31 sie 2019

Od Esther

Esther zawsze wstawała wcześnie rano, a dzisiejsza jutrzenka nadeszła o wiele szybciej niż się spodziewała. Przewróciła się na drugi bok, lekko ziewając i odgarniając śnieżnobiałe włosy z twarzy. Mimo, iż promienie słoneczne uparcie atakowały jej twarz i zamknięte oczy, ona nie miała najmniejszej ochoty na wstawanie tego dnia. Nie spała dobrze tej nocy, budziła się i nie mogła znaleźć odpowiedniej pozycji, aby było jej wygodnie. Obróciła się na plecy i zaczęła się wpatrywać w przestrzeń przed nią, zastanawiając się co dzisiejszy dzień jej przyniesie, jakie korzyści czy obowiązki. Przyzwyczajona do niezwykle przestrzeganych reguł sierocińca, jej organizm wyrobił w sobie nadzwyczaj monotonną rutynę. Fakt, że zawsze wstawała wcześniej niż inni, pozwala jej na zwykłe, bezcelowe leżenie i wpatrywanie się w jakiś niezidentyfikowany punkt przed sobą. Jednak zazwyczaj nie trwało to długo. Mimo, iż nie była już w domu dziecka, to nadal dostosowywała się do mechanizmu, który tam działał. Nie potrafiła się odzwyczaić, chociaż codziennie próbuje usuwać coraz to kolejne niepotrzebne czynności z jej życia. Jest to całkiem użyteczne.
Kiedy w końcu nastała pora "pobudki", a w jej przypadku wstania, podniosła się do pozycji siedzącej, po czym powstała i szybko wybrała jakieś zwykłe, codzienne ubranie na dzisiaj. Wyszła na zewnątrz, jak zwykle święcie przekonana, że nikogo nie będzie o tej porze. Nigdy nikogo nie było, a przynajmniej ona nigdy nikogo nie spotkała, z czego niezmiernie się cieszyła przez ten cały czas.
Każda czynność po pewnym czasie może się znudzić, więc i Esther po kilkunastu minutach usiadła na ziemi i wyjęła z torby niewielki notatnik, w którym znajdowały się różne szkice i opisy niestworzonych stworzeń. Było to niewielkie hobby białowłosej, opisywanie potworów, które widzi, a potem pokazywanie je wybranym ludziom, tłumacząc jak działa świat, który o wiele różni się od naszego. 
- Czy można opisać kogoś jedynie słowem "demoniczny"? Jaka jest w ogóle definicja tego wyrazu. Jakie cechy w sobie zawiera, aby móc nim kogoś określić? Jakie cechy wyglądu czy charakteru? - wiele razy mówiła do siebie, próbując rozwiązać problem, który sama sobie stworzyła. W końcu, po krótkim namyśle, skreśliła to słowo z opisu jednego z jej przyjaciół. Dopóki nie pozna co dokładnie oznacza to słowo, nie będzie go używała. 
Wtedy usłyszała szelesty za sobą i gwałtownie odwróciła się chcąc zobaczyć kim była ta osoba. Nie spodziewała się nikogo spotkać o tej godzinie, zazwyczaj siedziała tu sama, dopóki nie nastała, potocznie mówiąc, "normalna godzina". 

<ktoś chętny na wątek z nią?>

Esther


"Robię złe rzeczy, ale nie jestem demonem. Robię dobre rzeczy, ale nie jestem aniołem."

Vivi CD Robin&Riddle

"Bo cię lubię" odbiło się echem po sterylnie białym pokoju, na którego środku siedziała skulona postać. "Więc ci zaufałem". "A przyjaciele powinni się sobą przejmować". Istota zakryła sobie uszy. Echo stało się nieznośnie głośne. Wszystko zaczęło się zlewać w jeden krzyk. "Nie zdążyłeś go uratować". "Jesteś jedną wielką hańbą dla piekła". Nie chciał tego słyszeć, jednak zakrycie uszu nic nie dało. Wszystkie te słowa znajdowały się jakby w jego głowie, czuł nieznośny ból głowy. Jakby ktoś chciał się przewiercić przez jego czaszkę. Chwiejnie stanął na nogach, stając przed lustrem, jedynym przedmiotem znajdującym się w tej 'klatce'. W odbiciu jednak zobaczył całkiem inną osobę. Odzianą w czerń, z obojętnym wyrazem twarzy. Trzymała coś w ręce. A może mu się to tylko wydawało. Nie, na pewno coś tam miała. Chwilę zajęło mi zidentyfikowanie przedmiotu. Pistolet. Tak to był pistolet... Bezmyślnie wpatrywał się w beznamiętną twarz. Drgnął, słysząc nagle jakiś głos. - Taki słabeusz jak ty tutaj zginie! A może... chcesz wrócić do bycia bezpańskim kundlem w slumsach? Ten głos... To nie mogło być... Odległe wspomnienia zaczęły wracać. Gwałtownie się odwrócił, jednak za nim nic nie było. Gdy znów stanął przodem do lustra, zamarł. Postać była obryzgana krwią. Krew była wszędzie, spływała nawet po lustrze, na którym było nabazgrane krwią jedno słowo. MORDERCA. Przerażony odepchnął od siebie lustro, które upadło na ziemię, rozbijając się. Ze szczelin zaczęła się sączyć czerwona ciecz, powoli zalewając białe pomieszczenie. Wycofał się, jednak nie było ucieczki. W momencie, gdy cieczy było mu już po kostki, poczuł, że się zapada. Musiał spojrzeć w dół nie dało się tego uniknąć. Jego nogi trzymały jakieś dłonie, a z nurtu czerwieni wynurzało ich się coraz więcej. Wszystkie wręcz do niego lgnęły. Echo zostało zagłuszone przez piekielne jęki. Ciągnęły go w dół. Do nich. Na zasłużoną karę. Przerażony wycofał się do ściany i nagle na morzu krwi rozbłysło światło. Rozpoznał tą sylwetkę. Nie zważając na ciągnące go w dół dusze, zaczął biec. Cały czas się potykał o zawadzające kończyny. Jednak nie przejmował się tym. Wydawało mu się to wiecznością, jednak wreszcie dopadł do świetlistej postaci. Do oczu napłynęły mu łzy, gdy zobaczył białe, lśniące pióra. Wyciągnął jedną rękę, jednak postać nie wzięła jej, za to sięgnęła po bandaż, który miał na oczach i jednym ruchem go zerwała. Znów widział. Czerwień zniknęła. A świetlista postać zaczęła się przeistaczać. Zmieniła się w małego, brudnego chłopca o czarnych włosach, za którym chowała się dziewczynka. Potem stała się młodym mężczyzną o ciemnych włosach i fiołkowych oczach. A na końcu... Stał przed nim chłopak. Tak to był on. Te białe włosy. Ciemna skóra. Tatuaże. Uśmiechnął się, wyciągając do niego ręce. Jednak gdy chciał go przytulić, wizja rozsypała się na błyszczące kawałeczki podobne do roztrzaskanego szkła. Jeden z nich wpadł mu do oka. I nagle znów widział pod sobą przerażoną twarz Robina. Coś zaczęło na nią kapać. Ale nie była to ta czarna maź ani krew. Było ciepłe i słone. Łzy? Vivi nagle poczuł dolegliwy ból jakoś w okolicy brzucha. Ale nie. To nie był zwykły ból. Był znacznie gorszy. Jego rękom wrócił zwyczajny ludzki wygląd. Do oczu powrócił dawny blask. Wszystko teraz było rozmazane. Puścił Davida i zaczął wycierać oczy, starając się zatrzymać tą wyciekająca ciecz. Przed oczami nadal miał jego przerażoną twarz. Wycofał się, słaniając się na nogach. Czy byłby w stanie go zabić? Co jakby to zrobił? Przemienił się w swoją zwyczajną lisią formę i zrobił pierwsze, co przyszło mu do głowy. Uciekł do lasu. Biegł, aż nie zabrakło mu siły w nogach. Bezsilność się w nim zebrała. Nie potrafił wydobyć z siebie żadnych słów. Lis zawył. Wył do nieba jak wilk, czy też pies. Jego głos przenikał mgłę i deszcz, a nawet burzę. Rozbrzmiewał wysoko w niebiosach. To był lament. Istota bez serca i uczuć, posyłała w niebo lament wypełniony taką mocą, na jaką wielu nie byłoby stać przez całe życie.

(Robin?? Riddle ?? )

29 sie 2019

Cal CD Rose

Co za bezczelny bachor. W ogóle nie docenia czyjejś ciężkiej pracy i ile swojego wolnego czasu w to włożyłem. To irytowanie wszystkich dookoła jest u nich na pewno rodzinne. Przy Rose nie ma chwili, żebym nie był wkurzony, a ten Arthur też mnie porządnie rozwścieczył. Wielki krytyk się znalazł. Niech sam spróbuję ujarzmić takiego dzikiego oraz jadowitego węża to potem mogę z nim dyskutować. Nienawidzę takich ludzi. Nic ich zupełnie nie obchodzi. Gdy tylko zobaczyłem go z Rose, miałem taką wewnętrzną chęć, żeby utrzeć mu tego zarozumiałego nosa. Podszedłem do nich z uśmiechem na twarzy.
- O, ale niespodzianka. Kogo ja tu widzę. - stanąłem tuż przy nich. - Jakiś mały kurdupel i jego urocza siostra. Mam do ciebie kolejną sprawę, kochana. - złapałem Rose za rękę, a potem zawistnym wzrokiem spojrzałem na jej brata, który jedynie się skrzywił, widząc nas razem. Myślałem, że pójdzie łatwo, ale sam dotyk jej dłoni wywoływał u mnie mdłości. W dodatku ten dzieciak był tak irytujący, że ledwo się powstrzymywałem od przywalenia mu w tę zarozumiałą buźkę.
- Nie mów mi siostra, że jesteś z tym nudnym głupkiem od węży. - zaczął się cicho śmiać. Ja od razu uniosłem jedną brew, wpatrując się w niego niewzruszony.
- Masz coś do węży młody? - spytałem spokojnym tonem, dalej trzymając zszokowaną Rose za rękę. Dzieciak od razu przestał się śmiać.
- Węże są fajne, a ty nie. - wzruszył ramionami z wrednym uśmiechem na twarzy. - Nie wiem, co moja siostra w tobie widzi.
- Widzi?! Arthur nie gadaj takich głupot! - krzyknęła oburzona, wyrywając dłoń z mojego uścisku. - To wysoko urodzony egoista. Już wolałabym całować kaktusa niż być skazana na chodzenie z nim za rączkę. - chłopiec na te słowa od razu się roześmiał. Ja jedynie westchnąłem, kręcąc głową.
- Ależ Rose. Nie wiesz, jak głęboko mnie tym ranisz. - zrobiłem zawiedzioną minę. - Naprawdę nie wiem, co ja ci takiego strasznego zrobiłem. Pomyśleć, że chciałem cię zabrać do miasta. - ona i jej brat byli zszokowani moim pomysłem, a ja od razu zbeształem się w myślach za takie głupie teksty. - Może się jednak przełamiesz i pójdziesz ze mną?
Rose ewidentnie nie wiedziała, co powiedzieć.
- Siostraaa. - Arthur zaczął marudzić. - Miałaś mi powróżyć. Poza tym nudzi mi się. Ten koleś jest głupi. - zaczął ciągnąć siostrę w stronę jej wróżbiarskiego namiotu. Ja jednak nie dam tak łatwo mu wygrać.
- Rose, proszę cię. - wyciągnąłem rękę w jej stronę. - Chcę to wszystko naprawić. Nie później, nie jutro, tylko teraz. - słysząc te słowa, nawet jej brat się przymknął. - Nie słusznie cię oceniałem i tyle się wściekałem. Chciałbym zatrzeć złe wrażenie. - Rose jednak nie zbyt to przekonało. Już miała iść dalej z bratem, gdy nagle dodałem: - Przepraszam za wszystko. - odwróciła się zszokowana w moim kierunku. - W sumie też dziękuję... Gdyby nie ty to... - jakimś cudem na mają twarz, wkradł się delikatny uśmiech. - Nie oszukujmy się. Dawno by mnie tu nie było. - Rose totalnie zamurowało. - ... To jak? - spytałem, dalej trzymając wyciągnięta rękę w jej kierunku. - Zgodzisz się?
(Rose~? Zostawiam ci tę ważną decyzję)

21 sie 2019

Robin CD Vivi&Riddle

Miał mętlik w głowie, musiał porozmawiać z lisem. Monolog demona całkowicie namieszał mu w głowie, brał wcześniej Vivi’ego za normalnego człowieka, który zamieniał się w lisa, a tu się okazuje, że jest demonem, był w piekle, zabił niewinnych… sama myśl o tym wszystkim przyprawiała go o dreszcze. Czuł nieodpartą potrzebę dowiedzenia się prawdy.
Chłopak siedział wtedy na materacu po turecku i nie wiedział, co robić. Za oknem szalała burza, więc nie było mowy, by teraz do niego poszedł. Dopiero po jakimś czasie, kiedy pogoda się trochę uspokoiła, Robin wyszedł ze swojego namiotu i ruszył do przyczepy Vivi’ego. Chciał i musiał z nim porozmawiać, nie miał już pojęcia, kim on był. No i nie poruszyli tematu snu, a Robin dalej nie wiedział, co się stało z demonem i jego potworem. 
Deszcz dalej padał, ale chłopak się tym nie przejmował. Idąc na dwóch nogach (im dłużej przebywał wśród ludzi, tym bardziej do nich się upodabniał), szedł w kierunku lokum jego przyjaciela, w głowie formując pytania, jakie mu zada. Skąd jesteś? Co się stało z potworem? Czego chce ten demon? Nie zdążył utworzyć więcej, niż trzy pytania, kiedy poczuł ciepło. Jego znaki zaczęły świecić, Robin się rozejrzał, ale nie zobaczył niczego. Wtedy pomyślał, że może niebezpieczeństwo się zbliża do Vivi’ego. Natychmiast pobiegł do jego przyczepy i od razu pożałował tego. Strach sparaliżował jego nogi na tyle, że nie mógł się poruszyć i tylko obserwował, jak lis dosłownie rozszarpuje wcześniej poznanego demona. Miał co do tego mieszane uczucia; z jednej strony bał się demona, więc zabicie go, byłoby na jego rękę. Z drugiej zaś strony, ta śmierć była przerażająca. To, że wszędzie leżała krew i jego skóra, było złym określeniem. Robin pierwszy raz widział takie okrucieństwo, nawet zwierzęta są delikatniejsze, temu nie mógł znaleźć żadnych słów, opisujących ten widok.
Jednak to, co się zdarzyło potem… nawet by o tym nie pomyślał. Sądził, że znaki świecą się przypadkowo, nic mu nie grozi, ale się mylił, a one znowu miały racje. Nim się obejrzał, lisi stwór, który nie przypominał już tego słodkiego rudego zwierzątka, tylko najprawdziwszego demona, przygwoździł go do ziemi. Nie potrafił wydobyć z siebie nawet odgłosu jęku, łzy za to od razu spłynęły mu po policzkach, wywołane głównie bólem, niż samym strachem. Pazury stwora boleśnie wbijały się w jego nadgarstki i uniemożliwiały jakikolwiek ruch, z jego paszczy śmierdziało zepsutym mięsem, a na twarz chłopaka skapywała czarna maź. Nie mogąc patrzeć na ten straszny widok, odwrócił głowę i zamknął oczy. Słysząc jego dziwne pytania, Robin jeszcze mocniej wcisnął głowę w ziemię, jakby chciał w nią wniknąć. Przez chwilę milczał, a jego słowa nawet do niego nie dotarły, nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Czy błędnie ocenił mężczyznę? Czy jednak jest dla niego zagrożeniem i to wielkim? Czy… teraz go zabije?
Łzy dalej spływały mu po policzkach, cały się trząsł, aż w końcu otworzył usta.
- Bo cię lubię – powiedział szeptem, tak cichym, że należało się uważnie przysłuchać. - Jako jedyny nie drwiłeś ze mnie, że nie jestem taki jak wy, więc ci zaufałem, a przyjaciele powinni się sobą przejmować – mówił to nieco głośniej, ale dalej miał zamknięte oczy. Teraz się bał, naprawdę był przerażony. Myśl, że zrobi z nim to samo, co z Riddl’em, wwiercała się w jego umysł i nie pozwalała na inne myślenie. Zginie tu i teraz.

<Riddle? Vivi?>

20 sie 2019

Smiley CD Vogel

O Ludzie! To się porobiło! W dodatku to wszytko przez Pik'a i te wymyślne jego kary! Gdyby nie dał papierkowej roboty Vogel'owi to bym teraz nie była w takiej sytuacji. Poszłam wraz z nim do jego przyczepy. Usiadłam sobie blisko jego biurka, gdy on w tym czasie poszedł po jakieś przekąski. Ja w tym czasie patrzyłam się do okoła, niby małe miejsce, a jednak bardzo dobrze miał zagospodarowane go. Niby mały bałagan na biurku, ale nie przeszkadzało to. Miłe mieszkanko, w dodatku znajomy zapach. Niby wszystko takie same jak kiedyś, a tak naprawdę to się zmieniło. Vogel podszedł do mnie, podając gorący kubek herbaty oraz teczkę z papierami o których wcześniej wspominał, położył również przy mnie smakołyki które wcześniej przygotował. Wzięłam łyk ciepłego napoju i przygotowałam się, aby przeczytać informacje zawarte na kartkach papieru będących w moich dłoniach. Otworzyłam powoli teczkę i wyjęłam z niej pierwszą kartkę. Tam był opisany wcześniej mi znany Vogel. Na następnej już były historie związane z nim oraz po części ze mną. Niektóre z jego występów również były opisane. 
- I jak? - usłyszałam pytanie chłopaka.
- Przeczytałeś je wszystkie może? - zapytałam się, gdyż na ostatniej stronie była opisana historia o której wolałabym zapomnieć. W dodatku nasze wspólne zdjęcie tam było. 
- Przejrzałem je mniej więcej, ale ostatnich stron nie zdążyłem przeczytać. - odparł, a mi ulżyło. - Znalazłaś coś może tam ciekawego? - wychylił się trochę bardziej w moją stronę. 
- Nie, tylko tak się pytam. Wiesz ta osoba odeszła rok temu i jeszcze nie wróciła. Niektóre osoby mogą ciebie porównywać do tej osoby, ale nie masz co się przejmować. Osoby z tego cyrku już tak mają - skłamałam i czułam się z tym źle, ale nie potrafiłam mu powiedzieć teraz prawdy. Nie była to odpowiednia pora. 
- Masz może trochę czasu teraz? - zapytałam się z uśmiechem na twarzy, chcąc jakoś zmienić obecny temat. 
- Tak, a co? Wymyśliłaś coś może? - przy kiwnęłam głową, że ma rację. - A więc co tym razem wspólnie porobimy? - chwyciłam go za rękę.
- Chodź zza mną, pogramy sobie w kilka moich ulubionych gier - pociągnęłam chłopaka zza sobą. Jako, że mało osób ćwiczyło o takiej porze to postanowiłam skorzystać z namiotu do ćwiczeń, przynajmniej tam były odpowiednie rzeczy do gier w jakie chciałam zagrać z Vogel'em. Dotarliśmy na miejsce w mgnieniu oka. Wzięłam do ręki torbę z szafki w której znajdowały się wszystkie rzeczy do ćwiczeń. 
Podałam chłopakowi trzy piłeczki, ja również wzięłam dla siebie trzy.
- Zacznijmy może od żonglerki co ty na to? Ten kto przegra musi spełnić jedną prośbę wygranej osoby, co ty na to? - uśmiechnęłam się ciepło w jego stronę. Byłam co prawda kiepska w te sprawy, ale chciałam się trochę zabawić z nim. 

<Vogel?> wybacz, że co dopiero teraz i przepraszam że tak słabo 

18 sie 2019

Vivi CD Robin&Riddle

W momencie, gdy dwie bestie na siebie natarły, uskoczył na bok. Zrobiło się zbyt niebezpieczne. Ale gdzie się podziewał Robin. Czy zdążył uciec? Musiał... A Riddle? Szczerze nie obchodziło go co z drugim demonem, ważne było gdzie się podział chłopak. Nie powinien był go stracić z oczu, po raz kolejny. Spojrzał za siebie. Coś znajomego było w tym duchu. Jednak nie wiedział co. Podskoczył, gdy ziemia zadrżała od dwóch gigantów tarzających się po ziemi. Co chwila, zerkając za siebie, szedł dalej, aż się o coś potknął. Zerwał się zaraz na łapy i spojrzał za siebie, no i w momencie zamarł. Na ziemi leżał jego mały chłopiec. Wyglądał jakby spał. Tak spokojnie. Szturchnął twarz Davida wilgotnym nosem. Ani drgnął. Przerażony nie na żarty szturchnął go jeszcze łapą. Nie oddychał- Nie oddychał, prawda? Nie mógł nie żyć, nie mógł... To musiała być JEGO robota. Z gardła lisa wydobył się cichy warkot. Po lesie zaczęła się rozprzestrzeniać dziwna, zielona mgła. Już miał biec, szukać Dostojewskiego, ale jednak usłyszał za sobą jakiś jęk. Od razu zerknął za siebie i ku swojej radości był to Robinek. Stanął przy nim, tak żeby było mu łatwiej wstać. 
- Robin... Co się stało, nie ruszałeś się...
- N...nie wiem — Masował sobie główkę, marszcząc brwi. 
- M...miałem bardzo dziwny sen... 
- Ah tak? - Zapytał miękko, delikatnie machając ogonem. - Opowiesz mi potem, dobrze? 
- Ale Vivi... Co się stało?
- Nie sądzę, że to teraz ważne, chodźmy stąd po prostu. Dobrze? - Powoli zrobił krok w przód i zatrzymał się czekając na Davida. Bez zwlekania poprowadził chłopca z powrotem na teren cyrku. I delikatnie popchnął go w kierunku jego przyczepy. 
- Idź się położyć... Rano będzie lepszy dzień. - Czule liznął Davida po ręce. - Już się niczym nie martw... Robin znowu chciał coś powiedzieć, jednak lis odsunął się od niego parę kroków, lekko machając ogonem. 
- Dobranoc... - Po tych słowach zostawił chłopaka samego. Wiedział, że to nie było zbyt mądre, czy też uprzejme. Przecież musiał mieć tyle pytań. Nie. Nie. Nie. Nie czas na odpowiedzi, jeszcze się to dla niego źle skończy. Czy on już wiedział? Zachowywał się jakoś... Dziwnie... Może przesadzał. Tak to te nerwy spowodowane całą sytuacją. Wystarczy herbata na uspokojenie i gorąca kąpiel na ukojenie nerwów. Do tego na koniec mocny, pokrzepiający sen. Niestety to jeszcze nie koniec, a zaledwie początek problemów. 
Riddle jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Nie wiadomo, co mu chodzi po głowie, ale to, czego dopuścił się teraz, było zdecydowanym przegięciem. Następnego dnia pogoda ani trochę nie dopisywała. Niebo pokryte było grubą warstwą czarnych chmur. Od samego rana padał deszcz, a w południe rozpętała się najprawdziwsza wichura. Burza z piorunami, mocny porywisty wiatr, woda lejąca się strumieniami po zwykłych drogach budziła u wszystkich niepokój. Robin i Vivi wciąż byli roztrzęsieni wydarzeniem z minionej nocy. Jeszcze ze sobą nie rozmawiali. Podczas takiej pogody wszyscy w cyrku siedzieli w swoich namiotach bądź przyczepach i nikt o zdrowych zmysłach nie odważyłby się teraz wyjść na zewnątrz. Niestety Riddle nie należał do takich osób. Była to idealna pora, aby mógł kontynuować kolejną część swojego diabolicznego planu. Teraz przyszedł czas na coś zupełnie innego. Demon zjawił się u pielęgniarza, który nic nie podejrzewając, czytał coś w swojej przyczepie. Pewnie szukał kolejnego sposobu na jawne, czyste i bezbolesne samobójstwo. Powoli, z uśmiechem na twarzy, podszedł do niego i spytał: 
- Nie pilnujesz swojego chłopaczka? Co jak coś się stanie i nie zdołasz mu pomóc? 
- Zostaw mojego Robinka w spokoju. - odpowiedział, nie odrywając wzroku od książki. Riddle jedynie przewrócił oczami i westchnął zawiedziony podejściem Viviego do tej sprawy. 
- Wiesz, jaki jest dzisiaj dzień? - spytał, zmieniając kompletnie temat z uśmiechem na twarzy. 
- ... Czwartek? - odpowiedział Vivi znudzonym tonem, bardziej zajmując się tą pasjonującą książką o samobójstwach. 
- Ale tego też dnia straciłeś kogoś bardzo bliskiego. Hmmm... - zamyślił się, biorąc mu książkę i wyrzucając za siebie. - To już będzie... Dwudziesta rocznica śmierci, czyż nie?
Vivienne nie miał zamiaru o tym rozmawiać. Zachował kamienny wyraz twarzy, podnosząc się z miejsca. Riddle widząc brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony, postanowił kontynuować: 
- Okrągłe dwadzieścia lat już minęło od czasu twojej porażki. - spojrzał mu prosto w oczy. - Dokładnie dwadzieścia lat temu nie zdążyłeś go uratować i co się stało? Jego oprawca dalej robi, co chcę. Mogę ci przysiąc, że Robin skończy tak samo i to niedługo. 
- Nie odważyłbyś się — Lis syknął na demona, kładąc po sobie uszy. 
- O, naprawdę? Pewny jesteś? 
Nawet nie chciał mu odpowiadać. Przecież tak by go tylko dalej prowokował do działania. Riddle jedynie bardziej się wyprostował, unosząc głowę. 
- Nie ładnie tak nie odpowiadać, a dobrze wiesz, na co mnie stać. - ciągnął Dostojewski rozbawionym tonem. - Boisz się, że znowu mnie nie powstrzymasz? - od razu wybuchł śmiechem. - Ojejku Vivi stał się strachliwym szczeniaczkiem przez te wszystkie lata. - nagle spoważniał. - Sam nie wiem, co z ciebie za demon. Jesteś jedną wielką hańbą dla piekła. Nic ci nie wychodzi... Nawet samobójstwo.
Artemis drgnął, słysząc to. 
- Oh tak? Tak sądzisz Riddle? Naprawdę? - Powoli się do niego odwrócił, a jego oczy zabłysły czerwonym światłem. 
- Skoro wylądowałeś w byle cyrku i pomagasz bandzie szczurów. - wzruszył ramionami. - Można się załamać albo wybuchnąć śmiechem. 
Od razu się przemienił w swoją lisią formę i rzucił się na lalkarza, ale on zręcznie tego uniknął. Zniknął w momencie i przeniósł się na zewnątrz. Tamten wyskoczył za nim i momentalnie rzucił się na Riddle'a, przygważdżając go do ziemi. Los chciał niestety, aby Robin został świadkiem tych przykrych (a może jednak nie) wydarzeń. Przerażony obserwował, gdy lis rozszarpywał ciało biednego Fiodorka. Zamiast krwi z jego ran wypływała dziwna czarna maź. Stracił dłoń, miał pogryzione ramię aż do samych kości, jego oko uciekło z oczodołu, w brzuchu miał ogromną dziurę, z której ciągle sączyła się ta niezidentyfikowana ciecz. Twarz była cała poszarpana, miał parę dziur po zębach na głowie. Można opisywać bez końca, ale szkoda na to czasu i wkładu w długopisie. Wyglądało to gorzej od tego, co można sobie wyobrazić w najgorszym koszmarze. Gdy Vivi dokończył swoje dzieło, przemienił się w człowieka, chwycił Riddle'a za szyję i podniósł, mówiąc: 
- Jeszcze raz to powiesz, a nie ręczę za siebie. Dobrze wiesz, jak mogę cię urządzić. - warknął, puszczając ciało na ziemię, a potem nagle odwrócił głowę w stronę Robinka. 
Jego oczy przypominały, te dzikiego zwierzęcia. Nie było już w nich nic ludzkiego. Chłopak wystraszony zaczął się cofać. Vivi jednak zdążył go chwycić i przygwoździć do ziemi, trzymając go za nadgarstki. Cały drżał, a czarna maziowata ciecz mu skapywała z twarzy. Wpatrywał się w Davida tym obłąkanym wzrokiem.
- Czego ode mnie chcesz? Czemu przede mną nie uciekasz? Nad czym rozmyślasz? Co wiesz? Dlaczego się mnie nie boisz? Dlaczego się mną przejmujesz? - Zacisnął szpony na rękach chłopaczka.

( Rooobin? Riddle? )

14 sie 2019

Lennie CD Shu⭐zo

Najpierw myślałem, że Shuzo dalej jest pijany, że jeszcze się na mnie nie rzucił i nie udusił, ale kiedy zrozumiałem, że to znowu ten Miły, poczułem ulgę, ale także zakłopotanie i zmieszanie. Czułem, że zaczynałem świrować… zmienny charakter mojego przyjaciela był nawet gorszy od kobiety z okresem – nigdy mu tego nie powiem, ale czułem się, jakbym zaczynał tracić zmysły, nawet nie wiedziałem, z którym rozmawiam. To było… męczące.
Kiedy Shu poprosił mnie, abym mu opisał wczorajszy dzień, zamurowało mnie. Z jednej strony głupio mi było opowiadać, jak chciał mnie pocałować (zaraz, jak mnie pocałował), a z drugiej wstydziłem się przyznać, że jednak miałem chętkę na niego. Moja wina? Nawet po napiciu się był taki uroczy… szybko położyłem się z powrotem na poduszkę i wlepiłem oczy w sufit. Nie powinienem tak myśleć, to tylko przyjaciel. Nie ważne jak bardzo pociągający, to przyjaciel. 
- Co ostatnie pamiętasz – wziąłem się w garść, przecież nie będę ukrywał przed nim czegoś, co sam zrobił; tak jakby On.
- Hm… - podczas zastanawiania się, zaczął składać ubrania, przy okazji szukając czegoś, co mógł założyć na śniadanie. Ja też powinienem wrócić do siebie i ubrać coś świeżego, ale kompletnie mi odebrało władzę w nogach, kiedy pomyślałem o wczorajszym pocałunku… kurde, dlaczego on tego nie pamięta? - Chyba jak wracaliśmy do cyrku – odpowiedział po chwili. Westchnąłem i zamknąłem oczy, wracając do tej chwili. „Najpierw chciałeś mi przywalić w twarz, a ja w ostatniej chwili uniknąłem ciosu”, pomyślałem, a potem w myślach odtwarzałem dalsze poczynania: on zasnął, a ja go podniosłem jak pannę młodą i zaniosłem do swojego pokoju, ponieważ u niego był bałagan.
- Głowa cię boli od alkoholu – stwierdziłem, że od tego zacznę opowiadań. W końcu chciał wczorajszy dzień, a nie wcześniejszy. Zerknąłem w stronę czarnowłosego, który słysząc moje słowa, także skierował na mnie swój wzrok.
- Alkoholu? Dużo wypiłem? - wzruszyłem ramionami, a potem pokiwałem głową. Wyglądał na załamanego, kontynuował składanie ubrań.
- Zaszalałeś w jakimś barze – mówiłem dalej.
- Jak mnie znalazłeś? - uśmiechnąłem się.
- Dwie dziewczyny stwierdziły, że widziały uroczego chłopaka o niebieskich oczach i śmiesznych, sztucznych uszach – zobaczyłem na jego policzku rumieniec, więc postanowiłem mówić dalej. - Jak wszedłem do baru, akurat stałeś na ladzie i zdejmowałeś spodnie, bo koszulki już nie miałeś – zrobił się cały czerwony, więc zakrył swą twarz dłońmi. Ja dalej się uśmiechałem, bo mimo wszystko było to zabawne. Jednak gdy doszedłem do momentu, w którym miałem mu opisać, jak mnie całował, uśmiech mi nagle zszedł z twarzy. Głupio mi było o tym mówić, ponieważ on tego nie pamiętał, a ja oddałem ten pocałunek...
- A potem? - usłyszałem głos Shu. - Było gorzej? - słysząc jego załamany głos, postanowiłem go nie dobijać.
- Nie – skłamałem. - Zabrałem cię do namiotu i poszedłeś spać.
- Na tobie? - znowu się uśmiechnąłem, po czym wstałem z łóżka i się rozciągnąłem. Chłopak aktualnie stał i wkładał ubrania do szafy. Podszedłem do niego i postanowiłem przestać się przejmować czymkolwiek. Przytuliłem go od tyłu.
- Tak i powiem ci, że było mi wygodnie – stwierdziłem i go puściłem. 

<Shu?>

12 sie 2019

Ozyrys CD Powder

Było mi okropnie głupio, kiedy Riddle się upomniał o swoje stoisko. Chciałem się zapaść pod ziemie, właśnie zniszczyłem coś, co należało w pewnym sensie do niego… a teraz nie mógł pracować. Miałem nadzieje jak najszybciej skończyć budowę nowego teatrzyku i mieć to za sobą. Cieszyłem się, że chłopak zgodził się na moją pomoc, nie mam pojęcia jak długo bym starał się go przekonać do tego, miałem tylko nadzieje, że będzie mnie instruował, czego chce, co przynieść i co zrobić, bo na budowaniu czegokolwiek z desek miałem tak samo opanowane, jak szycie z zawiązanymi rękami. Słysząc o belkach, pokiwałem głową i podszedłem do nich. Wziąłem dwie do rąk i przyniosłem do chłopaka, który zaczął je przycinać. Ja je tylko trzymałem, aby nigdzie nie uciekły, czy przypadkiem go nie uderzyły. Samo przycinanie, mierzenie i dopasowanie desek nie było trudne i nie zajęło dużo czasu. Powder najwidoczniej podobne konstrukcje miał dobrze opanowane, ponieważ z łatwością wskazywał, które deski tniemy i gdzie one miały być. Kiedy wszystko było gotowe do montażu, było po południu. Na chwilę usiedliśmy, aby odpocząć. Chłopak na chwilę poszedł do bufetu po coś do picia, a kiedy wrócił, ja tępo gapiłem się w pociachane deski, siedząc po turecku na ziemi. Powder podał mi puszkę zimnego napoju, podziękowałem i się trochę napiłem.
- Więc jak ci się tu podoba? - zapytał, przerywając trwającą ciszę. Zerknąłem na niego, a potem wbiłem wzrok w puszkę.
- Jest tu miło – odpowiedziałem i znowu zapanowała krótka cisza.
Starając się, aby ta rozmowa nie skończyła się tak szybko, postarałem się o delikatny uśmiech i dodałem:
- Chociaż jeszcze się nie przyzwyczaiłem do tych wszystkich atrakcji. Jest ich tak dużo – zerknąłem na chłopaka, który miło się uśmiechał i mnie słuchał.
- Racja. Wszystko, czego dusza zabraknie – skinąłem głową. Na nic więcej się nie zdałem. - Występujesz na scenie? - pokręciłem głową.
- Jeszcze nie, nie jestem gotów - „nie nadaje się” pomyślałem w głowie i wypiłem kolejnego łyka, gazowanego napoju o smaku pomarańczy.
- A czym się zajmujesz? - przełknąłem ślinę, nie lubiłem, kiedy ludzie zadawali mi to pytanie. „Podpalam wszystko, co można.”
- Jestem takim ognistym magikiem.
- Naprawdę? - zerknąłem na niego, zobaczyłem ciekawość na jego twarzy. Niepewnie pokiwałem głową. - Może pokazałbyś mi, co umiesz? - otworzyłem szerzej oczy ze strachu i pokręciłem głową. - Ale nie tu – zaśmiał się. - Może nad jeziorem? - zaproponował. Wbiłem wzrok w ziemie. Z jednej strony nie chciałem ryzykować, że go poparzę, ale z drugiej nie chciałem tak szybko kończyć znajomości. Po za tym miejsce wypowiedziane przed niego, było dla mnie idealne.
- Jak skończymy – zgodziłem się w końcu. Powder pokiwał głową. Po chwili wróciliśmy do pracy, zaczynając tworzyć z desek drewnianą budkę. Potem wystarczy ją pomalować, dorobić ładne dekorację i można wystawić. A potem zacznę się stresować…
Kiedy przed nami stała całkiem ładny drewniany teatrzyk, zacząłem się czuć lepiej. Mogłem pomóc naprawić to, co zniszczyłem, a rzadko to się zdarza, ponieważ albo nie mam tyle odwagi, by się przyznać, albo nie chcą mojej pomocy, bym przypadkiem ponownie czegoś nie zepsuł. Przyznam, dość bolesne, ale trochę prawdy w tym było, nawet niosąc belki do cięcia strasznie się bałem, że coś potrącę, albo przy przytrzymywaniu ich, aby chłopak mógł wbić gwoździe, miałem wrażenie, ze zaraz go przypadkiem popchnę, a on uderzy siebie młotkiem. Nie mam pojęcia jak wytrzymałem, ale chłopak emanował przyjazną energią i kiedy był skupiony na pracy, wcale się nie stresowałem, a ręce mi nie drżały. 
Powder poszedł po farby, a ja po pędzle. Spotkaliśmy się w małym warsztacie, w którym zaczęliśmy malować deski. Wszystko szło bardzo sprawnie, kremowy kolorek farbował nasze dzieło bez przeszkód, kiedy robiąc krok w bok, przypadkowo wszedłem w puszkę farby. Spojrzałem w dół i zrobiłem się cały czerwony ze wstydu, kiedy chłopak to zobaczył. Kiedy chciałem w pośpiechu wyciągnąć stopę, ta zahaczyła jeszcze o rączkę. Wywróciłem puszkę farby i przy okazji upadłem na tyłek, wpadając do czerwonej, którą mieliśmy malować detale. Chociaż tej nie wywaliłem, to całe siedzenie miałem czerwone. Myślałem, że zaraz spalę się ze wstydu, nawet odezwać się nie mogłem.

<Powder?>

Shu⭐zo CD Lennie

Co było dobre, zawsze musi się kiedyś skończyć. Wczorajszy dzień był cudowny, chociaż za dużo i tak nie pamiętam. Dzisiaj zostało mi w głowie masę pytań i potworny kac. Otworzyłem ledwo co oczy i okazało się, że nie leżałem na żadnej poduszce, tylko centralnie na tym głupim magiku. Od razu poderwałem się do góry. W momencie jakoś zakręciło mi się w głowie i zrobiło się nie dobrze, a potem jedynie spadłem z łóżka, uderzając się porządnie w głowę.
- Szlag by to. - wymruczałem, łapiąc się za głowę, a potem znów straciłem kontrolę nad ciałem.

Totalnie nie wiem, co się ze mną działo. Obudziłem się na ziemi, głowa mnie bolała jak diabli, w brzuchu się działo coś niedobrego, byłem cały spocony i na pewno nie pachniałem jak bukiet kwiatów. Dobrze, że przynajmniej spałem u siebie. Jednak gdy zobaczyłem Lenniego, który wymamrotał coś przez sen, leżąc na moim łóżku, trochę zrobiło mi się wstyd. Nie dość, że mam tu taki syf. To po raz kolejny moja zła strona odwaliła coś głupiego. Nie trzeba być Sherlockiem, aby na to wpaść. Westchnąłem ciężko, dźwigając się na równe nogi. Myślałem, że zaraz zwymiotuje. Tak mi było słabo, że aż szkoda wspominać, a poranne światło ani trochę nie pomagało. Pragnąłem przede wszystkim jak najszybciej się umyć. Niestety trochę minęło, za nim znalazłem wszystkie potrzebne do tego rzeczy. Życie w bałaganie zdecydowanie nie jest dla mnie. W dodatku musiałem być cicho by nie obudzić mojej kochanej śpiącej królewny. Na szczęście znalazłem wszystko i już bez żadnych przeszkód mogłem się ogarnąć.
Około godziny później:
Już wymyty poczułem się o wiele lepiej. Jednak nudności ciągle mnie dręczyły, ból głowy nie chciał przejść oraz odczuwałem głębokie pragnienie. Zajrzałem do bufetu i siedząc sobie w samym szlafroku, wypiłem cały dzbanek herbaty. Chciałem też się przejść do pielęgniarza po coś na ból głowy i te mdłości, ale z tego zrezygnowałem. Wolałem się położyć i poczekać aż samo przejdzie. Gdy już wróciłem do namiotu, Lennie wciąż sobie słodziutko spał. Nie chciałem go budzić, więc usiadłem cichutko na jednym z krzeseł i poprawiłem wiązanie od szlafroka. Był taki ładny, mięciutki i cały w kolorowe gwiazdki. Starałem się ignorować własne złe samopoczucie i zająć się czymś pożytecznym. Chciałbym posprzątać swój namiot, ale jak już wcześniej wspomniałem, nie chciałem robić zbędnego hałasu. Dlatego wziąłem do ręki moją kochaną szczotkę, a parę chwil później już rozczesywałem kołtuny na moim długim i dość mokrym ogonie. Po jakimś czasie Lennie zaczął się budzić i jeszcze zaspanym wzrokiem rozejrzał się po namiocie.
- Dzień dobry. Jak się spało? - zapytałem z uśmiechem na twarzy. On spojrzał na mnie lekko zaskoczony. Pewnie nie spodziewał się, że rano akurat ja go przywitam, a nie to moje złe oblicze. Podszedłbym i go przytulił, ale fakt, iż nie mam na sobie nic, poza szlafrokiem jakoś mnie hamował przed tym. W dodatku czułem się okropnie, a miałem takie przeczucie, że jak ruszę się z krzesła, to znów będzie chciało mi się wymiotować. Dlatego po zadaniu pytania od razu wróciłem do czesania ogona. Nie miałem już na to siły, ale musiałem zrobić coś pożytecznego, skoro na razie nie mogę posprzątać.
- Bardzo dobrze. - odpowiedział po chwili Lennie, podnosząc się z łóżka.
- To bardzo się cieszę. Jak znajdę jakieś ubranie, to możemy iść na śniadanie. - od razu rozejrzałem się po podłodze. - Trochę mi to zajmę, ale do ciebie też mam małą prośbę. Powiesz mi, co się wczoraj działo? Zupełnie nic nie pamiętam.

(Lennie~?)