24 sty 2022

Jumper CD Vogel

Załóżmy, że zostałem wrobiony. Załóżmy, że ktoś tak bardzo ma mnie dość, że chce się mnie pozbyć. Załóżmy. Skąd mam wiedzieć, kto to był? im jestem starszy, tym mam więcej wrogów lub coraz więcej ludzi, ma mnie dosyć. Czy oni nie mogą się zdecydować? Najpierw sami każą mi zakładać czapkę i ukrywać łeb, a potem maja do mnie pretensje, że się bronie. Jaki niepełnosprawny byt wymyślił takie zasady na świecie?
- Łatwiej dojdziesz do przestępcy samemu węsząc, niż mnie pytając, komu się naraziłem. Dobrze ci się wydaje, że każdego wkur*iam - powiedziałem głośno, aby mnie usłyszał. - Ale to oni zaczęli - dodałem już do siebie, więc chłopak tego nie usłyszałem. Na jego twarzy znowu pojawił sie uśmiech, ale tym razem na króko. Co z nim było nie tak? Czyżbym trafił na jakiegoś sadystę, który uwielbia patrzeć na problemy innych? W tym przypadku, na moje? Śmiem wątpić, moje problemy, to teraz jego problemy, czy mu się to podoba, czy nie. 
Vogel przez moment myślał. Spojrzałem na niego, obserwował to, co znajdowało się przed nim, czyli morze i piasek, a na horyzoncie mieniące się w promieniu słońca bydynki. Podniosłem głowę wyżej, na niebo, by zobaczyć lecące mewy. To mnie jakoś uspokoiło, w wyniku czego westchnąłem i usiadłem na piasku, twarzą do wody. Przypływajace fale wymywały brzeg plaży kilka metrów ode mnie. Dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo było tu cicho.
- Wiesz, że kiedy uda nam się odkryć, kto cię wrobił, potem też nie będziesz mógł wkurzać innym? - głos pracownika przerwał tę ciszę, więc skierowałem w jego stronę rozeźlone spojrzenie. Chociaż się nie uśmiechał, widziałem, że miał rozbawioną twarz. Po chwili ruszył w moim kierunku i usiadł nie daleko mnie. - A wieczne ucieczki ci nic nie dadzą. - dodał jeszcze.
- To pierwsze, to wiem. A to drugie jakoś dobrze mi wychodzi - prychnąłem. 
- A rezultaty już nie - nic nie odpowiedziałem. - Słuchaj, nie będę ci prawić morały, od tego są rodzice, ale jakimś cudem, przez prymas Pika, dostanę z tobą za ciebie po głowie. Więc dobrze by było, jakbyś nauczył się zachowywać. I nie rzucać nożami w ludzi - dodał. Spojrzałem na niego ze zmarszczonym czołem. - Diane już wszystkim powiedziała.
- To był wypadek - podkreśliłem.
- Trzy razy?
- Chciała mi zrobić na złość i pałętała się przy tej tarczy - wyjaśniłem, unosząc głos.
- Wieć było trzeba zaczekać. Trochę cierpliwości - nie miałem już ochoty tego drążyć, więc jedyne co zrobiłem, to mruknąłem cicho pod nosem coś niewyraźnego i zamilkłem. - Eh... - chłopak wyciągnął ręce do tyłu i oparł je o piasek. - Pomyślmy od czego zacząć śledztwo - zmienił temat.
- Zbadać miejsce sprawy i wypytać świadkó - powiedziałem. Vogel przez moment milczał, aż parsknął krótkim śmiechem.
- Przepraszam - powiedział szybko. - Ale to zabrzmiało, jakbyś znał na pamięć wszystkie kryminały - wyjaśnił. Prychnąłem i lekko się uśmiechnąłem.
- Takie sprawy nie występują tylko w kryminałach - wstałem z piasku. - Jak skończyłem się ze mnie naśmiewać, to wstawaj i wracamy. Ja zobaczę ten namiot, a ty popytasz ludzi, ze mną nie będą chcieli gadać. 
- Ooo... a myślałem, że tu rozwiążemy sprawę - westchnął. - Powiesz mi przynajmniej, co to za miejsce - złapałem go za rękę, nie czekając, aż wstanie.
- Alcossebre - powiedziałem i nas przeniosłem z powrotem do cyrku. Kto by pomyślał, że zacznie padać. 

<Vogel? Czas przejść dalej>

20 sty 2022

Cherubin CD Jumper

Jumper zniknął. Było to logiczne, dobrze zrobił. Ja mogłem złapać kontakt z kilkoma malunkami, mapą i miejscami na niej zaznaczonymi. Zapewne kryjówki, z porwanymi albo i nawet kolejne takie miejsca. Gdy znajdziemy Pika oraz innych opiekunów, oni sobie poradzą z resztą. Słyszałem ich rozmowę, po wstrzyknięciu mi w ramię jakiegoś płynu był on naprawdę dziwny. Coś jak usypiający i paraliżujący w jednym. Może było w nim coś jeszcze. Nie miałem czasu, by o tym myśleć. Byłem przytomny, ale zbyt ociężały do otwarcia oczu. Zapewne Diane też tak się musiała czuć. Słyszałem wszystko oraz głos Jumpera, jego oddech. Musiał być zmęczony. Hasło "Źródło". Gdyż tak go określili. Naprawdę nie wiedziałem, czemu takim dziwnym mianem mieli, by go określić. Może jest w tym coś więcej. Jednakże po tym całym rozmyślaniu nagle moje palce się poruszyły. Chyba odzyskuje czucie, może za małą dawkę mi dali. Może dzięki świeżemu powietrzu środek nie ma mocy. Odetchnąłem i starałem się rozruszać, by odzyskać czucie. Najwyraźniej przez cały ten środek pojawiła się halucynacja Diane. To jak powoli otwierała oczy, ale wciąż nie mogła nic powiedzieć, wydawał się dziwny. 
 - Cicho. Zaraz do ciebie wrócę, musisz być cicho. - wyszeptałem, na tyle ile potrafiłem. Udało mi się podnieść. Zobaczyłem jak ociężały chłopak, walczy z dwoma strażnikami. Najwyraźniej na śmierć i życie. Nie może ich zabić!! Trzeba wyciągnąć z nich informacje. Muszę go jak najprędzej zatrzymać, nim będzie za późno.
Westchnąłem ciężko. Nie chciałem od razu pokazywać swoich kart, gdyż lepiej zostawić je na czarną godzinę. To jakie umiejętności posiada, jest owiane tajemnicą. Chodzi tu bardziej o to, że wolę uniknąć pytań, które mogą się pojawić. W tym momencie jednak nie miałem innego wyboru. Zdjąłem płaszcz, by go nie ubrudzić oraz by przypadkiem nie przecięli mi go nożem. Edycja limitowana, dostałem go od kogoś bliskiego na urodziny i wole, by pozostał cały i zdrowy. Moja osobowość ulega zmianom, gdy muszę się przystosować do danej sytuacji, która odgrywa się przed moimi oczami. Jestem jak taki bohater akcji, a czasem miłośnik romantyzmu.
Po zdjęciu okularów i odłożeniu ich etui, które wyjąłem z kieszeni płaszcza. W ukrytych wewnętrznych kieszeniach płaszcza miałem ukryte dwa sztylety. Są ukryte w specjalnych pochwach, z których nic się nie wydobędzie i nie zaszkodzi mnie ani nikomu innemu. Ich dziwne ostrza są pokryte substancjami. Mogą one spowodować powolną agonię i śmierć, bym mógł przeprowadzić szereg eksperymentów.
To jak nauczyłem się ich obsługiwać oraz co z nimi potrafię, jest sekretem, którego nie lubię zdradzać. To od kogo się tego nauczyłem oraz gdzie jest kolejną zagadką. Gdyż przez pewien czas podróżowałem, nie tylko ja. Moja rodzina jest tajemnicza, mimo zwykłego życia, to co i jak robimy za kurtyną, jest owianą wieloma zasłonami i skomplikowanymi interesami.
Na pierwszy rzut oka w płaszczu nawet ich nie widać, dopiero po bliższym przyjrzeniu się można je dostrzec ukryte w sekretnej kieszeni. Westchnąłem głęboko. Wiedziałem, że moje ukryte umiejętności kiedyś się przydadzą, ale nie wiedziałem, że będę musiał już teraz je pokazać.
Cieszyłem się też, że w końcu będę mógł się wyzwolić i pokazać, choć odrobinkę, na co mnie stać. Choć regularne treningi pomagają, to przez jakiś czas musiałem się wstrzymywać. Gdyż kilka razy już zostałem przyłapany przez Pika i kilku innych dorosłych, w środku nocy. To było dziwne i nieprzyjemne spotkanie. Chociaż bliźniaki się wstawiły i najwyraźniej udawali, że wiedzą. Chociaż nie pytali o nic, to i lepiej dla mnie.
Zwinność i szybkość jest moim atutem, dlatego też znalazłem się przy chłopaku po zaledwie kilku chwilach. Mogłem go lekko odrzucić, po czym zraniłem sztyletami tych dwóch. Zanim pojawił się obok nas Jumper. Chwila nieuwagi i on mógł zostać trafiony.
 - Skończ tę zabawę. Są nam potrzebni. - rzekłem ostrym tonem. Westchnąłem ponownie i odskoczyłem, by po chwili znaleźć się obok nieopodal Jumpera.
 - Nie mogą cię zranić. Odpocznij. - dodałem. Chłopak jednak nie słuchał. Westchnąłem i na moment znalazłem się tuż przy jego uchu.
 - Twoje ciało jest ociężałe. Nikomu nie pomożesz, jak będziesz w takim stanie. - mój ton, tym razem był zupełnie inny. Sprawiał, że można było zapomnieć, odprężyć się, a nawet powalić siłacza. Tej sztuczki nauczyli mnie mnisi, gdy byłem przejazdem w klasztorze. Do tego Tai Chi i kilka innych technik. Chwilę czekałem, gdyż to nie działa od razu. Niekiedy może też nie zadziałać. Jednak fakt, że mi się udało było czymś niesamowicie radosnym. Będę musiał znaleźć sobie czasem na powrócenie do technik nauki i móc się nieco podszkolić. Ukryłem sztylety, po obu stronach mojego ciała, w specjalnych pochwach.
Jumper odpuścił. Ruszył się do swojego namiotu. Po drodze gadał coś na mnie oraz mamrotał, że mu przerwałem walkę.
Gdy wróciłem do Diane, jej tam już nie było, nie mogłem sobie przypomnieć, czy to, co widziałem wcześniej, było prawdą, czy tylko mi się wydawało.
 - Będę musiał spytać o to Jumpera. - powiedziałem do siebie. Rozmasowałem sobie ramiona, gdyż wciąż czułem się okropnie, jednakże nie narzekam, gdyż nie ma na to czasu. Założyłem okulary i otrzepałem płaszcz, po czym go włożyłem. Zabrałem tę dwójkę mężczyzn, do drugiego namiotu, który miałem tuż za swoim. Zazwyczaj pozostaje jako składzik moich tobołków albo też bym mógł się zaszyć i coś napisać. Kiedyś pracowałem w jaskini, którą znalazłem w lesie, ale było tam tak wiele problemów, że musiałem się przenieść. Jak nie kradzież, to zalanie, a w najgorszym razie zawalenie.
Owo miejsce nie miało żadnej specjalnej nazwy albo użytku. Jednakże, gdy się tam wchodziło, wiedziało, co się chce znaleźć. Może tylko ja to wiem. Nie było mnie tam dawno, gdyż nie miałem chwili czasu. Mimo to mogłem pobrać próbki i przesłuchać obiekty badań. Zanim ci popadną w katatonie. Jednakże mam na to jeszcze parę godzin. Najpierw muszę narysować mapę i rysunki, które zapamiętałem. Może one się przydadzą.

***

 - Nie wierzę. Naprawdę pokazałem to wszystko w niemalże jednej chwili. Może Jumper o tym zapomni. Jeśli nie, to powiem, że śnił. Przecież taki mól książkowy jak ja, nie mógłby mieć takich zdolności bojowych. - mówiłem do siebie. Cały cos do siebie gadałem, to o tym, co pokazałem, to o tym, co mi podali, czemu widziałem Diane. Starałem się też wszystko przypomnieć. Udało mi się w końcu wszystko narysować. Teraz mogłem skupić się na zadawaniu pytań. Na początku pyskowali, ale po zrobieniu kilku testów i "delikatnych początkujących eksperymentów" zaczęli gadać jak katarynki.


Jumper?

14 sty 2022

Robin CD Vivi

Biegłem ile sił w nogach. Nie miałem pojęcia przed czym uciekałem, ale widok studni w moim lesie, której nigdy tam nie było, był... niepokojący. Ponad to moje znaki zaświeciły stanowczo za mocno w jednym momencie, zawsze jest to o wiele spokojniejsze zjawisko. Coś było nie tak. Coś stanowczo nie grało.
Myślałem, że byłem już cyrku. Znałem ten las na pamięć, każde drzewo, każdy skrót, a tym bardziej drogę do cyrku. Więc dlaczego kiedy powinienem być już na polu namiotowym, dalej znajdowałem się w lesie? Nie różnił się on niczym od mojego drzewostanu, z tą różnicą, że ciągnął się w nieskończoność. Albo to ja krążyłem w kółko.
Odczuwałem narastającą niepewność, a wkrótce strach, że się stad nie wydostanę. Znaki nie świeciły, czułem się dziwnie słaby. Nie zauważyłem nawet, kiedy ptaki ucichły, a razem z nimi każda zwierzyna. Las był pusty. A on nigdy nie jest pusty. Zawsze coś w nim jest, nawet najmniejszy robaczek, gryzoń, ptaszek. Nawet w spalonym do cna lesie wciąż biegają robaki oraz wiatr. A to miejsce było pozbawione nawet wiatru. To nie był mój las. 
Gdy się odwróciłem, znowu znajdowałem się przy studni. Wokół panowała martwa cisza, w której słyszałem jedynie swoje bicie serca. Nie mogłem się poruszyć. Kiedy usłyszałem dźwięk charakterystyczny dla małej kropelki wody spadającej do naczynia, wypełnionego cieczą, moje ciało zostało sparaliżowane. Ten dźwięk dochodził ze studni, jakby była żywa. Dźwięk się powtarzał, miałem wrażenie, że nawet narastał.
- Przepraszam - słysząc piskliwy głosik tuż obok nie, krzyknąłem, jednocześnie odskakując na bok. Moim oczom ukazała się malutka dziewczynka z jasnymi włosami splecionymi w warkocz. Miała na sobie długą, białą sukienkę. Wyciągnęła w moją stronę rączki. - Zimno mi. Przytulisz mnie? - dokończyła. Serce waliło mi jak szalone. Z początku nie rozumiałam o co chodzi, ale kiedy w końcu udało mi się przykucnąć na kolanach, by móc wzrostem równać się z dzieckiem, przypomniałem sobie, że przypominała to jedno z dzieci, które spotkałem ponad dwa lata temu. Wtedy też poznałem Riddle'a. 
- Kim jesteś? - zapytałem szeptem, ponieważ nie miałem odwagi mówić głośniej, jakbym bał się, że zniszczę tę martwą cisze. Dziewczynka zamiast mi odpowiedzieć, zaczęła płakać. Przestraszony tym bardziej, wyciągnąłem do niej ręce, aby ją przytulić, ale kiedy dziewczynka rzuciła mi się w ramiona, przeleciała przeze mnie. Była duchem. Znowu zaczęła płakać, a to przyciągnęło pozostałe duchy. Wokół mnie pojawiały się kolejne dzieci, odziane w białe suknie, patrzące na mnie albo smutnymi, albo obojętnymi oczami. Strach momentalnie gdzieś zniknął. - Kim jesteście? - zapytałem ponownie. Jakiś chłopiec podniósł płaszczącą dziewczynkę i ja przytulił. Ta powoli się wyciszała.
- Ofiarami Riddle'a - powiedziała najwyższa dziewczyna, która wyglądała na jakieś szesnaście, może mniej, lat. Podszedłem do niej i się jej przyjrzałem, tak samo pozostałym. Żadne z nich nie wyglądało, jakby ucierpiało fizycznie. 
- Co to za miejsce? - w odpowiedzi jedynie wzruszyła ramionami.
- Pomożesz nam? - zapytała. 
- Jak? - znowu nimi wzruszyła. - Co mam zrobić?
- Zabrać nas stąd - odparł chłopiec, trzymający płaczącą dziewczynkę, która już otarła policzki i wbijała we mnie swoje blade oczka.
- Ale jak? - milczały. One też nie wiedziały. - Jak wrócę do cyrku? - wszystkie dzieci wskazały palcem w jednym kierunku, na studnie. Przełknąłem głośno ślinę. - Mam do niej wskoczyć? - podszedłem powoli do niej. Nikt się nie odezwał, więc odwróciłem w ich stronę głowę, aby dały mi jakiś znak, ale ich tam już nie było. Zamiast tego usłyszałem dobiegający ze studni śmiech. Mój śmiech.

Vivi? Albo Riddle?

8 sty 2022

Vogel CD Jumper

Po jego słowach przyjrzałem mu się dokładniej. Wyglądał jak zbity kot. Czemu nie pies? To proste, nie nadawał się na takie zwierzę. Cmoknąłem, odrywając wzrok od jego postury, ponownie zwracając się w stronę niekończącego, dalekiego horyzontu. Zacisnąłem zęby, w ciszy myśląc, co mógłbym mu odpowiedzieć. Zniżyłem głowę, przysłaniając przy tym brodę zwiniętą w pięść dłoń. Nic jednak nie przychodziło mi na myśl. Już dawno przestałem przejmować się takimi rzeczami, kiedy to straciłem po raz pierwszy pamięć. Wtedy odszedł stary JA, który może i nie był jakoś bardzo rozwydrzony czy sprawiający kłopoty, ale jednak miałem też swoje za uszami. Przynajmniej tak mi się wydawało po tym, jak rozmawiałem z niektórymi w cyrku. Bądź co bądź to jedna wielka rodzina, która nawet jak mówi, że się tobą nie przejmuje, to i tak zauważa niejedną rzecz. Westchnąłem cicho, zmieniając położenie dłoni, którą powędrowałem na kark. Zaczynając go rozmasowywać, patrzyłem na zbliżające i oddalające się fale.
- W sumie to nic nie możesz zrobić - wymruczałem to, co przyszło mi w końcu na myśl.
Ponownie posłałem mu znudzone tym wszystkim spojrzenie, dzięki czemu mogłem zauważyć jego zmieszanie. Kolejne w ciągu niespełna godziny. Mimowolnie kąciki ust uniosły się, tak samo, jak ręka spoczęła wzdłuż ciała, by zaraz po tym wskazać na chłopaka palcem.
- Jesteś w dupie - zacząłem na nowo, a widząc to, jak unosi swoje brwi w celu próby zrozumienia, kontynuowałem - Ale nie tak głęboko, jakby można było podejrzewać. Przynajmniej tak mi się wydaje. No bo pomyśl, nie było cię tam, a ja ci wierzę - wzruszyłem ramionami.
Niższy skrzyżował ręce na piersiach, zstępując z nogi na nogę.
- Wielkie dzięki - syknął - Na pewno mi to pomoże. Na. Pewno - jedną dłonią zrobił w powietrzu cytat, co było oczywiste, że mnie przedrzeźnia.
- Słuchaj - zacząłem, odwracając się do niego przodem - Nikt ci nie pomoże, więc chcąc nie chcąc musisz polegać na mnie. Nie to, że wierze tobie w stu procentach, ale na pewno bardziej, niż pozostali. Wystarczy, że weźmiemy sprawę w swoje ręce - zacząłem do niego podchodzić.
Kiedy znalazłem się przy nim, spojrzał głęboko w moje oczy, nawet na chwilę nie ocieplając swojego wizerunku. Mógłbym nawet stwierdzić, że jeszcze bardziej się zgarbił, jak jakieś naburmuszone dziecko. Wyciągnąłem w jego stronę rękę, a następnie strzeliłem go w czoło palcem. Szybko się ocknął, łapiąc się za obolałe miejsce.
- A to niby za co?! Chcesz oberwać? - mówiąc to, wyciągnął przed siebie pięść, którą zaczął we mnie celować. Niestety dla niego szybko zatrzymałem atak. Uśmiechnąłem się do niego prześmiewczo.
- Jak taki skoczny, to może przyjmiesz na klatę to, co mają ci do powiedzenia? W końcu nie wyglądasz na takiego, co chce siedzieć w takim miejscu, jak cyrk. Może to totalnie nie dla ciebie?
Widziałem, jak z ciężkością przełyka ślinę, by zaraz po tym mocować się ze mną, bym w końcu go puścił. Nie chciałem jednak tego robić. Chciałem usłyszeć od niego, że zgadza się na moje słowa. Na te, które mówiły o wzniesieniu czegoś w rodzaju śledztwa, bo chyba to będzie najlepsze w tym przypadku. Może i niewiele zrobię, bo nie jestem magicznym, tak jak on, ale na pewno mam coś więcej. Rozum.
- Puszczaj - szarpnął się mocniej, na co w końcu zwolniłem ucisk. O mało co się nie przewrócił, szczęście dla niego, że potrafi zachować równowagę.
Zasłoniłem usta pięścią, nie chcąc, by zauważył, że się śmieję. Nie wyszło mi to jednak, bo szybko zauważyłem, jak wyciąga w moją stronę język. Pokręciłem głową i nabierając powietrza w płuca, powiedziałem w końcu to, co miałem na myśli już wcześniej:
- Wystarczy, że zrobimy dochodzenie, kto cię wrobił. Bez ofiar, po prostu znajdziemy tego, kto za tym stoi. Fakt, że może być to każdy z cyrku, w końcu nikt cię nie lubi…
- Dzięki - przerwał mi, prychając.
- Ale nie jest też powiedziane, że nie może być to ktoś z zewnątrz. Nie narobiłeś sobie więcej wrogów przez to, jak się zachowujesz? Bo podejrzewam, że właśnie tak jest.
Chłopak, odwracając się do mnie bokiem, zamyślił się, ponownie splątując ręce na klatce piersiowej. Uśmiechnąłem się nieznacznie, po czym sam odwróciłem się do niego tyłem, spoglądając na to, co było naprzeciw morza. Chciałem odkryć, gdzie dokładniej się znajdujemy niezależnie czy sam, czy z nim. Dłużej nie czekając, zacząłem odchodzić powolnym krokiem, nie zwracając uwagi na cicho zachowującego się młodzieńca. Schowałem dłonie do kieszeni i spoglądając w górę, rozmyślałem, jaka jest prawda z tym wszystkim. Dopiero po chwili usłyszałem skrzypiący piasek, który zaczął się do mnie zbliżać. Wejrzałem za siebie, przez co napotkałem czarnowłosego z morderczym wzrokiem. Kiedy jednak zauważył, że go obserwuję, przymknął oczy, zniżając głowę. Uniosłem brwi, po czym wróciłem do obserwacji tego, co znajduje się przede mną. W końcu, kto powiedział, że nie możemy rozwiązywać tej zagadki w jakimś innym, może i przyjemniejszym miejscu?

Jumper?

4 sty 2022

Doll CD Ozyrys

    Spuściłem wzrok i zacząłem miętosić w palcach materiał koszuli Ozyrys’a. Co ja właściwie lubię robić? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. W domu mojego pana coś takiego jak hobby nie istniało. On był centrum naszego życia. Wszystko zależało od niego. To on podejmował wszystkie decyzje i zarządzał naszym czasem, również tym z pozoru nazywanym “wolnym”. Co mógłbym robić poza treningami? Nie wiem... W czym jestem dobry? Czy w ogóle jest coś takiego?
    — Potrafię grać w pokera. — powiedziałem w końcu po dłuższej chwili namysłu. W odmętach mojej pamięci pojawiały się kolejno cztery kolory: kier, pik, karo i trefl. Wachlarz kart, trzymany przez uśmiechniętego chłopaka. Czuję dziwne ukłucie w sercu. Jak mu było na imię? Marco? Chyba tak... Marco...
    Dzieciak składa talię kart jednym, szybkim ruchem. Składa dłonie jak do modlitwy, po czym pokazuje swoje zdecydowanie za krótkie linie życia. Jego ręce są puste. Karty zniknęły. Chwilę później znika również chłopak. Biedny Marco...
    — I lubię sztuczki magiczne... — dodałem cicho, czując dziwny smutek.
    — Ja nie umiem grać w pokera. — stwierdził Ozyrys — Może mnie nauczysz?
    — Chętnie. — odparłem z uśmiechem. Nie wiedziałem, dlaczego, ale nagle poczułem dziwne ciepło. Było przyjemne i ogrzewało jak promienie słońca. Przez chwilę wydawało mi się, że emanuje ono od osoby magika.
    — A co do sztuczek magicznych, znasz jakieś? — zapytał zaciekawiony. Spuściłem wzrok na swoje dłonie zawstydzony.
    — Nie, nie znam. Ja po prostu... lubię na nie patrzeć. — odparłem cicho. Ozyrys przez chwilę milczał. Następnie przysiadł się do mnie i położył dłoń na moim ramieniu.
    — Jesteś jeszcze młody. Na pewno nauczysz się tutaj niejednej sztuczki. Pokazałbym ci kilka, ale sam nie jestem w tym najlepszy. — powiedział ze słabym uśmiechem, pocierając przy tym wolną ręką swój kark. Uniosłem na niego wzrok i na chwilę zapatrzyłem się w piękne, fiołkowe oczy chłopaka.
    — Jestem pewien, że wkrótce staniesz się najlepszym magikiem na całym świecie. — odparłem. Ozyrys wyglądał na jeszcze bardziej zawstydzonego, ale uśmiechnął się do mnie ciepło. Chwilę siedzieliśmy tak w ciszy, wpatrzeni w siebie, aż nagle magik poderwał się z miejsca.
    — Chyba gdzieś powinienem mieć karty. Może zagramy? — zaoferował.
    — Czemu nie. — powiedziałem, wchodząc na materac mojego, choć dawniej Ozyrys’a, łóżka i robiąc chłopakowi miejsce naprzeciwko mnie, po drugiej stronie mebla. Magik zaczął kopać w szufladach, przewracając wszystko, co się w nich znajdowało. W końcu znalazł talię kart w małym opakowaniu na dnie trzeciej szuflady. Wrócił z nią do mnie i zajął miejsce naprzeciwko.
    Przed rozpoczęciem gry, wyjaśniłem na spokojnie chłopakowi wszystkie jej zasady. Natłok informacji jednak dość szybko go przytłoczył, więc poprosiłem o notes i coś do pisania. Gdy Ozyrys podał mi obie te rzeczy, rozpisałem ołówkiem wszystkie zasady na stronach notesu, po czym podałem go mu, żeby sam je sobie odczytał i przyswoił. Kiedy skończył, rozpoczęliśmy grę próbną, żebym mógł jeszcze raz wytłumaczyć mu wszystko na bieżąco podczas gry.
    Ozyrys okazał się być dobrym uczniem i wkrótce mogliśmy zagrać już na poważnie. Nie wiem, czy to gra czy luźna rozmowa wciągnęła nas tak bardzo, że przeznaczyliśmy na pokera cały nasz czas wolny.
    — Dlaczego uciekłeś? — zapytał magik w pewnym momencie, poprzedzając pytanie chwilą ciszy. Uniosłem na niego wzrok. Uratował mnie, traktował jak równego sobie i troszczył się o mnie, dzielił się ze mną wszystkim, co posiadał i jak dotąd nie pytał o nic, szanując moją prośbę oraz prywatność. Dla tych powodów postanowiłem zrobić wyjątek i zdradzić swoją tajemnicę Ozyrys’owi, wierząc, że potrafi jej dochować.
    — Najpierw przysięgnij. — powiedziałem unosząc prawą dłoń, a następnie jej mały palec. Magik spojrzał na mnie zaskoczony, ale po chwili uśmiechnął się i splótł mały palec swojej prawej ręki z moim.
    — Przysięgnij, że wszystko, każdy sekret, jaki usłyszymy i wypowiemy w tym wozie, pozostanie wyłącznie między nami. — dokończyłem, patrząc chłopakowi w oczy. Ozyrys, usłyszawszy to, spoważniał i mocniej ścisnął nasze palce.
    — Przysięgam. — powiedział, również patrząc mi w oczy. Puściłem jego dłoń i westchnąwszy cicho opadłem na poduszkę, opartą o zagłówek łóżka.
    — Faceci, którzy przyszli na teren cyrku to Mark i prawdopodobnie, jego przydupas, David. Obaj pracują dla faceta, od którego uciekłem, naszego pana. — zacząłem.
    — Pana? — Ozyrys uniósł brew zdziwiony.
  — Jesteśmy jego niewolnikami. Mark’a i David’a kupił na wakacjach w Amsterdamie. Mnie... właściwie nawet nie wiem, gdzie. Nie wiem, czy byłem zbyt mały by to zapamiętać, czy jestem dzieckiem kogoś z jego niewolników. W każdym razie, odkąd pamiętam, jestem jego niewolnikiem. — wyjaśniłem, odruchowo wzruszając ramionami. Magik słuchał w milczeniu.
    — Całe życie byłem na jego zawołanie. Jeśli coś mu się nie spodoba, jest bardzo surowy. Ci, którzy nie wykonują jego poleceń lub łamią zakazy, marnie kończą. Ci szczęśliwsi trafiają do trumny, a ci mający pecha, w inne, znacznie gorsze miejsca. — westchnąłem, wspominając wszystkich znanych mi niewolników i niewolnice, którzy odeszli.
    — Wielu z nich mi zazdrościło. Pan obdarzał mnie specjalnymi względami i zawsze zabierał ze sobą. Nikt jednak nie wie, jak to jest być czyjąś ozdobą, salonowym pieskiem, który zawsze ma siedzieć cicho, pięknie wyglądać i nigdy nie może opuścić swojego pana, któremu winien jest wdzięczność i miłość aż po grób. Nikt nie wie, jak to jest żyć pod ciągłą presją, być stale obserwowanym przez tego, który zabija dla kaprysu. — na chwilę przerwałem, by uspokoić drżące dłonie.
    — Rodziców nie znam lub nie pamiętam. Nie wiem, czy dalej żyją ani kim byli. Nigdy nie chodziłem do szkoły. Uczyły mnie niewolnice. Część z nich od dawna leży pod ziemią, a reszta sprzedaje się za grosze w najtańszych burdelach... Pan ma słabość do takich miejsc. Wszystko mu jedno, dziewczyna czy chłopak. Wiek też nie gra roli. Najbardziej jednak gustuje w młodzieży. — powiedziałem i uniosłem wzrok na magika — Teraz już wiesz, dlaczego uciekłem. Hodował mnie jak świnię na rzeź, żeby zaspokoić swoje chore fantazje. Powiedział, że nie chciał tego robić, zanim nie stanę się mężczyzną. Prawdziwy dobrodziej, co? Jednak, jako że dowiedziałem się o wszystkim rok lub dwa wcześniej, uznał, że jednak nie zrobi mu to większej różnicy. — prychnąłem śmiechem, mimo że nie było to dla mnie ani trochę zabawne — Teraz już znasz prawdę. — zakończyłem, odrzucając karty na koc.

2 sty 2022

Jumper CD Vogel

Przede mną rozciągał się piękny krajobraz morza. Wielu ludzi go uwielbia z różnych powodów: niektórzy są zafascynowani samym wyglądem, odbijaniem się chmur albo gwiazd w poruszającej się tafli wody, białymi ptakami pokazującymi się na horyzoncie albo wymywaniu brzegu przez napływające i odpływające fale. Inni zakochują się w zapachu morskiej bryzy, czasami zmieszanej z mokrym piaskiem albo nawet ze ściekami, potajemnie wprowadzanymi do wody przez ludzi. Niektórym wygląd albo zapach przywodzi na myśl miłe (lub nie) wspomnienia z życia, do których lubią wracać. Ja także należałem do tej grupy ludzi. Morze kojarzyło mi się z wolnością tylko dlatego, że zawsze uciekałem nad wodę, kiedy pojawiały się problemy. Mieszkałem wtedy u wujków, których dom znajdował się kilometr od dzikiej plaży. Gdy ustalili dziwne zasady, przez które nie mogłem widywać się z ludźmi, najprzyjemniejszą zabawą była ucieczka przez okno i wypad nad wodę.
Jednak teraz obraz spokojnej wody i biało-niebieskiego nieba, został przyćmiony przez wizję płonącego namiotu. Nie mam pojęcia, dlaczego zapytałem, zrobiłem to niekontrolowanie. Może dlatego, że jednak powinienem się zająć tą sprawą... w końcu jeśli miałem zostać o coś oskarżony i wywalony z cyrku, to chociaż za coś, co zrobiłem (jak na przykład zranienie kogoś nożem podczas próby).
Vogel zaczął tą nieprzyjemną, ale na szczęście krótką historię. Wszystkich rano nie obudziły budziki albo ranne ptaszki, ale krzyk dziewczyny. Mój towarzysz po wybiegnięciu ze swojego lokum zobaczył jak wszyscy ludzie biegają w te i we w te z wiadrami. Potem się okazało, że kiedy ktoś pobiegł szukać gaśnicy, reszta starała się pobrać wodę z wodociągu. Namiot jednej z pracownic zaczął się palić. Zdążyła na szczęście zabrać najważniejsze rzeczy, jak dokumenty i pieniądze, po czym wybiegła na zewnątrz i zaczęła wołać pomocy. Wszyscy zaczęli gasić płomienie, aż w końcu ktoś nie przybiegł z gaśnicą. Długo próbowali ugasić namiot, zajęło się praktycznie wszystko, co w nim leżało. Tyle było z historii o płonącym namiocie. Co dalej? Czemu to ja zostałem oskarżony? Otóż ktoś, kto nie chciał podać swojej tożsamości, stwierdził, że chwilę przed zapaleniem się namiotu jakiś dzieciak - chłopiec - łaził między namiotami. Charakteryzował się ciemnym ubiorem i czapką, był niski - jak ja. To tyle? Gdyby to było tyko tyle, wyśmiałbym tego kogoś. Jednak na miejscu zdarzenia, po ugaszeniu ognia, zostały znalezione papierosy - wielka mi rzecz - oraz sztylet, którym rzucałem na próbach. Na dodatek, jakby ludzie byli przeciwko mnie już z natury, dziewczyna, której namiot został spalony, stwierdziła, że dzień wcześniej rzeczywiście byłem dla niej agresywny - tego nie potrafiłem określić, czy było prawdą, czy nie. Czy byłem agresywny? Możliwe. Niestety tyle ludzi napotykam na swojej drodze i prawie na tyle samo ludzi się denerwuje, że nie zwracam uwagi na to, jak wyglądają, jak się nazywają, kim są. Może to jest mój błąd, bo teraz nie mogłem stwierdzić, czy dziewczyna mówiła prawdę, czy może wykreowała sobie rzeczywistość, słysząc, ze jestem podejrzany. Często wymyślamy sobie historie, która nas spotkały, bo zostawiliśmy uprzedzeni do kogoś. 
- To trochę brzmi, jakby ktoś mnie specjalnie wrobił - mruknąłem, rzucając kamieniem w wodę, która od razu poszedł na dno. Chciałem zrobić kaczki, ale ze złości nie potrafiłem panować nad rękami. Szybko wyciągnąłem papierosa i go zapaliłem. 
- Jeśli jesteś aż tak nieznośny, nie zdziwiłbym się - powiedział spokojnie. Wzruszyłem tylko ramionami, zaciągając się najmocniej jak potrafiłem, w rezultacie czego zakaszlałem. 
- Jak się dowiem kto to zrobił, to poderżnę mu gardło - powiedział do siebie, nie zastanawiając się, czy Vogel mnie usłyszał. - I co mam niby teraz zrobić - odwróciłem się w jego stronę. Znowu miałem ochotę się teleportować w inne miejsce, najlepiej na środek morza, na jakąś bezludną wyspę, aby wszyscy o mnie zapomnieli.

<Vogel?>

24 lis 2021

Robin CD Dana

- Opowiesz mi o swojej relacji z Vivim? - spojrzałem na nią, trochę zdziwiony. Nikt nigdy o to nie pytał, bo inni zazwyczaj nieswojo się czuli w towarzystwie demona, przez co zbytnio o niego nie pytali. Przez to nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Co mnie z nim łączyło? Zacząłem się zastanawiać, jakie słowa dobrze to określą. No i czy dam radę w ogóle to opisać.
- Hm... nie wiem zbytnio jak to zrobić - przyznałem szczerze. 
- Przyjaźnicie się, czy coś więcej? - zapytała, a ja wzruszyłem ramionami.
- To i to? - spojrzałem przed siebie i się lekko uśmiechnąłem. Co mnie z nim łączyło? Wszystko. To była najprostsza odpowiedzieć. Wszystko. 
- A coś do niego czujesz? - pytała dalej.
- Wszystko - stwierdziłem, ale ona widocznie nie była zadowolona z odpowiedzi, więc starałem się powiedzieć coś więcej. - Czuje do niego wszystkie dobre emocje. Ufam mu, bardzo go lubię... - zacząłem wymieniać. Wtedy przypomniały mi się jedne słowa, które do dziś mi towarzyszą. Ponieważ cię kocham, okej? Zwróciłem się do dziewczyny. - Co jest silniejsze? Kogoś lubić, czy kochać? - zapytałem. Dana spojrzała na mnie, nie wiedząc dokładnie, jak się zachować. Wyglądała na zdziwioną tym pytaniem, w sumie jak każdy, z kim było mi dane rozmawiać. Mimo wszystko w dalszym ciągu uczyłem się wielu "ludzkich" rzeczy, a przede wszystkim uczuć. 
- Kochać - odpowiedziała w końcu. - Jak kogoś kochasz, to nawet w ogień za nim skoczysz - wyjaśniła. - A lubić można każdego - dodała jeszcze. Skinąłem głową, wyobrażając sobie, jak skacze za Vivi'm w ogień.
- To chyba go kocham, jeśli tak to się nazywa - temat Vivi'ego na moment się skończył. Przez moment szliśmy w ciszy, napawałem się obecną chwilą, oglądając wszystkie ptaki na drzewach, które mi się przyglądały. Często przynosiłem im jakieś okruszki i inne smakołyki, niestety tym razem nie miałem niczego. Kiedy zdały sobie z tego sprawę, odleciały. 
- A jak długo się znacie? - Dana zadała kolejne pytanie. Zacząłem głęboko się zastanawiać.
- To chyba już minęły trzy lata - odpowiedziałem. - Czas szybko leci, odkąd Pik mnie tutaj znalazł.
- Tutaj? - wskazała na las, na co pokiwałem głową.
- Każdy ci powie, że jestem "dzieckiem z lasu", jak to niektórzy lubią określać - zaśmiałem się krótko. Czasami spotykałem się z takim określeniem, rzadko kierowanym prosto w moją osobę, ale często używanym podczas czyichś rozmów. Mimo wszystko las ma uszy. 
- Chyba nie rozumiem - przyznała.
- To mój dom. Mieszkałem tu, a potem przeniosłem się do cyrku - starałem się jej to trochę wyjaśnić. - Mogę stwierdzić, że tu było moje drugie życie - dosłownie i w przenośni. Czasami się zastanawiałem, czy mogę umrzeć po raz trzeci. - Dana - zwróciłem na siebie jej uwagę, kiedy między nami zapanowała cisza. - A ty masz kogoś, kogo kochasz? - zapytałem szczerze ciekawy.

Dana? Wybacz za późny i krótki odpis, ale studia męczą

22 lis 2021

Ozyrys CD Lacie

Nie zawiedź mnie zbyt szybko. Czy nie oczekiwała ode mnie za dużo? Zdecydowanie tak. To był jakiś żart. to wszystko było jedną, wielka pomyłką, ściągającą mnie jeszcze na głębsze dno, niż to, w którym się znajdowałem. Miałem jej załatwić lokal, zrobić zakupy, miałem zainwestować w ubrania dla siebie, jeszcze te dokumenty... jakim cudem, w jeden dzień stałem się sługą? A może każdego dnia nim byłem, tylko tego nie wiedziałem, a teraz widzę fakty przed oczami?
Jedynie wydałem z siebie cichy pomruk, że wszystko do siebie przyjąłem, po czym zacząłem jeść. W dziwny sposób nie dotarło do mnie, co miałem na talerzu. Wbiłem widelec w coś miękkiego i jadłem. To wszystko mnie przytłaczało, czułem się jak zwierzyna, która wpadła w sidła i jedyne, co jej pozostało, to czekać na mordercze psy, które może jej nie rozszarpią. Tutaj w grę wchodziła moja wolność, cokolwiek ona oznaczała. Aktualnie byłem niewolnikiem i chociaż mogło by się to komuś wydawać dziwne, bycie sługą, niewolnikiem nie było dla mnie powodem do stresu czy zmartwić. To nakład obowiązków sprawiał, że nie miałem pojęcia, za co się wziąć, jak to rozegrać, co zrobić czy nawet nie zgubić własnej osoby wśród innych ludzi. Którakolwiek z tych opcji mogła doprowadzić do niepowodzenia "misji", do sfrustrowania kobiety, a koniec końców do rozprawy sądowej. 
- Słuchasz mnie?! - moje myśli przerwał jej głos. Spojrzałem na nią. 
- Straciłeś swój czas na jedzenie - przez moment jej nie rozumiałem. W głowie został mi tylko początek jej wypowiedzi: Straciłeś. Straciłem szansę. Straciłem wszystko. I gdyby nie to, że przyjrzałem się jej talerzowi i swojemu, nie zauważyłbym, że ona już skończyła jeść, a ja tak długo "bawiłem się jedzeniem", że ledwo dotarłem do połowy.
- Nie jestem głodny - a nawet, jeśli byłem, nie czułem tego. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami, po czym wstała.
- Idziemy. Trzeba cię ubrać, bo wyglądasz gorzej od tej hałastry na zewnątrz - rzuciła tylko przelotne spojrzenie na trzech mężczyzn, siedzących po drugiej stronie ulicy na ławce i palących papierosy. Trochę mnie to uraziło, dbałem o swój strój i wcale nie wyglądałem gorzej od nich. - Rusz się - poganiała mnie. Szybko wstałem od stołu i ruszyłem za nią. Utrzymując bezpieczny odstęp od tej wiedźmy, szedłem za nią, starając się o niczym nie myśleć. Kiedyś przeczytałem, że jeśli poświęcisz koło kwadransa na to, aby poleżeć z pusta głowa, nie myśląc kompletnie o niczym, człowiek odpoczywa i czuje się jak nowy. Parę razy chciałem tego wypróbować, ale niestety w mojej głowie zawsze krążyły tysiące myśli.
Nie zauważyłem, kiedy weszliśmy do jakiegoś klepu. Wyglądał na ekskluzywny, jeśli mogłem go tak nazwać. Były duży, nie było w nim za dużo osób, a zawartością sklepu z jednej strony były garnitury, a po drugiej bogate suknie. Odczułem melancholie. Już nie raz byłem w takich sklepach, matka tylko w takich robiła zakupy. Nieprzyjemne dreszcze przebiegły mi po plecach, kiedy usłyszałem zimny głos kobiety, stojącej przy ladzie.
- W czym pomóc? - szefowa do niej podeszła i rozpoczęła rozmowę. W tym czasie rozejrzałem się po miejscu. Ono niczym się nie różniło od wcześniejszych. Czułem się, jakbym wrócił do dzieciństwa, z tą różnicą, że nie musiałem trzymać matki za rączkę i się ładnie uśmiechać. Po chwili obie kobiety podeszły do mnie. Sprzedawczyni uważnie mi się przyjrzała, po czym stwierdziła, że już coś dla mnie ma. Ruszyłem za nią. Sprezentowała mi nie garnitur, jak się spodziewałem, ale elegancką, granatową koszulę, czarne spodnie i brązowe lakierki. Jedynie wziąłem wszystko od niej i się przebrałem. Nie spojrzałem ani razu w lustro, aby się poprawić, mimo wszystko nawyki z dzieciństwa pozostały i potrafiłem elegancko się ubrać nawet po ciemku. 
- Pasuje? - skinąłem głową. Sprzedawczyni spojrzała na dziewczynę, a ta jeszcze chwilę mi się przyglądała, dokładnie wszystko oglądając, po czym również skinęła głową. Zasłoniłem kurtynę, chcąc się przebrać, ale szefowa mnie zatrzymała.
- Nie przebieraj się - westchnąłem zrezygnowany. Gdy zbierałem rzeczy, one poszły załatwić wszelkie papierki. 
Spojrzałem w lustro. Wyglądałem... jak kiedyś. I to tyle było z moim przemyśleń.
Zgodnie z planem, najpierw miałem przynieść wszystkie dokumenty dla ubezpieczyciela. Będzie zabawa...

Lacie? Daj mu się pożalić xd

20 lis 2021

Vogel CD Jumper

Propozycja chłopaka dotknęła mnie gdzieś w środku. Czy chcę uganiać się z nim, próbując ominąć kłopoty? Bo wraz z nim trafiłem w nie ja, a to wszystko przez naszego wspaniałomyślnego Dowódcę. Odwróciłem głowę w lewo, wprost na zacierający się od fal ciepła, horyzont. Piach, piękne niebo i pełno ludzi, to najlepsze czym można było opisać takie miejsce. Mimo swoich niezbyt dobrych warunków przyciągało do siebie tylu ludzi co niemiara. Dlaczego ich tak do takich rzeczy ciągnęło? Nigdy nie wiedziałem. Może dlatego, że zawsze miałem takie pomysły wybijane z głowy? Dopiero w cyrku zaznałem prawdziwego w swoim zdarzeniu przemieszczania się z miejsca na miejsce w kompletnie nowe tereny, które przeze mnie nie były brane jako coś, co chciałbym odkryć. Nie miałem jednak powodu, by się przed tym bronić. Ba, nawet bardzo mi to przypasowało. Tylko niestety tym razem jest trochę inaczej. Obecne życie zostało napadnięte przez kogoś takiego jak Jumper, co w sumie nie było z jego winy, no, powiedzmy. Nadal nie rozumiałem tego, dlaczego to ja zostałem tym pokarany, ale też nie miałem się co kłócić, kiedy wisiałem Pikowi przysługę za pozwolenie powrotu do Rodziny.
Zniżyłem wzrok, a następnie ukradkiem posłałem go na stojącego chłopaka. Wyciągnięta w moją stronę dłoń ani drgnęła, czekając na chwycenie. Co mi szkodzi? pomyślałem. Od czasu do czasu i mi zdarzy się coś odwalić, a to był tego dobry przykład. Nie lubiłem takich rzeczy, a jednak do nich najbardziej mnie ciągnęło. Zgniatając dłoń w pięść, posłałem ją w stronę czarnowłosego, by następnie ją otworzyć i położyć ją na jego. Z pytaniem wymalowanym na twarzy spojrzał na mnie, a ja wzdychając, dałem do zrozumienia, co chcę zrobić. W odpowiedzi usłyszałem cichy chichot, a następnie jedyne co mogłem zobaczyć to czerń, która szybko przemieniła się w jaskrawe światło. Przysłoniłem oczy ręką, puszczając tym samym chłopaka. Kierując się w stronę nieba, ujrzałem latające, morskie ptaszyska. Dopiero wtedy uzyskałem zmysł węchu, który dał mi skosztować woni morskiej wody. Następnie dotyk, który przyprawił mnie o ciarki, kiedy tylko bryza musnęła moja twarz. Na sam koniec wrócił mi słuch, a wraz z nim skrzeczenie mew i obijające się o siebie i podłoże, fale. Przełknąłem ślinę na myśl o soli zamieszczonej w morzu, w międzyczasie prostując swoją posturę. Zmysły, mimo że nadal były nieco zachwiane przez rzecz, którą robił im Jumper, nie mogły mnie oszukać. Ruszyłem kilka kroków przed siebie i rozkładając nieznacznie ręce, zaczerpnąłem powietrza przez nos.
- Aż tak ci się tu podoba? - nieco prześmiewczy w swoim wydźwięku, głos dotarł do uszu, mieszając się z dobrem, które dawała mi sama natura.
Nie odpowiedziałem jednak. Chciałem nacieszyć się tym momentem. Dawno nie byłem nad wodą, która tak bardzo w dzieciństwie do mnie należała. Zaśmiałem się pod nosem, spuszczając smutno głowę.
- Mogłem zabrać cię tu wcześniej, jak widzę - westchnienie, a następnie zbliżające się do mnie kroki zagłuszyły już kompletnie mój obraz w głowie.
Rozchyliłem powieki, spoglądając na prawo, skąd zza moich pleców wyłoniła się niska postać. Trzymał ręce za sobą, robiąc przy tym nieco większe kroki, niż zazwyczaj, jakby też nad czymś myślał. Przechyliłem głowę tak, że z szyi wydobył się trzask, po czym chowając ręce do kieszeni, w końcu się odezwałem:
- A tym razem czemu takie miejsce? - obserwowałem poruszające się ciało, które ani myślało się zatrzymać, o zwróceniu się w moją stronę nie wspominając.
- Nie wiem… - wzruszył ramionami i tak samo, jak ja parę chwil wcześniej, spojrzał w niebo, na zataczające nad nami koła, ptaki - Taki kaprys, czy coś - zwrócił tak głowę, że mogłem zobaczyć na twarzy jego delikatny uśmiech, który bardzo szybko znikł, jakby wcale nie miał się pojawić.
- Gdzie w ogóle jesteśmy? - rozejrzałem się na prawo i lewo w celu zlokalizowania jakiś charakterystycznych cech, czy nawet i innych ludzi. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy.
- Nieważne - mruknął krótko, następnie odwrócił głowę - Ciesz się, póki możesz - na jego twarz wstąpił nieprzyjemny grymas, który wzbudził we mnie pewne emocje.
Jakie? Do końca nie wiem, ale na pewno nie super pozytywne. Widać było, że ma się jeszcze za dzieciaka, któremu uchodzi wszystko, bo tak musi być. Szkoda, że prawda jest zupełnie inna.
Zacząłem myśleć nad sprawą w cyrku. Niby nic takiego, przynajmniej dla mnie, bo mnie to nie dotknęło aż tak, ale jednak było to coś znaczącego. Przynajmniej dla niego. Ten jednak nie wydawał się tym jakoś szczególnie zainteresowany. Może już skreślił swoje możliwości? Zaśmiałem się do siebie, na co ten kompletnie odwrócił się w moją stronę.
- A ty co? - zapytał zdezorientowany.
Pokręciłem głową i zacząłem iść w stronę morza, omijając go przy tym. Ciekawie, nie powiem, że nie.
- Interesuje mnie to, jakie zdarzenie miałeś tu, że mogłeś nas przeteleportować.
Stanąłem przed linią, którą tworzą fale, oczekując odpowiedzi. Wiedziałem, że nie nadejdzie tak szybko, o ile w ogóle, ale cierpliwie stałem, powoli zatapiając się znów w naturę. O dziwo jednak usłyszałem coś w zamian.
- Co tak w ogóle stało się w cyrku pod moją nieobecność? - zaczął, nie ruszając się nawet ze swojego miejsca - No wiesz, z tym namiotem…
Odchyliłem delikatnie głowę do tyłu, mrucząc cicho pod nosem. Od czego by tu zacząć?

Jumper?

13 lis 2021

Jumper CD Vogel

W głowie pojawiła się myśl, towarzysząca mi jakieś dziesięć lat temu, na temat palenia papierosów: Ktoś ma poczęstować? Przez kolejne cztery lata nigdy nie kupiłem ani jednej, najmniejszej paczuszki, tak samo nigdy nie wydałem pieniędzy na ani jednego, najzwyczajniejszego papierosa. Zawsze był ktoś, kto częstował, wystarczyło zachowywać się zgodnie z ich myślami, czyli udawać wyluzowanego chłopaka, któremu nie straszni są dyrektorzy szkół, z którym można się kumplować i który nie doniesie do nauczycieli. Śmieszne było, że ta lojalność wygasała za każdym razem, kiedy ktoś dowiadywał się o mojej prawdziwej płci. To śmieszne, jak bardzo „kobietom nie przystoi”… praktycznie wszystkiego. To zabawne, jak bardzo większości nie podobało się to, kim byłem… a raczej musiałem być. Faceci mają zdecydowanie prostsze życie. 
Jego pytanie wyrwało mnie ze wspomnień. Zerknąłem na niego kątem oka, wysłuchując pytania. Przed odpowiedzią nabrałem potężnego bucha. 
— Masz na myśli ten pierwszy czy drugi raz? Że wziąłem cię do Meksyku, czy tutaj? — zapytałem.
— Do Meksyku.  
— Bo mi nie wierzyłeś — powiedziałem z lekką złością. Nie do wiary jak bardzo fakt, że ktoś znowu brał mnie za kłamcę, tak bardzo mnie wkurzył. Może to dlatego, że teraz byłem wrabiany w podpalenie? Rozumiem w zadźganie kogoś nożem albo napuszczeniem na kogoś wściekłych zwierząt, ale podpalenie?
— Racja — cicho się zaśmiał. — Stoisz w cyrku i nagle lądujesz na innym kontynencie — kiedy tak to przedstawił, także się uśmiechnąłem. 
— Ta, całkiem przydatna umiejętność — przyznałem. — A wracając, ja niczego nie podpaliłem — machnąłem w jego kierunku papierosem, tym samym strzepując z niego wypaloną końcówkę. 
— Wierzę ci — po tych słowach zrobiło mi się trochę lżej na sercu. Zostało jeszcze przekonać do tego cały cyrk. Co może być w tym trudnego? Na pewno największą przeszkodą w tym, była moja reputacja i fakt, że zawsze byłem uzbrojony. — A powiedz — wypuścił szary dym z ust. — Dlaczego wybrałeś to miejsce?
— Hm? W sensie? — nie zrozumiałem pytania.
— Na jakiej zasadzie działa teleportacja? Przenosisz się gdzie chcesz, czy są jakieś ograniczenia?
— Mogę przenosić się tylko w miejsca, w których kiedyś byłem albo chociaż raz widziałem na żywo — wyjaśniłem. 
— Byłeś kiedyś w Egipcie? Bo zastanawiam się, dlaczego przeteleportowałeś nas tutaj, a nie na przykład, do cyrku — sprecyzował pytanie. 
— W cyrku aktualnie jestem spalony — skończyłem palić, więc przycisnąłem resztę peta do posągu, po czym wyrzuciłem śmieć za krawędź. — Tutaj byłem na szkolnej wycieczce. A przeniosłem nas tu bo… — na moment zamilkłem, nie wiedząc dokładnie, co odpowiedzieć. Dlaczego tutaj, a nie w inne miejsce? Dlaczego nie do jakiegoś innego miasta, albo do jakiegoś pobliskiego lasu? Dlaczego wylądowaliśmy na głowie Sfinska?
— Czujesz się tu bezpiecznie? — odezwał się po dłuższej chwili ciszy. Spojrzałem na niego, tym razem całkowicie i przyjrzałem się jego spokojnej minie.
— Chyba… tak — odparłem powoli, nie spuszczając go ze wzroku. Moment później spojrzałem w dół na turystów. — Tutaj w końcu się nikt nie dostanie — zaśmiałem się krótko. Vogel mi zawtórował. Przez kilka minut trwaliśmy w ciszy, obserwując pustynie i ludzi. Część z nich nas ujrzała, więc kierowali w naszą stronę palce i obgadywali, jednak większa część całkowicie nas zignorowała i wróciła do swojej podróży. 
— Dobra, odpadam. Jest już za gorąco — westchnąłem, odchylając się do tyłu i kładąc się na Sfinksie. 
— Wracamy? — zapytał, więc przetarłem twarz ręką, po czym szybko wstałem. 
— Ta, dawaj łapę — wyciągnąłem w jego stronę rękę. — Chyba, że jeszcze gdzieś skoczymy. Trochę nie mam ochoty wracać do cyrku, jeśli wiem, że będą patrzeć na mnie jak na najgorszego zbuja. Nie żebym narzekał, w końcu tak zawsze było, ale teraz to co innego. Może wrócę tam na wieczór? Jak większość będzie spała? — zaproponowałem. Z nim czy bez niego, nie miałem na razie zamiaru tam wracać. Wolałem się poszwędać po całym świecie, byle tylko uciec od tego wszystko. W takich momentach zawsze przypominał mi się wujek, mówiący „Od kłopotów nie uciekniesz”, ale gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to ja praktycznie każdego dnia naginałem tę zasadę. 

Vogel? Co powiesz na małą podróż?