27 lip 2021

Smiley DO Vogel

 Biegłam przed siebie, czułam oddech na mojej szyi jak osoba która mnie goniła była bardzo blisko mnie. Nie tyle co ta jedna osoba, a cały gang. Sama nie wiedziałam co się stało, że nagle wszyscy zaczęli mnie gonić. Nie wiedziałam co zrobiłam, że tak im podpadłam. Biegłam tyle ile sił w nogach ale oni mnie dogonili. Jeden chwycił mnie za włosy i podniósł do góry. Drugi chwycił za szyję... Mój wzrok padł na jedno z nich który stał tuż przede mną. Wysoki mężczyzna z postawna posturą, nie zobaczyłam twarzy chociaż byłam tak blisko...

Dalej nie wiem co się stało ponieważ Yuki pomógł mi się odcknąć z tego koszmaru. Mój zegarek wskazywał na trzecią dwadzieścia dwa. Pogłaskałam Yuki'ego. Nie potrafiłam zasnąć tak więc wstałam. Przygotowałam jedzenie dla Biscy która jeszcze uroczo spała. Yuki towarzyszył mi i nie odstępował ani kroku. 

- Co powiesz na poranny trening Yu? - on zamerdał ogonkiem co uznałam za zgodę. Około czwartej rano byłam już w namiocie do ćwiczeń. Zaczęłam się rozciągać. Yuki natomiast położył się na mojej bluzie i powoli zaczął zasypiać. Po rozgrzewce weszłam na linę. Sprawdzałam ja kilka razy i wszystko było dobrze. Weszłam na nią i zaczęłam swój trening. Moje myśli wciąż krążyły o tym co mi się śniło. Jakoś nie potrafiłam tego wybić ze swojej głowy. Przez to, że tak się zamyśliłam nie zwróciłam uwagi na to co robię i w jaki sposób. Może i lina była dobra jednak źle ja naprężyłam przez co mój skok na niej skończył się tym że lina pękła, a ja spadłam na ziemię. Na szczęście był materac więc miałam kilka otarć. Jednak gdy się spojrzałam nie wiedziałam jak mam to naprawić. Może i miałam wiedzę jak ja zamontować i tak dalej ale potrzebowałam do tego kluczy, nowej liny i kilku innych rzeczy... 

- Yuki gdzie znajdę jakieś rzeczy żeby to naprawić - spojrzałam się pytającym wzrokiem w stronę mojego przyjaciela. Yuki od razu wskazał mi drogę. Była już szósta nad ranem, więc miałam cicha nadzieję, że zdążę wszystko naprawić nim ktoś się zorientuje. Yu zaprowadził mnie do składnika gdzie znajdowały się wszystkie przedmioty których potrzebowałam do naprawy. 

- Dziękuję ci kochanie. Wynagrodzę ci to - weszłam do środka i zaczęłam przeszukiwać wszystkie półki. Będąc zapatrzona we wszystko co mijałam wzrokiem nie zwróciłam uwagi na otoczenie. Gdy się odwróciłam przez przypadek wpadłam na coś. Uniosłam wzrok do góry. Jak się okazało nie było to coś, a ktoś. 

- Przepraszam... - wymruczałam cicho pod nosem. 


<Vogel?>

25 lip 2021

Jumper CD. Vogel

Przyglądałem się mu przez moment. Nie miałem najmniejszej ochoty na wywiad, na rozmowę o mnie czy o tym, co robię. Dałem mu to do wiadomości, a jednak uparł się przy swoim zadaniu. Gdyby nie fakt, że on również nie był tym zachwycony, wyszedłbym stąd i po raz enty odmówił. Po za tym w pewnym stopniu nie szanowałem leniwych ludzi, idących na skróty – nawet, jeśli ja tak czasami robiłem i przez to nienawidziłem siebie jeszcze bardziej.
- Dobra, ale potem się ode mnie odczepisz – skierowałem na niego palec wskazujący, dając mu do zrozumienia, że to rozkaz. Ten tylko skinął głową i ujrzałem na jego twarzy cień uśmiechu. Wróciłem do jedzenia. Naleśniki już dawno wystygły, przez co straciły swój pierwotny smak, ale nie były takie złe. Ważne, że były słodkie. Podczas posiłku ponownie zerknąłem na kartkę, którą mi dał i dokładniej jej się przyjrzałem. Mój opis wyglądu i… kilka(naście) skarg. Nawet się nie zdziwiłem. Wszystkie uwagi dotyczące mnie były anonimowe, ale po treści potrafiłem rozróżnić niektóre sytuację. Odwróciłem kartkę, gdy po chwili mężczyzna mi ją zabrał. – Ej! – zdenerwowałem się i instynktownie chciałem mu wbić widelec w rękę, ale zdążył ją cofnąć, przez co wbiła się w stół. Przez moment między nami panowała cisza, patrzyłem ciągle na sztuciec i zastanawiałem się, co mnie tak poniosło. 
- Już rozumiem czemu tyle tu skarg – przerwał ciszę, spoglądając na kawałek papieru. Zmarszczyłem brwi i wyciągnąłem widelec. Wytarłem go o chusteczkę i zjadłem ostatni kawałek naleśnika, nie odzywając się. Wyobraziłem sobie, jak następnym razem rzucam w niego nożem. Ostatni kęs ciężko przeszedł mi przez gardło, gdy wyobraziłem sobie masę krwi pod stołem. – Chcesz porozmawiać tu, czy…?
- Chodźmy stąd – wstałem i zabrałem naczynia. Odstawiłem je na miejsce, po czym skierowałem się do wyjścia. Nie było nawet mowy o rozmowie w tym miejscu. Na pewno będę krzyczał, zdenerwuje się… lepiej darować sobie kolejne skargi. Innego miejsca, w którym mógłbym chwilę pobyć, nie miałem. Zajęcia tak samo.
Mężczyzna zaraz do mnie dołączył.
- Tak właściwie jak się nazywasz? – zapytałem jakby od niechcenia. Skoro miałem z nim gadać, niech poznać chociaż imię tego faceta.
- Vogel – wyciągnął w moją stronę dłoń. Niechętnie ją uścisnąłem.
- Jumper, ale wolę po imieniu, więc Colin – Vogel skinął głową. 
Stwierdziliśmy, że skoro i tak miał mnie zaprowadzić do Pika, najlepiej przeprowadzić wywiad w trasie. Nie miałem temu nic przeciwko. Szybko zaczęły się pierwsze pytania: czemu stwarzam takie problemy, czemu tak szybko się złoszczę, co mnie denerwuję, czemu nie umiem nad sobą zapanować, czy chce tu należeć, czy umiem się dogadać z innymi… Oczywiście większość odpowiedzi była prosta: nie wiem. Tak naprawdę nie mam pojęcia po co mnie szukał, równie dobrze mógł sam to wpisać. Nie wyczytałem z jego twarzy ani satysfakcji ani zawiedzenia z otrzymanych odpowiedzi.
- A cokolwiek wiesz? Pik chyba nie będzie zadowolony tą rozmową – stwierdził obojętnie.
- Przecież i tak do niego idziemy, co za różnica. Po za tym co ja ci będę odpowiadał na pytania, kiedy to jest oczywiste. Wkurzają mnie ci wszyscy ludzie, albo sami mi się plączą między nogami. Niech bardziej uważają, jak rzucam nożami, albo niech będą bardziej opanowani i trzymają gębę na kłódkę – przewróciłem oczami. Vogel nie zdążył nic opowiedzieć, ponieważ po chwili weszliśmy do namiotu Pika. Aktualnie czytał jakąś książkę. Szybko podniósł na nas wzrok.
- Widzę Vogel, że sobie poradziłeś – chłopak podszedł do szefa i podał mu kartkę. Przeleciał po niej wzrokiem. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a wręcz przeciwnie. Jakby wiedział, jak to się skończy.
- Posłuchaj mnie Jumper. Krótko mówiąc, wiele osób składa na ciebie skargi. Jesteś agresywny i nie możesz się dogadać z innymi. Jeśli chcesz tu należeć, musisz znaleźć z resztą wspólny język. Albo chociaż nie sprawiać problemów – Pik spojrzał na drugiego chłopaka. – Vogel, możesz nas zostawić na chwilę samych? – chłopak pokiwał głową. – Ale nie odchodź, mam dla ciebie nowe zadanie – widziałem, jak ten marszczy brwi i bez słowa wychodzi. Szef znowu zwrócił się do mnie.
- Posłuchaj, to nie jest miejsce dla kogoś, kto będzie psuł atmosferę, bo ma problem z utrzymaniem emocji. Nawet, jeśli coś cię denerwuje, nie masz prawa używać przemocy, wrzucać kogoś do jeziora i… wiesz co mam na myśli – wskazał na papierek. – Jeśli jutro wpłynie na ciebie kolejna skarga lub inny donos, przemyślę usunięcie ciebie z tego cyrku. Zrozumiałaś? – ostro zaakcentował ostatnie słowa. ZrozumiałAś? ŁAŚ? Nienawidziłem, kiedy mówił do mnie w ten sposób.
- Tak - wymamrotałem cicho.
- Cieszę się. Aby mieć pewność, że nic nie kombinujesz, Vogel cię trochę popilnuje - spojrzałem na niego. Chyba zwariował, że ktoś będzie mnie niańczył... nim jednak zdołałem zaprotestować, kontynuował swój monolog o tym, po co jest ten cyrk i jacy powinni być tutaj ludzie. Niestety ja nie pasowałem do żadnego opisu. 

<Vogel?>

23 lip 2021

Lacie CD. Orion

Siedziałam i obserwowałam jak mój pupilek, bestia moja ukochana pożerała swój dzienny posiłek. Tym razem, niejako w nagrodę, przyniosłam nieco więcej surowego mięsa, co nie było takie łatwe, żeby zająć ją nieco dłużej. Rozrywane mięśnie i ścięgna, dźwięk łamiących się między zębami kości obijał się echem po kaplicy, miałam wrażenie, że kapiąca na posadzkę krew także mu wtórowała. Ale nie zwracałam na to uwagi, patrzyłam ślepo na potwora, a w głowie cały czas pracowałam nad planem, musiał być perfekcyjnie idealny, dopracowany w każdym szczególe bym mogła poznać wszystkie tajemnice, które mnie interesują, a które są tak dobrze pilnowane przez uparcie niemego potwora. Jednak wszystko jest kwestią czasu, a ja nie zamierzałam się spieszyć na siłę, pośpiech nigdy nie jest dobrym doradcą, jeden nieostrożny krok i można stracić wszystko, co się dotychczas wywalczyło. Dopiero później, gdy już osiągnę swój cel, będę mogła dać mu się zerwać bezpowrotnie, nieważne gdzie by to było czy kto byłby tego świadkiem.

Wykrzykujący pogróżki i słowa pogardy tłum zacieśniał krąg coraz bardziej. Ofiara wewnątrz, jak zaszczute zwierzątko, była z każdej strony otoczona i raz po raz coraz bardziej agresywnie atakowana słownie, czekałam, aż ten kumulujący się od jakiegoś czasu gniew wybuchnie i przeobrazi się w coś więcej niż kilka przykrych słów. Byłam niezmiernie ciekawa, co zrobi, zwierzę w pułapce, zapędzone w kozi róg, albo odgryzie sobie łapę, by uciec albo w desperackiej próbie rzuci się do skazanego na porażkę ataku, do walki o przetrwanie. Orion wybrał drugą opcję. Na pierwszy ogień poszedł pierwszy oprawca, którego Orion całkowicie pozbawił głosu, co przeraziło artystę. Ten dziki strach połączony z bezradnością. Szamotał się zrozpaczony i przerażony, zupełnie jak taka mała myszka zamknięta w pudelku z wężem, której są to ostatnie chwile marnego życia. Orion zmierzył tłum gniewnym wzrokiem, by w końcu zatrzymać go na mnie. Staliśmy tak chwilę, mierząc się spojrzeniem, dopiero Pik przerwał wszystko, a towarzystwo rozeszło się w pośpiechu, nie chcąc narażać się jeszcze bardziej na jego gniew, ja także bez słowa odwróciłam się na pięcie, przedstawienie dobiegło końca, więc nie było sensu nadal tam tkwić. Dostałam to co chciałam, jednak niedosyt wypełniał mnie całkowicie. Po prostu najzwyczajniej w świecie zawiodłam się, liczyłam, że zobaczę coś więcej, że on pokaże zdecydowanie więcej, coś, co mnie zainteresuje na tyle, by nie okazał się tylko krótkotrwałą zachcianką. Jednak chwilowo wszelkie zainteresowanie dotyczące jego osoby mocno przygasło, nie wypaliło się całkiem, nadal tliło się gdzieś pod grubą warstwą rozczarowania i zniechęcenia, które z powodzeniem studziły entuzjazm. Kazały przemyśleć czy aby Orion warty jest poświęcenia mu swojego czasu, w końcu wokół jest tyle innych możliwości, można przebierać do woli, zmieniać i pozbywać się jednych, by na ich miejsce stawiać kolejne. Jednak przeczucie mówiło, by nie rezygnować tak łatwo, że ten żar, który teraz ostatkiem sił się ćmił, może przeobrazić się w prawdziwą, niezatrzymaną pożogę.

Obracałam w dłoni niewielki odłamek kamienia  górskiego, niewiele większy od źrenicy, kiedy usłyszałam pierwsze uderzenie grzmotu gdzieś z oddali, jednak nikt z widowni się tym nie przejął. Każdy pochłonięty całkowicie przez przedstawienie nie zwracał uwagi na pierwsze takty zapowiedzi końca, który nieuchronnie nadchodził.
Dotychczasowe próby, jedna po drugiej były zwykłym nieporozumieniem i kompromitacją, które z dnia na dzień coraz bardziej obciążały mój rachunek. Nie mogłam odkryć tego sposobu, który zmieniał człowieka w bezrozumne monstrum. Dokładnie za każdym razem, gdy myślałam, że jestem blisko upragnionego celu, ten wymykał mi się między palcami niczym piasek. Taki sam, a nawet jeszcze mniejszy od tego co miałam w dłoni, kawałek kryształu górskiego podrzuciłam niezauważona jednemu mężczyźnie do prawej kieszeni kurtki, gdy tłum wlewał się do namiotu i zajmował swoje miejsca przed rozpoczęciem pokazu. Mnie pozostało tylko czekać i mieć nadzieję, że tym razem pójdzie nieco lepiej.

Pierwszy krzyk, natychmiast skierowałam swój wzrok w tamtym kierunku. Kobieta która krzyczała z przerażeniem przyglądała się mężczyźnie, którego kończyny zaczęły nienaturalnie wykrzywiać się w każdym możliwym kierunku, a korpus skręcać, by w końcu zacząć zmieniać się w bestię. Moją cudowną siejącą strach i nieokiełznaną bestię. Ryk rozchodzący się po namiocie zwrócił uwagę już wszystkich oglądających. I wtedy się zaczęło, jeden wielki krzyk panujący w środku, przepychający się ludzie chcący jak najszybciej oddalić się od zagrożenia tratujący siebie wzajemnie. Chwilowo stałam w miejscu i podziwiałam rwetes, który panował z każdej strony. Gdy tylko zobaczyłam, że bestia wyrywając dziurę w materiałowej ścianie wydostała się na zewnątrz, sama ruszyłam do wyjścia.
Czyżbym w końcu dopięła swego? Czy odkryłam sekret na którego od tak dawna czyhałam? Stojąc na środku dość sporego placu widziałam jak tłum w popłochu usilnie próbuje znaleźć bezpieczne schronienie. Chaos panujący wokół, krzyki i nawoływania matek szukających swoich dzieci i jeszcze deszcz, a właściwie burza, która na dobre rozpętała się dopełniała obrazu tragedii. Stojąc po środku tego wszystkiego, zadarłam głowę wysoko wpatrując się w niebo. Spadające krople deszczu już dawno mnie całkowicie przemoczyły, włosy i ubrania przykleiły się do mojego ciała, a płynąca po twarzy woda zalewała oczy. Jednak wewnątrz czułam całkowity spokój i coś na kształt szczęścia. Dumy, że w końcu mi się udało, że potwór który jeszcze przed chwilą był człowiekiem teraz szalał tratując wszystko i wszystkich na swojej drodze. Jednak to uczucie szczęścia nie trwało długo. Tak samo jak szybko się zaczęło, wszystko się skończyło. Zupełnie jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki słońce rozgoniło czarne chmury a bestia, jeszcze przed momentem szalejąca upadła na przemoczoną ziemię i zaczęła z powrotem zmieniać się w człowieka. Widziałam to z daleka, jak pojedynczy, co odważniejsi ludzie powoli i ostrożnie zaczęli podchodzić do mężczyzny sprawdzając co z nim. Wraz z upadkiem mężczyzny odeszła panika, którą przed momentem szerzył. Mnie to już nie interesowało, odwróciłam się i poszłam do namiotu cyrkowego, który już dawno opustoszał, kolejna klątwa, która mimo obiecującego początku, zawiodła na całej linii. Nie mogłam jednak zaprzeczyć, że byłam blisko upragnionego celu. Bliżej niż kiedykolwiek. Przechadzając się między siedzeniami mniej więcej w okolicy gdzie początkowo siedział mężczyzna szukałam kryształu, który obłożony klątwą zmienił go, ku mojemu zawodowi, tymczasowo w potwora. Gdy w końcu go znalazłam, schowałam go do kieszeni sukienki, gdzie znajdował się ten, którym się bawiłam w czasie pokazu i ruszyłam do siebie, będąc tak blisko nie mogłam się teraz poddać.

Orion? To dopiero początek!

20 lip 2021

Lennie CD Shu⭐zo

Z chęcią wyszedłem z małym na spacer. Dawno nie spędzałem z nim czasu, tym bardziej sam na sam. Shuzo zajmie się swoją pracą i im szybciej skończy, tym lepiej. Będzie miał dla mnie czas – brzmi to trochę egoistycznie, ale tak naprawdę odkąd w naszym życiu pojawił się nowy członek rodziny, już dawno nie spędzaliśmy czasu sam na sam, a kiedy to już się zdarzało, zazwyczaj odsypialiśmy zerwane nocki albo wykończające dni. Aktualnie tak właśnie mijało nam życie. Aczkolwiek nie powiem, że mi to przeszkadzało, owszem, miałem co do tego kilka „ale”, jednak nie zamieniłbym naszego Yuki’ego na nic innego. 
- Ale się cieszysz – nachyliłem się nad wózkiem, w którym rudowłosy maluch wymachiwał rączkami w moim kierunku. Na jego twarzy na zmianę widniał szeroki uśmiech i lekkie zdezorientowanie. Pewnie gdyby mógł, już by wyszedł z tego wózka i pobiegł przed siebie. Westchnąłem, wyobrażając sobie nadchodzące dni w których Yuki będzie chodził. Z jednej strony będziemy dumnymi rodzicami, ale z drugiej wiedziałem, że opieka nad płaczącym i leżącym dzieckiem jest o wiele łatwiejsza, niż nad płaczącym, biegającym i bardzo ruchliwym. Co to będzie, kiedy się dowie, że dzięki własnym nóżkom może opuścić namiot, kiedy jego ojcowie będą zajęci pracą i na niego nie spoglądają? Chyba nie chciałem wiedzieć.
- Czemu to musi być rude? – usłyszałem za sobą głos. Nawet nie musiałem się odwracać, aby rozpoznać Vivi’ego. 
- Bo to mój syn – dziecko spojrzało na demona szerokimi oczami. Wyglądało na zaskoczone, nie bał się go, ale też nie cieszył się na jego widok tak samo, jak robił to w przypadku Robina.
- To ma jakieś znaczenie? Zawsze mógł mieć włosy po matce. Ojcu… - machnął olewacko ręką, nie miało to większego znaczenia. Po chwili wychylił się jeszcze bardziej w kierunku dziecka, któremu mina się nie zmieniała. – Chyba trzeba go trochę nastraszyć – zaśmiał się bardziej do siebie. Zmarszczyłem brwi. Chciałem mu przyłożyć, ale wpadłem na lepszy pomysł.
- Nie wiem czy Robin będzie zadowolony z faktu, że straszysz małe dzieci. I to jeszcze Yuki’ego – zerknął na mnie kątem oka i przez moment milczał. Miałem wrażenie, że zaraz wyjedzie z jakąś straszną miną, a bobas się rozpłaczę, ale on tylko wymamrotał coś pod nosem, w stylu „poczekam na odpowiedni moment”, po czym się ulotnił. – Dziwny pan, prawda Yuki? – pomiziałem dziecko po brzuszku. Maluch otworzył usta i wsadził sobie piąstkę do ust. Na ten widok wiele osób się rozczula, dla mnie jego było to obrzydliwe. Wyciągnąłem więc smoczek i mu dałem. 
Zatrzymałem się pod cieniem drzewa. Posłałem kocyk na trawie i wyciągnąłem synka na materiał, siadając obok niego. Uśmiechał się i rozglądał. Leżał na pleckach i ciągle machał kończynami. Gdy zaczął go płakać, pomogłem mu się obrócił na brzuch, a gdy po kilku minutach i tego miał dość, zabawiałem go zabawkami. Niestety nie miał ochoty na zabawę czymś, co zna. Byłem zmuszony do wzięcia go na ręce i pospacerowaniu z nim w kółko, opowiadając o tym, co widział: drzewa, kwiaty, trawa, biedronka, chmurka, czyjś namiot. Dzieci są takie ciekawe świata…
Do domu wróciliśmy nie całe dwie godzinki później. Shuzo siedział nadal nad jakimś materiałem, maszyna do szycia pracowała, a on był totalnie skupiony na swojej pracy. Kiedy do niego podszedłem, aby dać mu buziaka, ten wystraszył się, machnął głową do tyłu i przyłożył mi w nos.
- Lennie! Nie strasz mnie tak! – zbeształ mnie. – Rany, przepraszam – położył dłonie na moich policzkach, przyglądając się lekkiemu krwotokowi z nosa.
- Takiego romantycznego przywitania jeszcze nie doświadczyłem – zaśmiałem się. – Auć – w tym momencie Yuki zaczął płakać. – Rany, a myślałem, że już zasnął – powiedziałem ciszej. Shuzo zostawił mnie i wziął syna na ręce. Zaczął go tulić i kołysać. Maluch szybko zamknął oczy i umilkł. Poczułem się w tamtej chwili… zazdrosny. Przed chwilą był skupiony na mnie. – A mnie też weźmiesz na ręce? – zaśmiałem się dając mu w końcu całusa w czoło, po czym zacząłem szukać chusteczek.
- Tylko odsuń się od materiału, bo go poplamisz – przewróciłem oczami. Ja tu cierpię, a on ma to totalnie gdzieś.

Shu? Już się zaczyna zazdrość

Vogel CD. Jumper

Szedłem zapatrzony gdzieś w dal, na ostatnie stoliki mieszczące się tutaj. Jedna blondynka w szykownym stroju, zaraz przy niej rudowłosy, pulchny chłopaczyna, gdzieś kilka stolików dalej banda akrobatów, a jeszcze gdzieś samotnik, którego imienia nie pamiętam w sumie z wyglądu również. Nic jednak nie wskazywało na to, bym znalazł tę osobę, a przynajmniej nie tak szybko. Spojrzałem na papiery dokładniej przyglądając się opisowi. Niski, przeciętnej budowy, ciemne włosy i charakterystyczne nakrycie głowy. Pasowałoby to do zwykłego przechodnia na ulicy, jakiegoś dzieciaka albo cieszącego się życiem dorosłego, co by w sumie tu nie pasowało, bo każdy jest na swój śmieszny sposób oryginalny. Westchnąłem, zaczynając wachlować dokumentami by choć trochę się przewietrzyć. Nienawidzę ciepłych dni, a dzisiaj jak na uprzykrzenie jest straszliwie. Zmrużyłem oczy by móc skupić się na delikatnym powiewie, ale na kogoś niechcący wpadłem. Odsunąłem się o krok, może dwa, spoglądając na zgarbioną osobę. Przełknąłem ślinę chcąc tym samym zniwelować dziwny ból w gardle. Po niecałej chwili osoba ta zaczęła się unosić, wpierw bardzo ogólnie, a później w moją stronę. Spojrzałem pod siebie by zobaczyć, na co dokładniej wskazuję. Jak się okazało było to jedzenie, szkoda tylko że się tak zmarnowało. Wróciłem wzrokiem na postać obok mnie która nadal komentowała całe te wydarzenie. Ciemne, krótkie włosy, niska, niezbyt zgrabna postura i czapka na głowie. Szybko podniosłem papiery patrząc się na pierwsze linijki tekstu, po czym ponownie wróciłem do przypatrywania się mu.
- Czego tak się patrzysz? Powinieneś już iść po kolejną porcję - wskazał na mnie palcem, by po chwili przyłożyć go do ust - Albo nie, bo poniosę kolejne straty. Wiesz co? Nieważne, po prostu zejdź mi z drogi - machnął dłonią idąc w kierunku śmietnika, uprzednio zbierając spod stóp porozrzucane naleśniki.
Skrzywiłem się na to nie wykonując żadnego ruchu, czekając, jak to się dalej potoczy. Jak się okazało i te moje stanie w miejscu mu nie pasowało. Spojrzał na mnie spod zasłony kruczoczarnych kosmyków, wyginając usta w jeszcze większy łuk, marszcząc przy tym czoło.
- Naprawdę zamierzasz tak stać i się patrzeć?
- Żebyś wiedział - parsknąłem zstępując z nogi na nogę.
- Miło słyszeć, naprawdę...! - zrobił szybki ruch ręką, po czym wstał i skierował się do śmietnika.
W tym samym czasie podszedłem do lady zamawiając dwie porcje naleśników, a kiedy tylko do mnie podszedł, uśmiechnąłem się do niego zgryźliwie. Nie dałem mu jednak dojść do słowa bo cały czas zagadywałem starszawą kobietę na kasie, co niezbyt mu się spodobało. Po krótkim czasie trzasnął dłonią o blat zwracając tym samym na siebie uwagę. Uniosłem jedną brew pytając przy tym, czego jest taki obruszony. Niczym jednak nie odpowiedział, no może zaciskając mocniej szczękę. Zabawne.
- Proszę - po chwili ciszy odezwała się posiwiała już kobieta.
Odebrałem zamówienie skinieniem głowy nakazując nowo poznanemu wziąć drugi talerz. Z lekkim zaskoczeniem przyjął "podarek" ruszając przy tym za mną. Zasiadłem przy stoliku gdzieś pośrodku sali, przygotowując się do skosztowania przyjemnie wyglądającego i pachnącego posiłku.
- Nie sądziłem, że naprawdę mi postawisz - powiedział w końcu, na co prychnąłem.
Rozdzielając mały kawałek od pozostałej reszty, wskazałem na niego widelcem delikatnie nim ruszając na boki.
- W końcu cię znalazłem - rzekłem, kładąc nadal trzymane w lewej ręce dokumenty na stół - Mamy małą pogadankę więc postawienie posiłku to tylko część formalności. Nie przyzwyczajaj się -uśmiechnąłem się na sam koniec i to dość niemrawo, blado.
- Na jaki temat ta pogadanka? - zapytał, a ja w odpowiedzi postukałem palcem po papierach.
Chłopak szybko wziął je do ręki zaczynając tym samym czytanie. Dałem mu chwilę na przetworzenie danych, a kiedy tylko ujrzałem, że jego wyraz twarzy robi się coraz dziwniejszy, odkroiłem kolejny kawałek, zaczynając:
- Sam Pik mnie do tego zmusił, więc muszę dopełnić te zadanie za twoją zgodą, lub niekoniecznie -wzruszyłem ramionami, wkładając nadziany na widelec naleśnik.
- I co mnie to? - odrzucił od siebie kartki, na których się skupiłem bardziej - Mam tak po prostu się na wszystko godzić?
- Powiedziałem przecież, że albo za twoją zgodą, albo bez - pokręciłem nieznacznie głową, wprawiając w ruch włosy.
Ciemnowłosy prychnął głośno, opierając się o krzesło, splatając przy tym ręce na wysokości klatki piersiowej. Nieco odchylił się od stołu, bujając się przy tym, jakby był mocno zdenerwowany. Może właśnie tak jest? Niezbyt mnie to obchodziło, bo jak sam powiedziałem, dostałem takie zlecenie, którego niezbyt mogłem się ot tak pozbyć. Westchnąłem przeciągle zwieszając natychmiastowo głowę.
- Posłuchaj - zacząłem nie widząc potrzeby by się na niego spojrzeć - To potrwa tylko chwilę, więc nie pierdol tylko współgraj - w końcu skierowałem swój wzrok, patrząc spode łba na niego - Jasne?
- Chyba w snach - uśmiechnął się zadziornie.
- Masz wszystko rozpisane, więc chyba nie jest to takie trudne? Chyba że masz co nie po kolei w głowie - odwzajemniłem uśmieszek.
Widać było że się tym obruszył bo niemal od razu odwrócił głowę w drugą stronę, jakby nie mógł znieść mojego widoku. Uznałem to więc za swego rodzaju zwycięstwo, które szybko się zakończyło wraz z moim kolejnym zdaniem.
- Też tego nie chcę, ale polecenie jest odgórne i nic z tym nie zrobimy więc lepiej, jak się dogadamy. Naprawdę.
Chłopak jednak nadal nie odpowiadał. Ponownie wypuściłem powietrze, również lądując plecami na oparciu. Zdjąłem krótko po tym wzrok z jego osoby, lądując nim na swoim, jeszcze zapełnionym, talerzu. Dopiero po dłuższym oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję w końcu doczekałem się jakiś słów z jego strony, którym przysłuchiwałem się ochoczo.

Jumper?

19 lip 2021

Jumper CD. Vogel

Wiedziałem, że pech był nieodłączną częścią mojego życia, ale nie nazywałem tego „pechem”, tylko „brakiem szczęścia”, ponieważ było to za słabe, by móc nazywać pierwszym określeniem. Od tygodnia jednak twierdziłem, że pech mnie w krótce zniszczy. Zaczęło się od czegoś prostego, porwałem nowe buty, zgubiłem klucze do przyczepy, które znalazły się na drugi dzień, wylądowałem w kałuży głębszej, niż się wydawało. Kiedy wpadłem do studni, wiedziałam już, że ktoś tam na górze zaczyna się mną bawić. Czułem się jak szmaciana laleczka, której życiorys pisze naznaczony ponurymi śladami życia sześćdziesięcioletni człowiek. Tak jakby sądził, że przywołanie burzy podczas spaceru po lesie i zrzuceniu mi na głowę gałęzi sprawi, że jego zdradliwa żona rzuci kochasia i do niego wróci. Był z błędzie, tak samo jak ja, myślący, że zaraz to się skończy. 
Równie dobrze mógłbym nie wychodzić z przyczepy, jeśli chciałem przeżyć, ale pech nie mógł się ciągnąć całe życie, a nawet dłużej, niż tydzień. Musiałem ćwiczyć, aby nie wyjść z wprawy i nie stracić mojego cudownego przydomka „Nożownik”, które znali nieliczni – czyli ci, którzy chcą się mnie pozbyć.
- Uważaj jak rzucasz! – z zamyślenia wyrwał mnie damski głos. Diane spojrzała na mnie jednocześnie wkurzonym i wystraszonym wzrokiem. Znowu straciłem kontakt z rzeczywistością, zamykając się w swoim małym świecie, przez co następny nóż nie poleciał w tarczę, ale w jej różowe buciki, które trzymała w rękach. Podobne różowe baletki miała siedmiolatka leżąca ze mną w szpitalu po wypadku. Przy jej łóżku leżało obuwie. Mówiła, że jak wyzdrowieje z białaczki, zostanie słynną baletnicą. I z tego co pamiętam, raz się nie obudziła. Lekarze powiedzieli, że przenieśli ją do innej sali, ale ja wiedziałem, że tak ciężką i zimną dłoń ma tylko trup.
- Przepraszam – wymamrotałem i schowałem noże. Poszedłem po resztę wbite w tarczę, aby schować je pod płaszcz. Jeden nóż, drugi, trzeci… jak na złość czwartego nie mogłem wyciągnąć. Siłowałem się z nim dobre kilka sekund, a kiedy w końcu go wyrwałem, poczułem, jak ostrze przejeżdża mi po policzku. Przez moment to ignorowałem, krew poleci i przestanie, niestety kiedy czerwona ciecz poplamiła moją bluzę, przyłożyłem dłoń do policzka. Dobrze wiedziałem, jak ciężko jest się pozbyć krwi z ubrania. Ruszyłem w kierunku przyczepy, ignorując spojrzenia cyrkowców. Krew spływała mi między palcami i dalej lądowała na ramieniu. Przeklinając dotarłem do mieszkania, gdzie szybko zdjąłem ubranie i wrzuciłem do zlewu, odkręcając wodę. Następnie przegrzebałem szafki i wyciągnąłem szeroki plaster. Podchodząc do lustra, wytarłem dłoń i przygotowałem wodę utlenioną. Po szybkim zdezynfekowaniu szerokiej, ale płytkiej rany na twarzy, zakleiłem ją plastrem i wróciłem do zlewu, zakręcając wodę. Zasypałem krew proszkiem do prania i zostawiłam, mając zamiar zmyć to wieczorem. Ubrałem nową bluzę i wyszedłem z przyczepy. Głód odzywał się już w drodze do pola namiotowego, ucieszyłem się więc, kiedy w stołówce pokazały się naleśniki z bitą śmietaną. Nałożyłem sobie dwie porcje na talerz i przygotowałem herbatę. Stojąc przy gorącym kubku i wdychając aromatyczny zapach pomarańczy, odsunąłem się do tyłu, aby podnieść leżącą na ziemi chusteczkę. Szanujmy się i nie bądźmy syfiarzami, prawda? Okazało się jednak, że czasami lepiej ignorować takie rzeczy, ponieważ gdy odsunąłem się do tyłu, potrąciłem kogoś, jednocześnie tracąc naleśniki z talerza, które po wygięciu łokcia ześlizgnęły się z talerza. Spojrzałem z ponurą miną na mój obiad, a następnie odwróciłem się do jegomościa.
- Mam co do tego mieszane uczucia. Z jednej strony czego tu lazłeś, nie mogłeś kawałek dalej? No kilka centymetrów. Z drugiej mogłem zignorować tego śmiecia przy stole – tak czy siak podniosłem chusteczkę na stół. – I po obiedzie. Dobrze, że nie wyliczają każdemu z nas porcji, prawda? Chociaż nie wiem, jak tak będzie, to chyba ich pozabijam – ścisnąłem dłonie w pięść. – A ty? Czego się gapisz? Nie możesz się ode mnie odsunąć? – zadarłem głowę do góry, patrząc na wyższego ode mnie chłopaka.

Vogel? Daj trochę przestrzeni xd

Śmierć podąża jako twój cień...

...a ja jestem cieniem.

17 lip 2021

Ozyrys CD. Lacie

Nie słyszał jej. Tak naprawdę nie słyszał niczego, co działo się wokół niego. Był tylko jego własny umysł i płonące dłonie. Nie umiał ich zgasić, nie ważne jak próbował i to nie była wina jego nieudolności, ale bólu. „Niczego nie dotykaj” mówiła, szkoda, że nie dodała czegoś o bólu, który wywołują jej przedmioty. Gdyby mógł w tej chwili myśleć o czymś innym, na pewno niczego by nie żałował. Albo jego ręce, albo kula roztrzaskała by się na głowie malucha. Z drugiej strony… aktualnie to nie był najgorszy pomysł, bo to nie byłaby jego wina. Nie byłby niczemu winny, a teraz, kiedy chciał pomóc, sam skończył jeszcze gorzej. Chociaż nie, „jeszcze gorzej” skończył sklep jubilerki.
Dziewczyna coś mówiła, wyganiała go ze sklepu, potem groziła, ale ten się nie ruszał. Nie potrafił i nawet kiedy chciała go wypchnąć ze sklepu, tylko upadł na ziemie i przerzucił ogień z dłonie na jakąś szafkę. Ból na moment zniknął, ale kiedy z powrotem pojawiły się płomienie na jego rękach, wrócił. Zaczął więc strząsać z nich ogień, machał dłońmi i nieświadomie rozrzucał wszędzie płomienie. Jubilerce zostało teraz patrzeć, jak wszystko, co posiadała w tym miejscu, właśnie się pali – przynajmniej drewno. Skoro potrafiła sprawić, aby po dotknięciu przedmiotu Ozyrysa przeszywał ból, mogła też sprawić, aby rzeczy były odporne na ogień. Nie wiedział o tym i nawet nie myślał na ten temat. Chciał tylko pozbyć się ognia, ponieważ wtedy ból znikał. 
Ręce dalej płonęły, a do jego nosa pochodził smród palonego drewna. Dopiero wtedy oderwał wzrok od dłoni i zobaczył wokół siebie ogień, pożerający cały sklep. Dziewczyna się już ulotniła, w środku został tylko on. Po raz enty przez ręce przeszedł ból, jednak tym razem zamiast zrzucania z siebie płomieni, chłopak wybuchnął: z jego ciała wydobyła się fala ognia, od którego cały sklep się zatrząsnął, a on sam upadł na ziemie i zemdlał.
Nie leżał długo. Otworzył oczy jeszcze przez przyjechaniem karetki, której zostały dwie minuty drogi. Ból zniknął, jego dłonie się nie paliły. Został tylko ogień tańczący między ścianami budynku. Płomienie go nie parzyły, bo był to jego własny ogień, dlatego kiedy wstał i mógł utrzymać równowagę, spojrzał na drzwi. Dostał migreny, kręciło mu się w głowie i chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia. Drzwi się zablokowały, dlatego rozbił szybę kawałkiem palącego się drewna. Gdy wyszedł, zobaczył zbiorowisko ludzi. Teraz wszyscy wiedzieli, że to on podpalił sklep. Szybko się odwrócił i ignorując migrenę, pobiegł w stronę jeziora.

Lacie? I po sklepie

15 lip 2021

Od Vogela

Ostatnie pociągnięcie i koniec przyjemności. Spojrzałem na widocznie nadpalony filtr i ze skrzywieniem na ustach wyrzuciłem go pod swoją stopę. Robiąc to, włożyłem dłonie do kieszeni, opierając się wygodniej o drewnianą platformę, która robiła za scenę. Moim zadaniem tutaj jest sprawdzanie i ewentualne naprawianie rzeczy, a akurat tak się zdarzyło, że po ostatnim treningu jakichś gimnastyków podłoże trochę się zarwało. Odchyliłem głowę do tyłu, spoglądając tym samym na wysoki sufit, a właściwie to na otwory na samym czubku namiotu, które przepuszczały odrobinkę światła, wpuszczając je tym samym do środka. Wiązki odbijały się od ścianek sufitu, dając przy tym niemałe, ładne efekty. Nadal zastanawiałem się, co tak właściwie tu robię. Przyszedłem kilka dni temu, jak jakiś zbity pies poszukujący pomocy. Czy czegoś takiego potrzebowałem? Skądże, ale jednak trafiłem do tego miejsca po raz kolejny. Tak jakbym nie był w stanie pogodzić się z odejściem, które za każdym razem u mnie występuje. To z powodu bezpieczeństwa innych, to z własnych, dziwnych pobudek na odnalezienie siebie, aż w końcu... wielkie i znaczące pytanie, które ciśnie mi się od dawna na usta -Od czego jest życie? Co to w ogóle oznacza? Westchnąłem przeciągle, odwracając głowę w prawo. Myślałem, że to zadanie zajmie mi znacznie więcej czasu, a tu jak się okazuje, problem nie był wcale tak duży. Zacisnąłem zęby, po czym odbiłem się nogą od drewna, o które się opierałem, odchodząc przy tym kilka kroków w przód. Teraz nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. W końcu... co tutaj jest w ogóle do roboty? Będę musiał czegoś poszukać na przymus. Może jak zagadam z Pikiem, to mi coś zleci
Szedłem między ludźmi, obserwując ukradkiem każdą z przechodzących twarzy. Każdy przechodzień był zagadany, rozkojarzony albo zestresowany jutrzejszym występem przed dużą widownią, która to odwiedza nas po długiej przerwie. Akurat tak się złożyło, że na moje przybycie takie rzeczy, i chyba dobrze, bo jak na złość zaczęło się dużo rzeczy niespodziewanie psuć, co na szczęście zostało już opanowane. Ziewnąłem, zamykając przy tym oczy, nie zaprzestając jednak marszu. Nie myślałem ani o tym, by na kogoś nie wpaść, bo i tak odstraszałem od siebie każdego, w głównej mierze dlatego, że jednak byłem nowy... no, powiedzmy. Zawsze patrzą na nowoprzybyłych z lekką dozą niepewności i jakby strachu, ale nie ma się tu czemu dziwić, w końcu nie można odczytać człowieka po jednym spojrzeniu na niego. Zaśmiałem się cicho, skręcając gwałtownie w lewo, w stronę siedziby szefa tej całej cyrkowej bandy. Nudziło mi się i to straszliwie. Czy to już starość, że nie potrafiłem sobie znaleźć sam jakiegoś zajęcia?
Wszedłem do środka bez zapowiedzi, zastając przy tym Pika za tym swoim wielkim, dębowym biurkiem. Trzymał on w ręku papiery, wlepiając w nie te swoje ślepia pełne tańczących, roześmianych ogników. Skrzywiłem się na to, chrząkając przy tym głośno, tak, aby zwrócił na mnie uwagę. Poskutkowało.
- O, miło cię znowu widzieć! -uśmiechnął się szeroko, odstawiając papierki na blat -Jak mniemam zadanie wykonane? -założył nogę na nogę, splatając przy tym palce na wyżej postawionym kolanie.
- Ta -odpowiedziałem krótko, odstawiając na ziemię skrzyneczkę z narzędziami, by po chwili chwycić się za nadgarstek, który zacząłem rozmasowywać -To nic wielkiego, wszystko już działa, jak należy.
- Naprawdę? -odbił się łokciami od oparcia fotela, widocznie będąc rozweselonym -Poprawiasz mi w tym momencie humor, Vogel! Zresztą jak zwykle! -zaśmiał się, kręcąc przy tym głową -Dobrze, że wróciłeś, stęskniliśmy się -wypuścił powietrze nozdrzami, patrząc się przy tym na mnie z politowaniem.
- Doprawdy? -prychnąłem, wkładając dłonie do kieszeni spodni -Nie mydl mi oczu, tylko powiedz, czego dokładniej chcesz. Może i straciłem swego czasu pamięć, ale na szczęście znam jedne z twoich zagrywek.
- Hoo -podniósł jedną z brwi, nie zdejmując z ust tego cwaniackiego uśmiechu -Jak zwykle nie zawodzisz -skinął kilka razy głową, po czym podał mi papiery, które jeszcze przed chwilą sam trzymał.
Zanim jednak je przyjąłem, spojrzałem na niego z pytaniem wymalowanym na twarzy. Od razu zrozumiał, o co mi chodzi, więc zaczął tłumaczyć. Opowiedział pokrótce, że są to ostatnie badania jednej z tutejszych, cyrkowych duszyczek. Jaki jednak w tym mój udział? Szybko mi również i to wytłumaczył -otóż moim zadaniem jest przeprowadzić kolejny wywiad, przyprowadzić tę osobę do niego, a następnie się trochę nią zaopiekować.
Zgniotłem kartkę, zaciskając trochę bardziej dłoń na niej, posyłając przy tym w stronę mężczyzny znaczące spojrzenie.
- Zapomniałeś, kim jestem? Złotą rączką -zwiesiłem głowę, zasłaniając się częściowo włosami -A nie jakąś dobrą wróżką, czy innym stróżem uciemiężonych.
- Wiem -odpowiedział, zwracając tym samym ponownie na siebie moją uwagę -Ale mogę ci zaufać, bo wiem, że wykonasz każde zadanie, które ci polecę -oparł się plecami o krzesło, po czym wstał.
Podchodząc do mnie, podniósł rękę w znaczącym geście wzruszenia ramieniem.
- Chyba że tego nie chcesz? -zapytał, na co westchnąłem, chowając zgniecioną kartkę do kieszeni.
- To i tak lepsze od sprzątania -wypuściłem powietrze, mówiąc to nieco ciszej, niż poprzednie słowa.
Pik objął mnie ramieniem, wskazując przy tym palcem na twarz. Powiedział, że taka postawa mu się podoba i że na mnie polega, po czym powiedział, że mogę się tym już zacząć zajmować. Nie mając nic lepszego do zrobienia, bo już wszystkie zadania na dzisiaj wypełniłem, ruszyłem w stronę domniemanego pobytu tej osoby. Przed tym jednak odłożyłem swoje "zabawki" do kantorka, chcąc tym samym się odciążyć.
Wszedłem do kafeterii, rozglądając się po wnętrzu. Moim celem było odnalezienia osoby, która pasowałaby do opisu, który widniał na dokumencie. Że też się na to zgodziłem...

Ktoś? 
Przepraszam, że nijakie, ale pierwsze zawsze tak wychodzą, prawda?

Cherubin CD Smiley

- Możesz na te bardziej prywatne, odpowiedzieć tak jak to interpretujesz, albo też przedstawić to w sposób swojej bohaterki. - rzekłem, by miała nieco lżej i aż tak bardzo się tym nie stresowała. Jak nie odpowie, to nic się nie stanie. Poradzę sobie mimo to.
Dzisiejsza próba przebiegła w miarę sprawnie, choć było kilka zgrzytów. Jeden z nich np. była to nie ta melodia, kolejny raz nie ta nuta, a potem poszła struna i wparowali do namiotu jakieś osobniki, które się kłóciły. Przeprosiłem dziewczynę i zabrałem swoje rzeczy, po czym ulotniłem się z tamtejszego miejsca.
Wygląda na to, że mam coraz więcej rzeczy do roboty. Wróciłem do namiotu, by zabrać spakowane skończone książki, oraz futerał z gitarą w środku. Struna, mimo że się zerwała, stało się coś z nią jeszcze. Jednakże to już ktoś inny obejrzy i oceni.

***

Na mieście zeszło mi się długo dłużej, niż bym mógł przypuszczać. Gdy oddałem książki, choć dwie z nich musiałem wysłać pocztą, gdyż osobniki znajdują się w zupełnie innym miejscu. Już mam w zanadrzu kolejne tomiki, ale niedokończone są jeszcze. Zostało parę stron, chociaż przy niektórych mam blokadę i nie wiem jak je zakończyć. Czy może pozostawić otwarte zakończenie? Książki sprzedają się w zaskakująco dobrym tempie, chociaż są też tacy, którzy krytykują je. Dlatego podpisując się jako "Cherubin", nikt tak naprawdę mnie nie zna. Gdyż lepiej by tak było, niż by poznali moją zaskakująco zamożną rodzinę. Lepiej o nich nie wspominać.
Do odebrania gitary miałem jeszcze kilka godzin. Dlatego też udało mi się umówić z dwoma znajomymi, którzy akurat są w mieście. Zajrzeliśmy do kawiarni. Zaszyliśmy się w ustronnym miejscu, by fani tej, że dwójki się nie pojawiły. Jednakże i tak się pojawiali. Nie ma co się dziwić, każde z nich naprawdę dobrze sobie radzi w swojej branży.
Delektując się herbatą, słuchałem dyskusji, którą przeprowadzali moi sławni i znani znajomi. Kręcenie się w takim towarzystwie, jest przydatne, a dokładniej było. Wcześniej, gdy uczestnictwo w balach, czy charytatywnych spotkaniach było obowiązkowe, a nawet jeśli nie to i tak trzeba było się zjawić. Inaczej wypadniesz z grona elity i spotka cię twój własny koniec. Choć ze mną w tym przypadku jest zupełnie inaczej. W sumie nie wiem, nawet jakbym miał to wytłumaczyć.

***

Spotkanie przedłużyło się, ale nawet gdy poszedłem odebrać gitarę, ta też dwójka ruszyła wraz ze mną. Nie wiem po co, ale najwyraźniej chcieli mi dotrzymać towarzystwo, albo na własne oczy sprawdzić, czy rzeczywiście przyłączyłem się o cyrku. Najwyraźniej nie uwierzyli po oznajmieniu mojego brata. Nie poszli ze mną daleko, gdyż nagle, każde z nich musiało gdzieś uciec. Po drodze zajrzałem do innego sklepu, by odebrać odnowioną cytrę. Miałem nadzieję, że uda mi się znaleźć miejsce i zagrać. Po wróceniu do namiotu zastałem w nim bliźniaków. Naprawdę nie wiem, jak oni się w nim pojawiają, ale nie przeszkadza mi ich towarzystwo. Miło jest ich widywać. Akurat, gdy miałem wyjmować swoje instrumenty, obaj zabrali mnie do jakiegoś namiotu, w którym czekała na mnie Smiley oraz nie tylko ona. Bliźniaki stanęły blisko mnie. Tak jakby miały mnie zatrzymać, gdybym chciał uciec.
- Ktoś mi powie, o co tu chodzi? - spytałem, zwracając wszystkich zgromadzonych uwagę na siebie. Nie trwało to długo, by zignorowali moje pytanie i spojrzeli gdzieś indziej, kontynuując swoją ówcześnie przerwaną rozmowę.

Smiley?