17 lut 2021

Lennie CD Shuzo

Wszystko, co przeczytałem w książce, gdzieś uleciało. Dobrze, że jeszcze pamiętałem o kołysce, w której można było położyć dziecko, bo inaczej stałbym jak słup soli, z maluszkiem w ramionach i tępo się na niego gapił, nie mogąc w to wszystko uwierzyć. Mój mąż aktualnie odsypiał męczący dzień, a dziecko słodko spało w swoim łóżeczku. Ja za to nie potrafiłem się skupić na niczym innym, jak na chwili obecnej. Teraz wszystko się zmieni jeszcze bardziej, możliwe, że trochę się pokomplikuje, ale jeśli już więcej nie będziemy musieli użerać się z policją, przetrwamy wszystko. Wierzyłem, że będzie dobrze. W sumie, gdybym w to nie wierzył, chyba dawno bym się powiesił, zważając na ilość akcji, jaka nam się przytrafiła i które z pewnością mogły nas zabić.
Shuzo dużo spał, chociaż budził się za każdym razem, kiedy dziecko płakało - a niestety, płakało często. Nawet częściej, niż bym mógł pomyśleć. Gdy kładłem go spać, nie zdążyłem nawet przejść kilku metrów, a maluch znowu płakał. W końcu zacząłem z nim wszędzie chodzić. Ciągle trzymając w ramionach, chodziłem po namiocie i... nie mam pojęcia, na co czekałem. Chyba aż Shuzo się obudzi, bo w aktualnym momencie nie miałem pojęcia, co robić. Kiedy byłem już zmęczony, położyłem śpiącego malucha na łóżku i przyciągnąłem kołyskę bliżej miejsca, w którym spał Shu. Potem położyłem dziecko do kołyski i usiadłem obok męża. Odetchnąłem, kiedy w namiocie zapanowała cisza i chodź na chwilę mogłem zebrać wszystkie myśli.
Na pewno mieliśmy wszystko kupione, przynajmniej tak mi się wydawało. Byliśmy przygotowani na ten dzień, chociaż uważam, że ja byłem tylko przygotowany fizycznie, a nie psychicznie. Zerknąłem na śpiącego chłopaka, który wyglądał dość marnie. Miał wory pod oczami i pogryzione usta, mimo tego gdy się obudził, mocno go przytuliłem i pocałowałem. 

Przez pierwsze dwa dni zajmowałem się maluchem sam, ponieważ Shuzo siedział w łóżku i dochodził do siebie. Przy okazji oboje rozmyślaliśmy nad imieniem. Nie mogliśmy się zdecydować, a raczej dogadać. W końcu kiedy Robin przyszedł nas odwiedzić i nazwał dziecko "Zimowym Kwiatkiem", nawiązując do pory roku i jego słodkości, w oczach Shuzo zobaczyłem te same gwiazdki, które zdradzają jego szczęśliwy humor.
- Płatek śniegu. Lennie, nazwijmy go Yuki - zerknąłem na czarnowłosego, który rzucił kołdrę na bok i powoli wstał. 
- Hm? - nie zrozumiałem dokładnie tego połączenia słów, więc tylko rzuciłem mu pytające spojrzenie i objąłem ramieniem.
- Yuki po japońsku oznacza "płatek śniegu" - powoli się uśmiechnąłem. Spodobała mi się ta koncepcja. Spojrzałem na łóżeczko i śpiącego w nim malucha o dużej główce i krótkich, jasnych włoskach. 
- Yuki - powtórzyłem imię, a maluch się poruszył i zaczął coś jęczeć. Wyciągnąłem go i dałem go Shuzo na ręce. - Yuki, ładnie - ucałowałem czoło mojego męża i rączki Yukiego.

Karmiłem Yukiego z butelki, chociaż przez jakiś czas chodziła mi po głowie jedna myśl - karmienie piersią. Zauważyłem, że Shuzo urosły piersi; nie wiele, w końcu był facetem, ale skoro miał nieco większe, może rzeczywiście mógł nimi karmić? Jednak kiedy go o to zapytałem, zostałem zbesztany za urażenie jego męskiej dumy, która w takiej sytuacji, musze przyznać, nie istniała. Nie namawiałem go jednak, ponieważ nie chciałem denerwować, a musiał wypoczywać, ponieważ już kilka razy marudził na to, jak wygląda. Myślał wtedy, że nic nie słyszę, ale wiem, że przeszkadzają mu rozstępy na brzuchu i udach, zmęczone oczy, pogryzione usta i pewnie jeszcze kilka rzeczy, których nie wymieniał. Każdego dnia mówiłem mu, że wygląda pęknie, ale chyba nie chciał wierzyć. Miałem tylko nadzieje, że nie zacznie przesadzać ze swoim wyglądem i nie popadnie w paranoje.
Wracając do butelki: mleko w proszku nam się skończyło. Ostatki wypił przez snem, wiedziałem jednak, że karmiliśmy go jeszcze w środku nocy, ale teraz czym miałem to zrobić? Wodą? Zostało tylko trzymać kciuki, że wytrzyma do rana i wtedy o piątej szybko zawinę do sklepu. Jednak maluch nie chciał mi tego ułatwić. Wstawałem w nocy bardzo często, aby nie budzić czarnowłosego i usypiałem malucha, aż nawet zaczęło mi się śnić, że płacze. Kiedy w końcu się obudziłem, nie słyszałem Yukiego, więc myślałem, że to był sen i maluch słodko śpi. Zauważyłem też, że nie ma Shuzo. Myśląc, że poszedł do toalety, poszedłem spać i udało mi się wytrwać do rana. Kiedy budzik zadzwonił o piątej rano, wstałem z łóżka i aż usiadłem ze zdziwienia. Przy łóżeczku, na krześle na siedząco spał Shuzo, z maluchem w dłoniach i odkrytą piersią. Yuki słodko spał, a mój mąż wyglądał na bardzo zmęczonego, pomimo zamkniętych oczu. Podniosłem się i jak najciszej do nich się zbliżyłem. Uśmiechnąłem się, widząc, że jednak spróbował go nakarmić piersią i najwidoczniej mu się udało, ponieważ dziecko było najedzonego, a na jego buzi i na ubraniu było zeschnięte mleko. Z uśmiechem odłożyłem Yukiego do kołyski, a Shuzo do łóżka. Gdy go położyłem, otworzył oczy.
- Jestem z ciebie dumny. Idę do sklepu po mleko - pocałowałem go krótko, nakryłem i zacząłem się ubierać. 

<Shuzo? Wracam do pisania ^^>

4 lut 2021

Lacie CD Orion

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę to kolia, dokładniej mówiąc moja kolia, która już od wczorajszego wieczora powinna bezpiecznie leżeć w mojej szufladzie, w moim namiocie. Zamiast tego znajdowała się w obcych rękach. Dopiero po chwili zorientowałam się, że stojącym przede mną, trzymającym moją błyskotkę chłopakiem, jest moja prywatna Gwiazdka, najnowszy obiekt mojego tymczasowego i mam wielką nadzieję, że niezbyt krótkiego zainteresowania, będący zapewne kompletnie nieświadomym, że jego dotychczasowa, dość spokojna bajka, zmieni się wkrótce w prawdziwy kalejdoskop zdarzeń. Brak kostiumu scenicznego i tej całej nieziemskiej oprawy, jak i bliska odległość sprawiły, że nie poznałam go na początku. Chyba po raz pierwszy byłam tak blisko niego, a już na pewno pierwszy raz przyjrzałam się mu na tyle, by zwrócić uwagę, że to faktycznie jest on. Zmrużyłam delikatnie oczy i zlustrowałam go przenikliwie, bez zbędnych zahamowań oceniałam go, czy to wszystko, czy on jest warty tego całego zachodu i mojego poświęconego czasu. Nieco wyższy ode mnie chłopak lekko drgnąwszy mimowolnie, wcisnął mi do ręki kolie i pożegnawszy się w paru słowach, szybko poszedł w swoją stronę. Jednak jedno pytanie nie dawało mi spokoju, dlaczego on mi ją oddał, w końcu to Dina, czy jak jej tam było, pożyczała ją ode mnie. Do tej pory nie miała żadnego problemu, by przyjść samej. Czy coś się zmieniło? Może nie jest taka nieskazitelna i według mnie najzwyczajniej nudna i nijaka, jaką próbuje grać? Płaszczykiem dobroci i uroku zakrywa całe zepsucie i bez skrupułów wykorzystuje innych nawet przy najbardziej błahych czynnościach. A może zagościło u nas to dziwne zjawisko, jakim jest miłość? Miłość fizyczna, między dwojgiem ludzi, którzy pod jej wpływem zaczynają wychodzić ze swoich ściśle określonych schematów, by zachowywać się kompletnie irracjonalnie, ulegając zewnętrznym bodźcom? Piękna, romantyczna, której jak w praktycznie każdej bajce pokonanie straszliwego smoka jest magicznym punktem zapłonu, a wspólnymi silami przezwycięży każde napotkane zło? A może do bólu zwykła, beznadziejna w swojej codzienności, której językiem są drobne gesty i uczynki, właśnie takie jak oddanie mi kolii, szepczące niewinnie te podobno dwa najważniejsze słowa 'kocham cię'. Nie ważne, jaka by ona nie była, istotniejsze dla mnie było, ile potrzeba, żeby ta miłosna bańka Gwiazdeczki i Diane pękła jak szklana tafla, raz na zawsze bezlitośnie skreślając przeszłość i grzebiąc szanse na wspólną przyszłość. Czy po tym rozsypią się w drobny mak? Lecząc złamane serca, poszukują pocieszenia w czułych ramionach innego? Jak długo będą walczyć z przeciwnościami  losu, by desperacko trzymać wszystko w jednym kawałku? Czy może zawiodą mnie, rezygnując już na samym starcie? Myśli szybko nakreśliły się schematycznie w mojej głowie, dając zalążek nieco innym, niż początkowo zakładałam, ale jakże interesującym wydarzeniom.
 
Plotki roznosiły się po trupie z prędkością światła, nic więc dziwnego, że prędzej czy później  i do mnie w końcu docierały. Chociaż w tym przypadku jako pierwsza wiedziałam, co się stało i kto był głównym tematem rozmów. A to wszystko przez to, że byłam naocznym świadkiem, musiałam się upewnić, że wszystko sprawuje się tak, jak powinno, ale też przypilnować, by nikt nie zechciał przywłaszczyć sobie mojej własności. Poza tym ku całkowitej nieświadomości reszty pracowników cyrku, którzy się zebrali, by podziwiać przedstawienie, delikatnie maczałam w tym palce. Diane w czasie próby generalnej, w kolorowych strojach zdobionymi tiulem czy piórkami, estradowych rekwizytach niczym nieprzypominających prostych treningowych narzędzi i co najważniejsze pełnej biżuterii, którą wcześniej odpowiednio przygotowałam, lekko oszołomiona bardzo niefortunnie upadła, nie stało się jej nic wyjątkowo poważnego, zdecydowanie nie taki był mój cel, bo w końcu mogła się jeszcze kiedyś przydać, jednak było to na tyle znaczące, że nie była w stanie ona wystąpić w jutrzejszym pokazie. Ot zwykłe zwichnięcie kostki, a potrafi być sporym utrapieniem. 
W czasie gdy ja pomagałam opatrywać kostkę dziewczyny, a właściwie to stałam obok i przyglądałam się jak jedna z koleżanek Diane bandażuje jej nogę, ta sama z siebie, czym całkowicie mnie zaskoczyła, zaproponowała, aby Gwiazdeczka zajęła jej miejsce. Nie tak zamierzałam to wszystko rozegrać, mimo to rezultat mógł być ciekawy, więc nie planowałam nijak ingerować. Zresztą nawet jakbym chciała, to nie bardzo miałam jak. Tak czy inaczej, musieli naprędce znaleźć zastępstwo, po raz kolejny nie zamierzałam zostawić miejsca przypadkowi, dzięki kilku sztuczkom i zaklęciom w tandetnych szkiełkach, które sami sobie zażyczyli, jednogłośny wybór miał paść na mojego kandydata, co mogło mocno kontrastować z dotychczasowymi, a już zwłaszcza w ostatnim czasie nastrojami między grupą, a Gwiazdeczką. Byłam szaleńczo ciekawa, jak zareaguje na tak nagłą zmianę i czy zaakceptuje propozycję. Będzie czuł wyrzuty sumienia wywołane zajęciem miejsca czy może bez skrupułów wykorzysta okazję, żeby wybić się jeszcze wyżej, ponad ten motłoch? Jednak dzięki nieoczekiwanej propozycji Diane zostałam pozbawiona możliwości podziwiania rozdarcia, wewnętrznej bitwy, którą miał toczyć pan Shiver. Nie pozostało mi nic innego jak grać kartami, które dostałam, a na które zdecydowanie nie mogłam narzekać. Nie licząc dodatkowej atrakcji Diane cała reszta pozostawała bez zmian. Sean nie mógł tego wiedzieć, ale reszta akrobatów, nawet jeśli spijają mu w tym momencie z dzióbka i słodzą niczym zauroczona panienka, jutro będą mieli mu za złe jeszcze bardziej niż dotychczas, niezależnie jaką decyzję podejmie. Taki mały bonus od wszechświata. A największy żal będzie miała właśnie piękna i delikatna Diane, ta, która teraz o ironio sama zaproponowała jego na zastępstwo, rzekoma perła trupy, pierwsza litościwa, nad którą zachwycają się tłumy nie tylko zwykłych ludzi, ale też niezaprzeczalnych znawców i najlepszych krytyków, która straci niepowtarzalną możliwość pokazania się przed Friedrichem Ludwigiem Jahnem, znajomym ojca, a jednocześnie jednym z największych autorytetów w dziedzinie gimnastyki artystycznej, który dziwnym trafem miał dyskretnie zasiąść na widowni, jako wyjątkowy, aczkolwiek  nie tak anonimowy jak mu się wydawało, gość. Dodatkowo Diane była twarzą pokazu, plakaty zapowiadające ją oraz jej zapierający dech w piersiach i magiczny wręcz występ wisiały w całej okolicy praktycznie jeden na drugim,  przekonując niejednego naiwnego, aby po raz kolejny, w zamian za chwilę radości w szarym życiu, zostawił pieniądze w kasie biletowej cyrku. Oczami wyobraźni widziałam już bezkresne rozczarowanie na ich twarzach i ten cudowny chaos, który dopiero miał wybuchnąć. Bo znakomita większość ludzi, nie wiadomo czemu, zawsze jest rozczarowana, gdy następują jakieś niespodziewane zmiany, nawet jeśli wychodzą one lepiej niż pierwotny plan. A ja tego rozczarowania za żadne skarby przegapić nie mogłam.

Gwiazdko moja?

18 sty 2021

Orion CD Lacie

Nie będę jakimś geniuszem czy jasnowidzem, jeśli powiem, że znalazło się parę osób, które były bardzo niezadowolone z mojej nieobecności na porannym treningu na arenie. Nie ukrywam z pewnością sam też byłbym zły na kogoś takiego, ale patrząc na pozytywy to i tak przyszedłem. Trochę późno, ale ważne, że jestem i co najważniejsze: jestem w pełni gotowy do pracy. Zdrowy, wypoczęty, ale niestety też i zirytowany czyimś zachowaniem. Zwykła rozmowa to jedno, a obgadywanie to drugie.
- W końcu jego punktualność nie jest ani naszą winą, ani tym bardziej naszym problemem. Gwiazduni ewidentnie tak ego wystrzeliło poza skalę, że zapomniała o dzisiejszej próbie.
Na szczęście mam dobry słuch i nie musiałem być szczególnie blisko, aby to usłyszeć. Lepiej dla tej osoby, bo takie znieważanie mojej osoby nie mogło nikomu ujść płazem. Nie należę do pacyfistów i potrafię zawalczyć o swoje, jednak to nie było warte mojej uwagi. Dla takich osób mam tylko jedną wiadomość.
- Ten kto nie przebiera w słowach, ten utraci mowę. - powiedziałem jasno i wyraźnie, patrząc na tego degenerata, który śmiał mnie tak bezpodstawnie obrażać. Po chwili już pstryknąłem palcami i zwróciłem, kierując się znów w stronę wyjścia z namiotu. Za sobą tylko usłyszałem śmiechy artystów, które były z pewnością reakcją na możliwości mojej nadzwyczajnej umiejętności. Facet z pewnością zaczął panikować. Tak reagują wszyscy, którzy tracą coś, co było im takie bliskie i potrzebne do życia. Nie sądzę, aby był jakimś wyjątkiem, a szczególnie jeśli jest gotowy wygadywać takie bzdury.
Tak też całą moją próbę szlak jasny trafił. Miałem nadzieję, że przynajmniej popołudniu będę miał możliwość poćwiczenia w spokoju. Przynajmniej nikt nie będzie mnie niepotrzebnie rozpraszać. Dlatego teraz dla zabicia czasu postanowiłem się przejść na spacer po okolicy. Pogoda nie była za bardzo zadowalająca. Wiatr był dość zimny, a niebo zachmurzone, więc pierwsze co zrobiłem po wyjściu z głównego namiotu, to naciągnąłem kaptur na głowę i ruszyłem tam, gdzie mnie nogi poniosły. Co prawda nie odszedłem daleko. Włóczyłem się po łące, dając się pochłonąć własnym myślą. Może adoptuje psa? Przynajmniej miałbym co robić, poza szlajaniem się bez celu po okolicy. Nie da się ukryć, że ten rodzaj samotności trochę mi utrudniał życie. Lubiłem się co jakiś czas do kogoś odezwać, ale z drugiej strony zawsze umiałem sobie z tym radzić i z czasem mi przechodziło. Akurat moja praca nie ogranicza kontaktów z innymi osobami, a w zasadzie działa wręcz przeciwnie. Występuje, a w dodatku nie jestem żadnym solistą i praca w grupie trochę się tutaj wybija na przód. Mamy wspólny układ, aczkolwiek każdy ma w nim do wypełnienia konkretne zadanie. Tak samo, jak to było ubiegłej nocy, tylko moja część została po prostu najbardziej doceniona przez publiczność. Wracając jednak do wcześniej zadanego sobie pytania: nie sądzę, że mogłoby to wypalić. Uważam się za osobę odpowiedzialną, ale nie jestem tak bardzo spragniony towarzystwa. Poza tym psy nie gadają, a ja sam bez potrzeby też tego nie robię. Szkoda tylko, że większość osób odbiera moje milczenie nie tak jakbym chciał.
To, że milczę nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia. Niektóre sprawy po prostu nie zasługują na moją opinię.
W moim życiowym podejściu istnieją rzeczy ważne i ważniejsze, a ważniejszymi jestem tylko i wyłącznie ja. Nie sądzę, żeby miał to nawet ulec kiedykolwiek zmianie.

***

Jak można się spodziewać spacer nie wniósł niczego nowego do mojego życia, ale za to wzmógł znacznie mój apetyt, co poskutkowało tym, że praktycznie od razu po powrocie wybrałem się do bufetu, gdzie zjadłem trochę wczesny obiad. Dzięki temu przynajmniej mogłem szybciej udać się na arenę i w końcu poćwiczyć bez jakichkolwiek problemów lub opryskliwych komentarzy. Często drażnią one aż za bardzo moje uszy. Niestety aby je wszystkie skutecznie ignorować musiałbym sam się stać głuchy, a nie słyszenie nawet własnego głosu jest mimo wszystko dość przerażającym doświadczeniem. Wiem coś o tym i to aż za dobrze. Chyba najmniej stresującym doświadczeniem jest właśnie utrata mowy. Widząc ciemność każdy nieodpowiedni krok może cię wręcz zabić. Za to nie słysząc kompletnie nic bardzo utrudnia funkcjonowanie. Nie słychać muzyki, własnego głosu, swoich oddechów, czyiś kroków. Jest się wtedy zdanym o wiele bardziej na własne oczy.
Kiedy miałem już w zasadzie się zbierać. W końcu zjadłem co chciałem. Do środka weszło parę moich znajomych cyrkowców w tym piękna i delikatna Diane, która już przy wejściu posłała mi serdeczny uśmiech. Zauważyła, że akurat wychodziłem i postanowiła mnie zaczepić.
- Hej, Orion. Gdzie idziesz?
Cóż nie miałem powodów żeby zmyślać.
- Wiesz do siebie, a później... - nie było dane mi dokończyć. Czyżbym przeczuwał, że mój trening znów będzie przesunięty w czasie?
- Świetnie. Słuchaj mam małą prośbę. - powiedziała, zdejmując z szyi dość przesadnie ozdobioną kolię. Niestety nie jestem fanem tanich błyskotek, ani tym bardziej przepychu na nich panujących. Z dość sceptyczną miną spojrzałem na błyskotkę. - Mógłbyś to odnieść jubilerce? Nie zdążyłam jej wczoraj zwrócić. Było już dość późno, a nie chce dłużej przetrzymywać tej kolii. - odpowiedziała trochę błagalnym tonem. Nie uważałem tego za coś bardzo czasochłonnego. Kiedyś obiło mi się o uszy, gdzie jest namiot tej całej jubilerki, ale szczerze pierwsze pytanie jakie sobie wtedy zadałem, to: po co w cyrku jubiler? Do tej pory nie dostałem odpowiedzi. Może to dlatego, że nie wypowiedziałem tego na głos, ale to nie jest istotne. Zgodziłem się bez zbędnej zwłoki i po prostu biorąc błyskotkę wyszedłem na zewnątrz. Mogła mi to zaproponować wcześniej, za nim jeszcze nie znalazłem sobie niczego do roboty, ale z drugiej strony dobre uczynki się zawsze opłacają... Przynajmniej tak mówią.
Trochę żałowałem, że ten mały spacerek nie był mi po drodze. Namioty pracowników były po drugiej stronie cyrku. W sumie mógłbym tak narzekać w nieskończoności, zamiast po prostu się przymknąć i powiedzieć: co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
Gdy dzieliło mnie już parę kroków od namiotów, westchnąłem cicho, zaczynając się zastanawiać co w sumie miałbym powiedzieć. Ostatni raz przeniosłem wzrok na kolię, którą miałem okazje trzymać, a gdy już podniosłem wzrok o mało co bym nie zderzył się z dziewczyną, która właśnie wyszła z namiotu. Praktycznie była biała jak ściana. Białawe włosy, bardzo jasna cera. Jakby urwała się z jakiegoś czarno-białego filmu. Poczułem niebywały chłód, gdy przeniosła wzrok z kolii prosto na mnie. Po tym jedynie mogłem wywnioskować, że jest osobą, której szukam, choć poczułem dziwną niepewność, gdy po prostu się we mnie wpatrywała. Co to ma być pojedynek na mocne spojrzenie?
- O co chodzi? - spytała mimowolnie, a ja wręczyłem jej do rąk kolię.
- Diane dziękuję i oddaje. - odpowiedziałem bez zbędnych komentarzy. - Życzę miłego dnia. - dodałem, lekko skinąłem głową i odwróciłem się, jednocześnie odchodząc, by wrócić do swoich zajęć.

(Lacie~?)

Ktoś powiedział, że w krainie ślepców...

...nawet jednooki jest królem

17 sty 2021

Shu⭐zo CD Lennie

Ta informacja była dla mnie dość przerażająca. Żyłem już od dawna ze świadomością, że kiedyś nadejdzie ta chwila i dziecko będzie musiało jakoś ze mnie wyjść, ale nie umiałem się w żaden sposób do tego przygotować. Jedyne co dodawało mi otuchy w tym momencie to była dłoń Lenniego, którą cały czas ściskał moją rękę.
- Ty musisz wyjść. Nie mam czasu na mdlejących tatuśków. - usłyszałem lekarza, który patrzył teraz na mojego męża. Sam równocześnie poczułem niebywałą senność i nie słyszałem dalszego fragmentu rozmowy. Vivi już wcześniej mnie o tym poinformował - nie obędzie się bez znieczulenia ogólnego. W sumie zdołał mi wszystko krok po kroku opowiedzieć, jak będzie przebiegać, by teraz oświadczyć wprost, że będzie mnie kroić. Nie była to dla mnie zbyt pocieszająca informacja. Mój namiot zamienił się w jakąś polową sale operacyjną, a teraz sam zasnę i nie jestem pewny kiedy się obudzę i czy w ogóle się obudzę. Na domiar złego czułem, jak Lennie puszcza moją dłoń. Zostałem sam, ale z drugiej strony cieszyłem się, że nie będzie widzieć, jak mnie rozcinają. Zrobiło mi się już ciemno przed oczami, lecz za nim zdążyłem w stu procentach odpłynąć, poczułem, że ktoś i tak złapał mnie za rękę. Podejrzewałem Robina i gdybym był w stanie, to bym mu od razu dozgonnie za to podziękował. Przynajmniej czułem, że mimo wszystko nie przechodzę przez to sam, bo jest ktoś obok.
Potem nastała ciemność...
"- Pomóc w czymś?" Pierwsze słowa Lenniego skierowane w moją stronę. Pomyśleć, że gdyby nie jego kapelusz...
"- Shu Ishida, ale tutaj jestem Shuzo." Ta radość w moim głosie. Tego się nie zapomina.
"- O hej. To pewnie twoja sprawka nie?" Pokazał mi wtedy naprawiony kapelusz. Cóż miałem innego zrobić poza szczerą zgodą?
"- Nic nie chce, serio. Pogadajmy od czasu do czasu i będę szczęśliwy." Do tej pory nie przestaje mnie to uszczęśliwiać. Z grubsza od tego się wszystko zaczęło...
"- Nie ma za co. Od tego są przyjaciele." Co równało się i tak z pierwszą nocą w jego namiocie.
"- Lennie... Masz jakieś marzenie? Ja teraz tylko jedno. " Pierwszy przytulas. Skąd wiedział, że chodziło właśnie o niego?
"- Mam cię tu pocałować czy jak?" Niebywała pobudka i twierdząca odpowiedź.
"- Weź go! Weź stąd. Zabij, pozbądź się! Błagam!" Najbardziej przerażający moment w moim życiu, a Lennie o mało co nie stracił życia.
"- Zamknąłem swojego byłego w szafie..." Najbardziej komiczna sytuacja ze wszystkich. Niewiarygodne do czego jestem zdolny w panice.
"- Hola hola, kto tak dybie na moją cnotę?" Nie pamiętam dokładnie tej sytuacji. We wspomnieniach mam tylko litry alkoholu i jakąś rudą księżniczkę, która mnie zdjęła z blatu.
"- Znaczy się, wiesz, jak to ciastka mają. Nie mówię, że wyglądasz jak ciastko. Kto by chciał mieć lukier na całej twarzy... Ale nie wszystkie ciastka mają lukier... Mają różne rzeczy. Nie mówię, że tobie czegoś brakuje. Jesteś cudowną mordką, tylko że... Nie no to jakieś dziwne." Nie chcę tego nawet komentować. W życiu tak bardzo się nie poplątałem we własnych słowach.
"- Wiesz co? Teraz mógłby ci powierzyć mój kapelusz." Były to bardzo miłe słowa i w sumie idealnie pokazały jak głęboka była wtedy nasza relacja. Choć jeszcze nie byliśmy razem.
"- Wyjeżdżam." To było niczym nóż prosto w moje serce. Jednak cóż innego mi pozostało poza wyjechaniem razem z nim?
"- Łapiemy stopa na lotnisko." Kolejna sytuacja, która w skutkach okazała się dość tragiczna. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, a my znaleźliśmy się u celu podróży.
"- Gdzie byłeś? Stęskniłem się." Pierwsza nasza noc w hotelu, w którym zwykłe żarty okazały się być prawdą.
"- Postaram się wrócić jak najszybciej." Wtedy nie wierzyłem w jego słowa. Postanowiłem ruszyć za nim, nie znając jeszcze konsekwencji.
"- Ale co mu się stało? Przeżyje? Proszę mi powiedzieć..." W takich chwilach już żadne wcześniejsze niesnaski nie miały sensu. Mimo wszystko dalej był dla mnie ważny. Nie mogłem znieść myśli, że mógłby się nigdy nie obudzić.
"- Ale wiesz co? Teraz nie ważne, co się stanie, już nigdy cię nie zostawię." Kryzys zażegnany. Złamana noga i nowe mieszkanie oraz najgłupsze co mogło mu wpaść w tym stanie do głowy.
Cóż przynajmniej po tym wszystkim i ja zdecydowałem się na poważny ruch. "- Mogę to ja tobie się tak oficjalnie oświadczyć?"
Nie zgadniecie co powiedział.
"- Nie udawaj durnia. Najpierw żresz za siedmiu chłopów, a potem wymiotujesz. Może masz bulimię?" Bulimią się to nie okazało, a czymś, co wywróciło nasz świat do góry nogami.

W czasie dziewięciu miesięcy również działo się bardzo dużo, a przynajmniej na początku. Moment, gdy mój brzuch zaczął przypominać piłkę do koszykówki sprawił, że wszystko zwolniło. Nastały czasy spokoju, w których mogliśmy w przygotować się na nadejście dziecka i kolejne zmiany w naszym życiu. Może i brzmi to tak łatwo, ale wcale takie nie było. Lenniego, który skręcał kołyskę dobre pół nocy, będę pamiętać do końca życia. Całe wspominanie przerwał mi trochę stłumiony dźwięk. Jakby płacz, który sprawił, że zacząłem otwierać oczy. Na początku przez ostre światło było to dość trudne, ale z czasem tylko słabo przeleciałem wzrokiem w bok. Zauważyłem wtedy Robina, który trzymał coś małego zawiniętego w pieluszki. Niemiłosiernie płakało, ale ja miałem szeroki uśmiech na twarzy.
- To chłopiec. - przekazał mi, co sprawiło, że oczy momentalnie mi zaszły łzami. Chciałem tak bardzo wziąć od niego maleństwo i je przytulić. Niestety chcąc nie chcąc musiałem jeszcze poczekać.
- Muszę jeszcze cię pozszywać. - mruknął Vivi, stojąc przy Robinie. - Dlatego jeszcze musisz iść spać. - dodał, a ja tylko ciężko skinąłem głową i dopóki nie straciłem przytomności, patrzyłem na moje maleństwo w rękach Robina.
Znów nastała ciemność, lecz pomimo jej przytłaczającej obecności, czułem ogromną ulgę. Wiedziałem, że już po wszystkim.

***

Gdy w końcu się ocknąłem, dalej leżałem w łóżku. Po Vivim i Robinie nie było śladu. W ogóle wszystko magicznie zniknęło tak samo, jak się pojawiło. Łóżko było nietknięte i nigdzie nie było żadnych śladów po moim "porodzie". Zostało tylko zszyte nacięcie na moim brzuchu, a tak to wszystko wyglądało jak po staremu. Choć zmieniła się jedna rzecz: kołyska. Była teraz praktycznie przy samym łóżku. Czułem się strasznie słabo, lecz tak bardzo chciałem zobaczyć maluszka, że przynajmniej wyciągnąłem dłoń w tamtym kierunku, mając nadzieję, że zaraz sam się dźwignę w górę i zajrzę do środka. Jednak za nim to nastąpiło, poczułem, że ktoś mnie łapie za drugą rękę. Gdy tylko odwróciłem głowę do tej osoby, to oczy znów mi zaszły łzami. Był to Lennie, który siedział z drugiej strony łóżka.
- Mamy synka, Lennie. - odezwałem się z uśmiechem na twarzy i poczułem, jak jedna łezka spłynęła mi po policzku. - Mamy dziecko... - choć było to już wszystkim wiadome, musiałem to powiedzieć na głos. Wciąż mimo wszystko ciężko było mi w to uwierzyć, ale czułem się najzwyczajniej w świecie szczęśliwy. Nie ważne, jak to wszystko bardzo absurdalnie brzmiało. Lennie ucałował moją rękę, a później bardziej się do mnie schylił, abym mógł się do niego przytulić i po prostu rozpłakać. To był kolejny najpiękniejszy dzień w moim życiu. Choć teraz to w zasadzie bardzo wczesny poranek.

(Lennie~? Zostałeś tatą!)

16 sty 2021

Lennie CD Shu⭐zo

Spojrzałem na ramie, które pod ubraniem było zabandażowane. Vivi wyciągnął mi kulkę i szybko oczyścił ranę, chociaż jak twierdził "szybciej było by amputować". Nie miałem pojęcia, jak ktoś tak wredny i sarkastyczny nie działał na nerwy temu spokojnemu dzieciakowi z lasu. Z drugiej jednak strony, gdyby się nad tym zastanowić, niekiedy sam byłem w podobnej sytuacji. Kiedy w Shuzo odzywał się ten drugi on, momentalnie się okazywało, że mieliśmy naprawdę wiele problemów ze sobą. On był nieodpowiedzialny, a czasami nawet przypominał mi medyka, a ja dla niego byłem irytujący i prawdopodobnie słaby. Za każdym razem gdy o tym myślałem, miałem mieszane uczucia i nie miałem już pewności, czy pokochałem Shuzo, czy tylko jego pozytywną stronę. Niestety teraz było już za późno na wycofanie się.
- Dobrze, chociaż cudem uniknąłem nieuzasadnionej amputacji - odparłem. Nie widziałem jego twarzy, ale czułem, że się uśmiechnął. - Cieszę się, że to już koniec - dodałem jeszcze, po czym położyłem się obok niego i go przytuliłem. Nie ważne jak bardzo będzie w niektórych momentach okropny, to dalej był mój Shu.


Wszystko zaczynało wracać do normy - jeśli normą można nazwać nasze życie. W większości Shuzo był swoją pozytywną stroną, która za każdym razem potrafiła mnie rozbawić. Jego brzuszek rósł i rósł i chociaż chłopak dostawał często mroczne myśli, jaki to on staje się gruby i brzydki, jakie mu się rozstępy pojawiają na ciele i jak bardzo jest mu ciężko, jakoś sobie radziliśmy. Przesiadywał głównie w namiocie, bo nie miał ochoty, aby ktokolwiek go oglądał w tym stanie, w końcu jeszcze nikt nie wiedział, że był w ciąży, prócz Viviego i Robina. Chociaż Shuzo z miłością w głosie opowiadał o tym, że to jego maluszek i że jemu uszyje piękne ubranka, to jednak nie chciał rozmawiać o samej ciąży. Kiedy próbowałem z nim uzgodnić, czy powiemy prawdę po narodzinach, czy będziemy wszystkim wmawiać, że dziecko jest adoptowane, nie podjęliśmy decyzji, która najbardziej należała do czarnowłosego. Z jednej strony to uwłaszczało jego byciu facetem, ale z drugiej strony nosił bąbelka tyle miesięcy... wiedziałem, że się zdecyduje przy pierwszym momencie, kiedy inni zobaczą nasze dziecko.
Gorzej było, jak odzywała się jego gorsza strona, która groziła mi usunięciem dziecka, bądź umyślnym poronieniem. W takich chwilach miałem ochotę mu związać ręce i przykleić do łóżka. Mimo że on mniej marudził, to jednak gdy już to robił, okropnie się na mnie wyżywał. Im więcej dni upływało, tym stawałem się dla jego gorszej strony coraz wredniejszy. Nie miałem już oporów przed tym, aby na niego krzyczeć czy kierować w jego stronę wrednych komentarzy. Zabawne było jednak, że wtedy rozmowa bardziej się kleiła niż wcześniej, a niekiedy potrafiliśmy ją zakończyć śmiechem, kiedy któryś z nas, częściej ja, palnął na końcu totalną głupotę.
W ten sposób dotarliśmy jakoś do świąt. Oczywiście Shuzo nie przyszedł na wspólne świętowanie przez brzuch, był już w ósmym miesiącu i wyglądał dosłownie jak balon, który zaraz ma pęknąć. W niektórych momentach ledwo się nawet ruszał, a w psa się praktycznie nie zamieniał, bo ciągnął brzuszek po ziemi. Wmawiając wszystkim, że dostał grypy żołądkowej, spędziłem godzinkę czasu z innymi cyrkowcami, po czym wróciłem do męża. Nie odbywało się bez krótkiej kłótni, co ja tak długo robiłem, gdzie i z kim, ale kiedy dałem mu prezent (eyeliner oraz zestaw ozdób do ubrań, które zauważył w jakiejś gazetce), humor mu się trochę poprawił. Święta minęły szybko, tak samo sylwester. Można było pomyśleć, że nasze życie na prawdę kierowało się ku dobrej drodze. Wreszcie nie mieliśmy problemów, nikt nam nie groził, nie mieliśmy policji na karku, w naszym otoczeniu nie pojawiały się żadne paranienormalne zjawiska. Wydawało by się, że ktoś na górze się wreszcie nad nami zlitował. 
Skończyliśmy czytać książkę o tym, jak zostać rodzicem. Shuzo naszył wiele ubranek dla dziecka, kupiłem wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i jakimś cudem zmieściłem je w namiocie. Byliśmy praktycznie przygotowani - w pewnym sensie. Bo kiedy nadeszła już ta chwila, ja sobie smacznie spałem, a chłopak szył nowe stroje na występ. 


- Wytrzymaj! Biegnę po Viviego! - zacząłem się szybko ubierać. Shuzo zaczął głośno oddychać i złapał się za brzuch.
- Szybko! - w jednym skoku ubrałem spodnie.
- Tylko nigdzie nie idź! - powiedziałem jeszcze.
- Bardzo śmieszne, ugh...
- Czekaj, połóż się - wróciłem się do niego i pomogłem mu wstać. Po dotarciu do łóżka chłopak powoli się położył.
- Bo biegnij po niego - uderzył mnie w ramię. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo wybiegłem z namiotu jak strzała i pognałem do medyka, modląc się, aby był u siebie. Minąłem wszystkich ludzi, którzy poparzyli na mnie dziwnie, po czym zacząłem walić do przyczepy. Otworzył mi Robin.
- Gdzie on jest? Dziecko się rodzi - chłopak otworzył szerzej oczy, po czym wyszedł z przyczepy.
- Poszedł do Głównego Namiotu - nie czekając na więcej szczegółów, pobiegłem w tamtą stronę, a Robin za mną, który raz dwa mnie wyprzedził. Jak na złość Vivi'ego nie było w namiocie, ale na szczęście Robin go znalazł na zewnątrz, za Cyrkiem. Stał na przeciwko jakiegoś ciemnowłosego mężczyzny, którego chyba czasami u nas widziałem, ale nie miałem pojęcia, kto to był. 
- Tutaj jesteś - znalazłem się obok Viviego.
- Jestem zajęty - odparł medyk, wskazując na nieznajomego. - Muszę tej szui pokazać, gdzie jego miejsce - zatrzymałem go, łapiąc za ramię. 
- Teraz nie możesz, Shuzo rodzi - na jego twarzy pojawiło się rozbawienie.
- Już o tym zapomniałem... powiedz mu, żeby poczekał. Przecież się nie pali - zmarszczyłem brwi. 
- Jak chcesz, to ci podpalę przyczepę, ale idź już do niego - zacząłem go ciągnąć w odpowiednią stronę.
- Vivi, no chodź - ponaglił go Robin. Medyk popatrzył na niego, po czym westchnął.
- No dobrze... - odwrócił się do nieznajomego mi mężczyzny. - Jeszcze się policzymy Riddle - pogroził mu palcem, po czym jednym pstryknięciem zniknął. 
- Mam nadzieję, że poszedł do namiotu - mruknąłem pod nosem i spojrzałem na Riddle'a. - Słyszałeś? Kiedy indziej sobie pogadacie - powiedziałem zdenerwowany, po czym razem z Robinem pobiegłem do Shuzo. 
Ledwo dobiegłem do celu, a medyk wyszedł z dziwnie smutną miną. Popatrzył na mnie zawiedziony.
- Mam złe wieści. Dziecko nie żyje - popatrzyłem na niego jak na idiotę, zastanawiając się, czy dobrze usłyszałem. - Żartowałem - po chwili się uśmiechnął. Zacisnąłem rękę w pięść i uderzyłem go w nos. Jakimś cudem trafiłem. Kiedy podniósł głowę, zobaczyłem w jego oczach wściekłość. Nie zdążył mi jednak oddać, ponieważ z namiotu wyłonił się Robin, który zdążył wejść do środka, bo był o wiele szybszy niż ja.
- Chodź już, wszystko przygotowałem - złapał go za rękę i pociągnął do środka. Ruszyłem za nimi. 
- To moja pierwsza męska ciąża, więc... będę kroił ci brzuch - po chwili w dłoni trzymał nóż. Usiadłem przy czarnowłosym i złapałem go za rękę. 

<Shuzo? XD>

15 sty 2021

Sprzątanie

Raz na jakiś czas przydałoby się posprzątać, dlatego z dniem dzisiejszym odchodzą poniższe postacie:
  • Ray
  • Will
  • Geum
  • Esther
  • Queen Chie
  • Parys
  • Silver
  • Fenneko
  • Lycoris
  • Silver
  • Parys
Do tego nastąpiło kilka małych zmian:
  1. Spis postaci został połączony i wstawiony do jednej zakładki;
  2. Nieużywane strony jak: zadania i questy, rezerwacje i postacie do adopcji, targ i monety zostały usunięte;
  3. Zakładki "Cyrk i miejsca", "Zwierzęta cyrkowe" i "Pupile" mają przejść mały remont (tylko czasu nam brakuje) więc na razie są niedostępne;
  4. Regulamin został nieco zmieniony.

14 sty 2021

OD Lacie

Porcelanowa lalka jest piękna, stojąca za szklaną szybą może zachwycać przez wiele lat. Jest czymś, czym nie jedna kobieta chciałaby być, sprzedałaby własną duszę by stworzona do podziwiania, delikatna, mogłaby na zawsze być niezmiennie piękna, której najważniejszym zadaniem byłoby zmienianie fatałaszków, beztrosko patrzeć na świat przez różowe okulary i wzbudzać zachwyt nieskazitelnym wyglądem. Porcelanowa lalka jest wieczna, dopóki ktoś nie przyjdzie i jednym nieostrożnym ruchem ręki nie strąci jej na ziemie. Nieświadomość, że jest zwykłą zabawką, przekleństwo niezmienności sprawi, że nawet w obliczu niechybnej śmierci blady strach przed końcem nie obleci nieruchomej twarzyczki, nie będzie cierpieć, nawet w ukryciu i ciszy, a kawałki porcelany, mimo najszczerszych chęci, będą nadawać się tylko do śmieci. Ja właśnie po raz kolejny czułam się jak taka mała dziewczynka, która przez nieuwagę straciła zabawkę. Zawód niepochodzący z utraty tylko z rozczarowania, że zabawka mogła być wytrzymalsza, lepsza. Że mimo swojej początkowej fascynacji szybko okazało się, że nie jest zbyt wiele warta, więc prędzej czy później, tak czy inaczej, byłaby odstawiona w kąt.
Odsunęłam lampkę kreślarską, a narzędzia położyłam na stole, jednocześnie odchylając się na krześle do tyłu, nie mogłam się skupić. Nachodzące mnie co chwile myśli nie pozwalały pracować, a coraz bardziej uciążliwe uczucie znużenia niebezpiecznie paliło. Już dawno znudziło mnie towarzystwo wyższych sfer, każdy jeden z nich jest tak samo przewidywalny, zero oryginalności. Niczego im w życiu nie poskąpiono, beztrosko przeżywają każdy dzień skoncentrowani na bzdurnych sprzeczkach między sobą. Jednak gdy odbiera się im wszystko po kolei, światek, do którego należeli tylko i wyłącznie ze względu na swoje bogactwo, umiłowane pieniądze, nagle dosłownie wszyscy jak jeden mąż, mimo wcześniejszych nieporozumień, zachowują się nad wyraz zgodnie. Dramatycznie chcąc utrzymać swoją pozycję, rzucają się w wir desperackich prób ratunku by na końcu tak czy tak sięgnąć dna. Mieszanie im w głowach było najzwyklejszym marnotrawieniem czasu, zachowując się jak identyczne kopie, nie wnosili żadnego pierwiastka nowości. A ja potrzebowałam czegoś nowego, nie tak oczywistego i bezwartościowego.

Gdy zaczęło się przedstawienie, a plac, gdzie jeszcze przed momentem kłębiło się mnóstwo widzów pędzących, by zająć jak najlepsze miejsce, opustoszał, sama podeszłam do głównego namiotu, by stanąć u szczytu widowni. Nie przyszłam jednak oglądać pokazu, mimo że tak naprawdę nigdy w całości go nie obejrzałam, to w ogóle on mnie nie interesował. Zamiast tego przyglądałam się widzom i ich reakcjom, nie spiesząc się, przenosiłam wzrok od osoby do osoby, dokładnie obserwując i zapamiętując emocje wywołane sztuczkami. Na pomalowanych twarzach małych dzieci zachwyt pojawiał się, gdy tylko pierwsze zwierzęta weszły na arenę, skaczące przez płonące obręcze czy po prostu urzekające swoim rzekomym urokiem. Starsi, bardziej wymagający, byli pod wrażeniem zagrożenia związanego z rzucaniem nożami czy teatrem ognia. Każdy jednak z niecierpliwieniem i zapartym tchem czekał na akrobatów, a w momencie ich pojawienia się śmiech i okrzyki radości zastąpiło wyczekujące napięcie. Podniebne pokazy były punktem kulminacyjnym, dla których zdecydowana większość kupiła bilety. Nie rozumiałam, dlaczego one wzbudzały największe emocje, czy dziecięce marzenia o lataniu mimo maski starości i zgorzknienia nie uleciały z czasem, tylko zaszyły się gdzieś głęboko, by w takich momentach dały o sobie znać? Chwilowe oderwanie się od rzeczywistości, czy może ono być aż tak cenne? W ślad za widownią także podniosłam głowę, tuż przy samym suficie na jednym z trapezów kołysał się mężczyzna by w akompaniamencie oklasków i pisków zachwytu, a także trzymającej w napięciu muzyki, skoczyć na drugą poprzeczkę, a następnie zejść niżej. Rozległa fala braw rozlała się po namiocie gdy chłopak stanął już na ziemi i ukłonił się. Decyzję szybko podjęłam, skoro ktoś, balansując na krawędzi i idiotycznie ryzykując swoje życie, wzbudza aż taki podziw, uznanie, a im efektywniejszy i bardziej niebezpieczny trick, tym większa radość i zdumienie pojawia się na twarzach, co się stanie gdy spadnie? Gdy widownia będzie mogła w jednym momencie podziwiać, by w następnym krok po kroku obserwować upadek z wyżyn możliwości na kompletne dno? Czy wtedy chwała i uwielbienie zmienią się bezlitośnie w pogardę? A może litość? A on? Załamie się i będzie lawinowo odnosił następne porażki,  coraz bardziej zatracając się czy wręcz przeciwnie, jeszcze ciężej będzie pracował, by ponownie dojść na szczyt i urzekać publiczność? 

Stojąc w wejściu, po raz pierwszy obserwowałam próby do najbliższych występów. Skok, skok, piruet. Na każdym kroku akrobaci i gimnastyczki niestrudzenie ćwiczyli swoje skomplikowane układy, doprowadzając je do niemalże perfekcji. Jednak gwiazdy poprzedniego wieczoru nigdzie nie widziałam, a to głównie dla niej tu przyszłam. Chciałam się przekonać czy nie licząc swojego talentu, który jest tak podziwiany w czasie występów, ma jakąkolwiek wartość. Nieco rozczarowana bez słowa wyszłam, żeby  wrócić do pracy. Musiałam w końcu stworzyć coś specjalnego, coś, dzięki czemu będę mogła ujrzeć inne emocje na widowni, nie tylko radość i niezrozumiałe dla mnie rozmarzenie. Coś, co wzbudzi emocje we mnie.

<rezerwejszyn>

Niech zacznie się bal

10 sty 2021

Robin CD Vivi

Gdy tylko wszedłem do przyczepy, przetarłem mokre policzki od łez. Wziąłem głęboki oddech, starając się przestać myśleć o rzeczy, która wzbudziła we mnie tak ogromny smutek. To było takie przykre, chciałbym, aby to było kłamstwo. Po chwili ktoś zapukał do drzwi. Odwróciłem się, ale nim podszedłem do nich, ktoś je sobie sam otworzył. W progu wyjrzała znajoma mi twarz.
- Czeeeść słońce ty moje, szybko się uwinąłem, więc jestem? - zaśmiał się. Lekko się uśmiechnąłem, znowu wytarłem oczy i podszedłem do niego, aby się przytulić. - Płakałeś? Co się stało? - zapytał, odsuwając mnie od siebie, aby położyć dłonie na moich policzkach i uważnie przyjrzeć się moim oczom. Pociągnąłem nosem.
- To nic takiego - zmarszczył brwi.
- Mów co się stało. Jak dowiem się, że ktoś ci coś zrobił... - lekko się uśmiechnąłem i pokręciłem przecząco głową.
- Spotkałem Smiley i... - demon się wyprostował?
- Ona? Wydawała się taka miła, ale cóż - najwidoczniej już szykował się do opuszczenia namiotu i pójścia "porozmawiać" z dziewczyną. Zatrzymałem go, znowu się do niego przytulając. - Zaproponowała mi film. Powiedziała, że też go nie widziała, więc razem go obejrzeliśmy. I to był bardzo smutny film - czułem, że znowu do oczu napływają mi łzy. Vivi widocznie się rozluźnił. 
- Płaczesz przez smutny film? - usłyszałem w jego głosie jednocześnie rozbawienie jak i ulgę. Pokiwałem głową.
- Bo tam porywali dzieci, tylko po to, by je porąbać siekierą, zabić i zakopać. Matka szukała syna, policja jej wmawiała, że go znalazła, ale to nie był jej syn, tylko jakiś inny dzieciak wynajęty przez policję, bo chciała utrzymać swoją dobrą reputację. Matka nie chciała im wierzyć, więc ją zamknęli w psychiatryku, gdzie było okropnie. A jak ją wypuścili, to się potem okazało, że jej syn uciekł od tego psychola, który ich wszystkich zabijał, ale ta matka nigdy go nie odnalazła. I było powiedziane, że to film na faktach - powiedziałem bardzo szybko, z trudem łapiąc powietrze. Znowu chciałem płakać, ale nie tak bardzo, jak wcześniej. Na twarzy demona pojawił się lekki uśmiech, pogładził mnie po słowach i ucałował w czoło.
- Filmy czasami kłamią, nie musisz się tak przejmować - zadarłem głowę do góry, by na niego spojrzeć.
- Od razu pomyślałeś o siostrze - dodałem jeszcze, wypuszczając zrezygnowany powietrze. Znowu wytarłem twarz rękawem. - A teraz opowiadaj, co się stało. Widziałem, jak odsuwasz rękę - wskazałem na dłoń, która była całkowicie zakryta przez kimono. Kiedy się do niego przytulałem, chłopak momentalnie odsuwał ją i nawet gdy mnie obejmował, nie robił tego za mocno. Do tego czułem dziwny zapach.
- Z tą ręką? Nic takiego - pokazał tę drugą, podciągając rękaw. Pokręciłem głową, po czym wskazałem na odpowiednią. - Tą? Też nic takiego, wydaje ci się - nie zabrał ubrania.
- Więc czemu nie pokażesz? - naciskałem.
- Bo nie ma co pokazywać. Zwykła ręka - zapewniał mnie. Posłałem mu niezadowolony wzrok. 
- Coś ukrywasz.
- Wydaje ci się.
- Odsłoń tylko rękaw.
- Nie naciskaj, bo się zamknę w sobie.
- Tylko się martwię
- Nie musisz - pocałował mnie krótko w usta. - Musze zmykać do pracy.
- Przed chwilą powiedziałeś, że wcześniej skończyłeś - nie podobało mi się jego zachowanie, ewidentnie coś ukrywał.
- Ale przypomniało mi się, że czegoś nie zrobiłeś. Wrócę później - zmierził moje włosy zdrową ręką, po czym wyszedł z przyczepy. Wydąłem niezadowolony usta. Dlaczego nie chciał mi powiedzieć, co się stało? Dlaczego chciał coś przede mną ukrywać? Ja przed nim nie miałem żadnych tajemnic, wolałem, aby to działało w obie strony. Skoro nie chce mi powiedzieć...
Odczekałem kilka chwil, po czym opuściłem małe mieszkanko i ruszyłem ku przyczepy Vivi'ego, aby sprawdzić, co przede mną ukrywał. Nigdzie go nie widziałem, dlatego starałem się za bardzo nie rzucać w oczy, aby się nie mógł niczego domyślić. 
Nagle moje oczy ujrzały coś czerwone i okrągłego. Lewitowało w powietrzu. Był to duży balon, puszczony przez jakieś dziecko. Zahipnotyzował mnie ten kolorek i spokój, z jakim balon leciał w niewiadomym mi kierunku, pomimo lekkiego wiatru, który wcale nim nie szarpał. Nie mam pojęcia co było w nim takiego interesującego, aczkolwiek ruszyłem za nim, od razu zapominając o swoim poprzednim celu. Wyszedłem z terenu cyrku. Balon kierował się w stronę lasu. Zaskakujące było, jak zgrabnie omijał wszystkie gałęzie. Tak jakby był sterowany. Nie czułem niczego, moje znaki nie świeciły, więc się nie bałem. Byłem jedynie zainteresowany. Po dłuższej chwili nagle moje tatuaże zaświeciły ostrym blaskiem, który mnie poraził. Zatrzymałem się w miejscu i przetarłem oczy. Blask trochę osłabł, ale znaki w dalszym ciągu się paliły. Rozejrzałem się dookoła. Balonik zniknął, a tuż przede mną była studnia. Głęboka i czarna, dna w niej nie widziałem. Napawała mnie dziwnym lękiem, tym bardziej, że nigdy w tym lesie nie widziałem żadnej studni. 
Nie czekając ani chwili dłużej, zacząłem biec w stronę cyrku.

<Vivi? Nie wiem, poniosła mnie wyobraźnia, interpretuj to jak chcesz xd>