9 lip 2023

Doll CD Ozyrys

Chwyciłem Ozyrys’a za rękę i pociągnąłem go za sobą. Opuściliśmy czym prędzej stację paliwową, minęliśmy w biegu kilka sklepów i zatrzymaliśmy się dopiero na przystanku autobusowym. Nie miałem pojęcia, dokąd prowadzę Oz’a. Wiedziałem tylko, że muszę go stamtąd zabrać. Szybko. Jak najdalej. Gdzieś, gdzie będzie bezpieczny. Gdzie obaj będziemy bezpieczni.
Niewiele myśląc, wsiadłem z magikiem do nocnego autobusu. Gdy usiedliśmy na końcu, uczepiłem się kurczowo ramienia Ozyrys’a, próbując uspokoić oddech.
— Już dobrze. Zgubiliśmy ich — powiedział chłopak, powoli gładząc moje posklejane błotem włosy.
Przejechaliśmy w ciszy kilka kolejnych przystanków. Zacząłem się zastanawiać nad wspólną ucieczką. Przez chwilę widziałem nas zatrzymujących się w motelach na jedną noc, znikających nad ranem i jeżdżących po całym świecie. Szybo jednak odrzuciłem tą nierealną myśl. To ja musiałem uciekać. Ozyrys miał tu całe swoje życie. Nie musiał z niego rezygnować tylko dlatego, że poznał pechowego dzieciaka.
Spuściłem wzrok na swoje dłonie i pociągnąłem cicho nosem. Naraziłem Ozyrys’a na niebezpieczeństwo. Naraziłem wszystkich. Czy moja wolność faktycznie była aż tak cenna, żeby płacić za nią życiem tak wielu ludzi? Mogłem tam zostać. Mogłem dalej być posłuszny. Mogłem dalej być zabawką, którą się urodziłem. Gdyby nie ja, Ozyrys spałby teraz w swoim łóżku. Bezpieczny i spokojny.
— Wszystko w porządku? — magik uniósł mój podbródek i spojrzał na moją twarz. Nie byłem już w stanie utrzymywać na niej maski opanowanego gościa i zwyczajnie wybuchłem płaczem. Ryczałem jak małe dziecko i nie potrafiłem przestać.
Oz wciągnął mnie na kolana i ukrył w swoich objęciach. Dalej płakałem, mocząc jego koszulę swoimi łzami. Moim ciałem wstrząsały dreszcze, krztusiłem się i zacząłem mieć problemy ze złapaniem oddechu. Magik ukrył broń w kieszeni swojego płaszcza i zaczął gładzić mnie po włosach i plecach. Nie zasługiwałem na to – na jego uściski, ciepłe dłonie, spokojny ton głosu. Już dwa razy grożono mu śmiercią. Z mojego powodu.
— Przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam — powtarzałem przez łzy. Ozyrys natomiast siedział nieruchomo, nie wiedząc, jak ma zareagować. Po chwili przytulił mnie trochę mocniej.
Trwaliśmy tak do momentu aż zobaczyliśmy w oddali budynek policji. Magik wstał ze mną na rękach i wysiadł z autobusu. Wtuliłem mokry od łez policzek w jego ciepłą szyję. Uczepiłem się ubrań Ozyrys'a i bacznie obserwowałem świat za jego plecami. Nie miałem pojęcia, co wydarzyło się na terenie cyrku i w radiowozie. Ale jeśli ktokolwiek tknie Oz'a, zrobię co w mojej mocy, by to powtórzyć.

Na miejscu zastaliśmy znudzonego życiem policjanta. Powiedzieliśmy mu, co się wydarzyło, omijając oczywiście część, w której ja zamrażam jednego funkcjonariusza, a Ozyrys rozwala drugiego. Nie musiał o tym wiedzieć. Lepsza była słodka niewiedza, której mu zazdrościliśmy.
— Na waszym miejscu nie wracałbym tam dzisiaj. Wyślę kogoś innego, żeby znalazł tamtych policjantów i kogoś do patrolowania cyrku. Faceta od handlu ludźmi obecnie nie ma, ale dam mu znać, żeby pojawił się jutro rano. Tymczasem możecie się przespać tutaj — powiedział, po czym wręczył nam klucze do jednej z cel
— Prysznice są na dole — dodał funkcjonariusz, wyjmując z szafki uniform dla więźnia o małym rozmiarze. Podziękowałem mu skinieniem głowy i skierowałem się z Ozyrys'em do schodów.
Na dole zdjąłem z siebie brudne ubranie i wszedłem pod prysznic. Kiedy zmywałem z siebie błoto, Oz stał na czatach, odwrócony do mnie plecami. Spojrzałem na jego ognistą czuprynę, zastanawiając się, czy będę mógł z nim zostać. Czy Oz nie miałby nic przeciwko?

Kiedy skończyłem, przebrałem się i wziąłem magika za rękę. Ozyrys ścisnął lekko moją dłoń, po czym zaprowadził mnie do celi oddalonej od pozostałych. Otworzył drzwi, a następnie zamknął je za nami.
— Jestem kryminalistą — mruknąłem, chwytając kraty. Oz uśmiechnął się pod nosem.
— W takim razie ja jestem twoim partnerem w zbrodni — odparł żartobliwie. Uniosłem na niego wzrok, po czym przytuliłem się do magika.
— Chodźmy już spać. To był długi dzień. Bardzo długi — powiedział, biorąc mnie na ręce. Następnie Ozyrys zgasił światło i położył mnie na jednym łóżku, a sam zajął drugie.
Długo wpatrywałem się w magika, niepewny, czy powinienem podejść. W końcu jednak zakradłem się do jego posłania i dotknąłem policzka magika.
— C-Coś się stało? — zapytał rozbudzony.
— Oz, mogę spać z tobą? — zapytałem cicho zawstydzony. Ozyrys przez chwilę przetwarzał tą informację. Ostatecznie się zgodził.
Magik przysunął się bliżej ściany, robiąc mi miejsce. Wsunąłem się pod kołdrę i przylgnąłem do jego piersi. Była przyjemnie ciepła.
— Nie bój się. Jestem z tobą — powiedział Oz. Palcami przeczesał moje mokre włosy.
— Mówiłeś…, że lubisz sztuczki magiczne — dodał niepewnie po chwili. Następnie wyciągnął przed siebie dłoń.
— Wciąż niewiele potrafię — powiedział zawstydzony, zapalając mały płomień, który stopniowo zaczął się zwiększać, by następnie przybrać kształt królika. Wyciągnąłem do niego dłonie, wciąż wtulony w Ozyrys'a. Zwierzak obwąchał moje palce, po czym delikatnie musnął je pyszczkiem. Następnie przebiegł się po pokoju, by na koniec z sykiem wylądować w umywalce.
Obróciłem się przodem do magika i zanurzyłem twarz w jego ubraniu, chłonąc zapach Ozyrys'a. Zapach ciepła i bezpieczeństwa.
— Oz — zacząłem nieśmiało po chwili — Ty nie umrzesz, prawda?

< Oz? >

2 lip 2023

Ozyrys CD Arche

*kilka tygodni później*

Piękne, gorące lato dawało się we znaki. Dzięki swej naturze feniksa nie odczuwałem aż takiego dyskomfortu wywołanego przez upał, jak reszta cyrkowców. Można powiedzieć, że czułem się jak ryba w wodzie, chociaż praca z ogniem dłużej niż kilka minut sprawiała, że pociły mi się ręce i to nie ze stresu. Ogólnie zaczynałem powoli panować nad swoją mocą, myślami i całym ciałem. Potrafiłem powiedzieć stop nieproszonym myślom oraz głębokimi wdechami uspokoić serce. Od jakiegoś czasu zacząłem nawet praktykować medytacje: samo siedzenie nie sprawiało mi większego problemu. Potrafiłem usiedzieć w miejscu nawet godzinę, problematyczne były tylko myśli i wspomnienia, jakie mój mózg uwielbiam mi przywoływać. Walcząc z oczyszczaniem głowy, nauczyłem się to robić również podczas treningu, dzięki czemu zwiększyłem kontrolę nad ogniem. Wypadki zdarzały się rzadziej, jednak dalej bałem się ćwiczyć w głównym namiocie. Po za tym teraz rzadko ktoś tam bywał.
Przez upały większość cyrkowców starała się schłodzić. Wybierali miejsca zacienione, w tym swoje namioty bądź brali dłuższe wolne, aby skorzystać ze zbiornika wodnego, znajdującego się niedaleko cyrku; jak na złość chodziło o mój zbiornik wodny przy którym ćwiczyłem, dlatego byłem zmuszony zmienić miejsce treningu przy rzece. Chociaż wody było mniej, wystarczała do ugaszenia mniejszych pożarów na które musiałem tym razem bardziej uważać, ze względu na zwiększone ryzyko pożarów. 
Podczas treningu, przy którym przypadkowo zapaliłem kilka kwiatów i zająłem się ich ugaszaniem, nie zauważyłem, że obok mnie pojawiło mi się znane drapieżne zwierzę. Tygrys stanął obok mnie i przyglądał się, jak gaszę kwiaty, po czym skrzyżował ze mną spojrzenia. Przeszedł mnie dreszcz. Ostatnio miałem z nim bardzo rzadkie konfrontacje, starałem się go unikać z tej racji, że niegdyś podpaliłem mu ogon, a on mi pogryzł nogę. Aktualnie odsunąłem się od niego, stanąłem bokiem i machnąłem niepewnie ręką.
- Idź sobie.

<Arche?>

25 maj 2023

Cherubin CD Orion

Powiedźmy sobie szczerze, nie protestowałem, gdy Layla robiła ze mną, co chce. Jej kostiumy i kreatywność jest powalająca, która niekiedy sprawia natchnienie. Tym razem też tak było. Jednak zanim mogłem tknąć swojego notes, musiałem się jej oddać w całości. Na początek moje włosy, spięła je, by zająć się moją twarzą. Sprawiło jej to wiele frajdy, gdyż najwyraźniej przychodząc punktualnie, miała wiele czasu, by się zając moją osobą. Z tego, co widziałem, dodała dużo, a nawet masę czarnego, takiego brudnego krwawego i dodatki fioletowego. Część mojej twarzy wyglądała jak cząsteczkowe słodkości wesołego miasteczka, za to druga była mroczna, straszna niczym kosiarz przychodzący po twą duszę. Ach pięknie, do tego wszystkiego dołożyła nawet pasujące kolczyki. Nawet paznokcie zrobiła. Można rzec, że dołożyła wszelkich starań i pasji, bym bił zarówno słodkością, jak i zniewalającym mrokiem, a przy tym wyglądając jak żywa rzeźba z pasją i niezależnie od tego, jaką minę zrobię moja kreacja, powali cię na kolana.Po tym, jak kazano mnie się ukryć, by Pan spóźnialski mnie nie ujrzał, wtem się pojawił. Oczywiście podejrzałem, ale też czekałem cierpliwie, by móc ujrzeć swojego partnera. Postanowiłem sobie, że będę ignorować tę upierdliwą istotę i cieszyć się wieczorem. Wziąłem mocniejsze leki, które mają swoje skutki uboczne, ale dopóki działają, jest dobrze.
Ujrzenie Oriona w jego powalającym kostiumie sprawiło, iż do niego zwyczajnie podszedłem i poczułem, jak moje ciało płonie. To takie nagłe, ale zwyczajnie by to przerwać, ruszyłem do dziewczyny.
  - Layla przeszłaś samą siebie. Zresztą twoja kreatywność powala. To jak z tobą? - spytałem ją, gdyż miała iść z nami, a jest w proszku. Widziałem, że ma wszystko gotowe. Dlatego jak potrzebuje pomocy, to jej pomogę, by poszła z nami.
  - Zaraz biorę się za siebie, a wy możecie iść. Dziękuje i bawcie się dobrze. Idźcie już, sio sio. - rzekła i nas tak szczerze pogoniła. Wypchnęła nas z namiotu, po czym go zamknęła, byśmy jej nie przeszkadzali.
Chwyciłem za dłoń swojego partnera, pociągnąłem go, byśmy się ruszyli. Nie dałem mu nawet chwili, gdyż to nie było potrzebne. Po części też nie chciałem, by pytał o to, co się przed chwilą zdarzyło, o ile cokolwiek spostrzegł. Nawet jeśli nie to tym lepiej.

[Muszę się lepiej kryć]. Te słowa rzuciłem w swoich myślach.

Ignorancja natrętnej istoty bardzo pomogła i wciąż pomaga, ponieważ mogę się skupić na nim i tej nocy. Nawet jeśli może być ona najgorsza, jaka kiedykolwiek mnie spotkała. Miałem to głęboko w poważaniu, gdyż teraz było od tego coś ważniejszego.
  - Orion wyglądasz powalająco seksownie, aż bym cię schrupał. Takie przebieranki do łóżka idealnie się nadają. - po tych zachichotałem, a mój makijaż i strój był dużo zabawniejszy. To było jednocześnie słodkie i mroczne. Tak jakby cząsteczkowa śmierć się śmiała. Doprawdy zabawne i miłe. To jakaś odmiana.

Orion?

Orion CD Cherubin

Zdecydowanie analizowanie całej sytuacji pochłaniało za dużo mojego czasu. Jednak może to się opłaciło i wyniosłem coś z tego? Otóż nie. Odnoszę wrażenie, że jedynie co, to za bardzo weszło mi to na głowę i doszedłem do momentu, gdzie sam zaczynam widzieć jakąś zjawę po kątach. Oczywiście, gdy tylko spoglądałem w tamtym kierunku niczego ani nikogo nie widziałem. Stąd też bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że sam sobie to robię, a niekoniecznie coś naprawdę zaczyna mnie prześladować. Mimo to w kwestii Cherubina nic się nie zmieniło. Może i te wszystkie lekarstwa potrafiły go skutecznie postawić na nogi. Jednak to nie znaczyło, że te dziwne napady chłodu oraz ślady na plecach magicznie zniknęły. Osobiście odnosiłem wrażenie, że im bliżej kolejnego zaćmienia, to jest coraz gorzej. Choć to tylko moje własne domysły. To wszystko za bardzo spontanicznie przychodzi, żebym miał wyciągać jakieś mądre wnioski. A Cherubin skrupulatnie trzyma się swojego postanowienia i nie chce mnie w to mieszać. Co wiąże się też z tym, że nie chce w ogóle poruszać tego tematu. Widzę, że jest mu z tym ciężko. Trudno ukryć coś takiego przed drugą osobą. Raniące dla mnie jednak najbardziej jest to, że dobrowolnie woli bagatelizować problem, niż coś z tym w końcu zrobić. Czemu ludzie tak robią? Jestem pewny, że gdyby wszystko mi powiedział, to nic takiego by się nie stało.

***

Nadszedł wieczór, wyczekiwanej przez wszystkich imprezy. Z tego co zauważyłem wybierało się o wiele więcej osób z cyrku, niż się mogłem spodziewać. Sam z małym spóźnieniem zjawiłem się u Layli, która miała dla mnie kostium. Do tej pory nie wiem kim będę na tej imprezie. Wreszcie przyszedł czas, aby się przekonać.
- Przeczuwam, że będzie to coś zabawnego. - oznajmiłem na wstępie, wchodząc do pracowni Layli. Wszystko wydawałoby się być po staremu, gdyby nie jedna dość duża różnica. Jedno ze stanowisk jakimi dysponowała, było osłonięte z trzech stron jasnoróżowymi zasłonami. Dziewczyna słysząc mój głos wyszła zza jednej z nich, porządnie ją zasuwając spowrotem, bym czasem czegoś, a w zasadzie kogoś tam nie dostrzegł.
- Gdzie tyle byłeś? Wiesz ile już czekamy? - podeszła do mnie z pretensjami i stanowczo złapała za mój nadgarstek, ciągnąc mnie do stanowiska obok. Wygodny obrotowy fotel, ogromne oświetlone lustro, plus blat przepełniony wszystkimi rzeczami potrzebnymi do charakteryzacji.
- Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć. - odparłem rozbawiony, obracając się dookoła na krześle. Dziewczyna z dość poważną miną niestety zastopowała moją zabawę.
- Mamy mało czasu, wiesz?
- Ogarniesz to. Wierzę w ciebie. - mówiąc to, puściłem jeszcze dla żartów do niej oczko, a później już wygodnie się rozsiadłem na fotelu. - Zresztą nawet jeśli, to spóźnimy się z Cherubinem w gwiazdorskim stylu. - dodałem, gdy Layli już rozpuściła moje włosy. Skoro zaczęła od nich, to przypuszczam, że w jakimś stopniu będą częścią całej stylizacji. Idąc tym tropem nie będę mieć nic dziwnego na głowie. Jakiś kasków czy hełmów, głów i innych takich.
- Jak już to tylko ty. Wątpię, aby Cherubin chciał czekać na takiego dziumdzie jak ty. - tuż po jej wywodzie, usłyszałem za zasłonami cichy śmiech. Gdy spojrzałem w tamtym kierunku może i byłem w stanie wypatrzyć czyjąś sylwetkę, ale widok to wciąż nie był tak dobry, jakby mi te zasłony odsunęła.
- Ooo Cherubin, to ty? - zaśmiałem się, spoglądając w stronę zasłonek, ale Layli szybko skorygowała moją głowę, abym w tej chwili patrzył prosto przed siebie.
- On przychodzi punktualnie, a nie jak co po niektórzy. - wtrąciła się.
- Dobra Layli, zejdź już ze mnie. Obiecuję się poprawić. - oznajmiłem. - W ogóle Cherubin zdradź mi kim jesteś. Spodziewam się, że już jesteś gotowy.
- Layli zabroniła mi mówić. - odpowiedział po chwili ciszy. Pewnie coś pisał, bo słyszałem jak przewracał kartkę. To też wskazywało, że na pewno czuł się o wiele lepiej. Także wszystko wskazywało na to, że będziemy się wyśmienicie bawić. Już się nie mogłem doczekać. Lubię imprezy.
- Dobra to ja też ci nic nie powiem wcześniej, ale będę za to głośno zgadywać. - stwierdziłem i zacząłem tą dziecinną "zabawę". Jakoś musiałem sobie umilić czas czekania. Śmiało mogę się założyć, że Layli i Cherubin po paru moich strzałach chcieli żebym jak najszybciej się zamknął. Wyszło, że chcąc nie chcąc i tak się rozgadałem, bo naprawdę tak mi dopisywał humor, że aż sam jestem zaskoczony. Nic złego się nie działo ostatnio, wyspałem się, zjadłem zarąbisty obiad. Czego chcieć więcej? Teraz jeszcze ta imprezka w mieście. Naprawdę ciężko mi było wysiedzieć na krześle.
Layli przez cały ten czas coś ze mną robiła. Upieła mi włosy w dość podobny sposób jak sam je na co dzień noszę, ale zdecydowanie bardziej je porozwalała. Coś tam robiła z grzebieniem, prostownicą, później lokówką... Sam tak naprawdę nie wiem. Nie znam się na tym, ale wiele rzeczy przeszło przez jej ręce, gdy ogarniała moje włosy. Później przeszła do zacnej charakteryzacji. Tego co ona tam brała i używała z nazwy za żadne skarby nie wymienię. Na tym nie znam się tym bardziej. Za to z chęcią mogę opisać, co widziałem w lustrze. Ogólnie moja twarz była bardziej bledsza niż zazwyczaj. Oczodoły wymalowane w całości na ciemno i porządnie rozmazane dookoła, a później jeszcze w ogóle tak mnie przybrudziła, jakbym co najmniej nie mył się od paru dekat. Może przesadzam, ale w tamtym momencie byłem dość sceptyczny. Odmieniło mi się, gdy nadszedł czas na zmianę stroju. Czarna koszula, czarne przybrudzone spodnie i czarne buty. Szału to na mnie nie robiło. Dość klasycznie, a liczyłem na efekt "wow". Później już zacząłem widzieć światełko w tunelu, gdy podała mi czerwone szelki, które miałem złożyć na krzyż oraz czerwone skarpetki. Do tego weszła jeszcze ciemna poszarpana i również przybrudzona marynarka. Do tego dostałem również takie brudno czerwone skórzane rękawiczki. W sumie ciężko określić mi ten kolor, ale taki całkowity czerwony to nie był. Pomyśleć, że nie strojąc się na co dzień, będę się tak stroić na przebieraną imprezkę. Na koniec miałem okazję zobaczyć się w lustrze i wtedy widząc całość w sumie się zachwyciłem.
- Heh, dzieci to by ode mnie uciekały z piskiem. - oznajmiłem ze śmiechem. - Dobra robota. - przyznałem, spoglądając na Layli. - Pomyśleć, że spodziewałem się, że będę dyniogłowym i tak bardzo się myliłem. - rozbawiony, pokręciłem głową. Ta mimo wszystko już zniecierpliwiona, a zarazem podekscytowana stała przy jednej z zasłon.
- Ciekawe, co w takim razie powiesz o Cherubinie. - odparła. Widząc jej ekscytację mogłem się spodziewać, że Cherubin to będzie wyglądać wręcz powalająco. Od odpowiedzi dzieliły mnie tak naprawdę sekundy. Długo nie musiałem czekać, aż Layli w końcu odsunęła zasłonę i... Rzeczywiście. Można powiedzieć, że wręcz na chwilę odebrało mi mowę.

(Cherubin~?)

Shu⭐zo CD Lennie

Praca w cyrku pomimo paru swoich minusów, ma ten jeden ogromny plus, który przyciągnął mnie do tego miejsca i sprawił, że w zasadzie dalej tu jestem. A jest to nic innego, jak właśnie ludzie i fakt, że są oni z różnych części świata. Może kiedyś nie, ale obecnie jestem otwarty na nowe znajomości. W końcu moje życie nie powinno się kończyć na pracy, dziecku i Lenniem, choć wszystko to bardzo kocham. Gabe oprócz swojej nieskazitelnej sylwetki, która nigdy nie przestanie cieszyć mojego oka, również był tu nową osobą, co też mnie zafascynowało. Chociaż jak mam być szczery, to po czasie jaki z nim spędziłem, mogę jasno stwierdzić, że bliskimi przyjaciółmi nie zostaniemy. Nie jest w moim typie, choć gdy byłbym młodszy, to pewnie poleciałbym na jego bajere, a szczególnie na to prężenie bicków...
- No nie? - zaśmiałem się, słysząc jego słowa. - Też tak uważam. - dodałem, biorąc synka na ręce i już się z nim podnosząc. Kamień spadł mi z serca. Trudno opisać, jak bardzo się cieszę, że nie wyszła z tego o wiele większa drama. Nie lubię się kłócić z Lenniem. Mieliśmy się już w sumie rozejść. Chciałem ogarnąć już widocznie zmęczonego synka, a Lennie już sięgał po wszystkie zabawki, które mały zdążył wszędzie porozrzucać. Jednak za nim jeszcze pochłonęły nas te zajęcia, odwróciłem się do niego.
- Hej, skarbie. - odezwałem się, by ten zwrócił na mnie uwagę. Podszedłem wtedy do niego z dzieckiem, całując go krótko. - Naprawdę cię kocham. Nie zapominaj o tym, co? - odparłem z uśmiechem, łapiąc go za rękę. Lennie wtedy od razu przytulił mnie razem z malcem.
- Nie zapomnę. - wymamrotał z uśmiechem.
Chciałbym powiedzieć, że tak oto cała sprawa się skończyła i nie będzie potrzeby wracać do tego tematu. Niestety sytuacja o dziwo zaczęła się trochę wymykać spod kontroli i... Cóż, wierzyłem, że sobie poradzę. W końcu jestem dorosły, ale teraz sam już nie wiem. Może powinienem powiedzieć wszystko Lenniemu? Boję się z drugiej strony. Nie chciałbym, aby coś się komuś stało.
- Oh? To dla mnie? - spytałem zaskoczony, gdy Gabe podsunął mi pod nos bukiet kwiatów.
- Owszem. Chciałem podziękować za ten strój, który uszyłeś. Masz naprawdę ogromny talent. - oznajmił, a ja w sumie zmieszany, odsunąłem od siebie jego prezent.
- Wiesz... Na tym polega moja praca tutaj. Jak ktoś ma problem ze strojem przychodzi do mnie. - odparłem. - To znaczy--... Miło mi, że przyszedłeś podziękować, ale to nie jest konieczne. - wyjaśniłem, niepewnie się uśmiechając. Facet, jednak był nieugięty i złapał za moją rękę wręczając mi do niej ten bukiet.
- Dla mnie jest. - odpowiedział dość tajemniczym głosem, sugestywnie przesuwając palce po mojej dłoni, gdy wręczał mi bukiet. Moja fascynacja jego ciałem nie zniknęła i chcąc nie chcąc uciekałem wzrokiem do śledzenia jego umięśnionych ramion. Jednak po tym geście, spojrzałem na niego jak na idiotę. Było to na tyle wymowne, że mojemu adoratorowi szybko zrzedła mina, a ja już nie mogłem się powstrzymać od śmiechu.
- Gościu, poważny jesteś? - spytałem, dość mocno i wymownie oddając mu ten bukiecik. - Ja mam męża. - na poparcie własnych ślub nawet pokazałem mu pierścionek, widniejący na moim palcu. - Poza tym... - wyprostowałem się, mierząc go wzrokiem i opierając ręce na biodrach. - Nie przepadam za kwiatkami. - dodałem z uśmiechem, już mu machając na do widzenia. Nie musiałem już mu nawet pomagać z wyjściem. Sam to z chęcią zrobił. Poza tym raczej każdy szanujący się mężczyzna po czymś takim, powinien sobie odpuścić, no nie?
Gabe uparcie wracał jak bumerang...
- Mój chłopiec zaraz sam nam tu będzie biegać po cyrku. - oznajmiłem rozbawiony, siedząc przy głównym namiocie razem z Robinem. Musiałem się mu pochwalić, jak to moje dziecko już stara się samodzielnie na własnych nogach zwiedzać świat. Akurat czekałem z Yukim na Lenniego, który lada chwila powinien skończyć kolejną próbę. Robin dosiadł się w międzyczasie do nas i tak zaczęliśmy rozmawiać. Yuki za to korzystał ile tylko się dało, że byliśmy na zewnątrz. Tu podniósł jakiś listek, a tu chciał sobie władować do buzi śnieg, który jeszcze się nie zdążył roztopić podczas tej zmiennej pogody. Raz słońce, raz deszcz, później śnieg, wiatr - to naprawdę jakiś cud, że nie jesteśmy jeszcze chorzy.
- Masz rację. Już całkiem nieźle mu to wychodzi. - odpowiedział z uśmiechem Robin, biorąc Yukiego na kolana. Mały o dziwo nie protestował i grzecznie siedział. Przynajmniej na razie. Z uśmiechem ich obu obserwowałem, dopóki z namiotu ktoś nie wyszedł. Spodziewałem się Lenniego, więc od razu podniosłem głowę, ale niestety był to Gabe. Gdy tylko mnie zauważył od razu się wyszczerzył i pomachał do mnie na przywitanie, a później pospiesznie odszedł. Widocznie gdzieś się spieszył. To nawet i lepiej.
- Znacie się? - spytał Robin. Pierwsze co to posłałem mu niezadowolone spojrzenie, po czym westchnąłem.
- Przyniósł mi nawet kwiaty niedawno. - przyznałem koniec z końców. - Dosiadł się na stołówce, gdy jadłem śniadanie z Yukim. Gdy byliśmy na spacerze we dwójkę również się zjawił. - dodałem zniesmaczony. - Zaczęło się od tego, że przyszedł, abym mu uszył kostium. Nie ukrywam, że sylwetkę ma powalającą, ale na litość boską mam męża i dziecko przecież.
- Wiesz, jak tak bardzo cię zaczepia, to czemu mu tego nie powiesz? - zaproponował, zaczynając trochę zabawiać Yukiego, któremu powoli zaczynało się nudzić na kolankach.
- Mówiłem, tylko to tak wychodzi jakbym rzucał grochem o ścianę. - odparłem, wzruszając ramionami.
- A Lennie?
- Tutaj zaczynają się schody. - przyznałem, odwracając wzrok. - Nie ukrywam mam słabość do umięśnionych facetów i jak Gabe pierwszy raz przyszedł, to normalnie ciężko mi było wzrok oderwać. - wyjaśniłem. - Po prostu Lennie ostatnio przez to był trochę zazdrosny i nie chcę spowrotem z nim poruszać tematu tego gościa. - Robin pokiwał głową, cały czas się przysłuchując. - Zresztą nie jest to coś poważnego. Prędzej czy później się znudzi, ale męczy mnie to pomału i musiałem to z siebie wyrzucić.
- Uważam, że mimo wszystko powinieneś mu powiedzieć. - oznajmił, stawiając Yukiego na ziemi. Spojrzałem na niego jak na wariata.
- Oszalałeś? Jeśli Gabe nie reaguje na moje słowa, to tym bardziej będzie mieć w du.pie słowa Lenniego. Znaczy... - zorientowałem się, że tak trochę mam małe dziecko obok, a niekoniecznie chcę, żeby umiał powiedzieć tak cudowne słowo, jakim jest "du.pa" w tak młodym wieku. Odetchnąłem, gdy w sumie zauważyłem, że za bardzo się nas nie słuchał, a grzebał w swoim wózeczku. Robin go co jakiś czas asekurował, nie musiałem się niczym martwić. - Nie ważne. Wracając. - znów spojrzałem na Robina. - Boję się, że mogłoby się coś stać przy okazji. Lenniego wkurza ten temat. Co jak mi się tam pobiją?
- Vivi ich potem opatrzy. W czym problem? - odpowiedział, zaczynając się śmiać. Niestety mi nie było już tak wesoło. Westchnąłem, prostując się bardziej.
- Mniejsza z tym. Ty mu też nic nie mów, dobra?

(Lennie~?)

17 lut 2023

Ozyrys CD Lacie

Skinąłem głową, dając jej do zrozumienia, że wykonam to zadanie jutro. Po tym machnęła dłonią i pozwoliła mi odejść, dzięki czemu mogłem zająć się swoimi obowiązkami, które składały się z opieki nad Doll’em oraz rozwojem własnej umiejętności, aby nareszcie móc wystąpić na scenie – Pik dał mi jasno do zrozumienia, że wkrótce musi nadejść ta chwila, ponieważ po pierwsze, należałem tutaj już wystarczająco długo, aby w końcu „się na coś przydać” oraz brakowało nam czegoś nowego. Niestety dzisiejszy trening był okropny, powiedziałbym, że być może najgorszy ze wszystkich, ale z tego względu, że nie podpaliłem żadnego namiotu, tylko kawałek swoich włosów, Smiley, która ze mną trenowała doszła do wniosku, że nie było tak najgorzej. 
Opieka nad chłopcem była już prostsza, głównie dlatego, że on sam o siebie potrafił dobrze zadbać. Dzięki temu, że postanowił przenieść trening z Orionem na godzinę nieco późniejszą, dając mi tym samym wolną chwilę, zaszedłem do Smiley, która właśnie oddawała siwego ogiera do stajni. Nie dawno skończyła swój trening, dlatego aktualnie była spocona i śmierdziała końmi, na których ćwiczyła akrobatykę.
- Masz może chwilę? – zatrzymałem ją. Dziewczyna skinęła głową i idąc w kierunku pryszniców, zapytałem ją, czy nie zna jakiejś wiedźmy, czarodziejki lub kogokolwiek, potrafiącego ściągać różne zaklęcia i uroki. Początkowo wydawała się zdziwiona moim pytaniem, ale powstrzymała się od zapytania, po co mi ta wiedza. Zamiast tego zastanowiła się i gdy byliśmy przy jej namiocie, z którego chciała zabrać czyste ubrania, odparła, że nie zna żadnej. Cóż, nie takiej odpowiedzi oczekiwałem.
- Ale zapytaj Moon, wiesz, tej starszej kobiety, która przewiduje przyszłość – dodała jeszcze. Podziękowałem jej za informacje, po czym skierowałem się do namiotu Moon.
Kobieta była około czterdziestoletnią murzynką. Miała afro większe od swojej głowy i zawsze ubierała się „na bogato”. Jej garderoba składała się wyłącznie z długich sukien, a jej szyja wręcz uginała się od ilości naszyjników, medalionów i innych wisiorków. Na pewno wpasowywała się w kanony piękna, jeśli chodzi o czarownicę, ale czy naprawdę taką była, miałem się dopiero przekonać.
Nie zastałem jej w namiocie, tylko za nim. Aktualnie podziwiała miasto, jakie rozciągało się naprzeciwko niej. 
- Przepraszam, Moon, tak? – zaczepiałem kobietę, która nawet na mnie nie zareagowała. – Miałbym małą sprawę – nie byłem pewny, czy mogę mówić. Mimo wszystko do starszych osób czułem ogromny respekt. Na moje szczęście Moon w końcu skinęła głową i machnęła dłonią, „zapraszając” mnie do podziwiania urokliwego miasteczka. – Potrafisz może ściągać klątwy i inne uroki? – ponieważ kobieta nic nie mówiła, kontynuowałem. – Bo widzisz, nie dawno jedna czarownica rzuciła na mnie urok, że odczuwam ogromny ból, zaczynający się w dłoniach i zamiast go usunąć, dała mi sygnet, który hamuje urok. Potrafiłabyś może go zdjąć? – dopiero teraz Moon na mnie spojrzała, a nawet się lekko uśmiechnęła.
- Od rąk mówisz? Pokaż ten sygnet – wyciągnęła w moim kierunku rękę, na którą położyłem swoją prawą dłoń. Uważnie zaczęła się przyglądać pierścieniowi, a następnie zamknęła oczy i równie dokładnie oglądała moją dłoń, dotykając jej w różnych miejscach pod różnym kątem. Niekiedy używała tyle siły, że czułem mały dyskomfort. W końcu otworzyła oczy i kiedy szykowałem się na dobrą nowinę, stwierdziła, że nie może mi pomóc.
- Mój drogi, ja niestety zajmuje się mniejszymi zaklęciami, a to wygląda na coś poważniejszego – puściła moją dłoń, a ja sposępniałem. – Możesz spróbować porozmawiać z moją ciotką, ona jak na złość ma większy talent i umiejętności – mówiąc to wyglądała, jakby jej zazdrościła i nie podobało jej się, że los obdarzył jej ciotkę większą mocą. – Pracuje na obrzeżach miasta w małym sklepiku z zabawkami dla dzieci. Łatwo ją znajdziesz – słysząc to, wstąpiła we mnie nowa nadzieja. Miałem zamiar udać się do niej jutro.

~*~

Ponownie wciśnięty w niewygodny strój formalny z poważną miną biznesmena i zimnymi oczami, których nie pożałowałby żaden krwiopijca z banku, stanąłem przed budynkiem, który Lacie zamierzała kupić. Przetarłem zmęczoną twarz dłonią i westchnąłem. Przybyłem tutaj niecałe pięć minut temu, a czas tak wolno płynął, że miałem wrażenie, iż upłynęło dobre piętnaście. Czułem się niekomfortowo w takich sytuacjach i jak na moje nieszczęście, wiedziałem jak w takich sytuacjach się zachowywać; co za ironia. 
Zapukałem przez szkło, mając nadzieje, że właściciel zaraz się pokaże, jednak się przeliczyłem. Wszedłem do środka i się rozejrzałem. Miejsce to wyglądało na zupełnie puste, gdy nagle do moich uszu dobiegły ciche szepty. 
- …pokażesz i będzie udawał, że wszystko gra.
- Ale ja się strasznie stresuje. Wie pan, ja niezbyt potrafię kłamać.
- To lepiej się naucz, bo inaczej może ci się przydarzyć wypadek.
Rozmowę prowadziła dwójka mężczyzn. Jeden zdecydowanie wystraszony i drugi bardzo agresywny. Słysząc tą podejrzaną rozmowę, chciałem się wycofać. Stałem blisko drzwi, dlatego chwyciłem klamkę i otworzyłem wejście, gdy w tym momencie z drugiego pomieszczenia, którego otwarte drzwi znajdowało się za ladą, wyszedł niski mężczyzna. Przecierał właśnie czoło chusteczką. To z nim ostatnio rozmawialiśmy, a kiedy usłyszałem jego głos, wiedziałem, że był tym wystraszonym rozmówcą. 
- Ah to pan! – powiedział to wręcz za głośno, co zdradzało jego stres. Schował chusteczkę, uśmiechnął się i niczym aktor, wszedł w swoją role. – Nie sądziłem, że pana tutaj dzisiaj zobaczę – momentalnie jego głos się zmienił. Teraz brzmiał jak człowiek, który wygrał na loterii.
- Miałem przyjść później, ale byłem akurat w okolicy. Zależy mi na szybkim kupnie tego lokalu, dlatego chciałem zapytać, jak pan stoi z dokumentami – moja dłoń puściła klamkę, a głos się nieco obniżył. Zrobiłem kilka kroków w jego stronę, nie spuszczając go z oczu.
- Dokumenty, tak tak – wyglądał, jakby mówił do siebie. – Wszystkie są już prawie przygotowane. Jeśli panu zależy, mogą być gotowe na jutro – pokręciłem głową.
- Niech wszystko będzie gotowe na za trzy dni. Moja… - w tym momencie przypomniałem sobie, jaką rolę odegrała wtedy Lacie. - …żona również musi je zobaczyć, a tak się składa, że wolne dostanie za trzy dni – skłamałem, na co on tylko pokiwał serdecznie głową.
- Nie ma problemu. Trzy dni – powtórzył. 

Wróciłem do Lacie, która aktualnie pracowała nad jakąś biżuterią. Miała wory pod oczami, a twarz jakby poszarzałą. Wyglądała, jakby dzisiaj nie najlepiej spała, a mimo tego jej wygląd zewnętrzny nie zdradzał żadnych oznak niewyspania. Ponad to jej twarz wykazywała ogromne skupienie nad pracą, nawet kiedy pojawiłem się w jej przyczepie, nie przerwała pracy.
- Omówiłem nas za trzy dni w jego lokalu o godzinie trzynastej – powiedziałem. Dziewczyna skinęła głową i w milczeniu kontynuowała pracę. Przez moment stałem jak słup soli, zastanawiając się, czy podzielić się z nią tym, co dzisiaj usłyszałem. – Jesteś pewna, że chcesz ten lokal? – słysząc to, zerknęła na mnie kątem oka.
- Dlaczego pytasz? – cała odwaga, jaką zaprezentowałem w tamtym lokalu zniknęła w momencie, w którym z niego wyszedłem, dlatego teraz już nie byłem pewny tego, co usłyszałem.
- Te dokumenty… i ten mężczyzna jest najwyraźniej bardzo zestresowany. Jeśli to jakiś przekręt, nie lepiej poszukać czegoś innego? – zasugerowałem, na co ona oblała mnie zimnym spojrzeniem.

<Lacie?>

15 lut 2023

Lennie CD Shu⭐zo

- Yhym – przytaknąłem, lekko się uśmiechając, chociaż wcale ta sytuacja mi się nie podobała. Zastałem Shuzo w dziwnej (żeby nie powiedzieć dwuznacznej) sytuacji i na szybko zacząłem kalkulować, co tu się działo. Mój mąż przytulał się do jego ramienia – błąd – mój mąż mierzył jego ramię; tylko czemu nie używał miarki? 
- Witaj Lennie – odezwał się Gabe, uśmiechając się do mnie szyderczo. 
- Dobrze ci poszły próby? – Jasnowłosy przestał „masować” ręką jego biceps, po czym sięgnął po miarkę i kontynuował swoją pracę.
- Yhym – znowu przytaknąłem, ściągając z siebie kurtkę. 
- Język ci ucięli? – zażartował jasnowłosy, skupiając się na mierzeniu Gabe, chociaż to jego „skupianie się” bardziej polegało na fascynowaniu się jego ciałem. Poczułem się nagle taki słaby i mały.
- Jestem tylko zmęczony – odparłem, po czym podszedłem do niego i przywitałem się z nim całując go w policzek. Gabriel uważnie nam się przyglądał, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. 
Powiedzieć, że siłacza „poznałem” to złe określenie. Prędzej bym mógł stwierdzić, że zamachnął się na moje życie, ale to by była przesada, w końcu w cyrku mają miejsca różne wypadki i przypadki, w których to zagrożone jest czyjeś życie: zwierzę uciekło z klatki, akrobatka postanowiła ćwiczyć bez pomocniczej siatki pod sobą, zaklinacz węży stracił kontrolę nad nimi, coś wystraszyło konie, na których ćwiczył skoczek albo siłaczowi spociły się dłonie, a mimo tego postanowił ćwiczyć podrzucanie do góry swoje ciężarki, aż w końcu jedna z nich wypadła mu i prawie wylądowała na głowie jakiegoś magika. 
W namiocie rozległo się coś na wzór paplania kogoś, kto miał buzię wypełnioną kaszką. Aż prawie zapomniałem o synku, który przez ten cały czas grzecznie siedział na kocyku i się bawił swoimi zabawkami. Podszedłem do niego, kucnąłem i wziąłem na ręce. 
- Nie wiedziałem, że masz syna – odezwał się Gabe. Zerknąłem na niego kątem oka widząc, jak specjalnie napina swoje mięśnie, a w oczach Shuzo widziałem tańczące gwiazdki. 
- Za krótko rozmawialiśmy – rzeczywiście, po całym tym zajściu wymieniliśmy ze sobą kilka zdań. Dowiedziałem się, że przyjechał tu na jakiś czas, aby występować (jakaś wymiana cyrkowa) jako siłacz. Pochodzi z Los Angeles, a do cyrku dołączył mając czternaście lat. Na początku grał rolę zwykłego pomocnika, pomagał i kręcił się wszędzie, robił wszystko, o co go prosili, aż zaczął pracować nad sobą. Obecnie miał trzydzieści dwa lata i podejrzewam, że gdyby nie w cyrku, to na ringu zrobiły karierę. 
- Kiedyś to nadrobimy, może Shuzo również dołączy – posłał uśmiech jasnowłosemu. Widziałem, że go zignorował. To mi dało chociaż do myślenia, że jest zafascynowany samym jego ciałem, a nie osobą; przynajmniej taką miałem nadzieje.
- Jeśli tylko Yuki nam pozwoli – odpowiedział. 
Chcąc nie myśleć już o Shuzo, przytulającym umięśnione ramiona i klatkę piersiową siłacza, który najwidoczniej był z tego bardzo zadowolony, skupiłem się na dziecku. 

Gdy Gabe wychodził, podziękował Shuzo za poświęcenie dla niego uwagi w dość… za bliski sposób jak dla mnie. Mimo, że był to tylko uścisk ręki, oczy ich obu się spotkały i jestem pewien, że gdyby nie fakt, że Shuzo ma męża i dziecko, a to jest realne życie, to scenka, jaką odegrali przy wyjściu, pasowałaby to każdego romantycznego filmu, który kończy się pocałunkiem. Siłacz nareszcie opuścił namiot, a ja poczułem, jak wzbiera we mnie złość. W dalszym ciągu skupiałem się na dziecku, które w rzeczywistości bawiło się samo, a ja siedziałem obok.
- Masz posępną minę – zauważył jasnowłosy, odkładając miarkę na stół. Podszedł do mnie i mnie przytulił. Nie zareagowałem. – Mówię do ciebie, czemu się nie odzywasz? – zapytał spokojnie.
- Po prostu jestem zły – sięgnąłem ręką do jego włosów, poczochrałem je, po czym wstałem na równe nogi. Plecy zaczynały mnie boleć od tego siedzenia na ziemi po turecku.
- O co? – zaśmiał się nerwowo. Zmarszczyłem brwi. Nie chciałem pozwolić sobie, aby emocje wzięły w górę. Może się mylę, może to tylko moja wyobraźnia, przecież gdyby Shuzo miałby mnie dość i chciałby mnie zdradzić, nie robiły tego w tak otwarty sposób. Może jestem przewrażliwiony.
- O nic – mruknąłem. Aktualnie staliśmy naprzeciwko siebie. Oboje patrzyliśmy na siebie chłodnymi spojrzeniami, a atmosfera wokół zaczęła gęstnieć.
- Nie można być złym o nic – zauważył. – Tylko nie mów, że jesteś zazdrosny – powiedział to, jakby się ze mnie nabijając.
- Nawet jeśli, to chyba to normalne.
- To znaczy, że mi nie ufasz – mówił coraz bardziej rozzłoszczony. Mnie złość również zaczynała dosięgać, ale nie z powodu tej sytuacji, tylko dlatego, że on się denerwował. 
- Wiesz jak to dwuznacznie wyglądało, jak się tuliłeś do niego?
- Przyszedł, abym uszył mu nowy kostium. Po za tym to był żart.
- Który kiepsko ci wyszedł – w tej chwili Yuki zaczął płakać. Miałem ochotę się do niego odwrócić i powiedzieć „nie teraz”, ale Shuzo mnie ubiegł. Spojrzał na maluszka i wręcz na moment zamarł. 
- Lennie, patrz – pociągnął mnie za ubranie i wskazał na dziecko. Zniechęcony odwróciłem do niego głowę.
Nasz prawie roczny synek (ile mu zostało do pełnego roku? Miesiąc czy dwa?) rozpłakał się, łzy spływały mu po policzkach. Na pewno była to wina jego kłócących się rodziców – jacy normalni rodzice kłócą się przy tak małym dziecku? Jednak nie to zszokowało Shuzo, ale fakt, że nasz mały berbeć stał na dwóch nogach i wcale się o nic nie opierał. Jasnowłosy chłopak kucnął przy dziecku i zaczął go uspokajać, a mi do głowy przyszła myśl, że to wyglądało, jakby Yuki chciał, aby jego rodzice przestali się kłócić, więc wstał i chciał nas zbesztać, ale jedyne, co mógł zrobić, to tylko się rozpłakać. Moją tezę utwierdziło to, że synek szybko się uspokoił. Oboje z Shuzo znowu się uśmiechaliśmy i chwaliliśmy małego za jego nowe umiejętności. Gdy w namiocie nastała cisza, nie przerywana płaczem lub próbą mówienia przez Yukiego, odezwałem się.
- Przepraszam. Chyba mam gorszy dzień i tyle – patrzyłem na synka, który właśnie wpakował sobie na ust nogę pluszaka. – I rzeczywiście miał większy biceps niż twoja głowa. Powiedziałbym, że nawet jego głowa jest mniejsza od ramienia.

<Shu? Wybacz za opóźnienie>

13 lut 2023

Ozyrys CD Doll

Zastygłem w bezruchu, widząc szyderczy i dumny z siebie uśmiech, który odbił się w przednim lusterku. Mężczyzna patrzył na chłopca, ale po chwili skrzyżował wzrok ze mną. Zmarszczył brwi, po czym sięgnął ręką do kieszeni. Nie musiał mi pokazywać, co z niej wyciągnął. Wiedziałem, jak to wszystko może się zaraz skończyć. 
Udawany policjant wyciągnął z kieszeni płaszcza czarny pistolet – lub rewolwer? Czym to się tak właściwie od siebie różni? – który wycelował w moją głowę. To już drugi raz w tak krótkim czasie. Czy moje życie naprawdę ma się zakończyć od strzału w głowę? Z drugiej strony to była szybka śmierć, czy bolesna, zaraz się przekonam.
- Ty nie będziesz nam potrzebny – stwierdził, odblokowując broń, która wydała przy tym charakterystyczne kliknięcie. – Szkoda tylko tapicerki ubrudzonej twoją krwią, ale trudno, auto nie moje – dalej zastygłem w bezruchu. Nie wiedziałem, co mógłbym teraz zrobić. Patrzyłem się tylko w czarny otwór w broni, z której zaraz nadleci kula. Byłem ciekawy, czy przed śmiercią zdążę zobaczyć jej tor lotu.
Dlaczego w takich chwilach nachodzą mnie takie myśli?
- Nie! – był to krótki, ale głośny krzyk, od którego w całym aucie zrobiło się zimno. Wręcz lodowato.
Doll wyciągnął dłoń w kierunku broni, a z jego czubków palców wyleciały biało-niebieskie nicie, coś jak strużka zamarzniętej mgły. Dosięgnęły one broni oraz dłoni mężczyzny. Wtedy, jakby w zwolnionym tempie, mężczyzna nacisnął spust, ale pocisk zatrzymał się w środku broni. Mogę dać sobie rękę przyciąć, że widziałem nawet zarys śmiercionośnej kulki w lufie, która jak cała broń i jego ręka do połowy ramienia, stała się jasnoniebieska. W pojeździe zrobiło się bardzo zimno, ale zignorowałem to uczucie, ponieważ skupiłem się wpierw na zamarzniętych częściach policjanta, a potem na ręce chłopca, która również była zamarznięta. 
Spojrzałem w jego przerażone oczy, jego twarz mówiła sama za siebie – nie wiedział co się stało i jak to zrobił. Nie mógł również poruszać połową dłoni; jego cztery palce były zamarznięte. Widzisz, nawet on jest od siebie odważniejszy. Weź się chłopie w garść! 
Szybko zamknąłem jego zamrożoną dłoń w swoich rękach. Zacisnąłem ręce i skupiłem się, aby się ogrzały. Chociaż ognia nie potrafiłem stworzyć, mogłem sprawić, że moje ciało robiło się ciepłe. Na szczęście to wystarczyło, aby lód szybko zniknął z jego palców, po czym spojrzałem na policjanta, który próbował rozbić lód o drzwi auta. Spojrzałem na kierownicę i zobaczyłem kluczyki w stacyjce. Gdybym tylko potrafił kierować, mógłbym wypchnąć policjanta na zewnątrz i zwinąć im auto, ale zamiast tego wyciągnąłem je tylko i trzymając w dłoni, nacisnąłem przycisk, odblokowujący drzwi. 
- Wysiadaj! – powiedziałem do Doll’a. Gdy chłopiec otworzył drzwi, mężczyzna, którego dłoń dalej nie chciała odmarznąć, złapał mnie za szyję drugą, wolną ręką.
- Zabije cię – powiedział. Przez krótką chwilę próbowałem zdjąć jego rękę z mojej szyi, ale był zbyt silny. Gdy przypomniałem sobie o kluczyku w dłoni, odwróciłem go ostrzejszą częścią na zewnątrz, po czym wbiłem mu ją w oko. Mężczyzna krzyknął i mnie puścił. Gdy chciałem już wyjść, spojrzałem na zamarzniętą broń. Złapałem ją, ogrzałem dłońmi, a następnie mocno uderzyłem o metalową część, znajdującą się na hamulcu ręcznym. To wystarczyło, aby ręka puściła broń. Chwyciłem ją i szybko wyskoczyłem z auta, słysząc za sobą jeszcze rzucane przekleństwa. Kluczyk schowałem do kieszeni, a broń ogrzewałem w dłoniach.
Zobaczyłem, jak Doll szarpie się z tym drugim policjantem, który wcześniej wysiadł z auta. Krzyczeli coś, ale nie mogłem niczego zrozumieć, ponieważ w mojej głowie szumiało od nadmiaru adrenaliny.
Musiałem mu jakoś pomóc, ale w mojej głowie na nowo zagościła pustka, każąca mi siedzieć w bezruchu i czekać. Tym razem jednak nie posłuchałem. Miałem zająć się nim, pilnować, by nie stała się mu krzywda, a aktualnie to on mnie ratował.
W tej chwili broń odmarzła całkowicie, a z lufy swobodnie wypadła kulka. Podniosłem pistolet do góry.
- Doll! – krzyknąłem do niego, aby zwrócił na mnie uwagę. Widząc, co zamierzałem zrobić, uderzył mężczyznę łokciem w twarz i odskoczył na bok. Trzymając broń w obu dłoniach, strzeliłem w kierunku udawanego policjanta.
Oczami wyobraźni widziałem na ziemi krew i martwego człowieka, a potem wątpliwości i strach nakazały mi zobaczyć, że nie strzeliłem w policjanta, ale w chłopca, który teraz leżał martwy w kałuży krwi. Te wizje sprawiły, że nie poczułem nawet, jak broń po wystrzale mocno wbiła mi się w rękę. Dalej ją mocno trzymałem i mimo, że miałem otwarte oczy, niczego nie widziałem.
Obudziło mnie dotknięcie Dolla, który złapał mnie za rękę i pociągnął. Przywrócił mnie tym samym do tego świata i sprawił, że znowu myślałem trzeźwo.

<Doll?>

4 sty 2023

Lacie CD The Beast

W tym jednym momencie, przez dosłownie ułamek sekundy poczułam się jak sparaliżowana, jak ofiara, zwierzyna, którą czeka niechybna zguba w szponach głodnego drapieżnika. Jakbym wpadła w swoje własne sidła i teraz bezczynnie czekała na swój nieuchronny koniec. Wyniosłe i chłodne spojrzenie, do którego jestem przecież tak bardzo przyzwyczajona, przeszyło mnie na wylot, a kryształowo niebieskie tęczówki wyglądały zupełnie, jak gdyby wiedziały, co planuję i tylko, bezczelnie naigrywając się ze mnie, testowały moje zachowanie. Jednak to niespotykane dotychczas przeze mnie uczucie, tak bardzo mi obce, tak samo szybko, jak przyszło, odeszło całkowicie w niepamięć. Jakby ręką odjąć, jakby w rzeczywistości nigdy nie istniało i było tylko odległym złudzeniem.
Na chłodno analizując sytuację Chevaliera, nie jego szaleństwo czy umiejętności, które niejednego z pewnością powaliły na kolana były dla mnie największym zagrożeniem. Nie doświadczenie na froncie zdobyte w walce na śmierć i życie ani koneksje rodzinne mocno kryjące plecy. Chevalierowi Irenejusowi von Urachowi nie zostało już nic, nawet jego arystokratyczny tytuł mu odebrano. Ale to właśnie brak czegokolwiek do stracenia sprawia, że jest wybitnie niebezpieczny, jest bowiem w stanie zrobić wszystko, by cokolwiek zyskać. To daje mu niezwykłą przewagę. Zdesperowane zwierzę odcięte od drogi ucieczki zawsze zaatakuje, mnie, by uniknąć rozgoryczonego ataku, pozostaje zostawić mu niewielką lukę, którą może urwać się, ale dokładnie w tym kierunku, który samą wybiorę.

Cyrk jest zaskakująco dziwnym miejscem, wszystkie wieści przemieszczają się właściwie z prędkością światła. Z jednej strony cyrkowego terenu ktoś zapyta, a z drugiej kilka chwil później słyszy odpowiedź. A środowisko artystów jest na tyle małe, że chcąc nie chcąc wszystkie, nawet te najbanalniejsze plotki docierają także do tych, którzy całkowicie nie są ciekaw bzdurnych opowiastek, w tym także i do mnie. Pyszną większość opowiadającą o wesołych igraszkach trupy ignorowałam, wybierałam nieliczne, które niosły jakąkolwiek wartość do wykorzystania. Jedną z nich, chociaż początkowo wyjątkowo nieprawdopodobną była samowolna wycieczka litewskiego księcia. Szeptanki o jego eskapadzie obrosły już tak bardzo, że nie jeden bajkopisarz pozazdrościłby kreatywności lokalnej społeczności. Ale wszystko sprowadzało się do jednego — faktem było, że blondwłosa bestia, Chevalier zniknął.  Krążyły plotki, że ponownie widziano potwory, które pod płaszczem nocy rozszarpały litewskiego księcia na strzępy, nad czym jakoś wyjątkowo bym nie ubolewała. W końcu mój uwierający problem sam by się rozwiązał. Inni, zwłaszcza kobiety, głosiły płonne nadzieje o ognistym romansie, który tak bardzo poruszył kamienne serce mężczyzny, że ruszył za swoją wielką miłością, zostawiając wszystko za sobą. Znalazł się także odważny twierdzący, że niedoszły monarcha nie odnalazł się w naszym nietypowym środowisku, że nic go tu nie trzymało i postanowił rozstać się bez rzewnych pożegnań na zawsze. Zwłaszcza to ostatnie, to stek wierutnych bzdur. W końcu w moich rękach cały czas jest coś, czego z pewnością nie zostawi, co dziwnym zrządzeniem losu wpadło w jego ręce i przy drobnej pomocy może wszystko odmienić. Więc niezależnie od jego chęci, wróci, choćby na moment, by odebrać swoją domniemaną własność, z którą nie zamierzałam się rozstawać.
Jednak jedno musiałam przyznać, niekoniecznie świadomy, oddał mi przysługę, kupił mi czas, którego tak bardzo mi brakuje. Nadal niezbyt wiele, jednak dzięki temu nie czułam tak blisko oddechu upływających minut na karku. Choć to zapewne było złudne, mogłam na krotki moment odetchnąć z ulgą, zwolnić, przestać biec na oślep i  na złamanie karku, by tylko wytrwać i wyrwać się bezwzględnemu. Przemyśleć kilka rzeczy, by nie popełnić rażącego błędu i wybrać najkorzystniejsza dla siebie z opcji.
W ciągu pierwszych dwóch dni nie znalazłam odpowiedniego rozwiązania mojego palącego kłopotu. Oczywiste było, że pierwsze co zrobiłam, to zabezpieczyłam Orange. Diament, jako najwspanialszy przedstawiciel kamieni szlachetnych, zwłaszcza ten, pomarańczowa łza zasługiwała na niezrównane zaklęcie, nie kilka prostych, wręcz prymitywnych słów, które nie oddałyby mu należytej czci. Zaklęcie godne największego diamentu w nasyconej barwie Vivid. Starannie wyczyszczony i przede wszystkim wydobyty z tandetnego okucia białym złotem chwilowo otrzymał swoją indywidualną, niewielką szkatułkę o podwójnym dnie. Leżący na burgundowym atlasie, ukryty, wewnątrz Orange maskowało pierwsze dno wraz z równo ułożonymi kilkoma pęsetami. Docelowo zamierzałam go mieć zawsze przy sobie, wewnątrz kamei przypiętej na wysokości obojczyków. To jedyna gwarancja, że nikt nie położy na nim swoich brudnych rąk podczas mojej nieobecności. Jednakże nie to stanowiło istotną komplikację, żadne zaklęcie ochronne nie wymaże istnienia diamentu ze świadomości księcia, jeśli nie dotknie on odpowiedniego kamienia. Gdybym to w Orange ukryła magię kasującą wspomnienia, te mogłyby wrócić, gdy tylko spojrzałby na niego. Ewentualnie posypałyby się niewygodne pytania, prowadzące do śledztwa czym jest minerał w jego dłoni. To zdecydowanie musi być inny brylant. Bynajmniej w  ciągu tego owocnego, aczkolwiek niezbyt długiego spotkania nie zaobserwowałam żadnej biżuterii u niego, nawet pod rękawiczkami, nie widać było charakterystycznego kształtu sygnetu. Brak jakiejkolwiek biżuterii dobitnie dawał do myślenia, że nie ma w zwyczaju noszenia kosztowności, a brak jakiegokolwiek kamienia stawiał mnie w wybitnie niekorzystnej sytuacji. Należało więc w jakiś umiejętny sposób podsunąć mu klejnot, tak by nie zorientował się, że mam w tym jakąś ukrytą intencję. Skoro wszelka biżuteria odpadała, kolczyki, medaliki, obrączka czy inne świecidełka, co z pewnością wzbudziłoby czujność, gdybym zdecydowała się ją sprezentować, należało znaleźć inne wyjście. Zatrzymałam wzrok na półce z książkami. Musiałam sprawić, żeby sam do mnie przyszedł, by myślał, że mam coś, czego on ode mnie chce, nie odwrotnie. 

Chev?

3 sty 2023

Lacie CD Orion

Orion, śmiałek, który najpierw z jakiegoś nieznanego mi powodu odważył się włamać do mojego lokum, mojego azylu, prywatności, która jest dla mnie jak święta, a następnie bezczelnie sugeruje powiązanie mojej osoby z krwawymi atakami bestii na terenie cyrkowym, podczas których życie straciło tak wiele ludzi. Niezależnie od tego, jaka prawda jest, nie mając żadnych dowodów obciążających, były to po prostu obrzydliwe pomówienia bezpodstawnie oczerniające mnie. A nikt tak dobrze jak on, z pewnością nie będzie wiedział, że fałszywe oskarżenia potrafią skutecznie utrudnić życie. Nauczony swoim bolesnym przykładem powinien uważać na słowa, zamiast niesprawiedliwie krzywdzić nimi innych. Jak widać nauczka, nie była wystarczająca, skoro miele językiem na prawo i lewo nie zważając na to, co mówi. Być może powinnam rozważyć szepnięcie słówka Pikowi, by ukrócił wyskoki członka jego trupy.
Wpatrywałam się nieprzerwanie w kamień, z każdą następną chwilą zdumiewał mnie coraz bardziej. Wewnątrz tej niewielkiej błyskotki kryło się coś nieznanego, wręcz mistycznego, coś, co emanując swoją niezwykłością, wołało do mnie, przywoływało,  nie pozwalając uciec. Bezwiednie wyciągnęłam dłoń w jego kierunku, kątem oka zauważyłam ruch, Orion zrobił dokładnie to samo co ja. Właśnie wtedy się ocknęłam z tego dziwnego letargu, jakby hipnozy, która w żadnym wypadku nie powinna na mnie działać. Kamea na mojej szyi wykonana z czarnego onyksu miała chronić mnie w takich przypadkach. Wpatrując się prosto w oczy Oriona, nagle dotarło do mnie, co się dzieje. Wypuściłam ciemnowłosego tak po prostu, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Jakby nie włamał się do mojej przyczepy, nie widział mojego nowego współlokatora. A co gorsze, dosłownie kilka centymetrów dzieliło go od kamienia, który tak bardzo mnie fascynuje. Jak mogłam dać się tak rozproszyć? Czy to obecność nieznanego mi minerału tak na mnie wpływała? A może Orion znalazł jakiś sposób, by złamać stare rodzinne zaklęcie, o którym nawet nie powinien mieć pojęcia, postanowił odwrócić role i pobawić się moim kosztem? Nie, to było niemożliwe. Ten zadufany w sobie cyrkowiec nie mógł dowiedzieć się o magii zaklętej w mojej biżuterii. Nie zmieniało to faktu, że musiałam się pozbyć Oriona jak najszybciej, żeby jak najmniej widział, a jednocześnie, żeby tym, co już wie, nie mógł się podzielić z innymi. 
— W ostatnim czasie wypadłeś z łask Pika. Lepiej więc by dla ciebie było, żebyś się nie wychylał i nie podpadł po raz kolejny. A jak myślisz, co się stanie, jeśli zacznę teraz krzyczeć i z płaczem ucieknę z przyczepy, a wewnątrz znajdą ciebie? — Mimo że Orion wybitnie wyprowadził mnie z równowagi, nie tylko swoimi niezapowiedzianymi odwiedzinami, ale także zapewne omyłkowo powiązaną z jego obecnością anomalią, wyuczony od małego dziecka chłodny głos nie zadrżał mi ani razu. 
Im dłużej wpatrywaliśmy się w siebie, tym jasność kamienia wzrastała. W końcu intensywność światła była tak wysoka, że z półmroku, który panował w przyczepie cyrkowej, wyłoniła się cała zawartość, do tej pory ukryta była w cieniu. Zupełnie jakby był środek dnia albo ktoś włączył górną lampę. Jedynie barwa światła mówiła, że coś jest nie tak. Połowa pomieszczenia, ta od strony Oriona, oświetlona była na paryski błękit, druga, ta, gdzie stałam ja, zamigotała krwisto czerwoną poświatą. Zareagowałam odruchowo, instynktownie, jakby coś wewnątrz mnie kierowało moim ciałem bez mojej wiedzy i zgody. W momencie zakryłam kamień fartuchem jubilerskim przewieszonym przez oparcie krzesła obok mnie, chcąc zdusić podejrzany blask, zanim ktokolwiek z zewnątrz zwrócić na niego uwagę. Barwna zorza, co było do przewidzenia, natychmiast zgasła. Jednak razem z nią zgasła niewielka lampka dotychczas oświetlająca delikatnie wnętrze. Zapanowała całkowita ciemność, nawet światło wpadające z zewnątrz przez okna nie przenikało mroku, zupełnie jakby odbijało się od jakiejś niewidzialnej bariery.
— Wynoś się, w tej chwili. I zapamiętaj dobrze, że mimo twojego widocznego nietaktu byłam na tyle uprzejmą, by pozwolić ci wyjść stąd, nie ponosząc najmniejszych konsekwencji — ze zdziwieniem odkryłam, że tym razem mój głos delikatnie, ledwie zauważalnie, ale jednak zadrżał, a serce nieznacznie przyspieszyło swój rytm. Czy tak wygląda niepokój? Obawa, że coś może pójść niezgodnie z oczekiwaniami? W czerni, mimo że nie wiedziałam kompletnie nic, cały czas czułam obecność dwóch osób. A właściwie Oriona tuż przede mną, czego byłam pewna, ale także drugiej postaci, istoty, która oddalona od nas o kilka metrów stała w całkowitym, wręcz niemożliwym bezruchu. I to właśnie było najbardziej niepokojące. Chłopak, którego przyprowadziłam, nie wydawał żadnych dźwięków, nie było nawet słychać jego oddechu, zupełnie jakby go tam w ogóle nie było. Tylko że dokładnie każda część mnie, w tym ta racjonalna, która zwykle była w sporze z mistyczną, nagle zgodnie mówiła, że on po prostu nie mógł opuścić powozu. Że on tam jest, a ja stoję idealnie między nim a Orionem i wyjściem. Czymkolwiek w tym momencie ten chłopak był, zagradzałam jego najbliższą drogę ucieczki. Nie byłam pewna czy to strach, ale przez moje myśli zaczęły przebiegać modlitwy, by to wszystko okazało się głupim wytworem mojej wyobraźni.

Orionie?