2 sie 2019

Fenneko

"Kiedy nie masz już za kim tęsknić to znaczy, że zostałeś sam"

Tags: Anime, Pixiv Id 3245063, Yu-Gi-Oh! ARC-V, Yu-Gi-Oh!, Yuto (Yu-Gi-Oh! ARC-V), Fanart, Fanart From Pixiv, PNG Conversion, Pixiv

31 lip 2019

Lennie CD Shu⭐zo

Dobrze przeczuwałem, że należało go znaleźć. Zbyt długo go nie było, a po ciemku ciężej szukać. Nie sądziłem jednak, że kobiety przechodzące obok mnie, powiedzą na głos, że „słodki był ten czarnowłosy chłopak z pasemkami”. Automatycznie się zatrzymałem i do nich zagadałem. Opisali mi go jako uroczego chłopaka o niebieskich oczach i śmiesznych uszach, które na pewno były sztuczne. Podziękowałem im za informacje i ruszyłem do klubu, w jakim go widziały. Rzadko bywałem w takich miejscach, ponieważ pijani ludzie albo cię obmacywali, albo zachęcali do bójki. No i ceny był czasem nieziemsko wysokie, ale to już szczegół. Mimo to zapamiętałem, że po wejściu usłyszysz głośną muzykę i poczujesz smak potu, wymieszany z alkoholem. Tak było i teraz. Od razu zobaczyłem tłum, który się zebrał przy stołach, ponieważ jakaś osoba tak bardzo wczuła się w zabawę, że zaczęła się rozbierać. Od razu rozpoznałem w nim Shuzo oraz fakt, że był pijany. Głowa latała mu na wszystkie strony, uśmiechał się głupio, był bez koszulki, a teraz zdejmował spodnie. Szybko przedarłem się przez tłum wyperfumowanych ludzi i ściągnąłem go stamtąd. Szykowałem się na uderzenie w twarz, kopnięcie, cokolwiek, co by sprawiło mi ból, a jemu pozwoliło kontynuować zabawę, ale się myliłem. Zamiast tego, on mnie pocałował…
Na chwilę mnie zamroczyło, w końcu jeszcze rano mnie nienawidził. Kiedy się odsunął, wyglądał, jakby na czymś rozmyślać, ale szybko pozbył się zdziwionej miny z twarzy. Szeroko się uśmiechnął i się we mnie wtulił, a ja go wyprowadziłem z pubu, ignorując zasmucony tłum, który stracił swego „bohatera zabawy”. Różnica pomiędzy temperaturą w środku, a na zewnątrz była ogromna, tym bardziej, że zrobiło się już późno, a chłopak był bez koszulki. Ściągnąłem swoją bluzę i mu nałożyłem, by się nie rozchorował.- Pszeceż mi cepło… - wymruczał. Pokiwałem głową, po czym wziąłem go na plecy. Napity chłopak był dość ciężki, jego głowa opadła na moje ramie, tak jedna ręka, druga zaś wisiała mu gdzieś z boku. Trzymałem go za uda, aby mi nie spadł. Byłem trochę zły na niego, że doprowadził się do takiego stanu, ale nie odezwałem się ani słowem, aż dotarliśmy do cyrku. Tak zaniosłem go do jego namiotu, ale kiedy chciałem go położyć spać, on nagle się ożywił. Spadł z moich pleców, wylądował na ziemi i zaczął się śmiać. Kiedy próbowałem mu pomóc wstać, pociągnął mnie do siebie (dlaczego pijani ludzie zawsze mają więcej siły?). Wylądowałem na nim i nagle znalazłem się nad nim, kiedy usiadł mi na biodrach i splótł nasze ręce, nie pozwalając mi wykonać żadnego ruchu. Przez chwilę trwał w bezruchu, z lekko przymrużonymi oczami, aż się pochylił i mnie pocałował. Nie powiem, było to dość przyjemne, na jakiś czas oddałem się chwili, ale kiedy smak alkoholu stał się nie przyjemny, zepchnąłem go z siebie. Przygwoździłem go do ziemi, a on znowu się zaczął śmiać.

- Shuzo, chodź się położysz – ale on pokręcił głową stwierdzając, że ma ochotę na coś innego, po tym poruszył dwuznacznie biodrami. Podniósł się do siadu i próbował mnie pocałować. Był taki podniecający… ale nie chciałem z nim tego robić, kiedy był nietrzeźwy. Wstałem i go podniosłem, oparł się o mnie i zaczął śpiewać. Były to nie wyraźne słowa, ale melodie zapamiętał dobrze. Zataszczyłem go na materac, odsuwając po drodze leżące ubrania. Kiedy chłopak poczuł swoje łóżko, okręcił się i rzucił mnie na nie. W efekcie końcowym to ja znowu wylądowałem pod nim. Shuzo położył się na mnie; głowę położył na moim torsie, siadając okrakiem na biodrach, a dłońmi chwytając mój materiał koszulki. Przez chwilę patrzył na mnie pijackim spojrzeniem, aż przechylił głowę w bok.- Spis ze mnom – powiedział ziewając. Przez chwilę się nie ruszałem, a kiedy usłyszałem, jak zasypia, nie zostało mi nic innego, jak okrycia nas i objęcie go, bo… mimo wszystko, jego ciepło było dość przyjemne, jak na napitego faceta.



Shu? ღ

26 lip 2019

Shu⭐zo CD Lennie

Trudno od czegokolwiek zacząć. Całą noc dręczyły mnie dziwne sny, chęć do życia już dawno uciekła, łzy non stop spływały policzkach. Byłem wkurzony, ale jednocześnie pełen żalu i smutku. Chciałem się parę razy zwyczajnie z czegoś pośmiać, by choć odrobinę uśmierzyć ten narastający ból w moim sercu. Jednak okazało się, że pomysł był daremny. Z czego się tu teraz śmiać? Nie mam się nawet po co uśmiechnąć, co dopiero jeszcze śmiać. Gdy otworzyłem na dobre oczy, w całym namiocie było już dość jasno. Pewnie już ranek i zaraz wszyscy tu będą przechodzić, gadać coś i będą szczęśliwi. Wszyscy tylko nie ja. Jakby tego było mało, to nie da się nie wspomnieć o pewnym rudzielcu, który kleił się do moich pleców, jakby były jakąś poduszką! W dodatku jakoś głośno oddychał. Nie dało się tego zignorować. Myślałem, że się obudziłem jedynie po to, aby znów zasnąć, a tu co? Każdego dnia muszę przeżywać jakieś męczarnie. Westchnąłem ciężko, zaczęło mi się robić gorąco. W końcu nie wytrzymałem. Zdecydowanym ruchem zepchnąłem z siebie rudzielca, a z racji tego, że zaczął się budzić, to dodatkowo jeszcze skopałem go z łóżka.
- Czemu mnie tak boli biodro? - wymruczał zaspany magik. Pewnie trochę mu zajęło rozumienie, że leży na ziemi, a nie we własnym łóżku. W sumie nawet nie wiem, po cholerę mnie tu zostawił. Mogłem równie dobrze spać w spokoju w tym namiocie pełnym ciuchów albo na durnej ścieżce w lesie. Jedynie westchnąłem, przewracając oczami i wstałem na równe nogi z łóżka.
- Zaczynasz mnie poważnie wkurwiać. - mruknąłem, z wyższością patrząc na magika pod moimi stopami. Naprawdę był to żałosny widok. Gdyby nie mój smętny humor na pewno bym coś jeszcze powiedział, pośmiał się, może nawet i go kopnął. Na razie tylko czułem złość oraz przytłaczający smutek, który za nic nie chciał mnie opuścić. Miałem wrażenie, że znów się popłaczę, więc wyszedłem stamtąd jak najszybciej. Od razu oślepiło mnie to poranne słońce. Czemu nie może dzisiaj padać czy coś? Gówniana pogoda. Jak zawsze wszystko przeciwko mnie. Poszedłem niezadowolony w stronę namiotu tego pajaca. Potrzebowałem forsy.

***

- Chwilo trwaj wiecznie. Jesteś piękna. - aż łezka spłynęła mi po policzku, gdy uniosłem kolejny kieliszek, a parę sekund później duszkiem wypiłem jego zawartość. Cudownie było. Nie pamiętam, ile wypiłem, ale czułem się tak zajebiście, jak nigdy dotąd. Cały świat stał się kolorowy, grała muzyka, wszyscy tańczyli i pili, a ja znów byłem szczęśliwy. Wszystkie problemy zniknęły w momencie. Ciągle się z kimś śmiałem, ale sam nawet nie wiem, o czym gadaliśmy. W sumie nawet nie wiem z kim dokładnie. Siedziałem na krześle z łokciami na barze i przed stertą pustych kieliszków, a dosiadali się do mnie co po chwilę inni ludzie, czasem też sam gawędziłem z barmanem. Koniec z końców postanowiłem się ruszyć z miejsca. Z jakimś drinkiem w ręku wszedłem w tłum tańczących ludzi. Powiedziałbym, że to był błąd, bo oblałem jakąś laskę, ale mówi się trudno. Zacząłem tańczyć, coś tam krzyczeć, aż koniec z końców wlazłem na ten sam bar, od którego odszedłem niedawno. I co? Zacząłem coś krzyczeć i na pewno było mnie słuchać aż na ulicę pomimo tej głośnej muzyki. Trochę mnie poniosło, ale w porównaniu do innych tu zebranych nie zrobiłem nic nadzwyczajnego. Każdy robił coś zwariowanego, a ja na tyle się schlałem, że o mało co nie spadłem z baru. Procenty zaczęły już uderzać mi do głowy. W dodatku zacząłem coś bełkotać i totalnie zrobiło mi się gorąco. Nagle to już tam stałem bez koszulki i znów coś zacząłem krzyczeć do ludzi pod moimi stopami. Jednak wciąż było mi gorąco i gdy już miałem zdejmować spodnie, ktoś mnie złapał i ściągnął na dół. - Hola hola, kto tak dybie na moją cnotę? - odwróciłem głowę w stronę osoby, która aktualnie trzymała mnie na rękach. Świat mi się trochę rozmazał. Trudno mi w ogóle było stwierdzić, kto to był, ale wyobraźnia podpowiadała, że jakaś ładna dziewczyna. Wzięło mnie na drobne miłostki, więc bez zastanowienia przycisnąłem swoje wargi prosto do jej. Nawet mi się podobało. Szczerze to pierwszy raz w życiu coś takiego zrobiłem i nie mam co narzekać. Po chwili spokojnie odsunąłem głowę i położyłem na jej ramieniu. - Toooo co będziemy robić księżniczkooo? - zaśmiałem się cicho, a gdy jej się bardziej przyjrzałem, okazała się facetem... W dodatku Lenniem.

<Lennie~?>

La Bleuet CD Powder

Być może rzeczywiście dobrze się stało, że mój namiot się zawalił? Przynajmniej nie musiałem nie legalnie jechać furgonetką. Generalnie to raczej wątpię w to, abym trafił na kontrolę i musiał okazać prawo jazdy, ale lepiej dmuchać na zimne i cieszyłem się, że nie musiałem się jednak narażać. Autem jeździłem dobrze, ale od kiedy pamiętam wyłącznie bez prawka, ale wydaje mi się, że miałem większe poczucie odpowiedzialności za siebie i innych niż niektóre osoby, które to prawo jazdy posiadały. Obecność mężczyzny mi nie przeszkadzała. Od powrotu dużo czasu lubiłem spędzać z innymi lub na pracy i przede wszystkim robiłem wszystko, aby być maksymalnie zmęczonym i jak najmniej myśleć o tym, co już za mną. Rozpamiętywanie tylko sprawiłoby mi więcej cierpienia.
Targ od rana żył własnym życiem. Głośno jak na kleparzu. Kobiety ledwo rozpakowały towar do sprzedania, a już krzyczały i wykłócały się między sobą. Mężczyźni zmęczeni tym biadoleniem uciekali na pobocze czekając na otwarcie pierwszych barów i karczm. Sprzedawano owoce, jarzynę, wyroby ręczne i oczywiście zwierzęta. W oddali w końcu zobaczyliśmy prawdopodobnie mężczyznę, od którego miałem zakupić konie do cyrku. Tak jak było ustalone, czekał na poboczu tak, aby nikt go nie zaczepiał w sprawie kupna, bo już miał swoich kupców. Wydawał się być bardzo zniecierpliwiony, mimo że spóźniliśmy się tylko pięć minut. Wydawało mi się, że jest zdenerwowany i zestresowany. Miał około 40 lub 50 lat, wydawał się być doświadczony w swoim fachu, ale nie wiało od niego dobrą aurą. Wyglądał na takiego, który lubi przekręty, ale to było dopiero wrażenie optyczne. Miałem nadzieję, że się pomylę. Zobaczyliśmy też dwa rosłe i zgrabne wierzchowce pstrokatej maści. Takie właśnie chciałem kupić, żeby wyróżniały się na scenie. Popatrzyłem na Powder’a porozumiewawczo i podeszliśmy bliżej.
- Dzień dobry – powiedziałem pierwszy. Mężczyzna wzdrygnął się lekko i spojrzał na mnie z lekkim przerażeniem i wolą walki. Wydawało mi się, że był cholernie spięty, jednak jak zobaczył naszą dwójkę lekko złagodniał.
- Witam, panowie po konie? – upewnił się.
- Tak, jestem Le Bleuet, trener zwierząt – podałem mu rękę, on ją energicznie uścisnął. Wydawało się, że wrócił do siebie. Na twarzy zagościł sympatyczny uśmiech i rozluźnienie – A to przedstawiciel cyrku, Powder – przedstawiłem, a on również jemu podał rękę.
- Bardzo mi miło – odpowiedział handlarz – Ale dość uprzejmości, przejdźmy do interesów – zagaił. Znów poczułem jego stres – Nie będę ukrywał, że troszkę mi się spieszy – dodał.
- Gdzie mu się tak spieszy? – pomyślałem, ale nic na ten temat nie odpowiedziałem – Rozumiem, to w takim razie chciałbym się im dobrze przyjrzeć – spojrzałem na konie.
- Ale przecież wszystko było ustalone – powiedział mężczyzna – Przecież widać, że są zdrowe i młode. Mi się naprawdę spieszy – ponaglał. Skrzywiłem się. Od czasu powrotu byłem dosyć drażliwy. I nie lubiłem się z niczym spieszyć, szczególnie z tak ważnym zakupem.
- Proszę Pana, nic mi Pan o tym ostatnim razem nie powiedział. Gdybym był świadomy, że Pan będzie się spieszył umówiłbym spotkanie wcześniej. Nie kupię kota w worku – powiedziałem ostro. Mężczyzna skrzywił brwi i odpowiedział agresywnie.
- Bez łaski! Znajdę sobie innego kupca – obruszył się.
- Jak Pan znajdzie kogoś kto da Panu za te konie 50 tysięcy Oru, to dla mnie nie ma problemu. Jestem w stanie wytrenować nawet konie kupione prosto od rolnika – prychnąłem i odszedłem od koni z zamiarem powrotu do cyrku. Nie mogłem sobie pozwolić na szybki i pochopny zakup. Albo dokładny albo żaden. Powder patrzył na mnie trochę zdezorientowany, ale widać było, że rozumie moje decyzje.
- Nie no… nie, dlaczego się Pan tak unosi? – zapytał już spokojnym i miłym tonem, oczywiście wymuszonym – Nie wątpię, że jest Pan uzdolnionym treserem, ale z pewnością łatwiej tresuje się konie przystosowane do cyrku – wyjaśnił. Spojrzałem na niego wymownie.
- Jeśli chce Pan dobić ze mną targu, mam mieć czas na to, aby koniom się przyjrzeć. W przeciwnym razie ich nie kupię, a Pan znajdzie na nie kupca, który da zaledwie 20 tysięcy Oru – fuknąłem. Widać było po nim, że jest wściekły, ale założył maskę niewiniątka, abym kupił po prostu te konie.
- Ile Pan potrzebuje czasu? – zapytał nie ukrywając tego, że gdzieś się spieszy.
- Potrzebuję 20 minut – odrzekłem, zaś handlarz zrobił wielkie oczy.
- Aż tyle?! – uniósł się. Spojrzałem na niego wściekle i już nic się nie odezwał. Jak tylko ciężko westchnąłem i zabrałem się do oględzin. Konie nie miały żadnych widocznych wad w posturze, były młode i dobrze odżywione. Naprawdę ktoś włożył wiele trudu w opiekę nad nimi. W końcu próbowałem z nimi rozmawiać, ale okazało się, że mówią w innym języku, który dla mnie był kompletnie nie zrozumiały. Ciekawostka – zwierzęta też mają dialekty i inne języki, jednak było ich mniej niż ludzkich. Brzmiał bardzo egzotycznie, co mnie zdziwiło, ale i tak postanowiłem je nabyć. Miałem nadzieję, że w zrozumieniu ich pomoże mi ktoś z cyrku, kto jeszcze rozumie zwierzęta.
- Kupujemy – oznajmiłem już mocno zniecierpliwionemu mężczyźnie. Wyglądało to dla niego jak zbawienie z nieba – Czy transporter też Pan sprzedaje? – zapytałem.
- Nie! Oczywiście, że nie. Potrzebuję go do transportowania innych kon… - tu urwał – Mam jeszcze 3 konie na sprzedaż, ale one są już stare, więc pewnie pójdą na rolę – dopowiedział. Nie podobało mi się jego zachowanie. Wyglądał jakby coś ukrywał, ale nie mogłem się tym kierować, dlatego że cyrk potrzebował się rozwijać i nie będę go tego pozbawiać dlatego, że mam jakieś nie poparte dowodami przeczucie.
- W porządku. Mamy swój – powiedział Powder, kierując wzrok głównie na mnie – Teraz załadunek? – spytał.
- To może po rozliczeniu? – spytał handlarz. Naprawdę ten jego pośpiech mi się nie podobał.
- A przepraszam, dokąd się Pan tak spieszy? – wkurzyłem się – Jestem skłonny pomyśleć, że te konie nie są pańskie? Ma Pan papiery na te konie?
- Oczywiście, że mam! – żachnął się – Co Pan mi w ogóle zarzuca?! Spieszę się na pociąg, bo jadę do żony i dziecka, ale taki żółtodziób nie zna czegoś takiego jak odpowiedzialność za rodzinę – uniósł się. Miałem już dość tej relacji i w ogóle tej dyskusji. Chciałem to zakończyć jak najszybciej.
- Powder, możesz przygotować pieniądze? – spytałem, na co mężczyzna skinął głową – My szybko wykonamy formalności – powiedziałem do kupca. Na furgonetce podpisaliśmy umowę kupna sprzedaży, do mnie trafiły rodowody i papiery na ogiera i klacz. Do mężczyzny trafiły pieniądze w walizce. Przeliczył szybko i pobieżnie. Pożegnał się bardzo szybko, wsiadł do swojego grata i odjechał z piskiem opon. Skrzywiłem się i westchnąłem, ponieważ miałem przeczucie, że to była zła decyzja, ale już od jakiegoś czasu miałem gdzieś swoje przeczucie, bo tak czy siak życie i tak mi się nie układało.
Miałem zły humor, ale musiałem go jakoś stłumić. Odetchnąłem głęboko i zabrałem się za wprowadzanie koni do transportera. Pierwsze podejście było bardzo ciężkie. Klacz za nic nie chciała wejść i miałem pewne wątpliwości co do tego czy na pewno pierwsze skrzypce grał tutaj strach przed wejściem do ciasnego pomieszczenia. Wydawało mi się, że ta dwójka w ogóle nie chce nigdzie jechać, ale musiałem jakoś zachęcić je, żeby weszły do przyczepy. Powder chciał pomóc, ale nie było jak. Siłą nie chciałem tego robić. W końcu nie miałem wyjścia, musiałem iść szybko na targ i kupić dwa kawałki materiału, żeby zwierzętom zawiązać oczy. Pozostawiłem Powder’a na uboczu, a sam zajrzałem do pasmanetrii i za ostatnie grosze jakie miałem wtedy przy sobie kupiłem dwa kawałki czarnej muślinowej tkaniny. W pośpiechu wiązałem je na oczach zwierząt i na szczęście dało to jakiś efekt, choć i tak było trudno. Szczególnie, że ani ja ich nie rozumiałem, ani one mnie. Jednak dotyk i spokój były rozumiane w każdym języku, dlatego z czasem miałem nadzieję, że konie nabiorą zaufania. Może i były zdrowe, ale bardzo strachliwe. Bałem się, że będzie z nimi więcej pracy, niż mogłem się spodziewać.
W końcu oboje wsiedliśmy do furgonetki. Byłem znów wyciszony. Myślałem o tym, co powiedział mi mężczyzna. Żółtodziób, dobre sobie. Dla miłości mojego życia mogłem zrobić wszystko, ale on… wybrał kobietę, swoją pierwszą miłość i miał zamiar założyć z nią rodzinę. Ja zostałem sam, zupełnie sam. I myślałem o tym, jak człowiek człowieka może skrzywdzić nie myśląc o tym, że absolutnie każdy z nas ma plaster albo nawet kilka plastrów na sercu. Nie ma na świecie kogoś kto nie przeżył jakiejś tragedii, a mimo to sami sobie wyrządzamy krzywdę. Zbyt było to dla mnie zagmatwane…
 
< Powder? ;3 >

25 lip 2019

Powder CD Le Bleuet

Mężczyzna zaniepokoił się trochę, nic nie wiedział o tym ważnym zakupie. Bardziej jednak trafiło do niego następne zdanie. Ktoś chciał go odciążyć? Kto? Dlaczego? Myślał on, że spisuje się on przecież całkiem nieźle.
- Z przyjemnością - oznajmił Powder. Chłopak wydawał się być bardzo miłym człowiekiem, co odnotował mentalnie. Dostęp do finansów, a owszem - miał. 
- Co do pieniędzy, myślę, że Pik nie obrazi się jak wyjaśnimy sytuację na kartce, pójdziemy do jego biura, weźmiemy ile trzeba i możemy iść. Broń mam u siebie, więc w razie czego ją wyciągnę. - odparł.
- Brzmi jak plan! - odpowiedział ciepło Le bleuet. Oboje udali się w stronę biura, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Gdy dotarli na miejsce młodszy z nich został na zewnątrz, gdy starszy wszedł i otworzył sejf. Wziął ile trzeba i zgarnął z biurka jedną samoprzylepną karteczkę. Napisał "Namiot się zawalił, Le bleuet nie ma jak wziąć na chwilę obecną pieniędzy, dlatego biorę tą sumę z sejfu i idę z nim do miasta - Powder". To powinno wystarczyć. Dorysował jeszcze uśmiechniętą buźkę, taki odruch. Zamykając za sobą drzwi dołączył do bruneta. Jako, że mieli oni kupić zwierzęta oczywisty był fakt, że pojadą do miasta. Był to dobry powód by zabrać cyrkowego pickup'a. Konie same z siebie nie przyjdą. Zakładał, że sprzedawca użyczy im transportera, który później odwiozą... choć może lepiej byłoby wziąć ich własny, na wszelki wypadek. Nigdy niewiadomo na kogo się trafi. Zazwyczaj chłopak do miasta szedł pieszo, relaksując się przechadzką w przyrodzie i podziwiając widoki, gdy nie musiał zdobyć czegoś w dużych ilościach. Mimo to tym razem ominie to mężczyzn. Szkoda. Powder lubił chodzić do miasteczka, głównie z tego powodu - cisza, spokój, papieros i tyle mu starczy do błogiego stanu. Zawitali jeszcze w namiocie starszego, aby jak powiedział wcześniej, wziął broń (i prawo jazdy, ale to swoją drogą) oraz klucze, które zatrzymał po wczorajszej wizycie po zapasy żywności.
- Weźmiemy jeszcze przyczepę dla koni, mamy podwójną po Boni i Berg, ale zakup kolejnej będzie potrzebny - powiedział, trochę sam do siebie.
- Może handlarz sprzeda je również z nim? - odparł brunet. Miał on rację, jeśli były to jego jedyne konie to jest to bardzo prawdopodobnie. Powder przytaknął mu rację. We dwójkę doczepili przyczepę do pickup'a i wsiedli do szarego wozu. Chłopak przekręcił kluczyk w stacyjce i byli juz w drodze po nowe pupile.
- W sumie dawno z nikim nigdzie nie jechałem
- Ah? Czemu?
- Zazwyczaj robię to sam, w sensie chociażby moje wycieczki po zapasy odbywam zazwyczaj w tylko obecności moich śmiercionośnych patyczków - zaśmiał się lekko - miło czasem mieć towarzystwo.
Reszta przejażdżki minęła w komfortowej ciszy, z paroma zdaniami tu i tam. Zaparkowali i udali się na główny plac, który mimo wczesnej godziny już tętnił życiem. Stoiska targowe rozkładały się lub kończyły ten żmudny proces i zaczynali pojawiać się pierwsi klienci. Idąc tagiem pod jego koniec oboje zauważyli mężczyznę pod przyczepą transportową, który z niecierpliwością patrzył na zegarek. Nie dawał on dobrego pierwszego wrażenia, choć zdecydowanie może być ono mylne. Cyrkowcy spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
- Zakładam, że to nasz człowiek?

< Le Bleuet? >

23 lip 2019

Le Bleuet CD Powder

Od mojego powrotu mija już tydzień. Ile mnie tu nie było? Około trzy lata. To bardzo długo. Przez pierwszą chwilę wszyscy myśleli, że zginąłem w pogoni za Midasem, ale na szczęście wujek Pik znał prawdą. Nie wiem skąd, wiem tyle, że nie pozwolił mojej mamie umrzeć z chorej tęsknoty i niepewności. Nie chciałem, aby tak wyszło, ale cóż… miłość nas zaślepia. Jesteśmy wtedy jak konie w bryczce, widzimy tylko to co przed nami, a nie dostrzegamy niebezpieczeństwa czającego się zaraz obok nas. Ta podróż jednak zmieniła mnie. A raczej cierpienie towarzyszące mi cały czas zmieniło mnie, choć nikt jak na razie nie zdołał tego dostrzec… no, może widać, że trochę wydoroślałem, zmężniałem, ale poza tym nikt nie domyśla się, co teraz mieszka w moim sercu, a na pewno nie jest to coś dobrego. Będę jednak musiał zmierzyć się z tym zupełnie sam. Na kolejny kredyt zaufania nie było mnie stać.
Mój powrót wywrócił cyrk do góry nogami. Często nie mogłem odpędzić się od ciągłej chęci rozmowy, od pytań i ciekawskich spojrzeń. Nie było to dla mnie przykre, raczej męczące. Chciałbym wrócić do wiru pracy, on pomaga człowiekowi przetrwać najtrudniejsze momenty, ale nie miałem za bardzo jak. Proces przekwalifikowania zajmował sporo czasu, co wykorzystywali moi znajomi z cyrku, dlatego też za wszystkimi ważnymi sprawunkami musiałem chodzić wcześnie rano bądź późną nocą.
Tak było i wtedy. Wstałem rano razem z ptakami, które nie omieszkały się wlatywać do mojego uchylonego namiotu i robić sobie czad imprezke. Głównie wróble lubiły moje towarzystwo. Zawsze dostały niezły okruch z mojego śniadania. Napiłem się zimnej wody z cytryną z rana i zabrałem się do przygotowania szybkiego posiłku, na który składał się czarny chleb z pastą z soczewicy i sałatka grecka, którą uwielbiałem. Starałem się przejść na dietę wegańską albo chociaż wegetariańską. Dziwnie czułem się z faktem, że gdybym znalazł się w rzeźni to słyszałbym zawodzenie tych wszystkich istot, które nie koniecznie chciały oddawać życie, aby stać się moim obiadem, jednak Matka Natura ciągle mówiła do mnie, że takie są jej prawa. Nie miałem zdania.
Po śniadaniu z ptakami chciałem się iść wykąpać do wspólnej łaźni, jaką mieliśmy w cyrku. O tej porze nikogo tam zazwyczaj nie było, w każdym razie tłumu brak. Słońce już zaczynało mocniej świecić. Od mojego namiotu odbijały się promienie wschodzącego dnia. Zrobiło się bardzo rześko, ale nie zimno… powiedzmy, że idealnie. Cud świeżego powietrza z rana, to jest coś! Zabrałem wszystkie niezbędna akcesoria do kąpieli i świeże ubranie i poszedłem do łaźni.
Miałem wtedy ważny sprawunek mianowicie miałem się zająć kupnem dwóch nowych koni do cyrku. Mieliśmy na to fundusze, aby powiększyć nasze stado pupili, ponadto dwa konie już zdecydowanie nie wystarczały. Wszyscy wiedzieli, że dostanę to przekwalifikowanie, więc papiery to była kwestia czasu. Trochę się stresowałem. Po mojej podróży raczej nie ufałem handlarzom. Byli to ludzie parający się nie lada przekrętami, często oszukiwali swoich kupców i bywali bezwzględni. Na szczęście ja również nauczyłem się okazywać tą cechę, kiedy należy. Bez niej niejednokrotnie mógłbym zginąć.
W łaźni świeciło pustkami, więc bardzo prężnie się wykąpałem i chciałem wrócić do namiotu. Nie mogłem się spóźnić na to spotkanie. Sam fakt, że miało się ono odbyć tak wcześnie wkurzyło handlarza. Nie domyślałem się jednak, co w tym czasie mogło się wydarzyć w moim namiocie. Dzień jak co dzień, ale jednak czekała mnie niespodzianka…
Wracałem już gotowy, umyty i ubrany do namiotu po swoją torbę i pieniądze na zakup koni. Idę szpalerem namiotów wypatrując czubka mojego z charakterystyczną flagą w kształcie szpulki, na znak, że jest to mieszkanie krawca, ale i to miało się niedługo zmienić na flagę z głową lwa i konia, jako symbol mieszkania tresera zwierząt. Nic jednak nie wypatrzyłem, jednak idą tropem od góry do dołu zobaczyłem moja mieszkanko w całkowitej ruinie. Leżało jak kawał jakieś szmaty rzuconej przez olbrzyma. Jedno wielkie pogorzelisko. Podszedłem bliżej i nie ukrywałem zdenerwowania, ponieważ no… nie miałem jak wejść do środka, żeby przypadkiem nie dostać belką w łeb. Wyobraźcie sobie drodzy państwo namiot z Harry’ego Potter’a. Wszystko fajnie, ale jak się zawali to wejść tak czy siak się nie da – musi być idealnie rozłożony. Kiedy leżał zrujnowany, czar pryskał i w środku nie było zupełnie nic. Nagle usłyszałem hałas skaczących po skrzynce narzędzi. Odwróciłem się i zobaczyłem znaną mi już nieco twarz mężczyzny, którego widzę dosłownie wszędzie o każdej porze dnia i nocy. W duchu zaśmiałem się z tego faktu, że ja go widzę wszędzie, a on zapewne mnie niekoniecznie. Powróciła jednak myśl o tym, że mam swoje załatwienie za jakąś godzinę z czego dotarcie na miejsce pieszo zajmuje przynajmniej 20 minut. Zatem? Ponad pół godziny na to, aby ponownie postawić namiot, wszystko zabrać i wybiec.
- Co tu się stało?! – zapytałem, choć było to głupie pytanie, bo przecież co? No, namiot się zawalił jak widać, ale jak człowiek jest w szoku to zadaje wiele głupich pytań. Ponadto widok bardzo przystojnego kolegi mógł mi trochę namieszać w głowie. Elegancka koszula i spodnie o tak wczesnej porze? Niecodzienny, ale przyjemny widok. Poinformował mnie, że usłyszał tylko hałas, a to co ja zastałem zastał i on jak przyszedł na miejsce. I miał rację w jednej kwestii – dobrze, że mnie nie było w środku.
- No to mam problem – powiedziałem do siebie. Zapewne mężczyzna spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, bo przecież do wieczora namiot zostałby naprawiony, a było wtedy rano. W głowie kotłowały mi się myśli, jak dostać się chociaż po pieniądze. I przede wszystkim potrzebowałem też broni.
- Nie ma się co martwić, za chwilę będzie stał jak wcześniej – zapewnił pocieszająco – Ale jednak nie wiadomo dlaczego się tak stało. Nie ma sensu go ponownie stawiać, jeśli okaże się, że belki są już nie pierwszej młodości albo materiał jest przeciążony wilgocią – wytłumaczył.
- Ja sobie zdaję sprawę, jednak za jakieś… - spojrzałem na zegarek - … pół godziny muszę być w mieście z kupą kasy i pistoletem – wyjaśniłem. Poczułem ten niepokój i cholerne zdziwienie kolegi – Jadę kupić konie od handlarza z miasta. Za grosz nie ufam szumowinom – dodałem i od razu poczułem lżejszą atmosferę.
- Jednak nic nie wiem o naszych zakupach – zdziwił się, ja również.
- A skąd miałbyś wiedzieć skoro nie zajmujesz się tresurą – odpowiedziałem całkiem spokojnie i przyjaźnie.
- Można powiedzieć, że jestem od jakiegoś czasu menadżerem – zaśmiał się – Więc wydatki na zwierzęta to również moja działka – dodał. Nagle wszystko stało się dla mnie jasne, dlaczego widzę mężczyznę zawsze i wszędzie. Chora praca menadżera… skąd ja to znam? Jednak jego nie wiedza na temat mojego dzisiejszego wypadu mnie zmartwiła.
- Skoro tak to powinieneś o tym wiedzieć. Dostałem nawet pieniądze od Vogel’a i wszystkie inne wytyczne od wujka Pik’a. Śmiem nawet twierdzić, że powinniśmy się udać razem, żeby dokonać tej transakcji. Dziwiłem się trochę, że to ja dostałem pieniądze, ale je przyjąłem i obiecałem domknąć sprawę – chłopak słuchał mnie z uwagą, każde moje słowo myślę dokładnie odbiło się w jego głowie i analizowało. W końcu mi odpowiedział.
- Myślę, że miałem się o tym dowiedzieć rano. Ostatnio było sporo pracy…
- Lub ktoś chciał Cię trochę odciążyć – zasugerowałem – Ja tydzień temu wróciłem z wakacji, więc mogłem to zrobić za Ciebie, a ty miałbyś dzisiaj wolne, powiedzmy. Menadżer i wolne to trudny duet – zaśmiałem się pod nosem. Trzymałem jedną ręką swoje rzeczy, drugą miałem w kieszeni i myślałem, co zrobić w tej sytuacji – Masz zapewne dostęp do naszych finansów. Wujka Pik’a raczej nie ma, wszyscy śpią, a jak spróbuję obudzić Vogel’a to dostanę sztyletem między oczy. Co więcej jak nie kupię tych koni to dostanę jeszcze kulkę w łeb – zaśmiałem się – Masz jakiś pomysł, Panie Menadżerze? – uśmiechnąłem się nonszalancko.
- Powder jestem – podał mi rękę z serdecznym uśmiechem i lekką dozą rozbawienia.
- Le bleuet, repatriant cyrkowy we własnej osobie – uśmiechnąłem się i energicznie uścisnąłem mężczyźnie dłoń – A więc? Jak będzie?

< Powder? ;3 >

Le Bleuet

Dobro i zło są jak domino. A jego częścią jest każdy z nas. Ty wybierzesz, co poślesz. Bóg nie ma na to wpływu. Bóg to człowiek, który tylko patrzy. Jest dla Ciebie zadanie: zatrzymuj falę zła ...

Vivi CD Robin

To miało sens, musiał mu to przyznać. Cofnął się o krok, nadal wpatrując się w niedźwiedzia niezadowolony. 
- Dobrze, masz rację... To ja byłem w błędzie. Ale mógłbyś dla mnie odejść odrobinkę od tego stworzenia? 
- Mówiłem już, to mój przyjaciel. Nie musisz się go obawiać, a on mi też nic nie zrobi. Demon przechylił głowę, niespokojnie machając ogonami. 
- Okej... Okej... - Moment potem przeczesał włos i wzdychając, usiadł na jakimś konarze drzewa. - Czyli to z nim spędzasz najwięcej czasu? 
- Znaczy się... - Robin zamyślony spojrzał na niedźwiedzia, gładząc jego łeb. - Możesz to tak ująć. 
- I jesteś absolutnie pewien, że on ci... - Robin mu przerwał, za nim ten zdążył skończyć. 
- Tak jestem stuprocentowo pewien, już ci to przecież mówiłem. 
- Taaak, tak... Ja się tylko martwię... Wybacz... Jesteś dużym chłopcem i w ogóle... Już was zostawię samych sobie. Nie czekając, demon odszedł od niedźwiedzia i chłopaka, nadal jakiś nieswój. Szedł lasem, a po głowie krążyły mu różne myśli. Nie był pewien, co tak właściwie czuł. Coś było nie tak. Czy sytuacja mogła się znowu powtórzyć? Przecież ludzie to tak słabe istoty. Nawet opiekowanie się jedną z nich nie koniecznie gwarantuje im dłuższe życie. Czy też jakiekolwiek szanse? Powinien się trzymać z daleka i nie zawierać żadnych bliższych kontaktów. Sprowadza na ludzi tylko kłopoty. Niektórych rzeczy nie powinni wiedzieć, to tylko ściąga niepotrzebne niebezpieczeństwo. Tak rozmyślając, udało mu się wrócić do cyrku. Zatrzymał się i odwrócił w stronę lasu. Nagle żałował, że zostawił chłopca samego... Ah nie... Przecież był z tym... Niedźwiedziem. Kopnął jakiś kamyk i wrócił do siebie. Jak zmęczony pies padł na kanapę. Zamknął oczy i jakoś nie miał siły, by znów je otworzyć. Po chwili pochłonął go mrok. Ocknął się, słysząc świst wiatru. Jeszcze ospały podniósł się, stawiając uszy i nasłuchując. Musiało zacząć padać, gdy spał. Zwlókł się z sofy i podszedł do okna. Nie wyglądało to tak źle. Przeciągnął się i ziewnął. Już się zaczęło ściemniać. Nastawił wodę, żeby sobie zrobić herbatę. I nagle coś mu przemknęło przez myśl. Czy Robin już wrócił? Znowu spojrzał za okno. Powinien. Ale czy tak się naprawdę stało...? Nerwowo zaczął się przechadzać przy oknie, obserwując krople deszczu. Na pewno zdążył się schować przed deszczem... A co jeśli nie? A co jeśli zmoknie i się przeziębi. Całkowicie zapominając o nastawionej na herbacie wodzie, chwycił parasol i wyszedł na zewnątrz. Rozłożył parasol i szybko się rozejrzał. W taką pogodę nikt normalny nie wściubiałby nosa za drzwi. Powolnym krokiem ruszył do lasu. Wziął głęboki oddech. Powietrze było świeże i rześkie. Było jakoś dziwnie spokojnie. Może trochę zbyt spokojnie. Ale jedno było pewne, w deszczu go nie wytropi. Instynktownie poszedł do jaskini, w której zamieszkiwał ten jego cały niedźwiedź. Już stojąc w wejściu do jaskini, wiedział, że chłopca tam nie znajdzie. Przez myśl przemknęła mu straszna myśl. A co jeśli... Ten miś jednak nie był taki przyjazny. Ale nie... Robin faktycznie znał to zwierzę lepiej... Poza tym nie czuć było zapachu gnijącego, ludzkiego ciała. Wycofał się z jaskini, spoglądając na zachmurzone niebo. - Gdzie mogłeś się podziać Robin...? Poszedł dalej w las, obserwując malutkie błędne ogniki, które co jakiś czas wychylały się zza konarów drzew, obserwując go i jakby prowadząc. Deszcz im wcale nie przeszkadzał, nadal migotały swoim błękitnym blaskiem, prowadząc mężczyznę dalej i dalej w las. Gdy się zatrzymał na skraju jakiejś polany, zauważył na niej we mgle dwie postacie. I nagle zamarł, rozpoznając obie te postacie. Robin siedział na ziemi, a tuż przed nim stał ten demon, Dostojewski. Momentalnie się przemienił i podbiegł do chłopca, czule go szturchając łebkiem. Chłopiec chwycił łeb lisa i się do niego przytulił. 
- Nie martw się... Teraz jestem z tobą... Nic ci nie będzie.... 

(Robin? Riddle? )

18 lip 2019

Smiley CD Vogel

Wręczyłam prezent Vogel'owi. Bałam się, że będzie chciał go od razu otworzyć, ale schował go do kieszeni. Zrobił tak jak go poprosiłam. Ucieszyłam się bardzo. Dotarłam do swojego namiotu, przez pierwszą chwilę zostaliśmy staranowani przez Yuki'ego i Bisce, ale gdy odpuściły, Vogel odłożył moje torby i żegnając się z uśmiechem na twarzy, skierowała się w stronę swojego namiotu. 
- Bisca, Yuki wiecie dzisiejszy dzień był naprawdę wspaniały! - byłam bardzo podekscytowana przez co nie chciało mi się spać. Dałam jedzenie swoim pupilom oraz przysmaki w ramach nagrody za to, że były takie grzeczne. Poszłam pod prysznic, nie minęło kilka długich minut, a ja w piżamie zaczęłam rozpakowywać zakupione przeze mnie rzeczy. 
- Mam nadzieję, że prezent się mu spodoba - Bisca już spała więc jedyną osobą jaka mi pozostała do pogadania był Yuki. On spojrzał się na mnie tym swoim uroczym wzrokiem. Nie mogąc się powstrzymać dałam mu małą przekąskę. - Tylko nie wygadaj się Bisce - gdy to usłyszał, położył się na moim łóżku. Dołączyłam do niego oraz Biscy. Oboje byli tacy ciepli, jak zawsze sprawiali, że przestałam się martwić. Spojrzałam się na swoją sukienkę oraz buty przy których we wyborze pomógł mi Vogel. Wróciłam wspomnieniami do dzisiejszego dnia. Jego uśmiech był najlepszym prezentem jaki dostałam od dłuższego czasu. Nim się spostrzegłam odpłynęłam w świat snów. 
Osoba która stała tuż obok mnie była taka ciepła. Pomimo tego, że byłam sama w ciemnym miejscu, osoba ta dotknęła mojej twarzy, wyciągnęła pomocną dłoń w moją stronę. Przyjęłam niepewnym ruchem jego dłoń. Ciemne miejsce zniknęło, a na jego miejscu pojawiło się ciepłe, pełne kwiatów miejsce... Pośród kwiatów stało drzewo wiśni, które nie było daleko od nas. Stałam na nogach, a osoba przede mną właśnie coś do mnie powiedziała, gdy nagle kwiaty z drzewa wiśni zostały skierowane w moją stronę poprzez mocny podmuch wiatru. Nie usłałam co ta osoba powiedziała, widziałam tylko ruch jego ust jak wymawia kilka słów.
Otworzyłam oczy, gdy usłyszałam jak ktoś woła mnie. Otworzyłam delikatnie swoje oczy, a przede mną stał Pik. 
- Pik czy ty jesteś zdrowy, kto budzi taką osobę jak mnie o takiej godzinie - spojrzałam się kotem oka na zegar, który był przede mną. 
- Wiesz jakbyś Księżniczko nie wracała ze swoim Księciem o tak późnej porze to bym nie musiał ci dawać kary - na samo słowo kara już mi się nie chciało wstawać z łóżka. Jednak nie byłam jedyną osobą, która dostała karę. Vogel za pewne również dostał. Wstałam z łóżka i po przeciągnięciu się, poszłam się przebrać. 
- A ty gdzie idziesz? - zapytał się lekko zdezorientowany Pik. 
- Przecież masz dla mnie karę, no to jestem gotowa na nią - chyba nie spodziewał się z mojej strony takiej odpowiedzi. 
- Czy ty może jesteś chora? Przeziębiłaś się może? - podszedł do mnie bliżej i zaczął się dokładnie przyglądać. 
- Nie, chyba ty się źle czujesz. No już, powiedz jaka czeka mnie kara - spojrzałam się na niego z uśmiechem na twarzy. 
- Księżniczko, Smiley - usłyszałam głos bliźniaków, którzy od razu wzięli mnie w swoje ramiona. 
- Czy on się również na tobie znęca? Wiesz, zawsze możemy ci pomóc w wykonaniu kary - jak zawsze byli uroczy, ale ja nie miałam zamiaru od nikogo przyjmować pomocy. 
- Tym razem podziękuję, sama mam zamiar odbyć swoją karę, a więc Pik jaka jest moja kara? - spojrzałam się na niego, a on wręczył mi do rąk listę z moimi zadaniami. Gdy spojrzałam się na nią, zrobiłam jedną rzecz nim wyszłam z namiotu. Zostawiłam pupilom jedzenie i wyruszyłam w pierwszy punkt. 
Sprzątanie nie było moją najmocniejszą stroną, ale skoro musiałam to musiałam. Zajęłam się wszystkimi zadaniami z mojej listy. Gdy tylko ktoś do mnie podchodził i się pytał czy ma mi pomóc odmawiałam. Założyłam słuchawki na uszy i nucąc sobie każdą jedną usłyszaną piosenkę pod nosem, praca jakoś szybciej mi szła. Nie miałam dzisiaj okazji spotkać się z Vogel'em. Gdy skończyłam wszystkie kary jakie były mi dane na liście, spojrzałam się na godzinę. Była już trzecia w nocy. Chwyciłam się za brzuch, gdy tylko przypomniał mi o tym, że domaga się jedzenia. Wzięłam kilka ocalałych owoców z kuchni po czym poszłam do swojego namiotu. Tam wzięłam kąpiel, nie mogąc spać wyszłam na krótki spacer. Idąc powolnym krokiem przed siebie, nagle się zatrzymałam. Przede mną ukazała się przepiękna sceneria, którą zawsze lubiłam oglądać. Wschód słońca. Wschody słońca, zachody słońca, blask księżyca oraz oglądanie gwiazd. Moje najbardziej ukochane scenerie. Wszystkie one przypominają mi o moich przygodach jakie przeżyłam wraz z Vogel'em. Nie mogłam już iść spać, bo powinnam się przygotowywać do występu.
Zaczęłam się przygotowywać, gdy nakładałam za sceną swój makijaż, nagle zobaczyłam w lustrze jak leci mi krew z nosa. Szybko chwyciłam za chusteczkę i przyłożyłam ją do nosa. Nim ktokolwiek mnie zobaczył, ukryłam się za pewnymi kartonami. Gdy Pik wywołał moje imię, odłożyłam chusteczkę i modląc się w duszy, aby nikt nic nie zauważył wyszłam na scenę. Moje przedstawienie zaczęło się wraz z tym jak publiczność zaczęła bić brawa. Pośród całej publiczności zauważyłam Vogel'a. Mega się ucieszyłam na jego widok w dodatku miał założony mój prezent. Dzisiejszy dzień nie mógł być jeszcze lepszy. Moje przedstawienie zakończyło się sukcesem. Gdy tylko wszystko zakończyło się, poszłam od razu do Vogel'a, który czekał już na mnie za sceną. Przebrałam się tak szybko jak mogłam, że nie zauważyłam, iż niektóre ozdoby na moich włosach jeszcze pozostały. 
- I jak ci się podobało? - zapytałam podekscytowana. 
- Było... - nim zdążył coś powiedzieć, Pik się wtrącił.
- Czyżbyście znowu chcieli otrzymać ode mnie karę? - widząc Pik'a, jego żart nie był już śmieszny. 
- Może czas, aby ci dać karę Pik! Tylko potrafisz się wyręczać innymi osobami, a sam się obijasz i zarywasz do wszystkich dziewczyn - chciałam coś dopowiedzieć, gdy nagle bliźniaki jak i Dague wyśmieli się z Pik'a. 
- Zostaw już ich. Księżniczka jak i Vogel dobrze się spisali, zwłaszcza nasza Smiley. Co jak co, ale zrobiła wszystko sama i nie wymigała się od niczego - obronił mnie Liray. - Poza tym widziałem jak się wczoraj obijasz, więc mam dla ciebie trochę pracy - Liray chwycił Pik'a i zaczął ciągnąc za sobą. 
- Co powiesz na to, abyśmy udali się w trochę cisze miejsce niż to? - zapytałam się czarnowłosego chłopaka, który chciał się wyśmiać ze sytuacji jaka właśnie nas napotkała, ale powstrzymywał się co szło mu dość dobrze. 
- Z miłą chęcią - odparł z delikatnym uśmiechem. 
- Zasypał ciebie papierkową robotą co nie? - podpytałam się delikatnie.

<Vogel?> wybacz, że to opowiadanie jest takie se 

Vogel CD Smiley

Ciemność, która ogarniała nas ze wszystkich stron, wyglądała na o wiele groźniejszą przez gęsty las, w którym to aktualnie się znajdywaliśmy. Na szczęście jednak w trakcie drogi towarzyszył na księżyc i jego nieodłączni pomocnicy -gwiazdy, co sprawiało, że chciało się przystanąć na moment, by spoglądać tylko w ich stronę. Musiałem skupić się na innej rzeczy. Była nią moja towarzyszka, która powoli wyglądała na zmęczoną, choć czemu by się tu dziwić? W końcu spędziliśmy większość dnia w mieście i to głównie na zakupach. Na samą myśl o tym ogarnęło mnie przytłaczające uczucie. Niby to nic, zwykłe zakupy, ale jednak było to coś naprawdę męczącego. Otrząsnąłem się, gdy tylko dziewczyna stanęła przede mną z delikatnym uśmiechem goszczącym na delikatnie oświetlonej przez księżyc, twarzy. Postąpiłem jak ona, przyglądając jej się uważnie.
- Dziękuję ci bardzo za dzisiaj oraz za uratowanie mnie -przerwała trwającą już od jakiegoś czasu ciszę, podając mi w swoich dłoniach małe, ładnie owinięte pudełeczko -Otwórz go, jak już będziesz u siebie w namiocie -kontynuowała z uśmiechem.
Zaskoczyła mnie tym trochę, bo w końcu ja nic dla niej nie miałem, a okazji by mi go wręczała, także nie było. Zamrugałem kilka razy, po czym niepewnie wyciągnąłem o niego swoje dłonie. Objąłem go, delikatnie muskając skórę dziewczyny, na co ta się wzdrygnęła. Czując to, zabrałem go o wiele szybciej, niż to zaplanowałem. Okręciłem go, a następnie z delikatnym uśmiechem schowałem go do kieszeni.
- Dziękuję, chętnie go obejrzę.
Smiley odrobinę zaróżowiły się policzki po moich słowach, dlatego czym prędzej zwróciła się w drugą stronę, stojąc tym samym do mnie plecami.
- Lepiej się pośpieszmy, robi się naprawdę późno -mimo iż stała do mnie tyłem, bardzo wyraźnie ją słyszałem, jak i jej delikatny śmiech, na który sam szerzej się uśmiechnąłem.
Podszedłem do niej i trącając ją o ramię, wznowiłem nasz spacer, lecz tym razem szliśmy o wiele wolniej niż poprzednio.
Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na terenie cyrku, co nas bardzo uszczęśliwiło, gdyż w lesie traciliśmy powoli widoczność. Odprowadziłem Smiley do jej namiotu, pozostawiając tuż przy wejściu jej torby z zakupami. Było to nie lada wyzwaniem, gdyż jej mali przyjaciele bardzo się na nas rzucali, po jakimś czasie pozwolili mi jednak odstawić, co należało do ich właścicielki. Odchodząc, skinąłem głową w geście powiedzenia "dobranoc" po czym odszedłem spod jej mieszkania, kierując się do tego właściwego, mojego. Wchodząc do środka, ściągnąłem z siebie wierzchnią odzież, odkładając przy tym swoje torby z zakupami. Poszedłem pod prysznic, a gdy wróciłem, przypomniało mi się o prezencie od mojej niedawnej towarzyszki. Sięgnąłem do kieszeni po beżowy pakunek. Mając go w dłoniach, usiadłem na krawędzi łóżka, uważnie mu się przyglądając. Nie wiedząc dlaczego, bałem się go. W sensie nie był to normalny strach, raczej niepokój czy zdenerwowanie pojawiające się wraz z myślami, które tylko nasuwały mi pomysły, co może się tam znajdować. Odganiając te głupie myśli, ściągnąłem z pudełka wstążkę, po czym podniosłem wieczko. Przez chwilę trwałem w bezruchu, aż w końcu przy pomocy palców wyciągnąłem srebrny naszyjnik z grawerowanym pierścieniem. Widząc go, sięgnąłem po niego drugą ręką, oglądając go uważnie. Widniał tam napis, lecz niestety nie potrafiłem go rozczytać, był w jakimś innym języku. Zmarszczyłem brwi i zacząłem oglądać cały prezent.
- Mógł kosztować krocie -wyszeptałem, obracając go po raz kolejny -Oszalała -westchnąłem, oczami wyobraźni patrząc na Smiley.
Zamknąłem oczy i położyłem się na łóżko. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Było mi zarówno źle, jak i bardzo miło. Leżąc tak przez jakiś czas, nim się spostrzegłem, zanurzyłem się w świat snów.
Obudził mnie czyiś głos dochodzący zza zamkniętych drzwi od mojej przyczepy. Od niechcenia wstałem i podszedłem do nich, otwierając je powoli. Niestety, osoba, która za nimi stała bardzo chciała się do mnie dostać, dlatego też popchnęła je z ogromną siłą, powodując, że z ledwością utrzymałem się na nogach. Przecierając oczy, w końcu rozpoznałem tę osobę.
- Co ty tu robisz? -westchnąłem, zamykając za nieproszonym gościem drzwi.
- Przyszedłem dać ci trochę pracy, abyś się nie nudził -zaśmiał się, odkładając trzy teczki na i tak już zawalone papierami biurko.
- Żebym się nie nudził? -podszedłem do niego, a właściwie do łóżka, gdzie znajdywał się telefon -Ty wiesz, jaka jest w ogóle godzina -zapytałem, przykładając mu urządzenie do twarzy.
- Oczywiście, że wiem -odpowiedział, odtrącając moją rękę -Ale wiem także, że jeżeli byłeś w stanie wrócić tutaj z naszą kochaną kruszynką w środku nocy, to i też powinieneś mieć siły na pracę z samego rana -zaśmiał się, unosząc do góry ręce, jakby chciał pokazać, jak olbrzymi jest to problem.
- I właśnie dlatego przyszedłeś tutaj o wpół do siódmej? -uniosłem jedną brew, upewniając się najgorszego.
- Dokładnie -pstryknął palcami -Ale nie martw się, Mała także dostanie karę -ponownie usłyszałem jego śmiech.
Zmarszczyłem brwi, gdy tylko usłyszałem jego słowa. "Mała"? Ma chyba na myśli Smiley. Westchnąłem ciężko i sięgnąłem po wisiorek, który po krótkiej chwili został mi brutalnie zabrany.
- Fiu, fiu jaki ładny -zaczął się mu przyglądać ze wszystkich stron, po czym spojrzał na mnie kątem oka -Ona ci go dała? -wygiął usta na znak uśmiechu, unosząc przy tym jedną brew.
- Tak, ale mam zamiar go zwrócić -westchnąłem, zabierając mu go -Jest piękny, ale nie chcę, by marnowała pieniądze na takie rzeczy, tym bardziej dla mnie.
- Uwierz mi, ale dla niej to nie jest marnowanie pieniędzy i to tym bardziej dla ciebie! -powiedział, czochrając mnie przy tym po głowie, co wydawało mi się co najmniej dziwne -Może jeszcze kiedyś to zrozumiesz... Może to ona właśnie przyczyni się do twojego powrotu... Któż to wie? Na pewno nie ja, co najwyżej wasza dwójka -mówiąc to, podszedł do drzwi i zanim wyszedł, dodał -Zanim do niej pójdziesz, chociaż przejrzyj te papiery. Na pewno znajdziesz tam coś ciekawego -mrugnął do mnie, po czym zniknął.
- Pik, czekaj! -krzyknąłem za nim, lecz ten nawet nie myślał, żeby się zatrzymać, ani tym bardziej się zawrócić.
Westchnąłem przeciągle, po czym zasiadłem przy papierach, raz jeszcze przyglądając się prezentowi. Może ma rację? Sam nie wiem. A to, co powiedział... Że może ona przyczyni się do mojego powrotu... Ciekawe co miał na myśli. Przymknąłem na chwilę oczy, po czym zabrałem się do pracy. Chciałem to szybko skończyć, by czym prędzej pójść do dziewczyny. Nie wiedząc czemu, nagle zaczęło mnie do niej ciągnąć. Tak jakbym sam był ciekaw tego wszystkiego.

<Smiley?> Po pierwsze przepraszam, że tak długo. Po drugie -przepraszam, że takie, a nie inne XD