15 lis 2020

Lennie CD Shu⭐zo

Byłem już cały mokry. Dlaczego żaden z nas się nie domyślił, że coś nie gra z tą pogodą? Cisza przed burzą... pięknie nas złapała. Mokrzy i jeszcze zagubieni. To, że nie miałem pojęcia jak wrócić do cyrku, to jedno, gorszy był fakt, że nie miałem pojęcia gdzie był mój mąż. A jak wpadł do rzeki? Albo połamał nogę? Albo łapkę w tej postaci. Krzyczałem jego imię, mrużąc oczy, chcąc coś dostrzec w tej ulewie, ale prawda była taka, że nic nie widziałem. Wszystko było przesłonięte przez deszcz, a niemiłosiernie wiejący wiatr tylko pogarszał sytuację. Ale nie mogłem się poddać, musiałem go jakoś znaleźć. Przecież daleko nie mógł zajść!
W końcu zauważyłem kolorowe ubranie, jedyne, które wyróżniało się w terenie. Od razu wiedziałem, że to Shuzo, nie wiele osób nosiło tak kolorowe, jasne i ozdobione falbankami ubrania. Szybko do niego podszedłem i złapałem za ramionami. Podskoczył.
- Nareszcie cię znalazłem - krzyknąłem, aby usłyszał mnie w tej burzy.
- Co robimy? - przytulił się do mnie, a ja go mocno objąłem. Martwiłem się, że może się pochorować. - Którędy do domu? 
- Nie wiem, ale już cię nie puszcze - zdjąłem z głowy kapelusz i wsadziłem do niego rękę. Po chwili wyciągnąłem coś na wzór folii. - Kurtka przeciwdeszczowa.
- Przecież i tak jesteśmy mokrzy.
- Ale nie będzie tak zimno od wiatru - zarzuciłem na niego ubranie. Od razu założył kaptur na głowę. Po chwili dla siebie także taki skombinowałem i założyłem. Potem złapawszy go za rękę, ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu schronienia. Przecież nie będziemy spali w lesie na gołej ziemi w czasie ulewy.
Długo błądziliśmy po lesie, nie wiedząc którędy pójść i czy przypadkiem nie chodziliśmy w kółko. Wszystko wyglądało tak samo, a deszcz zamiast słabnąć, przybierał na sile z każdą minutą. Niebo co jakiś czas przeszywała biała wstęga albo poświata, w pewnym momencie zastanowiłem się, co by było, gdyby piorun trafił w drzewo. Pożar, a z nami co? Shuzo wyglądał na coraz bardziej zmęczonego, musiałem go za sobą ciągnąć. Ja sam nie traciłem siły, a raczej tak mi się wydawało, bo myślałem tylko o nim i o dziecku. W końcu ujrzałem jakieś nikłe światło. Od razu przyspieszyłem, okazało się, że nareszcie wyszliśmy z lasu, tylko stroną, której żaden z nas nie znał. Chociaż deszcz przesłaniał cały teren, widziałem kilka świateł palących się w jednorodzinnych domkach. Poprowadziłem Shuzo w ich kierunku. Chłopak, kiedy zobaczył, że nareszcie znajdziemy suche miejsce, nabrał trochę sił. Podeszliśmy do pierwszego domku i zapukaliśmy w drzwi. Długo nie czekaliśmy, już po chwili drzwi się otworzyły, a w progu pojawił się wysoki mężczyzna o siwych już włosach. 
- Słucham? - zapytał niskim głosem. 
- Dzień dobry, w lesie złapała nas burza i się zgubiliśmy. Czy moglibyśmy u pana się zatrzymać i trochę ogrzać? - popatrzył na nas zdziwiony, pierwszy raz spotykając się z podobną sytuację. Widząc, jak Shuzo zaczyna się trząść z zimna, pokiwał głową, po czym nas wpuścił do środka. 
- Julien! Mamy gości! - krzyknął, zamykając drzwi. Zdjęliśmy kurtki i buty, wtedy na korytarzu pojawiła się starsza kobieta trzymająca bodajże pięcioletnią dziewczynkę. - Burza ich złapała, niech się ogrzeją - podszedłem do kobiety.
- Nazywam się Lennie - uśmiechnąłem jej dłoń. - A to Shuzo - wskazałem na trzęsącego się chłopaka, któremu włosy przykryły oczy.
- Julien. Zaraz przygotuje wam coś na rozgrzanie - odwróciłem się do mężczyzny, który przedstawił się jako Fabian. Weszliśmy do salonu, w którym siedziała jeszcze trójka osób. 
- To nasze dzieci - odezwał się mężczyzna. - Christian - wskazał na najstarszego, ubranego w czarne ubrania. - Bellami - chłopiec siedział na kanapie i jak zahipnotyzowany oglądał telewizję. - Olivier - wyglądający na siedem lat chłopiec właśnie chował się za starszym bratem. - I Maddie - wskazał na dziewczynkę, którą trzymałą kobieta, a która teraz stała na środku pokoju i nam się przyglądała.
Rodzina była bardzo miła, aczkolwiek najstarsze rodzeństwo zniknęło w pokoju, więc ich już nie widziałem. Mniejsze za to od razu przyczepiły się do Shuzo, który miał rękę do dzieci. Ich matka przygotowała nam grzańca oraz gorącą wodę, aby wymoczyć stopy. Mężczyzna dał nam ubrania na przebranie, więc w ciągu pół godziny siedzieliśmy na kanapie, z gorącymi stopami w wodzie, ubrani w nieswoje rzeczy i owinięci kocem. 

<Shuzo?>

2 lis 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Naprawdę nie wiem, na co Lennie liczył, zabierając mnie do lasu w dodatku o tej porze. Jeśli chciał znaleźć trupa, to sory, ale na pewno leży już dawno w kostnicy, a wszystkie dowody zbrodni zagarnęła policja. Nawet jeśli coś pominęli, to skąd pewności, że został zamordowany akurat tam, gdzie się zatrzymaliśmy? Nic nie jest pewne. Tak samo, jak to, czy doprowadzę nas we właściwe miejsce. Było wtedy ciemno, a sam jakoś niewiele pamiętam z tej leśnej gonitwy. Jako pies też jakoś nie widzę siebie w roli jakiegoś tropiciela.
Nie da się ukryć, że mój stosunek do tej wyprawy był dość sceptyczny. Sama pogada, zwiastowała jakiś zły omen. Taką ciszę przed burzą... Jednak nie chciałem już wcześniej zaczynać z nim tej dyskusji. Aktualnie jest mi wszystko jedno. Wszystkie wczorajsze emocje opadły i czuję się teraz taki wypruty ze wszystkiego. Jakbym był takim żywym trupem lub coś w tym stylu. Ewidentnie wstałem lewą nogą, ale mało mnie to obchodzi. Nie skomentowałem żadną reakcją radosnego obwieszczenia Lenniego, tylko po prostu ruszyłem przodem z nosem przy ziemi, co jakiś czas się rozglądając. Mimo wszystko miałem nadzieję, że mnie olśni i zdołam znaleźć cokolwiek. Wiem, że po drodze wypuściłem jego kapelusz, a potem przed samą skarpą rzuciłem gdzieś jego szalikiem. Oczywiście nie mogłem być pewny, że to mogło dalej tam gdzieś leżeć. Policja mogła to zabrać. Ewentualnie poleciało z wiatrem w świat czy coś.
Z mojej perspektywy znalezienie jakiegokolwiek znajomego mi miejsca było jeszcze trudniejsze niż normalnie. Praktycznie każde drzewo i krzak wyglądało identycznie, a tak z dołu to już w ogóle. W takich chwilach to żałuję, że jest ze mnie taki niski pies, a przez ten brzuch nie mogłem nawet zwykłego większego kamienia przeskoczyć. Irytowało mnie to strasznie, co pewnie nawet sam Lennie zauważył. Niestety chcąc czy nie chcąc i tak nic się nie dało na to zaradzić.
Cały czas szedłem na ślepo. Nie byłem pewny ani jednego kroku, ale dobrze pamiętałem ten charakterystyczny dźwięk wody z oddali oraz sam fakt, że nie biegłem jakoś długo, żeby dostać się do samej skarpy. Czułem, że mimo wszystko się zbliżamy, ale brakowało mi dowodów. Ciągle tylko krzaki, drzewa, trawa, patyki, szyszki, aż tu nagle mój wzrok przykuło coś na odstającej niedaleko gałęzi. Od razu pobiegłem w tamtą stronę i już na miejscu zacząłem szczekać, aby Lennie jak najszybciej do mnie dołączył. Stałem centralnie nad możliwą poszlaką, którą był kołyszący się wraz z wiatrem na gałęzi kapelusz. Tak z dołu ciężko mi było ocenić, ale wyglądał mi na dostojnego kuzyna fedory. Cały czarny z usztywnianym rondo z wygiętą do góry krawędzią. Nieźle wypasiony mimo wszystko. Gdy tylko Lennie zdjął go z gałęzi, kucnął przy mnie, zaczynając oglądać nakrycie głowy. Od razu zrobiłem to samo. Stanąłem na tylnych łapach, opierając przednie o kolano Lenniego i dokładnie przyglądając się kapeluszowi.
- To jego? - spytał, tak dla pewności, a ja zaszczekałem w odpowiedzi, chcąc oczywiście mu przytaknąć. Kapelusz był wykonany z króliczego włosa. Na pewno nie był tani. Takie modele nawet do dzisiaj są uważane za ikonę mody biznesu, czy też polityki. Mogło mnie to jedynie utwierdzić w fakcie, że mimo wszystko niczego mu w życiu nie brakowało. Ewentualnie chciał się nieźle odwalić na ślub własnego syna. Udało mi się zajrzeć również do środka kapelusza. Widniała tam metka z dość znajomym mi logo, ale za nic nie mogłem sobie teraz przypomnieć, skąd mogę je kojarzyć... Lennie mimo wszystko wolał zabrać kapelusz ze sobą. Chciałem od razu mu wszystko powiedzieć, co miałem w głowie, ale kto chciałby teraz ryzykować? Nie widzi mi się wrócić do więzienia, skoro już raz nie było mi dane tam iść dla dobra dziecka. Postanowiłem na razie iść dalej. Chciałem jak najszybciej to załatwić i wrócić do cyrku. Ani trochę nie podobała mi się ta wycieczka. Nie chce oczywiście nic krakać, ale czułem lekki niepokój. Tak jakby coś się miało zaraz stać. Droga mimo wszystko była prosta. Słyszałem coraz wyraźniej płynącą w dole wodę, aż w końcu moim oczom ukazał się znajomy widok, ale w świetle dziennym. Skarpa, woda i wszystko po jej drugiej stronie. Kamień, na którym siedział... Nie widziałem żadnych taśm policyjnych. Na pewno nie zginął w tym miejscu. Musiał gdzieś pójść, ale raczej się nie wracał. Skoro połączyli to z weselem, to i tak musiało się to stać gdzieś niedaleko. Wiadome było to, że musieliśmy przejść na drugą stronę. Na pewno byliśmy już blisko. Zacząłem cicho kwilić, chodząc wzdłuż skarpy, dając tym Lenniemu jasno do zrozumienia, że musimy przejść na drugą stronę, a później pobiegłem wzdłuż skarpy. Wracając, wtedy odkryłem, że dalej leży przewrócone drzewo i jest na tyle stabilne i grube, że można po nim przejść jak po kładce. Oczywiście miałem problem, żeby na nie wejść. Starałem się na nie wskoczyć, jakoś się wdrapać z pomocą pazurów, ale skończyło się na tym, że Lennie po prostu wziął mnie na ręce. Wszedł na pień, ocenił jako tako jego stabilność i zaczął iść do przodu. Nie śmiałem się nawet drgnąć, dopóki nie byliśmy po drugiej stronie na stałym gruncie. Za to od razu zacząłem się rozglądać. Może rzeczywiście gdzieś tutaj został zamordowany? Przez drzewa nie zauważyłem nic niepokojącego, a dookoła rozlegała się głucha cisza, przerywana szumem wody. Jakby cały las opustoszał.
Po przekroczeniu wąwozu od razu zeskoczyłem z rąk Lenniego i pobiegłem w stronę miejsca, gdzie rozmawiałem z ojcem. Niepotrzebnie tak bardzo się spieszyłem, ale naprawdę już chciałem wrócić. Rozwiązując tę zagadkę, wpakujemy się na pewno w jakieś kolejne bagno. Ojciec od zawsze prowadził szemrane interesy. Pewnie komuś się naraził, a zdobycie na to dowodów będzie cholernie trudne. Nie sądzę, że będziemy mieć szczęście i szybko załatwimy całą sprawę. Ogólnie ciągle coś się dzieje w naszym życiu... Poradziliśmy sobie ze wszystkimi wcześniejszymi sytuacjami, dziś musimy poradzić sobie z tą.
Tak jak się spodziewałem, na miejscu nic nie było. Obaj zaczęliśmy się rozglądać, aż w końcu sam trochę się za bardzo oddaliłem. Odszedłem od kamienia prosto, co po chwilę się rozglądając za czymś interesującym. To musiało być gdzieś tutaj. Skręciłem w prawo. Potem w lewo i może jeszcze raz w prawo, a potem jakoś prosto szedłem...
- Piesku!
Usłyszałem jedynie zza drzew mojego męża, a tuż po nim zbliżające się grzmoty. Od razu oderwałem nos od ziemi, stawiając uszy, gdyż tu nagle kropla wody spadła prosto na mój nos, przez co nie mogłem się powstrzymać od kichnięcia. Tak też pogoda zaczęła się diametralnie zmieniać. Szybko ruszyłem w drogę powrotną, a z każdym moim kolejnym krokiem zaczęło coraz mocniej padać. Już kląłem w myślach. Jeszcze przed chwilą tak dobrze słyszałem Lenniego, a teraz ślad po nim zaginął. Żadnego wołania... O co tu chodzi? Stanąłem w miejscu, zaczynając szczekać. Kolejne grzmoty, aż w końcu niebo przecięła śnieżnobiała błyskawica. Świat pociemniał, a woda spadała z nieba jak z wodospadu. Nie możliwe, żebym odszedł aż tak daleko... A nie byłem i tak pewny czy Lennie mnie w ogóle słyszy... Ha. Nie mówiłem, że to się źle skończy? Nie chciałem się niepotrzebnie nakręcać. Jeszcze raz rozejrzałem się dookoła, a później dla własnej wygody zmieniłem się w człowieka.
- Lennie! Gdzie jesteś?! - zacząłem krzyczeć na wszystkie strony, ale za którymś razem moje wołanie przerwały kolejne grzmoty. Stwierdziłem, że mimo wszystko dalej się będę wycofywać. Niemożliwe, żebym odszedł aż tak daleko. Byłem już cały przemoknięty. Deszcz był niemiłosierny. Nawet w środku lasu. Czułem się, jakbym normalnie stał pod prysznicem, tylko woda była strasznie nieprzyjemnie zimna i za nic nie mogłem jej zatrzymać. Ciekawe czy można się utopić w takim deszczu. Mało co widziałem przez ciągle spadające krople wody. Włosy kleiły mi się do skóry. Tak samo z resztą, jak ubrania, a o butach już nie będę wspominać. Z każdym krokiem czułem przelewającą się w nich wodę. Do tego z każdą chwilą było coraz zimniej. Tego mi brakowało, żeby jeszcze złapać jakieś choróbsko podczas ciąży...
Miałem wrażenie, jakbym cały czas kręcił się w kółko. Chociaż przez tę fatalną pogodę już zupełnie nie wiedziałem, gdzie jestem. Ciągle padał deszcz, a z każdym grzmotem czułem się coraz gorzej, a gdy dodatkowo zerwał się mocny wiatr, modliłem się, aby czasem jakieś drzewo nie zwaliło mi się na głowę. Teraz to nawet jeśliby gdzieś tutaj były ślady albo dowody na moją niewinność, to zmyły się razem z deszczem. Został tylko ten kapelusz ze znajomą metką... Czy mogło być jeszcze gorzej?
Musiałem odsapnąć. Oparłem się o jedno z drzew najbliżej mnie. Co prawda nie było jakąś świetną osłoną przed deszczem ani na pewno bezpiecznym piorunochronem, ale to wciąż był las, a nie gołe pole i jedyne drzewo w okolicy. Jedną rękę oparłem o szorstką korę, a drugą odgarnąłem w tył przemoczone włosy z twarzy. Wziąłem parę głębokich wdechów, podziwiając tą jakże urzekającą i mokrą leśną scenerię. Zupełnie nie wiedziałem, gdzie jestem. Spojrzałem w lewo, potem w prawo, a gdy już miałem spojrzeć za siebie, coś, a w zasadzie ktoś złapał mnie od tyłu. Serce mi wręcz stanęło. Wiem, że jestem poszukiwany, ale nie sądziłem, że w tym momencie w taką ulewę ktoś by mnie w ogóle szukał, ani tym bardziej próbował oddać w ręce glin. Chciałem już zacząć krzyczeć, wołać o pomoc. Zrobić cokolwiek by tylko ktoś mi pomógł albo przynajmniej, żeby stał się cud. Jednak... Gdy spojrzałem uważniej na napastnika, momentalnie się uspokoiłem.

(Lennie~? To ty mnie tu straszysz czy jednak mam przerąbane?)

19 paź 2020

Lennie CD Shu⭐zo

Chłopak wrócił do psiej formy i położył się obok mnie, z łebkiem odwróconym w drugą stronę. Położyłem głowę obok niego i pogłaskałem go po głowie.
- Wiesz czemu kazałem Viviemu teleportować ciebie tutaj? Mógłbyś posiedzieć w areszcie, trzy czy cztery dni i może zostałbyś zwolniony pod obietnicą, że nie opuścisz miasta i będziesz stawiać się na komendzie. Nie pozwoliłem na to, ze względu na dziecko – dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę, że większość rzeczy, jakie robiliśmy, były podparte z myślą o nienarodzonym dziecku. W każdej chwili mogliśmy je stracić i planowane czy nie, (a raczej czy możliwe czy nie) oboje wiedzieliśmy, że ze wszystkich sił sprawimy, że przyjdzie na ten świat. Chodźmy namiot okrążyły i wężę i policjanci naraz. - To po pierwsze, a po drugie, może gdybyś tam został, tobie by się coś stało? Skoro ktoś go zabił i wrobił ciebie, musiał być w jakimś stopniu przygotowany. Nie ważne, czy byś został, czy nie, pewnie by umarł. A ja się cieszę, że tobie się nic nie stało – przytuliłem go. - I małej Lilotte – położyłem dłoń na jego psim brzuszku, który nawet w tej formie nabrał krągłości. - Albo Liam'a.

To wszystko było szalone jak całe nasze życie, więc może czas się przyzwyczaić? Może nam nie dane jest żyć spokojnie, może to jest cena za samo szczęście? Nie chciałem znać odpowiedzi na to pytanie. Wolałem żywić nadzieje, że to przypadek losu, że wszystko nam się wali na głowę. Dlaczego Shuzo poszedł wtedy do lasu? Pod tym względem byłem na niego zły, aczkolwiek gdyby tego nie zrobił, jego ojciec mógł nigdy nie zaznać spokoju. Nie mógł jednak mi wcześniej o tym powiedzieć? Zrobiłbym mu kazanie, gdyby nie ta cała sytuacja. Mój mąż został oskarżony o zamordowanie własnego ojca. To jakieś żarty! Chociaż śmieszniejsze było to, że policjanci sądzili, iż zrobił to widelcem. Widelcem! Głupota ludzka nie zna granic. Wystarczą im suche fakty i zbieg okoliczności, aby tylko nie pobrudzić sobie rączek. Nie oddam cię im.
Tak jak się spodziewałem, policja po zniknięciu Shuzo w wozie, pierwsze kogo odwiedziła, to mnie. Akurat wstałem z łóżka, na którym leżałem dwadzieścia minut z psem. Mężczyźni weszli bez żadnego pukania, szybko się rozejrzeli, a ja posłałem im mordercze spojrzenie.
- Gdzie pan Ishida? - zapytał wyższy, podchodząc do mnie, kiedy wstawałem. Dopiero wtedy spostrzegłem, że psiaka nie było na materacu.
- Nie rozumiem – zmarszczyłem brwi. - Zabraliście go. Macie taki syf u siebie, że już nie pamiętacie, kto... - mężczyzna mi przerwał.
- Niech pan nie kłamie. Uciekł jakoś z wozu i... - spojrzał w bok, kiedy jego towarzysz zwrócił na siebie uwagę krótkim słowem "tutaj". Wskazywał na szafę, w której coś zaszeleściło. Mój rozmówca posłał mi zwycięskie spojrzenie, po czym kazał otworzyć mebel. Sądząc, że w środku pojawi się uciekinier, położyli dłonie na pistoletach. Obserwowałem jak drzwi się otwierają, a na ubraniach... leży pies. Rudy zwierzak pisnął cicho, po czym się skulił.
- Świetnie, psa mi wystraszyliście – mruknąłem niezadowolony. - Proszę stąd wyjść. Skoro wam uciekł, chyba nie sądzicie, że by tu wrócił – wyprowadziłem mężczyzn do wyjścia. - To wasz problem, że uciekł. A ja mam chociaż więcej czasu, aby dowieźć, że nie zabił ojca – po tych słowach zamknąłem namiot, zostawiając ich na zewnątrz. Podszedłem do szafy i wziąłem psiaka na ręce. - Grzeczna psina – podrapałem go po głowie. - Nie martw się. Dowiem się, kto go zabił. 

Kiedy byłem pewny, że policja całkowicie opuściła cyrk i nie panoszyła się nawet na obrzeżach, pozwoliłem Shuzo wrócić do ludzkiej postaci. Miał smutny wyraz twarzy, oczy mętne i nie miał ochoty rozmawiać. Przyniosłem mu kolację.
- Jutro pokażesz mi, gdzie się spotkaliście – mówiłem spokojnie. Pokiwał głową. - I będziesz musiał ciągle być psem, na pewno ktoś mnie będzie śledził – znowu pokiwał i jadł w kompletnej ciszy. Westchnąłem, po czym usiadłem obok niego i objąłem. - Nie martw się, nie pójdziesz siedzieć.
- Jak mam się nie martwić – pisnął cicho, wypełniając usta sałatką. - Do końca życie nie będę mógł wrócić do ludzkiej postaci, bo jestem ścigany za morderstwo – załkał. 
- Nie ty go zabiłeś. Jak zjesz, zagramy w coś, abyś przestał się tym zadręczać.
- Nie mam ochoty – mruknął.
- A co byś chciał porobić?
- Spać – lekko się uśmiechnąłem i tylko pokiwałem głową. Usiadłem obok i zacząłem jeść swoją porcję. Zauważyłem, że Shuzo wrócił apetyt i nie wiem, czy to przez wcześniejsze głupie pomysły, które groziły śmiercią dziecka, czy może kolejne następstwa ciąży. Mimo wszystko cieszyłem się, że wraca do normy.

Tak jak chciał, poszedł spać. Przed snem wpadłem na dziwny pomysł, aby porozmawiać z maluszkiem, którego nawet płci nie znałem. Byłem tym tak zakłopotany, a jednocześnie podniecony, że język mi się plątał i koniec końców nie miałem pojęcia, czy coś z tego wyszło. Głownie się chyba śmiałem, ale to nie był problem, kiedy na twarzy czarnowłosego widniał uśmiech. 
Następnego dnia jeszcze przed południem "wyprowadziłem psa". Wziąłem go na ręce i weszliśmy do lasu, gdzie potem go położyłem na ziemię, aby mógł mnie pokierować. Nie obchodziło mnie, czy rzeczywiście policja wynajęła jakiegoś detektywa, który ma mnie obserwować i donieść, gdzie się chowa Shuzo. Jak będzie trzeba, to go i do kapelusza schowam!
- Śledztwo czas zacząć! - oznajmiłem uroczyście, kompletnie nie mając pojęcia, co mogę zrobić. Całe miejsce albo zostało już sprzątnięte, albo jeszcze jest oblegane przez śledczych. Naszą, a raczej Shuzo jedyną rzeczą, która stawiała go na czołówkę, była wiedza, gdzie się spotkali i jaki teren przeszli. Policja tego nie wie, więc nie mogła usunąć czegokolwiek, co możemy znaleźć.

<Shu? Zabawa w policjantów xd>

13 paź 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Czasem trzeba coś poświęcić w pogoni za snem.
To jedno zdanie będzie mnie prześladować do końca życia. Wtedy w lesie... Cóż. Na początku zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać, ani z kim mogę mieć do czynienia. Dziwne przeczucie, któremu postanowiłem zaufać, popchnęło mnie prosto w nieznane za obcym mi mężczyzną. Starałem się go zatrzymać, ale ten z czasem zaczął przede mną uciekać, co trochę mnie zaskoczyło. Zauważając już wcześniej jego laskę, byłem święcie przekonany, że nie jest w stanie się tak szybko poruszać.
- ... Aha? - stanąłem, nie wierząc w to, co się właśnie stało, a dosłownie sekundę później rzuciłem się za nim biegiem. Zabawa w berka po nocy w dodatku w gęstym lesie nie należy do najbezpieczniejszych. Nie wiem, co mnie napadało. Dość szybko dotarło do mnie, że będzie lepiej, jeśli sobie odpuszczę i dopóki jeszcze w miarę wiem, skąd przybiegłem, wrócę na wesele. Co prawda miałem gościa na wyciągnięcie ręki — nie biegł aż tak szybko, jak sądziłem. Już miałem się zatrzymać, gdy nagle prosto na moją twarz poleciał jego kapelusz. O mało co przez to się nie przewróciłem. Zatrzymałem się i momentalnie spojrzałem za mężczyzną, ściskając w dłoniach kapelusz, a to, co zobaczyłem, nie dało mi w spokoju wrócić...
Cała gonitwa skończyła się dość szybko i w dość zadziwiający sposób. W oddali przez przerzedzające się drzewa zauważyłem coś w rodzaju wąwozu. Słyszałem też szum rzeki. To było jasne, że mój tajemniczy nieznajomy nie będzie miał jak uciec. Jednak ten, zamiast zwolnić, przyspieszył. Nie byłem pewny, co on planował, ale nie zamierzałem odpuścić. Z każdą chwilą coraz mniej dzieliło nas od końca urwiska. Chciałem za wszelką cenę złapać tego gościa. Jakoś zatrzymać. W końcu to było istne samobójstwo!
Gdy tylko zdążyłem dotknąć koniuszkami palców jego szala, ten poleciał mi prosto na oczy, a ja wylądowałem tyłkiem na stercie liści. Świat pociemniał jeszcze bardziej niż tutaj w tym lesie oświetlany pięknym księżycowym światłem.
Nie słyszałem żadnego plusku.
Od razu zerwałem z twarzy szal i spojrzałem w stronę skarpy. Nikogo nie było, a po drugiej stronie wąwozu tuż przy samej krawędzi stał dumnie wyprostowany pies, idealnie oświetlony przez księżyc. Wbijał we mnie triumfalne spojrzenie, a ja nie mogłem uwierzyć własnym oczom. To był naprawdę on...
Tata.
Bez słowa postanowiłem się podnieść. Nie spuszczałem wzroku ze zwierzęcia. W tym momencie wolałbym być wstrząśnięty niż zmieszany, ale nic na to nie poradzę. W mojej głowie pojawiło się coraz więcej pytań, tyle wspomnień wróciło... Jakim prawem on w ogóle jeszcze żyje? Zwierzę po drugiej stronie, odwróciło się do mnie tyłkiem i zaczęło iść w stronę zaczynającego się znów lasu, po drodze znów przemieniając się w zwykłego człowieka o odstających psich uszach. Można powiedzieć, że teraz już nic nie wskóram. Mnie i jego dzieli dość spory dystans. Nie zostało mi nic innego, jak odpuścić. Niestety problem tkwił w tym taki, że może i ja — ta dobra dojrzała i dorosła strona mogła sobie odpuścić, to ta zła młodsza i skrzywdzona już nie.
Ostatni raz spojrzałem za moim niedoszłym rodzicem, a później zacząłem się wracać. Tylko po to, by nagle się zatrzymać, zacisnąć zęby i zrobić coś naprawdę głupiego i nieodpowiedzialnego...
Biegłem. Tak samo, gdy mając pięć lat, chciałem go zatrzymać w domu. Ta sama adrenalina i chęć wykonania niemożliwego. Z tą różnicą, że tym razem mi się udało. Nie mogę tego nazwać pewną wygraną, tylko cholernym fartem. Jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu, dzięki któremu udało mi się dostać na drugą stronę. Przeskoczyć i wylądować jako pies, chroniąc dzięki tym własne śnieżnobiałe ubranie.
Później już poszło z górki. Momentalnie zamieniłem się znów w człowieka i pobiegłem za ojczulkiem, a gdy ten akurat spojrzał za siebie, rzuciłem się na niego i powaliłem na ziemię, wykręcając mu rękę do tyłu.
- I co śmieciu? Myślałeś, że tym razem też dam ci zwiać? - byłem padnięty i wkurwiony jednocześnie, a człowiek leżący pode mną nadwyraz spokojny. Kruczoczarne włosy i ostre spojrzenie zielonkawych oczu... To był na pewno on. Praktycznie nic się nie zmienił, ale mimo wszystko wydawał się mi jakiś inny. Taki... Wypruty z życia.
Wrak człowieka w ładnym ubraniu.
Im dłużej się w niego wpatrywałem, tym sprawniej uspokoiłem oddech i samego siebie. Gniew mnie opuścił i zostało dziwne współczucie. Tyle lat czekałem, żeby mu przyłożyć w ten wiecznie nonszalancki ryj, ale... Teraz już nie byłem do tego zdolny. Przerwałem dłużącą się ciszę, podnosząc się na równe nogi i puszczając wolno ojca. Gdy tylko się podniósł, odwrócił się do mnie, wygładzając rękami garnitur, a mnie mierząc wzrokiem od stóp do głów. W tym momencie przypomniałem sobie o weselu, z którego właśnie się ulotniłem. Ojciec ewidentnie nie chciał ze mną rozmawiać.
- A idź do diabła. - zbyłem go machnięciem ręki i odwróciłem się w stronę skarpy. Wszystko zrobiłem na marne. Mogłem siedzieć na tyłku, to gonitwy mi się zachciało. Moja głowa już miała o wiele lepsze zajęcie, czyli wymyślenie, jak do jasnej ciasnej mam się wrócić. Zdołam jeszcze raz przeskoczyć? Nie sądzę... Zacząłem się rozglądać na boki, a przemyślenia przerwał mi głos niedoszłego ojczulka.
- Jestem już prawie na końcu tej drogi. - raczył mi odpowiedzieć, chcąc przy tym brzmieć jakkolwiek wesoło, ale mnie nie oszuka. Posłałem mu sceptyczne spojrzenie. Miałem wrażenie, jakbym patrzył w lustro i widział starszego siebie za jakieś dwadzieścia lat. Nie chodzi tu o zachowanie, ale sam wygląd... Tyle razy słyszałem, że wdałem się w ojca i teraz rzeczywiście nie umiem temu nawet zaprzeczyć. To wszystko jest takie dziwne. - Wiesz, Shu... - kontynuował. - Czasami trzeba coś poświęcić w pogoni za snem.
- Własną rodzinę?
- Byłem młody. Za młody. - przyznał, co i tak nigdy nie będzie dla mnie dobrym wytłumaczeniem. Nie chciałem już tego słuchać. Skoro już od tego zaczyna, to nic mądrego z tego nie wyniknie. - Nie chciałem być ojcem! - krzyknął, gdy zacząłem od niego odchodzić. Wtedy już się zatrzymałem.
- To kim? - odwróciłem się do niego. - Kim chciałeś być? - spytałem, choć nie wiem, po co utrzymywałem tę konwersację. Musiałem wrócić na wesele, a nie przegadywać się z byle dziadem, którego w ogóle nie znam.
- Po prostu kimś, Shu. - odpowiedział spokojnie, siadając na jednym z pobliskich kamieni. - Chciałem zaistnieć. Zostać kimś ważnym w tym czarno-białym świecie.
- Coś ci nie wyszło. - śmiałem złośliwie zauważyć, a on jakoś niespecjalnie chciał mi zaprzeczyć. Widać, że niekoniecznie miał siłę się bronić.
- Dlatego przyszedłem... Chciałem cię ostatni raz zobaczyć.
- Jak to ostatni? - nie do końca zrozumiałem, co chciał mi przez to przekazać. Dlaczego w ogóle chciał mnie zobaczyć? Teraz już miałem same złe przeczucia. Co on narobił?
- Śmierć już dyszy mi w kark. - zdradził, zmuszając się na jakikolwiek słaby uśmiech. Trudno było mi w to uwierzyć, ale wiedziałem, że mówił śmiertelnie poważnie. - Nie mam czasu na naprawienie wszystkich błędów. - westchnął, zaczynając masować sobie skronie palcami. - Czasu nie cofnę. - przygryzł wargę. Zrobiło mi się go trochę żal, ale nie potrafiłem nic z tym zrobić. Zasłużył sobie na to...
- To nie jest mój problem. - wymamrotałem, choć w głębi serca czułem się z tym okropnie.
- Ale z jakiegoś powodu za mną poszedłeś i nie dałeś tak łatwo odejść. - zauważył, a ja miałem ochotę zakląć pod nosem. Nie zniżę się do jego poziomu. Nie ma tak łatwo.
- Zwykła ciekawość. Nie było cię na liście gości i było to widać z daleka. - wytłumaczyłem, starając się pozostać obojętnym na jego słowa i mocne spojrzenie. - Teraz moja kolej. Dlaczego chciałeś mnie zobaczyć ten ostatni raz? Nie masz co robić? Nagle cię wzięło na wspominki? Czy przyszedłeś się pośmiać? - nie wierzyłem ani trochę w jego szczere intencje, ale to już był tylko i wyłącznie mój problem.
- Jesteś moim synem... Dotarło do mnie, że... Popełniłem błąd. Mógłbym być nikim i przynajmniej nie umierać w samotności. Skończyć zupełnie inaczej, a nie tak jak teraz... - westchnął, odwracając wzrok. - Nie oczekuje od ciebie niczego. Skoro już rozmawiamy to przynajmniej wiedz, że... Może i nie byłem dla ciebie świetnym przykładem, ale to nie znaczy, że nie byłeś dla mnie ważny. Zrozumiałem, że mimo wszystko czas, gdy dorastałeś, mógł być najcudniejszym okresem w moim życiu. - oznajmił, mówiąc to bardziej do samego siebie. Zauważyłem, że ręka zaczynała mu drżeć. - Pomimo mojej wcześniejszej odrazy kierowanej w twoją stronę i tak dalej pamiętam twoje pierwsze słowa i kroki na tym świecie. Byłem przy tym, ale... Nie umiałem się przełamać i zmienić zdania. Teraz żałuję, że w taki sposób was zostawiłem.
Po jego słowach trudno było mi cokolwiek powiedzieć. To wciąż była jego wina, ale... Przynajmniej zrozumiał swój błąd. To nie zmienia mojego zdania o jego osobie i nagle nie pokocham go za tą ckliwą gadkę. Po prostu jestem w stanie choć trochę to docenić, że w końcu zrozumiał swój błąd. Chociaż nie mogłem mieć pewności, że mówi szczerze, to i tak postanowiłem do niego podejść. Kucnąłem przed nim, intensywnie się w niego wpatrując.
- Najsmutniejsze jest to, że okazja do zostania kimś uciekła ci tuż przed nosem i sam ją odtrąciłeś, zamiast z niej skorzystać. - sam nie wiem, czy to, co powiedziałem, w jakiś sposób brzmi mądrze. Mogę równie dobrze gadać od rzeczy, ale czułem, że nie da mi to spokoju, gdy się nie wypowiem. - Dla tego małego dziecka byłeś wzorem do naśladowania. Byłeś razem z mamą najważniejszymi osobami w jego małym świecie. Dla tego dziecka byłeś kimś. Raz superbohaterem, a innym złotą rączką, chociażby gdy starałeś się naprawić zlew. - na to wspomnienie, aż zacząłem się cicho śmiać. Siedziałem wtedy w kuchni na płytkach, a niedaleko mnie właśnie on grzebiąc cały czas w szafce pod zlewem. Był cały mokry. Zresztą tak samo, jak cała kuchnia. Miałem wtedy niecałe cztery lata i normalnie myślałem, że tata zrobił nam basen w kuchni. Przyniosłem sobie zabawki z wanny właśnie do kuchni i bawiłem się tam przy nim, dopóki nie naprawił zlewu. Jednak historia i tak kończy się na tym, że była potrzebna pomoc fachowca, a ja z tatą byliśmy przez tydzień chorzy. To były czasy... Gdy tylko się uspokoiłem, z lekkim uśmiechem i zakręconą gdzieś w oku łezką, przytuliłem tego tak bardzo przeze mnie znienawidzonego ojca.
To była tylko chwila słabości. Nie ma co się doszukiwać w tym geście niczego innego.
- Stało się i się nie odstanie. - stwierdziłem, jeszcze na koniec już go puszczając i wstając. - Dobrze, że jesteś. - wyciągnąłem do niego rękę na zgodę. Zawsze silniejszy jest nie ten, co się wścieka, lecz ten, co się uśmiecha. Muszę w końcu zamknąć ten rozdział w moim życiu. Pogodzić się i odpuścić. Złością niczego nie zmienię. Ojciec wpatrywał się we mnie wręcz oniemiały. Na stówę się tego nie spodziewał. Niepewnie złapał za moją dłoń. Od razu pociągnąłem go w górę, a gdy już byliśmy na równi, poklepałem go po ramieniu wolną ręką. - Wybaczam wszystko, co zrobiłeś i czego nie zrobiłeś. - po tych słowach już go puściłem i odszedłem, lecz za nim tak zupełnie zniknąłem mu z widoku, zerknąłem jeszcze kątem oka za siebie. - Jesteś kimś... Moim tatą. - wzruszyłem ramionami i potem już wróciłem do skarpy.

- Sam nie wiem, czy dobrze zrobiłem. - leżałem na łóżku z głową na kolanach Lenniego. Czułem się trochę jak na kanapie u psychiatry. - Przynajmniej zrobiło mi się o wiele lżej na duszy i... Myślę, że jemu też. - przeciągałem dalej ten dłużący się monolog. - Najgorsze jest to, że on teraz już nie żyje, a ja miałem okazję jeszcze jakoś mu pomóc. - aż smutno mi się zrobiło na samą myśl o tym. - Mówił mi, że jego dni są policzone, a ja to olałem. - już zbierało mi się na płacz. Śmierć to wciąż jest śmierć i nie jest dla mnie istotna osoba. On został zamordowany, a ja widziałem się z nim wcześniej, ale oczywiście musiałem go zostawić. Czemu nie zaproponowałem, żeby wrócił ze mną na wesele? Dlaczego muszę być taki głupi? - Ja jestem winny. - wyprostowałem się i spojrzałem na Lenniego. - Słusznie mnie zabrali. Pozwoliłem, żeby ktoś go zabił. Powinienem teraz odsiedzieć swoje... - nie da się ukryć, że trochę mnie poniosło. Fakt mogłem pomóc, ale to nic, że tego nie zrobiłem. Skąd mogłem wiedzieć, że to stanie się tak szybko? Skąd mogłem przewidzieć, że w ogóle zostanie zabity? Równie dobrze mógł mieć raka albo nie wiem... Postanowił się sam zabić? - Ja muszę wrócić do tych policjantów. - od razu wstałem, ale Lennie już nie dał mi odejść od łóżka. Szybko przyciągnął mnie do siebie, ale ja szybko zmieniłem się w psa i zręcznie wyskoczyłem z jego objęć. Serio. Ta cała sprawa odebrała mi zdrowy rozsądek.
- Ej, wracaj tu! - usłyszałem tylko za sobą Lenniego, mając już przed oczami wyjście z namiotu. Na szczęście nie udało mi się wybiec na zewnątrz. Mój kochany mężuś zdążył mnie złapać i podnieść w ostatniej chwili. - Pogięło cię? - spytał jeszcze, znów siadając ze mną na łóżku. - Przecież nie jesteś niczemu winien. Nic nie zrobiłeś. - po jego słowach znów zmieniłem się w człowieka. Ot tak nagle siedziałem okrakiem na jego kolanach, wpatrując się prosto w niego załzawionymi oczami.
- Właśnie. Ja nic nie zrobiłem.
- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. - przytulił mnie, zaczynając gładzić ręką po plecach.
- Nikt nie powinien umierać w taki sposób... W dodatku samotnie. - wymamrotałem, a później znów zmieniłem się grzecznie w psiaka. Nie chciałem słyszeć żadnych słów wsparcia czy współczucia. To nie był dla mnie nikt ważny i nie będę za nim płakać. Nie było go przez całe moje życie i teraz też go nie będzie. Przejdzie mi tak samo, jak wszystko inne, ale świadomości, że mogłem komuś pomóc w uniknięciu tak bolesnej śmierci, ale nic nie zrobiłem, jest dla mnie przytłaczająca. Jak mam przestać się tym zadręczać?

(Lennie~?)

5 paź 2020

Lennie CD Shu⭐zo

To zdecydowanie za długo trwało. Kiedy Pik oznajmił, że ktoś chce widzieć tylko Shuzo, od razu poczułem, że coś nie grało. Grzecznie czekałem na niego w namiocie, ale nie udało mi się usiedzieć tutaj dłużej, niż pięć minut. Wychodząc, myślałem raczej, że trafił na kogoś z rodziny, a może na starego znajomego, ewentualnie na kogoś, kto także jest pół psem, ale na pewno nie spodziewałem się policji, która przygniatała mojego męża do ziemi. Przez moment stałem znieruchomiały i starałem się zrozumieć, czy to działo się na prawdę. Dwóch mundurowych skuło Shuzo i gdyby nie moje pytania, pewnie nawet bym nie wiedział, gdzie zostanie zabrany.
Zabić własnego ojca? Shuzo? Nie wierzyłem w to, co słyszałem. Jak mogli go oskarżyć o coś takiego! W ciągu tych dwóch lat, a nawet już trzech za kilka miesięcy, chłopak nie skrzywdził nikogo, nawet zwykłej muchy, która potrafiła go denerwować przed snem, a oni go oskarżają o morderstwo człowieka. Coś tu nie grało... niestety nie miałem czasu na zastanawianie się, co jest prawdą, a co nie, jedyną rzecz, jaką miałem w głowie to fakt, że jeśli chłopak wyląduje w areszcie, dziecko nie przeżyje. 
- Ale zaraz - zatrzymałem policjanta, który chciał już odejść do radiowozu, do którego właśnie jego kolega pchał czarnowłosego. - Jeśli chcecie go skuwać i zamykać w areszcie, musicie mieć dowody! - zażądałem, chociaż kompletnie się na tym nie znałem. Sam przecież dawno temu uciekłem przed policją i teraz znowu mam z nią do czynienia i chyba wolałbym, abym to ja był zagrożony wsadzeniem do więzienia, niż mój mąż, do tego ciężarny! (Tak bardzo chciałem im powiedzieć o dziecku, ale nie mogłem).
- Proszę nie utrudniać nam pracy. Na marynarce zmarłego znaleziono włos pana męża oraz jego DNA na widelcu z wesela. Tym widelcem zmarły został kilkanaście razy dźgany - myślałem, że policjant sobie ze mnie żartował. Nie wytrzymałem i wybuchnąłem mu śmiechem prosto w twarz.
- Chyba pan nie sądzi, że zabił go widelcem. Zwykłym, małym widelcem - chociaż dla mnie wydawało się to zabawne, policjant stał śmiertelnie poważny, a mój humor najwidoczniej działał mu na nerwy.
- Już nie takie rzeczy widziałem. Pański mąż zostaje zabrany, przesłuchamy go i zobaczymy, co dalej - po tych słowach mnie wyminął i ruszył do radiowozy. Zobaczymy, co dalej - przecież to było oczywiste, że wsadzą go do aresztu, póki nie znajdą innego podejrzanego. Niestety nie wierzyłem w dobre intencje policji, miałem wrażenie, że jeśli już kogoś znajda, darują sobie głębsze szukanie i po prostu skupią się na tej jednej osobie. W końcu w dawnych czasach mundurowi polegali na zasadzie "Daj mi człowieka, a znajdę na niego ustawę.".
W pierwszej chwili chciałem się rzucić na policjanta. Obić mu twarz, potem zająć się drugim i zabrać Shuzo jak najdalej. Wiedząc, że tym nic nie wskóram, stałem jak słup soli i obserwowałem, jak drzwi radiowozu się zamykają, a za szybą patrzy na mnie czarnowłosy chłopak, z niebieskimi oczami pełnych łez. On nie może tam być, muszę coś zrobić. Ale co? Starałem się na szybko coś wymyślić, zapomniałem nawet o Piku, który stał kilka metrów ode mnie i tylko się przyglądał temu wszystkiego. Co gorsze, kilku innych cyrkowców także widziało, jak pakują projektanta do wozu i odjeżdżają, a nie mogłem nic zrobić. Bezsilność jest najgorsza. 
- Nie wierzę, że to zrobił - Pik przerwał ciszę i zwrócił na siebie moją uwagę. Spojrzałem na niego i tylko pokiwałem głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Czy wierzyłem w te zarzuty? Oczywiście, że nie. Mogłem się mylić, co do tego, czy jest w stanie wyrządzić komuś krzywdę, ale wiedziałem, że nie był jakimś super mordercą, który potrafi zabijać widelcem - to się po prostu ze sobą nie łączyło! Tym bardziej, że jego suknia przez całe wesele była czysta. Jeśli miałby zabić sztućcem, na pewno polałaby się krew, która opryskała by jego ubranie; a dobrze pamiętam, że się nie przebierał. To było kłamstwo!
- Co się stało? - usłyszałem znajomy głos. Odwróciłem głowę i zobaczyłem ojca. W pewnym momencie zacząłem krzyczeć, wyrzuciłem z siebie całą bezsilność w postaci głośnego krzyku, podczas którego opowiedziałem mu o całym zajściu, razem z tym, że straci dziecko (później tego będę żałować, gdyż nie tylko ojciec to usłyszał). - Można spróbować dogadać się z sądem i wpłacić kaucję - ojciec starał się znaleźć jakieś wyjście.
- Nie, to za długo. On nie może być sam. Gdyby nie ciążą, nie martwiłbym się tak. Posiedziałby trzy, cztery dni i jakoś bym go stamtąd wyciągnął, ale ja muszę już. Teraz! - wypowiadając ostatnie słowo, ruszyłem biegiem do przyczepy medyka. Demon. On musi mi pomóc.
Wpadłem do ich przyczepy jak tornado i nie mam pojęcia w jaki sposób i kiedy im wszystko to wyjaśniłem. Mówiłem szybko, czasami nawet plątając się we własnych zdaniach. Medyk jedynie wzruszył ramionami i uśmiechnął się rozbawiony, po czym wrócił do swoich wcześniejszych czynności, tylko Robin wyglądał na przyjętego; w pewnym stopniu, ponieważ zachował całkowity sposób. Oni oboje są bez uczuć!, przeszło mi przez głowę.
- Musisz mi pomóc - zwróciłem się do demona. Ten spojrzał na mnie z dziwnym uśmiechem.
- Podaj jakiś powód - powiedział to spokojnie. Kiedy już miałem otworzyć usta, on kontynuował. - Ja nic nie muszę. Mam zająć się waszym dzieciakiem, to chyba wystarczająca pomoc.
- Jeśli nie pomożesz, nie będzie tego dziecka! - zaczynałem tracić cierpliwość.
- Oh! - udał rozczarowanie. - Nie będę miał co robić! - po tych słowach znowu się odwrócił i kontynuował wypełnianie papierków. Załamany odwróciłem się do Robina.
- Proszę, przemów mu do rozsądku. Musi się tam przeteleportować i go stamtąd zabrać. I tak są już problemy z tą ciążą - powiedziałem błagalnym tonem, mając nadzieje, że jakoś mu się to uda.
- A skąd wiesz, że mogę się teleportować? - usłyszałem pytanie z tyłu.
- Bo jesteś demonem idiotą - miałem ochotę go walnąć w ten durny łeb. - Robin, zrób coś! - po chwili chłopak mnie wyminął i szturchnął demona, ale ten tylko pokręcił głową.
- Jestem bardzo zajęty, nie mam czasu - medyk mówił do chłopaka spokojnie. Zastanawiałem się, jakim cudem tylko do niego odzywał się normalnie i bez głupich komentarzy. Odwróciłem się na moment, nie mogąc już patrzeć na tego mężczyznę. Tak bardzo go nienawidziłem, a najgorsze było to, że bez niego stracę ukochane osoby; nie tylko mogę stracić dziecko, ale także męża, jeśli popadnie w depresję. 
Kiedy znowu odwróciłem się do nich, zobaczyłem, jak Robin chyli się nad uchem demona i coś do niego szepcze. Nagle wszystkie osiem ogonów zaczęły się kręcić na boki, jak u szczęśliwego psa, a demon po chwili wstał z szerokim uśmiechem. Spojrzawszy na mnie, posłał mi surowe spojrzenie.
- Masz szczęście - wycelował we mnie palcem, po czym jednym pstryknięciem zniknął z przyczepy. Spojrzałem zdziwiony na Robina.
- Co mu powiedziałeś? - zapytałem. - Chociaż nie, nie chce wiedzieć - zmieniłem zdanie. - W każdym razie bardzo ci dziękuje.
Po kolejnych dwóch sekundach przede mną pojawił się medyk i Shuzo. Gdy mnie zobaczył, od razu rzucił mi się w ramiona. Mocno go przytuliłem. 
- Ja nic nie zrobiłem! - zaczął płakać. Gładziłem go po plecach.
- Wiem, już spokojnie - spojrzałem na demona. Skinąłem mu głową w podzięce, po czym skierowałem się z mężem do wyjścia. - Zamień się w psa, by nikt cię nie zobaczył - Shuzo jeszcze przez dłuższą chwilę nie mógł wykonać ten czynności, więc staliśmy przed drzwiami od zewnętrznej strony i przez cały czas go tuliłem i głaskałem po głowie. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy przestał płakać, zrobił to, o co go prosiłem. Schowałem go pod kurtkę i wróciłem do swojego namiotu.
Usiadłem na łóżku i położyłem jasnego pieska na swoich kolanach. Widziałem w jego oczach smutek i strach. Ucałowałem go w czoło.
- Posłuchaj mnie. Nie możesz teraz zamieniać się w człowieka, nikt nie może się dowiedzieć, że tu jesteś. Policja na pewno tu wkrótce przyjedzie i będzie się o ciebie pytać. Wtedy się schowasz, tak na wypadek, dobrze? - piesek polizał mnie w rękę. - Ale teraz koniecznie musisz mi powiedzieć, co się stało. Tylko na spokojnie, nie bój się - okryłem zwierzę kocykiem. - Jestem przy tobie - dodałem jeszcze.

Shu? Tłumacz się, karty na stół

26 wrz 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Każdy kolejny prezent był lepszy od poprzedniego. Jednak sama wycieczka była czymś nie do przebicia. Może i nie byłem za bardzo za kolejnym wyjazdem, ale na rozmowę o tym jeszcze przyjdzie pora.
- Pewnie tak. - powiedziałem, odkładając bilety i przytulając się do Lenniego. - Już mi wystarczy tego oglądania. - wymruczałem, przymykając oczy i kładąc po sobie uszy. Chłopak od razu objął mnie ręką i pocałował w głowę, na co mój ogon od razu zaczął delikatnie machać z czystej radości. Czułem, że jeszcze z chęcią bym się przespał z godzinkę albo może dwie. Dookoła była cisza i spokój. Przytulałem najważniejszą dla mnie osobę na całym świecie. Jak tu nie spać w spokoju?
Gdy byłem bliski odpłynięcia prosto do krainy snów w objęciach własnego męża, nasz spokój i przede wszystkim mój został zakłócony nagłą wizytą Pika. Na początku w ogóle się tym nie przejąłem. Nawet nie drgnąłem, będąc przekonanym, że to nic ważnego. Lennie na pewno cokolwiek by to było, załatwi w mgnieniu oka. Niestety... Cóż on mógł zdziałać w mojej sprawie?
- Wybaczcie to najście. - aż przeleciał po mnie delikatny dreszcz, gdy usłyszałem jego grobowy ton. To nie mogło być nic dobrego. Od razu w miarę możliwości się podniosłem, a Lennie mimo wszystko nie wypuszczał mnie ze swych objęć. Oczywiście do czasu...
- Co się stało? - spytał, a ja wolałem się tylko przysłuchiwać.
- Mam w gabinecie niespodziewanych gości. Chcą porozmawiać z Shuzo. - odpowiedział, przenosząc na mnie wzrok. - Tylko z Shuzo. - dodał pewnie, aby Lennie ze mną nie poszedł. Tylko dlaczego? Zupełnie wtedy nie wiedziałem, o co chodzi. Lennie z resztą też.
- Kogo? - spytałem, wymykając się z objęć chłopaka i wstając na równe nogi.
- Chodź ze mną. - powiedział, ignorując moje pytanie i wychodząc na zewnątrz. Czy to już mogło mi sugerować coś złego? Niby tak, ale wolałem być dobrej myśli i nie martwić się na zapas. Szybko złapałem za swoją bluzę i przy wyjściu na chwilę się zatrzymałem, aby spojrzeć na męża.
- Zaraz wrócę kochanie. - pomachałem mu z uśmiechem na twarzy i wyszedłem za Pikiem, naciągając na siebie bluzę. Dziś już pogoda nie była taka dobra. Od rana coś się chmurzyło i ciągle wiał taki nieprzyjemny zimny wiatr. Miałem nawet przeczucie, że po południu może zacząć padać deszcz. Teraz na szczęście jeszcze niebo wyglądało dobrze. Idąc już za Pikiem, postanowiłem nie dopytywać o tych domniemanych gości. Mój wzrok tylko ciągle uciekał gdzieś w tył w stronę mojego namiotu, w którym został Lennie. Czułbym się lepiej, gdyby poszedł ze mną. Jednak gdy już chciałem się po niego wracać, okazało się, że już jesteśmy parę kroków od gabinetu. Pik stanął przed wejściem i puścił mnie przodem, co już mnie trochę zaniepokoiło. Coś w środku kazało mi stąd uciekać, ale było już trochę za późno. Po przekroczeniu progu gabinetu moim oczom ukazała się dwójka identycznie ubranych i uzbrojonych policjantów, którzy już na wstępie pokazali mi swoje odznaki.
- Shu Ishida? - spytał następnie jeden z nich. Przez wcześniejsze doświadczenia z policją, już chciałem się zerwać do biegu, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. Przecież nic na mnie nie mają. Nie mam narkotyków i z nikogo nie pobiłem. Postanowiłem zachować spokój. W końcu miałem się nie stresować. Od razu skinieniem głowy potwierdziłem swoją tożsamość, a ci od razu wyciągnęli pistolety, celując prosto we mnie. Momentalnie uniosłem obie ręce w geście poddania się. Co miałem innego zrobić? O co im w ogóle chodzi?
- Jesteś oskarżony o zamordowanie Yosuke Ishidy. - powiedział jeden z nich, a ja wręcz zamarłem, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. - Odwróć się do ściany i powoli połóż na niej ręce. - przez dobrą chwilę byłem totalnie głuchy na ich słowa. Zrobiło mi się duszno, a nagły natłok myśli sprawił, że zaczęło mi się kręcić w głowie.
Jeszcze raz... Co ja zrobiłem?
- Już! - krzyknął nagle jeden z policjantów, przywołując mnie do porządku. Jednak okazało się to zbędne, bo jego kolega już zdążył mnie złapać i pchnąć mną o ścianę. Tak mocno i niespodziewanie, że aż poczułem jej zimno policzkiem. To jakiś nieśmieszny żart... Później już było tylko gorzej. Nie dość, że jeden mnie całego obmacał, by sprawdzić, czy nie mam przy sobie żadnej broni, to później jeszcze zostałem skuty i wytargany z przyczepy, jak jakiś kryminalista.
Pytanie, czy mogło być gorzej?
Mogło i było.
Gdy tylko moje stropy dotknęły wydeptanej ziemi przy przyczepie, od razu zacząłem się szarpać na wszystkie strony, by jakoś wyrwać się policjantom. Oczywiście na początku w ogóle się tego nie spodziewali, dlatego przez parę sekund byłem wolny. Odbiegłem od nich, lecz za nim zdążyłem się nacieszyć wolnością, jeden z nich wręcz się na mnie rzucił w wyniku czego miałem niezbyt miłe spotkanie z gołą ziemią i trochę się jej najadłem. Aż wracają wszystkie nieprzyjemne wspomnienia...
- Uspokoisz się? - usłyszałem, ale nie zamierzałem tego zrobić. Jest sposób, abym się wydostał z głupich kajdanek, a później pozbycie się tych dwóch gadzin nie będzie trudne. Co prawda rąk sobie nie odgryzę, ale złamać kciuk na upartego zawsze mogę. Potem mogę ich nawet podziurawić jak durszlak. Wystarczy tylko przejąć jeden z pistoletów.... Tak. To był plan idealny. Plan stworzony przez osobę, która była zaaferowana na ucieczce. Nie myślałem o niczym innym. Chciałem wrócić do Lenniego. Schować się w jego objęciach, a nie trafić do pudła za niewinność. Nie czułem żadnego bólu ani zmęczenia. Za wszelką cenę chciałem wstać spod ciężaru tego policjanta. Nie przejmowałem się ani trochę, że drugi miał mnie na muszce i coś krzyczał. Ja wstanę i nie zatrzymają mnie. Jednak nagle zamarłem, a w moich oczach stanęły łzy. Wzrok powędrował w górę na osobę, która wtrąciła się do tego całego zamieszania.
- Ja... - nie umiałem przez chwilę nic z siebie wydusić. Dopiero teraz do mnie dotarło, że zgniata mnie dwa razy większy i pewnie też cięższy gliniarz. - To... Nic nie zrobiłem. Nic... Przysięgam. - rozpłakałem się. Równocześnie w tym samym momencie zostałem pociągnięty gwałtownie w górę. Stanąłem już na własnych nogach, patrząc przez łzy prosto na mojego męża. W ustach wciąż czułem ziemię i lekki posmak krwi. Podczas nagłego upadku, najprawdopodobniej przypadkowo ugryzłem się w język. Ewentualnie dość mocno zaryłem zębami o podłoże, ale nie zaprzątałem sobie tym myśli. Teraz żałowałem, że nie powiedziałem Lenniemu wcześniej, gdzie byłem w trakcie zabawy. Teraz te gnidy mogą mu wszystko wmówić, a mnie jak widać o wszystko oskarżyć i wsadzić. Co, może jeszcze dostanę dożywocie?!
- Co się tutaj dzieje do cholery? - spytał Lennie, patrząc to na mnie, to na policjantów. Za nim jednak zdążyłem otworzyć usta, jeden z policjantów odciągnął mnie do tyłu, przez co o mało co się nie przewróciłem.
- A pan jest kim, żeby się w ogóle o to pytać?
- Mężem oskarżonego i żądam wyjaśnień. - odpowiedział praktycznie od razu.
- W lesie nieopodal miejsca odbywającego się wesela zostały znalezione zwłoki, a dowody wskazują na pańskiego męża.
- To nie byłem ja! Dlaczego miałbym zabić własnego ojca?
- Powiesz to w sądzie. - odezwał się drugi policjant, który cały czas mnie trzymał. Poprowadził mnie w stronę radiowozu, podczas gdy Lennie rozmawiał dalej z drugim gliniarzem. Już nie umiałem się uspokoić. Tym razem stracę to dziecko. Nie przeżyje samemu w pace. W dodatku bez Lenniego..

(Skarbie? Potrzebuję adwokata...) 

16 wrz 2020

Lennie CD Shu⭐zo

- Dziękuje, staram się – odparłem z uśmiechem, przejeżdżając palcem po swoim policzku i zjadając ciasto, które na nim było. - Ale zobaczysz, jak goście zjedzą cały tort, to my będziemy mieli się czym jeszcze poratować – zasugerowałem.
- Będziesz co miał opowiadać dziecku – stwierdził, na co go przytuliłem.
- Jak go nazwiemy?
- Go? A może to będzie dziewczynka? - wzruszyłem ramionami.
- A kogo byś chciał? Ja chyba małego Liam'a.
- A jak powiem, że dziewczynkę?
- To będzie mała Sophie – zaśmiałem się. - A ty jak byś nazwał?
- Gdyby to była dziewczynka... Lilotte, koniecznie – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu. - Będę jej szył masę sukienek, kolorowych z kokardkami – zaczął sobie wyobrażać. - To będzie moja mała księżniczka – w jego oczach zobaczyłem tańczące iskierki radości.
- Ej, bo będę zazdrosny – zaśmiałem się.
- A nad chłopcem się w sumie nie zastanawiałem zbytnio – dodał jeszcze.
- Dobrze, że mamy czas – przyłożyłem dłoń do jego policzka. - Nie ważne jaka płeć, i tak będzie to wspaniałe dziecko – pocałowałem go namiętnie. - A teraz chodźmy się bawić – pociągnąłem go na parkiet. Chociaż nie lubiłem zbytnio tańczyć, to jednak nie zamierzałem ciągle bezczynnie siedzieć.

Wesele było piękne. Każdy się bawił, muzyka ciągle grała, a ja czułem, że nic nie jest w stanie zepsuć tego dnia; nawet gdy jeden z pijanych cyrkowców wpadł na stół i go połamał na pół. To był wspaniały dzień, którego nigdy nie zapomnę. Gdy przyszedł ranek, a wszyscy goście poszli spać, wziąłem ostatni raz Shuzo na ręce i zaniosłem go do naszego namiotu. Od razu się położyliśmy.
- Lennie, bo wygnieciesz mi garnitur - zaprotestował, więc zacząłem go rozbierać.
- Przesadzasz - pomogłem mu zdjąć jego kreację. - Chciałby cię jeszcze w tym zobaczyć - uśmiechnąłem się szeroko. Byłem trochę podpity, więc kręciło mi się w głowie. Kiedy starałem się odpiąć guziki ze swojego stroju, prawie je porwałem, więc chłopak sam to zrobił.
- Weźmiemy drugi ślub?
- Jak będzie trzeba, to jeszcze z trzy - pocałowałem go w czoło. Kiedy już oboje myliśmy w samej bieliźnie, położyłem się na chłopaku.
- Daj mi ubrać chociaż pidżamę - pokręciłem głową.
- Chodź spać, nie potrzebna ci - zamknąłem go w swoich objęciach i naciągnąłem na nas kołdrę. - Jakbym miał siłę, to bym jeszcze upamiętnił ten dzień jedną rzeczą - wymruczałem mu do szyi, w którą byłem wtulony.
- Jeszcze będziesz miał okazje - cicho się zaśmiał, gładząc mnie po plecach.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.

*

Zaczęliśmy rozpakowywać prezenty od gości. W większości były to niewielkie, aczkolwiek cenne podarki, jak na przykład zestaw szklanek z naszymi imionami, zestaw do drinków, dostaliśmy też dużo alkoholu, a dokładniej to masę wina, którego nie wiem kiedy wypijemy – prawdopodobnie po narodzinach dziecka. Każdy prezent otwieraliśmy wspólnie, opisując sobie dnie z nimi spędzonymi, dostaliśmy nawet body dla naszego malucha – to musiał być prezent od Robina i Viviego, tylko oni wiedzieli o ciąży, nie licząc mojego ojca, od którego prezent zostawiliśmy na końcu.
Ciekawe było, gdy trafiliśmy na niepodpisany podarek.
- Jest karteczka – Shuzo podał mi skrawek papieru i zaczął rozdzierać papier.
- Skorzysta obu, aczkolwiek jest dla tego na dole – przeczytałem. Z początku nie rozumiałem o co chodzi, aż w końcu chłopak nie wyciągnął z małego pudełeczka puchatych i różowych, króliczych uszu oraz ogonka, koronkową i cienką bieliznę, a na sam koniec pasujące do kompletu kajdanki. Popatrzyłem na prezent, a potem na Shuzo, którego twarz była cała czerwona. W pewnym momencie się cicho zaśmiałem. - To chyba dla ciebie – nagle chłopak uderzył mnie pustym pudełkiem po głowie.
- Ty też pewnie byś się w to zmieścił – powiedział z obrazą, chociaż kiedy się odwrócił, zobaczyłem z jego profilu rozbawienie na jego twarzy. Przysunąłem się do niego i go objąłem.
- Na pewno, te uszy są cudowne, ale tobie będzie w tym lepiej – ucałowałem go w policzek.
- Głupek – prychnął, chociaż na jego twarzy dalej widniał uśmiech. - Dobra, zobaczmy co mamy tutaj – sięgnąłem po mały pakunek, po czym ściągnąłem z niego papier. Zaśmiałem się szczęśliwy. Trzymałem w rękach rysowany portret, przedstawiający naszą przytuloną dwójkę. Jakbyśmy uśmiechali się do aparatu.
- Nawet ujęli twój wyszczerbiony ząb – chłopak wskazał na mój uśmiech na portrecie.
- Co? Nie mam przecież...
- Masz – chłopak odwrócił się w moją stronę. Otworzyłem usta, a on przyłożył palec do rzekomo brzydszego zęba. - O tutaj.
- Ja nic nie wiem – kiedy to powiedziałem, prawie ugryzłem go w palec. Kiedy chłopak sięgał po kolejny prezent, sprawdziłem językiem, czy mówił prawdę. Skąd ja go mam?
- To od twojego taty – podał mi kolorową kartkę.
- Ciekawe co to może być – rozwiązałem wstążkę i oddałem chłopakowi, aby wyciągnął coś ze środka. Były to kolejne skrawki papieru. Zajrzałem mu przez ramię.
- To czterodniowy pobyt... w Paryżu – powiedział zdumiony. Ja także nie kryłem zdziwienia.
- Na prawdę? - pokiwał głową. Długo przyglądaliśmy się biletom, które miały nas za miesiąc wysłać do Paryża. Szeroko się uśmiechnąłem. - Nie pomyślałbym nigdy o czymś takim – zaśmiałem się.
- Musiał dużo na to wydać – powiedział Shu. - Gdzie on pracował?
- W więzieniu, był klawiszem. Może potem zmienił pracę – wzruszyłem ramionami. - Najwidoczniej miał odłożone.

<Mężu?>

10 wrz 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Ach... Aż brak mi słów. Po całej ceremonii nie umiałem wydusić z siebie nic konkretnego. Do tej pory emocje ze mnie nie zeszły, a mój ogon pod ich wpływem merdał jak szalony na boki. Byłem szczęśliwy, to mało powiedziane. Chyba nie istnieje takie słowo, które idealnie opisałoby mój stan. Lennie przeniósł mnie spod ołtarza, jak najprawdziwszą pannę młodą, aż na sam środek polany, gdzie były rozstawione wszystkie stoły. Jak teraz o tym myślę, to z pewnością wyglądało to żenująco, ale z drugiej strony nawet mi się to podobało. Mam naprawdę bardzo kochanego męża i to on jest dla mnie najważniejszy. Co prawda nie ma merdającego ogona, który z łatwością pokazuje, że jest się szczęśliwym, ale ja i tak to u niego widziałem, przez co sam cieszyłem się jeszcze bardziej. Jego szczęście zawsze też będzie moim i dobrze wiem, że zrobię wszystko, aby jak najdłużej i jak najczęściej właśnie tak się cieszył. Nawet z takich małych nieistotnych rzeczy.

***

W sumie impreza w zasadzie niczym nie różniła się od wszystkich innych. Uroczysty toast, tłum gości, różne życzenia i prezenty, obiad, aż w końcu przyszła pora na taniec młodej pary... Był to jeden z tych momentów, które na zawsze zapadną mi w pamięć. Mieliśmy to szczęście, że przyszło nam tańczyć o bardzo pięknej porze. Słońce zaczęło znikać za horyzontem. Niebo przybrało kolor pomarańczowo złoty, a w oddali było już widać pojawiający się księżyc. Gdy tylko razem z Lenniem opuściliśmy nasze miejsca, większość gości prowadząca konwersację między sobą ucichła. Miałem wrażenie, że uwaga wszystkich zebranych była skupiona tylko na nas. Nie będę kłamał, że ot tak przetańczyłem z Lenniem, co miałem. Od razu, gdy tylko wstałem, moje serce zaczęło mocniej walić. Z każdym krokiem w stronę prowizorycznego parkietu na polanie, odnosiłem coraz większe wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Zawsze gdzieś z tyłu głowy ten mały stres był. Chciałem, żeby wszystko naprawdę wyszło idealnie, bez żadnych potknięć. W dodatku byłem świadom, że nie za bardzo podczas przygotowań skupiliśmy się na tej chwili i nie za bardzo cokolwiek ćwiczyliśmy, więc trudno było mi się odprężyć. Na szczęście obecność Lenniego dawała mi na tyle pewności, żeby zamknąć oczy i wziąć głęboki oddech oraz powiedzieć w myślach samemu sobie: "Wszystko dobrze. Jesteś tu tylko ty i Lennie. Inni to tło, którym nie warto się przejmować." Od razu zrobiło mi się lepiej. Skoro własne myśli są mi się przychylne, czułem, że naprawdę nie mam się czym przejmować. Ciągle trzymałem Lenniego za ręce, a gdy tylko otworzyłem oczy, miałem okazję również spojrzeć właśnie na niego. Prosto w jego wciąż zachwycające fiołkowe oczy, które przepełnione były szczerą radością. Lekko się uśmiechał, a gdy tylko złapaliśmy kontakt wzrokowy, trochę mocniej ścisnął moje dłonie, by tak od siebie dodać mi niemej otuchy. Zastanawiało mnie, co sobie teraz myślał. W końcu wszyscy patrzą tylko na nas...
W zasadzie nie pamiętam żadnych szczegółów ani tym bardziej kroków. Pamiętam, tylko piękną melodię, graną na żywo, którą potem nuciłem sobie przez resztę wesela. Pamiętam też Lenniego, a dokładniej to, że nie zwracałem na nic innego ani nikogo innego uwagi, niż właśnie na niego. Cały taniec był dla mnie naprawdę magiczną chwilą, której po prostu nie jestem w stanie opisać. Odnoszę wrażenie, że aby najlepiej zrozumieć moje odczucia, trzeba było tego samemu doświadczyć. Dla każdego jest to coś innego i równie trudnego do opisania.
Jedyne czego jestem pewien, to końcowych braw i tego, że od razu po tym rzuciłem się Lenniemu na szyję, a potem znów się pocałowaliśmy, ku uciesze gości, którzy przez to jeszcze głośniej zaczęli klaskać. Serio niezapomniana chwila. Gdy tylko odsunąłem się trochę od męża, słońce w zupełności zaszło. Miałem znów okazję podziwiać swoje ulubione niebo usłane miliardami gwiazd. Z tą różnicą, że sam już znalazłem swoją gwiazdę i był nią Lennie. Od dziś również najdroższy mąż, którego pewnie każdy by pozazdrościł.

Po zakończonym tańcu większość gości również wyszła na parkiet. Piosenka zmieniła się na bardziej skoczną i w zasadzie wszyscy zaczęli się bawić. Ja już miałem dość tańca. Żaden inny partner czy partnerka mnie nie interesował poza Lenniem i wolałem sobie z nim na spokojnie usiąść. Niestety mój plan się nie powiódł. Mój błąd, że nie patrzyłem pod nogi. Drogę w stronę stołów zagrodził mi chłopiec, który trzymał nam obrączki na ślubie. Wyglądał prze uroczo w małym czarnym garniturku i jasnoniebieskiej muszce.
- Zatańczysz ze mną? - spytał niewinnym dziecięcym głosikiem, jeszcze wyciągając rączkę w moją stronę. Nie wiem, jakbym mógł mu odmówić.
- No popatrz Lennie, już ci męża kradną. - spojrzałem kątem oka na ukochanego, cicho się śmiejąc. Nie czekałem na jego komentarz, tylko dałem się wciągnąć chłopcu w tłum tańczących gości. Było to trochę zabawne. Chłopiec ledwo co był mi do pasa, ale mimo wszystko cieszył się, że mógł ze mną potańczyć. Na końcu jeszcze powiedział mi, że bardzo ładnie wyglądam. Wtedy to już zdobył moje serduszko. Jak tu nie kochać małych dzieci? To najszczersze i najsłodsze istotki na świecie. Po wszystkim wyprostowałem się, jednocześnie rozglądając się dookoła. Nie umiałem znaleźć Lenniego. Czyżby go też ktoś wciągnął do tańca? Zaśmiałem się w duchu. Jego mina pewnie była przepiękna. Wciąż pamiętam, jak poszliśmy razem do miasta i tam tańczyliśmy na rynku. Tak bardzo wtedy nie chciał i wolał stać z boku, ale w końcu ktoś go wciągnął do zabawy. Najlepsze, że dopiero na samym końcu udało nam się złączyć w parę. To był chyba nawet jeden z pierwszych momentów, gdy tak serio dotarło do mnie, że mi się podoba. Przywołując do siebie te cudowne wspomnienia, postanowiłem wrócić na miejsce i w końcu usiąść. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Nie czułem żadnego zmęczenia. Po prostu wszystko szło idealnie. Cóż tu więcej mówić?
Siedząc na miejscu, obserwowałem wszystkich gości. Wydawało mi się to bardziej interesujące od bycia ciągle w centrum uwagi. Pomyśleć, że chciałem być sławny... Teraz jakoś coraz częściej uświadamiam sobie, że cały show-biznes nie jest dla mnie i o wiele lepiej mi w roli szarej osoby, która za bardzo się nie wyróżnia z tłumu. Trochę to smutne, ale z drugiej strony jestem z tego powodu szczęśliwy. Będąc sławnym nigdy bym nie spotkał Lenniego. Nie wiem, ile tak bezczynnie siedziałem, ale z czasem dostrzegłem jakąś osobę, oddalającą się od lampek, które oświetlały okolice, by wszyscy się nie pozabijali na tej polanie. W sumie nie zwróciłbym na tę osobę szczególnej uwagi, gdyby nie odchodziła w stronę lasu i nie wyglądałaby dla mnie jakoś znajomo. Coś mi mówiło, żebym tam poszedł. Do tej pory nie wiem, dlaczego, ale postanowiłem to zrobić. Szybko jeszcze obleciałem wzrokiem bawiących się gości, by sprawdzić, czy uda mi się za tamtą osobą wymknąć niezauważonym. Teren wyglądał na czysty. Wszyscy byli zajęci sobą. Miałem idealną okazję. Bez chwili zwłoki wstałem i szybko poszedłem do odchodzącej osoby, choć im bardziej się do niej zbliżałem, byłem pewien, że był to jakiś starszy mężczyzna. Dość wysoki, w świetnie skrojonym garniturze. Na głowie miał kapelusz trochę podobny do tego Lenniego. Charakterystyczny jednak był jasny szal, którym miał owiniętą szyję oraz ciemna laska, na której się wspierał praktycznie z każdym krokiem. Niestety nie zdążyłem go złapać, za nim wszedł do lasu. Było tam tak ciemno, jak w jakimś grobie. Zawahałem się przez chwilę, nie będąc pewnym czy na pewno chce znikać z własnego wesela. Jeszcze raz spojrzałem za siebie na wszystkich zebranych, a później przed siebie...
Zdecydowanym i szybkim krokiem wszedłem do lasu.
- Przepraszam! Niech pan zaczeka... - odezwałem się, nie będąc pewnym, czy w ogóle uda mi się znaleźć jeszcze tę osobę. Nic nie słyszałem dookoła, a przez gęsto rosnące drzewa nie byłem w stanie zobaczyć nawet swojej własnej śnieżnobiałej kreacji. Czułem, że to pewnie kwestia czasu, aż o coś zahaczę nogą i polecę na twarz. Na co mi to było? Mam naprawdę głupie pomysły...

***

Nie zniknąłem na długo. Przynajmniej tak mi się wydawało. Gdy udało mi się opuścić las i z powrotem trafić na pięknie oświetloną polanę, wślizgnąłem się na imprezę już pod postacią psa. Nie chciałem odpowiadać na pytania, gdzie byłem i po co. Niestety znów powinienem uważniej patrzyć tam, gdzie idę, a nie rozglądać się dookoła. Wszedłem idealnie między nogi Lenniego, samemu go właśnie szukając. Głupiutki ja. Oczywiście to on mnie pierwszy zauważył.
- Tutaj jesteś. - wziął mnie na ręce. - Właśnie cię szukałem. Gdzie byłeś? - spytał, patrząc mi prosto w oczy. Widząc go, automatycznie zacząłem machać ogonem. Udało mi się go nawet polizać parę razy po policzku, na co ten zareagował śmiechem, odsuwając ode mnie głowę. Wtedy już zmieniłem się w człowieka, przez co obaj o mało co nie wylądowaliśmy na ziemi.
- Nigdzie daleko, kochanie. - zapewniłem go, po czym szybko pocałowałem i zszedłem na ziemię, by nie wisieć dalej na nim. - Która godzina? - spytałem, rozglądając się dookoła. - Czyżby zbliżała się pora na krojenie tortu? - dopytałem, samemu już się ekscytujące na samą myśl, że będziemy kroić taką piękną słodkość. Torty ślubne naprawdę są jednymi z moich ulubionych pod względem wizualnym. Gdy Lennie pokiwał głową, aż podskoczyłem z radości i złapałem go za rękę, ciągnąć w stronę tortu. Już wcześniej zauważyłem, że coś się przy nim szykuje. - W ogóle widziałeś, jaki on jest ładny, a jaki duży... - byłem oczarowany tą lukrowaną słodkością, a gdy już oboje przy niej stanęliśmy, aż szkoda było mi go kroić. Pachniał ślicznie i tak samo wyglądał. Smakuje pewnie jeszcze lepiej i mimo wszystko chciałem go skosztować. Szkoda, że nie da się go zjeść i jednocześnie zostawić nietkniętego. Musielibyśmy mieć dwa. Oczywiście muzyka na chwilę przycichła, goście zebrali się przy torcie, a ja razem z Lenniem mieliśmy ten przywilej ukrojenia pierwszego kawałka. Nie widziałem w tym nic trudnego i w zasadzie skończyło się bez większych komplikacji. Wszyscy oczywiście zaczęli klaskać, a ja już chciałem zjeść ten kawałek. Lennie czytał mi w myślach i już przysunął do moich ust kawałek ciasta nabitego na widelec. Był przepyszny. W międzyczasie ktoś inny zajął się krojeniem pozostałych części tortu, a ja z Lenniem, jak i inni goście wróciliśmy na swoje miejsca. Oczywiście to ja zagarnąłem ten pierwszy kawałek dla siebie. Jednak za nim zająłem się konsumpcją, odwróciłem się do Lenniego.
- Musisz spróbować. - nabiłem kawałek tortu na widelczyk i przysunąłem go do swojego mężusia (wow, ale to ekscytujące, że mogę już tak mówić), który bez sprzeciwów zjadł ten kawałek.
- Przepyszny. - odpowiedział z uśmiechem.
- No nie? Chciałbym go jeść codziennie. - zaśmiałem się cicho, a później skupiłem się na jedzeniu. W międzyczasie Lennie dostał swój kawałek, a później jego tata i tak dalej cała reszta gości. W sumie jeszcze nigdy tak nie zachwycałem się zwykłym ciastem, ale to było naprawdę wyjątkowo pyszne, jak i nie najlepsze.
- Wiesz co? - zaczął Lennie.
- Hm? - spojrzałem na niego z pełną buzią, a ten wtedy szeroko się do mnie uśmiechnął, biorąc do rąk kawałek ciasta, który dopiero co dostał i wpakował mi go za kołnierz. O mało co się nie zakrztusiłem.
- Zostawię go sobie na później. - odparł z uśmiechem, a ja od razu się zaśmiałem i w ramach zemsty wpakowałem mu swoją resztkę ciasta prosto na twarz, a później jeszcze go pocałowałem.
- Śmieszne masz pomysły. - pomimo klejącego się ciasta na plecach, bawiła mnie ta sytuacja.

(Lennie~?)

8 wrz 2020

Robin CD Vivi

- Nie – powiedziałem cicho. Kiedy demon musnął swoimi ustami moją szyje, cicho się zaśmiałem. To łaskotało, nie spodziewałem się takiej reakcji, więc tylko zamknąłem oczy i szeroko się uśmiechnąłem. Ręce miał chłodne, a oddech ciepły. Składał pocałunki na mojej szyi, póki nie otworzyłem ust i nie powiedziałem "Vivi, spadająca gwiazda!". Chłopak powoli się odsunął i przewrócił na plecy obok, patrząc w niebo.
- Przegapiłem – powiedział bez cienia smutku, zamiast tego przysunął mnie do siebie i delikatnie ugryzł mnie w ucho. - Zdążyłeś pomyśleć życzenie? - zapytał, na co pokiwałem głową. - Jakie? - dalej pytał, znowu splatając nasze palce. Odwróciłem głowę w jego stronę i spojrzałem w jego ciemne oczy, które w tej chwili zdradzały jego radość.
- Nie mogę powiedzieć, bo się nie spełni – demon się cicho zaśmiał.
- Teraz będę się nad tym zastanawiał – powiedział z zamyśleniem. - Ah... jest tyle możliwości – westchnął. - Chyba się nie zdecyduje – udał smutek, na co się zaśmiałem. - I do końca życia w niepewności - teatralnie westchnął.
- Chce zostać z tobą. Na zawsze – wyjawiłem życzenie. Vivi spojrzał na mnie, na początku z lekkim zdziwieniem, które potem przekształciło się w szeroki i szczery uśmiech, a w jego oczach pojawiły się tańczące iskierki radości.
- To co mówisz, jest piękne – znowu przysunął swoją twarz do mojej i mnie pocałował. Im częściej to robił, tym szybciej się do tego przyzwyczajałem. Mogłem nawet stwierdzić, że było to przyjemne, a kiedy się odsuwał, czułem niedosyt. Po chwili demon się lekko odsunął. - Ale wiesz, że ja będę żył wiecznie, bo jestem demonem, a ty możesz umrzeć chociażby ze starości? - powiedział spokojnie, uważnie mi się przyglądając.
- A jeśli już raz umarłem, mogę drugi? - zapytałem ciekawy. Chłopak w tym momencie ogromnie się zdziwił.
- Jak to umarłeś?! - podniósł zszokowany głos. - Kiedy? Jak?!
- No... nie mówiłem ci? - zapytałem, a on tylko pokręcił głową. - Castiel pomógł mi odkryć skąd jestem. Wszystko sobie przypomniałem, wszystko, co było przed lasem – spojrzałem na jego dłoń, w której kryła się moja własna.
- Robin – uniosłem na niego wzrok. - Powiesz mi? - zapytał spokojnie. Znowu spojrzałem w niebo, w to piękne sklepienie, które zdobiło tysiące gwiazd. Pokiwałem głową.
To było tak dawno temu... Minęło aż 11 lat od tamtego zdarzenia. Brazylia jest piękna, chyba, że mieszkasz w dzielnicy nędzy. Życie nie jest takie kolorowe jak w Rio, a tym bardziej jak w filmach, w których trwa festyn. To był całkowicie inny świat, pełny morderstw, chorób, gwałtów i przemocy. Każdy sobie jakoś radził, każdy dbał o siebie i nikt nie zwracał uwagi na czyjeś problemy. Jeśli takowe były, czekałeś do pełnoletności, aby opuścić to miejsce, albo skakałeś z pierwszego lepszego dachu, na tyle wysokiego, by nie było jak odratować. 
- Mój tata był okropny. Każdego dnia pijany bił matkę, czasami mnie, młodszą siostrę rzadziej, bo była mała. Za nią dostawałem albo ja, albo ona, kiedy dziecko za długo płakało, albo jak nie było co jeść i było głodne. Jakoś tak się to toczyło spokojnie, każdego dnia szkoła, dom i na odwrót. Zajmowałem się siostrą, bo mama wiecznie pracowała. Wiesz co najbardziej lubiłem robić? Siedzieć na murku i patrzeć w niebo. Zawsze sobie wyobrażałem, co jest po za miastem. Kiedy moi rówieśnicy grali w piłkę, w kosza, albo rzucali w stare domy kamieniami, to ja się pochylałem nad każdym zwierzęciem, gadem, płazem, ptakiem i się nimi zajmowałem. Nawet szczury lubiłem, a pamiętam, że było ich tam dużo – cicho się zaśmiałem na to wspomnienie. Okazuje się, że jednak były dobre wspomnienia. Całkiem sporo, zabawne, przyjemne, urocze. Wszystkiego po trochu. - Znaleźliśmy z Castielem mój stary dom. Jak wszystkie inne został opróżniony, ludzie tam brali wszystko, co się dawało. Potrafili wyrwać nawet ze ściany wbudowane szafki czy kuchenki – stwierdziłem żartobliwie, chociaż po chwili uśmiech zszedł mi z twarzy. Patrzyłem w niebo, widząc, jak wszystkie gwiazdy migocą. - Któregoś dnia ojciec wypił więcej, niż powinien. Wtedy mama wróciła z jakąś przykrą wiadomością, której nie usłyszałam. Doszło do rękoczynów, ale się nie martwiłem, bo tak było codziennie. Tyle, że kilka godzin potem, kiedy wieczorem mama brała kąpiel, on do niej poszedł z nożem. Nawet nie krzyczała, nie protestowała, kiedy po prostu poderżnął jej gardło – przełknąłem ślinę i na moment się zatrzymałem. Opowiadanie o tym jest cięższe, niż wyobrażanie. - Byłem wtedy z siostrą w pokoju. Kiedy on przyszedł, zaczął się do niej dobierać. Jakoś tak instynktownie chciałem jej pomóc, uratować, więc się na niego rzuciłem. Ale jakie dziecko da radę rosłemu mężczyźnie – po prostu wzruszyłem ramionami i dopiero wtedy spojrzałem na Viviego. - Wiem, że to on mnie zabił. Po prostu to wiem. Nie wiem tylko, co ze mną zrobił, że jeszcze żyje – znowu spojrzałem na nasze dłonie. - Może bym się dowiedział, gdyby znalazł siostrę. Ona uciekła i może żyć – skończyłem opowiadać i przez moment trwaliśmy w ciszy. Po chwili uniosłem głowę i delikatnie się uśmiechnąłem do niego. - Więc... mogę z tobą zostać? Na zawsze lub nie, ale jak najdłużej.

Vivi? :3

4 wrz 2020

Vivi CD Robin

Momentalnie się zarumieniłem, gdy mnie pocałował. Nie tak chciałem zareagować... No ale... Wziął mnie z zaskoczenia. To było nie w porządku... Jednak... Bardzo mnie ten gest ucieszył.
Bez słowa wziąłem go na ręce.
- Hmmm, w sumie to już skończyłem, więc bardzo chętnie z tobą pójdę popatrzeć na te gwiazdy. - wyszedłem z namiotu, niosąc go na pannę młodą. - Wiesz, nigdy nie interesowałem się gwiazdami, ale jak ty mi proponujesz patrzenie na nie i to jeszcze w pakiecie z opowiadaniem o nich. To przecież nie mogę ci odmówić? - pocałowałem go w czoło. W momencie, gdy byliśmy na skraju lasu, postawiłem go, by mógł swobodnie chodzić.
Złapałem jego dłoń i powoli zaczęliśmy spacerować.
- Vivi głuptasie... Tutaj nie będzie widać żadnych gwiazd przecież. - szturchnął mnie w ramię, lekko się śmiejąc.
- A-a-a... Pójdziemy się przejść niedaleko rzeki. Tam już nie będzie tyle drzew.
Pokiwał głową i spacerkiem zaczęliśmy iść w kierunku rzeki.
Spoglądaliśmy na niebo, a przynajmniej tyle ile było widoczne.
- Jak na razie nie widzę gwiazdozbioru, który chciałem ci pokazać. - wymamrotał.
- Hm? Nawet jeśli bym musiał zaczekać, to będę tylko jeszcze bardziej oczarowany widokiem tego misiaczka na niebie. - nachyliłem się do niego i liznąłem jego ucho.
Robin spojrzał na mnie zaskoczony, lekko się rumieniąc.
- C-co ty robisz...? - zaśmiał się nerwowo.
- Co ja robię? Nic, nic... Tylko tak cię kosztowałem. - roześmiałem się wesoło. - Żartuję, żartuję. Nie zjem cię, wiesz o tym. - z uśmiechem na ustach poczochrałem jego białą burzę włosy. - Swoją drogą... Też coś wiem o gwiazdach. Są to kuliste ciała niebieskie, stanowiące skupisko powiązanej grawitacyjnie materii. A powstają w skutek zapadania grawitacyjnego chmury materii, która składa się głównie z wodoru.
Na taki komentarz spojrzał na mnie odrobinę zagubiony.
- Oh, wybacz... Pewnie spodziewałeś się czegoś mniej naukowego. - westchnąłem, cicho się śmiejąc. - To z innej beczki. Wiem trochę o twojej niedźwiedzicy. Jest to jeden z najdawniej nazwanych gwiazdozbiorów, wiele dawnych kultur uznało go za niedźwiedzia co najmniej 15000 lat temu, gdy Azja była jeszcze złączona z Ameryką. W innych kulturach mówią na nią Wielki Wóz, Wielka Chochla albo nawet Wielki Rondel.
- A mówiłeś, że się nie interesujesz gwiazdkami.
- Jak się trochę jest na świecie, to coś tam się o uszy obije. - odparłem spokojnie.
Akurat stanęliśmy na skraju lasu. Chwyciłem jego ręce, wyciągając go na wał przeciwpowodziowy.
- Teraz to można patrzeć. - wskazałem rozgwieżdżone niebo. - To możesz już szukać swojego gwiazdozbioru. - mruknąłem z uśmiechem.
Podekscytowany pokiwał głową i ruszyliśmy powolnym krokiem, wpatrując się w gwiazdy.
- Swoją drogą... Tamte gwiazdy przypominają mi trochę jakiegoś małego królika... Jakby popatrz. - wyciągnąłem rękę w stronę nieboskłonu. - Tu ma parę uszek, tam pyszczek, nogi i puszysty ogonek.
Chwilę się patrzył na miejsce, które wskazywałem.
- Hej, masz rację... - zaśmiał się, dumnie uniosłem głowę na tę pochwałę.
- No widzisz. Normalnie zostanę astrologiem. - zrobiłem teatralny ukłon, jednak najwyraźniej byłem zbyt blisko brzegu. Moja stopa nie trafiła na nic i nim się spostrzegłem, co się dzieje, chwyciłem się białowłosego, ciągnąc go za sobą.
Oboje dość szybko sturlaliśmy się z wału. Aż mi się zaczęło kręcić w głowie, gdy się podnosiłem. Rozejrzałem się. Leżałem parę metrów od rzeki na jakiejś łące. Wzrokiem szukałem Robina. Przecież nie mógł być gdzieś daleko no nie. Dopiero chwilę potem uświadomiłem się, że w sumie to na nim leżałem. Albo teraz może bardziej nad nim wisiałem. Przynajmniej nie oparłem się o jego twarz, gdyż ręce miałem po obu stronach jego głowy.
Nasze spojrzenia się spotkały. Naprawdę nigdy nie czułem się tak jak teraz... Myślałem, że moje serce się zatrzyma lub wyskoczy mi z piersi. Jakoś tak bezwiednie się do niego nachyliłem, chwytając obie jego ręce i splatając nasze palce. Złączyłem nasze usta, nie mając zamiaru się odsunąć. Z łatwością dało się domyślić, że chłopak pode mną był... Zmieszany tą nagłą zmianą, ale czy to moja wina, że tak na mnie patrzy? Oderwałem się, dopiero gdy byłem zmuszony złapać oddech. Lekko machałem ogonami, wpatrując się w niego.
- Nic ci nie jest...? - położyłem po sobie uszy i nachyliłem się do jego szyi, by złożyć na niej delikatny pocałunek.

( Robin? )