Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ozyrys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ozyrys. Pokaż wszystkie posty

21 sie 2023

Ozyrys CD Doll

Dużo się działo, powiedziałbym, ze nawet za dużo, jak dla takiego małego chłopca. Małego… czy gdy go nie poznałem, nie był mniejszy? Coś mi się kojarzyło, że gdy pierwszy raz chciał ze mną spać jego nogi były krótsze od moich o ponad połowę, a teraz wyglądały na dłuższe. Może od tego nadmiaru wrażeń zaczynałem mieć zwidy? W każdym razie widziałem, jak chłopak się zmienia. Był pewny siebie, odważny i silny, przynajmniej takie dawał wrażenie na pierwszy rzut oka. Dzisiaj się dowiedziałem, że trzymał w sobie ogrom emocji, które musiał wypuścić na zewnątrz.
- Oz, ty nie umrzesz, prawda? – słysząc to ciche pytanie z jego strony, na moment zabrakło mi śliny w gardle. Czy umrę? Nie miałem takiego zamiaru, chociaż przyznam, że kiedyś uważałem śmierć za błogosławieństwo, które zabrałoby mnie z ego piekielnego świata. Teraz jednak nie mogłem opuścić tego małego chłopca. Chociaż nie wiedziałem ile okropieństw musiał przejść, wiedziałem, że nie chciałem, aby jego historia skończyła się jak moja.
- Nigdy – powiedziałem pewnie. – Nie mam zamiaru cię opuszczać – po tych słowach znowu go objąłem. Był taki zimny i w jakiś sposób mnie to koiło. – I nie zamierzam ciebie im oddać – dodałem jeszcze, chowając twarz w jego włosach. Nie mam pojęcia kto się bardziej czuł bezpiecznie, ale chyba oboje tak na siebie działaliśmy.

Następnego dnia obudził nas policjant, mówiąc, że musimy z kimś porozmawiać. Gdy zjawiliśmy się w tym samym pomieszczeniu co wczoraj, poznaliśmy policjanta zajmującego się handlem ludźmi. Był to starszy mężczyzna o siwych włosach i lekkim zaroście, ale bystrych i silnych oczach. Omiótł nas spojrzeniem i wyjaśnił, że musimy złożyć zeznania, ale pojedynczo. Najpierw poprosił mnie. Miałem co do tego obiekcje, w końcu już raz trafiłem na fałszywych policjantów i okazali się być oni bardzo przekonujący. Jednak czy teraz mieliśmy jakiś wybór? W dawniejszych latach nie miałem dobrej opinii o mundurowych i w dalszym ciągu się to nie zmieniło. Wiedziałem jednak, że nie cierpieli, kiedy ktoś nie wykonywał rozkazów.
- Opowiedz mi po kolei, od momentu, w którym pojawił się chłopiec – powiedział, gdy włączył nagrywanie. Przez chwilę milczałem, próbując sobie przypomnieć ten dzień. Nie miałem z tym problemów, bardzo dokładnie pamiętałem, jak wrócić do namiotu i zastałem w łóżku białowłosego dzieciaka, którym miałem się zająć. Nie sądziłem, że ktoś taki delikatny mógłby mieć takie problemy; jakbym zapomniał o własnej historii.
Nie mam pojęcia ile tam siedziałem, ale pośladki zaczynały mi drętwieć od tego niewygodnego, twardego krzesła. Gdy w końcu pozwolił mi wstać, zrobiłem to szybko i z przykrością stwierdziłem, że teraz z chęcią bym rozmasował cztery litery. Wyszedłem na zewnątrz, gdzie stał Doll. Spojrzał na mnie spokojnymi, aczkolwiek niepewnymi oczami, aż w końcu policjant zabrał go za drzwi. Przez moment stałem bez ruchu, zastanawiając się, ile im to potrwa, aż nagle usłyszałem głos policjanta. Rozejrzałem się i dostrzegłem szybę. Za nią widziałem policjanta oraz Dolla, a to, co mówili, wychodziło przez głośniki w tym niedużym pomieszczeniu. Dopiero teraz zrozumiałem, że było to lustro weneckie, dzięki któremu mogłem obserwować chłopca i usłyszeć jego historie.
Policjant przesłuchiwał Dolla o wiele dłużej niż mnie, w końcu chłopiec miał więcej do powiedzenia. To on był prześladowany, to jego szukali i to on znajdował się w niebezpieczeństwie. Myśl, że gdy tylko przekroczymy próg tego budynku, ktoś nas napadnie i mi go zabierze sprawiała, że czułem się mały i słaby. Jak mogłem walczyć z takimi ludźmi? Gdy w końcu wypuścili chłopca i mnie do cyrku twierdząc, że teren został już przeczesany, zabezpieczony i będziemy pod obserwacją, poczułem się minimalnie lepiej. Zostaliśmy eskortowani do domu policyjnym radiowozem, w którym siedzieliśmy obok siebie. Poczułem deja vu, gdy mijaliśmy wczoraj poznaną przez nas stację paliw. Chłopiec mocniej ścisnął moją dłoń, gdy oboje przyglądaliśmy się miejscu, w których uciekliśmy z samochodu. Przypominając sobie wszystko, zdałem sobie sprawę, że nie tylko ja władałem żywiołem, ale chłopiec również. I skoro wtedy sobie poradziliśmy, mogliśmy sobie poradzić później. Ta myśl podniosła mnie na duchu, więc uśmiechnąłem się do niego.

Cyrk z pozoru się nie zmienił, wiedziałem jednak, że praktycznie już wszyscy wiedzieli o wczorajszym zajściu. Nie znali szczegółów, ale to starczyło, aby spoglądali na nas z zaciekawieniem. Na obrzeżach cyrku widziałem dwóch czy trzech policjantów, a występy zostały przerwane w tym tygodniu. Pik szybko zawitał do naszego namiotu, by przedyskutować najważniejsze rzeczy, a gdy uzgodniliśmy, że oboje będziemy kontynuować treningi, jakby się nic nie stało i damy działać policji (to znaczy, że wszystko co podejrzane mieliśmy zgłaszać), mogliśmy zrobić sobie do końca tego dnia wolne. Pierwsze jednak co zrobiliśmy, to przebraliśmy się w świeże ubrania i zjedliśmy śniadanie na stołówce.
- Po tym wszystkim dzień wolny wydaje się nierealny – przyznał Doll gdy wracaliśmy do namiotu. Zgodziłem się z nim. – Ale cieszę się, że go mamy.
- Co chciałbyś w takim razie porobić? – zapytałem, chcąc sprawić, aby ten dzień wydał się jak najbardziej normalny, aby chłopiec chodź na chwile zapomniał o otaczającym go świecie, w którym był uciekinierem. To, że ktoś chciał sobie z niego zrobić niewolnika było okropne, ale gorszym było prześladowanie tego malca, kiedy udało mu się już wyjść na wolność. – Byłeś kiedyś w wesołym miasteczku? Wiem, że tutaj pracownicy i cyrkowcy mają darmowe wejścia na niektóre atrakcje – przyznałem z lekkim uśmiechem. 

<Doll?>

2 lip 2023

Ozyrys CD Arche

*kilka tygodni później*

Piękne, gorące lato dawało się we znaki. Dzięki swej naturze feniksa nie odczuwałem aż takiego dyskomfortu wywołanego przez upał, jak reszta cyrkowców. Można powiedzieć, że czułem się jak ryba w wodzie, chociaż praca z ogniem dłużej niż kilka minut sprawiała, że pociły mi się ręce i to nie ze stresu. Ogólnie zaczynałem powoli panować nad swoją mocą, myślami i całym ciałem. Potrafiłem powiedzieć stop nieproszonym myślom oraz głębokimi wdechami uspokoić serce. Od jakiegoś czasu zacząłem nawet praktykować medytacje: samo siedzenie nie sprawiało mi większego problemu. Potrafiłem usiedzieć w miejscu nawet godzinę, problematyczne były tylko myśli i wspomnienia, jakie mój mózg uwielbiam mi przywoływać. Walcząc z oczyszczaniem głowy, nauczyłem się to robić również podczas treningu, dzięki czemu zwiększyłem kontrolę nad ogniem. Wypadki zdarzały się rzadziej, jednak dalej bałem się ćwiczyć w głównym namiocie. Po za tym teraz rzadko ktoś tam bywał.
Przez upały większość cyrkowców starała się schłodzić. Wybierali miejsca zacienione, w tym swoje namioty bądź brali dłuższe wolne, aby skorzystać ze zbiornika wodnego, znajdującego się niedaleko cyrku; jak na złość chodziło o mój zbiornik wodny przy którym ćwiczyłem, dlatego byłem zmuszony zmienić miejsce treningu przy rzece. Chociaż wody było mniej, wystarczała do ugaszenia mniejszych pożarów na które musiałem tym razem bardziej uważać, ze względu na zwiększone ryzyko pożarów. 
Podczas treningu, przy którym przypadkowo zapaliłem kilka kwiatów i zająłem się ich ugaszaniem, nie zauważyłem, że obok mnie pojawiło mi się znane drapieżne zwierzę. Tygrys stanął obok mnie i przyglądał się, jak gaszę kwiaty, po czym skrzyżował ze mną spojrzenia. Przeszedł mnie dreszcz. Ostatnio miałem z nim bardzo rzadkie konfrontacje, starałem się go unikać z tej racji, że niegdyś podpaliłem mu ogon, a on mi pogryzł nogę. Aktualnie odsunąłem się od niego, stanąłem bokiem i machnąłem niepewnie ręką.
- Idź sobie.

<Arche?>

17 lut 2023

Ozyrys CD Lacie

Skinąłem głową, dając jej do zrozumienia, że wykonam to zadanie jutro. Po tym machnęła dłonią i pozwoliła mi odejść, dzięki czemu mogłem zająć się swoimi obowiązkami, które składały się z opieki nad Doll’em oraz rozwojem własnej umiejętności, aby nareszcie móc wystąpić na scenie – Pik dał mi jasno do zrozumienia, że wkrótce musi nadejść ta chwila, ponieważ po pierwsze, należałem tutaj już wystarczająco długo, aby w końcu „się na coś przydać” oraz brakowało nam czegoś nowego. Niestety dzisiejszy trening był okropny, powiedziałbym, że być może najgorszy ze wszystkich, ale z tego względu, że nie podpaliłem żadnego namiotu, tylko kawałek swoich włosów, Smiley, która ze mną trenowała doszła do wniosku, że nie było tak najgorzej. 
Opieka nad chłopcem była już prostsza, głównie dlatego, że on sam o siebie potrafił dobrze zadbać. Dzięki temu, że postanowił przenieść trening z Orionem na godzinę nieco późniejszą, dając mi tym samym wolną chwilę, zaszedłem do Smiley, która właśnie oddawała siwego ogiera do stajni. Nie dawno skończyła swój trening, dlatego aktualnie była spocona i śmierdziała końmi, na których ćwiczyła akrobatykę.
- Masz może chwilę? – zatrzymałem ją. Dziewczyna skinęła głową i idąc w kierunku pryszniców, zapytałem ją, czy nie zna jakiejś wiedźmy, czarodziejki lub kogokolwiek, potrafiącego ściągać różne zaklęcia i uroki. Początkowo wydawała się zdziwiona moim pytaniem, ale powstrzymała się od zapytania, po co mi ta wiedza. Zamiast tego zastanowiła się i gdy byliśmy przy jej namiocie, z którego chciała zabrać czyste ubrania, odparła, że nie zna żadnej. Cóż, nie takiej odpowiedzi oczekiwałem.
- Ale zapytaj Moon, wiesz, tej starszej kobiety, która przewiduje przyszłość – dodała jeszcze. Podziękowałem jej za informacje, po czym skierowałem się do namiotu Moon.
Kobieta była około czterdziestoletnią murzynką. Miała afro większe od swojej głowy i zawsze ubierała się „na bogato”. Jej garderoba składała się wyłącznie z długich sukien, a jej szyja wręcz uginała się od ilości naszyjników, medalionów i innych wisiorków. Na pewno wpasowywała się w kanony piękna, jeśli chodzi o czarownicę, ale czy naprawdę taką była, miałem się dopiero przekonać.
Nie zastałem jej w namiocie, tylko za nim. Aktualnie podziwiała miasto, jakie rozciągało się naprzeciwko niej. 
- Przepraszam, Moon, tak? – zaczepiałem kobietę, która nawet na mnie nie zareagowała. – Miałbym małą sprawę – nie byłem pewny, czy mogę mówić. Mimo wszystko do starszych osób czułem ogromny respekt. Na moje szczęście Moon w końcu skinęła głową i machnęła dłonią, „zapraszając” mnie do podziwiania urokliwego miasteczka. – Potrafisz może ściągać klątwy i inne uroki? – ponieważ kobieta nic nie mówiła, kontynuowałem. – Bo widzisz, nie dawno jedna czarownica rzuciła na mnie urok, że odczuwam ogromny ból, zaczynający się w dłoniach i zamiast go usunąć, dała mi sygnet, który hamuje urok. Potrafiłabyś może go zdjąć? – dopiero teraz Moon na mnie spojrzała, a nawet się lekko uśmiechnęła.
- Od rąk mówisz? Pokaż ten sygnet – wyciągnęła w moim kierunku rękę, na którą położyłem swoją prawą dłoń. Uważnie zaczęła się przyglądać pierścieniowi, a następnie zamknęła oczy i równie dokładnie oglądała moją dłoń, dotykając jej w różnych miejscach pod różnym kątem. Niekiedy używała tyle siły, że czułem mały dyskomfort. W końcu otworzyła oczy i kiedy szykowałem się na dobrą nowinę, stwierdziła, że nie może mi pomóc.
- Mój drogi, ja niestety zajmuje się mniejszymi zaklęciami, a to wygląda na coś poważniejszego – puściła moją dłoń, a ja sposępniałem. – Możesz spróbować porozmawiać z moją ciotką, ona jak na złość ma większy talent i umiejętności – mówiąc to wyglądała, jakby jej zazdrościła i nie podobało jej się, że los obdarzył jej ciotkę większą mocą. – Pracuje na obrzeżach miasta w małym sklepiku z zabawkami dla dzieci. Łatwo ją znajdziesz – słysząc to, wstąpiła we mnie nowa nadzieja. Miałem zamiar udać się do niej jutro.

~*~

Ponownie wciśnięty w niewygodny strój formalny z poważną miną biznesmena i zimnymi oczami, których nie pożałowałby żaden krwiopijca z banku, stanąłem przed budynkiem, który Lacie zamierzała kupić. Przetarłem zmęczoną twarz dłonią i westchnąłem. Przybyłem tutaj niecałe pięć minut temu, a czas tak wolno płynął, że miałem wrażenie, iż upłynęło dobre piętnaście. Czułem się niekomfortowo w takich sytuacjach i jak na moje nieszczęście, wiedziałem jak w takich sytuacjach się zachowywać; co za ironia. 
Zapukałem przez szkło, mając nadzieje, że właściciel zaraz się pokaże, jednak się przeliczyłem. Wszedłem do środka i się rozejrzałem. Miejsce to wyglądało na zupełnie puste, gdy nagle do moich uszu dobiegły ciche szepty. 
- …pokażesz i będzie udawał, że wszystko gra.
- Ale ja się strasznie stresuje. Wie pan, ja niezbyt potrafię kłamać.
- To lepiej się naucz, bo inaczej może ci się przydarzyć wypadek.
Rozmowę prowadziła dwójka mężczyzn. Jeden zdecydowanie wystraszony i drugi bardzo agresywny. Słysząc tą podejrzaną rozmowę, chciałem się wycofać. Stałem blisko drzwi, dlatego chwyciłem klamkę i otworzyłem wejście, gdy w tym momencie z drugiego pomieszczenia, którego otwarte drzwi znajdowało się za ladą, wyszedł niski mężczyzna. Przecierał właśnie czoło chusteczką. To z nim ostatnio rozmawialiśmy, a kiedy usłyszałem jego głos, wiedziałem, że był tym wystraszonym rozmówcą. 
- Ah to pan! – powiedział to wręcz za głośno, co zdradzało jego stres. Schował chusteczkę, uśmiechnął się i niczym aktor, wszedł w swoją role. – Nie sądziłem, że pana tutaj dzisiaj zobaczę – momentalnie jego głos się zmienił. Teraz brzmiał jak człowiek, który wygrał na loterii.
- Miałem przyjść później, ale byłem akurat w okolicy. Zależy mi na szybkim kupnie tego lokalu, dlatego chciałem zapytać, jak pan stoi z dokumentami – moja dłoń puściła klamkę, a głos się nieco obniżył. Zrobiłem kilka kroków w jego stronę, nie spuszczając go z oczu.
- Dokumenty, tak tak – wyglądał, jakby mówił do siebie. – Wszystkie są już prawie przygotowane. Jeśli panu zależy, mogą być gotowe na jutro – pokręciłem głową.
- Niech wszystko będzie gotowe na za trzy dni. Moja… - w tym momencie przypomniałem sobie, jaką rolę odegrała wtedy Lacie. - …żona również musi je zobaczyć, a tak się składa, że wolne dostanie za trzy dni – skłamałem, na co on tylko pokiwał serdecznie głową.
- Nie ma problemu. Trzy dni – powtórzył. 

Wróciłem do Lacie, która aktualnie pracowała nad jakąś biżuterią. Miała wory pod oczami, a twarz jakby poszarzałą. Wyglądała, jakby dzisiaj nie najlepiej spała, a mimo tego jej wygląd zewnętrzny nie zdradzał żadnych oznak niewyspania. Ponad to jej twarz wykazywała ogromne skupienie nad pracą, nawet kiedy pojawiłem się w jej przyczepie, nie przerwała pracy.
- Omówiłem nas za trzy dni w jego lokalu o godzinie trzynastej – powiedziałem. Dziewczyna skinęła głową i w milczeniu kontynuowała pracę. Przez moment stałem jak słup soli, zastanawiając się, czy podzielić się z nią tym, co dzisiaj usłyszałem. – Jesteś pewna, że chcesz ten lokal? – słysząc to, zerknęła na mnie kątem oka.
- Dlaczego pytasz? – cała odwaga, jaką zaprezentowałem w tamtym lokalu zniknęła w momencie, w którym z niego wyszedłem, dlatego teraz już nie byłem pewny tego, co usłyszałem.
- Te dokumenty… i ten mężczyzna jest najwyraźniej bardzo zestresowany. Jeśli to jakiś przekręt, nie lepiej poszukać czegoś innego? – zasugerowałem, na co ona oblała mnie zimnym spojrzeniem.

<Lacie?>

13 lut 2023

Ozyrys CD Doll

Zastygłem w bezruchu, widząc szyderczy i dumny z siebie uśmiech, który odbił się w przednim lusterku. Mężczyzna patrzył na chłopca, ale po chwili skrzyżował wzrok ze mną. Zmarszczył brwi, po czym sięgnął ręką do kieszeni. Nie musiał mi pokazywać, co z niej wyciągnął. Wiedziałem, jak to wszystko może się zaraz skończyć. 
Udawany policjant wyciągnął z kieszeni płaszcza czarny pistolet – lub rewolwer? Czym to się tak właściwie od siebie różni? – który wycelował w moją głowę. To już drugi raz w tak krótkim czasie. Czy moje życie naprawdę ma się zakończyć od strzału w głowę? Z drugiej strony to była szybka śmierć, czy bolesna, zaraz się przekonam.
- Ty nie będziesz nam potrzebny – stwierdził, odblokowując broń, która wydała przy tym charakterystyczne kliknięcie. – Szkoda tylko tapicerki ubrudzonej twoją krwią, ale trudno, auto nie moje – dalej zastygłem w bezruchu. Nie wiedziałem, co mógłbym teraz zrobić. Patrzyłem się tylko w czarny otwór w broni, z której zaraz nadleci kula. Byłem ciekawy, czy przed śmiercią zdążę zobaczyć jej tor lotu.
Dlaczego w takich chwilach nachodzą mnie takie myśli?
- Nie! – był to krótki, ale głośny krzyk, od którego w całym aucie zrobiło się zimno. Wręcz lodowato.
Doll wyciągnął dłoń w kierunku broni, a z jego czubków palców wyleciały biało-niebieskie nicie, coś jak strużka zamarzniętej mgły. Dosięgnęły one broni oraz dłoni mężczyzny. Wtedy, jakby w zwolnionym tempie, mężczyzna nacisnął spust, ale pocisk zatrzymał się w środku broni. Mogę dać sobie rękę przyciąć, że widziałem nawet zarys śmiercionośnej kulki w lufie, która jak cała broń i jego ręka do połowy ramienia, stała się jasnoniebieska. W pojeździe zrobiło się bardzo zimno, ale zignorowałem to uczucie, ponieważ skupiłem się wpierw na zamarzniętych częściach policjanta, a potem na ręce chłopca, która również była zamarznięta. 
Spojrzałem w jego przerażone oczy, jego twarz mówiła sama za siebie – nie wiedział co się stało i jak to zrobił. Nie mógł również poruszać połową dłoni; jego cztery palce były zamarznięte. Widzisz, nawet on jest od siebie odważniejszy. Weź się chłopie w garść! 
Szybko zamknąłem jego zamrożoną dłoń w swoich rękach. Zacisnąłem ręce i skupiłem się, aby się ogrzały. Chociaż ognia nie potrafiłem stworzyć, mogłem sprawić, że moje ciało robiło się ciepłe. Na szczęście to wystarczyło, aby lód szybko zniknął z jego palców, po czym spojrzałem na policjanta, który próbował rozbić lód o drzwi auta. Spojrzałem na kierownicę i zobaczyłem kluczyki w stacyjce. Gdybym tylko potrafił kierować, mógłbym wypchnąć policjanta na zewnątrz i zwinąć im auto, ale zamiast tego wyciągnąłem je tylko i trzymając w dłoni, nacisnąłem przycisk, odblokowujący drzwi. 
- Wysiadaj! – powiedziałem do Doll’a. Gdy chłopiec otworzył drzwi, mężczyzna, którego dłoń dalej nie chciała odmarznąć, złapał mnie za szyję drugą, wolną ręką.
- Zabije cię – powiedział. Przez krótką chwilę próbowałem zdjąć jego rękę z mojej szyi, ale był zbyt silny. Gdy przypomniałem sobie o kluczyku w dłoni, odwróciłem go ostrzejszą częścią na zewnątrz, po czym wbiłem mu ją w oko. Mężczyzna krzyknął i mnie puścił. Gdy chciałem już wyjść, spojrzałem na zamarzniętą broń. Złapałem ją, ogrzałem dłońmi, a następnie mocno uderzyłem o metalową część, znajdującą się na hamulcu ręcznym. To wystarczyło, aby ręka puściła broń. Chwyciłem ją i szybko wyskoczyłem z auta, słysząc za sobą jeszcze rzucane przekleństwa. Kluczyk schowałem do kieszeni, a broń ogrzewałem w dłoniach.
Zobaczyłem, jak Doll szarpie się z tym drugim policjantem, który wcześniej wysiadł z auta. Krzyczeli coś, ale nie mogłem niczego zrozumieć, ponieważ w mojej głowie szumiało od nadmiaru adrenaliny.
Musiałem mu jakoś pomóc, ale w mojej głowie na nowo zagościła pustka, każąca mi siedzieć w bezruchu i czekać. Tym razem jednak nie posłuchałem. Miałem zająć się nim, pilnować, by nie stała się mu krzywda, a aktualnie to on mnie ratował.
W tej chwili broń odmarzła całkowicie, a z lufy swobodnie wypadła kulka. Podniosłem pistolet do góry.
- Doll! – krzyknąłem do niego, aby zwrócił na mnie uwagę. Widząc, co zamierzałem zrobić, uderzył mężczyznę łokciem w twarz i odskoczył na bok. Trzymając broń w obu dłoniach, strzeliłem w kierunku udawanego policjanta.
Oczami wyobraźni widziałem na ziemi krew i martwego człowieka, a potem wątpliwości i strach nakazały mi zobaczyć, że nie strzeliłem w policjanta, ale w chłopca, który teraz leżał martwy w kałuży krwi. Te wizje sprawiły, że nie poczułem nawet, jak broń po wystrzale mocno wbiła mi się w rękę. Dalej ją mocno trzymałem i mimo, że miałem otwarte oczy, niczego nie widziałem.
Obudziło mnie dotknięcie Dolla, który złapał mnie za rękę i pociągnął. Przywrócił mnie tym samym do tego świata i sprawił, że znowu myślałem trzeźwo.

<Doll?>

29 wrz 2022

Ozyrys CD Doll

Nie do końca trzeźwo myślałem w takim stresowych i niebezpiecznych sytuacjach. Gdy jeden wróg został unieszkodliwiony, pobiegłem do Pika, aby go zawiadomić i prosić o pomoc, nie myśląc o tym, że zostawiając chłopca samego, narażam go na kolejnych przeciwników. Niestety zdałem sobie z tego sprawę, gdy znalazłem się już w namiocie Pika. Mężczyzna spał, a moje nagłe przybycie nie tyle go obudziło, co zdenerwowało. Był to kolejny raz z nielicznych momentów w moim życiu, w którym to ja komuś ostro przerwałem i przejąłem głos. Do szefa cyrku szybko doszła powaga sytuacji. Pytając, gdzie Doll i odpowiadając mu, że w namiocie, Pik nazwał mnie kretynem, każąc mi szybko do niego wracać.
- Może być ich więcej, myśl o takich rzeczach – zbesztany wyszedłem z namiotu i pobiegłem w kierunku swojego namiotu, w którym zostawiłem młodego. 
W moim kierunku zbliżała się postać. Uciekała, ale śliskie błoto nie pozwalało jej w pełni się rozpędzić. Gdy tajemnicza postać była wystarczająco blisko, aby jej twarz oświetlił blask lampy, ujrzałem Doll’a. Jego przerażona twarz mnie nie zauważyła i gdy tylko go zatrzymałem, zaczął się wyrywać.
- To tylko ja, Doll, spokojnie. To ja, Ozyrys – mówiłem do niego, aż spojrzał mi w oczy i przestał się szamotać.
- Oni tu są. Oni tu są – mówił wręcz płaczliwym głosem. Przycisnąłem go do siebie, był to odruch bezwarunkowy, jakbym podświadomie nie chciał go nikogo oddać. W tym samym czasie Pik wyszedł ze swojego namiotu i podszedł do nas.
- Zabierz go do głównego namiotu i ukryj. Niech nie wychodzi, dopóki nie pozwolę – polecił, nie zdradzając niczego więcej. Pokiwałem głową i gdy mężczyzna ruszył w swoim kierunku, ja przykucnąłem, aby móc spojrzeć chłopcowi w twarz.
- Nie bój się, Pik zaraz coś wymyśli, a my się schowamy – wyjaśniłem. Doll pokiwał głową. W jego oczach widziałem strach, był cały umorusany w błocie, jakby się po nim tarzał. Nie chciałem go na razie pytać, co się stało podczas mojej nieobecności, dlatego tylko chwyciłem go za rękę i pobiegłem z nim do namiotu. 
Na miejscu panowała ciemność i cisza. Szczekanie psa w oddali, które było słyszalne na zewnątrz, teraz zniknęło. Wejście do namiotu wyglądało jak wielka smocza jama i gdyby nie dzieciak, raczej bym nie wszedł do środka. Wyciągnąłem rękę z zapalniczką przed siebie, odpaliłem ją i przeniosłem płomień na dłoń. Jeśli nic się nie stanie, na pewno sobie poradzę z małym płomyczkiem, który niewiele oświetlał. Weszliśmy głębiej w ciemność, którą rozpraszał ogień. Musieliśmy się gdzieś skryć. Nie znałem planu Głowy Cyrku, ale nie było mi z tym źle. Chciałem tylko znaleźć jakiś schron, by móc bezpiecznie przeczekać razem z Dollem tą cała sytuację. 
Oboje stwierdziliśmy, że najlepszą kryjówkę można znaleźć na zapleczu, z tyłu namiotu, gdzie są przechowywane wszystkie przedmioty, potrzebne cyrkowcom do ich sztuczek. Pomimo tego, że wszystkie rzeczy miały swoje miejsce, było to pomieszczenie zagracone. Znaleźliśmy dla Dolla kryjówkę w dużej skrzyni. Wyciągnęliśmy z niej różne akcesoria i odkładając je na bok, chłopiec położył się bokiem w pudle.
- Obiecujesz, że przyjdziesz po mnie? – zapytał cichym głosikiem. 
- Oczywiście – posłałem mu ciepły uśmiech i pogłaskałem po włosach. Wyglądał tak bezbronnie w tej pozycji. – I pamiętaj, nie wychodź z niej sam, nie ważne co by się działo, dobrze? – pokiwał głową. – To będzie tylko chwila – zapewniłem go, po czym powoli zamknąłem skrzynie, patrząc jeszcze mu w przestraszone oczy. „Będzie dobrze, będzie dobrze”, zapewniałem w myślach samego siebie.
Usłyszałem strzał. Był to stłumiony odgłos, musiał oddalić w oddali. Całe moje ciało drgnęło.
- Ozyrys… - zaraz usłyszałem drugi dźwięk, cichy i piskliwy. Otworzyłem wieko skrzyni.
- Spokojnie, są daleko – wyszeptałem chłopcu, po czym ponownie je przymknąłem. Wstałem i skierowałem się w kierunku wyjścia, by sprawdzić, co się działo. Długo stałem na zewnątrz, starając się dostrzec cokolwiek w mroku, który obejmował całe miejsce. Gdy zacząłem się trząść z zimna, w mieście rozległo się wycie syren policyjnych. Czyli to był plan Pika.
- Ty – spojrzałem w bok. Ciemność nie pozwoliła mi dostrzec twarzy jegomościa, ale jego sylwetka wskazywała na to, że coś, co trzymał w dłoni, było skierowane w moją stronę. Uniosłem powoli dłonie do góry. Syreny policyjne były już niedaleko. 
- Opuść broń – za nim pokazał się Pik. Mężczyzna odwrócił głową i odsunął się na bok, by móc obserwować nas obojga. – Policja już tu jest.
- To niczego nie zmieni. Chłopak i tak wróci do rezydencji.
- Skąd taka pewność? – zapytałem, a on się zaśmiał.
- Bo tam jest jego miejsce. Nie zdołacie go tu zatrzymać. Jest nieletni, a prawnie należy do mojego Pana – gdy dźwięk wozów policyjnych był już blisko, a my z Pikiem spojrzeliśmy w kierunku, z którego on dochodził, mężczyzna zaczął uciekać. Gdy chciałem już coś zrobić, Pik mnie ubiegł. Okazało się, że był posiadaczem strzałek usypiających i po chwili jedna z nich wbiła się w ciało mężczyzny. Gdy mój umysł starał się zrozumieć, że Pik ma więcej tajemnic, niż ktokolwiek z nas sądził, mężczyzna podszedł do mnie.
- On ma racje – wozy policyjne pojawiły się na terenie cyrku. Patrzyliśmy jak z dwóch samochodów wychodzi czterech ludzi. – Prawnie mogą go stąd zabrać nawet siłą, jeśli jego opiekun zgłosi tą sprawę, a pewnie wkrótce to zrobi. Jeśli Doll chce tu zostać, musisz go ukryć.

<Doll?>

9 sie 2022

Ozyrys CD Lacie

Obudziłem się w nocy z potężnym bólem głowy. Zgadywałem, że powodem tego był ciągły stres, jaki przeżywałem od krótkiego czasu, a dokładnie od dnia spotkania Lacie. Spojrzałem na sygnet, który mi dała, aby zatrzymać skutki klątwy. Patrząc na niego, zadawałem sobie pytanie "Dlaczego po prostu nie ściągnęła zaklęcia?". Chociaż nie mówiłem tego głośno, domyślałem się dlaczego: w ten sposób stawałem się jej niewolnikiem, bardzo lojalnym i skorym do zrobienia wszystkiego, czego chciała. Jeśli mi go odbierze, ból przywoła żywioł, a żywioł spowoduje kolejne problemy, a tego nie chciałem. Nie chciałem również być jej sługusem, miałem już swoje obowiązki związane z cyrkiem oraz Doll'em i mimo, iż znajdowałem czas na zadania od szefowej, nie chciałem być niewolnikiem. Owszem, byłem sprawcą podpalenia jej lokalu i tym sposobem dałem jej dobry argument do posadzenia mnie przed sądem, ale podświadomie wiedziałem, że gdyby stać mnie było na równie dobrego prawnika, a może i nawet lepszego, wygrałbym sprawę w sądzie. Podpalenie było niezamierzone, wywołane klątwą po dotknięciu przedmiotu w sklepie i gdyby odpowiednio zareagowała, zaklęcie to by mogła usunąć, jej sklep by nie spłonął i wszyscy byliby szczęśliwi. 
Rozmyślając nad tym wszystkim, sięgnąłem do najniższej półki, z której wyciągnąłem tabletkę na ból głowy. Popijając ją wodą, zastanawiałem się, czemu wtedy nie zareagowała. Nie mogła? Nie potrafiła? Gdy kładłem się spać z powrotem, doszedłem do wniosku, że jej nie zależało na tym sklepie, a ja miałem zwyczajnego pecha.

Prawie się spóźniłem. Wstałem godzinę później niż zamierzałem. Doll właśnie się budził, gdy zobaczył, jak na szybko ubierałem czyste ubrania i wybiegłem z namiotu, nie zachodząc nawet do bufetu na śniadanie. Dzięki odmówieniu sobie jedzenia, zdążyłem do niej na czas. Znajdowała się w swojej przyczepie i wyglądała, jakby była na nogach już od co najmniej dwóch godzin. Gdy wszedłem do środka, dziewczyna zignorowała moje przybycie. Jej oczy przeglądały jakieś papiery na stoliku. Co chwila marszczyła brwi i zmieniała pozycję kartek. Nie wiedząc co mam ze sobą zrobić, ale też nie chcąc jej przerywać, ruszyłem wgłąb przyczepy i pozwoliłem sobie usiąść na wysokim krzesełku bez oparcia. Gdy zaskrzypiało, dziewczyna pozostała bez ruchu, ale się odezwała.
- Nie przyszedłeś tu, by siedzieć - wstałem na równe nogi, słysząc, jak coś mi w kolanach zaskrzypiało. A może to było krzesło?
- Więc co mam robić? - spytałem trochę niepewnie. Miałem wrażenie, że przebywałem w tym miejscu nie z człowiekiem, ale z lwem, a raczej lwicą. Lepiej jej nie przeszkadzać, ale z drugiej strony należy słuchać, czego chce, bo inaczej twoja głowa wyląduje na talerzu.
Po zadaniu pytania dopiero teraz na mnie spojrzała. Jej oczy były chłodne, a mina poważna. Czułem się taki mały i przygnieciony jej osobą.
- Przejmiesz dzisiaj moje obowiązki - zaczęła mówić. - Ze stajni zabierzesz moje ozdoby, a Smiley powie ci, jakie są potrzebne na następny występ. Idź do Shuzo, on też chciał jakąś biżuterię do ubrań, ale nie zapisałam. Wszystkie ozdoby znajdziesz z tyłu przyczepy - wyjaśniła, na koniec dodając, że jeśli cokolwiek ulegnie chodźby najmniejszemu uszczerbku, pożałuje tego. Kiwając głową, wyszedłem z przyczepy i skierowałem się do namiotu Smiley. 
Akrobatki nie zastałem w domu, dlatego stwierdziłem, że najpierw zawitam do Shuzo, który zazwyczaj był u siebie. Zmieniłem kierunek i po chwili znalazłem się w odpowiednim namiocie. W tej chwili młody ojciec karmił dziecko, a gdy mnie zobaczył, lekko się uśmiechając i pytajac, w czym może mi pomóc.
- Chciałes od Lacie jakieś ozdoby do kostiumów - wyjaśniłem. Chłopak przez chwilę wyglądał, jakby próbował sobie przypomnieć, czy rzeczywiście tak było. 
- A tak - spojrzał na dziecko, które wypiło całą butelkę. Odstawił ją i kołysając lekko bobasem, podszedł do stolika i zajrzał do jakiegoś papieru. - Potrzymaj go - podał mi dziecko, które miało zamknięte oczy. Wziąłem małego chłopca, na moment zastygając w bezruchu. Nigdy w życiu nie miałem na rękach tak małego dziecka. - Zrobię ci listę czego potrzebuje - powiedział, wyciągajac czysty skrawek papieru i długopis. Gdy skrobał niebeskim pisakiem słowa na białej kartce papieru, ja przyglądałem się małemu dziecku. Jak go nazwali? Yuki chyba. Był nawet uroczy, aczkolwiek wiedziałem, że jeśli zacznie płakać lub coś podobnego, nie będę miał pojęcia jak go uspokoić. Na moje szczęście chłopczyk spokojnie leżał gotowy do położenia go do łóżeczka, a Shuzo po chwili podał mi listę rzeczy, którą miałem mu przynieść.
- Przyniosę ci to jeszcze dzisiaj - powiedziałem oddając mu malucha, a przyjmując w zamian świstek i chowaja go do kieszeni spodni. 
- Dobrze, zacznę wtedy jeszcze dziś przygotowywać kostiumy, w końcu występ już niedługo - mówiąc to, skierował się w stronę dziecięcego łóżeczka. Cicho mruknąłem, przyjmujac jego słowa do wiadomości, po czym pożegnawszy się z chłopakiem, ruszyłem do głównego namiotu, gdzie prawdopodobnie Smiley własnie ćwiczyła. Postanowiłem również zapytać ją, czy zna jakieś wiedźmy, zajmujące się zaklęciami i zdejmowaniem klątw - w końcu różowowłosa jest tutaj najdłużej.

<Lacie? Jak tobie idzie?>

3 sie 2022

Ozyrys CD Arche

Gatta nie zamierzała nad oszczędzać. Nie byłem pewien, czy to z powodu jej charakteru, czy nie darzyła nas sympatią, czy może miała dzisiaj sporo na głowie. Dziewczyna zajmowała się tresurą zwierząt, a co za tym szło, również się nimi opiekowała. Byli od tego pracownicy, ale ona uważała, że aby wytresować zwierzę, należy się z nim poznać, jak to robią dzieci w szkołach. Poznać go, nauczyć, że jest się jego przyjacielem, a nie wrogiem, sprawić, aby ci zaufał. Dzisiaj wyjątkowo my mieliśmy przyjąć te zadania - ona miała zająć się tresurą młodego lwiątka i jej matki, a my mieliśmy się zająć sprzątaniem odchodów po koniach w stajni. 
- Tam znajdziecie ubrania robocze. Coś powinno na was pasować – wskazała na magazyn. – Tylko się nie ociągać, bo potem trzeba wyczyścić wszystkie konie w stajni – dodała, po czym udała się do klatki lwicy. Przez moment obserwowałem, jak kobieta ją otwiera i mówi coś do zwierząt, aby je uspokoić. Gdy na mnie spojrzała, odwróciłem głowę i ruszyłem do magazynu, w którym znajdował się już Arche. 
- Co ty na to, abym ja zajął się od razu końmi? – zapytał chłopak. Zerknąłem na niego wiedząc, co miał na myśli. Ja się miałem zająć tą brudniejszą i cięższą robotę, podczas, gdy on rzekomo będzie czyścił konie, a w praktyce wylegiwał się na sianie.
- Jeśli razem zaczniemy, to szybciej skończymy – nie chciałem być nie miły, ale nie miałem zamiaru pozwolić mu na lenistwo, podczas gdy ja, miałem pracować. 
- Niby tak, ale…
- Ale czas brać się do pracy – zajrzałem do magazynu. Od razu znalazłem granatowe stroje robocze. Przerzuciłem kilka z nich, poszukiwaniu odpowiedniego rozmiaru, po czym zacząłem się w niego przebierać. Arche zrobił to po zaraz po mnie. Jego ruchy były powolne. Wiedziałem, że to będzie długi dzień.
Wyszedłem z magazynu i chwilę poczekałem na chłopaka, aby mieć pewność, że ruszy za mną. Pojawił się po dłuższych sekundach. Wtedy poszedłem w kierunku stajni, a on ze swoimi zwierzakami szedł za mną. Jego zachowanie tego dnia różniło się od tego, co widziałem wczoraj. Stwierdziłem, że chłopak był… dziwny.
Będąc w stajni, odnalazłem widły, łopatę oraz taczkę, którą miałem wywozić odchody na pryzmę, na zewnątrz. Gdy Arche wszedł do środka, podałem mu widły, instruując, co i jak. On tylko pokiwał znudzony głową i zaczął zbierać łajno z ziemi. Nie wyglądał na zadowolonego, kręcił nosem, marszczył brwi i mamrotał coś pod nosem. Nie dziwiłem mu się, raczej nikt nie jest chętny do takiej pracy, aczkolwiek nie zamierzałem z tym zostać sam. Zaraz do niego dołączyłem. Po kilku minutach zauważyłem, że chłopak gdzieś zniknął. Sądząc, że poszedł napić się wody albo coś podobnego, kontynuowałem. Jednak gdy jego nieobecność przeciągała się nawet do kilkunastu minut, zacząłem go szukać. Co ciekawsze, nie odszedł za daleko. Wszedł do oddzielnego pomieszczenia w stajni, w którym trzymało się wszystkie niezbędne przedmioty do ujeżdżania i czyszczenia koni. Okazało się, że chłopak położył głowę na swoim zwierzaku, okrył się kocem i… spał. Po prostu spał. Czyli, że gdy ja ciężko pracowałem, on sobie uciął drzemkę, zapewne sądząc, że wszystko zrobię za niego. Cóż, byłem miłym człowiekiem, który rzadko się odzywa, gdy ma z czymś problem, ale to nie oznaczało, że się nie denerwowałem. Wręcz przedziwnie, w większościach sytuacji, w których powinienem pokazać, że coś mi się nie podoba, ja wybuchałem złością. Podobnie jak teraz, ale zamiast skrzyczeć chłopaka, postanowiłem go zignorować.
Wróciłem do pracy. Wywalanie obornika trwało niecałą godzinę. Czemu tak krótko? Połowę tego zostawiłem dla Arche. Gdy skończyłem wyrzucać na pryzmę połowę łajna, zawitałem szybko do Gatty, informując ją, że właśnie skończyłem wyrzucać SWOJĄ część odchodów, a teraz biorę się za czyszczenie połowy koni w stajni. Nic nie powiedziałem do lenistwie chłopaka, wiedziałem, że jeśli teraz nie zrozumie (a raczej zrozumie), to stanie się to, gdy przyjdzie do stajni.
Po powrocie Arche dalej słodko drzemał w kantorku. Zawinąłem stamtąd pudło ze szczotkami i ruszyłem oporządzić konie.

<Arche? Nie ma tak łatwo>

Ozyrys CD The Beast

- Przemyślę to – powiedział już drugi raz w ciągu tak krótkiego czasu. Mężczyzna nie wyglądał na zaskoczonego moją odpowiedzią, wyglądał, jakby się jej spodziewał. Mimika twarzy się nie zmieniła, a on tylko skinął głową, poprosił o jak najszybszą odpowiedź, po czym wyszedł z namiotu. Wyszedłem chwilę po nim, kierując się w przeciwną stronę.
Przemyślenie propozycji to było za mało. Musiałem przeanalizować każde słowo. Musiałem być pewien, że zdoła mi pomóc, bo jeśli nie podoła zadaniu, ktoś na pewno na tym ucierpi. Jego pewność siebie mi nie wystarczyła, znałem wielu ludzi hardych, którym nie straszne żadne podboje ludzkości, ale gdy na ich drodze pojawiały się problemy związane z innymi ludźmi, polegali. Mężczyzna na pewno mi w pewnym sensie zaintrygował, gdy mówił i prezentował swoją moc. Mimo, iż całkowicie odbiegała od mojej, jego była równie śmiercionośna, co moja (może jego bardziej, przez ogniem możesz uciec, ale ciężko to zrobić przed nadlatującym ostrzem, który tylko mignie w blasku słońca lub księżyca, nim cię dopadnie), więc byłem pewien, że wie, co może ryzykować. Zastanawiało mnie, ile krył ran i blizn po nauce.
- O czym myślisz? – usłyszałem chłopięcy głosik, gdy siedziałem w bufecie i wbijałem widelec w gotowaną marchewkę. Uniosłem głowę, przede mną usiadł Doll.
- Dostałem ciekawą propozycję od takiego jednego cyrkowca – wyjaśniłem. Mimo, iż był dzieckiem, w jakiś sposób szybko dorastał. Może to te wszystkie problemy, z jakimi borykał się od małego sprawiły, że gdy się ich pozbył, wyglądał na bardziej dorosłego niż był. A może szybko rósł. – Zaproponował mi współpracę. On mi pomoże nauczyć się panować nad żywiołem, a ja mu urozmaicę występy – wyjaśniłem chłopcu, który właśnie przeżuwał pieczonego ziemniaka.
- Brzmi rozsądnie.
- A jak ryzykownie – chłopiec przyznał mi rację.
„Co on powiedział?”, zapytałem samego siebie w myślach. „Albo porzucę siebie i skupię się wyłącznie na mocy, albo wziąć za to odpowiedzialność”. Niedokładnie wiedziałem, jak miałem to rozumieć, ani jak porównać do mojego aktualnego stanu. Porzucić siebie? Nawet, gdybym próbował, wyplewił z siebie całe swoje dzieciństwo, wszystkie przykre wspomnienia, zniszczył chłopca Joshu’e Lucida Sardothierna i stał się prawdziwym Ozyrysem, bogiem życia i śmierci, wizje i myśli, które nie dają mi spokoju i sprawiają, że mam ochotę wziąć tabletki nasenne, powrócą w snach. Wiedziałem o tym. To było zbyt głęboko zakorzenione, prędzej odrodzę się jako nowy feniks niż usunę całą swoją przeszłość. 
Więc może wziąć odpowiedzialność za to? Zmierzyć się ze swoimi lękami, zniszczyć je gołymi rękami, pokazać kto jest panem tego ciała i tej duszy oraz zawładnąć swoim darem. Brzmiało to najrozsądniej, ale… mniej możliwe niż pierwsza opcja. 
- A podjąłeś już decyzje? – Doll wyrwał mnie z zamyślenia. Zauważyłem, że prawie nie tknąłem swojego jedzenia. Nie miałem apetytu, chłopiec za to wręcz przeciwnie. Chciałem mu oddać swoją porcję, ale podziękował, twierdząc, że nie może sobie pozwolić na dodatkowe kilogramy.
- Jeszcze nie – przyznałem, prostując się na krześle i odkładając sztućce.
- Gdybym ja nie podjął właściwej decyzji, prawdopodobnie by mnie tu nie było – powiedział to z lekkim uśmiechem, w którym dostrzegłem smutek, ale także dumę. Odwzajemniłem go, posyłając mu ciepły pozytywny wyraz twarzy.
- To prawda.
Doll wykonał ważny krok w swoim życiu jeszcze w odpowiednim momencie. Dla niego jest szansa na lepsze życie. Ja uciekłem z domu zdecydowanie za późno. Może, gdybym trafił tu w wieku podobnym do niego, grałbym na scenie, jako wielka gwiazda tańcząca w ogniu, ale zamiast tego, szukałem pomocy w ujarzmieniu żywiołu. Chłopiec nie zapomina o tym, co się wydarzyło. Widzę, że korzysta z tych wspomnieć, aby stać się silniejszym. Każdego dnia obserwuje, jak Doll nie tylko rośnie zbierając dodatkowe centymetry, ale rośnie jego odwaga i duma. Nie stoi w miejscu, jak ja. Idzie na przód.
- Ja bym na twoim miejscu się zgodził na każdą pomoc – powiedział po skończonym posiłku. Spojrzałem na jego bladą twarzyczkę, która w dalszym ciągu się do mnie uśmiechała. Po chwili wstał o oznajmiając, że idzie pomóc Orionowi w jakiejś bardzo ważnej sprawie, zniknął z bufetu, pozostawiając mnie z własnymi myślami. 
Może to chłopiec przeważył szalę, a może to było już ustalone z góry. Potrzebowałem pomocy, chciałem jej, a oferta zaproponowała przez The Beast’a nie wyglądała na podejrzaną, a nawet na korzystną. Mi nie zależało na występach czy popularności. Chciałem tylko podziękować cyrkowi za dom, podziękować tym wszystkim ludziom, że jeszcze się mnie nie pozbyli, karmią mnie i dają mi dach nad głową. Odwdzięczyć się mogłem tylko w jeden sposób: sprawiając, że ludzie będę szczęśliwi oglądając moje sztuczki. Moim celem było uszczęśliwianie ludzi, aby widzieli więcej dobra na świecie, niż ja kiedyś. 
Ale potrzebowałem do tego pomocy.

<The Beast? Czas zawrzeć współpracę>

17 lip 2022

Ozyrys CD The Beast

- Posłuchaj, zrobimy mały eksperyment – zaczął mówić. – Zawsze uciekasz do miejsca, w którym jest przestrzeń i niczego nie możesz spalić. Spróbuj teraz poćwiczyć tutaj – obrócił ręką wokół siebie, wskazując na cyrk, na kolorowe namioty i tak samo barwne dekoracje, które nadawały temu miejscu charakteru. – Może jak twój umysł będzie wiedział, że tutaj istnieje pewne ryzyko, to może bardziej się skupisz i mocniej utrzymasz swoją moc w ryzach – Red zacisnął dłonie, pokazując mi, jak mocno powinienem trzymać swój płomień. Popatrzyłem na niego niepewny pomysłu, a nawet z lekkim rozbawieniem, że wierzył w to, co mówił. – Musisz zwalczać ogień ogniem – dodał jeszcze, a ja zwiesiłem głowę, by nie zobaczył mojego uśmiechu. Tak samo mówił kierowca audi, który zatrzymał się na szosie i postanowił zabrać zmokniętego nastolatka z drogi i podwieźć go, gdzie będzie chciał, a przywiózł go do pobliskiego miasta. Ten kierowca nie wiedział, że zwalczając ogień ogniem będzie go na tyle dużo, że mogą spłonąć wszyscy wokół. 
- Mi też się ten pomysł nie podoba – przyznała Gatta, kładąc mi dłoń na prawym ramieniu, jakby czytała mi w myślach. – Ale jesteś tu od dwóch lat i trzeba coś z tobą zrobić – dodała, nim oddaliła się na bezpieczną odległość, obserwując mnie jedynie ciemnymi oczami, w których widziałem zalążek nadziei. Szkoda, że ja jej nie miałem. 
- No dalej, spróbuj wykonać jedną, małą sztuczkę – zachęcał mnie Red. 
Westchnąłem, wiedząc, że nie mam z nim szans. W porównaniu do mnie, on tryskał energią, uśmiechał się do każdego i biło od niego tak pozytywną aurą, która sprawiała, że ciężko mu było odmówić; dlatego dzieci były jego małymi ofiarami, które zawsze robiły to, co kazał.
Wyciągnąłem srebrną zapalniczką i popatrzyłem na nią dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy pierwszy raz ją kupiłem. Pomyślałem sobie wtedy „Ona mi pomoże, będzie lepiej” i aktualnie pomagała mi tylko stworzyć ogień. Nie pomagała mi w okiełznaniu go, chodź bardzo tego pragnąłem. 
Przesunąłem dłonią nad zapalniczką, a potem nad płomieniem, zabierając go stamtąd. Schowałem szary przedmiot do kieszeni i spojrzałem na Reda, który tylko gestem ręki zachęcił mnie do dalszego wykonywania planu. Skierowałem wzrok na ogień, a następnie drugą ręką przesunąłem nad płomień. Czerwone ślady przechodziły między moimi palcami, zmieniały swoje położenie, aż w końcu nie uformowałem z ognia małego królika.
Dlaczego zawsze tworze króliki?”, zapytałem samego siebie, ale nie odpowiedziałem na to, tylko stworzyłem drugiego do pary i wypuściłem je w powietrze. Zwierzaczki skakały w powietrzu, odbijając się od niewidzialnego podłoża, kierowane moimi dłońmi. Na razie było dobrze. Z początkami nie miałem problemu, kiedy już zacząłem, mogłem spokojnie kontynuować, problem pojawiał się po kilku minutach, kiedy moje ręce zaczynały się robić ciepłe.
Red się uśmiechał i klaskał, widocznie był ze mnie dumny. Gatta stała obok i tylko się uśmiechała, obserwując ogniste zwierzęta, które tańczyły w powietrzu. Nagle mój wzrok dostrzegł tłum; był on niewielki, kilku cyrkowców i pracowników stanęło kawałek ode mnie i mi się przyglądali. Niektórzy obserwowali ognisty taniec nade mną, a inni patrzyli się prosto na mnie. Czując na sobie ich spojrzenia, zacząłem się pocić. Wydawało mi się, że jest mi okropnie gorąco, jakbym stał w ognistym kręgu. Oczami wyobraźni zobaczyłem na ich twarzach szydercze uśmiechy i słyszałem słowa: Nie uda się jak zawsze. Tak naprawdę ja sam je wypowiedziałem pod nosem i to był początek końca. Moje dłonie stanęły w ogniu i tym razem naprawdę zaczęły się palić. 
Cofnąłem ręce i zgasiłem na nich ogień siłą umysłu, w efekcie czego czerwone, ogniste zwierzęta, które przed chwilą niosły radość i pociechę, teraz wybuchły, pozostawiając po sobie jedynie siwy dym, który wiatr rozniósł po całym terenie. Ludzie zaczęli kasłać, przyduszeni dymem, a ja machałem dłonią przed siebie, aby go odegnać. 
- Nie było tak źle – usłyszałem Reda, który chował nos pod koszulką. Podszedł do mnie i poklepał mnie w plecy. – Niczego nie podpaliłeś, więc uważam plan za udany – chciał mnie pocieszyć. Nie czułem się z tym wszystkim najgorzej, rzeczywiście nic nie stanęło w płomieniach, zamiast tego wszystko otaczał duszący dym, który piekł w nosie i gardle, jeśli się go wciągnęło. 
- Ta – tylko tyle zdołałem z siebie wydusić. 
Wszyscy opuścili to miejsce, miało ono zostać puste, do czasu, aż wiatr odgarnie cały dym i zaniesie go w inny zakątek świata. W tym czasie postanowiłem posprzątać główny namiot, wiedziałem, że po ćwiczeniach niektórzy pozostawiają po sobie okropny bałagan. Nikt mnie nie prosił o pomoc, jak wcześniej, teraz robiłem to z przyzwyczajenia. Czułem się również potrzebny, wiedziałam, że chociaż sprzątanie po innych mi dobrze idzie.
Kto by pomyślał, że podczas chowania obręczy spotkam nowego członka trupy, który zaoferuje mi przedziwną współpracę.

(...)

Popatrzyłem na niego, potem na wyciągniętą dłoń i znowu na niego, w jego chłodne oczy. Poczułem się tak samo, jak miałem dziesięć lat, gdy starszy „kolega”, zawieszany przez dyrektora już dwa razy, zaproponował mi coś na „rozluźnienie” – czułem obawę, zmieszaną z ekscytacją. Niestety wtedy jak i teraz znałem konsekwencje słowa „tak”, a mimo tego długo milczałem. Być może za długo, bo na jego twarzy zaczynało pojawiać się zniecierpliwienie, jednak mi zabrakło języka w gardle. Starałem się w tym czasie uzmysłowić sobie, jak on to sobie wyobraża. Byłem chodzącą ognistą destrukcją, wystarczył jeden nieodpowiedni krok, gest, dźwięk, a wszystko mogło stanąć w ogniu. Ogień był równie niezrównoważony co ja. Czy on naprawdę chciał ryzykować i współpracować ze mną?
- Muszę to przemyśleć – mimo strachu, nie odmówiłem. Dlaczego? Zainteresował mnie, twierdząc, że pomoże mi z moja mocą. Wiele osób już próbowało i tak naprawdę dzięki nim ten cyrk jeszcze stał i nikt nie leżał w szpitalu poważnie poparzony, niestety to było wciąż za mało, abym nie tracił kontroli. Sam sobie nie potrafiłem pomóc, wiedziałem, że potrzebuje nauczyciela, ale znalezienie kogoś z podobną mocą było jak szukanie igły w stogu siana. Chociaż on również się na niego nie nadawał (a może?) to jednak czułem, że każda pomoc mi się przyda.
Jednak czy chciałam ryzykować taką pomocą z obopólną korzyścią? Cóż, teoretycznie w taki sposób działa świat, ale praktycznie mogę komuś wyrządzić krzywdę. Jeśli nie jemu, to sobie lub komuś pobocznemu. Musiałem przemyśleć tą współpracę.
- Rozumiem – chłopak cofnął rękę, której nie zamierzałem na razie uścisnąć, w geście przyjęcia współpracy. Nie teraz, nawet nie wiem, czy kiedykolwiek. – Gdy się namyślisz, daj znać. Jestem pewien, że propozycja jest interesująca i dla ciebie bardzo korzystna – mimo, iż na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, jego oczy były zimne. – Spotkajmy się tu jutro o tej samej porze – dodał jeszcze. Gdy pokiwałem głową, mężczyzna pożegnał się krótkim gestem dłoni, odwrócił się i ruszył w swoją stronę. Ja w tym czasie stałem i patrzyłem na jego plecy, czując się podobnie jak za młodu. Ten sam, silny i nieustępliwy charakter, jednocześnie dający ci do zrozumienia, że twoje życie nie ma znaczenia, odczuwałem po każdym powrocie ze szkoły do domu. To samo chłodne spojrzenie i mocny ton głosu, któremu ciężko jest się przeciwstawić. Nawet ten uśmiech, który był tylko namalowany na jego jasnej twarzy, nie był szczery – jego oczy go zdradzały.
Prawdopodobnie nie każdy wyglądał i zachowywał się jak moja matka. Powiedziałbym nawet, że nikt nie był jak ona, to tylko duchy przeszłości, kryjące się gdzieś z tyłu umysłu i dające o sobie znać prawie na każdym kroku i w każdej możliwej sytuacji, która wydawała mi się bez wyjścia. Czy ta się taka wydawała? Owszem. The Beast był… trudny. Jakaś część mnie czuła, że przeciwstawianie się mu to zły pomysł, z drugiej strony wiedziałem jednak, że lepiej narazić się jednej osobie, niż potem być sprawcą wielu pogrzebów.
- The Beast – zatrzymałem go, nim wyszedł z namiotu. Stanął i odwrócił w moją stronę głowę. W jego oczach zauważyłem ciekawość, kiedy w moich kryła się od dziecięcych lat ta sama niepewność, czy moja decyzja jest słuszna. Cyrkowiec czekał cierpliwie, aż do niego podejdę. – Chciałbym najpierw usłyszeć te szczegóły – wyjawiłem, ściskając lekko pięść w swojej lewej dłoni i ją chowając. Nie chciałem go uderzyć, taka myśl nawet nie pojawiła się w mojej głowie. Musiałem tylko w jakiś sposób rozładować swój stres, który pojawił się znikąd. – Ale nie na temat współpracy. Nie podejmę jej, póki nie nauczę się korzystać z mocy. Dlatego chce wiedzieć, jakbyś mi pomógł opanować to – powiedziałem. Niezależnie od tego, co powie, przyjmę jego ofertę, a raczej próbę pomocy, w opanowaniu mojego ognia. Wiedziałem jednak, że póki ogień będzie wybuchał albo opadał na przedmioty łatwopalne, nigdy się nie zgodzę. Nie chciałem ryzykować.

<The Beast? Próbuj>

14 lip 2022

Ozyrys CD Arche

Nic nie odpowiedziałem. Unikałem jego spojrzenia, chcąc albo stąd zniknąć, albo wszystko podpalić. Okazało się, że z czasem zamiast uciekać, miałem ochotę wszystko niszczyć. 
- Ech… - chłopak westchnął po długiej chwili milczenia. Czułem na sobie wzrok jego pupila, któremu podpaliłem ogon. Czy on naprawdę musiał tam wtedy być? Chyba wolałbym już przypadkiem podpalić skrawek ubrania jakiegoś człowieka, on by mnie chociaż nie ugryzł. Chyba. – Widzę, że nie odpowiesz. Idź już, muszę się zająć Ayo i jego ogonem – powiedział oschle. Nie dając żadnego znaku, że go słucham, wyszedłem prędko z jego namiotu, a następnie przetarłem zmęczoną twarz dłońmi. Teraz zamiast wstydu odczuwałem ogromne zmęczenie.

*

Następny dzień rozpoczął się tak, jak zawsze – od szklanki gorącej herbaty i pożywnego śniadania, które dzisiaj składało się z dwóch kanapek z zieleniną. Zjadłem je z Doll’em, który szybciej niż ja wyszedł z bufetu, ponieważ umówił się z Orionem na wcześniejszy trening. Ja w przeciwieństwie do niego zamiast iść na swój „trening”, który aktualnie źle mi się kojarzył i chciałem go odkładać najdłużej jak się da, poszedłem do Gatty. Dokładnych instrukcji nie dostaliśmy, mieliśmy pomagać Gattcie i Layli, ale w czym, kiedy, gdzie i jak – zero informacji. Postanowiłem więc zawitać do treserki już z samego rana. Ta jednak nie ucieszyła się na mój widok.
- Średnio podoba mi się pomysł Pika, abyś mi pomagał. Nie potrafisz zadbać o siebie, a co dopiero o zwierzęta – powiedziała szczerze, na co ja tylko się zaśmiałem i speszony, przyznałem jej rację. Obserwowałem jak karmi tygrysice, była przy tym bardzo ostrożna, ponieważ niedawno urodziła młode i stała się bardziej niż zazwyczaj agresywna. – Przyjdź później, to znajdę ci coś – dodała po dłuższej chwili przerwy, kiedy nasypała samicy pokarmu. Wyprostowała się i wygięła się do tyłu, jak to robię starsi ludzie, aby „rozluźnić” swój kręgosłup.
- Jasne – skinąłem głową. 
Skierowałem się więc do namiotu Layli, ale okazało się, że dziewczyna jeszcze spała. Moje przybycie jej nie obudziło, dlatego po cichu się wycofałem i przez moment stałem jak słup soli, zastanawiając się, co mam teraz ze sobą zrobić. W końcu ruszyłem do głównego namiotu.
Już z samego rana w namiocie głównym pojawiali się cyrkowcy, którzy ćwiczyli swoje stare lub obmyślali nowe układy. Usiadłem na ławce i obserwowałem akrobatów, a konkretnie, to Doll’a. Coraz lepiej sobie radził, ale wiedziałem, że Pik jeszcze długo nie pozwoli mu występować i nie z tej racji, że był amatorem (chociaż to też), ale istniało zbyt duże ryzyko, że ktoś go rozpozna. Jeśli chciał tu żyć w ukryciu, nie mógł się pokazywać.
- Ciebie Gatta też na razie wyprosiła? – usłyszałem obok znajomy głos. Odwróciłem głowę i jasnowłosego chłopaka z dwoma dużymi kotami za sobą. Na ich widok poczułem ciarki na plecach. 
- Tak – przytaknąłem mu. Westchnął i usiadł obok mnie. Przez moment trwaliśmy w ciszy. – Jak ogon? – wskazałem na tygrysa, który położył się przy nogach pana. Chłopak go pogłaskał.
- Mogło być gorzej – stwierdził, na co tylko kiwnąłem głową.
- Jeszcze raz przepraszam. Jak tracę kontrolę, to staram się przerzucić ogień na wodę, aby niczego nie podpalić. Akurat była w złym miejscu o złym czasie – westchnąłem i przetarłem zmęczoną twarz dłonią. Okazało się, że za każdym razem gdy byłem ostatnim frajerem, czułem się ogromnie zmęczony.

<Arche?>

11 lip 2022

Ozyrys CD Lacie

Wyprostuj się. Uśmiechnij się. Szerzej. Nie patrz w podłogę. Utrzymuj kontakt wzrokowy z gośćmi. Ręce z kiszeni. Wzdłuż ciała. I pamiętaj co masz mówić: „Dziękuje za wasze przybycie”.
Wspomnienia z dzieciństwa przelatywały przez moją głowę, jakby ktoś puścił nagraną taśmę i ją w kółko puszczał. Ciągle to samo, rób i mów to, co ci każą. Wszystko dla publiczności, wszystko dla stworzenia wizerunku idealnej rodziny, robisz to wszystko, bo ci każą. 
W co ja się wpakowałem. W co? W kolejny scenariusz, pisany przez kogoś mi całkowicie obcego i kogoś, kogo nie obchodzę. Z drugiej strony czemu się dziwić? Każdy z nas pracuje na własne szczęście, a ja ze swoją „pracą” i pojednaniem z ludźmi go nie znajdę.
Gdy Lacie wyszła z budynku, starszy mężczyzna zaczął mi się kłaniać. Z jednej strony cała ta sytuacja mnie przerażała, że coś sknocę, a ona obierze sygnet, który blokował klątwę. Z drugiej czułem się zażenowany cała tą sytuacją – bo znowu do niej wróciłem. Wszystko zaczynało wracać. Robiłam to, co ktoś mi kazał. Udawałem kogoś, kim nie byłem. Po prostu cudownie.
- Bardzo przepraszam, że będzie pan zmuszony czekać – mężczyzna mnie przepraszał, a ja to puszczałem mimo uszu. Jego słowa zbytnio do mnie nie docierały, zaczynałem się czuć tak, jakby wszystko, co działo się wokół mnie, nie miało znaczenia. Pierwszy raz w życiu nawet uciszyłem mężczyznę uniesieniem ręki, tak, jak to zawsze robiła moja matka. Miała przy tym poważną minę, której nikt się nie przeciwstawiał. Nieświadomie musiałem wyglądać tak samo, ponieważ starszy osobnik zamilkł i tylko się mi przyglądał.
- Porozmawiamy o tym, gdy przygotuje pan papiery, do widzenia – pożegnałem się z nim oschle, nie zdając sobie sprawy, że powrót do starych czasów sprawiał, iż się zmieniałem. Teraz tego nie odczuwałem i nie zauważałem.
Gdy wróciłem do Lacie, zapytała mnie jeszcze, co tak długo tam robiłem. Po wyjaśnieniu, że mężczyzna mnie przepraszał, ta tylko skinęła głową i pozwoliła mi odejść, nakazując mi wrócić do niej z samego rana – ponoć miała dla mnie kolejne zadanie. Dzisiaj jednak za „dobre spisanie się” mogłem odetchnąć (od niej).
Powrót do cyrku minął mi szybko, głównie z tego względu, że wbiłem wzrok w ziemie i przeniosłem się do swojego małego świata, który każdy z nas ma, nawet nieświadomie. Nie myślałem o niczym, przynajmniej tak mi się wydawało, gdy znalazłem się u siebie, ale wieczorem przypomniałem sobie, że główkowałem, jak z tego wybrnąć. Nie widziało mi się drugi raz tkwić w tym samym szambie, musiałem się jakoś z tego wykaraskać. Tylko jak?
- Co cię gnębi? Co się dzisiaj stało? – Doll wyrwał mnie z zamyślenia. Zerknąłem na niego. Nie chciałem z nim rozmawiać, a mimo tego jego dziecięca buźka jakoś mnie otworzyła.
- Nic konkretnego. Elegancko się ubrałem i udawałem, że chce kupić lokal – chłopiec usiadł obok mnie.
- Nie rozumiem, ona nie mogła tego zrobić?
- Chyba nie chciał rozmawiać z kobietami – Doll tylko pokiwał głową, po czym zaproponował grę w karty. Zgodziłem się bez namysłu. Potasował je i zaczął rozdawać.
- A jak ręce? – wskazał na moje dłonie, na które również przeniosłem wzrok.
- Dała mi sygnet, który blokuje klątwę – wskazałem na niedużą biżuterię na palcu. Chłopak uważnie mu się przyjrzał.
- Czy klątwy nie zdjęła – pokręciłem głową. – Przynajmniej wiesz od czego musisz zacząć – dodał, kończąc rozdawać karty. Usiadł naprzeciwko mnie, gotowy do gry. Wziąłem swoją talię do rąk.
- W sensie?
- Mówisz, że chcesz się od niej uwolnić, ale na razie trzyma się na smyczy przez ten sygnet. Musisz się pozbyć klątwy, abyś nie był od niej zależny – poparzyłem na niego trochę zdziwiony i kiedy ja trawiłem to, co mówił, on wyłożył karty.
- Jesteś taki mały, skąd masz w głowie tyle mądrości? – powiedziałem to bardziej do samego siebie, niż do niego, ale Doll tylko w odpowiedzi się uśmiechnął i wzruszył ramionami, przypominając mi, że teraz moja kolej zagrać w karty. 
Podczas całej rozgrywki zastanawiałem się, jak mam zdjąć klątwę. Była ona rzucona przez jakaś wiedźmę, której w ogóle nie znałem i która zamiast ją zdjąć, dała mi coś, co ją blokowało i na dodatek nie miałem pojęcia czy to dlatego, że była leniwa, czy chciała mieć na mnie haczyk, czy może tej klątwy nie dało się znieść. Nie, musiało być jakieś wyjście. Postanowiłem sobie, że po jutrzejszej pracy u Lacie zacznę szukać kogoś, kto mi w tym pomoże. Doll również zaoferował swoją pomoc, mówiąc, ze wypyta niektórych ludzi z cyrku. 
Lacie – szykuj się. 

Lacie?

27 maj 2022

Ozyrys CD Doll

Popatrzyłem na niego. Był małym, uroczym i bezbronnym dzieckiem, miał delikatny głosik i jednocześnie spokojne oraz rozweselone spojrzenie. Nie potrafiłem zrozumieć, jak coś tak bezkonfliktowanego i młodego może mieć powód do ucieczki z domu - szybko się zbeształem za te myśli. Najwidoczniej miał powód niezależny od niego, tak samo jak ja miałem powód, z ta różnicą, że on miał więcej odwagi stawić temu czoła i uciec. 
- Nie musisz dziękować, na prawdę. Podejrzewam, że każdy by zrobił to samo na moim miejscu - odparłem widząc jego delikatny uśmiech. 
- Nie wiadomo - swierdził, wsadzając sobie do ust wbitą rybę na widelcu. Resztę obiadu spędziliśmy w ciszy. Gdy skończyliśmy, zabrałem go na próbę treserów zwierząt, aby mógł zobaczyć jakieś sztuczki. Mimo, iż niektóre nie wychodziły, z jego twarzy nie schodził uśmiech. Chciałem, aby tak było już zawsze. Odwrócona mina wcale mu nie pasowała. 
- Wiesz co? Jestem pewny, że kiedyś też wystąpisz ze zwierzętami - powiedziałem.
- Serio? - pokiwałem głową.
- Smiley potrafi robić te wygimnastykowane sztuczki na galopujących koniach - wyjaśniłem.z jego ust wydobywał się dźwięk zachwytu.
- Więc musze dużo ćwiczyć - odparł z dumą, a ja mu przytaknąłem.

*

Długo nie mogłem zasnąć. Chociaż byłem zmęczony, nie byłem senny. Przewracałem się z boku na bok, kiedy chłopiec już dawno temu zasnął. Może to przez nadmiar myśli, jakie buzowały w mojej głowie? Jakoś nie chciałem znać odpowiedzi na to pytanie. Leżałem na plecach z zamkniętymi oczami, mając nadzieję, że sen w końcu sam przybędzie i kiedy poczułem się senny, nagle coś usłyszałem. Były to ciche kroki zaraz przy namiocie. Raczej nie powinienem się tym przejmować, w końcu w cyrku jest bardzo dużo osób, może to być każdy kogo znam. Mimo tego poczułem wewnętrzny... niepokój. Może było to spowodowany tym, że był środek nocy, tajemnicza osoba szła nadzwyczaj blisko mojego namiotu i nagle stanęła na przeciwko wejścia. Uniosłem się powoli na łokciach i zamarłem, gdy nieznajomy stał przy namiocie. Poczułem się jak w koszmarze, w którym chociaż nie widzisz potwora, czujesz jego obecność i wiesz, że jeśli wykonasz jeden niewłaściwy ruch, skoczy na ciebie i pożre w całości. 
Teraz było podobnie. Nie ruszałem się i tylko obserwowałem, kiedy zza materiału wysunąła się dłoń. Chwyciła skrawek namiotu, rozszerzyła wejście i do środka ktoś wszedł. Momentalnie podniosłem się, mimowolnie zaczynajac się trząść. Było ciemno, wiec nie widziałem kto to był. Wyciągnąłem dłoń przed siebie i zapaliłem płomień, który rozjaśnił trochę namiot. Przy wyjściu stała postać, ubrana na czarno, ukrywała swoją twarz w kominiarce, a w jej dłoni po chwili pokazał się pistolet. Zamarłem. Jeśli sądził, że pistoletem się obroni, mylił się. Nie musiał się nawet przede mną bronić, bo ze strachu nie potrafiłem się ruszyć. Obserwowałem go tylko, jak unosi palec wskazujący do ust, aby daź mi do zrozumienia, że miałem być cicho. Przełknąłem ogromną gulę w gardle i tylko pokiwałem głową. Postać, prawdopodobnie mężczyzna, patrząc na jego posturę, zbliżył się do śpiącego Dolla i spojrzał na jego twarz. Po chwili sam do siebie pokiwał głową, jakby się czegoś spodziewał. 
W tym momencie walczyłem z samym sobą. Okropnie się bałem tego człowieka, nie znałem go, miał przy sobie broń, był dwa razy ode mnie większy i budził we mnie strach. Nie chciałem się ani ruszać, ani odzywać, chciałem sprawić, aby zapomniał o moim istnieniu. Z drugiej jednak strony gdy obserwowałem, jak nachyla się nad Dollem, nie chciałem, aby mu sie coś stało. Czułem, że jest w niebezpieczeństwie. Problem leżał tylko w tym, że nie wiedziałem, jak mamy się bronić. Jeśli chce użyć płomieni, musze być opanowany, a w aktualnym stanie całe moje ciało się trzęsło.
Po chwili mężczyzna wyciągnął białą szmatkę z kieszeni i przyłożył ją do twarzy chłopca. Doll otworzył oczy i widząc zamaskowaną postać, zaczął się szarpać, ale mężczyzna go z łatwością przydusił do łóżka.
- Zost... - odezwałem się i w tym samym momencie nieznajoma postać skierowała w moją stronę broń i ją odblokowała.
- Zamknij się - gdy usłyszałem jego niski głos, mój ogień zgasnął. Nie porafiłem go z powrotem zapalić i kiedy walczyłem sam ze sobą, aby znowu rozświetlić namiot, Doll przestał się szamotać. Mężczyzna go uśpił. Wtedy odwrócił się w moją stronę i podszedł bliżej. Skierowałem swój zwrok z dłoni na niego i wtedy mocno uderzył mnie w brzuch. Zgiąłem się w pół i upadłem na kolana. Uniosłem jeszcze głowę do góry, aby zobaczyć w ciemnościach, jak nieznajomy chwyta chłopca, przerzuca go sobie przez ramię i wychodzi z namiotu.
Wiedziałem już, że zawaliłem po całości. 

<Doll? Co dalej?>

23 kwi 2022

Oryzys CD Arche

W bufecie dzisiaj podawali wegetariańskie danie, czyli pieczone ziemniaki z marchewką. Mimo, iż nie byłem fanem warzyw, ten obiad bardzo mi posmakował, nawet na tyle, że przestałem się martwić wydarzeń sprzed kilkudziesięciu minut. Te zwierzęta... chociaż chłopak zapewniał, że są spokojne, jedno z nich było zainteresowane swoim panem, a drugie chyba kwiatkiem, wyrastającycm z ziemi, nie wierzyłem mu. Każdy tak mówi o swoim pupilku. Ile razy spotkałem się z sytuacją, jak właściciel zapewniał, że jego słodka, futrzana kuleczka miłości nie jest w stanie nikogo ugryźć, a potem ktoś, najczęściej ja, padałem ofiarą tego ugryzienia? Będzie chyba z pięć razy. I żeby nie było, niczego im nie zrobiłem. Dwa na prawdę były agresywne, pozostałe trzy były przypadkami. Jeden gryzł się z innym psem i kiedy słabszy zaczął uciekać, wpadł na mnie i ze strachu udziabał mnie w rękę. Drugi własnie wychodził od weterynarza po kastracji i chyba był świadomy, co mu zrobili i chcąc wyładował na kimś swoją złość, ugryzł mnie w kostkę (chociaż tak na prawdę jakaś kobieta popchnęła mnie na niego). Trzeciego psa już nie pamiętałem, bo byłem mały, ale do dziś mam ślad zębów na udzie. A tygrysy są gorsze od psów...
Po obiedzie postanowiłem poćwiczyć. Jak zawsze poszedłem w swoje ulubionego miejsce, czyli nad jezioro, gdzie był stały dostęp do wody, która ugasi pożar, jaki wywołam. Znalazłem się tak po jakichś dwudziestu minutach. Cisza i spokój - idealne warunki dla kogoś tak płochliwego, jak ja. Wyciągnąłem ręcę i zacząłem ćwiczyć.
Musiałęm to sobie przyznać, każdego dnia szło mi coraz lepiej. Jednak to nie oznaczało, że chociaż raz w tygodniu nie traciłem kontroli. Akurat dzisiejszy dzień był tym, w którym straciłem. Często nie potrafiłem wyjaśnić, co powodowało nagłe trzęsienie się rąk, które były pierwszym objawem utraty kontroli. Nie chcąc niczego podpalić, szybko odrzuciłem latające płomienie na ziemię, w kierunku wody, jednak los znowu zrobił ze mnie osła.
Niech ktoś mi powie, jakim cudem można nie zauważyć wielkiego tygrysa, pijącego wodę z jeziora? Niech ktoś mi powie, jakim trzeba być półmózgiem, aby takiemu zwierzęciu przypadkowo podpalić ogon?
Nigdy tak szybko nie uciekałem przed niczym, jak dzisiaj. Rozzłoszczony tygrys, zaraz po ugaszeniu ogona w wodzie, zaczął mnie gonić. Chociaż uciekałem ile sił miałem w nogach, zwierzę szybko mnie dopadło, a ja zacząłem krzyczeć. Tygrys wbił zeby w moją łydkę, a ja mimowolnie rozsiałem wokół siebie ogień, który ufmorował sie w ścianę. Zwierzę było ode mnie odcięte, ale nie wiedziałem, na jak długo. Stworzyłem ogniste ściany wokół siebie, znajdujać się wtedy w czyms, na wzór zamkniętej bariery. Zwierzę krążyło wokół ognia i czekało, aż jakiś płomieć go przepuści.
- Pomocy!
Na ratunek przyszła mi Layla. Potem się okazało, że miejsce, w jakim się zanjdowałem, miała przeznaczyć na nowe zabawy dla najmłodszych, a widząc ogień, szybko pognała w jego stronę. Uspokoiła zwierzę i zapewniła mnie, że nic mi już nie grozi. Nie wierzyłem jej, ale nie byłem już w stanie kontrolować ognia. Zabrałem płomienne ściany, a tygrys posłał mi mordercze spojrzenie.
- Jak to się stało?
- Przypadkowo podpaliłem mu ogon. Ale to był stuprocentowy przypadek! Nie widziałem go jak stał przy brzegu, jego jasne futro jakoś się zlało z wodą i... - zabrakło mi tchu. Dziewczyna kucnęła obok mnie i kazała głęboko oddychać. Potem spojrzała na ranę i skrzywiła się.
- Chodźmy stąd - pomogła mi wstać. Trzymając mnie pod pachą, ruszyliśmy w kierunku cyrku. Zwierzę szło po jej stronie, nadal bacznie mnie obserwując. 
- Layla, Ozyrys, co się stało? - pierwszą osoba, jaką spotkaliśmy po drodze, była Gatta. Popatrzyła na nas, potem na moją nogę we krwi, a na koniec na zwierze. - Zabije Arche... jak do tego doszło? - dziewczyna stanęła po mojej drugiej stronie i również wzięła mnie pod pachę. Wyjaśniłem jej, co się stało.
Poszliśmy do lekarza. Vivi mnie wyśmiał, że nie zauważyłem ogromnego kota przy brzegu, a Layla poszła po Pika. 
Pielęgniarz opatrzył moja ranę i twierdząc, że jeśli nie zrobię niczego podobnego, nie będzie potrzeby mi niczego amputować, owinął ranę w bandaż i dał leki przecibólowe. Od razu je wziąłem. Gdy zjawił się Pik, ruszyliśmy do namiotu właściciela tego tygrysa.

 - Czemu tutaj jesteście? Szukacie czegoś? - zapytał zaspany chłopak. Pik podszedł do niego, potem kazał mi podciągnąć nogawkę spodni.
- Twój tygrys ugryzł go w nogę - wskazał na moje bandaże.
- Ale przypadkiem - dodałem szybko, ale Pik nie był tym zainteresowany.
- Arche, nie możesz wypuszczać swoich zwierząt samopas, nawet, jeśli są niegroźne, miłe i nam pomagają, bo może zdarzyć się wypadek - jasnowłosy spojrzał na moją nogę, a potem na mnie.
- A co się stało, że cię ugryzł? To do niego niepodobne.
- Przypadkiem podpaliłem mu ogon - wypaliłem cicho, praktycznie pod nosem. Czułem, że tabletki zaczęły działać i ból stopniowo słabł.

<Arche?>

Ozyrys CD Arche

Popatrzyłem na czerwone róże, potem na żółte tulipany, a nawet na zwykłe stokrotki. W kwiaciarni była masa kwiatów, czułem ich unoszący się w powietrzu słodki zapach oraz słyszałem pszczołę, czającą się za oknem. Miałem nadzieje, że tu nie wleci, inaczej czekałaby ją rychła zguba – chyba, że sprzedawczyni okazałaby jej łaskę.
Dostałem małe zadanie, aby kupić kwiaty dla Layli. Kobieta pracowała jako animatorka i ostatnio miała ręce pełne roboty. Aktualnie wymyśliła nową zabawę dla dzieci, ale do tego potrzebne są kwiaty. Poprosiła Dague, by je kupił, ale on przekazał to zadanie mi, ponieważ jako jedyny „nie miałem co robić”. Prawda była taka, że on ćwiczył przed występem, więc dla niego ważna była każda minuta. Ja za to, że należałem do drugiej grupy, nie musiałem się przygotowywać na występ, więc moja strata była najmniejsza.
- W czymś pomóc? – usłyszałem piskliwy głosik z boku. Spojrzałem na nieco niższą ode mnie brunetkę, ubraną w zieloną sukienkę, która pasowała do całego wystroju kwiaciarni.
- Em… - na moment mnie zatkało. Tak naprawdę potrzebowałem pomocy, ale Layli. Dague, a może nawet ona, nie przekazali żądnych informacji, jakie to mają być kwiaty. Padło hasło „kwiaty” i musiałem sobie radzić sam. 
Sprzedawczyni szybko zauważyła moje zmieszanie, więc sama zaczęła prezentować to, co mieli na stanie. Goździki, astry, żonkile, gerbery, irysy, lewkonie, piwonie, mieczyki, storczyki… po chwili przestałem zapamiętywać nazwy.
- Do wyboru, do koloru – powiedziała na koniec i spojrzała na mnie dużymi, niebieskimi oczami. Przełknąłem ślinę, będąc w tej chwili całkowicie skołowany.
W końcu poprosiłem o najtańsze. 
Brunetka związała kwiaty wstążką i owinęła je jasnym papierem. Podała mi je z szerokim uśmiechem.
- Jesteś stąd? – zapytała po chwili, przerywając ciszę. – Nigdy cię tu nie widziałam, a ja znam w tym mieście wszystkich – pochwaliła się. Uśmiechnąłem się zmieszany.
- Tak, ale mieszkam w cyrku – „więc rzadko tu się pokazuje”, dodałem w myślach i wyciągnąłem pieniądze.
- Uuuuu występujesz? – pokręciłem głową. Coraz bardziej chciałem wrócić do siebie. – Pracujesz tam?
- Chyba – stwierdziłem cicho. Moje istnienie tam polegało bardziej na pomocy innych, czyli jakby na pracy, niż na występach. 
- A co robisz? – zamilkłem, nie wiedząc co powiedzieć. Po dłuższej chwili ciszy dziewczyna nie czekała już na moją odpowiedź. – Widzę, że nie chcesz powiedzieć – westchnęła. – Więc kiedyś cię tam odwiedzę i sama sprawdzę – zaproponowała z szerokim uśmiechem.
- Czemu nie – odparłem, chwytając w ręce kwiaty. 
- Więc do zobaczenia!

Wróciłem do cyrku i szybko znalazłem Layle, przekazując jej informacje o zadaniu, jakie dostałem od Dague.
- A to leń – prychnęła i spojrzała na kwiaty, których nazwy nie pamiętałem. – Wolałabym tulipany, ale irysy też mogą być – stwierdziła. – Ile jestem ci winna? – gdy się rozliczyliśmy, Layla opowiedziała mi trochę o nowej zabawie, a następnie została zawołana przez Pika. Pożegnawszy się z animatorką, ruszyłem w kierunku bufetu, aby wypełnić czymś pusty żołądek.
Zauważyłem nagle, że w moim kierunku zmierzał jakiś wielki kot, prawdopodobnie tygrys. Pierwsze co pomyślałem, to to, że znowu jakiś zwierzak wydostał się z klatki. Zacząłem się jednak tym poważniej martwić, kiedy zwierzak stanął przede mną i wbijał we mnie swój wzrok. Mimowolnie zacząłem się trząść, a mój mózg kreował wizje, jak zwierzę mnie rozszarpuje. Po chwili obok niego pojawił się kolejny kot. 
Tak, to chyba był mój kres.
- Ayo! Clam! – usłyszałem głos, a zwierzaki odwróciły głowy w jego kierunku. Za nimi pojawił się jasnowłosy chłopak o delikatnym rysach twarzy. – Ty jesteś Ozyrys? – zapytał, a ja tylko skinąłem głową. Wyciągnął w moim kierunku szkatułkę. – Mam przesyłkę od Gatty – spojrzałem na pudełko, ale nie podszedłem. Za bardzo bałem się dzikich zwierząt. Mimo tego wiedziałem, co to było. 
- Dzięki, zapomniałem już o niej – przyznałem z lekkim uśmiechem, nie spuszczając wzroku z tygrysa.

<Arche? Wybacz, że tyle czekałeś>

1 lut 2022

Ozyrys CD Doll

Słuchałem go i odczuwałem strach. Z każdym jego słowem, ogarniało mnie coraz większe poczucie niemocy, świadomość, że nie mogę nic zrobić, aby przerwać jego historię, czyli przerwać jego życie w tamtym miejscu. Jego historia napawała mnie strachem, ale nie takim, który każe ci brać nogi za pas. To był inny strach, uczucie, że dzieje się coś złego, a ty nie wiesz gdzie i dlaczego. Poczucie bezsilności wypełniło mój umysł i kiedy chłopak skończył opowiadać, kończąc historię czymś, co znałem za młodu, przytuliłem go. To była moja pierwsza reakcja, żadne słowa otuchy ani zdziwienie. Chciałem, a może i nawet musiałem go przytulić, chociaż jeśli miałbyś być ze sobą szczery, nie zrobiłem tego dla niego, ale dla siebie. Kiedy odzyskałem równowagę umysłu, ucieszyłem się, że odwzajemnił uścisk. Obyło się bez słów pocieszenia, spojrzeliśmy jedynie na siebie i na naszych twarzach pojawiły się uśmiechy, tyle wystarczyło – bardzo dobrze, prawdopodobnie gdybym coś powiedział, on albo ja by się rozpłakał. 
- Późno się robi. Idziemy coś zjeść? Wydaje mi się, że większość już opuściła bufet – zaoferowałem, a chłopiec pokiwał głową. Chwycił w dłonie talię kart, poprawił ją, aby żadna karta nie wystawała zza krawędzi, po czym położył ją na stolik i wziął brązową perukę. Pomogłem mu ją nałożyć oraz poprawić. Ponieważ było już ciemno, obyło się bez makijażu, a prowizoryczną sukienką stał się dłuższy płaszcz, pożyczony od jednej z pracownic. – Nawet ci w tym ładnie – powiedziałem, starając się pozbyć panującej w namiocie ciszy. Doll tylko odrzucił włosy do tyłu i posłał mi lekki uśmiech, po czym oboje opuściliśmy namiot, aby wypełnić głodne żołądki czymś smakowitym.

Minęły trzy dni, odkąd w cyrku pojawił się białowłosy uciekinier. Aktualnie sypiał w moim namiocie, ponieważ był dzieckiem. Każdego ranka malował swoją twarz, aby była bardziej dziewczęca, oraz ubierał jasnoniebieską sukienką, którą uszył mu nasz kostiumograf Shuzo. Jak na czarnowłosego krawca przystało, sukienka uboga nie była, chociaż na moją prośbę i tak zrobił coś bardziej „minimalistycznego”. Sięgała chłopcu do kolana oraz zakończona była falbankami, tak samo jak długie rękawy. Niebieski był przełamywany przez jasnoniebieskie oraz białe paski w dolnej, rozkloszowanej części sukienki. Na klatce piersiowej miała przyszyte trzy białe, nieduże kwiatki, a w talii miała wiązaną z tyłu, jasnoniebieską, szeroką wstążkę. Doll, mimo, że był chłopce, ucieszył się na widok ubrania, co mnie trochę rozbawiło. 
W sukience i peruce przemieszczał się po cyrku: w tym stroju spożywał posiłki w bufecie. W głównym namiocie, gdzie Orion udzielał mu lekcji, dostał specjalny strój, który był rozciągliwy oraz przylegał mu do ciała. Zdejmował również sztuczne włosy i o dziwo jego pomalowana twarz wcale się nie wyróżniała; ze swoim drobnym ciałem przypominał dziewczynkę o krótszych włosach. Na jego próbie byłem dwa razy, za trzecim, za namową Oriona, zostawiłem ich, a sam poszedłem nad jezioro, aby potrenować. Nie mogłem w końcu zaniedbać swoich obowiązków, Pik w każdej chwili mógł mi kazać wystąpić, pomimo moich słów, że sobie nie poradzę i wszystkich spalę.
Zacząłem od czegoś prostego, jak zawsze. Wyciągnąłem rękę naprzeciwko siebie i otwartą dłonią ku górze, stworzyłem płomień. Na początku się tlił, potem rozjaśniał, aż w końcu wyskoczył ku górze. Tworzyłem małe, płomieniste kule i podrzucałem je do góry. Po chwili zacząłem nimi żonglować, starając się żaden z nich nie opuścić, aby nie podpalić trawy. Żonglowanie akurat mi wychodzi bardziej, niż tworzenie innych ognistych sztuczek. Niestety tym publiczności nie zachwycę na długo. Po dłuższym momencie łapałem kule i niszczyłem je w dłoniach. Odetchnąłem na moment, na razie było dobrze. Kucnąłem i wytworzyłem małego, ognistego króliczka. Gdy wstałem, skierowałem go do góry i już po chwili kicał w powietrzu. Aby sobie utrudnić, wytworzyłem również dwa ptaki. Kontrolując trzy ogniste zwierzaki, zacząłem odczuwać niepokój. Jeden był prościną, dwa kazały używać dwóch rąk, ale trzeci zmuszał do podzielenia uwagi w tej sposób, aby jednego z nich kontrolować umysłem. Wszystkie stworki znajdowały się w powietrzu, królik kicał, a ptaszki kręciły się w powietrzu, a cała sceneria znajdowała się nad wodą. Kiedy byłem już pewny, że sobie poradzę, stworzyłem ognistą obręcz, przez które zwierzaki skakały. Skupiając swoją całą uwagę na magii, nie zauważyłem nawet, kiedy robiłem kolejne kroki w kierunku jeziora – spostrzegłem to, kiedy noga wylądowała w wodzie. Cały ogień zniknął, runął do wody i zgasł z charakterystycznym sykiem. Odsunąłem się do tyłu i spojrzałem na mokrego buta. Momentalnie odechciało mi się ćwiczyć.
Zawitałem do miasta. To miała być krótka wyprawa. Zaszedłem do piekarni, w której kupiłem dwa pączki. Jednego z nich zjadłem w drodze powrotnej. Uwielbiałem ten smak, on mi się nigdy nie znudzi. Piekarz, który nazywał się Newt Mergyl i był z Hiszpani, robił naprawdę cudne wypieki, a według mnie, na miejscu pierwszym były pączki. Zajadając się jednym z nich i idąc ubitą drogą, w kierunku cyrku, spostrzegłem pod ścianą jakiegoś bloku dwóch mężczyzn. Gdyby nie fakt, że bardzo przypominali tych, którzy pojawili się w cyrku i szukali Dolla, nie zwróciłbym na nich najmniej uwagi. Jednak oni mnie również zauważyli. Skrzyżowali ze mną spojrzenia, przez co szybko odwróciłem swoje. Wypełniając usta wypiekiem, starałem się o nich zapomnieć.
Wszedłem do namiotu, gdzie Doll miał ćwiczenia. Właśnie siedział na drewnianym pudle, obok Oriona i pił wodę. Podszedłem do nich, nie mając zamiaru mówić chłopcu, że ich widziałem. Zamiast tego miałem w planach poczęstować go drugim pączkiem. 

Doll?

22 lis 2021

Ozyrys CD Lacie

Nie zawiedź mnie zbyt szybko. Czy nie oczekiwała ode mnie za dużo? Zdecydowanie tak. To był jakiś żart. to wszystko było jedną, wielka pomyłką, ściągającą mnie jeszcze na głębsze dno, niż to, w którym się znajdowałem. Miałem jej załatwić lokal, zrobić zakupy, miałem zainwestować w ubrania dla siebie, jeszcze te dokumenty... jakim cudem, w jeden dzień stałem się sługą? A może każdego dnia nim byłem, tylko tego nie wiedziałem, a teraz widzę fakty przed oczami?
Jedynie wydałem z siebie cichy pomruk, że wszystko do siebie przyjąłem, po czym zacząłem jeść. W dziwny sposób nie dotarło do mnie, co miałem na talerzu. Wbiłem widelec w coś miękkiego i jadłem. To wszystko mnie przytłaczało, czułem się jak zwierzyna, która wpadła w sidła i jedyne, co jej pozostało, to czekać na mordercze psy, które może jej nie rozszarpią. Tutaj w grę wchodziła moja wolność, cokolwiek ona oznaczała. Aktualnie byłem niewolnikiem i chociaż mogło by się to komuś wydawać dziwne, bycie sługą, niewolnikiem nie było dla mnie powodem do stresu czy zmartwić. To nakład obowiązków sprawiał, że nie miałem pojęcia, za co się wziąć, jak to rozegrać, co zrobić czy nawet nie zgubić własnej osoby wśród innych ludzi. Którakolwiek z tych opcji mogła doprowadzić do niepowodzenia "misji", do sfrustrowania kobiety, a koniec końców do rozprawy sądowej. 
- Słuchasz mnie?! - moje myśli przerwał jej głos. Spojrzałem na nią. 
- Straciłeś swój czas na jedzenie - przez moment jej nie rozumiałem. W głowie został mi tylko początek jej wypowiedzi: Straciłeś. Straciłem szansę. Straciłem wszystko. I gdyby nie to, że przyjrzałem się jej talerzowi i swojemu, nie zauważyłbym, że ona już skończyła jeść, a ja tak długo "bawiłem się jedzeniem", że ledwo dotarłem do połowy.
- Nie jestem głodny - a nawet, jeśli byłem, nie czułem tego. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami, po czym wstała.
- Idziemy. Trzeba cię ubrać, bo wyglądasz gorzej od tej hałastry na zewnątrz - rzuciła tylko przelotne spojrzenie na trzech mężczyzn, siedzących po drugiej stronie ulicy na ławce i palących papierosy. Trochę mnie to uraziło, dbałem o swój strój i wcale nie wyglądałem gorzej od nich. - Rusz się - poganiała mnie. Szybko wstałem od stołu i ruszyłem za nią. Utrzymując bezpieczny odstęp od tej wiedźmy, szedłem za nią, starając się o niczym nie myśleć. Kiedyś przeczytałem, że jeśli poświęcisz koło kwadransa na to, aby poleżeć z pusta głowa, nie myśląc kompletnie o niczym, człowiek odpoczywa i czuje się jak nowy. Parę razy chciałem tego wypróbować, ale niestety w mojej głowie zawsze krążyły tysiące myśli.
Nie zauważyłem, kiedy weszliśmy do jakiegoś klepu. Wyglądał na ekskluzywny, jeśli mogłem go tak nazwać. Były duży, nie było w nim za dużo osób, a zawartością sklepu z jednej strony były garnitury, a po drugiej bogate suknie. Odczułem melancholie. Już nie raz byłem w takich sklepach, matka tylko w takich robiła zakupy. Nieprzyjemne dreszcze przebiegły mi po plecach, kiedy usłyszałem zimny głos kobiety, stojącej przy ladzie.
- W czym pomóc? - szefowa do niej podeszła i rozpoczęła rozmowę. W tym czasie rozejrzałem się po miejscu. Ono niczym się nie różniło od wcześniejszych. Czułem się, jakbym wrócił do dzieciństwa, z tą różnicą, że nie musiałem trzymać matki za rączkę i się ładnie uśmiechać. Po chwili obie kobiety podeszły do mnie. Sprzedawczyni uważnie mi się przyjrzała, po czym stwierdziła, że już coś dla mnie ma. Ruszyłem za nią. Sprezentowała mi nie garnitur, jak się spodziewałem, ale elegancką, granatową koszulę, czarne spodnie i brązowe lakierki. Jedynie wziąłem wszystko od niej i się przebrałem. Nie spojrzałem ani razu w lustro, aby się poprawić, mimo wszystko nawyki z dzieciństwa pozostały i potrafiłem elegancko się ubrać nawet po ciemku. 
- Pasuje? - skinąłem głową. Sprzedawczyni spojrzała na dziewczynę, a ta jeszcze chwilę mi się przyglądała, dokładnie wszystko oglądając, po czym również skinęła głową. Zasłoniłem kurtynę, chcąc się przebrać, ale szefowa mnie zatrzymała.
- Nie przebieraj się - westchnąłem zrezygnowany. Gdy zbierałem rzeczy, one poszły załatwić wszelkie papierki. 
Spojrzałem w lustro. Wyglądałem... jak kiedyś. I to tyle było z moim przemyśleń.
Zgodnie z planem, najpierw miałem przynieść wszystkie dokumenty dla ubezpieczyciela. Będzie zabawa...

Lacie? Daj mu się pożalić xd

9 lis 2021

Ozyrys CD Doll

Wspomnienia zawsze wracają w niespodziewanym momencie i zazwyczaj są to te złe momenty. Okazuje się, że człowiek częściej zapomina tych dobrych chwil, które może wrócą do jego głowy, gdy druga osoba mu o tym przypomni, ale sami zapamiętujemy na bardzo długo te przykre rzeczy, które wywołują u nas nieprzyjemne uczucia strachu, porzucenia, bezsilności, słabości. Czy nasza głowa nie może samoistnie usuwać te złe, a pozostawiać jedynie te dobre wspomnienia? Nie może i tak naprawdę, wychodzi z tego dobry skutek – znając coś złego i myśląc, jak można było temu zapobiec, w przyszłości możemy użyć tego jako naszą moc i zareagować w podobnej sytuacji tak, aby zakończyła się ona dobrze.
W dalszym ciągu nie pozbyłem się z głowy wspomnienia z dzieciństwa, kiedy siedziałem na zimnym krześle dyrektorki i opowiadałem, a raczej próbowałem opowiedzieć, co tak naprawdę działo się za drzwiami naszego domu. Przedstawiłem swoją matkę nie taką, na jaką się kreuje wśród innych ludzi, ale na taką, jaka była naprawdę w czterech ścianach domu. Jedyne uczucie, jakie pamiętam, to chłód. Zimne krzesło, zimne dłonie, zimny wzrok i równie lodowate co serce rodzicielki, były słowa kobiety, od której oczekiwałem pomocy. Chciałem usłyszeć ciepłe słowa wsparcia, zapewniające mnie, że już do niczego nie dojdzie, że będę ‘bezpieczny’, ale zamiast tego zostałem zmieszany z błotem. Z chłodnym błotem kłamstw, które opisały mnie jako bezdusznego i chciwego dzieciaka, pragnącego jedynie większej uwagi. 
I chociaż bałem się, jak nigdy, nie chciałem, aby kolejne dziecko zostało tak potraktowane. Nie zamierzałem być jak ludzie, od których oczekiwałem pomocy. W przeciwieństwie do nich ja naprawdę chciałem pomóc.
Ręce na nowo drżały, kiedy ruszyłem w kierunku Pika. Rozmawiał on z dwoma mężczyznami. Po twarzach uznałem, że nie byli zadowoleni, a Pik w przeciwieństwie – on się uśmiechał. Zastanawiałem się, czy podejść, czy nie. Czy nie pogorszę sprawy? Czy nie palnę czegoś głupiego? Odwaga, jaka się we mnie pojawiła parę chwil temu, momentalnie wygasła. Czułem się na nowo bezsilny i gdyby nie reakcja Pika, uciekłbym.
— Ozyrys, chodź tu — Pik machnął do mnie dłonią. Teraz nie było wyjścia. Podszedłem do nich, starając się opanować emocje.
— Coś się stało? — zapytałem.
— Panowie szukają jakiegoś uciekiniera.
— Dziesięcioletni chłopak o białych włosach, łatwo poznać — patrzyłem na wysokiego mężczyznę, wzruszając ramionami.
— Nie widziałem — skłamałem, starając się brzmieć całkowicie naturalnie, ale nie udało mi się opanować drżenia głosu. Obcy przyjrzał mi się uważniej.
— Widzicie panowie, nie było tu żadnego dzieciaka. A jeśli był, to tylko z rodzicami przy atrakcjach — Pik wskazał im kierunek, w którym powinni się udać.
— Jego ślady prowadziły tutaj, nie mógł się rozpłynąć w powietrzu.
— Może jest mądrzejszy niż wam się wydaje — zauważył szef. — W każdym razie, powtarzam, nikt go tutaj nie widział. Jeśli możecie, prosiłbym o opuszczenie tego terenu. Ten akurat jest prywatny i przeznaczony jedynie dla cyrkowców, a wy, jak się domyślam, nimi nie jesteście. No chyba, że nagle chcecie zmienić pracę — zażartował Pik. Uśmiechnąłem się lekko, a nieznajomi pozostali w swoich naturalnych, niezadowolonych minach. 
— Na pewno gdzieś tu jest i dalej go będziemy szukać — powiedział nieznajomy. 
— Proszę bardzo, tylko po za tym terenem — posłali nam jeszcze wkurzone spojrzenia, po czym jeden z nich klepnął drugiego po plecach i oboje skierowali się do wyjścia. Pik zawołał jeszcze jednego z cyrkowców, który był najbliżej i poprosił go o odprowadzenie panów, dla pewności, że nie zrobią niczego głupiego. Obserwowaliśmy jak nieznajomi znikają za namiotami, po czym Pik skierował się do mnie.
— Mały uciekinier. Więc dlatego tak desperacko chciał tu zostać — stwierdził szef. — A ty beznadziejnie kłamiesz — zauważył, na co tylko spuściłem wzrok. — Co o tym myślisz? Możemy mieć problemy, jeśli tu zostanie — podniosłem wzrok.
— A jeśli nie zostanie, to on będzie miał problemy — mężczyzna przez moment milczał.
— Polubiłeś go — stwierdził. 
— To dziecko, nie można go tak zostawić — Pik westchnął.
— Prawda — znowu na moment zamilknął. — Na pewno będą tu długo węszyć. Jeśli go znajdą, mogą nas zgłosić na policję za przetrzymywanie nieletniego.
— Wizerunek zawsze można zmienić — zaoferowałem.
— A reszta? Zgodnie z zasadami, musiałby się nam do czegoś przydać, a na razie nie może nawet się pokazywać. Jeszcze zostało powiadomienie innych cyrkowców, którzy go widzieli, o całej sytuacji — widocznie nie był tym zadowolony.
— Całkiem dobrze mu szło na szarfie. Diane mogłaby mu pomóc — podsunąłem pomysł. — Albo Smiley.
— No dobra. Załóżmy, że zostanie akrobatą. Załóżmy, że zmienimy mu wizerunek. A reszta? Nie mamy niańki.
— Ma dziesięć lat, mogę się nim zająć — Pik popatrzył na mnie lekko rozbawiony.
— Wiem, że masz dobre intencje, ale czasami sam dla siebie jesteś zagrożeniem — słysząc to, lekko się podłamałem. Wiedziałem o tym, tak samo jak cała reszta i on. Nie musiał mi tego teraz wypominać. Nie wiedziałem co odpowiedzieć, dlatego po chwili westchnął. — Cóż. I tak im powiedzieliśmy, że go tutaj nie ma, więc musi już zostać, bo nie wywalimy dzieciaka do lasu. Na razie zostanie pod twoją opieką, a potem się zobaczy. Tylko nie zapomnij o swoich obowiązkach — szybko pokiwałem głową. Aktualnie zgodziłbym się chyba na wszystko. 
Wróciłem do namiotu. Z początku się wystraszyłem, bo nigdzie nie widziałem chłopaka. Pierwsze co pomyślałem, to to, że tu nie wrócił i uciekł. Potem, że go zobaczyli, wdarli się na teren cyrku i go zabrali. 
— Doll? — odezwałem się cicho, jakbym się bał odpowiedzi. W namiocie długo trwała cisza, aż w końcu nie powtórzyłem jego imienia, tym razem głośniej. Gdy już chciałem wybiec z namiotu i zacząć go szukać, drzwiczki szafy zaskrzypiały, a spod moich ubrań wyjrzała dziecięca twarzyczka. Odetchnąłem z ulgą, a ogromny kamień spadł mi z serca.
— Poszli sobie? — zapytał, a ja tylko skinąłem głową. Po chwili białowłosy chudzielec podbiegł do mnie i mocno przytulił, aż przez moment zabrakło mi powietrza. — Mogę tu zostać? Proszę — zadarł głowę do góry i popatrzył na mnie tymi swoimi błękitnymi oczkami. Zacząłem się zastanawiać, co mu zrobili, że uciekł i tak bardzo się boi.
— Możesz — odparłem szybko, aby nie czekał. Ten się uśmiechnął i jeszcze mocniej mnie przytulił. — Tylko musisz się ukrywać. I uczyć, jeśli chcesz tu zostać — chłopak mnie puścił i szybko pokiwał głową.
— Zrobię wszystko — lekko się uśmiechnąłem.
— Na razie będziesz się uczył lekkoatletyki. Diane albo Smiley ci pomogą, Diane jest linoskoczkiem, a Smiley akrobatką. Aerialisty jeszcze nie mamy, więc możesz być pierwszy.
— Arilisty?
— Aerialisty, to taki akrobata powietrzy. To właśnie to, co robiłeś na szarfie — chłopak pokiwał głową. — A co do reszty, to na razie chyba pomieszkasz ze mną i niestety musisz mieć kamuflaż, jeśli chcesz stąd wychodzić — kiwał głową. Rzeczywiście zgodziłby się na wszystko.
— Jeśli będzie trzeba, to nawet sukienkę nałożę — zaśmiałem się krótko. 
— Więc coś się wymyśli.
Ponieważ nie było jeszcze południa, zajęliśmy się jego wizerunkiem. Zaproponowałem przefarbowanie włosów, ale stwierdził, że wolałby perukę. Może i lepiej, pasowały mu te białe włosy, a wszystkie kosmetyki do farbowania włosów trochę je niszczą. Miał nosić makijaż oraz ubierać sukienki; ruszyliśmy bardziej w kierunku jego pomysłu zostania dziewczynką, ponieważ w tym była największa szansa, że go nie rozpoznają. Przebranie było mu głównie potrzebne do przebywania na zewnątrz, w końcu w namiotach byli wyłącznie cyrkowcy, a po za nimi zawsze na teren mógł wejść ktoś obcy. Miał się poruszać jedynie między moim namiotem, tym głównym, aby mógł ćwiczyć oraz stołówką. Podczas nauki miał się przebierać w wygodniejszy strój i miał zdjąć perukę, która po prostu by mu spadała. Uzgodniliśmy również z Pikiem, że jego nauka będzie trwała w porze śniadaniowej oraz obiadowej, kiedy najwięcej ludzi nie znajdowało się w głównym namiocie, ale w bufecie. Chcieliśmy, aby jak najmniej rzucał się w oczy. Pozostało nam jeszcze uzgodnić, kto go będzie uczył. Diane musiała odmówić, przez nawał obowiązków. Smiley na szczęście się zgodziła i wyszła na jaw pewna ciekawostka: w cyrku był już jeden aerialista. Nie długo, ale mógł już występować. Poznając jego imię, znalazłem Oriona i przedstawiłem mu sytuację. Po dłuższej chwili się zgodził. 
Nigdy wcześniej nie rozmawiałem z tyloma osobami w tak krótkim czasie i to z własnej woli. Czułem się dziwnie, jakby zmęczony i wyprany ze wszystkich emocji. Kiedy jednak wróciłem wieczorem do Dolla, ucieszyłem się. Znowu myślałem, że uciekł, albo go zabrali. 
— I co? — chłopak wstał na równe nogi. 
— No to tak. Rano idziesz na szóstą do namiotu i tam masz zajęcia ze Smiley. Potem o czternastej z Orionem.
— Kto to?
— Okazało się, że też jest aerialistą — podrapałem się po karku.
— Tak? Mówiłeś, że nikogo takiego nie macie — nie wyczułem w jego głosie złości ani smutku.
— Taaaaa… po prostu nie wszystkich znam — wyjaśniłem, na co ten pokiwał głową. — To chyba będzie wszystko — odetchnąłem z ulgą. — Może ci jeszcze coś przynieść do namiotu? Lubisz czytać książki albo coś podobnego? — zapytałem, kierując się do biurka, aby usiąść. 

Doll? Witamy w nowym domu