18 lut 2019

Robin CD Vivi

Chłopak poszedł do namiotu, który w jakimś znaczeniu należał do niego. Pomagał Pikowi go rozłożyć, do środka został wprowadzony i materac i trochę ubrań dla Robina. Był to mały domek chłopaka, który mógł tam nawet nocować, ale w chwili obecnej to było dla niego za dużo, zbyt obce. Może w wiosnę, kiedy przyjaciel niedźwiedź się obudzi, David zdecyduje się na sen w tym miejscu, tylko raz. W końcu w namiocie nie widać gwiazd, które zawszą mu towarzyszą, gdy otworzy oczy – nie licząc jaskiń. W sumie, to namiot w pewnym stopniu mógł porównać do jaskini: jest cieplej, nie wieje, nie ma piasku i nie ma gwiazd. Ale namiot… pachniał zbyt intensywnie zapachem ludzkim. Podszedł do niego tylko po ubrania, by Vivi się na niego nie złościł. W rzeczywistości mógł siedzieć w przemoczonych, nic by mu się nie stało. Przegrzebał niewielki kufer, zdjął z siebie ubrania i nałożył długie czarne spodnie przylegające do ciała, które był elastyczne i i idealne do wspinania się na drzewa, oraz szaro-czerwoną bluzę. Chodź nie miał lustra, czuł, że w tym ubraniach wyglądał jak normalny człowiek. Efekt ten jednak został zniszczony, gdy na czworaka wyszedł z namiotu i ruszył do przyczepy. Dopiero gdy Vivi się obudził, chłopak stanął na dwóch nogach.
Słysząc o złym humorze i przyjmując jednocześnie filiżankę, Robin poczuł się zmieszany: było mu głupio, że go obudził, ale też miał wątpliwości, czy zaznajamianie się z tym osobnikiem nie przyniesie mu żadnych kłopotów. Skoro od złego humoru może zrobić komuś krzywdę, ratuje kogoś pozwalając mu wpierw zobaczyć całe życie, które przelatuje przed oczami przed śmiercią, to co może zrobić, gdy będzie chciał kogoś na prawdę skrzywdzić? Robin spojrzał na brązową ciecz w filiżance, która zaczynała być coraz bardziej ciepła. Chłopak chwycił ją za ucho, jak uczył go Pik i powąchał herbatę. Miała aromatyczny pomarańczowy zapach.
- Wszystko jest w porządku – oznajmił w końcu spoglądając na chłopaka, który z podobnym naczyniem usiadł na przeciwko. - Poszedłem chociaż do „swojego” namiotu – stwierdził, mrucząc bardzo do siebie.
- Czyli masz tu swoje lokum? - zapytał Vivi, na co Robin niepewnie pokiwał twierdząco głową. Czy miejsce, w którym są rzeczy dla ciebie, możesz tam przebywać ile chcesz, a jednak nie zaglądasz do niego trzy dni z rzędu, można nazwać lokum? - To czemu śpisz w lesie? - nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Spał tak, odkąd pamiętał. Zapomniał, że był człowiekiem i utożsamił się ze zwierzętami. Czy to źle, że woli być w miejscu, w którym czuje się bezpiecznie? Cyrku jeszcze nie poznał dokładnie, tak samo ludzi. A czuł, że skoro to dziwne, że taki dzieciak żyje w lesie nie pamiętając niczego, nie mogło być zwykłym przypadkiem lub jakąś głupią zabawą. Tylko dalej nie mógł tego zrozumieć.
- A ty jak się czujesz? - zapytał po paru chwilach ciszy, podczas której powinien odpowiedzieć, ale nie potrafił. Powoli zanurzył usta w gorącej cieczy, starając się nie poparzyć, jak to zrobił na samym początku podczas rozmowy z Pikiem. Chociaż teraz wyszło mu lepiej, nie udało się nie poparzyć ust i języka. Odstawił filiżankę do wystygnięcia.

<Vivi?>

13 lut 2019

Blue CD Anubis

Zachowanie Blue nie było żadną nowością, więc nie było to dziwne, że gwałtownie zaprzeczyła ruchem głowy. Oczywistym było, z daleka widoczne, że dziewczę zwyczajnie bało się mężczyzny. Chociaż to było dosyć skomplikowane. W sumie, Blue bała się każdego, w mniejszym stopniu Smiley. I to nieważne, że ktoś był super miły, patrz Smiley czy właśnie Anubis, w oczach Blue to były niemal wyłącznie ruchome obrazy zagrożenia czy krzywdy. Osoby, które jakimś cudem dowiedziałyby się chociaż o rąbku przeszłości dziewczyny na pewno by się nie zdziwiły, pewnie natychmiast powiązali by fakty ze sobą. Aczkolwiek prędzej by z niej wydusiło się przygodę z niedoszłym gwałtem na niej niż to, co zgotowała jej macocha, która "stworzyła" tą obecną Blue...
-Dlaczego?- Spytał się wolno mężczyzna.
-Jestem tu nie dłużej niż ty, sama słabo się orientuje się gdzie co jest- wymamrotała z perfekcyjną skutecznością unikając nawiązania kontaktu wzrokowego. Mina towarzysza musiała bez wątpienia ukazywać to, że dostał ogromny zaszczyt dłuższej odpowiedzi niż 2 słowa.
-To może wspólnie spróbujemy odkryć miejsca?- Zaproponował, co jednak poskutkowało kolejną gwałtowna odmową z jej strony.- Nie chcesz?
Nie odpowiedziała. Bo co by to było? "Nie chcę, bo boję się wszystkich"? Bo "nie ufam nikomu"? Nieważne co by to było, odpowiedź wymagałaby od niej ogromnej odwagi, której tak naprawdę nie posiadała. Jej potężnie płochliwa natura nie po raz pierwszy wzięła górę, przez co bez słowa wycofała się kilka kroków, przy czym silnie wbiła wzrok w ziemię, przez co jej włosy z grzywki częściowo zasłoniły jej twarz.


<Anu? Przepraszaaaaaam że tak długo i tak krótko ;-;>

Shu⭐zo CD Lennie

W tym momencie mogę sobie jedynie pogratulować. Zachowałem się jak małe nieodpowiedzialne dziecko i przez to... Nie oszukujmy się. Lennie mi tu umierał! Gdy tylko zaczął się osuwać na ziemię, od razu przestałem go przytulać. Zszedłem z łóżka i posadziłem na nim chłopak.
- Lennie... - poklepałem go po policzku. - Nie rób mi tego. N... Nie idź spać. - chłopak już w ogóle na nic nie reagował. Ostatni raz spojrzał na mnie swoimi fiołkowymi oczami, a potem stracił przytomność, upadając na łóżko. Puściłem go i po chwili zawahania się pobiegłem do pielęgniarza. Od razu tam wpadłem, krzycząc co się stało. Łzy stały mi w oczach. Pielęgniarz pierwsze co zrobił to skomentował mój eyeliner na policzkach. Jakoś za bardzo go nie ruszyła wiadomość o magiku ugryzionego przez węża. Coś tam powiedział do swojego asystenta, który zabrał apteczkę, a potem zwyczajnie z nim tam poszedł.

(Godzinę później)

Zacząłem się zachowywać jak porzucony pies, który nie wie, gdzie jest jego miejsce. Siedziałem przy namiocie Lennie'go. Gapiłem się przed siebie tym niewyspanym wzrokiem na malutkie płatki śniegu, które wolniutko opadają na ziemię. Ciągle miałem łzy w oczach, eyeliner na policzkach. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Spieprzyłem totalnie... Zawaliłem na całej linii. Gdy pielęgniarz w końcu wyszedł z jego namiotu, zerwałem się na równe nogi.
- Co z nim? - spytałem, brzmiąc przy tym, jak matka, która martwi się o życie swojego jedynego dziecka. Spojrzałem na tego gościa z nadzieją w oczach. Chciałem, żeby mi powiedział, że wszystko z nim będzie dobrze. Jednak z drugiej strony też byłem przygotowany na smutną wiadomość, że z magikiem nie jest ani trochę dobrze. Nawet na to, że... Lennie mógł już nie żyć. Przeze mnie... Z każdą sekundą obawiałem się tej najgorszej wersji. Okazało się, że nie jest z nim bardzo dobrze i nie jest z nim bardzo źle. Odzyskał przytomność na jakiś czas, jednak jest bardzo osłabiony i nie wiadomo czy paraliż ręki ustąpi. Skinąłem głową. Najważniejsze, że żyje, ale nie mogę sobie odetchnąć. Dalej chciało mi się płakać. Pielęgniarz już wrócił do siebie razem z asystentem. Zostałem sam przy namiocie. Chciałem zajrzeć do Lennie'go. Zobaczyć jak się czuję, spytać, czy czegoś nie potrzebuje, ale zwyczajnie nie miałem odwagi. Jak ja mam mu teraz spojrzeć w twarz? On dla mnie tyle zrobił, a ja mu krzywdę robię. Najpierw był przeze mnie chory, teraz kto wie, może mu rozwaliłem całe życie? Od razu odszedłem od jego namiotu. Jednak po chwili zawróciłem i zatrzymałem się parę kroków przed wejściem. Nie mogę go teraz tak zostawić, ale z drugiej strony... Odwróciłem się i spojrzałem za siebie na wejście do namiotu. Dobra niech już będzie, co ma być. Zmieniłem się w pieska i cicho wszedłem do środka. Gdy tylko zobaczyłem Lennie'go od razu znowu zachciało mi się płakać. Leżał nieprzytomny na materacu z opatrzoną raną. Jak ja żałuję, że nie mogę teraz cofnąć czasu. Nie wiem już co ze sobą zrobić. Westchnąłem cicho i zwinąłem się w kłębek pod jego łóżkiem. Oby wyzdrowiał. Błagam...

(Lennie~?)

11 lut 2019

Vivi CD Robin

Vivi postawił uszy, słysząc ostatni fragment. Ledwo, ale usłyszał. Szturchnął Robina głową. 
- Ze mną jesteś bezpieczny... - Mruknął. 
Istnieją trzy rodzaje prawdy. Prawda, pół prawda oraz nie prawda. To, co powiedział, było jedynie pół prawdą. Owszem chłopak był bezpieczny, jednak na dłuższą metę spędzanie czasu w towarzystwie demona nikomu nie służy. Czy powinien się trzymać od niego na dystans? Otarł się głową o nogę chłopaka i odskoczył. 
- Robin... Prawie bym zapomniał. Przecież ty jesteś cały mokry! Zaraz chory będziesz. - Ofuknął go.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie mam tak słabego układu odpornościowego...
Vivi spojrzał na chłopaka sceptycznie.
- A to bieganie po lesie, i to w śniegu po kolana, w takim ubraniu. Jest niczym tak? 
- Nie sprawia mi to żadnych kłopotów.
- Wracamy i to już bez gadania — Wrócił do ludzkiej postaci i po chwili oboje stali nieopodal cyrku.
- Masz się w co przebrać czy muszę ci coś pożyczyć? Pewnie będą odrobinkę za duże...
- Nie trzeba — Wymamrotał chłopiec. - Dostałem trochę ubrań od Pika... Więc nie musisz.
Brunet skinął głową i poczochrał Davida po główce. 
- To biegnij się przebrać, a ja w tym czasie przygotuje herbatkę. Oczywiście zapraszam cię na filiżaneczkę. 
Młodzieniec skinął głową i poszedł się przebrać. Vivienne przez pewien czas patrzył się za nim. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego jest tak miły dla tego człowieczka... Wzruszył ramionami i odwrócił się na pięcie. Ludzie są, o wiele bardziej skomplikowani niż mu się wydawało. Ruszył do swojej przyczepy, nucąc sobie coś pod nosem. Gdy wreszcie stanął w ciepełku, odetchnął głęboko. Nawet zmarzł, szczególnie po kąpieli w rzece... Nastawił wodę, po czym wygodnie sobie usiadł. Przymknął oczy i oparł głowę ma dłoni. Czuł się wyczerpany, chyba przez ten cały stres... Moment później zasnął. Jego drzemka nie trwała zbyt długo, aż tu nagle usłyszał jakiś głos. Kto śmiał go budzić? Zjeżył się niezadowolony. 
- Czego? - Mruknął, nawet nie otwierając oczu. 
- Vivi, mówiłeś coś o herbacie prawda?
Zaskoczony otworzył oczy. Oho! Prawie bym zapomniał... Zerwał się na nogi i sprawdził, czy woda się zagotowała.
- Aj... Wyleciało mi z głowy — Zalał herbatę. - Będzie akurat do picia... A i... Uważaj na drugi raz, jak mnie budzisz, czasem jak mam zły humor zdarza się, że mogę komuś zrobić krzywdę. - Odwrócił głowę. - I jak się czujesz? Nie masz żadnych odmrożeń? - Podał mu filiżankę.

( Robin?)

10 lut 2019

Lennie CD Shu⭐zo

Nie zdążyłem zareagować. Nim się zorientowałem, gad pełznął w stronę łóżka, groźne sycząc. Nie miałem czasu pomyśleć, co zrobić. Wąż wylazł z mojego kapelusza, jakim cudem?! Widziałem, że to Shuzo go wyjął, ale dlaczego węża? Dlaczego o nim pomyślał?! Albo to wina tego, że nie ma zdolności podobnych do moich i kapelusz postanowił go ukarać, świetnie. Tylko co ja mam teraz zrobić z wężem? Krzyk chłopaka mi nie pomagał. Chwyciłem przypadkowy materiał, który potem okazał się kocem i rzuciłem się z nim na stworzenie. Musiałem go wrzucić z powrotem do kapelusza, ale jak? Strasznie się rzucał, rwał materiał, a ja starałem się go przytrzymać. 
- Shuzo! Daj kapelusz! - rozkazałem czując, że gad powoli mi się wyrywa z uścisku. - Shuzo! - powtórzyłem, gdy chłopak nie zareagował. Zeskoczył z łózka i podbiegł do odzienia, które leżało rzucone gdzieś w kąt. Miałem coraz mniej materiału, koc rwał się pod wpływem ostrych kłów i szamotania. Gdy dostałem pożądany przedmiot, wąż się uwolnił. Zdążył wbić mi się w ramię, ale nie poczułem bólu. Byłem zbyt zajęty cała sprawą, szybko złapałem jego ogon i wsadziłem go do kapelusza, który zaczął go wchłaniać. Zwierzę nie zdążyło się ode mnie odczepić i pociągnięty do środka, pozostawił po sobie dwie mocne rany na mojej skórze. Dopiero gdy pozbyłem się gada, zacząłem czuć mocny piekący ból.
- Lennie! - usłyszałem Shuzo, ale nie dałem mu dokończyć. Zamiast tego wstałem i podszedłem do niego.
- Co ty sobie myślałeś? - zacząłem krzyczeć, byłem wściekły. Może gdyby wąż mnie nie udziabał, a ja bym nie czuł paraliżu całej ręki, może moja złość byłaby mniejsza. Może nawet bym się z tego śmiał, ale teraz byłem wściekły. - Mój kapelusz i moje sztuczki to żadne tanie przygrywki, jakiś żart, który może robić każdy. To prawdziwa magia i tylko ja mogę korzystać z tej czapki – potrząsnąłem przed jego oczami kapeluszem. - Lepiej następnym razem poczekaj na odpowiedź, zamiast brać się za coś, czego nie umiesz – warknąłem, widząc, jak jego oczy stają się mokre. Zniżył wzrok i załkał, pociągając nosem.
- Ja wiem, bardzo cię przepraszam – zaczął łamiącym się głosem. - Nie chciałem wyciągać węża, nawet nie wiem jak to się stało – nie dokończył, bo się rozpłakał. Krew, jaka ciekła rany na ramieniu, ściekała mi po palcach na podłogę. Widząc jego łzy płynące po policzkach, poczułem się głupio. Wiem, że nie chciał, nie mógł tego przewidzieć. Wyciągnąłem ręce i go przytuliłem.
- Kapelusz sam ci go podsunął – wytłumaczyłem mu. - No już, nie płacz – pogładziłem go po głowie. Czułem, jak płacze w mój tors, a ubranie staje się mokre. Po chwili jednak to straciło znaczenie, tak samo krew. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, a nogi zrobiły się jak z waty. 

<Shuzo?>

Vogel CD Rose

Przymknąłem oczy, zwieszając przy tym delikatnie głowę do przodu. Nadal zastanawiała mnie ta cała sprawa. Morderstwo w lesie i to praktycznie przy ludziach. Czy to był celowy zamysł zabójcy? Pokazać nam to? Na ten moment ta sytuacja jest nawet gorsza niż gdybyśmy znaleźli to ciało po prostu w środku lasu, z dala od ludzi. Otwarłem delikatnie oczy i spojrzałem na Rose, która kurczowo próbowała utrzymać kołdrę na wysokości szyi.
- Dobrze się czujesz? -zapytałem po chwili, na co ta lekko podskoczyła.
- A o co pytasz? -uśmiechnęła się sztucznie, spoglądając w moją stronę.
Ruchem głowy wskazałem na wyjście z namiotu.
- Ta cała sprawa... wszystko w porządku? -chciałem się upewnić, że to, co zobaczyła, jakoś wielce na nią nie wpłynęło. Przynajmniej wolałbym, aby zbytnio o tym nie myślała, choć ironicznie do moich myśli, właśnie o to pytam.
- Ach... to -na jej twarzy pojawił się grymas -Jest w porządku. Tak myślę... -wyszeptała ostatnie słowa.
Westchnąłem cicho i poprawiłem się na krześle. Jeszcze przez kilka minut tak siedziałem, aż w końcu wstałem i podszedłem do wyjścia. Łapiąc za zasłonę, odwróciłem głowę w jej stronę, lustrując jej osobę.
- Zajrzę tutaj jutro z rana -powiedziałem cicho i będąc już na zewnątrz, dodałem ciche "dobrej nocy" po czym, odszedłem w kierunku mojej przyczepy.
Wchodząc do środka, rozejrzałem się po jednym, głównym pomieszczeniu i od niechcenia usiadłem na łóżku. Oparłem się o ścianę i próbowałem uspokoić moje myśli, lecz jak na złość mi to nie wychodziło. Położyłem się w końcu i będąc wpatrzonym w sufit, na nowo przypominałem sobie te leżące ciało. Po jakieś godzinie rozmyślania wiedziałem już, że nie mam szans na to, że pójdę na powrót spać, dlatego wstałem i usiadłem przy biurku, wyciągając przy tym z szuflady jakieś niedokończone papiery. Miałem dużo czasu na oddanie ich, pomyślałem, że im szybciej się z nimi uwinę, tym mniej roboty będę miał później. W taki sposób spędziłem kolejne godziny.
Koło godziny ósmej odszedłem od pracy. Postanowiłem pójść do łaźni, więc zabrałem ze sobą czyste ciuchy, ręcznik i ruszyłem w kierunku owego budynku. Będąc w środku, nie byłem sam, gdyż oprócz mnie, zjawiły się tu jeszcze trzej inni mężczyźni. Nie zamieniając z nimi żadnego kontaktu oprócz przywitania się, zanurzyłem się w wodzie daleko od nich. Kąpiel nie trwała długo, gdyż po niecałych trzydziestu minutach zebrało się trochę więcej ludzi, czyli coś, czego nie lubiłem. Czym prędzej stamtąd wyszedłem i w celu odstawienia poprzednich ubrań, wszedłem na chwilę do domku. Szybko jednak wyszedłem, gdyż chciałem, tak jak powiedziałem w nocy, pójść do Rose, by sprawdzić, jak się czuje. Po kilku minutach stałem przed jej namiotem, czekając na moment, w którym pozwoli mi do siebie wejść.

<Rose?>

7 lut 2019

Smiley CD Joker Queen

Dziewczyna była oziębła i to nawet wtedy gdy się uśmiechała. Jakoś nie podeszła mi z charakteru, ale nie miałam zamiaru jej określać od razu. Co jak co, ale nie znałam jej wcale. Gdy ona poszła ja wróciłam do swojego treningu. Po zakończeniu treningu weszłam do Pik'a na chwilę, aby móc z nim o czymś porozmawiać. On niestety nie miał czasu, gdzieś się spieszył. Nie chcąc mu przeszkadzać, odeszłam. Wróciłam do namiotu gdzie ćwiczyłam po swoją torbę, bo zapomniałam o niej. Było już dość późno, gdy przed sobą zobaczyłam dziewczynę spotkaną wcześniej wraz z Pik'em. Zastanawiałam się czy ta dwójkę coś łączy, ale raczej to nie możliwe gdyż każdy wiedział, że Pik jest zakochany w Gattie, a ona w nim. 
Odeszli od siebie, a ja ruszyłam wraz ze Szafirem do jego boksu. Pocałowałam go na pożegnanie w pyszczek dziękując mu za wspaniały trening. Bisca i Yuki poszli do namiotu, a ja postanowiłam się przejść. Nie miałam jakoś ochoty, aby wrócić do swojego namiotu. Postanowiłam więc, iż pójdę do namiotu w którym jest przechowywane siano oraz reszta jedzenia dla zwierząt cyrkowych. Uwielbiałam tam chodzić, gdyż było tam ciepło i przy okazji miałam wspaniały widok na niebo. Usiadłam sobie na sianie tak, aby mieć dobry widok na dzisiejsze niebo. Było tak piękne w dodatku gwiazdy świeciły tak jasno. Sama nie wiem jak to się stało, ale nadszedł ranek, a ja nie zmrużyłam oka. Nie przespałam dzisiaj całej nocy, a powinnam być wypoczęta na swój występ!
Zszedłam ze siana i ruszyłam do namiotu w którym mój kostium powinien być gotowy. W oddali usłyszałam dzwony zegara kościelnego. Zastanawiałam się jak to jest możliwe, że to już dziewiąta. Nie dość, że byłam spóźniona to jeszcze w dodatku nie gotowa. 
- Ah tu jesteś Smiley! - usłyszałam głos Pik'a za sobą.
- Yhym... - wymruczałam. 
Zwierzaki były gotowe, co było zasługą Diany. Ja na szczęście zdążyłam się przebrać i umalować na czas. Co prawda na ostatnią chwilę, ale zawsze lepiej być  gotowym na ostatnią chwilę niż spóźnionym. Pik coś chciał powiedzieć, ale przerwałam mu.
- Pik nie teraz. Pogadaj sobie z nią teraz, a później może znajdę czas żeby porozmawiać z tobą - wskazałam na dziewczynę z wczoraj, która widziałam z nim.
Spojrzałam się na Bisce oraz Yuki'ego. Uśmiechnęłam się do nich. Szafir już był w środku rozgrzany. Moje małe pupile wyszły na środek kłaniając się publiczności na powitanie. Weszłam na linę która była wyżej. Na niskiej linie robiłam tylko występ bajkowy dla dzieci, który udał mi się dzisiaj zaskakująco dobrze. Będąc na najwyższej linie oraz przy ostatnim punkcie swojej choreografii zobaczyłam, że nie byłam sama. Przed moimi oczami zobaczyłam to kolorowe coś co przypominało wydrę czy coś podobnego. Patrząc na niego, chciał wystąpić, jednak to nie był dobry moment. Kontynuowałam swoje przedstawienie z tym, że zmieniłam swój układ, aby podejść bliżej do tego małego zwierzaka. Ten zwierzak był niemożliwy, to że wszedł na linę to jedno, ale to że nagle zaczął sobie na niej skakać było drugą sprawą. Podeszłam do niego i chwyciłam go na ręce, wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że zwierzak chciał się wyrwać. Wiedział, że dostanie nauczkę jak nie od swojej pani to ode mnie. On chyba sobie nie zdawał sprawy jak było to niebezpieczne. Chciałam zakończyć już swój występ, kłaniając się w ramach podziękowania publiczność na linie, tak jak to robiłam zawsze. Ale młody ugryzł mnie w rękę i chciał się wyrwać, ale nie przemyślał tego, że pod nami nie ma ziemi. Chwyciłam go w ostatniej chwili, ale to nie pomogło. Poślizgnęłam się na linie i zaczęłam spadać w dół. Gwizdnęłam cicho, aby Szafir mnie usłyszał. W obecnej chwili tylko on był w stanie mi pomóc. Zrobiłam podwójne salto, aby nie pokazać, że coś źle poszło. Szafir stanął w idealnym miejscu. Wylądowałam na jego grzbiecie stojąc. Podziękowałam publiczności i machając odeszłam za scenę. Znikając ze sceny byłam mega wściekła. Byłam zła i to bardzo, gdy ktoś próbował się do mnie odezwać od razu mu przerywałam mówiąc, że ma zamilknąć. 
- To chyba twój futrzak! - oddałam zwierzaka w ręce dziewczyny.
- Smiley... - zaczął Pik, a ja odwróciłam się w jego stronę.
- Siedź cicho! - wydarłam się w jego stronę. Po zakończeniu ostatniego występu bliźniaków wyszłam, aby podziękować wspólnie z innymi publiczności. Podziękowałam również za prezenty od dzieci po czym zniknęłam ze sceną. Przebrałam się w swoje normalne ubrania, zdjęłam również przebrania Biscy, Yuki'ego jak i też Szafira. Wzięłam całą trójkę ze sobą na spacer.
- Smiley no już nie gniewaj się na nią... - Pik już zaczął swoją gadkę, ale nie tym razem.
- Siedź lepiej cicho. Co jak co, ale to w ogóle nie powinno mieć miejsca na dzisiejszym występie. Wybacz mi, ale nie mam czasu na rozmowę z tobą tak jak ty nie miałeś wczoraj ze mną...- byłam bardzo zła nie wiem sama co mnie tak bardzo zdenerwowało, ale nie potrafiłam opanować swojej złości.
- Nie wyładowuj się na nas... - zaczęła dziewczyna.
- Ty powinnaś siedzieć cicho! - spojrzałam na nią. Weszłam na grzbiet swojego konia. - Bisca, Yuki wracajcie do namiotu - powiedziałam do nich łagodnie. Odjechałam od nich, zostawiając ich za sobą. Oddaliłam się od cyrku. Zeszłam z konia, gdy dotarliśmy na łąkę. Może i była zima, ale śnieg zniknął przez ostatnie dni. Usiadłam na mokrej trawie. Kostka mnie bolała. Odkryłam ją i przyjrzałam się jej. Była opuchła. Dzisiejszy dzień naprawdę nie należał do tych najlepszych.
- A jednak coś sobie zrobiłaś?! - usłyszałam bardzo dobrze znany mi głos za sobą. 
- Dague, wybacz mi, ale nie mam ochoty na rozmowę z tobą - zakryłam swoją kostkę. 
- Nie masz ochoty czy po prostu nie chcesz rozmawiać ze mną, aby nie sprawić mi przykrości? - usiadł tuż obok mnie. - Powiedz mi co się stało, że jesteś taka zdenerwowana? Czy coś się stało podczas twojego występu? A może ktoś ci coś zrobił? - spojrzałam się w dół. Dague za dobrze mnie znał. 
- Gdybyś był to przynajmniej byś dopilnował tego, żeby ten futrzak nie wszedł na linę, a ja bym z niej nie spadła... - chciałam już powiedzieć, ale się wstrzymałam. - Moje przedstawienie było nie udane - powiedziałam krótko. 
- Księżniczko, czy nic ci nie jest? - usłyszałam głos bliźniąt. 
- Spokojnie, nic mi nie jest - uśmiechnęłam się delikatnie, ale nie na długo. - Dziękuję wam, że przyszliście, ale ja chcę pobyć sama - wstałam utykając lekko. Jednak nie chcąc pokazać, iż boli mnie to tak bardzo, wsiadłam szybko na Szafira. - Chyba powinnam odejść, ja się nie nadaję do tego - wymruczałam cicho pod nosem. Ruszyłam w stronę cyrku. Szafirowi przyda się odpoczynek, tak samo jak i mi. Zaprowadziłam go do boksu, a sama ruszyłam na stołówkę, aby coś zjeść. Wzięłam talerz, nałożyłam jedzenie po czym zasiadłam sobie do stołu sama. Nie miałam ochoty, aby z kimś rozmawiać. 
- Znikaj mały ode mnie - powiedziałam cicho, gdy zwierzak tamtej dziewczyny ponownie podszedł do mnie. 
- Nie złość się już na niego - usłyszałam cichy głos Pik'a za sobą. Obejrzałam się za siebie. Mężczyzna nie był sam, wraz z nim był i ona. 
- Pik to co się dzisiaj wydarzyło podczas jej występu nie powinno mieć miejsca - dołączył się Dague oraz bliźniaki. 
- Poza tym ona nie jest zła już więcej. Po prostu się wciąż przejmuje tym, że jej starania nad nową choreografią, którą chciała dzisiaj pokazać, ale nie musiała zmienić swoje ruchy, aby uratować twojego pupila. W dodatku zrobiła sobie coś w kostkę, co pewnie wam umknęło, bo Smiley potrafi się dobrze maskować, ale wy zamiast się zapytać jej czy wszystko w porządku to pierwsze co to zaczęliście to, to żeby się nie złościła - miło było ze strony chłopców, że trzymali moją stronę, ale ja nie miałam ochoty na sprzeczki. 
- Ja już muszę iść, jakoś odechciało mi się jeść - wstałam z krzesła i odeszłam od nich.

<Joker Queen?> 

6 lut 2019

Shu⭐zo CD Lennie

- Nie do końca mogę powiedzieć, że jest skończona. Dość dużo już przy niej zrobiłem. Jednak równie dużo jej brakuje do końca. - stwierdziłem. Chociaż i tak się zacząłem nad tym zastanawiać. Sam już nie wiem, na jakim to stoi etapie. Chłopak, słysząc odpowiedź, skinął głową. - W sumie pewnie dzisiaj się jeszcze nią zajmę, a wieczorem porządnie się wyśpię. Skoro już o tym mowa. Powinieneś się jeszcze trochę przespać. Ciągle mi tu ziewasz. - spojrzałem na przyjaciela, który już znalazł ubrania.
- Po prostu lubię dłużej pospać. Jednak skoro już wstałem. To po co mam się znowu kłaść?
- W sumie masz rację. Nie opłaca się. - pokiwałem głową. Lennie zajął się przebieraniem. Ja natomiast nie miałem co robić poza czekaniem na niego. Usiadłem sobie na łóżku. Po paru chwilach mój wzrok spoczął na jego magicznym kapeluszu. Od razu miałem wielką ochotę go dotknąć. Jednak wiedziałem też, że nie powinienem tego robić. Już delikatnie wyciąłem rękę w tamtą stronę. Potem znowu ją opuściłem. Potworzyłem to z pięć razy, a potem odwróciłem głowę od kapelusza. W myślach zacząłem sobie powtarzać, że go nie dotknę, nawet na niego nie spojrzę. Przez chwilę działało. Później już nie mogłem się oprzeć. To jest takie ciekawe nakrycie głowy. Zmieniłem się w pieska i podszedłem do kapelusza. Oglądnąłem go z każdej strony. Następnie szturchnąłem łapką, a potem go obróciłem i zajrzałem do wnętrza. Dosłownie wsadziłem do niego głowę. Było ciemno. Czego ja się mogłem innego spodziewać? W sumie sądziłem, że może mnie wciągnąć jakaś czarna dziura czy coś w tym stylu. Po paru chwilach wśród tych ciemności usłyszałem syczenie. Dość zaniepokojony od razu wyciągnąłem głowę z tego kapelusza. Może się przesłyszałem? Chwilę stałem na łóżku, nasłuchując. Cisza... Widocznie tak. Znowu spojrzałem na ten magiczny element garderoby. Z nim też było wszystko w porządku. Tak jeszcze dla pewności pacnąłem ostrożnie go łapką. Kapelutek tym razem niestety spadł z łóżka na ziemię. Zeskoczyłem na dół od razu. Zmieniłem się w człowieka i wyciągnąłem po niego rękę. Od razu na luzie go podniosłem.
- Hej Lennie. Mogę spróbować coś wyciągnąć z twojego kapelusza? - spytałem, już szykując rękę, więc niestety nie poczekałem na odpowiedź chłopaka. Od razu tego pożałowałem. Wyciągnąłem z niego węża. Trzymałem gołą ręką długiego, oślizgłego węża... Trzymałem w ręce węża! Momentalnie zacząłem panikować. Szybko z krzykiem puściłem i kapelusz i węża na ziemię, a sam wlazłem na łóżko. Serce waliło mi jak oszalałe. Miałem łzy w oczach, coraz ciężej mi się oddychało.
- Weź go! Weź stąd. Zabij, pozbądź się! Błagam! - krzyczałem do magika, gapiąc się na zimnego gada osłupiałym wzrokiem. Był na ziemi. Nie miałem, jak zwiać. Od razu wtedy mnie dorwie. Wycofałem się w sam tył łóżka, a moje ręce zaczęły drżeć. A co jak mnie teraz dorwie?! Ja nie chcę umierać!

(Lennie~? )

1 lut 2019

Robin CD Vivi

Chłopczyk przechylił lekko głowę w bok, przyglądając mu się. Nie rozumiał jego reakcji. 
- Vivi, ale o co ci chodzi? - zapytał spokojnie i cicho, by nie obudzić przyjaciela. Nie chciał w końcu go obudzić ze snu zimowego, został jeszcze miesiąc. 
- O co mi chodzi?! - zapytał zdziwiony wilk. Robin mu się tylko przyglądał, po chwili usiadł przy niedźwiedziu, który się poruszył. Szeroko ziewnął i wyprostował jedną łapę. Wilk w odpowiedzi najeżył sierść, ale miś się jeszcze nie obudził.
- Nie mam ci za złe, po prostu nie chciałem iść do cyrku. Wolałem zostać tam, gdzie czuje się bezpiecznie - wytłumaczył chłopiec z miną dziecka, które wie coś, czego dorośli nie wiedzą.
- Bezpiecznie?! - podniósł głos, a zwierzę ponownie się poruszyło, dlatego towarzysz zaczął mówić ciszej, wręcz szeptał. - Robinku, to dzikie zwierzę, rozszarpie cię, gdy się obudzi.
- Po pierwsze, obudzi się za miesiąc. Po drugie, to mój przyjaciel - by to udowodnić, chłopiec oparł się o mięciutkie futerko i pogłaskał śpiącego. Vivi jednak nie wyglądał na przekonanego.
- I tak bym wolał, żebyś stąd wyszedł. Dla pewności - stwierdził bacznie przyglądając się, czy bestia nie otwiera oczu. Pewnie każdy myślałby podobnie jak on, w końcu niedźwiedzie nie słynął z dobroci wobec ludzi czy innych zwierząt. Robin nie miał mu tego za złe, nie chciał też, by czuł się nieswojo, dlatego się zgodził. Wiedział, ze gdy przyjdą roztopy, a jego przyjaciel się obudzi, Vivi wszystko zrozumie.
- Dobrze, chodźmy - odparł i wstał, na pożegnanie całując zwierzę w czoło, które na ten czyn delikatnie się uśmiechnęło, ale dalej smacznie spało. Robin ruszył za chłopakiem. Wyszli z jaskini i skierowali się do cyrku.
- Nie chciałem cię utopić, po prostu... - zaczął, ale chłopiec mu przerwał.
- Ważne jest to, że jednak mnie wyciągnąłeś, chociaż przyznam, że się strasznie bałem - powiedział lekko drżącym głosem, gdyż wspomnienie stanęło mu przed oczami jak żywe. Przełknął ślinę i odetchnął. - Ale chyba mi nic nie zrobisz - powiedział ciszej, bardziej do siebie.

<Vivi?>

Vivi CD Robin

Wilk przechylił głowę, patrząc się za nim, po czym położył po sobie uszy i westchnął. Przecież chciał tylko pomóc... No może po swojemu, ale chciał dobrze. Prychnął, niezadowolony grzebiąc łapą w śniegu. No to teraz pozostało mu wrócić do cyrku. Albo? Ukradkiem spojrzał na ślady, które pozostawił po sobie David. Mógł pójść za nim i sprawdzić, czy na pewno jest z nim wszystko w porządku. Jednak czy Robin chciał go jeszcze widzieć? Wspiął się na pagórek i się rozejrzał. Może powinien jeszcze chwilę poczekać. Tak właśnie tak byłoby najlepiej. Niech chłopak ochłonie przed spotkaniem. Skinął łbem, po czym zerknął na śnieg i zadrżał. Nie zniósłby siedzenia w tym miejscu, za zimno tu było. Jedyną opcją będzie spacerek w pobliżu śladów młodzieńca. Zbiegł z powrotem nad rzekę i spacerkiem podążył za śladami. Zdziwiony zauważył, że ślady prowadzą do jakiejś jaskini. Ostrożnie zaglądnął do niej i od razu poczuł ostry zapach. Niedźwiedź... Co ten szczyl sobie myślał?! Chciał zginąć? Co jak obudzi hibernującą bestie. Futro na kołnierzu wilka całe się zjeżyło na myśl o tym. To samobójstwo.... Chociaż wprawdzie zostanie rozszarpanym przez dziką bestię, byłoby wspaniałym sposobem na opuszczenie tego świata. Szybko potrząsnął łbem. O nie, nie ma to czasu. Powoli wszedł do jaskini. Uważnie się rozglądając i nasłuchując, zagłębiał się mrok. Po chwili się zatrzymał i przekrzywił głowę, mrugając. To, co widział, przechodziło ludzkie pojęcie. David siedział przy niedźwiedziu, przytulając się do niego... Wilk momentalnie chwycił skrawek jego ubrania i delikatnie go pociągnął w swoją stronę. Jednak gdy chłopak nie chciał się ruszyć, puścił go i nachylił się do niego.
- Robin co ty wyprawiasz?! Chcesz się zabić?! Wiem, że źle zrobiłem, ale nie sądzisz, że to trochę przesadzona reakcja?! - Szepnął rozgorączkowany.

<Robin?>

Obserwatorzy

Theme by
Ally
for Bajkowe Szablony