpowiedziałem, a następnie dowiedziałem się czegoś bardzo ciekawego: kiedy u mnie pojawił się czarny kruk przemieniony z białych anielskich piór, ich skrzydła zrobiły się czarne na dwie godziny. Nie rozumiałem tego. Od razu przeszliśmy do tematu, że nie używam skrzydeł. Mój ojciec był tego przeciwny, ale nigdy nie chciał mnie zmuszać do tego. Teraz po prostu znowu prawił mi morały, ja jedynie przytakiwałem, a na sam koniec odezwał się mój mały Colin:
- Może do niego pojedziemy? Może ze mną polata? - oczywiście udałem, ze tego nie słyszę, a po krótkiej ciszy w telefonie ojciec powiedział, że rzeczywiście pojawią się tutaj za tydzień, kiedy weźmie wolne. Ucieszyłem się, chociaż z rana tego nie było ani widać, ani słychać.
Po krótkiej (czyt. długiej) rozmowie z ojcem wstałem leniwie z łóżka płosząc Focus'a, który wzleciał do góry na parę metrów, a potem usiadł sobie na kufrze. Spojrzałem na niego.
- Czarny kruk z białych anielskich piór - zaśmiałem się pod nosem widząc kufer, w których powinny być moje pióra, a widząc to, co się z nich stworzyło. - To jakaś przestroga? - zapytałem samego siebie wstając. Ubrałem swoje ciuchy magika nie zapominając o kapeluszu, z którego to wyjmuje wszystko, co mi potrzebne. Wyszedłem po jakiejś godzinie z namiotu, a słońce mnie nieco oślepiło. Kruk wyleciał za mną siadając mi na ramieniu.
Po drodze spotkałem Smiley, której to uwadze nie przeszedł mój nowy towarzysz.
- Nazywa się Focus - przedstawiłem kruka, który przechylił lekko głowę w bok uważnie przyglądając się dziewczynie.
- Skąd go masz? - ta... ze swoich anielskich piór kochana... No raczej nie. Raczej tak nie powiem, prawda?
- A skądś się przypałętał - wzruszyłem ramionami na co znowu podleciał do góry i usiadł z powrotem. - Masz już jakieś plany na dzisiaj? - zapytałem mając cichą nadzieję, że jest wolna. Przydałoby mi się towarzystwo. W sumie... to zawsze tak myślę.

<Smiley?>

Rue CD Akuma

Czułam jak serce podchodzi mi do gardła i raptownie staje – nie mogę oddychać, a moje serce zamiera. Miałam wrażenie, że moja broń jest pusta, a ich trójka ma przy sobie wiele naboi. Tak to jest gdy staniesz oko w oko z trzema pistoletami, kiedy ty jesteś sam; niestety Akumę zgubiłam, przez jakiś czas był z tyłu, ale potem już nawet przestałam zdawać sobie sprawę, co się dzieje. Usłyszałam wystrzał, ale nie byłam pewna czy to we mnie, z przodu, z tyłu, czy może w chłopaka. Niestety to poskutkowało tym, ze sama nacisnęłam spust. Nie poczułam bólu, ale usłyszałam krzyk tego, który stał przede mną. Puścił broń łapiąc się za brzuch, na którym ubranie zaczęło się barwić na krwisty kolor. Nie mam pojęcia gdzie celowałam, to było instynktownie, a fakt, ze znowu zabijam ludzi mnie zamroził, co było ogromnym błędem. Raptownie przestałam odbierać bodźce ze świata zewnętrznego, słyszałam jedynie bicie własnego serca, które w końcu wróciło na miejsce i pozwoliło mi oddychać, ale przez chwilę. Mężczyzna stojący po lewej zajął się rannym kolega, a ten z prawej wycelował we mnie i strzelił. Czyli co? Tak to właśnie miało być? Moją głowę zaprzątało zbyt wiele myśli, aby zdać sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec. Poczułam ból, ogromny ból przeszywający moją nogę, jakby ją rozrywał od środka, ale nie miał tyle siły, dlatego postanowił mi zadać jak najwięcej bólu. Na początku to mi nie przeszkadza, ale kiedy do siebie dochodzę, czyli po jakiś dwóch sekundach zaczynam krzyczeć, ale na marne. Serce znowu utkwiło mi w gardle, nie mogłam oddychać i nie mogłam krzyczeć. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięki, prócz żałosnego jęknięcia, by po chwili podnieść krwawiącą stopę do góry, złapać się za nią i wywalić na ziemię. Czułam ból rozchodzący się po całej nodze, chociaż kulka utkwiła jakoś po kolanem, parę centymetrów w dół. Ale to nie zmieniło faktu, że ręce zaczynały przybierać czerwoną barwę od stykania się z raną, które barwiła także ubranie. A ja dalej nie mogłam wrzeszczeć. W końcu ten, który mnie postrzelił podbiegł do mnie i chwycił za gardło. To było tak szybie, że od razu kopnęłam go w twarz zdrową nogą. Od tamtej chwili zaczęłam normalnie myśleć i chociaż ból był niewyobrażalny musiałam go zignorować. Stanęłam na rękach odbijając się od jednej zdrowej nogi. Ponownie uderzyłam tego samego mężczyznę, który miał zamiar wstać, ale znowu wylądował na ziemi. Następnie przeskoczyłam nad nim i lądując na jednej stopie uderzyłam go palcami w odpowiednie miejsca, po których został sparaliżowany. Czyli co? Został jeszcze jeden? Niestety nim zdążyłam się odwrócić zostałam mocno uderzona w głowę. Raptownie wszystkie kolory zniknęły, tak samo dźwięki, a jedynym plusem stracenia przytomności był brak bólu.
Ale zaraz... co z Akumą? Tak, to było pierwsze pytanie jakie mnie w sumie obudziło. Nie licząc bólu głowy i nogi od razu przypomniał mi się chłopak. Otworzyłam szybko oczy nie zważając na to, że jakiś blask mógłby mnie oślepić – wręcz przeciwnie, tutaj było całkowicie ciemno. Nie miałam sił się poruszyć, nie tylko nie mogłam, ale czułam się słabo. Po za tym uznałam, ze to nie ma sensu – nie mam sił, nic nie widzę, nic nie wiem. Narobiłabym tylko zbędnego namieszania, przez które wiedzieliby, że się ocknęłam. Właśnie... gdzie ja tak właściwie mogę się znajdować?
- Macie chłopaka? - gdzieś w oddali usłyszałam głos, jakby za ścianą. Mimowolnie się w to wsłuchałam, bo byłam prawie że w stu procentach pewna, że chodziło o Akume.
- Zaraz go przyniosę, chyba taki smarkacz nie da radę z trzema – "a byś się ku*wa zdziwił" pomyślałam mając nadzieję, że chociaż on jest bezpieczny.

<Akuma?>

20 kwi 2017

Smiley CD Needle

Dziewczyna chyba nie była ucieszona moim zachowaniem, ale tuż potem jak się odwróciła, zająknęła się kilka razy w wymawianiu słów, poszłyśmy do jej namiotu. Tam z jakiegoś kufra wygrzebała strój dla mnie. Wzięłam go w ręce i nie byłam zbytnio pewna co zrobić. Nie mniej jednak, ona mnie wepchneła do garderoby. Zdjęłam swoje ubrania i założyłam nowy strój na moje przedstawienie, które miało się już niedługo zacząć.
- Jesteś już gotowa? - usłyszałam pytajacy głos dziewczyny. Wyszłam z garderoby i z uśmiechem na twarzy powiedziałam.
- Ten strój jest przepiękny. Na prawdę ci dziękuję - przytuliłam się do niej. - Bez ciebie nie dałabym rady i pewnie musiałabym wystąpić w swoim starym stroju, który jest trochę rozdarty - na trochę miałam na myśli bardzo rozdarty. - Twój strój jest naprawdę świetny. Dziękuję ci bardzo no i pewnie będę częściej do ciebie wpadać z prośbą bo ja już pewnie nie dam sobie sama rady szyć... - nie dokończyłam bo jak zobaczyłam, która jest godzina musiałam jak najszybciej zjawić się w głównym namiocie. - Dobra pogadamy później... - chciałam już iść, gdy nagle Bisca zaszczekała. - No tak zapomniałam! -  walnęłam się w czoło. - Czy mogłabym ciebie poprosić o mała przysługę - złożyłam swoje dłonie razem na znak, że bardzo potrzebuje jej pomocy i to znowu.
- O co chodzi? - spytała, a ja się uśmiechnęłam.
- Założyłabyś strój Bisce, bo ja nie dam rady. Jest w tej torbie, więc śmiało możesz w niej grzebać. Co do stroju jaki ma założyć to jest grzeczna i nie będzie stawiać oporów. Występuje tuż po mnie, a ja powinnam już iść i nie zdarzę jej pomóc. Więc czy pomogłabyś jej założyć strój i przy okazji przyprowadzić ją do głównego namiotu? - spojrzałam się na nią. Nawet nie wiedziałam jak się mam jej odwdzięczyć za piękny strój jaki uszyła dla mnie.
Pobiegłam do głównego namiotu gdzie szybko namalowałam swoje symbole na twarzy, dzięki którym wszyscy mnie rozpoznawali. Udało mi się zapamiętać cały układ i nie popełnić błędu, a w dodatku najtrudniejsza sztuczke jaka musiałam zrobić, wyszła mi lepiej niż na ćwiczeniach. Gdy Bisca wyszła na scenę, każdy nie mógł oderwać od niej wzroku. Sama się nie dziwiłam. Miała przepiękny strój i w dodatku zrobiła wszystko czysto i płynnie. Zakończyliśmy swój spektakl, a na sam koniec dużo osób przyszło do mnie i wręczyło prezenty. Pożegnałam się że wszystkimi i szybko pobiegłam do swojego namiotu, aby odłożyć podarowane przez innych prezenty. Spojrzałam się dokładnie na wszystkie i wzięłam dwa z nich. Wreszcie nie tylko mi się one należały.
Zaczęłam biec i szukać Needle, której chciałam podziękować. Udało mi się ją znaleźć jak spacerowałam sama, rozmyślając przy tym. Zakradłam się do niej od tyłu i wyciągnęłam ręce przed nią od tyłu. W jednej był bukiet kwiatów, a w drugiej mała torebeczka z prezentem.
- To w ramach podziękowania za wszystko co dla mnie zrobiłaś - powiedziałam uradowana za jej plecami.
<Needle?>