15 sty 2021

Sprzątanie

Raz na jakiś czas przydałoby się posprzątać, dlatego z dniem dzisiejszym odchodzą poniższe postacie:
  • Ray
  • Will
  • Geum
  • Esther
  • Queen Chie
  • Parys
  • Silver
  • Fenneko
  • Lycoris
  • Silver
  • Parys
Do tego nastąpiło kilka małych zmian:
  1. Spis postaci został połączony i wstawiony do jednej zakładki;
  2. Nieużywane strony jak: zadania i questy, rezerwacje i postacie do adopcji, targ i monety zostały usunięte;
  3. Zakładki "Cyrk i miejsca", "Zwierzęta cyrkowe" i "Pupile" mają przejść mały remont (tylko czasu nam brakuje) więc na razie są niedostępne;
  4. Regulamin został nieco zmieniony.

14 sty 2021

OD Lacie

Porcelanowa lalka jest piękna, stojąca za szklaną szybą może zachwycać przez wiele lat. Jest czymś, czym nie jedna kobieta chciałaby być, sprzedałaby własną duszę by stworzona do podziwiania, delikatna, mogłaby na zawsze być niezmiennie piękna, której najważniejszym zadaniem byłoby zmienianie fatałaszków, beztrosko patrzeć na świat przez różowe okulary i wzbudzać zachwyt nieskazitelnym wyglądem. Porcelanowa lalka jest wieczna, dopóki ktoś nie przyjdzie i jednym nieostrożnym ruchem ręki nie strąci jej na ziemie. Nieświadomość, że jest zwykłą zabawką, przekleństwo niezmienności sprawi, że nawet w obliczu niechybnej śmierci blady strach przed końcem nie obleci nieruchomej twarzyczki, nie będzie cierpieć, nawet w ukryciu i ciszy, a kawałki porcelany, mimo najszczerszych chęci, będą nadawać się tylko do śmieci. Ja właśnie po raz kolejny czułam się jak taka mała dziewczynka, która przez nieuwagę straciła zabawkę. Zawód niepochodzący z utraty tylko z rozczarowania, że zabawka mogła być wytrzymalsza, lepsza. Że mimo swojej początkowej fascynacji szybko okazało się, że nie jest zbyt wiele warta, więc prędzej czy później, tak czy inaczej, byłaby odstawiona w kąt.
Odsunęłam lampkę kreślarską, a narzędzia położyłam na stole, jednocześnie odchylając się na krześle do tyłu, nie mogłam się skupić. Nachodzące mnie co chwile myśli nie pozwalały pracować, a coraz bardziej uciążliwe uczucie znużenia niebezpiecznie paliło. Już dawno znudziło mnie towarzystwo wyższych sfer, każdy jeden z nich jest tak samo przewidywalny, zero oryginalności. Niczego im w życiu nie poskąpiono, beztrosko przeżywają każdy dzień skoncentrowani na bzdurnych sprzeczkach między sobą. Jednak gdy odbiera się im wszystko po kolei, światek, do którego należeli tylko i wyłącznie ze względu na swoje bogactwo, umiłowane pieniądze, nagle dosłownie wszyscy jak jeden mąż, mimo wcześniejszych nieporozumień, zachowują się nad wyraz zgodnie. Dramatycznie chcąc utrzymać swoją pozycję, rzucają się w wir desperackich prób ratunku by na końcu tak czy tak sięgnąć dna. Mieszanie im w głowach było najzwyklejszym marnotrawieniem czasu, zachowując się jak identyczne kopie, nie wnosili żadnego pierwiastka nowości. A ja potrzebowałam czegoś nowego, nie tak oczywistego i bezwartościowego.

Gdy zaczęło się przedstawienie, a plac, gdzie jeszcze przed momentem kłębiło się mnóstwo widzów pędzących, by zająć jak najlepsze miejsce, opustoszał, sama podeszłam do głównego namiotu, by stanąć u szczytu widowni. Nie przyszłam jednak oglądać pokazu, mimo że tak naprawdę nigdy w całości go nie obejrzałam, to w ogóle on mnie nie interesował. Zamiast tego przyglądałam się widzom i ich reakcjom, nie spiesząc się, przenosiłam wzrok od osoby do osoby, dokładnie obserwując i zapamiętując emocje wywołane sztuczkami. Na pomalowanych twarzach małych dzieci zachwyt pojawiał się, gdy tylko pierwsze zwierzęta weszły na arenę, skaczące przez płonące obręcze czy po prostu urzekające swoim rzekomym urokiem. Starsi, bardziej wymagający, byli pod wrażeniem zagrożenia związanego z rzucaniem nożami czy teatrem ognia. Każdy jednak z niecierpliwieniem i zapartym tchem czekał na akrobatów, a w momencie ich pojawienia się śmiech i okrzyki radości zastąpiło wyczekujące napięcie. Podniebne pokazy były punktem kulminacyjnym, dla których zdecydowana większość kupiła bilety. Nie rozumiałam, dlaczego one wzbudzały największe emocje, czy dziecięce marzenia o lataniu mimo maski starości i zgorzknienia nie uleciały z czasem, tylko zaszyły się gdzieś głęboko, by w takich momentach dały o sobie znać? Chwilowe oderwanie się od rzeczywistości, czy może ono być aż tak cenne? W ślad za widownią także podniosłam głowę, tuż przy samym suficie na jednym z trapezów kołysał się mężczyzna by w akompaniamencie oklasków i pisków zachwytu, a także trzymającej w napięciu muzyki, skoczyć na drugą poprzeczkę, a następnie zejść niżej. Rozległa fala braw rozlała się po namiocie gdy chłopak stanął już na ziemi i ukłonił się. Decyzję szybko podjęłam, skoro ktoś, balansując na krawędzi i idiotycznie ryzykując swoje życie, wzbudza aż taki podziw, uznanie, a im efektywniejszy i bardziej niebezpieczny trick, tym większa radość i zdumienie pojawia się na twarzach, co się stanie gdy spadnie? Gdy widownia będzie mogła w jednym momencie podziwiać, by w następnym krok po kroku obserwować upadek z wyżyn możliwości na kompletne dno? Czy wtedy chwała i uwielbienie zmienią się bezlitośnie w pogardę? A może litość? A on? Załamie się i będzie lawinowo odnosił następne porażki,  coraz bardziej zatracając się czy wręcz przeciwnie, jeszcze ciężej będzie pracował, by ponownie dojść na szczyt i urzekać publiczność? 

Stojąc w wejściu, po raz pierwszy obserwowałam próby do najbliższych występów. Skok, skok, piruet. Na każdym kroku akrobaci i gimnastyczki niestrudzenie ćwiczyli swoje skomplikowane układy, doprowadzając je do niemalże perfekcji. Jednak gwiazdy poprzedniego wieczoru nigdzie nie widziałam, a to głównie dla niej tu przyszłam. Chciałam się przekonać czy nie licząc swojego talentu, który jest tak podziwiany w czasie występów, ma jakąkolwiek wartość. Nieco rozczarowana bez słowa wyszłam, żeby  wrócić do pracy. Musiałam w końcu stworzyć coś specjalnego, coś, dzięki czemu będę mogła ujrzeć inne emocje na widowni, nie tylko radość i niezrozumiałe dla mnie rozmarzenie. Coś, co wzbudzi emocje we mnie.

<rezerwejszyn>

Niech zacznie się bal

10 sty 2021

Robin CD Vivi

Gdy tylko wszedłem do przyczepy, przetarłem mokre policzki od łez. Wziąłem głęboki oddech, starając się przestać myśleć o rzeczy, która wzbudziła we mnie tak ogromny smutek. To było takie przykre, chciałbym, aby to było kłamstwo. Po chwili ktoś zapukał do drzwi. Odwróciłem się, ale nim podszedłem do nich, ktoś je sobie sam otworzył. W progu wyjrzała znajoma mi twarz.
- Czeeeść słońce ty moje, szybko się uwinąłem, więc jestem? - zaśmiał się. Lekko się uśmiechnąłem, znowu wytarłem oczy i podszedłem do niego, aby się przytulić. - Płakałeś? Co się stało? - zapytał, odsuwając mnie od siebie, aby położyć dłonie na moich policzkach i uważnie przyjrzeć się moim oczom. Pociągnąłem nosem.
- To nic takiego - zmarszczył brwi.
- Mów co się stało. Jak dowiem się, że ktoś ci coś zrobił... - lekko się uśmiechnąłem i pokręciłem przecząco głową.
- Spotkałem Smiley i... - demon się wyprostował?
- Ona? Wydawała się taka miła, ale cóż - najwidoczniej już szykował się do opuszczenia namiotu i pójścia "porozmawiać" z dziewczyną. Zatrzymałem go, znowu się do niego przytulając. - Zaproponowała mi film. Powiedziała, że też go nie widziała, więc razem go obejrzeliśmy. I to był bardzo smutny film - czułem, że znowu do oczu napływają mi łzy. Vivi widocznie się rozluźnił. 
- Płaczesz przez smutny film? - usłyszałem w jego głosie jednocześnie rozbawienie jak i ulgę. Pokiwałem głową.
- Bo tam porywali dzieci, tylko po to, by je porąbać siekierą, zabić i zakopać. Matka szukała syna, policja jej wmawiała, że go znalazła, ale to nie był jej syn, tylko jakiś inny dzieciak wynajęty przez policję, bo chciała utrzymać swoją dobrą reputację. Matka nie chciała im wierzyć, więc ją zamknęli w psychiatryku, gdzie było okropnie. A jak ją wypuścili, to się potem okazało, że jej syn uciekł od tego psychola, który ich wszystkich zabijał, ale ta matka nigdy go nie odnalazła. I było powiedziane, że to film na faktach - powiedziałem bardzo szybko, z trudem łapiąc powietrze. Znowu chciałem płakać, ale nie tak bardzo, jak wcześniej. Na twarzy demona pojawił się lekki uśmiech, pogładził mnie po słowach i ucałował w czoło.
- Filmy czasami kłamią, nie musisz się tak przejmować - zadarłem głowę do góry, by na niego spojrzeć.
- Od razu pomyślałeś o siostrze - dodałem jeszcze, wypuszczając zrezygnowany powietrze. Znowu wytarłem twarz rękawem. - A teraz opowiadaj, co się stało. Widziałem, jak odsuwasz rękę - wskazałem na dłoń, która była całkowicie zakryta przez kimono. Kiedy się do niego przytulałem, chłopak momentalnie odsuwał ją i nawet gdy mnie obejmował, nie robił tego za mocno. Do tego czułem dziwny zapach.
- Z tą ręką? Nic takiego - pokazał tę drugą, podciągając rękaw. Pokręciłem głową, po czym wskazałem na odpowiednią. - Tą? Też nic takiego, wydaje ci się - nie zabrał ubrania.
- Więc czemu nie pokażesz? - naciskałem.
- Bo nie ma co pokazywać. Zwykła ręka - zapewniał mnie. Posłałem mu niezadowolony wzrok. 
- Coś ukrywasz.
- Wydaje ci się.
- Odsłoń tylko rękaw.
- Nie naciskaj, bo się zamknę w sobie.
- Tylko się martwię
- Nie musisz - pocałował mnie krótko w usta. - Musze zmykać do pracy.
- Przed chwilą powiedziałeś, że wcześniej skończyłeś - nie podobało mi się jego zachowanie, ewidentnie coś ukrywał.
- Ale przypomniało mi się, że czegoś nie zrobiłeś. Wrócę później - zmierził moje włosy zdrową ręką, po czym wyszedł z przyczepy. Wydąłem niezadowolony usta. Dlaczego nie chciał mi powiedzieć, co się stało? Dlaczego chciał coś przede mną ukrywać? Ja przed nim nie miałem żadnych tajemnic, wolałem, aby to działało w obie strony. Skoro nie chce mi powiedzieć...
Odczekałem kilka chwil, po czym opuściłem małe mieszkanko i ruszyłem ku przyczepy Vivi'ego, aby sprawdzić, co przede mną ukrywał. Nigdzie go nie widziałem, dlatego starałem się za bardzo nie rzucać w oczy, aby się nie mógł niczego domyślić. 
Nagle moje oczy ujrzały coś czerwone i okrągłego. Lewitowało w powietrzu. Był to duży balon, puszczony przez jakieś dziecko. Zahipnotyzował mnie ten kolorek i spokój, z jakim balon leciał w niewiadomym mi kierunku, pomimo lekkiego wiatru, który wcale nim nie szarpał. Nie mam pojęcia co było w nim takiego interesującego, aczkolwiek ruszyłem za nim, od razu zapominając o swoim poprzednim celu. Wyszedłem z terenu cyrku. Balon kierował się w stronę lasu. Zaskakujące było, jak zgrabnie omijał wszystkie gałęzie. Tak jakby był sterowany. Nie czułem niczego, moje znaki nie świeciły, więc się nie bałem. Byłem jedynie zainteresowany. Po dłuższej chwili nagle moje tatuaże zaświeciły ostrym blaskiem, który mnie poraził. Zatrzymałem się w miejscu i przetarłem oczy. Blask trochę osłabł, ale znaki w dalszym ciągu się paliły. Rozejrzałem się dookoła. Balonik zniknął, a tuż przede mną była studnia. Głęboka i czarna, dna w niej nie widziałem. Napawała mnie dziwnym lękiem, tym bardziej, że nigdy w tym lesie nie widziałem żadnej studni. 
Nie czekając ani chwili dłużej, zacząłem biec w stronę cyrku.

<Vivi? Nie wiem, poniosła mnie wyobraźnia, interpretuj to jak chcesz xd>

6 sty 2021

Shu⭐zo CD Lennie

Ostatnio rzadko miewam jakąkolwiek kontrolę nad sprawami, które mnie dotyczą. Dziś w pewnym stopniu uległo to zmianie i miałem nadzieję, że potrwa to, jak najdłużej się da. Może idealną drogą do tego była właśnie broń? Mając tego dupka na celowniku, na moich ustach pojawił się triumfalny uśmiech, a gdy tylko usłyszałem, jak ładnie się przedstawia, poczułem się w pewnym sensie spełniony. Akurat dyrygowanie innymi bardzo mi pasuje, a w szczególności, gdy wiem, że nikt nie odważy mi się sprzeciwić. Z Andersonem właśnie tak było, choć na początku był dość oporny.
- O jak ładnie. - odparłem, tuż po usłyszeniu jego pełnego imienia i nazwiska, które mimo wszystko nic mi nie mówiło, wygląd za to sprawił, że coś zaczęło mi świtać w pamięci. - To teraz odwróć się grzecznie do ściany. Rączki tak, żebym je widział. - dodałem, już kątem oka zerkając w bok na rudzielca z krwawiącym przedramieniem. Nie wyglądało to za dobrze... Niestety Anderson nie chciał za bardzo współpracować, co nie za bardzo sprzyjało mojemu nastrojowi. Miałem ochotę wpakować mu kulkę w łeb i po prostu stąd wyjść. Jednak wiedziałem, że muszę go najpierw wypytać o wszystko, co wie. Chcąc nie chcąc wylądowanie w pace za niewinność wciąż nie brzmi zachęcająco. - Co pan na specjalne zaproszenie czeka? Ciekawe, czy jak znowu pociągnę za spust, dalej będziesz taki niezłomny. - tym razem na reakcję nie musiałem długo czekać. Wciąż z kamienną twarzą, ale postanowił się odwrócić i oprzeć ręce o ścianę. Już czułem, że czeka mnie jeszcze długi dzień. Nie zwlekając, znów spojrzałem na rudzielca, wsuwając pistolet z tyłu za pasek od spodni. - Nie wygląda to dobrze... - westchnąłem, czując powoli narastającą bezradność. Sytuacja była bardzo niepewna. Anderson w każdej chwili mógł coś wykombinować, a Lennie nawet i mi tu zemdleć. - Dobra słuchaj... - spojrzałem w górę na skrzywioną minę chłopaka, który wciąż uciskał ranę. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, był jego kapelusz, który momentalnie zdjąłem z jego głowy. Z jednej strony rozumiem, czemu nie pozbawili go tego kapelusza. W końcu to zwykłe nakrycie głowy, jakich tu pełno, ale żaden z nich nie wiedział, że jest za to jedynym, z którego dało się wyciągnąć praktycznie wszystko. Nie przypominam sobie jakichś szczególnych momentów w moim życiu, gdy ten kapelutek grał jedną z głównych ról. Mam już tyle dziur w pamięci, że to już nawet nie jest istotne, a z urywków, które co jakiś czas mnie objawiają, nie da się zawsze coś wywnioskować, choć istnieje wiele wyjątków. Nie tracąc czasu, zupełnie bez zastanowienia włożyłem do niego rękę. Kiedyś ten rudy tak robił... Ta... Coś chyba było z farbą do włosów. To było strasznie dziwnie uczucie. Nawet nie zamierzałem w środku za bardzo grzebać. Szukałem jakiegoś materiału do uciśnięcia rany i praktycznie coś takiego samo wpadło mi w dłoń. Nie znam się na pierwszej pomocy, ale chyba tak należało zrobić... W końcu krwawi, a za kulą nawet nie zamierzam się patrzeć. Na pewno nie przeleciała na wylot, a na zwykłe draśnięcie jakoś wydawało mi się za dużo krwi, ale co ja tam wiem? - Ja tu zostaję. - mruknąłem, wyciągając rękę z kapelusza. Dłoń miałem zaciśniętą na jakiejś niebieskiej chuście, którą praktycznie od razu bez zastanowienia zacząłem obwiązywać ranę chłopaka. - Ty wychodzisz. Szukasz pomocy.
- Co? Nie zostawię cię z... - aż przerwał i syknął, gdy mocniej zawiązałem chustę. Biedak. Zawsze mu się coś dzieje.
- Naprawdę chcesz dyskutować? - spytałem, zakładając mu kapelutek, jednocześnie unosząc brew z lekkim uśmiechem na twarzy. - Już. - znów wziąłem broń do ręki. - Nie chcę cię tu widzieć. - wskazałem na wyjście. Może i chciał mi coś jeszcze powiedzieć, ale sądzę, że raczej wiedział, że ze mną się nie da dyskutować. Odpuścił dość szybko i skierował się w stronę wyjścia. - Znajdę cię. Nie martw się. - mruknąłem mu na odchodne, sam już łapiąc za to stare krzesło i siadając na nim w rozkroku w stronę gościa pod ścianą. Przynajmniej tam grzecznie stał. Mogliśmy grzecznie pogadać w cztery oczy. Westchnąłem, niedbale zarzucając dłonie przez oparcie krzesła. Zapadła chwila ciszy, której przerwanie przypadło akurat mi.
- Zacznijmy od początku...

***

- Nah nah... Honey, I'm good...
Głupia melodyjka nie umiała mi wyjść z głowy po tym wszystkim. Ciągle tylko "Hoo hoo wooh true" jak jakaś ścięta płyta. Bardziej żenującej jazdy w radiowozie w życiu nie miałem. Wnoszę za tym, aby skonfiskować radia wszystkim policjantom, bo to przechodzi ludzkie pojęcie, czego oni słuchają. W ogóle będąc na służbie, mogą słuchać muzyki? A co z tymi całymi krótkofalówkami i innymi cb radiami? Mogłem na nich wtedy donieść czy coś... I tak te ich wszystkie pytania były nie do zniesienia. Nie mogli nawet mnie przesłuchać na miejscu. Nie. Musieli mnie dodatkowo zabrać, spisać, przepytać, a wypuścić, dopiero gdy robiło się ciemno jak w dupie. Myślałem, że oszaleje. Wiedziałem, że wystarczyło tylko zadzwonić. Cała rozmowa jest nagrana, a do tego winowajca wciąż żyje, ale ja oczywiście musiałem się osobno wypowiedzieć na komisariacie. Jedna wielka strata czasu! Na szczęście z samą drogą powrotną nie miałem większego problemu. Stwierdziłem, że nie będę się teraz uganiać za rzekomym mężem — czas pomyśleć tylko o sobie i wrócić do miejsca, które pomimo braku normalnej podłogi albo prostej ceglanej ściany, było przez część mnie nazywane "domem".
Odkąd stałem się pełnoletni, moje życie przeistoczyło się w jeden wielki żart.
Cyrk na kółkach.
Dosłownie i w przenośni.
Przekraczając już te jakże skromne progi samozwańczego mieszkanka, spotkała mnie mała niespodzianka. Jak ja głupi mogłem zapomnieć? Przecież nie mieszkam sam.
- Gdzie ty byłeś tyle czasu? - usłyszałem już na wstępie, gdy rudzielec zamknął mnie w swoim uścisku.
- Komisariat i te sprawy, więc wyluzuj. Nie chcieli mnie za szybko wypuścić. - mruknąłem od niechcenia, szybko uwalniając się z jego objęć. Nie miałem jakoś nastroju na tulaski. Padałem z nóg, więc jedyne co zrobiłem, to ruszyłem w stronę łóżka. Jednak nie było mi dane jeszcze się położyć. Gdy tylko minąłem chłopaka, ten wyczuł coś, czego temat wolałbym przemilczeć.
- Czekaj chwilę. - złapał mnie wtedy dość mocno za ramię. Brzmiał na dość wkurzonego. - Piłeś? - spytał. Wtedy tylko odwróciłem do niego głowę, unosząc jedną brew.
- Nie...? - odparłem, ale nie była to wystarczająca odpowiedź, a wręcz błędna. Lennie wbijał we mnie gniewne spojrzenie, które wręcz żądało ode mnie powiedzenia całej prawdy. Wtedy też się zacząłem złościć. Jak on może mi nie wierzyć? - Nie piłem. - odparłem stanowczo, patrząc się mu prosto w oczy. Zaczynał przeginać, ale w żaden konkretny sposób nie skomentował mojej odpowiedzi. Postanowił drążyć temat.
- Wali od ciebie na kilometr. Jak to wyjaśnisz? - zadał kolejne pytanie, już mnie puszczając. Poczułem się jak typowy nastolatek, który musiał się przegadywać z własną matką. Nie było to fajne. Przewróciłem oczami, słysząc jego stwierdzenie.
- Wracałem tu na piechotę i będąc jeszcze w mieście, spotkałem na drodze jakiegoś żula z flaszką i tak wyszło, że mnie oblał. - wyjaśniłem, nie chcąc się już kłócić.
<flashback>
Jedyne, na co miałem ochotę po dzisiejszym zamieszaniu, to się odstresować. Odetchnąć, odpłynąć... Istnieje tylko jedno miejsce, które da mi oczekiwane ukojenie i sprawi, że troski, choć na chwilę odlecą w siną dal. Był to jeden z nocnych klubów i barman za ladą. Myślałem, że mam szczęście, ale będąc już w środku i czekając na coś, co szybko zwali mnie z nóg, zorientowałem się, że nie mam ani jednego grosza przy duszy. Mogłem jedynie westchnąć i walnąć głową o ten drewniany blat, ale postanowiłem zaryzykować. W najgorszym wypadku wezwą gliniarzy. Noc na dołku nie będzie taka zła. Niestety za nim otrzymałem zamówienie, barman wyciągnął do mnie dłoń po pieniądze. Wtedy tylko westchnąłem zrezygnowany. To nie był żaden film, w którym ktoś się dosiada i postanawia postawić drinka osobie tuż obok, by potem zacząć z nią rozmawiać. Nie, oj nie... Byłem sam, zdany na siebie i jedyne co mogłem zrobić, to po prostu wyjść. Tak też zrobiłem. Już odwróciłem się w stronę wyjścia, lecz tylko po to, by potem gwałtownie się odwrócić i złapać kieliszek. Miałem w planie wypić wszystko i zwiać. Niestety trzymając kieliszek w dłoni, barman zdążył mnie złapać. Zaczęliśmy się trochę szarpać, a on krzyczeć za ochroną. Cała zawartość kieliszka wylądowała głównie na mnie, a potem jeszcze zostałem stamtąd wykopany. Na odchodne usłyszałem jeszcze groźbę, że jak jeszcze raz się tu pokaże, to wezwą policję.
<koniec>

Naprawdę byłem już zmęczony. Dla dodatkowego dowodu na całe zajście wskazałem na swoje wilgotne włosy. - Powąchaj. Ja jestem czysty. One nie. - mruknąłem, już po chwili siadając na łóżku. Zdjąłem z siebie bluzę, a później też i buty, by w spokoju się położyć na materacu. - Bachorowi nic nie będzie. - dodałem jeszcze, bo to przecież dziecko było głównym powodem całego zamieszania. To aż smutne, jak bardzo moje potrzeby zeszły na drugi plan, by jakiś mały pędrak mógł chodzić cały i zdrowy po tym świecie. Dobrze widziałem, jak chłopak mimowolnie odetchnął na moje słowa. Nie wydawał się przekonany, ale to już mnie zupełnie nie obchodzi. Posłałem mu tylko w odpowiedzi, niezadowolone spojrzenie i odwróciłem się do niego plecami, zamykając oczy.
Po niedługim czasie, Lennie usiadł tuż obok. Czułem, jak się na mnie patrzy. Już wiedziałem, że to na pewno nie jest koniec rozmów na dzisiaj. Na szczęście zmienił temat.
- A co z Andersonem? Przecież policja dalej nie ma... - aż musiałem mu przerwać.
- Mordercy? To on go zabił. Nie był takim niewiniątkiem, jak nam się wydawało. - przerwałem na chwilę, by wydać z siebie ciche ziewnięcie. - Dobrze wiedział, że do niego idziemy i po co. Nie chciał, żeby prawda wyszła na jaw i dlatego chciał się nas pozbyć. - spojrzałem wtedy na rudzielca. - Jak ręka? - spytałem. Możliwe, że trochę się przejąłem, widząc, jak strasznie wtedy krwawiła. Choćby nie wiem, jak mało bym o nim wiedział i jak słabo go znał, to i tak, gdzieś w głębi duszy nie chciałbym, aby mu się coś poważnego stało. Szkoda tylko, że nie umiemy się porozumieć...

(Lennie~?)

29 gru 2020

Lennie CD Shu⭐zo

Czy to możliwe, aby wziąć ślub z jedną osobą, a żyć z kimś innym? Czasami zapominałem o jego drugiej osobowości, a kiedy się objawiała, nie byłem pewny, czy miałem żałować, czy się cieszyć. Pokochałem raczej tego radosnego Shuzo, którego łatwo rozproszyć, który kocha dzieci i który wiedział, jak mi polepszyć nastrój. A jeśli się kiedyś okażę, że to właśnie ta strona była fikcją? Że tak naprawdę to ponury i wredny jest prawdziwy. Co wtedy mam zrobić? W końcu to ta sama osoba, wziąłem z nim niedawno ślub. Kochałem go, a jednak nie potrafiłem się „przyzwyczaić” do jego gorzej strony. A gdyby tak za każdym razem uderzać go w głowę?
Zostałem w tyle sam ze swoimi myślami. Nie wiedziałem o czym myśleć, o policji, która siedzi nam na karku, czy może o jego zmianach osobowości, które są tak różne, jak woda i ogień. Jeśli kiedyś ten miły całkowicie zniknie, mam go zostawić? Czy przestanę go kochać? 
Spojrzałem na misia trzymanego w rękach. Prezent od tej małej dziewczynki został wyrzucony do kosza i sam nie wiem, co było gorsze: to, że wylądował w śmieciach czy to, że wykonawcą tego był Shuzo. Westchnąłem zrezygnowany, po czym usiadłem na ławce. Dlaczego jak coś ma się stać, to wszystko kumuluje się w ciągu jednego momentu? 
Nagle poczułem mocny ból na głowie. Ktoś mnie czymś uderzył, tylko tyle zdążyłem sobie uświadomić, nim straciłem przytomność. 
Wkrótce to będzie naszą rutyną. Czy my byliśmy aktorami w filmach gangsterskich? Znowu przechodziłem przez to samo. Od razu rozpoznałem, że miałem związane dłonie i nogi, tym jednak razem na czymś siedziałem. Czując coś twardego pod zadkiem i za plecami, domyśliłem się, że to jakieś stare, drewniane krzesło, które pode mną skrzypiało z każdym moim ruchem. Mimo tego, że znajdowałem się już w podobnej sytuacji, strach jaki mnie ogarniał w takich chwilach, nigdy się nie zmniejszył. Towarzyszył mi za każdym razem, niczym sunący za mną cień. O co mogło chodzić tym razem? Nie miałem pojęcia, mogłem się tylko domyślać, że miało to związek z aktualną sprawą. Może to któryś policjant chce mnie zmusić do gadania? A może to jakiś niebezpieczny bandyta, który groził panu Andersenowi? Nie miałem pojęcia i pierwszy raz w życiu nie chciałem wiedzieć. 
Długo się nic nie działo. Wokół mnie panowała cisza, żadnych szmerów, żadnego oddechu, jedynie ja i moje bijące serce. Nie odzywałem się, nie widziałem w tym sensu, póki coś się nie stanie. Miałem przynajmniej wiele czasu na rozmyślenia, a kiedy to "coś" w końcu nadeszło, okazało się, że nie będzie tak kolorowo. 
- Zbliża się. Bądź gotowy - do środka ktoś wszedł i mówił szeptem. Było ich dwóch. - Jak drzwi się otworzą, od razu strzelaj. Jak tamten zginie, to tego też zastrzelimy - dodał jeszcze i w tym samym momencie otworzyły się drzwi. Usłyszałem huk pistoletu, jak dobrze mi znany w dzisiejszych czasach i w moim położeniu. 
Na moment zapadła cisza. Słyszałem tylko czyjeś kroki.
- Hej, a tobie co? - rozpoznałem ten głos. Opaskę z oczu zdjął mi Shuzo. - Nie powiem, zaskoczyłeś mnie - odrzucił pistolet w bok i usiadł mi na kolana. Kątem oka dostrzegłem jakiś błysk przy ścianie. Przez taśmę na ustach jedyne co mogłem powiedzieć, to jakiś bełkot bez znaczenia. - Ale widzieć cię w takim wydaniu spokojnie mogę uznać za przeprosiny - w końcu zerwał mi taśmę z ust. Poczułem pieczenie. - Wyglądasz tak bardzo seksi, że aż żal mi cię uwalniać.
- To pułapka - odezwałem się w końcu i znowu usłyszałem wystrzał. Myślałem, że trafił w mojego męża. Tak bardzo przeraził mnie ten fakt, że nie poczułem ciepłej cieczy na swoim ramieniu. Trafił w moje przedramię. 
Wystrzelił znowu. Pyk.
Usłyszałem tylko puste puknięcie. 
- Kurwa, wiedziałem, że za mało - usłyszeliśmy obcy głos przy ścianie. Shuzo nie tracąc ani chwili, doskoczył do swojego wcześniej odrzuconego pistoletu i skierował go w stronę mężczyzny.
- Pokaż się - powiedział ostro. Człowiek przez moment się nie ruszał, w końcu jednak ujawnił się nam mężczyzna po trzydziestce z wiszących brzuchem i świeżo zgoloną brodą. - Ktoś jeszcze tu jest? - mężczyzna pokręcił głową. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. 
- Nikogo nie ma. Odwiążesz mnie? - poprosiłem. Dopiero w tej chwili docierał do mnie fakt, że miałem postrzelone ramię. Shuzo ostrożnie do mnie podszedł, nie spuszczając lufy z jego kierunku. 
- Trzymaj - podał mi pistolet, aby posłużyć się dwiema rękami. Kiedy w końcu ciasne sznury opadły na ziemie, oddałem mu broń, a sam złapałem się za krwawiące przedramię. Czułem, jak pulsowało. - Ty jesteś Anderson? - zapytał. Obcy przez moment się nie odpowiadał, dopiero gdy mój mąż przypomniał mu, że w każdej chwili może go zastrzelić, przedstawił się jako Anderson. 

<Shuzo? Przepraszam, że takie słabe ;c>

15 gru 2020

Vivi CD Robin

Znowu zapadła cisza. Przekrzywiłem głowę, przyglądając się mu. Na zawsze? To była tak piękna wizja. Uśmiechnąłem się mimowolnie. Szkoda tylko... Że niemożliwa...
- Tak... Oczywiście, że tak. Z największą chęcią przyjmę tę ofertę. - otarłem się o niego głową jak kot. - Wiesz, jak mnie ucieszyłeś...? Jednak... Nie wiem, czy to tak zadziała. - czule ogarnąłem włosy z jego twarzy. - Wiesz, chyba że ja jestem nieśmiertelną istotą... - wymamrotałem, kładąc po sobie uszy. - Na to chyba nie mogę nic poradzić. - pocałowałem jego czoło. - Słuchaj... To, co ci się przytrafiło, jest potworne... Żeby tak własny ojciec. - wymamrotałem. - Ale rodziny się przecież nie wybiera czyż nie, jeślibym go kiedyś znalazł... Nie ręczę za siebie. - zamruczałem, ocierając się policzkiem o czubek jego główki.
- Ale... Wiesz, że ja bym tego nie chciał prawda? - spojrzał na mnie jakoś tak smutno.
Odwróciłem wzrok i westchnąłem.
- No wiem... Ale nie mogę tego zrozumieć. Dlaczego nie, przecież on ciebie i twoją rodzinę skrzywdził w tak okropny sposób...
- Po prostu nie chcę, żeby ktoś cierpiał... Nawet jeśli sobie na to w jakiś sposób zasłużył...
- Jesteś za dobry dla tego świata, wiesz o tym? - westchnąłem, gładząc go po włosach. Po czym delikatnie przycisnąłem usta do jego czoła już po raz kolejny tego wieczora, a Robin zaśmiał się, słysząc moje słowa. - Mówię szczerze... Ale ponieważ cię kocham — mruknąłem, już się poddając. - To będę respektować twoje życzenie... A teraz chodź, nie stójmy tu zbyt długo, bo nas zima zastanie. - złapałem go za rękę, ciągnąc za sobą.
Noc zawsze była moją ulubioną porą, może to dlatego, że lisy raczej były nocnymi zwierzętami, może nie. Jednak sama noc była jak moja najlepsza przyjaciółka. Była w stanie ukryć wszystkie troski, otulając człowieka jak mroczny kwiat róży, swoimi aksamitnymi płatkami. Zdążyłem zapomnieć, o wszystkim złym co się zdarzyło, korzystając z chłodu nocy, towarzystwa białowłosego. Mogłoby tak zostać na zawsze. Wszystko się mogło ułożyć i od tego momentu trwać w jednej harmonijnej całości. Nawet ten drugi demon się nie wtrącał, nie widziałem go od jakiegoś czasu... Można by nawet powiedzieć, że zapomniałem o jego istnieniu tej nocy. Nawet zwierzęta jakby zapomniały o strachu, nie uciekały w popłochu jak w dzień. To zerkały, to znów wracały do swoich zajęć. Jakoś żadna rozmowa nie była potrzebna, starczyła nam widać nasza własna obecność. Jednak podczas tego spaceru, dopłynąłem chyba za daleko. Może nawet coś mówił, jednak umysłem byłem całkiem gdzie indziej. Nie, żebym robił to celowo... Lecz zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby tak... Faktycznie zostać we dwoje na zawsze? Ja i on... Była to doprawdy wspaniała wizja, która aż wyczarowała mi uśmiech na twarzy. Nawet zacząłem się zastanawiać, jakby to miało wyglądać. Może by chciał dom... Z dużym ogrodem... Na pewno jakieś zwierzęta... Ale nie psy... Byleby nie psy...

* * * * * *

Minęło parę tygodni, może miesiąc i wszystko było przez ten cały czas spokojne, wręcz błogie. Dni mijały leniwie, jednak nie przeszkadzało mi to ani trochę. Może nawet było zbyt miło. Nie przywykłem w sumie do tego. Samo wrażenie, że jest nam jakoś za dobrze, pod sam koniec zaczęło mnie wręcz wprowadzać w paranoję. Można by nawet powiedzieć, że byłem jakiś nieobecny przez ostatnie parę dni. Ciągle się rozglądając, słuchając, sprawdzając, z której strony może nadejść owe wyczekiwane zagrożenie. Faktycznie się w końcu zjawiło... Albo może nie... Może jednak poparłem w kompletną paranoję... Jednak przyniesiono do mnie chorego... Stwierdzili, że go nie znają, jednak że ludzie są, jacy są, chcieli pomóc. Oni go może nie znali, ale mi wystarczyło parę minut, by go poznać.
Nachyliłem się nad kozetką, mierząc demona wzrokiem. Skąd on się tu wziął...?
- Yukito... Powiedz mi, co ty tu robisz. - oparłem się łokciem o kozetkę, tak żeby móc podtrzymywać na dłoni głowę.
Przeniósł na mnie wzrok, Naprawdę wyglądał, jakby nie bardzo kontaktował, czy też nie bardzo wiedział, gdzie się w tym momencie znajduje.
- F...Fiodor — wyszeptał jedynie, tak cicho, iż sam przez moment nie miałem pewności, co powiedział.
Gdy znaczenie tego imienia do mnie dotarło... Zmroziło mnie. Chłodny dreszcz przeszedł mi po karku. Cała sierść się zjeżyła. A jednak... Miałem dobre przeczucie. Czyli wrócił, czy to wszystko to była pułapka. Od razu przeskanowałem drugiego demona wzrokiem, nie widziałem na nim nic niepokojącego, to niestety niczemu nie dowodziło. I co teraz? Stwarza zagrożenie dla wszystkich, lecz wyrzucić go nie mogę... Byłoby to nieetyczne dla innych. Zacząłem się powoli przechadzać po gabinecie, już czując wzrastające poirytowanie. Nagle usłyszałem dźwięk otwierających się drzwi i och jak znajomy dla moich uszu głos. Przeważnie bym się ucieszył, ale w tej sytuacji... To było potworne, co on tu robił. Odwróciłem się zaniepokojony.
- Heeeej, przyniosłem ci coś dobrego, bo wiem, że pewnie jak zawsze nic od rana nie jadłeś. - mówiąc to, białowłosy się uśmiechnął, pokazując torbę najwyraźniej z zamówieniem z jakiejś restauracji.
Aż mi się ciepło na sercu zrobiło. Niestety wpuścić go tu nie mogłem, ryzyko, że ten demoniczny pomiot szatana coś uknuł, była zbyt duża.
- Hej skarbie... - podszedłem do niego, nie dając mu zajrzeć dalej do środka, nerwowo przy tym machając ogonem. Szybko pocałowałem go w czoło. - Bardzo ci dziękuję, ale w tym momencie mam ręce peeełne roboty. - westchnąłem, kładąc po sobie uszy. - Możesz to, proszę rozłożyć u siebie, tooo przyjdę i potem razem zjemy, co ty na to. - spojrzałem na niego błagalnym wzrokiem.
Widać było, że trochę go zdziwiła taka reakcja, jednak pokiwał koniec z końców głową.
- To do zobaczenia. - cmoknął mnie w usta i w końcu poszedł.
Chwilę za nim patrzyłem, po czym wróciłem do mojego pacjenta. Nie wyglądał, jakby miał powiedzieć cokolwiek więcej. Znów zacząłem go uważnie oglądać, tym razem wreszcie łapiąc go za rękę, żeby dokładnie się przyjrzeć skórze. Cóż był jakoś nienaturalnie blady. Jednak nie było żadnych oznak, z jakiego powodu by miał tak wyglądać. Trochę ruszał ręką, coś tam mamrotał, aż tu nastąpiła cisza. Zastygł w bezruchu. Zdziwiony przeniosłem wzrok na pacjenta.
Co jest, umarł czy ja-
Aż mi własną myśl przerwało, gdy zobaczyłem jego wzrok. Tak jakby zwierzęcy, głodny...? Wpatrywał się we mnie, nie mrugając i nagle się zerwał. Za nim zorientowałem się, co się dzieje, poczułem nieprzyjemny ból w ręce, którą instynktownie się zasłoniłem. Ugryzł mnie... Ch*lera mnie ugryzła... Faktycznie było z nim coś cholernie nie tak. Wyrwałem mu rękę z zębów, sam sycząc na demona. Od razu też zdrową ręką przycisnąłem go za szyję go posłania. Na moje szczęście akurat miało pasy, w razie jakbym musiał przeprowadzić operację na żywej istotce. Trochę miałem problem z zapięciem go tę jedną poszkodowaną ręką, ale że jestem sprawną istotą, to poradziłem sobie całkiem nieźle. Pstryknąłem palcami, żeby jeszcze nałożyć runy, na skórzane paski, tak żeby będąc oczywiście demonicznym bytem, nie mógł się wyrwać. Po tym wyszedłem cały poirytowany, wręcz trzaskając za sobą drzwiami.
Zacząłem oglądać ranę, sam nie wiedząc, dokąd idę. Nie wyglądała za dobrze i nie chciała się goić... Co już samo w sobie było dziwne. Z tego wszystkiego nie zauważyłem, że tak właściwie to nogi mnie do Robina poniosły. Skoro już tu byłem... Uprzejmie zapukałem do drzwi i zajrzałem do środka.
- Czeeeść słońce ty moje, szybko się uwinąłem, więc jestem? - zaśmiałem się, zaciągając rękaw kimono, żeby ukryć ranę.

( Robin ? )

10 gru 2020

Shu⭐zo CD Lennie

To przecież jest takie logiczne. Co z tego, że pod twoimi stopami przechadza się gliniarz, który może cię wsadzić za niewinność do pudła, skoro, zamiast się tym przejmować możesz pomyśleć o uszyciu tanich ciuszków rodem wyciągniętych z jakiegoś bazaru. Do tego dla małego bachorka, który rzekomo gdzieś tam w brzuchu stuprocentowego FACETA ciągle się rozwija. Do tego młodego dorosłego, który powinien mieć jeszcze pstro w głowie i cieszyć się życiem, a nie wychowywać dwójkę dzieci!
- Wiesz, czasem byłoby lepiej, gdybyś się po prostu od czasu do czasu zamknął. - mruknąłem, mając dość rzekomego męża, który ciągle w kryzysowych sytuacjach wolał mi szeptać bajeczki do ucha. Dla ciekawskich: Nie. Nie uderzyłem się w głowę. Ale miło jest się w końcu poczuć takim prawdziwym sobą, a szczególnie po tak długim czasie nieobecności. Lennie automatycznie po moich słowach, odsunął usta od mojego ucha, samemu również przestając mnie głaskać po głowie. Chyba już zrozumiał, że jego tandetna próba wyciągnięcia tego pajaca z dołka nic nie dała. W sumie jego mina mówiła wszystko. Od razu z szelmowskim uśmiechem się wyprostowałem, spoglądając mu prosto w oczy. - Oczywiście nie zrozum mnie źle, kochanie. - dodałem, owijając ręce wokół szyi i na końcu go całując. Nie trwało to długo zaledwie parę sekund, gdyż fragmenty rozmów z parteru przewijały się aż tutaj przez te cienkie ściany, co łatwo mnie dekoncentrowało. Automatycznie spuściłem wzrok, wbijając go w podłogę. Zapadła chwila ciszy. Może i Lenniemu udało się coś usłyszeć? Jednak z tego, co sam mogłem wychwycić, rozmowa przebiegała bez większych problemów. Nieuzasadnione wezwanie. Dzieciaki robią sobie żarty. Typowe wciskanie kitu, byleby tylko spławić gliniarza. Wszystko wskazywało na to, że długo tu nie będziemy siedzieć. Mój ogon przez tę myśl, od razu zaczął wesoło poruszać się na boki.
- Co usłyszałeś? - spytał rudzielec, przerywając tym ciszę. Poprzedni temat odleciał w niepamięć. Choć i tak mój tekst nie był jakoś warty skomentowania.
- Zaraz sobie pójdzie. - odpowiedziałem szybko, już wstając na nogi. - My zresztą też. - dodałem, zgarniając w tył wszystkie kosmyki, opadające mi na oczy. - Chce w końcu się dowiedzieć komu mam podziękować. - podekscytowany, cicho przeszedłem między różnymi gratami, by tylko dostać się do wyjścia. W końcu lada chwila się otworzy.
- Dziękować? Wrobiono cię w to morderstwo. - zauważył, idąc tuż za mną. Słysząc to, od razu przewróciłem oczami: Że też ja muszę mu to wyjaśniać. Odwróciłem się do niego ze znudzoną miną.
- Najważniejsze, że nie żyje. Cieszę się, że ktoś to w końcu zrobił. Zasługiwał na śmierć od samego początku i szczerze żałuję, że sam nie zdołałem tego zrobić.- odpowiedziałem pewnym tonem, a mój własny mąż nie miał prawa tego kwestionować. W końcu tak naprawdę to, kto rządzi w tym związku?
Odpowiedź jest bardzo prosta — ja, więc to również i ja ustalam zasady. Dlatego, gdy już załatwimy tę sprawę, z chęcią przejdę do kolejnej, czyli wrobienia mnie w bachora. W mojej głowie nasze wspólne życie skupiało się na namiętnych nocach, ale jak na razie te dość zaskakujące okoliczności zmuszają mnie do zastania zakonnicą... Cóż. Mogę też pomyśleć o rozwodzie. Choć jak na faceta, który załatwił mi taką niespodziankę, rozwód to zdecydowanie za mało.
- I tak nie sądzę, że to dobre podejście. - mruknął jedynie, a ja już nie zamierzałem się tym przejmować. Niech sobie myśli co chce. W odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami, spoglądając już na drzwiczki w podłodze z niecierpliwością.

***

Po całym zamieszaniu z policją sam nie miałem za wiele do powiedzenia. To Lennie wszystkim dookoła dziękował, a oni tak bardzo chcieli mu wejść do tyłka sztampowymi przeprosinami... Mówiąc szczerze myślałem, że normalnie puszczę pawia. Stałem oparty o drzwi wręcz nie mogąc się doczekać. Gdy tylko ziewnąłem z nudów, usłyszałem, że coś małego się do mnie zbliżyło. Od razu uniosłem jedną brew, spoglądając w dół. Był to jakiś taki mały pędrak w różowych szmatkach i z aż za bardzo szerokim uśmiechem. Chował coś za plecami i intensywnie się we mnie wpatrywał. Ciekawe czy umiał mrugać...
- Czego chcesz? - spytałem po prostu, by dziecko zrobiło co chciało i dało mi święty spokój. Dziewczynka, zamiast odpowiedzieć to pokazała mi to, co chowała za plecami. Był to jakiś misiek. Jeden z tysiąca pluszaków, jakie walały się po kątach tego domu. - I co z tym? - odezwałem się, gdy ta nic nie raczyła powiedzieć. Ona jedynie pokazała mi prostym gestem żebym się do niej zbliżył. Ciężko westchnąłem, przewracając oczami. Nie bawi mnie takie cudowanie z dziećmi, ale nikogo to nie obchodziło. Mimo wszystko kucnąłem na jej poziomie. Dziewczynka wtedy wręczyła mi misia, jednocześnie stając na paluszkach i szepcząc mi do ucha, że to dla mojej księżniczki, która przyjdzie na świat. Trochę mnie to zdziwiło. Nie spodziewałem się takiego tekstu od... Chyba czterolatki? Zacisnąłem palce na misiu, udając wzruszenie. - Jaka ty jesteś kochana. Na pewno jej go dam. - uśmiechnąłem się, a dziewczynka już ze śmiechem wróciła do rodziców. Wtedy już moja dobroduszna mina zniknęła. Wyprostowałem się, ale na szczęście nie musiałem już czekać na Lenniego. Już bez przedłużania stamtąd wyszliśmy. Znów idąc przed siebie, spojrzałem na tego pluszaczka od dziewczynki. Był to śnieżnobiały miś w jasnoróżowej sukieneczce.
- Z jakiej okazji ten prezent? - zagadał Lennie, zrównując ze mną krok, przy okazji zauważając pluszaka. Znaliśmy już adres rzekomego Andersona, a burza postanowiła ustąpić. Co prawda dalej dzień był szary i ponury, a dookoła było mokro, ale stwierdzam, że było to lepsze niż słońce.
- Niepotrzebny nikomu badziew. - mruknąłem, wyrzucając miśka, gdy tylko minąłem się z koszem na śmieci. - Niby dla jakiejś księżniczki, ale nie znam żadnej. - wzruszył ramionami, idąc dalej, wkładając ręce do kieszeni. Nie było za ciepło, a sam się za dobrze nie ubrałem.
- Serio? - spytał jedynie Lennie, spoglądając za siebie na miniony przez nas kosz. - Nie zachowuj się tak. Prezentów się nie wyrzuca. - uparł się i wrócił po misia.
- Sam się nie zachowuj jak dziecko. Po co nam głupia zabawka? - spojrzałem za nim z niezadowoloną miną.
- Nasze dziecko nazywasz księżniczką. Masz amnezję czy co? To jest dla niej albo niego. - wrócił się do mnie. Sytuacja robiła się trochę napięta. Dawno się nie kłóciliśmy.
- Nie przyznam się do żadnego dziecka. - oznajmiłem, co w sumie było najgłupszą odpowiedzią na świecie. W końcu odezwał się ten, kto jest w ciąży i chodzi z coraz większym brzuchem. - Nie chcę dziecka. Nie chcę głupiego pluszaka. Chcę tylko ciebie. Nie widzisz tego? Czemu tak się wykłócasz?
- To była nasza wspólna decyzja.
- Nie kłam. Już od dawna nikogo nie obchodzi moje zdanie. - skończyłem. To były ostatnie moje słowa, wypowiedziane w stronę osoby, z którą podobno wziąłem ślub. Poza obrączką jakoś tego nie czułem i na razie jedynie mnie denerwował. Ruszyłem samotnie przodem, szukając wskazanego adresu, a on został gdzieś w tyle.
Im dłużej kierowałem się chodnikiem, tym więcej widziałem budynków, a w tym i różnych sklepów. Nie byłem pewien czego do końca szukam, ale adres wyraźnie wskazywał na jeden z mniejszych sklepów w tej okolicy. Z tego, co zauważyłem po szyldzie Anderson zajmował się sprzedażą i produkcją kapeluszy. Na pewno nie zarabia z tego jakichś kokosów, więc nie dziwię się, że ukrywał pieniądze przed moim ojcem. Czuję, że pewnie wszyscy inni sprzedawcy w tej okolicy stoją albo stali w podobnej sytuacji. Sam wciąż wiedziałem tyle, co nic, a wchodząc do środka miałem nadzieję, że się to zmieni. Choć po dłuższym zastanowieniu to traciłem tylko cenny czas. Policja może nie uwierzyć w przedstawione przeze mnie dowody, więc i tak mnie zamkną. Przynajmniej uwolnię się na chwilę od męża. Wyskakiwanie z małżeństwem było głupim pomysłem. W pewnym sensie żaden z nas nie jest już tak wolny, jak kiedyś, a to nigdy nie wychodzi nikomu na dobre.
Całe wnętrze sklepu było dość surowe. Z każdej strony na różnych półkach i manekinach były wystawione kapelusze z dość... Chyba wygórowanymi cenami. Szczerze nie mogłem uwierzyć, że pozornie zwykły kapelusz mógłby tyle kosztować. Co oni je robią ze złotem w środku? Jakoś nie wyglądało. Jednak nie przyszedłem tutaj, by oglądać zbyteczne nakrycia głowy. Od razu skierowałem się do lady, za którą siedział chudy i ewidentnie dość starszy mężczyzna. Nie zauważył mnie na początku. Intensywnie pochłaniał treści najświeższej gazety. Dopiero podskoczył na krześle, gdy uderzyłem rękoma w blat, schylając się do niego.
- Anderson? - spytałem spokojnym tonem, będąc pewnym, że to na pewno on. Jednak stary zgreda coś mruknął pod nosem, poprawiając okulary na nosie.
- Co wy dziś macie do tego biednego chłopaka? - niezadowolony wskazał kciukiem na drzwi znajdujące się w kącie za ladą. - Zaplecze. - dodał jedynie i wrócił do gazety. Przez chwilę jeszcze nie spuszczałem z niego wzroku. Ostrożnie i cicho wykonałem jeden krok w tył, a potem zacząłem iść w stronę wskazanych drzwi. Coś mi tu nie pasowało. Już miałem nacisnąć klamkę, gdy nagle wręcz zatrzymałem się jak oparzony, odsuwając dłoń od klamki i samemu odsuwając się w bok. Przysięgam, że słyszałem, jak ktoś odwiódł kurek od pistoletu. Jakby już przygotowywał się do strzału i to akurat, gdy chciałem wejść. Od razu przeniosłem wzrok na starca, ale ten niewzruszony wpatrywał się dalej w gazetę.
- Coś nie tak? - spytał po chwili ciszy, a ja tylko przewróciłem oczami i do niego podszedłem, podnosząc go z krzesła za fraki.
- Nie myśl dziadzie, że jestem taki głupi. - zaciągnąłem go do tych drzwi. - Otwieraj. - rozkazałem, a ten już wyglądał na lekko zaniepokojonego. Dłoń wręcz trzęsła mu się na klamce i to na pewno nie było spowodowane byciem chorowitym staruszkiem. Cały też zbladł. Na pewno się nie przesłyszałem. Drzwi otwierały się do środka, więc starzec nie miał się za czym schować. Ja stałem przy ścianie, tylko czekając na strzał, który padł, gdy ledwo co staruszek popchnął drzwi do przodu. Widziałem jak w sekundę jego oczy, spowija mgła, a krew tryska z klatki piersiowej. Zaczynał się przechylać do tyłu, lecz za nim opadł na podłogę, schowałem się za nim i podtrzymałem tak, aby był moją chwilową tarczą. Z racji tego, że strzał tak precyzyjnie agresor musiał stać parę metrów przede mną. Do tego byłem prawie pewien, że był to jakiś amator. Słyszałem jego drżący oddech. Nie chcąc tracić czasu, wpadłem zasłaniając się rannym mężczyzną do pomieszczenia. Wybrzmiał drugi strzał, ale raczej pocisk trafił w jakąś podłogę albo ścianę. Wtedy też nie zwlekając, wypchnąłem moją żywą tarczę na napastnika. Akcja była szybka i prosta. Pistolet upadł na ziemię, a ja momentalnie się po niego schyliłem. Gdzieś z boku mignęła mi ruda czupryna, ale wolałem się na razie nie dekoncentrować. Gdy tylko się wyprostowałem, również zdążył wstać wcześniejszy posiadacz broni. Tak idealnie się zgraliśmy, że zamiast do niego strzelić, walnąłem mu z tej broni prosto w twarz, przez co ten od razu znów wrócił na ziemię, tracąc przytomność. Wtedy już głęboko odetchnąłem, odgarniając włosy do tyłu.
- Wow. - tylko tyle byłem na chwilę obecną z siebie wydusić. Nie często zdarza mi się robić takie epickie rzeczy. Gdy tylko emocje opadły, spojrzałem w bok, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Mój mężuś siedział pod ścianą, przywiązany do krzesła. - Hej, a tobie co? - zaśmiałem się cicho, podchodząc do niego. Miał do tego wszystkiego zaklejone usta jakąś szarą taśmą. Szczerze chciało mi się śmiać. Nie sądziłem, że będzie tutaj przede mną. - Nie powiem, zaskoczyłeś mnie. - dodałem rozbawiony, wywalając pistolet, a samemu ładując mu się na kolana. - Ale widzieć cię w takim wydaniu spokojnie mogę uznać za przeprosiny. - po tych słowach, zerwałem mu taśmę z ust. - Wyglądasz tak bardzo seksi, że aż żal mi cię uwalniać.

(Lennie~?)

2 gru 2020

Lennie CD Shu⭐zo

Shuzo zaczął panikować. Chodził po łazience cały roztrzęsiony, więc złapałem go za ramiona i ustabilizowałem w jednym miejscu. 
- Nawet jeśli zadzwonią na policję, minie z dziesięć minut, nim przyjadą - przynajmniej mam taką nadzieję, w końcu nie wiedziałem jak daleko jest posterunek policji. A może nawet ich sąsiad nim był? - W tym czasie może się czegoś od nich dowiemy. Zgubiliśmy kapelusz, wszystkie ślady, a po tej burzy raczej nic nie znajdziemy - przyznałem z lekkim przygnębieniem, aczkolwiek starałem się uśmiechnąć, aby dać mu chodź odrobinę spokoju. Ten wziął dwa głębsze oddechy i położył dłoń na brzuchu. 
- Ale obiecujesz, że zaraz stąd wyjdziemy? Nim przyjedzie policja? - zapytał szybko, prawie na jednym wdechu. Pokiwałem głową.
- Jak będzie trzeba, to wyjdziemy nawet oknem - starałem się zażartować, co poskutkowała delikatnym uśmiechem na jego bladej i zmęczonej twarzy. W końcu odwróciliśmy się w stronę drzwi, mając zamiar wrócić do gospodarzy. - Czekaj - zatrzymałem go. - Usłyszałeś, co mówili? - pokiwał głową i spojrzał na mnie jak na idiotę.
- Jestem półpsem.
- Wiem, ale nie pomyślałem, że jako człowiek też masz tak dobre zmysły - przyznałem trochę tym zafascynowany. Ten przewrócił oczami i otworzył drzwi łazienki. Lekko zestresowani wróciliśmy do reszty. W salonie prócz kobiety i jej dwójki dzieci, siedział jeszcze jej mąż i jedno ze starszych dzieci. Te najstarsze było nieobecne. Pewnie czeka na policję. 
- No, już jesteśmy - przerwałem ciszę, panującą w salonie. - Dobrze, że trafiliśmy na was w tę burze.
- Tak, wyszliście na spacer, czy może w jakimś konkretnym celu? - zapytał mężczyzna. Spojrzałem na niego, zastanawiając się, czy on także próbuje coś z nas wyciągnąć.
- W konkretnym. Ostatnio się trochę nam życie pokomplikowało - podrapałem się po karku i starałem się delikatnie uśmiechnąć. 
- Mogę zapytać, w jaki sposób? - Julien spojrzała na swojego męża, a jej wzrok mówił "Tak się nie robi". 
- Jakby to delikatnie ująć... Ten pan - wskazałem na swojego męża. - został niesłusznie o coś oskarżony - westchnąłem. 
- Niesłusznie?
- Hm... - na chwilę się zamyśliłem. - Czy gdzieś w okolicy dochodziło ostatnio do dziwnych rzeczy? Może grasują tutaj jacyś niebezpieczni ludzie? - mężczyzna wydawał się tym pytaniem zdziwiony. Spojrzał na swoją żonę.
- Nie wydaje mi się... - Julien mu przerwała.
- A ci gangsterzy, co szantażują ludzi? - położyła swoją dłoń na dłoni mężczyzny. - Rossaline mi ostatnio opowiadała - spojrzała na nas. - że jacyś podejrzani ludzie ostatnio przychodzili do pana Andersona - dokończyła. Fabien westchnął zrezygnowany; chyba nie chciał nam o tym mówić.
- Czy moglibyśmy dostać na niego namiary? - to pytanie wywołało lekką falę gniewu u mężczyzny.
- A po co? - znowu na chwilę zamilkłem, zastanawiając się, co odpowiedzieć.
- W pewnym sensie - odezwał się Shuzo. - Też jesteśmy poszkodowanymi i szukamy rozwiązania. Skoro pan Anderson może mieć podobne problemy co my, może uda się wspólnie je rozwiązać - uśmiechnąłem się do chłopaka.
- Czyli nie jesteście tymi gangsterami? - zapytał Bellami, uważnie nam się przyglądając. Krótko się zaśmiałem.
- Skądże. Pewnie na waszym miejscu też bym tak pomyślał. Obcy ludzie przychodzą niezapowiedziani, ale spokojnie, nie jesteśmy nimi. Chyba bym nosił ze sobą jakąś broń czy cos - poklepałem się po ubraniu, aby im pokazać, że nic nie mamy. Twarz Bellamiego i Fabiena momentalnie złagodniała.
- A chcieliśmy już dzwonić na policję - mruknął syn, za co został zbesztany przez swojego ojca.
- Przepraszam za niego. Naoglądali się za dużo kryminałów. Tak na prawdę nawet o tym nie pomyślałem. W każdym razie pan Anderson mieszka...

Nagle usłyszeliśmy głośne wycie syreny policyjnej. 
W pierwszej chwili mnie zamurowało. rzez moje ciało przeszedł dreszcz, potem sądziłem, że mi się wydaje, ale gdy spojrzałem na miny wszystkich obecnych w tym pokoju, okazało się, że nie zwariowałem. Odwróciłem głowę w stronę Shuzo, który teraz siedział z twarzą biała jak pergamin. Momentalnie zaschło mi w gardle. 
- Kłamałeś? - spojrzałem na mężczyznę, który tak samo jak my i swoja żona wyglądał na zdziwionego. Ten szybko pokręcił przecząco głową, ale nie chciałem mu wierzyć. Kiedy wstał, ja także. On podszedł do okna, a ja chwyciłem dłoń swojego męża i rozejrzałem się po pomieszczeniu, jakby w nadziei, że otworzą się przed nami drzwi ewakuacyjne.
- Nigdzie nie dzwoniłem - powiedział mężczyzna, zerkając dyskretnie przez zasłonięte żaluzjami okno. Na ich posesji na prawdę znajdował się wóz policyjny! 
- Ja zadzwoniłem - usłyszałem cichy głosik, dobiegający z korytarza. W pokoju pojawił się najstarszy syn.
- Co ty zrobiłeś? - jego ojciec spojrzał na niego ze wściekłością w oczach. - Mówiłem ci, że to mogą być domysły. I się nie myliłem!
- Potem to usłyszałem, nie mogłem przecież jeszcze raz dzwonić do nich - wyglądał na zmieszanego i zawstydzonego. Nie chciał nawet na nas spojrzeć; może i dobrze, ja także byłem wściekły na tego gówniarza. 
- Policja! - usłyszeliśmy za drzwiami. Shuzo wstał i nagle zamienił się w psa. Wziąłem go na ręce.
- Chodźcie na strych - odezwała się Julien. Ponagliła nas ruchem dłoni i ruszyła pierwsza. - A ty coś wymyśl i się ich pozbądź - wskazała palcem na męża. Ten tylko popatrzył na nią szerokimi oczami, ale nim zdążył odpowiedzieć, kobieta zaciągnęła nas na górę po schodach. Trzymałem psiaka na rękach, wiedząc, że nie oddam go w łapy policji. Stanęliśmy na środku korytarza, kobieta po chwili otworzyła właz na suficie i pociągnęła go do siebie, dzięki czemu wysunęła się drabina. Z psiakiem w rękach wszedłem na górę, a kobieta po chwili zamknęła za nami drzwiczki. Zostaliśmy sami na strychu. 
Kucnąłem i postawiłem Shuzo na ziemi. Otrzepał się i rozejrzał, aby po chwili ruszyć w kąt. Dzięki światłu wpadającemu przez niewielkie okienko, mogłem go śledzić. Po kilku chwilach siedzieliśmy na kocu przy ścianie, między pudłami. Shuzo wrócił do ludzkiej postacie, objąłem go.
- A mówiłem, że powinniśmy uciekać - wymruczał załamany. Zacząłem go głaskać po głowie.
- Jest dobrze - powiedziałem szeptem, po czym przysunąłem usta do jego ucha. - Pomyśl o czymś miłym. Na przykład... jak nasze dziecko ma w szkole bal przebierańców. Co byś mu uszył?

<Shuzo?>

20 lis 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Już myślałem, że będziemy się po prostu błąkać po okolicy w tę paskudną pogodę. Naprawdę nie łudziłem się nawet, że ktoś nam nawet otworzy drzwi, a co dopiero zaprosi do środka. Dlatego to, co się stało, bez wątpienia mogę nazwać jakimś szczęściem w nieszczęściu. Pomimo sprawy z morderstwem i nieudanej próbie znalezienia jakichkolwiek wskazówek w stronę odnalezienia sprawcy, przynajmniej nie czułem już chłodu ani spływających po moim ciele kropel wody, których ilość spokojnie można by było porównać do wodospadu. Cieszyłem się również, że nas żaden piorun nie trzasnął po drodze, ale chyba przede wszystkim, że po prostu się tam z Lenniem znaleźliśmy.
Siedząc już na wygodnej kanapie z kocykiem i Lenniem z boku nie miałem się o co martwić. Byłem przekonany, że z maleństwem było wszystko w porządku i mogłem się jedynie modlić, żeby samemu nie zachorować, aczkolwiek czułem się dobrze. Miałem również nadzieję, że Lenniemu nic się nie stanie. W końcu po naszej ostatniej wspólnej przygodzie z wodą porządnie się rozchorował. Myślałem, że w każdej chwili mi może zejść na tamten świat w tym łóżku... A tu proszę. Wspólne wycieczki, ślub, a za niedługo dziecko. Cieszę się, że mój facet jest taki nie do zdarcia. Jednak to nie zmienia faktu, że w życiu nie przestanę się o niego martwić. Jest i będzie dla mnie najważniejszy na świecie. Kocham go bardziej niż samego siebie. Może sytuacja się trochę zmieni, gdy nasza rodzinka się trochę powiększy, ale po prostu, zamiast jednej osoby będę mieć aż dwie do kochania. W sumie to tak trochę już mam...
Odkąd tylko tutaj się znaleźliśmy, moją uwagę przykuła ta mała słodkość, przyglądająca się nam od samego początku. Miała takie dwa piękne blond kucyki zawiązane różowymi gumkami. Na początku bała się podejść i przyglądała się nam zza ściany, a później też podkradła się do fotela, na którym przesiadywał jej tata. Rozmawiał on głównie z Lenniem, a ja w tym czasie łapiąc co jakiś czas kontakt wzrokowy z dziewczynką, posyłałem jej jakąś głupią minę. Za każdym razem wtedy się chowała i cicho śmiała. Aż w końcu, gdy na chwilę oderwałem wzrok od fotela, gdzieś mi zniknęła. Dopiero po chwili, gdy moje psie uszy się poruszyły, wychwytując jakieś ciche śmiechy z boku kanapy, to ją znalazłem. Jednak tym razem w towarzystwie troszkę starszego braciszka. Nie minęła chwila i oboje wyjrzeli ze swojej kryjówki ostrożnie prosto w moją stronę, starając się powstrzymać śmiechy. Pewnie czekali, aż zrobię kolejną głupią minę, ale tym razem już miałem dla nich coś o wiele lepszego, albo przynajmniej bardziej zaskakującego. Udając, że ich nie widzę, powoli, wciąż siedząc na kanapie, przesunąłem się w ich stronę. Dzieciaki od razu zareagowały śmiechem i znów się schowały. Byłem cierpliwy, ale nie trwało to długo. Nim zdążyłem się obejrzeć, pierwsze dziecko po raz kolejny wyjrzało zza kanapy. Był to siedmioletni Olivier. Miał taką uroczą i bardzo jasną blond czuprynkę. Niczego się nie spodziewał, ale gdy tylko wskoczył na niego wesoły i o wiele bardziej okrągły niż zazwyczaj futrzak, oczka wręcz mu się zaświeciły. Z racji tego małego zaskoczenia, wylądował na podłodze, a ja na nim, momentalnie zaczynając machać ogonem i zaczynając go obwąchiwać. Czułem czekoladę. Chłopiec od razu zaczął się śmiać i w ogóle nie przejął się upadkiem.
- Piesek! - usłyszałem podekscytowaną dziewczynkę, która klęczała przy bracie. - Tato, możemy go zatrzymać? - od razu chwiejnie wstała, starając się mnie utrzymać na rękach, aczkolwiek podniosła mnie, łapiąc mnie tylko pod przednie łapki, więc tak trochę bardziej wisiałem, nie mogąc do końca dotknąć tylnymi łapkami podłogi. Nie było to wygodne, a po krótkiej chwili już wolałem, żeby mnie puściła. Zacząłem się wiercić, przy okazji zauważając Lenniego i jego minę, która była dość przejęta oraz odrobinę przestraszona całym zajściem. Wiem, że to na pewno nie wyglądało dobrze. Do tego miałem ten ogromny brzuch w tej formie. Sam się zastanawiałem, co by się stało, gdybym jakimś cudem wyślizgnął się tej dziewczynce z rąk i spadł na ziemię. Chociaż tak szczerze wolałbym nie wiedzieć ani tym bardziej tego doświadczyć.
- Maddie, to jeden z naszych gości. - odparł mężczyzna z dość zakłopotaną miną. - Nie trzymaj go tak. - dodał jeszcze, a dziewczynka skruszona postawiła mnie na ziemi.
- Przepraszam. - wymamrotała, głaszcząc mnie po głowie, aczkolwiek jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. - Ale... To ja chcę być pieskiem. - dodała stanowczo, prostując się.
- Nie da się tak. - odpowiedział jej braciszek, siedząc tuż przy nas. Dziewczynka nie wyglądała na bardzo zadowoloną jego słowami i pierwsze, co zrobiła, to pokazała mu język.
- A pan tak umie, więc ja też. - po jej odpowiedzi, wolałem sam zainterweniować. Czułem, że to zmierza w złym kierunku, a nie za bardzo przepadam za jakimikolwiek kłótniami. Wróciłem do swojej ludzkiej postaci. Siedziałem między dwójką dzieci i oboje objąłem rękami, bardziej przyciągając do siebie.
- Powiem wam coś maluchy, ale... - przerwałem na chwilę, przenosząc wzrok z dziewczynki na chłopca. Później bardziej się schyliłem z lekkim uśmiechem na ustach. - To moja mała tajemnica. - wyszeptałem do nich. Mała Maddie aż gwałtownie wciągła powietrze, zakrywając sobie po tym usta rączkami. Wyglądała na bardzo podekscytowaną. Już myślałem, że zaraz mi tu zacznie skakać z radości. Natomiast Olivier był bardziej powściągliwy i spokojnie czekał, aż coś jeszcze powiem. - Mogę wam zaufać? - spytałem jeszcze równie cicho, jak wcześniej. Dziewczynka od razu energicznie pokiwała głową, a jej brat po prostu mi przytaknął. Przyglądał się mi z widocznym zainteresowaniem, choć zupełnie nie okazywał tego, jak siostra. - No dobrze. - już byłem gotowy zacząć, gdy tu nagle ktoś niespodziewanie mi się wciął.
- O, czekaj! Chodźmy do mojego pokoju. Pluszaki nikomu nie wygadają, a oni mogą podsłuchiwać. - oznajmiła dziewczynka, zerkając za siebie prosto na swojego tatę i Lenniego. Od razu złapała mnie za rękę, a po chwili to samo zrobił jej braciszek, przyznając siostrze rację.
- Uhum... Niech już będzie. - nie byłem za bardzo przekonany. Nie chciałem zostawiać Lenniego samego, ale jak miałem odmówić takim słodziakom?
Tak też skończyłem w kolorowym pokoju, czując na sobie guzikowy wzrok ponad czterdziestki różnych pluszaków. Siedziałem na różowiutkim i puchatym dywanie naprzeciwko łóżka prawdziwej królewny. Najbardziej podobały mi się w nim zwisające zasłony. Były z delikatnego białego materiału i sięgały do samej podłogi, lecz na dzień były one spięte dużymi różowymi kokardami. Dwójka dzieci leżała na wspomnianym łóżku na brzuchach. Maddie przytulała jednego ze swoich misi, patrząc prosto na mnie. Olivier po prostu jej towarzyszył. Ewidentnie nie był fanem żadnych maskotek. Już idąc po schodach, dowiedziałem się, że razem z Bellamim (jednym ze starszych braci, z którym ma pokój) mają w terrarium jaszczurkę i wspólnie się nią opiekują. Jednak teraz już oba maluchy nie były za bardzo cierpliwe. Dlatego nie chciały mi dać spokój i wręcz same potaniały, abym w końcu zaczął.
Ponownie: Jak mógłbym im odmówić?
Na historyjce się zaczęło, a skończyło na przedstawianiu każdego z pluszaków. Wtedy już chodziłem razem z nimi po całym domu. Miałem okazji zwiedzić wszystkie miejsca poza sypialnią rodziców i pokoju najstarszego brata. Nie da się ukryć, że już na początku mnie zaciekawił. Przypominał mi takiego młodego mnie. Oczywiście z wyglądu. Z zachowania trudno mi to było rozgryźć. Widziałem tylko, jak szybko razem z Bellamim ulotnił się i zniknął w pokoju na górze. Miliony razy byłem ciągnięty przez dziewczynkę do salonu, a potem z powrotem na górę do jej pokoju. Miałem okazję poznać również wcześniej wspomnianą już jaszczurkę. Dzieciaki wołają na niego Mushu. W sumie było to dość pomysłowe imię i o dziwo pasujące. Jednak sielanka się skończyła, gdy kątem oka zauważyłem, że dwójka najstarszych dzieci opuściła dyskretnie swoją jaskinię naprzeciwko pokoju, w którym byłem z maluchami. W pośpiechu zeszli na dół. Zastygłem na chwilę, patrząc za nimi. Wydało mi się to trochę dziwne, ale ostatecznie to zbagatelizowałem. Pewnie nie chcą się po prostu natknąć na mnie albo Lenniego. Spojrzałem wtedy znów na małą Maddie, która znów mnie złapała za rękę i zabrała na dół prosto do salonu. Spodziewałem się tam gospodarza, ale o dziwo zauważyłem Lenniego, rozmawiającego z Julien, przy której siedział mały Olivier. Maddie zauważając swoją rodzicielkę, od razu mnie puściła i do niej pobiegła. Ich konwersacja się urwała, a ja znów usiadłem z uśmiechem przy Lenniem. Oparłem się o jego ramię, przymykając oczy. Dzieci są naprawdę wyczerpującymi istotkami, ale są też bardzo kochane i słodkie, przez co nie mógłbym przestać się z nimi bawić albo tak o bez wyrzutów sumienia odmówić. Zapadła mała cisza. Uwagę kobiety odwróciły dzieci, a ja, zamiast porozmawiać z Lenniem, niechcący podsłuchałem co nieco rozmowy z kuchni. Wiem, że to nie było w porządku, aczkolwiek to nie moja wina, że mam takie wyczulone uszy. W końcu jestem psem.
- Oni nie są tymi, za których się podają. Należą do tych gangsterów, co szantażują pana Andersona i resztę handlarzy. Ten psowaty był u niego ostatnio po kasę i zabrał jeden z najlepszych kapeluszy, a teraz przyszedł do nas z obstawą. Powystrzelają nas jak kaczki. Pewnie wiedzą, że pomogłeś Andersonowi schować resztę pieniędzy. - trudno było mi określić, czyj to był głos, aczkolwiek obstawiałem na najstarsze z dzieci. W tle usłyszałem również głośne westchnienie Fabiana. Chyba nie za bardzo w to wierzył, co jego syn wygadywał. Przez to odrobinę mi ulżyło, aczkolwiek dalej byłem zaciekawiony całą sprawą, jak i zestresowany. Mój ojciec był okropną osobą... Mocniej zacisnąłem palce na dłoni Lenniego. Jeśli mimo wszystko zadzwonią na policję, to już nikt za szybko mnie nie wyciągnie zza krat. Jednak na razie wolałem nie reagować. Ciekawiło mnie, czy jeszcze czegoś ciekawego się dowiem.
- Goście są niebezpieczni, ale my mamy już super plan, tata. - usłyszałem drugiego syna. Był to Bellami, który po swoich oświadczynach zaczął chodzić po kuchni. Nie wykluczone, że wyjrzał właśnie z pomieszczenia, by jakoś się nam przyjrzeć. Wtedy też bardziej się sam wyprostowałem i ostrożnie spojrzałem kątem oka za siebie. Mignęła mi sylwetka chłopca, aczkolwiek od razu potem spojrzałem wprost. Lennie jedynie wbił we mnie wzrok, unosząc jedną brew. Pewnie oczekiwał jakichś wyjaśnień, ale wolałem się na razie nie odzywać. Julien zarzuciła kolejnym tematem do rozmowy. Musiałem przynajmniej udawać zainteresowanego. Z chęcią bym porozmawiał o szydełkowaniu i co prawda na parę chwil dałem się zagadać, aczkolwiek gdy tylko powiedziałem, co chciałem, wróciłem do niewinnego podsłuchiwania.
- Świetnie. Czyli po prostu muszę zadzwonić na policję, a ich przetrzymać w domu do czasu ich przyjazdu. Nie dość, że dostanę nagrodę za rozbicie jednej z grasujących tu szajek, to pomogę Andersonowi w jego biznesie. - odezwał się Fabien, co już zmroziło mi krew w żyłach. Dlaczego zawsze musimy się jakoś pakować w takie chore akcje? Automatycznie przełknąłem zaniepokojony ślinę. - W końcu biedaka nikt nie będzie szantażować. Będziemy u niego ustawieni do końca życia. - westchnął rozmarzony. - Nic nie pomyliłem? - jeszcze się pytał. Byłem normalnie oburzony. Co teraz się z nami stanie? Dlaczego on uwierzył tym dzieciakom?
- Shu, wszystko w porządku? - usłyszałem Lenniego, na którego od razu wtedy spojrzałem lekko poddenerwowany.
- Stało się coś? - spytała również Julien, a ja przeniosłem na nią wzrok, niepewnie się uśmiechając.
- Tak. Ja po prostu... - oczywiście musiałem coś na szybko wymyślić. - Muszę iść do toalety. - szybko wstałem. - Chodź Lennie. - złapałem go za rękę. - Przepraszamy panią na chwilę. - dodałem jeszcze, idąc z nim do toalety, starając się zachować resztki spokoju. Musiałem mu wszystko opowiedzieć.
Od razu wszedłem do łazienki razem z nim, zamykając nas w środku. Odwróciłem się do niego, biorąc głęboki oddech.
- Słuchaj... Musimy się stąd zmywać. - głos zaczął mi lekko drżeć, ale nie chciałem się oddać panice.
- Shuzo, co ty wygadujesz?
- Słyszałem ich. Rozmawiają w kuchni i lada moment mogą zadzwonić na policję. - z każdą chwilą było mi coraz trudniej się opanować.
- Czekaj, ale... Jak to? Dlaczego?
- Nie wiedzą, że mój ojciec nie żyje. Jeden z dzieciaków zasugerował, że to ja, a ty to moja obstawa. Dzwonią na policję, bo myślą, że jesteśmy niebezpieczni. - wyjaśniłem, tak dla bezpieczeństwa spoglądając za siebie na zamknięte drzwi.
- Ale... Może z nimi porozmawiamy? Może jeszcze nie zadzwonili. Skoro coś wiedzą, to może nam pomogą?
- Na razie chcą nas załatwić na cacy. Nie przeżyje w pudle z dzieckiem...
Niestety fakt, że jestem totalnym panikarzem, jedynie sprawił, że po raz kolejny najadłem się niepotrzebnego stresu. Mogłem na spokojnie wysłuchać całej rozmowy. Szkoda, że jeszcze w tej chwili nie miałem o tym pojęcia.
~w międzyczasie w kuchni:
- No mówię, że mamy z tego same plusy. W ogóle to nie ma się co przejmować, bo to najzwyklejsi gangsterzy czy mafiozi, no nie?
- Christian, a ty nie bądź taki cwany. Nie tak cię wychowałem, żebyś kablował na niewinnych ludzi, kierując się domysłami i tym całym Internetem. - chłopak w odpowiedzi prychnął, widocznie urażony.
- Żebyście się później nie zdziwili, jak odwalą coś głupiego albo zaczną do nas z broni celować. - dodał zdegustowany, nie chcąc się już przegadywać.~

(Lennie~?)