14 sty 2020

Lennie CD Shu⭐zo

Otworzyłem oczy i od razu poraziła mnie jasność pomieszczenia, w jakim się znajdowałem. Kiedy przyzwyczaiłem się do światła, zobaczyłem biały sufit. W powietrzu unosił się typowy lekarski zapach, który od razu przypomniał mi, co się stało i gdzie się znajdowałem. Szpitale zawsze śmierdzą tak samo. Spojrzałem w bok, zobaczyłem ścianę. Podniosłem się na łokciach i rozejrzałem, w sali byłem sam, chociaż po lewej stronie było puste łóżko. Dopiero wtedy poczułem ból w brzuchu. Przyłożyłem dłoń na rany i odkryłem się, cały brzuch miałem zabandażowany, a mimo to miałem wrażenie, że dalej miałem w nim nóż. Przełknąłem ślinę i nagle zrobiłem się blady, gdy sobie przypomniałem o przyjacielu. Oblał mnie zimny pot. 
John Rovgoton.
Zacząłem płakać z bezsilności. Jak go miałem znaleźć? Jedyny sposób to powiedzenie wszystko policji, bo jak ma niby znaleźć jego adres, kiedy nawet nie wiem, kogo pytać? Ci, którzy mieli coś wspólnego z handlem organami, albo teraz siedzą za kratkami i raczej nic mi nie powiedzą, albo uciekli. Nagle do pokoju ktoś wszedł. Podniosłem głowę i szybko wytarłem łzy. Była to pielęgniarka z jakąś kobietą, dopiero po chwili rozpoznałem w niej tą dziewczynę z porwania.
- Wybudził się pan – odezwała się pielęgniarka szorstkim głosem. - Pójdę po lekarza, a panienka niech go nie męczy – odwróciła się do dziewczyny, która skinęła głową. Gdy podchodziła do mojego łóżka, przyjrzałem jej się. Przypominała Azjatkę, wąskie oczy, biała karnacja i czarne, proste włosy. Uśmiechała się miło.
- Jak się pan czuje? - usiadła obok mnie. Wzruszyłem tylko ramionami. - Chciałam podziękować, gdyby nie pan.
- Lennie – przedstawiłem się, na co się uśmiechnęła.
- Morgan. Gdy nie ty, Lennie, już by było po nas – skinąłem głową. Tak naprawdę nie czułem z tego żadnej satysfakcji, nie potrafiłem się cieszyć wywalczonym szczęściem, czy ten chłopak naprawdę tyle dla mnie znaczył, że nie potrafiłem docenić drugiej szansy? - Więc jeśli było by coś, w czym mogłabym pomóc, mów śmiało – położyła mi dłoń na dłoni. Spojrzałem na jej rękę i znowu pokiwałem głową. Kompletnie nie miałem ochoty rozmawiać. - Coś cię gryzie? Czy chodzi o tego chłopaka, o którego pytałeś tego faceta? - podniosłem na nią wzrok i smutno pokiwałem głową, powstrzymując łzy. - Policja na pewno go znajdzie – próbowała mnie pocieszyć.
- Gdy policja czegoś szuka, zawsze jest za późno. Gdybym tylko znał adres tego Johna Rovgothona – zacisnąłem pięści.
- Możesz im postawić ultimatum – spojrzałem na nią.
- Komu?
- Policji – odwróciła się, by sprawdzić, czy nikogo nie ma. - Będą cię chcieli przesłuchać, jako ofiara nic ci nie grozi, więc na spokojnie możesz zażądać tej informacji w zamian za przesłuchanie – słysząc to, na nowo odzyskałem nadzieję. To był dobry pomysł, wystarczyłoby tylko to dobrze rozegrać.
- Chyba tak spróbuje, dzięki – uśmiechnąłem się lekko, gdy do pokoju wszedł lekarz, a razem z nimi dwóch policjantów.
Wyprosili Morgan, która miała poczekać na zewnątrz, ponieważ jej matka także tutaj była, na szczęście chodziło tylko o badania. Jak się mogłem spodziewać, najpierw zapytali o samopoczucie, lekarz przeprowadził kilka testów, a w tym czasie policja zadawała mi pytania. Gdy usłyszeli, czego chce w zamian, nie chcieli się zgodzić, ale ja byłem nieustępliwy. Na każde pytanie odpowiadałem tak samo „w zamian za adres”. Nawet gdy zapytali, po co im on, odpowiedziałem tak samo. Koniec końców, jako najważniejszy świadek w tej sprawie, zgodzili się. Jeden z nich wyszedł i gdzieś zadzwonił. Wtedy drugi chciał mnie przesłuchać, ale nie chciałem ryzykować. Dopiero gdy dostałem ten cholerny adres, opowiedziałem im, co się stało.
W pewnym momencie przestali zapisywać, usiedli i po prostu mnie słuchali, a kiedy skończyłem, po prostu wyszli. O to tyle, żadnej informacji co się stało z ludźmi, czy ich złapali, czy nie będę musiał zeznać… nic, kompletnie. Może to i dobrze? Po chwili do pomieszczenia wróciła Morgan.
- Co powiedzieli? - zapytała, ale ja tylko wzruszyłem ramionami.
- Tak właściwie, to gdzie ja jestem? - zapytałem, gdy zdałem sobie sprawę, że nie miałem pojęcia, gdzie mnie przywieźli.
- W Toronto – popatrzyłem na nią jak na zjawę. W Toronto? Na prawdę? Lekko się uśmiechnąłem. Toronto. Mogłem odnaleźć ojca. Na pewno był gdzieś nie daleko, po chwili jednak uśmiech zniknął z mej twarzy. Lennie.
- Muszę się gdzieś dostać, pomożesz mi? - dziewczyna zamrugała oczami.
- Gdzie?
- Chatham-Kent.
- To przecież trzy godziny jazdy – skinąłem głową.
- Wiem, ale tam go znajdę – przez chwilę milczała.
- Jak chcesz się tam dostać? - wzruszyłem ramionami. - Przecież jesteś ranny, lekarze cię stąd nie wypuszczą.
- Wypuszczą, na moje żądanie. A jeśli nie, sposób się znajdzie. Muszę tam jechać.
- Nie jesteś zdrowy, rana może znowu zacząć krwawić.
- To tylko skóra, zaszyta. Organów mi przecież nie tknęli – na tę ostatnią informacje poczułem dreszcz na plecach. Morgan westchnęła zrezygnowana.
- Mogę cię tak zawieść – uśmiechnąłem się szeroko. - Ale dopiero za dwa dni. Straciliśmy samochód i muszę załatwić nowy – chciałem zaprzeczyć, poprosić, by znalazła kogoś nowego, ale nie potrafiłem. Dwa dni, ja odpocznę, ona wszystko załatwi… a Lennie… musi sobie jakoś poradzić. Skinąłem głową. Zostało mi czegoś.
- Tak właściwie, mówili coś na temat tych ludzi? - zapytałem po chwili.
- Ponoć jeszcze kilku szukają, nie mówiąc tu już od zleceniobiorcach – pokiwałem głową. - Muszę lecieć, odpoczywaj – dziewczyna się nachyliła i pocałowała mnie w policzek. Na ten gest nic nie odpowiedziałem, pożegnałem się i zaraz wyszła. A ja zostałem w tym szpitalu z czarnymi myślami, starając się nie tracić nadziei, że z moim Shu wszystko w porządku.

Shu?

13 sty 2020

Riddle CD Robin & Vivi

Wieczór wydawał się toczyć w nieskończoność. Riddle zrobił dużo, ale jednocześnie nic. Najpierw rozmowa z tym ekscentrykiem, później wizyta w opuszczonej świątyni, przerobionej na więzienie, dla takich istot jak on, a gdyby tego było mało, nabawił się dość interesującej kontuzji.
Pewność, też zgubna bywa...
Powtarzał to niejednokrotnie, a dziś sam się na tym złapał. Gorzko tego pożałował, chociaż prawdziwa kara, za próbę uwolnienia swoich sprzymierzeńców będzie o wiele wyższa niż sam mógł przypuszczać. W dodatku nie dotknie tylko jego...
Jego prawa dłoń cała posiniała i ciągle lekko drżała, a gdy tylko zaciskał palce, od zewnętrznej części dłoni aż do ramienia przeszywał go najprawdziwszy ból, który zresztą ukazywał się na całej długości ręki w postaci nieznanych temu światu symboli, które emanowały białym światłem. Dawno nie czuł bólu i z każdą chwilą coraz mniej mu się podobał. Ilekroć był zmuszony użyć swoich mocy, ręka od razu się odzywała, pieszcząc go kolejną dawką tego nieprzyjemnego ludzkiego odczucia. Jego słaby organizm nie za dobrze to znosił, dlatego droga powrotna do cyrku należała do dość uciążliwych, a przede wszystkim męczących.
Nad cyrkiem zawisły gwiazdy wraz z ogromnym księżycem, którego blask z wyczuciem kontrastował z ciemnością tam panującą. Wszyscy już dawno zdążyli pogrążyć się w głębokim śnie. Nawet dwa demoniczne byty, mieszkające po sąsiedzku. Było to dość wyjątkowe i wręcz zaskakujące, ale również była to idealna okazja, dla pewnego nieproszonego gościa, by w końcu wypełnić powierzoną mu lata temu misję.
Riddle miał już okazję spotkać w świątyni. Wiedział, że doprowadzi go do Artemisa, a wtedy będzie mógł dopaść jednocześnie ich obu. Jednak nie przewidział jednej rzeczy, ale o tym może później. Riddle zawsze jest i będzie trzy kroki przed swoim przeciwnikiem. Tylko biedny Vivienne nie jest o niczym poinformowany i też nieświadomy, jakie to ogromne niebezpieczeństwo dla Robina.
Obrał ich dwóch za swój pierwszy cel. Ranny Riddle może poczekać. W końcu i tak nic z niego nie wyciągnie. Z Vivim może być podobnie, jednak sądził, że ten chłopaczek śpiący przy nim powie mu coś więcej. Widać, że nie jest świadom, z jakim bytem przyszło mu obcować w tym miejscu.
Wtargnął do namiotu cicho i niepostrzeżenie. Sam posiadał w swoich dłoniach ogromną moc, jednak nie unicestwi demona na dobre, nie znając jego prawdziwego imienia. Tak jak to było wcześniej wspomniane, Riddle i Vivi to dwa niezłe ancymony, które, tak łatwo się nie poddadzą, a w dodatku kręcą na każdym koroku. Dzieciak powinien więcej wiedzieć albo przynajmniej posłużyć jako karta przetargowa. Chociaż... Mógłby też przejść na jego stronę. Ludzie powinni się wspierać i jednoczyć, gdy po ziemi stąpa takie piekielne i w dodatku podwójne zagrożenie.
Vivi ocknął się dopiero za sprawą dość mocnego palca Riddle'a, który go nim dźgał w sam środek czoła.
- Co ty wyrabiasz? - otworzył oczy, niechętnie się prostując. Riddle od razu się odsunął, a w jego lewej dłoni, pojawił się kubek.
- Sprawdzałem, czy żyjesz. W końcu demony rzadko sypiają. - upił łyka z kubka. Lisi demon, jedynie poprawił włosy i po małej chwili, zaczął się za czymś rozglądać.
- Gdzie moja książka? - spytał. Riddle jedynie wzruszył ramionami, wciąż pijąc, cokolwiek miał w tym kubku.
- Z tego, co podejrzewam, mogła wpaść do dziury. - mruknął po chwili ciszy i wskazał wzrokiem czarną otchłań, przed stopami Viviego, który od razu się wycofał.
- Skąd to się tu w ogóle wzięło? - nie mógł w to uwierzyć. Przecież to niemożliwe, że ot, tak powstała akurat w jego namiocie dziura.
- Była już, gdy przyszedłem. - zapewnił spokojnym tonem Riddle.
- Zrobiłeś coś z tym przynajmniej?
- Twój namiot, twoja dziura, twój problem. - odpowiedział, znów upijając łyka z kubka.
- Musimy ją jakoś zamknąć. To może być jakiś międzywymiarowy portal albo droga do piekła. - spekulował Vivi, na co Riddle odpowiedział krótko:
- Stawiałbym na króliczą norę z Alicji.
- To ma dno w ogóle? - wziął kubek od swojego towarzysza i wrzucił prosto do dziury. Pod tym małym pretekstem kryła się czysta zawiść. Zrobił to, tylko po to, by mu dogryźć, czyli nic nowego.
- ... Mój ulubiony kubek... - mruknął jedynie, patrząc w dół za przedmiotem, z resztą tak samo, jak Vivienne, który już po chwili podniósł głowę i znów się rozejrzał. O czymś, a w zasadzie o kimś mu się przypomniało.
- Fiodor, gdzie jest Robin? - odpowiedziała mu cisza, gdy już miał spojrzeć na znajomego, okazało się, że nie ma po nim śladu. - Fiodor...? - spojrzał znów w dół na dziurę, a po chwili delikatnie się uśmiechnął, sądząc, że jego rywal wpadł do tej bezdennej otchłani.
- Co? - usłyszał i podniósł wzrok. Riddle jedynie znudzony, ugryzł jabłko, stojąc tam, gdzie wcześniej. - Zabrałeś mi kubek, to poszedłem po jabłko. - mruknął, a po jednym kęsie, wywalił owoc do dziury. Vivi jedynie przewrócił oczami, za to drugi demon się uśmiechnął.
- Mniejsza. - westchnął, nie mając ochoty na żarty. - GDZIE JEST ROBIN?
- Pracuje. - odpowiedział Fiodor, na co liskowi ulżyło, jednak po chwili znów się spiął.
- Niby gdzie?
- W dziurze.
- ... Nie żartuj sobie. - miał ochotę go już rozszarpać. Riddle'a to jedynie bawiło. Jeszcze nigdy nie było mu tak wesoło, jak właśnie dzisiejszej nocy. Pomimo tej kontuzji i nieudanej próby, wykonania swojego planu, mógł się trochę z kimś podroczyć. - To poważna sprawa. Nie przejmujesz się tym w ogóle.
- Bo mam inne zmartwienia na głowie. - zapewnił, a po wzroku swojego drogiego przyjaciela, wiedział, że oczekuje on dokładnego ich wymienienia. Miłe zaskoczenie, dotychczasowy pajac, stał się poważny. Przez chwilę przypominał mu nawet zirytowaną kobietę, typową matkę, która denerwuje się o swoje dziecko, jednocześnie żądając wyjaśnień od własnego męża na temat jego niekompetentnego zachowania. Riddle od razu westchnął i przewrócił oczami. Już miał dość jak pewnie taki przeciętny mąż, ględzenia typowej kobiety. Jak dobrze, że nie jest w żadnym związku. Nie wytrzymałby czegoś takiego. Vivienne, nie mogąc doczekać się jego argumentów, położył ręce na biodrach ze wciąż tą samą miną. - Nie gap się tak na mnie. - mruknął jedynie, wpatrując się w niego znudzonym wzrokiem, który dobitnie wyrażał cztery proste słowa: "odwal się ode mnie". Vivi jednak był nieugięty i wciąż czekał na wyjaśnienia tych jego zmartwień. - Przejmuje się łowcą głów, który panoszy się w okolicy. Wiesz, ten nasz dobry znajomy.
Vivienne od razu wybuchł śmiechem.
- I co jeszcze mi tu ciekawego wymyślisz? Gadaj, gdzie jest Robin? - od razu spoważniał, wypowiadając ostatnie pytanie i zakończył je cichym warknięciem. Czyżby nadchodziła powtórka z rozrywki? Znów Riddle będzie musiał szukać nowego ciała?
- Mówiłem już, że w dziurze. - odparł, mając już dość tej rozmowy.
- Nie zaczynaj. - wywarczał, wyglądając, jakby już miał udusić demona gołymi, ludzkimi rękami lub wrzucić go do tej pieprzonej dziury.
- Ogarnij się, Vivienne... To on go porwał.
- Skąd ta pewność? - wciąż dopytywał, bardziej spokojny.
- Sam go tu ściągnąłem. - oświadczył, a lisia bestia, przygwoździła go szponiastymi łapami do ziemi, warcząc rozwścieczona.
- Co to ma znaczyć, że go tu sprowadziłeś? Cóż to się stało? Biedny Fiodor już nie jest taki ostrożny? - spytał lekko drwiącym tonem, zauważając rękę swojego przeciwnika. - Pojebało cię już do końca? - podniósł wzrok na niego. Riddle niewzruszony wciąż milczał. - Nowy świat nieskalany grzechem był już szalony, ale to... - nawet nie wiedział, jakim odpowiednim słowem skwitować jego występek.
- Czasem trzeba coś poświęcić w imię wyższego dobra. - odpowiedział krótko, wciąż znudzonym tonem.
- Czyli na przykład swoje życie? Albo powodzenie swoich planów? - dopytywał, nie dając mu spokoju.
- Wszystko idzie, jak w zegarku, a we mnie i moje plany nie powinno się wątpić.
- Nie wątpię... - puścił go i skierował swe kroki do wyjścia. - Tylko sądzę, że kompletnie ci odbiło. - był już gotowy opuścić namiot. - Teraz zajmij się naprawieniem tego. - mruknął na odchodne.
- Dobrze wiesz, że w pojedynkę ja nic nie naprawie, a ty nie odzyskasz dzieciaka. - odparł, zatrzymując tymi słowami lisa, a samemu się podnosząc. - On będzie i tak nas ścigał po kres własnych dni.
- Cóż... - spojrzał za siebie, prosto na Riddle'a.
- Wobec tego i ciebie i mnie będzie coś łączyć. Nie ważne czy ci się to podoba, czy nie.
- Czyli do tego doszło... Ja muszę współpracować z kimś takim, jak... - przerwał na moment. - Ty. - skończył z czystą odrazą w głosie, na co Riddle uśmiechnął się pod nosem.
- I vice versa.

Był już daleko stąd. Za górami, za lasami, za siedmioma bla bla bla... Każdy zna taki początek niejednej historyjki, która potem bywa kończyć się owym "żyli długo i szczęśliwie", aż tak długo i aż tak szczęśliwie, że można już po prostu zacząć rzygać tęczą i przestać pisać, bo w sumie nie ma już o czym. Jednak nie tym razem. Oj nie nie nie. Dopóki Riddle, a teraz i ten słynny porywacz Robinka, żyją, nic nie będzie takie kolorowe, a...
Prawda bywa bolesna.
Zatrzymał się ze swoim zakładnikiem dobry kawał od cyrku. Było to pewne miasto oraz zwykłe mieszkanie w zwykłej kamienicy. Nie mógł zasnąć, ciągle dręczyły go rozmaite myśli i równie mocno targała nim nadzieja, że znalazł sojusznika, a nie kolejnego wroga. Chłopiec o dziwo wciąż spokojnie spał, noc zaczęła przemijać w przerażająco szybkim tempie, a gdy tylko zaczęło świtać, Robina obudziło parę trąceń w ramie.
- Wstawaj. Nie ma czasu na spanie. - usłyszał pewien nieznajomy męski głos.

(Robin? Vivi?)

8 sty 2020

Shu⭐zo CD Lennie (+18)

Przebudzałem się dobre trzy razy. Za pierwszym ktoś trzymał mnie na rękach i wynosił z samochodu. Dziwnie się czułem, taki ospały i słaby. Jedyne co rzuciło mi się wtedy w oczy, to Lennie, siedzący dalej w samochodzie. Oddalałem się od niego. Zdołałem tylko wyciągnąć rękę w jego stronę, a potem świat przed moimi oczyma znów pochłonęła ciemność.
Za drugim razem otworzyłem oczy za sprawą zwykłego trzaśnięcia drzwiami. Panował półmrok, nie zauważyłem nic konkretnego, ale ktoś znowu gdzieś mnie niósł, a potem gdzieś położył i złapał za ręce, uniósł je w górę, a potem już jedynie poczułem coś zimnego na nadgarstkach. Nie stawiałem żadnego oporu. W ogóle nie ogarniałem, co się dzieje. Gdy tylko podniosłem wzrok na tę osobę, poczułem ciepłą dłoń na policzku.
- Będziesz już na zawsze ze mną, mały wybryku natury. - zaczął mnie gładzić po głowie, a ja znów zamknąłem oczy. Za nim jednak odpłynąłem na dobre do krainy snów, usłyszałem odjeżdżający samochód, co dało mi do zrozumienia, że pewnie zostałem sam. Podniosłem głowę, znów otworzyłem oczy i szarpnąłem rękami w przód. Co ja się miałem łudzić, że to coś da? Byłem taki słaby, że nie miałem siły nawet krzyczeć o pomoc, a co dopiero kombinować, by się samemu uwolnić. Po raz kolejny zamknąłem oczy. To było silniejsze ode mnie.

7 sty 2020

Robin CD Vivi&Riddle

- N-nie – pokręcił głową, starając się rozluźnić. Chłopiec nie miał powodu się bać, był tylko bardzo zmieszany, bo słabo rozumiał to, co mężczyzna powiedział. Jedynie metafora o magnezie jako tako do niego dotarła, tylko nie wiedział, czy miał to odebrać jako komplement. Robin zbyt długo nie obcował z ludźmi, czy chociażby z innymi bytami, niż zwierzęta, przez co miał problem z ich uczuciami. Zastanawiał się, czy te słowa wskazują na coś dobrego, czy wręcz przeciwnie. Przyciąga go jak magnez… jeśli on tego nie chciał, na pewno było złe – o dziwo nawet takie myślenie nie pozwoliło mu na odejście stąd. Nie ważne co chłopak chciał mu przekazać, czuł, że to nic złego, że nie musi się martwić. A Robinowi bardzo zależało na tym demonie, nie ważne, w jakim znaczeniu tego słowa i nie ważne, w jakim znaczeniu jego słów. - Tylko… - nie rozumiem powiedział w myślach.
- Tylko? - zapytał delikatnie lis, ale David bał się powiedzieć. Patrzył się tylko na jego ogon, który wystawał spod wody. - No nie ważne – chłopiec uniósł na niego oczy, demon lekko się uśmiechał. - Umyjmy się i wychodźmy – zmienił temat. Pokiwał głową i patrzył, jak przyjaciel sięga po jakiś płyn. Zaczął namydlać sobie ramiona, a wtedy do nosa chłopca doszedł słodki zapach. Robin idąc za wonią, przysunął się bliżej Vivi’ego. Na chwilę przymknął oczy, wąchając go.
- Co tak pachnie? - otworzył oczy i zobaczył uśmiech na jego twarzy, która była nieco wyżej niż jego.
- Wanilia – odparł i wylał trochę na dłonie, po czym sięgnął do ramion Davida i je umył. Chłopiec w dalszym ciągu rozkoszował się zapachem, na chwilę obecną całkowicie zapominając o wcześniejszym wydarzeniu. - Wysuń dłonie – słysząc to, otworzył oczy i tak zrobił. Pielęgniarz wylał płyn na jego ręce i kazał mu się umyć.
Oboje namydlili ciała i kiedy kąpiel dobiegała końca, Vivi jeszcze umył plecy chłopca, gdy ten stwierdził, że nie umie ich dosięgnąć. Mężczyzna się roześmiał, ale mu pomógł, po czym pierwszy wyszedł z balii. Robin jeszcze został w wodzie, chociaż był pomarszczony jak starszy człowiek, nie miał ochoty wychodzić. Opierał się o ścianę wanny, pozwalając sobie oglądać, jak Vivi się wycierał. Tak naprawdę ten widok był gdzieś z boku w jego świadomości, znowu zaczął się zastanawiać, co chciał mu przekazać. Płomień w sercu…
- Robinku, wyjdź kiedy będziesz chciał – powiedział przyjaciel, wyrywając go z namysłu. Chłopiec spojrzał na niego i dopiero wtedy uświadomił sobie coś ciekawego.
- Vivi, co to jest? To, co masz na sobie? - lis odwrócił się do niego.
- Kimono.
- Też chce – po tych słowach spojrzał na niego tymi swoimi uroczymi oczkami. - Masz może drugie? - demon przez chwilę się nie odzywał, uśmiechając się, aż w końcu pokiwał głową.
- Dobrze, gdy wyjdziesz, dam ci – powiedział spokojnie. Wtedy Robin wstał.
- Już wychodzę – wyciągnął nogę z wody i wystawił ją za wannę, kiedy zrobił to samo z drugą, mokre stopy na podłodze nie mając przyczepności, nagle się poślizgnęły. Chłopak poleciał do przodu, ale zamiast uderzyć głową o podłogę i prawdopodobnie rozbić sobie nos, Vivi go złapał. David się uśmiechnął. - Chyba rzeczywiście jestem ciamajdą – powiedział cicho.
- Musisz bardziej uważać – wytłumaczył i poczochrał mniejszego po włosach, pomagając mu stanąć na równe nogi. Gdy Robin sięgnął po ręcznik, przyjaciel powiesił obok niego kimono. Chłopiec posłał mu szczery uśmiech i zaczął się wycierać, kiedy Vivi wyszedł z łazienki. Robin zajął się sobą. Pierwszy raz się wytarł, robił to bardzo powoli. Od razu był suchy, a w lesie kiedy się mył, musiał czekać, aż wyschnie samoistnie. Najgorzej było w zimę, wtedy musiał się kryć w jaskini, chociaż praktycznie zawsze przytulał się do niedźwiedzia, więc nie było tak źle. Jednak teraz… pierwszy raz poczuł, że świat ludzi wcale nie jest taki zły. Ubrał tylko kimono i wyszedł z pomieszczenia.
Vivi był w pokoju i siedział na krześle, z książką w rękach. Chłopak nagle poczuł się senny, ta kąpiel zabrała mu całą energię, dlatego gdy usiadł na łóżku i owinął się kołdrą, aby nie tracić ciepła, nie zauważył kiedy przechylił się na bok. Głowę miał na bardzo miękkiej poduszce, jak tu nie zasnąć? Miał zamknięte oczy.
Poczuł, że kołdra się podnosi. Jeszcze nie spał, dlatego czuł, kiedy Vivi położył się obok niego. Był bardzo blisko, a chłopiec się do niego przybliżył, wtulając się w jego ciało. Był to jednocześnie instynkt, zwierzęta często się tulą, aby zatrzymać ciepło, jednak czy o to chodziło Robinowi, który ciepła miał aż nadto?
- Vivi – odezwał się cichutko. - Mogę ci zadać jeszcze jedno pytanie? - nie otwierał oczu, słyszał bicie jego serca.
- Jakie? - jego głos był delikatny, objął Davida.
- Czy demony mają rodziny?
- Raczej nie. Nie mają, chociaż mogą znaleźć partnera – wyjaśnił.
- A ty masz rodzinę? - zadał kolejne.
- Nie… Niestety nie. Chociaż to pewnie nawet i lepiej – Robin słysząc to, otworzył lekko oczy, podniósł głowę do góry i spojrzał na lisa.
- Czemu? - zapytał niczym niewinne dziecko.
- Czemu? - dalej mówił spokojnie. - Istota mojego pokroju raczej na to nie zasługuje – na chwilę zamilkł. - Dobrze jest mi samemu – chłopak zamknął oczy i ułożył głowę jak wcześniej. Jedną rękę miał przy sobie, drugą zaś położył na jego torsie.
- Mam nadzieję, że ja ci nie przeszkadzam – ziewnął szeroko. - Bo… według mnie, zasługujesz na więcej, niż myślisz – po tych słowach nie usłyszał żadnej odpowiedzi, ponieważ zasnął.

<Vivi? A może Riddle wdroży plan?>

6 sty 2020

Vivi CD Robin&Riddle

Brunet drgnął, strzygąc uszami. Na pewno się nie przesłyszał? Najpierw ta spektakularna porażka a teraz...
- Oh Robin odważny się zrobiłeś. - oznajmił mu śpiewnym tonem. - Cóż jak mógłbym ci odmówić kochaniutki? Tylko opłukam ci pianę z główki. Robin pokiwał głową, a demon czule przeczesał paluszkami jego spienioną czuprynę. Spojrzał na niego i się uśmiechnął.
- Dobrze teraz lepiej zamknij oczy. - chwycił go za ramiona i pomógł usiąść prosto. Po czym sięgnął po dzbanek z wodą i polał chłopcu głowę wodą, dłonią zasłaniając mu oczy, by woda z mydłem mu ich nie podrażniła.
- I już po krzyku... - zdjął dłoń z oczu chłopca i odstawił dzbanek na stołek obok. - To, co ty tam jeszcze raz chciałeś? - udał, że się namyśla, chwytając się za podbródek.
- Umyć twoje ogonki. - odpowiedział mu szybko chłopak.
- Jak mówiłem. Możesz... - odwrócił się do niego plecami. - Wszystkie osiem tak?
- Dokładnie. - białowłosy zaraz wziął szampon i oblał nim jedną z kit. Lis aż zadrżał.
- Nawet nie wiesz jaki ten szampon jest zimny! - odwrócił się do niego, delikatnie marszcząc brwi.
- Przepraszam... Ale zaraz będę go i tak płukać więc po prostu znieś to na razie. - wymamrotał chłopiec, zaczynając wcierać szampon w sierść. Demon znów zadrżał, machając ogonami. Po czym wystawił język, zadowolony sobie sapiąc (jak to pieski robią). Robin się jedynie roześmiał, kontynuując mycie ogonów. Chwilę później zaczął je płukać w wodzie.
- Nie machaj tak tymi ogonami, bo mnie cały czas chlapiesz. - poskarżył się chłopiec.
- Oh? Wybacz... Po prostu tak jakoś przyjemnie mi, jak tak je myjesz — roześmiał się wesoło. Białowłosy też się roześmiał.
- No! I skończyłem. - oznajmił moment później zadowolony z siebie.
- Bardzo ci dziękuję. - Vivienne się podniósł na cztery nogi i otrząsnął jak to zwykły mokre psy robić. Przez co jego ogony się napuszyły, zyskując dwa razy bardziej na objętości.
- No Robinku, ależ muszę ci bardzo podziękować — owinął ręce wokół szyi ciemnoskórego i go przytulił do siebie. Chwilę później przytulił głowę do jego szyi, znów machając ogonami. Bardzo miło mu było spędzać czas z tym człowiekiem. Zauważył to już jakiś czas temu. Polizał jego szyję i zaraz po tym otarł się policzkiem o jego szyję.
- Masz jeszcze jakieś pytania, co mały...?
- Nie... Jak na razie moja ciekawość jest zaspokojona. Nastała cisza. Demon zamknął oczy, bardzo zadowolony z bliskości chłopaczka. Teraz wszystko wydawało się takie proste. Jakby wszystkie ich kłopoty znikły jak mydlana bańka. Mydlana bańka...? Vivi podniósł się i wyprostował, po czym pstryknął palcami i wszędzie wokół nich pojawiły się kolorowe bańki.
- Hej Robin popatrz na to... - zadowolony pokazał swoje dzieło. Młodszy chłopak rozglądnął się zdziwiony, a w jego oczach widać było zachwyt. Powoli wyciągnął rękę do jednej z baniek i zaskoczony cofnął rękę, gdy pękła z cichutkim pyk. Demon aż zachichotał.
- Spokojnie nie parzą ani nic takiego. Ale fajnie się je pęka. Jak już zdążyłeś zauważyć. David ochoczo pokiwał głową, podnosząc się i oczarowany ponownie wyciągając rękę do kolejnej bańki. Potem zaczął polować na kolejne i kolejne. Uśmiech po raz setny wdarł się na twarz demonicznej istoty z piekła rodem, która podobno od tamtego zdarzenia nic nie czuła. Ale ten chłopak wywrócił jego spokojne życie do góry nogami. Przybył tu za młodym chłopakiem odebrać od niego dług. Duszę, którą mu sprzedał. A tak uparcie nie chciał oddać. A tu nagle kazali mu się zaopiekować ni stąd, ni zowąd takim właśnie chucherkiem. Dzieckiem lasu. Oczywiście z początku był dla niego istnym utrapieniem, mimo iż swego rodzaju czarującym. I tak mijał czas. A on? Coś w nim się zmieniło od tamtego czasu. W sumie wiele. Może aż zbyt wiele? Teraz nagle miał słabość. Był pewien, że gdyby temu chłopcu spadłby, chociaż włos z głowy wpadłby w szał i nikt nie byłby w stanie powstrzymać go przed wymordowaniem połowy ludzkiej populacji. Westchnął głęboko. Ależ to wszystko się skomplikowało. Rozum mógł sobie do woli krzyczeć, by się wziął w garść, przecież miał ważniejsze zajęcie, a teraz dał sobie odwrócić swoją uwagę od niego. Jednak jego zimne i zranione serce było głuche na ten krzyk. Uparło się i tyle. Przeniósł wzrok na Robinka i się uśmiechnął. Ten zaś w najlepsze bawił się w pękanie kolejnych baniek, które się zbytnio do niego zbliżyły. Za nim zdążył pojąć, co tak właściwie robi, nachylił się do niego i chwycił za nadgarstek. Jego oczy spotkały się z parą zdziwionych srebrzystych. Popchnął go do tyłu tak, że młodzieniec stracił równowagę i był zmuszony oprzeć się o brzeg balii. Demon zaraz przycisnął jego ramię wolną ręką, bardziej się przy tym schylając, by ich twarze były na równym poziomie.
- Do teraz nie potrafię cię do końca rozgryźć... Doprowadza mnie to do szału — wymamrotał, przyglądając się wszystkim szczegółom twarzy młodzieńca. Wziął głęboki oddech, upajając się jego zapachem. Poznałby go już z zamkniętymi oczami. - To naprawdę jest dla mnie fenomenem, jak ci się udało w taki sposób zawrócić mi w głowie. - potrząsnął głową. - Nie mogłem tego powstrzymać i ten lichy płomyczek, palący się na obrzeżach mojego serca, nagle i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, przemienił się w płonącą pasję... Przyciągasz mnie, zupełnie tak jak magnes, nawet nie wiesz jak ciężko się po hamować, jak tak patrzysz... - urwał, widząc niepewne i mętne spojrzenie srebrzystych oczu. Puścił go i się podniósł.
- Uznajmy, że tego nie było, hm? - odsunął się i oparł o drugi brzeg z uśmiechem. - Muszę cię bardzo przeprosić mój mały... Wystraszyłem cię?

(Heh Robi? Riddle to chyba raczej 'sprzeczka kochanków' ale zapraszam jak co)

5 sty 2020

Robin CD Vivi&Riddle

Zrobił się lekko czerwony. Patrzył na niego przez chwilę milcząc, ale w końcu powoli pokiwał głową.
- S-skooorro cchcesz – wyjąkał. Na twarzy Vivi’ego pojawił się lekki uśmiech, po czym chwycił ręce Davida w swoje, jednocześnie brudząc je w ziemi i pociągnął go w stronę drzwi. Na chwilę się zatrzymali, a demon pstryknął palcami. Dopiero wtedy otworzył drzwi, a ich oczom ukazała się łaźnia, na której środku stała balia z ciepłą wodą. Robin wszedł do środka, powietrze było ciepłe i wilgotne.
- Rozbierz się i wchodź, ja przyniosę ręczniki – po tych słowach zniknął. Robin patrzył na drzwi, przez które wyszedł jego przyjaciel. Czuł się dziwnie, jednocześnie zawstydzony i niepewny, z drugiej strony nie potrafił tego zatrzymać, bo za bardzo go lubił, dlatego się rozebrał. Włożył jedną nogę do wody i poczuł na całym ciele ciarki. Woda była ciepła, nawet bardzo ciepła, w porównaniu do tej, w której zazwyczaj się mył; a przypomnę, że chłopak mył się w rzece i jeziorach, dlatego nawet woda o kilka stopni w górę była dla niego bardzo ciepła. Na chwilę się zatrzymał, wisząc tak w połowie drogi. W końcu jednak się przemógł i włożył drugą stopę, kiedy do łaźni wrócił Vivi, z dwoma ręcznikami. - Jeszcze nie zamoczony? - powiedział, zamykając drzwi.
- Jest bardzo ciepła – powiedział kucając i zamaczając się do brzucha. Odwrócił się do przyjaciela, który położył ręczniki na wieszaku.
- Jeśli chcesz, mogę zmienić temperaturę – powiedział, ściągając bluzkę. Na początku sam chciał o to prosić, ale teraz, im dłużej siedział w takiej wodzie, nagle zmienił zdanie. Pokręcił przecząco głową, po czym usiadł, zamaczając się prawie do szyi. - Odwróć się – poprosił, a chłopak to zrobił. Na chwilę zamknął oczy, ciepła woda wcale nie była taka zła, jak na początku myślał. Nie zauważył nawet, kiedy woda się podniosła, gdy jego towarzysz wszedł do balii. On także się odwrócił i teraz stykali się plecami, przez co Robin miał przy swoim ciele jego miękkie ogony. Nie mogąc się powstrzymać, do jednego od razu się przytulił.
- Są takie miękkie – odezwał się z lekkim uśmiechem, kiedy Vivi się do niego odwrócił.
- Wiem – odparł. - A ile pracy trzeba włożyć w to, by takie były – Robin zatrzymał swój wzrok na jego bandażach.
- Czemu ich nie zdejmiesz? - zapytał widząc, że już nasiąknęły wodą.
- Nie chce mi się ich odwijać – odparł, wtedy chłopiec sięgnął do bandaża na oku, spojrzał na Vivi’ego, a ten tylko wzruszył ramionami. David ściągnął bandaż i położył za balię. Uważnie przyjrzał się jego obydwu oczom.
- Masz ładne oczy, po co je chowasz? - zapytał z uśmiechem i zaraz się odwrócił, kiedy jeden ogon zaczął go smyrać po plecach. Wtedy to Vivi przejechał palcem po plecach Robina, na co ten się wyprostował, ale się nie odwrócił, bo trochę go to zmroziło.
- Nie wiedziałem, że tatuaże masz też na plecach – mówiąc to, jeździł palcem wzdłuż jego znaków.
- Mam wszędzie – odparł chłopak i cierpliwie czekał, aż jego przyjaciel skończy. W tym czasie czerpał przyjemność z siedzenia w ciepłej wodzie, a nawet z jego dotyku, ponieważ było to dziwnie kojące, aż miał ochotę zasnąć.
- Tylko nie śpij – poczuł jego oddech na swoim karku. Chłopak się cicho zaśmiał, czując ciarki. Odwrócił głowę w stronę Vivi’ego, po czym dotknął jego policzka.
- Demony się starzeją? - zapytał ciekawy i przejechał mokrymi palcami po jego twarzy, szukając jakiejkolwiek oznaki starości.
- Ja jestem wiecznie piękny i młody – odparł z dumą i pokręcił ogonami. Widząc, jak ruszają się także jego uszy, chłopak nagle ich dotknął, delikatnie łapiąc. Na twarzy przyjaciela pojawiło się niezadowolenie.
- Robinku, puść je, są dość wrażliwe – chłopiec natychmiast to zrobił, przepraszając go ze spuszczoną głową.
- A czemu ciągle nosisz bandaże? - zapytał ciekawy.
- Mam kilka blizn, które wolę ukryć – wytłumaczył, na co chłopak pokiwał głową. Znowu się odwrócił do niego plecami, tym razem zamaczając także szyję. Miał ochotę popływać w takiej wodzie, wymarzył sobie jezioro z taką wodą. Na chwilę zamknął oczy, kiedy poczuł dotyk na włosach. Uniósł powieki i zobaczył Vivi’ego, który zaczął się bawić jego czupryną. Powoli chłopiec się podniósł i dopiero teraz zrozumiał, że przyjaciel mył mu włosy. Z uśmiechem siedział z zamkniętymi oczami, było to bardzo miłe uczucie, chociaż piana skapywała mu na nos. Próbował ją zdmuchnąć, ale zaraz pojawiła się kolejna. - Przechyl lekko głowę do tyłu – usłyszał i tak zrobił. Wtedy Vivi ściągnął pianę z jego twarzy i kontynuował mycie, robił to delikatnie i powoli, przez co Robin zrobił się trochę śpiący. Nie wytrzymując w stabilnej pozycji, przechylił się do tyłu, opierając się o tors chłopaka. David leżał tak z uśmiechem i zamkniętymi oczami, kiedy przyjaciel kontynuował swoją czynność. Nagle poczuł jego ciepły oddech przy policzku, a zaraz demon polizał jego ucho. David się cicho zaśmiał i zrobił lekko czerwony, ale nie zmienił pozycji. Dopiero po chwili, kiedy poczuł pod dłońmi jego miękki ogon, odwrócił głowę w stronę chłopaka, który chciał powtórzyć czynność i zamiast liznąć jego ucho, polizał jego usta. Robin jeszcze bardziej się uśmiechnął, bo tym razem to Vivi zrobił się lekko czerwony.
- Chciałem zapytać, czy mogę umyć twoje ogony – powiedział niewinnie. 

<Vivi? Można powiedzieć, że to prezent na rocznicę wątku xd>

Lennie CD Shu⭐zo (+16)

Złapałem chłopaka w ramiona.
- Coś mu się stało? - zapytał mężczyzna, widocznie zmartwiony. Spojrzałem na niego, przez chwilę po prostu mu się przyglądałem, starając się zrozumieć, kim jest, ale w końcu lekko się uśmiechnąłem i pokręciłem głową.
- Czasem tak ma, to ze zmęczenie – zapewniłem go. Na jego twarzy pojawiła się ulga.
- Chcieliście coś wziąć z toreb?  - zapytał, gdy zrozumiał, że zaglądaliśmy do bagażnika.
- Eee… Tak – skinąłem głową, poprawiając Shuzo, aby mi nie spadł. - Chciałem się napić.
- Było trzeba mówić, mam wodę w samochodzie – powiedział z szerokim uśmiechem.
Wróciliśmy do auta, tym razem czarnowłosego posadziłem obok siebie, na tylnym siedzeniu, kładąc sobie jego głowę na kolanach. Wyglądał na niespokojnego, chociaż był nieprzytomny. Patrzyłem na jego twarz, będąc pogrążony w myślach na temat tego, co się stało i co może się stać, kiedy mężczyzna wyrwał mnie z zamysłu, podając mi wodę. Patrzyłem na wyciągniętą dłoń. Normalnie bym odmówił, ale czułem, że teraz naprawdę zaschło mi w gardle, dlatego przyjąłem ją i się napiłem. Była zwyczajna, zakręciłem butelkę i położyłem obok, gdy ruszyliśmy. Przez jakiś czas było dobrze, nic podejrzanego się nie działo. Został jeszcze kawałek drogi, nie miałem zamiaru zasnąć, ale nagle moje oczy stały się ciężkie. Walczyłem ze snem, nie byłem nawet zmęczony, a jednak coś zmuszało mnie do zamknięcia oczu i… zaśnięcia.

4 sty 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Nie miałem zdecydowanie nic innego do powiedzenia, jak "no to ruszamy". Spacerek dobrze zrobi moim nogą tak samo, jak tyłkowi Lenniego. Na początku bardzo się w sumie z tego cieszyłem. Miałem tyle energii, że wydawało mi się, że spokojnie mógłbym przebiec jakiś maraton, ale szybko okazało się, że odrobinę przesadziłem. Po godzinie tachania walizki i ciągłego chodzenia miałem już serdecznie dość, a miasta, jak nie było, tak nie ma. Może jednak lepiej było poczekać na tego głupiego busa i zwyczajnie się do niego pchać?

Dotarliśmy do miasta jeszcze przed zachodem słońca. Byłem padnięty, Lennie z resztą też. Chyba jeszcze w życiu tyle nie musiałem iść, co dzisiaj. Przede wszystkim teraz strasznie chciało mi się pić. Mój towarzysz od razu zasugerował, żebyśmy znaleźli jakiś pierwszy lepszy sklepik i tam zrobili drobne zakupy. Byłem dość przychylny temu pomysłowi, ale w tym samym momencie moim oczom ukazał się Starbucks i tak oto całą sugestię szlag trafił. Uparłem się, że ja chcę tam iść oraz tam coś zjeść i wypić. Sam nie wiem dlaczego. Miałem takie, widzi mi się czy coś. Oczywiście po zakupie musiałem sobie też zrobić selfie, bo dotarło do mnie, że zawsze chciałem to zrobić, a jeśli stanie w kolejce ponad dwadzieścia minut po tym jakże intensywnym spacerze było nie wystarczające, to jeszcze zniknąłem w łazience na kolejne dziesięć, by znów się pomalować, bo moje oczy wyglądały fatalnie. Przy okazji jeszcze sprawdziłem, jak tu się teraz korzystnie dostać do Toronto. Znalazłem bardzo korzystną opcję na jutro rano punkt dziewiąta. Samolot i fajna cena biletów tylko lotnisko około sześciu godzin stąd... Pieszo z jakieś czternaście... Żadna taksówka tak daleko nas nie zawiezie, a nawet jeśli to zapłacimy fortunę. Wychodząc z toalety, kupiłem już nam dwa bilety, a potem wróciłem do Lenniego i nagle doznałem olśnienia.
- Łapiemy stopa na lotnisko. - oznajmiłem z uśmiechem, łapiąc swoją walizkę. Na początku to do niego nie dotarło. W końcu już się powoli ściemnia, powinniśmy raczej znaleźć jakiś nocleg, a nie wybierać się na jakieś nocne wycieczki, ale bardzo chciałem już dostać się do Toronto i zakończyć tę podróż happy endem, w którym Lennie widzi się ze swoim tatą i razem się przytulają. To będzie na pewno słodki widok i nie mogę się już doczekać, gdy Lennie będzie naprawdę szczęśliwy.
Najzwyczajniej w świecie stanąłem przy drodze i czekałem na jakiś przejeżdżający samochód. Już się zaczęło ściemniać, więc w sumie była to dość słaba pora na łapanie stopa, ale co nam szkodzi spróbować. Przejechała jedna osobówka, ale była pełna. Parę minut później jakiś wan, ale kierowca się nie zatrzymał. Tak samo zignorowały nas kolejne dwa samochody, aż tu nagle następny się zatrzymał. Akurat, gdy już zaczynałem tracić nadzieję. Kierowca zatrzymał się tuż przy mnie i opuścił szybę po stronie pasażera.
- Może was podwieźć chłopcy? - zapytał od razu mężczyzna siedzący za kierownicą. Ja się nachyliłem do okienka i spojrzałem na niego. Wyglądał dość sympatycznie. Czarny sweter, ciemna czapka, okulary, delikatny zarost. Zwyczajny facet.
- Musimy się dostać na lotnisko. - odpowiedziałem od razu.
- To świetnie się składa, będę przejeżdżać niedaleko. Wsiadajcie.
Od razu z Lenniem wpakowaliśmy walizki do bagażnika tuż koło czarnej torby należącej do naszego dzisiejszego zbawcy. Oczywiście od razu po tym usiadłem z przodu tuż koło kierowcy. Lennie wsiadł do tyłu chwilę później po zamknięciu bagażnika, a później już ruszyliśmy.
- A gdzie pan w ogóle jedzie? - spytałem, bo już nie podobała mi się ta niezręczna cisza, która utrzymywała się od jakiegoś czasu. Było już totalnie ciemno, a nie będę tu przecież spać.
- Jadę zabić... Zabić czas. Będę polował na jakieś niezłe okazy. - odpowiedział mężczyzna, dziwnym i dość tajemniczym tonem, a potem spojrzał na mnie i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Dla mnie było jasne, że pewnie jest jakimś myśliwym. W sumie nie pochwalałem nigdy takiego zajęcia, ale i tak z grzeczności przynajmniej się uśmiechnąłem, a potem temat się skończył. Po raz kolejny nastała cisza, a ja już w sumie nie wiedziałem jak zagadać, więc postanowiłem się po prostu gapić w boczną szybę.
Jakoś po północy mężczyzna zjechał na stację benzynową. Zostały nam dwie, trzy godziny do lotniska. Już trochę przysypiałem i gdy już się zatrzymaliśmy, ledwo co otworzyłem oczy, by spojrzeć na mojego przyjaciela siedzącego na tyle, zobaczyłem mężczyznę, który się do mnie nachyla i wącha moje ciuchy. Automatycznie ze zdziwioną miną się cofnąłem w stronę drzwi, a on jedynie się wyprostował i znów się uśmiechnął szeroko, pokazując zęby.
- Pachniesz trochę jak moja mamusia. - stwierdził i się oblizał. Nie wiedziałem, jak na to zareagować. Walnąć go? Zacząć krzyczeć? Zignorować? Zwiać z samochodu? Facet, widząc moją minę, jedynie spoważniał i otworzył drzwi po swojej stronie. - No dobrze to zaraz wrócę. Przyda się zatankować i takie tam. - wyszedł już z samochodu, zostawiając mnie z Lenniem. Już normalnie wyprostowałem się na siedzeniu i spojrzałem za siebie na towarzysza.
- On jest jakiś dziwny... - stwierdziłem, pomimo tego, że stało się to już oczywiste, a ja głupi musiałem usiąść z przodu.
- Od początku taki mi się wydawał. - odparł Lennie, patrząc za facetem, który właśnie odszedł od samochodu.
- Co robimy? - spytałem, zaczynając już lekko panikować.
- Przydałoby się sprawdzić jego torbę. - zasugerował Lennie, na co ja od razu wyskoczyłem z samochodu i otworzyłem bagażnik. Złapałem za czarną torbę i ją otworzyłem. W środku na zwykłych ubraniach walały się nożyki, folia malarska, rękawiczki, jakaś butelka z chustką. Nie chciałem nawet sprawdzać, co może się kryć pod tymi tandetnymi szmatami. Nie dało się tego nazwać ubraniami. Nikt normalny by czegoś takiego na siebie nie ubrał... Po przejrzeniu wzrokiem zawartości torby grzecznie ją zapiąłem i odsunąłem się od wciąż otwartego bagażnika. Nie umiałem z siebie nic wykrztusić. Lennie w tym momencie również wysiadł pojazdu i od razu do mnie podszedł.
- I co?
- N... No sam nie wiem...
- Miał coś podejrzanego? - spytał, kładąc ręce na moich ramionach. Nie umiałem jakoś odpowiedzieć. Byłem już totalnie przerażony. W co ja w nas wpakowałem? Za nim w ogóle otworzyłem usta, żeby cokolwiek z siebie wydukać, zauważyłem tego gościa, który już do nas wracał. Momentalnie zrobiło mi się słabo, nogi były jak z waty, powieki stały się takie ciężkie... W końcu nie dałem rady i zemdlałem.

(Lennie~?)

Vivi CD Robin&Riddle

Demon zdziwiony spojrzał na chłopca i się odsunął.
- Robin, ależ to bardzo nietaktowne. Tak się o wiek pytać demona? - spojrzał na podopiecznego i westchnął, widząc jego błagalną minkę i determinację w jego oczach.
- Dobrze słuchaj mnie teraz. Zagramy o to, hm? Jedyne co musisz zrobić to zaproponować coś od siebie w zamian za tą informację. Białowłosy rozpromienił się na moment, ale druga część zdania starła uśmiech z jego ust.
- A...ale jak to mam wybrać?
- To bardzo proste. Jeżeli ja wygram, zrobisz dla mnie to, co proponujesz. Lecz informacji nie otrzymasz. Jednak jeżeli ty wygrasz, będziesz mógł zrezygnować z danej obietnicy, a ja nadal będę zmuszony Ci odpowiedzieć. Młodzieniec pokiwał głową, zamyślając się.
- Nie oddam ci życia ani duszy, ani... Ani... Co jeszcze się oddaje demonom? - urwał na moment, jednak zaraz złapał z powrotem wątek — A i nie wracam tam do tamtego dziwnego miejsca.
Vivienne się zaśmiał.
- No dobrze mój mały. Oh i tak tego nie oczekiwałem od ciebie — uśmiechnął się chytrze. - Więc co mi możesz zaproponować?
- No znaczy się, nie mam za bardzo ci zaoferować... Nie stać mnie na restaurację, nie potrafię gotować... O! A może mógłbym za ciebie poczesać te twoje kity?
Lis automatycznie spojrzał na swoje osiem kit, instynktownie jedną przytulając. Raczej nie ufał ludziom, gdy chodziło o nie, jednak gdy zerknął znów na Davida. Jakoś tak mu serce zmiękło.
- Dobrze, wiesz... Dziś nie chciało mi się nawet próbować rozczesać tych kołtunów... A skoro proponujesz mi rozpieszczanie. To ja się zgodzę z chęcią.
Człowieczek widocznie odetchnął.
- T...to możemy przejść do tej gry. Moment nie mówiłeś nawet, jaka to gra.
- Oh? Naprawdę? Cóż za haniebne pominięcie z mojej strony. Zagramy w grę nazywaną 'papier, kamień, nożyce'. Już ci zaraz wszystko wyjaśnię. - wyciągnął rękę zaciśniętą w pięść do chłopca. - W tej grze chodzi o to by pokazując konkretną "figurę", wybierając spośród trzech tytułowych. - pokazał mu, jak wyglądają. - Pokonać przeciwnika. Zapewne zapytasz jak? Cóż używasz przewagi, którą jedno narzędzie ma nad drugim. A więc: papier bije kamień, kamień nożyce a nożyce papier. Jasne? Robin pokiwał głową, próbując sobie wszystko poukładać w głowie.
- N...nie będziesz oszukiwać prawda?
- Ja? Jak mógłbym Ci coś takiego zrobić? - zapytał demoniczny lis, dramatycznie chwytając się za serce.
- To dobrze... - młodziak też wyciągnął rękę.
- Raz... Dwa... Trzy... - oboje pokazali nożyce, a Vivi się jedynie roześmiał. - No widzisz. Już załapałeś, to zaraz jeszcze raz, bo mamy remis.
Znów policzył do trzech i po raz kolejny skończyli z remisem. Trzecia runda miała być ostatnią i wyłonić zwycięzcę. Lis był pewien wygranej jednak gdy ponownie spojrzał na chłopca, coś go ukuło. Przecież byłby strasznie rozczarowany, gdyby przegrał. Nie mógłby na niego patrzeć, takiego smutnego. Odleciał myślami tak daleko od gry, że biedny Robin musiał nim potrząsnąć, by się ocknął.
- Wygrałem! - oznajmił mi rozpromieniony.
Brunet zamrugał, spoglądając na chłopaka, a potem na ich ręce. Chłopiec pokazał nożyce a Vivi... Papier.
- No proszę, a jednak ci się udało. Widzisz? - poczochrał go po głowie.
- Mhm! A mimo to i tak poczeszę te twoje ogony. To akurat zaskoczyło liska, który przechylił głowę.
- Naprawdę? Przecież wygrałeś, nie musisz.
- Nie muszę, ale chcę.
- Za dobry jesteś, wiesz? - wyższy objął niższego chłopca, kierując się do cyrku. - Czyli wychodzi na to, że za osiem kit możesz żądać osiem odpowiedzi. Wybieraj mądrze.
Gdy, po drugim już dziś przyjemnym i odprężającym spacerze, wrócili do przyczepy pielęgniarza. Lis rozsiadł się na sofie, wyciągając szczotkę z szafki i wręczając ją młodzianowi.
- Dobrze to zacznij czesać, aaa ja będę mówić.
Chłopak zrobił, o co go poproszono.
- Dobrze, to... Chcę zacząć od dwóch bardzo ważnych pytań na początek. Mianowicie: Ile tak właściwie masz lat i czemu wszyscy zebrani w tej sali wyglądali jak jakieś mutanty.
Vivi pokiwał głową, opierając rękę na podłokietniku sofy.
- Wszystko wyśmienite pytania. No to po pierwsze, mam dokładnie 1521 lat. Więc byłem tu już dość długo, kusząc różnych ludzi czasem też tych, co byli istotni w historii świata. Hm, drugie ma cięższą i bardziej skomplikowaną odpowiedź. Więc część z nich to osoby, które nie wywiązały się z umowy, jaką zawarli. Z różnych powodów, na przykład nie mieli jak zapłacić. Albo też chcieli się wymigać od zapłaty, więc zostali ukarani i teraz muszą mu pod taką postacią służyć. Oczywiście część z nich to były też demony, a demony są dość różne, jak chodzi o wygląd zewnętrzny. Tyle. Zostało ci 6 pytań.
Na moment przerwał czesanie, wpatrując się w dużo starszego przyjaciela i pokiwał głową.
- Okej... Więc. - wrócił do wyczesywania kłaków z ogonów. - To gdzie byliśmy? Co to było za miejsce? I... Czy ty kiedyś korzystałeś z jego usług...?
- Hohoho, trzy na raz? Ambitnie. To byliśmy pomiędzy światami. Między ludzkim a tym zmarłych. Była to posiadłość tamtego gentlemana, którego imię to Yukito. A owszem korzystałem z jego przepowiadania przyszłości... Jednak to było dawno. Zadowolony?
Robinek pokiwał głową.
- Mam jeszcze trzy wolne pytania... Ale chyba nie wiem, o co zapytać.
- No musisz to przemyśleć mój drogi~ Nastała chwila milczenia, w której Davidek się jeszcze namyślał.
- Hej Vivi... A Ile ty ważysz?
Demon drgnął i podniósł głowę, gapiąc się na chłoptasia.
- Najpierw wiek teraz waga hm?
- Musisz odpowiedzieć. Obiecałeś.
- Wiem, wiem. Mam dość zmienną wagę.
Robin zmarszczył brwi.
- W granicach?
- Mogę ważyć tyle, co piórko albo tyle, co słoń. Takie to są zyski z bycia demonem. Można do woli zmieniać, postać. - Eeeej! Ale dla pióra czy słonia ogonów nie wyczeszę.
Vivienne westchnął głęboko.
- Oj no okeeeej. W tej postaci ważę jakoś tak 67 kilo? - wzruszył ramionami.
Odpowiedź usatysfakcjonowała ciemnoskórego chłopca, który się uśmiechnął.
- Widzisz, tak ciężko nie było. Powiedziałeś coś o zmiennej postaci... I teraz zaczynam się zastanawiać, jaka jest twoja prawdziwa forma. Znaczy się, wiesz... - młody trochę się zmieszał.
- Rozumiem, o co ci chodzi... - brunet uśmiechnął się. - Będziemy zmuszeni wyjść na moment — złapał jego rękę i wziął mu szczotkę, odkładając ją na stolik. Zaraz wstał, ciągnąc młodego chłopca do wyjścia.
- To teraz uważaj i staraj się nie mrugnąć. Ah i jeszcze nie uciekaj ani się nie bój dobrze? - pstryknął palcami.
Znów pojawił się srebrzysty dym, który zakrył postać młodego mężczyzny. Gdy się rozwiał, przed człowiekiem stał ogromny lis. Jego lśniące brązowo-złote oczy wpatrywały się w Robina. Bestia pochyliła głowę i obwąchała chłopczyka, po czym go oblizała tym swoim wielkim jęzorem. Ten zaczął się śmiać, odpychając wielki lisi łeb od siebie.
- Przestań Vivi! Przestań! Siad!
Demon odsunął głowę i usiadł, machając ogonami, a białowłosy przytulił się do jednej z jego przednich łap. Lis jeszcze raz się schylił i czule polizał jego czuprynę. Po chwili wielkie zwierzę znów otoczył dym z iskierkami i tym razem stał się mniejsza i mniej groźnie wyglądająca istotą. Mianowicie mniejszą wersją ogromnej bestii. Ponownie zamachał ogonkami, opierając przednie łapy o nogę ulubionego człowieka.
- I co zadowolony?
David podniósł zwierzątko i je przytulił.
- Mhhhhm! Bardzo! - wrócił ze zwierzątkiem do przyczepy i znów usiadł, sięgając po szczotkę.
- Jakież będzie twoje ostatnie pytanie, śmiertelniku? - zapiszczała mała kulka futra z kolan białowłosego młodzieńca.
- To chyba będzie najważniejsze... - wymamrotał po dłuższym czasie milczenia. - Ten mężczyzna... Ten Yukito, tak? Co musiałbym mu dać, żeby poznać, choć kilka odpowiedzi na nurtujące mnie pytania?
- Naprawdę chcesz to wiedzieć? Dość ciekawe pytanie... Ciężko mi na nie odpowiedzieć wiesz? Jest on bardzo ekscentryczny. Ale szczera rozmowa raczej mu starczy.
- Jak to szczera rozmowa?
- Mówiłem. Ekscentryk z niego. W sumie to już skończyły ci się pytania. No a ja dalej nie czuję się zaspokojony... Poza tym teraz mam brudne łapki.... Rooobin weźmiesz ze mną kąpiel? - zeskoczył z jego kolan i przemienił się z powrotem w człowieka, wyciągając dłoń do niego z kuszącym uśmiechem na twarzy.

(Robinku? A może Riddle? )

3 sty 2020

Robin CD Riddle&Vivi

Robin patrzył na to wszystko jednocześnie z zachwytem, ale też z lekkim strachem. To wszystko było magią, jednak przerażały go postaci, jakie siedziały w tym pomieszczeniu. A mimo wszystko, najbardziej się przestraszył, kiedy ta główna, siedząca na samym środku odezwała się do niego, chociaż z nim wszystkich najbardziej przypominał człowieka. Instynkt w takich chwilach każe mu uciekać, rzadziej walczyć, a ponieważ żadna z tych metod nie wchodziła w grę, stał i milczał, starając się utrzymać kamienną minę, chociaż w wykonaniu takiego amatora to dość trudne. Gdy wspomniał, że jest ciamajdą, nie zrozumiał go, bo nie znał znaczenia tego słowa. Po prostu stał i się na niego patrzył, myśląc ile by dał, gdyby był od niego wyższy, może chodź trochę czuł by się pewniejszy siebie? A tak stał przy Vivi’m i czekał, aż mężczyzna skończy mówić. 
Gdy nieznajomy przypomniał Robinowi, że chciałby poznać odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania, od razu przypomniały mu się historię zwierząt, które mówiły o istotach, które postanowiły skorzystać z „usług” diabła. Wszystkie, nie ważne jak bardzo szlachetne czy wręcz przeciwne działania, miały taki sam skutek. David słysząc o nich, obiecał sobie, że nie ważne co się stanie, nigdy nie pójdzie ich drogą. Jednak w tej chwili… czy dlatego żywi tak łatwo dają się namówić demonom? Tylko dlatego, że potrafią być przekonujące?
- To wszystko, możecie odejść – gdy to powiedział, Robinowi spadł kamień z serca, chciał stąd już zniknąć. Mężczyzna wrócił na swoje siedzenie wysłane poduszkami, podnosząc z nich zwierzątko i kładąc je sobie na kolanach. Pod tym jedynym względem miejsce to nie było aż takie straszne. Przez chwilę stał i przypatrywał się niedźwiedzicy, aż spojrzał na niego właściciel zwierzęcia. Davida przeszły ciarki i po chwili został odciągnięty stąd przez Vivi’ego. Wrócili do miasta.
Przez chwilę szli w ciszy. Vivi szedł pierwszy, a Robin z tyłu, wpatrzony w chodnik, zamyślony. Kiedy prawie wpadł na jakiegoś przechodnia, otrząsnął się z zamysłu i zrównał kroku z przyjacielem.
- Vivi – odezwał się.
- Hm? - lis spojrzał na niego.
- Kto to desperat? - chłopak lekko się uśmiechnął.
- Ktoś, kto jest w stanie poświęcić wszystko dla czegoś konkretnego – czy Robin był w stanie poświecić wszystko, dla poznania prawdy? Nie był jeszcze pewien, więc chyba nim nie był?
- A ciamajda? - pytając o to, nagle przewrócił się o tablicę, którą ktoś wystawił przed restauracją. Usłyszał cichy śmiech i zaraz Vivi pomógł mu wstać. Z budynku obok wyszedł mężczyzna, który nakrzyczał na chłopca, podniósł przewrócony przedmiot i wrócił do środka.
- Ktoś niezdarny, kto łatwo się wywraca – wytłumaczył. „Czyli jak ja” pomyślał Robin, idąc za chłopakiem.
- A kim był ten mężczyzna? Ten właściciel niedźwiedzicy – zadał kolejne pytanie.
- Mój stary znajomy, poznałem go jakieś sto lat temu – chłopaka lekko zatkało.
- To ile ty masz lat? - zapytał trochę zdziwiony. Wiedział, że chłopak był demonem, ale nie miał pojęcia, że chodzi po tym świecie już tak długo.
- Robin, ile masz dla mnie jeszcze pytań? - zapytał, patrząc na białowłosego. Ten się lekko speszył, ale nie miał zamiaru stracić okazji, później się nie dowie.
- Kilka – odparł. - Więc? Ile masz lat? - przysunął się trochę do niego, patrząc mu w twarz. - Nie masz zmarszczek – dotknął jego policzka.

<Vivi? Riddle?>