19 kwi 2017

Smiley CD White

Wróciliśmy w miłej atmosferze do cyrku i tam rozstaliśmy się. Każdy z nas poszedł w innym kierunku do swoich namiotów. Wróciłam a Bisca i Yuki się ze mną przywitali. Zwierzaki nie narozrabiały za bardzo, leżały tylko ich zabawki. Nie było dużo do sprzątania, więc uporałam się z tym wszystkim bardzo szybko. Nakarmiłam zwierzaki w wtedy spojrzałam się na pluszaka, którego dostałam od White. Wzięłam pluszaka i umieściłam go na półce z ważnymi dla mnie rzeczami. Na szczęście było miejsce i nie musiałam się za bardzo jakoś martwić o to, aby robić je.
- Co chcesz Bisca? - spytałam się psiaka, które szturchnął mnie w nogę. Po jej oczach poznałam, że chciałaby wyjść i nie tylko ona bo sam Yuki też chciał. Nie miałam wyjścia.
Wyszliśmy na spacer, ale taki krótki. Było zimno, a w dodatku dość późno. Obiecałam za to im, że jutrzejszego dnia wyjdę z nimi na dłuższy spacer i pobawię się.  Wróciliśmy do namiotu, gdzie przebrałam się w piżamę i poszłam spać wraz z pupilami.
- Dobry! - powiedziałam, gdy się przebudziłam. Zwierzaki już były wstanę i wyczekiwały na śniadanie. Wstałam leniwie, z resztą tak jak zawsze o poranku i ruszyłam do łazienki. Przebrałam się, uczesałam włosy, zrobiłam śniadanie i zrobiłam wszystkie inne rzeczy tak jak każdego poranka.
Wyszłam z namiotu na małą przechadzke. Zwierzaki zostały w namiocie bo po śniadaniu nie miały ochoty nigdzie wyjść.
- Hej! - usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się, a moim oczom ukazał się White.
- Cześć! - odparłam z uśmiechem. - Czyżbyś znalazł sobie pupila? - spojrzałam się na czarnego ptaka, który siedział na ramieniu chłopaka.

<White?>

Akuma CD Rue

Żołądek podszedł mu do gardła, gdy usłyszał strzał. W pierwszej chwili myślał, że dostał prosto w serce i zostało mu jeszcze parę sekund, a może i mniej, życia. Gdy jednak uświadomił sobie, kto tak na prawdę wystrzelił, poczuł ulgę. No tak, teraz zaczął myśleć w ten sposób - jeśli on nie dostanie, a ktoś inny tak, to jest okay. Odepchnął od siebie jednak poczucie winy, gdy poczuł na szyi ucisk - podczas gdy się odwrócił, by spojrzeć na okaleczonego w dłoń mężczyznę i zgarnąć leżący parę metrów dalej pistolet, nie zauważył, jak jeszcze przed chwilą powalony na posadzkę wróg zdążył już wstać i obezwładnić go. A raczej dążyć do tego, bo na razie Akuma próbował się bronić jak najlepiej umiał. Próbował trzymaną w dłoni częścią prysznica uderzyć go w głowę, jednak zamiast tego zdawał się odganiać natarczywą muchę, nie mogąc jej dostrzec za sobą. Z każdą chwilą czuł coraz większy skutek braku powietrza, więc w końcu porzucił plan o uderzeniu przeciwnika w głowę - i tak by tego nie zdołał zrobić. Zamiast tego nagle zgiął nogę i tak jak przypuszczał, kopnął go prosto w krocz piętą. Tak jak przypuszczał - głośnemu jękowi zmieszanego z przekleństwem towarzyszyło rozluźnienie dłoni, co od razu wykorzystał. Wolną dłonią ściągnął z siebie łapska mężczyzny i mógł zacząć na nowo oddychać Płuca nadal go paliły, ale poczuł ogromną ulgę, gdy mógł ponownie zacząć oddychać. W tym samym momencie powietrze przeszył kolejny strzał. Nie miał czasu się nawet popatrzeć, czy okazał się celny, gdyż musiał ponownie zająć się wciąż cicho jęczącym idiotą. Tak, właśnie tak myślał o nim za każdym razem, gdy wzrokiem pełnym nienawiści na niego patrzył. "Idiota". Głośno oddychając oburącz podniósł swoją broń i uderzył nią w tył głowy owego idioty. Następnie błyskawicznie okręcił się wokół własnej osi i powiódł wzrokiem po otoczeniu. Rue walcząca z jednym typem, drugi stał w oddali i zbierał się po strzale w dłoń. I to właśnie on stał się jego nowym celem. Spojrzał na podłogę, pistolet nadal znajdował się w miejscu, w które wcześniej upał. On najwyraźniej przejrzał jego zamiary, bo ruszył pośpiesznym krokiem w stronę czarnego przedmiotu. Akuma zrobił to samo, tyle, że z pełną prędkością. Miał do przebycia niemal trzy razy większą odległość i nie mógł sobie pozwolić na to, by nie być pierwszym. Wtedy nie maiłby żadnych szans na przeżycie. Żadnych. Usłyszał strzał, który mocno nim wstrząsnął, jednak nie zatrzymał się - być może przeciwnik Rue chciał odwrócić jego uwagę i dać tym samym większe szanse swojemu wspólnikowi. Nadal nie kapował, który to Tobias, o ile on tam jest i nie wysłał swoich ludzi, samemu zostając w bezpiecznym miejscu w oddali. Tak jak myślał, to on pierwszy dotarł do swego celu, jednak nie miał się czym cieszyć, gdyż gdy tylko uskoczył w tył, rosła postać już wyrosła tuż przed nim. Bez zastanowienia podniósł strzelbę i nie mierząc zbytnio długo, strzelił. Krwawy kwiat zdawał się wykwitnąć na jego piersi. Starał się nie myśleć o tym, że właśnie postąpił przeciwnie całemu swojemu życiu. Nigdy nie chciał zabijać i nigdy też nie miał zamiaru tego robić, a wszystko to zniszczył tą jedną, jedyną chwilą. Jednak szybko się ogarnął - nie wiadomo skąd, zauważył jeszcze dwójkę, biegnących prosto w jego kierunku. Zacisnął szczęki, podnosząc swoją broń z zamiarem wystrzału. Zamiast tego usłyszał świst czegoś obok ucha - i właśnie w tej chwili zorientował się, że oni także do niego strzelają. Bez zastanowienia posłał dwa pociski, jeden po drugi. Tylko jeden trafił w cel, i to jeszcze niedokładnie. Trafił w pistolet jednego z biegnących, a celował w brzuch. Tyle dobrego, że teraz jeden nie ma broni. A przynajmniej tak myślał do momentu, gdy nie zauważył noża wyciąganego z kieszeni spodni. Miał ponownie wycelować jednak nie wziął pod uwagę jednego istotnego faktu - dzielił ich niecały metr i wkrótce poczuł na sobie uderzenie - to zamaskowany chłopak ( tak, chłopak, niewiele większy od niego ) przygwoździł go do ściany. Przyłożył mu pistolet do skroni, jedna w chwili, gdy nacisnął spust, nic się nie zdarzyło. Akuma zaśmiał się szyderczo mimo ,iż jeszcze parę sekund temu umierał ze strachu. Trzymanym w dłoni pistoletem uderzył go w tył głowy, powalając na ziemię przynajmniej tymczasowo. W pewnej chwili coś sobie uświadomił - przecież napastników było dwóch, a nie jeden. Spojrzał przed siebie. Na podłodze leżał nieprzytomny - a przynajmniej tak mu się zdawało - zamaskowany mężczyzna. Rozglądał się po pomieszczeniu i ku swojemu przerażeniu i jednocześnie radości, nie ujrzał nikogo. Nikogo, kto się ruszał. Nigdzie wśród leżących nie zauważył Rue. Krzycząc jej imię, podniósł z podłogi jeszcze jeden pistolet i wyszedł na zewnątrz z bijącym głośno sercem.

< Rue? >

18 kwi 2017

Rue CD Akuma

Raptownie przed oczami miałam scenę, w której strzelałam z pistoletu zabijając człowieka. Miałam wrażenie, że jego krew spływa po broni, jaką trzymał chłopak. Przeszły mnie ciarki na samą myśl i ponownym strzelaniu, ale patrząc z jego strony, tylko ja mogłam tam wejść. W końcu byłam cyrkowcem od dziecka, a do tego wspinanie, liny i akrobacje to moja specjalność, więc niczym trudnego będzie wskoczenie na belkę i przytrzymanie się między ścianami dachu. Trudniejszy jednak będzie strzał. Nie boje się o to, że nie trafię i to on zestrzeli mnie, wręcz przeciwnie. Boje się, że zamiast trafić w broń, przestrzelę wrogowi łeb i znowu kogoś zabije. Na tą myśl miałam ochotę zwrócić, ale mój żołądek był pusty; i dobrze. Ale czy na prawdę ta sytuacja tego wymaga?
- Rue... nie mamy czasu... - pospieszył mnie. Spojrzałam na niego, a potem na broń. Racja, nie mieliśmy czasu, a tu chodziło o życie i nie tylko moje, ale i chłopaka. Jestem mu coś winna, skoro go w to wciągnęłam i nie musi się tłumaczyć, że sam został. Jestem mu za to wdzięczna, ale gdyby nie ja, nic by mu nie groziło.
- Wiem to - mruknęłam niewyraźnie pod nosem po czym wzięłam do ręki broń, zimną od stali i mokrą od krwi, która pojawiła się w mojej głowie. Trzymając ją miałam wrażenie, że wypala mi skórę i każe strzelać prosto w serce, aby zabić. Potrząsnęłam głową, aby obudzić się z transu i spojrzałam do góry. Dobra... jakby tam wejść... Nim cokolwiek wymyśliłam usłyszałam czyjeś kroki na zewnątrz. - Chowaj się! - powiedziałam szeptem do chłopaka pchając go za ścianę, aby w ukryciu mógł przygrzmocić wrogowi. Ja za to podbiegłam i skoczyłam do góry odbijając się od ziemi i lecąc na ścianie. Szybko się od niej odbiłam i złapałam ręką belkę podbierającą te dwie ściany, które tworzyły dach. Podciągnęłam się i zawinęłam na niej, ponieważ po siedzenia było za mało miejsca. A najwygodniejsza dla mnie pozycja była na nietoperza, potem tylko wycelowałam pistolet przed siebie. Próbowałam się uspokoić, ręką mi drżała i na prawdę mogłam zastrzelić człowieka, a nie go pozbawić broni.
Skrzypienie rozwalonych przez Akumę drzwi dały o sobie znać jakoś po paru sekundach zwisania do góry nogami na belce. Poczułam nieprzyjemne ciarki, które przypominały lodowe ostrza przebijające moją skórę. Pierwszy krok, drugi i już mogłam zobaczyć zamaskowaną postać; kaptur i przykryta połowa twarzy jakimś materiałem, który miał uniemożliwić rozpoznanie osoby. Na chwilę wstrzymałam oddech widząc jak osoba wyciąga broń; tak jak mówił Akuma. Zaraz za nim wszedł drugi, także z bronią w dłoni. Czułam dziwny ucisk w klatce piersiowej, robiło mi się słabo. "Oddychaj!" krzyknęłam sama do siebie w myślach. Powstrzymałam się od nabrania powietrza łapczywie jak potwór pijący wodę, którego parzy język.
Na spokojnie...
Szli przez korytarz, gdzie na końcu czekał chłopak. Miałam wrażenie, że zanim wyskoczy i uderzy przeciwnika bronią (czyli częścią od prysznica) wróg zdąży w niego strzelić, a ja nie zdążę zareagować i wszystko zepsuje. Natłok myśli przytłaczał mnie jeszcze bardziej, ledwo co zauważyłam kiedy Akuma jako pierwszy zdążył zaskoczyć napastnika uderzając go prosto w łeb. Zatoczył się do tyłu i upadł. Ten, który stał z tyłu wycelował w niego pistoletem. Usłyszałam strzał, ale to nie on strzelił, tylko ja. Potem był krzyk i krew na podłodze - postrzeliłam jego dłoń. Puściłam się belki i skoczyłam na mojego przeciwnika, który pod moim ciężarem wylądował na ziemi. Chciałam wybiec przez drzwi, ale zauważyłam, że w nich stoi trzeci zamaskowany i dzierży broń jak pozostali z tyłu; była ich jeszcze dwójka. Zaczęłam się cofać do tyłu i z wycelowaną przed siebie bronią. Mam jeszcze dwa pociski, jeden na pewno przeżyje. Mam nadzieję, że my także.

<Akuma?>

17 kwi 2017

Akuma CD Rue

Zrobili dokładnie tak, jak powiedziała Rue. Najpierw zaciągnęli ciało mężczyzny pod prysznice do przodu, pozostawiając je zaraz przy wejściu do łaźni. Przez chwilę chciał oponować, czy to aby dobry pomysł - jeśli zrobi się wrażenie bezbronnego zyskuje się o wiele większe szanse na wygraną. Przeciwnik nie stara się wtedy tak bardzo, jak powinien. Mieli jednak mało czasu i chociażby krótka wymiana słów kosztowała ich zbyt dużo, by sobie na to pozwolić. W chwili gdy skończyli, Akuma zaczął bez słowa odkręcać wszystkie prysznice po kolei. Tak jak podpowiedziała mu Rue, używał głównie gorącej wody, rzadziej lodowatej. Nie był pewien, jak wytłumaczy zniszczenie łaźni Pikowi, jednak teraz postanowił się tym nie przejmować, miał bowiem coś o wiele ważniejszego na głowie. Teraz musiał walczyć o przetrwanie. Odkręcając dalej kolejne prysznice czuł wielkie zdenerwowanie. Myśl, że gdzieś w pobliżu znajdują ( lub znajduje się ) ich, a raczej Rue, wrogowie, napawała go strachem. W dodatku niedługo mieli się tutaj znaleźć, atakując ich dwójkę. Zaczął się zastanawiać co zrobią, jeżeli któreś z nich zostanie postrzelone. W końcu nie mają takiej broni przy sobie, nie licząc pistoletu załatwionego przez Rue, w którym jak się okazało, znajdowały się tylko trzy naboje. A więc ich szanse na przetrwanie wyglądają dosyć marnie...
- Stresujesz się? - usłyszał pytanie od strony dziewczyny. Zdziwił się nieco. Ich życie właśnie mogło się skończyć, a ona się pyta, jak się z tym czuje? Zaśmiał się, ku swojemu zdziwieniu, że jeszcze to potrafi.
- Pewnie nie mniej niż ty, w końcu to tobie tak na prawdę grozi niebezpieczeństwo - zauważył zważając na to, iż to ona zna tego cyrkowca, którego atak teraz im grozi.
- Tkwimy w tym oboje. Przecież nie zostawią świadka, Przeprasza, że cię w to wciągnęłam - obwiniała się. Znając życie, pewnie sam by to robił na jej miejscu. Westchnął, niezbyt wiedząc, co powiedzieć. Ona nie ponosi odpowiedzialności za obrót spraw. W końcu wcześniej postąpiła słusznie, wydając go w ręce policji. To nie jej wina, że teraz chce się zemścić.
- Nie masz za co przepraszać. To byłoby bez sensu, bo przecież mogłem uciec, sam zostałem. Z resztą nawet nic nie zrobiłaś, za co mogłabyś przepraszać A teraz koniec gadania na ten temat. Musimy znaleźć sobie jakąś broń, bo będzie z nami kiepsko. Albo chociaż coś, co może służyć jako obrona - oznajmił, zabijając się w myślach za to, że nie wziął ze sobą nawet małego nożyka. Albo swoich bomb dymnych, mogłyby się teraz przydać... Rozejrzał się na boki. Przeszedł spory kawałek łaźni, a właściwie to go przebiegł. Nic. Kompletnie nic.
- Może uda nam się wyłamać jakiś prysznic... - myślał na głos. - Któreś z nas mogłoby wtedy stanąć za drzwiami i znienacka kogoś ogłuszyć. Albo nawet wziąć dwa prysznice i podwoić rezultat - zaproponował po chwili, pospiesznie wypowiadając słowa. Bez namysłu zaczął realizować swój pomysł. Rue mu w tym pomogła, kopiąc prysznic, szarpiąc za niego.
- A może nie trzeba byłoby go wyłamywać? Czy nie wystarczy wziąć ten najbliżej drzwi? - spytała. Skinął głową na znak, że się zgadza.
- Dasz radę tam wleźć? - spytał, wskazując palcem sufit, gdzie w pewnym momencie, akurat przy wejściu ściany były bardzo blisko siebie. - Wzięłabyś pistolet i strzeliła w ich ręce, w której dzierżyliby broń. Nie spodziewaliby się tego, to byłby nagły atak. A my zyskalibyśmy dodatkowe szanse na przeżycie, no bo wiesz... Pistolety, nie? - stwierdził niepewnie.

< Rue? > 

Akuma CD Szakal

Zastanowił się na moment, gdzie mogliby pójść. Ta rozmowa o zwierzętach mocno go zbiła z tropu, dlaczego mieliby się pokłócić? Przecież to była tylko wymiana zdań, nic więcej. To normalne, że ludzie się ze sobą nie zgadzają w każdej kwestii. Dlaczego więc wszystko przyjmowała tak bardzo osobiście? Westchnął cicho, by ponownie wrócić do rozmyślania na temat tego, co zamierzają teraz robić. Zaczął analizować, co byłoby odpowiednie dla jego towarzyszki. ZOO okazało się niezbyt dobrym pomysłem, jak sam już stwierdził. A więc gdzie?
- Co powiesz na kino? Albo na jakieś ciasto w kawiarni? - spytał z nadzieją, którą stłumił w środku. Przez to jego wypowiedź zdała się pogardliwa, jakby twierdził, iż nic nie może jej dogodzić. Szakal najwyraźniej to zauważyła, bo mina jej zrzedła.
- Jeśli nie chcesz, nie musimy nigdzie razem iść - usłyszał rozczarowanie w jej głosie. Spojrzał na nią zdziwiony.
- Chodźmy do kina serio mówię - powiedział stanowczo, nieco piskliwym tonem. Przez chwilę patrzyli sobie prosto w nocy, wkrótce jednak odwrócił wzrok. Po części dlatego, że jej spojrzenie było dziwnie dołujące, jednak głównie dlatego, że nie chciał wejść pod samochód, w dodatku na pasach. Czekał na jej odpowiedź, w końcu jednak ujrzał na jej twarzy lekki uśmiech. Może nie było tak źle, jak pomyślał?
- To jak? - spytał z nadzieją na znak, że zauważył jej wyraz twarzy. Gdy przeszli na drugą stronę ulicy, usłyszał jej słowa, również pytanie.
- Jadłeś kiedyś popcorn? - spytała, na co się zaśmiał. Uznał tą "odpowiedź" za "tak".
- Znam smak, przynajmniej tak mi się zdaje, chociaż nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek jadł popcorn - stwierdził po chwili ciszy. W wyobraźni odczuł wyraźny, słonawy posmak oraz przed oczyma pojawiły mu się niewielkie, biało-brązowe grudki. Wkrótce to Szakal przejęła prowadzenie, bo jak chłopak zdołał już stwierdzić, nie miał bladego pojęcia, gdzie jest kino. "Boże, jestem tak zacofany", stwierdził, gdy znaleźli się pod budynkiem. Tutaj chyba każdy wiedział, gdzie kino się znajduje. Weszli do środka, Szakal udała się po ulotki na temat dzisiejszych filmów, a Akuma grzecznie czekał na fotelu. Usiadła na przeciwko i podała mu połowę ulotek.
- Gdy znajdziesz coś ciekawego, mów - oznajmiła, już czytając zawartość kartek.

< Szakal? >

16 kwi 2017

Wielkanoc!

Co prawda trochę spóźnione życzenia, ale lepiej teraz niż wcale XD

Niech zajączek szczodry będzie
i z jajeczkiem do Was przybędzie,
niech święconka smaczna będzie,
a w dyngusa woda wszędzie.
Życzy administracja Book of Circus!


Naamio CD Blade

Stałam i patrzyłam na niego. Ten ktoś z wczoraj to połykacz noży mega wystrzałowe ma ciało. Ciasteczko jak ich mało... Zaraz przez słowa dziewczyn można się tęcza pożygać. Tyle co ja zauważyłam jest mroczna osamotniona, i no nieźle skupiona. A jego imię też jest takie unikatowe i oddające go Blade. Gdy stałam przy wyjściu, właśnie wyjmował miecz z garła. Przeszły mnie ciarki, zastanawia mnie to czemu akurat ta sztuczka. Trochę to obrzydliwe ale no jak kto woli.
- Hej Blade. - powiedziałam gdy do mnie podszedł.
- Hej. - no dobra można przyznać, że jest trochę przystojny no ale... Zauważyłam kilka par oczu dziewczyn w moim kierunku oraz już jakby chciały w moją stronę iść. - Choć coś zjemy. - złapałam go za rękę i pociągnęłam lekko w stronę miasta. - pójdziemy zjeść na mieście jeśli to nie problem.
Wciąż go trzymałam, powinnam puścić ale niespodziewanie wzięłam go za rękę. Na parę sekund u szybko zabrałam rękę, schowałam do kieszenie. Czułam dziwny prąd przepływajacy przez nas, a już nie wspominając jaki on jest ciepły. Ej ej STOP! O czym ja myślę to tylko kolejna osoba. Po co dziewczyny się tak tym jaraja nie ma czym.
- O popatrz na nich. - odwróciłam się i zobaczyłam dziewczyny, które stały za nami prosiły się i mordowanie.
Weszłam z nim do kafejki za rogiem są tu dobre naleśniki. Razem z nim zajęłam miejsce trochę dalej od ludzi.
Gdy kelnerka przyszła, przyniosła mam karty oraz po chwili zamówienia.
- Blade - spojrzał na mnie - Nie boli cie gardło ani żołądek jak połykacz te noże? - zapytałam natomiast kelnerka przyniosła nam nasze zamówienia.

<Blade?>

Volante CD Pistachio

Lubił to poczucie wolności. To, które ogarniało go za każdym razem gdy znajdował się w powietrzu. To, które przesycało go od palców u nóg, po końcówki kręconych włosów, to, które przepełniało jego mięśnie i dawało mu siły do dalszego działania. Zmieszane z adrenaliną buzującą w jego żyłach, sprawiało, że miał wrażenie, że jest nie do zatrzymania.
Czuł chorą satysfakcję, gdy wiedział, że wzrok wszystkich był skupiony na nim. Uśmiechał się sam do siebie, lecąc tak, wydając się łamać prawa fizyki, chociaż tak naprawdę z nimi współpracował. Potrzebował świadomości, że wygląda pięknie, że ludzie się nim zachwycają, podziwiają. Gdy ta świadomość do niego docierała, jego ego rosło, napawając go dumą i zadowoleniem z tego, co robi, a jednocześnie pchało go do dalszego działania. Do dalszego doskonalenia się i dążenia do perfekcji, której nigdy nie osiągnie. To bolało najbardziej. Wiedział, że to niemożliwe, a mimo wszystko ślepo w to brnął.
Widownia zaczęła klaskać, po tym jak z gracją wylądował ponownie na podeście. W czasie występu zachowywali ciszę, momentami gwizdali, albo wciągali powietrze z cichym westchnięciem. Na ich ciele wystąpiła gęsia skórka spowodowana emocjami, które zdawały się przelewać z jego ciała na ich, razem z kolejnymi kropelkami potu, które odrywały się od jego torsu.
Wdzięcznie opuścił scenę, zdzierając nieco głowę. Żegnali go okrzykami podziwu, gwizdaniem, oklaskami. Jego ego rosło i rosło i rosło...
Do momentu, gdy nie znalazł się poza areną. Wtedy wszystko pękło jak bańka z mydlin. Jakby ktoś drasnął go ostrym narzędziem, szpilką, czy nożem i zniszczył tą całą powłokę. Zadufany w sobie i swoich wyczynach Volante zniknął, ustępując miejsca temu właściwemu chłopakowi. Feliksowi, który dbał o wszystko i wszystkich. Lubił fakt, że umie jakoś rozdzielić karierę od swojego życia, że kiedy trzeba być pewnym siebie i nieco aroganckim to taki jest, ale potrafi stać się też wrażliwym chłopaczkiem z sąsiedztwa, który zawsze przychodził pomóc twoim rodzicom z pracami w ogrodzie.
Sięgnął po jeden z ręczników i z delikatnym uśmiechem na twarzy, zaczął wycierać zmarnowane i spocone dłonie. Pewne było, że na starość będzie miał problem ze zginaniem i otwieraniem palców, o ile w ogóle będzie w stanie to robić. Jednak nie przejmował się tym faktem, bo wiedział, że jego stara osoba nigdy tego nie pożałuje. Tego, co robił tam na górze, co to były za wyczyny, co za sztuka.
Stał tak spokojnie, oglądając otoczenie. Jakie było jego zdziwienie, gdy zobaczył obok tego chłopca, albinosa, którego kojarzył jedynie z widowni, gdy sprzedawał przekąski. Feliks wiedział o nim dość mało, jedynie, że nosi przydomek Pistachio i nie rozmawia zbyt często z innymi. Często widział jak przemyka się pomiędzy ludźmi z cyrku. Był jak cień, nie zauważano go, jednakże on istniał i jednak każdy zdawał sobie sprawę z jego obecności. Feliksa przerażała najbardziej jedna wiadomość, którą kiedyś od kogoś usłyszał. Chłopak wiedział podobno wszystko o każdym. Lubił śledzić ludzi, sam to doskonale zauważał.
Był ciekawy drobnego białowłosego Pistachio.
Rzeczy i istoty nieznane zawsze przykuwają uwagę i sprawiają, że chcemy rozwikłać ich tajemniczość.
- Em, szukasz kogoś, czegoś? -Spytał pogodnie, uśmiechając się delikatnie. Postanowił wziąć sprawę w swoje ręce i zagadać jako pierwszy. Zauważył, że dłonie, które chciał wsadzić do kieszeni ostatecznie wylądowały na tym śmiesznym trzymadełku na przekąski. Wyglądał jakby był nieco zestresowany, onieśmielony widokiem czarnowłosego. Przez chwilę milczał, po prostu się na niego patrząc.
- Właściwie, to ciebie. - Mruknął suchym, obdartym z emocji głosem. Polak uniósł brwi i obserwował młodszego, który to właśnie postanowił zdjąć swój przenośny stoliczek i odłożył je obok siebie. Nagle, niespodziewanie, wystawił przed siebie drobne, urocze kwiatuszki, wręcz wpychając je w twarz Volante. Na policzkach albinosa wystąpiły rumieńce, które było jeszcze lepiej widać, przez odcień jego skóry. Nieco oszołomiony chłopak przyjął podarek, nie ukrywając zdziwienia.
- Uznaj to za prezent od fana, czy coś. Byłeś niesamowity. W sensie, każdy twój występ jest świetny, niesamowicie mi się podoba i... - Urwał momentalnie, jakby próbował dobrać odpowiednie słowa, albo popełnił jakiś błąd, którego Feliksowi nie udało się odkryć. Zamiast skupiać się na takich rzeczach, podziwiał mimikę chłopaka, który krótko po tym posłał mu nieśmiały uśmiech. - Chciałbym tak potrafić, to co robisz jest magiczne. Może kiedyś... Em... Mógłbyś mnie nauczyć...? Wiem, to wymaga wielu lat praktyki, i... - Odwrócił głowę, a białe włosy delikatnie zafalowały, pociągnięte wraz z ruchem. Jego zawstydzenie wprawiło dwudziestoczterolatka w lekkie rozczulenie. Jednocześnie coś przyjemnie połechtało jego ego. No bo hej! Ten młodzieniec przyszedł do niego z prośbą o naukę. Nie poszedł do mistrzów tej sztuki, do osób kształconych, zdolnych, utalentowanych. Poszedł do Polaczka, który wcale nie był tak dobry w te klocki, bo sam niedawno nauczył się robić to wszystko w sposób poprawny. Poszedł do osoby z o wiele mniejszym doświadczeniem niż niektórzy tutaj. Znaczyło to, że Volante wprawiał ludzi w zachwyt, a to przecież miał na celu.
Roześmiał się wesoło, drapiąc przy tym po swędzącym go policzku, który już jakiś czas się tego domagał, ale dopiero teraz sobie o nim przypomniał. Poczuł lekką ulgę. Jednak przestał, gdy zobaczył, jak chłopak patrzy na niego z rozczarowaniem.
- Nie, nie, nie! Nie śmieję się z ciebie, spokojnie! - Zareagował prawie od razu, posyłając mu ciepły uśmiech. - Po prostu... to miłe, że mnie o to prosisz. Chyba mogę to traktować jako pewnego rodzaju komplement, prawda? - Przechylił głowę, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami. Dostał odpowiedź w postaci nieśmiałego kiwnięcia. - A co do pytania. Oczywiście, jeśli będziesz tylko chciał i miał czas, wpadaj kiedy wola! A co do tych lat praktyki, nie przesadzaj. Jak się uweźmiesz, to chwila i będziesz robił na tym drążku czego tylko dusza zapragnie. Potrzeba tylko treningu i trwania w postanowienia. - Mówił, a uśmiech nie schodził mu z ust. Cieszył się, że może nawiązać rozmowę z albinosem. Jego niebieskie oczy lśniły zachwycone tym, co mówił Feliks, jakby coś na nowo tchnęło w niego nadzieję i szczęście. Uśmiechał się nieśmiało, a na jego widok, Volante zrobiło się cieplej na sercu.
- Naprawdę? - Spytał się, a jego głos drżał czystym podekscytowaniem. Kiwnął głową. - Dziękuję, na wszystkie orzeszki solone w kraju, dziękuję! - Powiedział nieco głośniej niż zwykle. Ułożył dłoń na jego głowie i rozczochrał jego włosy, sam do końca nie wiedząc czemu to robi. Chciał dodać mu otuchy? Pokazać, że w niego wierzy? Czy po prostu, że nie wiedział jak ma skwitować tę wymianę zdań. Prawdopodobnie była to ostatnia z tych trzech opcji.
- A teraz pozwól, że oddalę się w celu dokładnego umycia i odświeżenia. - Uśmiechnął się już setny raz tego dnia i po krótkim kiwnięciu głowy, ruszył w stronę swojego namiotu, skąd miał wziąć ubrania na przebranie i ręcznik. Żwawym krokiem kierował się w stronę łaźni, gdzie zamierzał spędzić kilka zasłużonych godzin. Lubił odpoczywać w ten sposób, był on drugim, zaraz po skakaniu po drzewach, najulubieńszym zajęciem Polaka.

Pachnący, umyty, odświeżony, a przede wszystkim odprężony jak nigdy, siedział sobie właśnie przy wspólnym ognisku, zajadając przy tym kromki chleba upieczone nad ogniem. Pomyślał sobie, że byłyby o wiele smaczniejsze, gdyby dodać do nich cukru, albo chociaż masełka, tak jak robił to w rodzinnym domu. Tutaj jednak tego nie spotkał, sam nie wiedział dokładnie dlaczego. Mimo wszystko, obeszło się i bez dodatków, a chrupka skórka wynagradzała to wszystko. Skórki bowiem były według Feliksa najlepszą częścią chleba, szczególnie, gdy były chrupkie. Idealnie kontrastowały z miękkim miąższem, który z kolei najlepszy był w bułeczkach.
Zjadał już czwartą kromeczkę, lekko przypieczonego, gdzieniegdzie zwęglonego chlebka pełnoziarnistego. Przegryzał go na zmianę z surową kiełbasą. Nie lubił bowiem ten upieczonej, czy usmażonej.
Aktywnie udzielał się w rozmowie, którą zawiązał z grupką artystów. Wymieniali światopoglądy, opowiadali często nieśmieszne żarty i zachwycali nocnym niebem. Znad ogniska unosił się dym i płomyczki, które leciały wysoko w górę, by w pewnym momencie zniknąć. Czarna kopuła upstrzona była różnokolorowymi światełkami, małymi, dużymi, czasem nawet i spadającymi. Cóż tu dużo mówić, widok był oszałamiający. Nic dziwnego więc, że nawet nie zauważył, kiedy jego towarzysze go opuścili, a on został sam, dziubiąc powolutku chleb i podziwiając gwiazdy. Wyszukiwał konstelacji, chociaż nie znał ich nazw, doszukiwał się śladu jakiś dróg mlecznych, obserwował księżyc, który trwał w sierpie i powoli przesuwał się po niebie, zmierzając ku zachodowi.
Poczuł, że ktoś go obserwuje, więc na chwilę oderwał wzrok od nieba i rozglądnął się wokół siebie. W ciemności, która mimo wszystko nie była taka gęsta, jak się wydawało, dostrzegł nikogo innego, jak Pistachio'a, który spoglądał na niego z małej odległości. Posłał mu delikatny uśmiech, który widoczny był dzięki światłu, jakie dawało ognisko i poklepał dłonią miejsce obok siebie, zachęcając albinosa do dołączenia się.

< Kill me. Pistacjo? >

15 kwi 2017

OD Vulnere

Ciągnąc za sobą ciężką walizkę, z ulgą szła w stronę przeznaczonego sobie namiotu. Przed chwilą odbyła rozmowę z Pikiem, który wytłumaczył jej z grubsza, jak ma wyglądać jej pobyt tutaj. Niezbyt go polubiła, chociaż ciepło ją przyjął. Cóż, mało kto przypadł jej do gustu. A na pewno nie będzie tą osobą jej własny szef, nie licząc Papy. Zaczęła się zastanawiać, kto normalny nadałby sobie taką ksywę? A może zaczęto tak do niego mówić i to nie była jego decyzja? Śmiesznie by było, gdyby okazało się, że mówią "papa" do dwudziestolatka. Właśnie, gdyby. Dlaczego założyciel cyrku sam nie przyjdzie i nie zacznie samodzielnie przyjmować nowych? A jeśli nie, to chociaż mógłby się pokazać i przedstawić... Przeklęła cicho pod nosem, gdy zauważyła, że właśnie minęła swój przyszły namiot. A właściwie to nie przyszły, przecież to właśnie to miejsce od teraz stało się jej domem, jej siedzibą. Dalej już bez słowa wróciła i po paru krokach z irytacją stwierdziła, że będzie musiała jeszcze odwiedzić Hadesa, bo przecież nikt go za nią nie napoi ani nie zajmie się nim. Westchnęła cicho, gdy weszła do środka i nawet nie sprawdzając, jak wygląda wnętrze namiotu, zostawiła gdzieś z boku swoją walizkę i ruszyła na poszukiwania stajni, gdzie na jej prośbę miał być sprowadzony Hades - Pik osobiście obiecał, iż transportem pupila nie musi się martwić. Zdążyła już sobie przysiąc, że jeśli coś pójdzie nie tak, osobiście mu się za to odpłaci - nawet jeśli będzie to tylko zadrapanie. Głęboko w dupie ma obiecanki tego białowłosego gościa, który i tak znając życie nie dotrzyma słowa.
Znalezienie stajni zajęło jej około dziesięciu minut. Po drodze nie spotkała nikogo, jednak zdążyło się już rozpadać, a czarna bluza z kapturem narzuconym na głowę okazała się niedostateczną ochroną przed zmoknięciem. Zmoczenie się nigdy jej nie przeszkadzało - w rzeczywistości deszcz oraz pochmurne niebo lubiła o wiele bardziej, niż gorąc lata bez możliwości ochłodzenia się czymś innym, niż wiadrem z kostkami lodu. Chociaż i to często nie pomaga. Weszła do środka i zsunęła kaptur z głowy, czując pod palcami przemoczone czarne kłaki. Przeszła obok paru boksów, które były puste, aż doszła to końca stajni - znajdowało się tam parę rumaków, a wśród nich, ku swojemu zdziwieniu, ujrzała wyczekującego jej Hadesa. Parsknął cicho, gdy do niego podeszła i podniosła torbę spod boksu, zawierającą same jego rzeczy.
Zajęcie się wierzchowcem zajęło jej niemal połowę godziny. W tym czasie przestało padać, jednak wszędzie były kałuże oraz błoto. Przekonała się o tym dopiero wtedy, gdy swoimi dopiero co odpucowanymi glanami wlazła w miękką breję. Nie dowierzając swojemu szczęściu, a raczej jemu brakowi, udała się z powrotem do swojego namiotu, by zacząć się rozpakowywać. Po dotarciu na miejsce zdjęła buty, by nie napaskudzić na podłodze. Mimo chmur na niebie w środku nie było ciemno i spokojnie mogła dostrzec każdy cal nowego mieszkania.
- Super - mruknęła sama do siebie. Podeszła do łóżka, wlokąc za sobą walizkę i rzuciła ją obiema dłońmi na nie. Otwarła ją i wyjęła wszystkie ubrania, wpychając je niedbale do szafy naprzeciwko. Następnie stertę paczuszek zawierających zioła potrzebne do naparów bądź opatrunków wraz z paroma książkami do medycyny oraz zielarstwa położyła do drugiej, identycznej szafy. Resztę postanowiła wypakować później, a teraz rozejrzeć się po okolicy. Ponownie wkładając buty, wyszła na zewnątrz i momentalnie poczuła chłodny powiew wiatru na twarzy oraz chłód wnikający do jej kości. Mimo niedogodności nie miała zamiaru rezygnować ze swojej wycieczki - im wcześniej pozna to miejsce, tym lepiej dla niej. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła. Patrząc na drzewa w oddali poczuła nagłe uderzenie. Zachłysnęła się powietrzem, tracąc równowagę o mało co nie upadła. Właśnie, o mało. Ktoś ją przytrzymał. Spojrzała w górę, maskując gniew najbardziej, jak umiała. Złość na samą siebie, jednak głównie na osobę, na którą właśnie wpadła.
- Przepraszam. - mruknęła, chcąc jak najszybciej się oddalić. Miała ochotę pójść do lasu i tam zostać cały dzień, chociaż planowała się trochę rozejrzeć po cyrku.

< Ktoś? >

Vulnere

 "Życie to la­birynt, ale cel jest zaw­sze ta­ki sam"