Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cal. Pokaż wszystkie posty

24 lis 2019

Cal CD Rose

Cała ta sytuacja była dziwna, a ta kłócąca parka była irytująca. Rose ma być moją dziewczyną? Błagam. Nie wiem, jak mocno musiałoby mi paść na mózg, żebym się w niej zakochał. W dodatku to mało możliwe. Ta niewychowana dziewka rży ze śmiechu z byle powodu. Nic w tym atrakcyjnego. Jedynie przewróciłem oczami, starając się zachować spokój i nie dać się pochłonąć wewnętrznej irytacji. Jeszcze bym zrobił coś, czego bym później żałował. Chociaż pozbycie się jej mogłoby być zbawieniem dla świata, a nie jakąś wielką stratą. Jednak nie mogę tego zrobić. Westchnąłem cicho. Zostały jeszcze we mnie resztki moralności. Poza tym zostanie okrzykniętym mordercą własnego ojca, nie jest przyjemne. Nie zniósłbym jeszcze oskarżeń, w których rzekomo pozbyłem się zwykłej i niczego winnej wróżbitki. Mój braciszek jedynie by się ucieszył. Po dłużej chwili Rose się uspokoiła, a tamta parka już dawno sobie poszła dalej. Przeleciał mnie delikatny dreszcz, gdy dotarło do mnie, że Rose dosłownie na mnie spadła. Nasze ciała się dotknęły... Okropność. Westchnąłem, tłamsząc w sobie uczucie nadchodzących mdłości i zaczesałem włosy ręką do tyłu.
- Może już pójdziemy dalej? - spytałem obojętnym głosem, zerkając kątem oka na dziewczynę, która zajmowała się już poprawianiem swojej fryzury, zamiast durnego śmiania się z byle głupiego tekstu jakiejś wkurzonej przechodzącej babki, skierowanego do mnie. Jednak łaskawie na mnie spojrzała.
- Oczywiście. - odpowiedziała i stanęła tuż przy mnie. Nie zamierzałem oferować jej swojej dłoni ani tym bardziej szlacheckiego ramienia. Każdy inny dżentelmen (którym już od jakiegoś czasu nie jestem) z pewnością by to uczynił. Dlatego w spokoju w lekkim odstępie od siebie poszedłem wraz z nią do miasta. Nie zamierzałem z nią rozmawiać, ona z resztą intensywnie nad czymś myślała. Stwierdziłem, że nie będę aż taki wścibski i nie będę jej teraz szperał po głowie. Jednak nie dawała mi spokoju jedna sprawa. Zauważyłem, że gdy się teleportowała, wtedy, gdy tamta parka nas potrąciła, coś... Trudno mi to ubrać w słowa i opisać w jakikolwiek sposób. Po prostu to, co się wtedy jej stało, jej zdziwiona mina, usta, na które nasuwała się masa pytań, to było naprawdę dziwne. Pewnie właśnie teraz o tym myśli. Nie muszę używać swoich zdolności, żeby bez problemu to odgadnąć. W końcu to oczywista oczywistość. Tylko co to było? Nawet nie zamierzałem pytać. Pewnie się sam dowiem w niedługim czasie, dlatego postanowiłem porozglądać się za odpowiednią restauracją, ewentualnie cukiernią, bądź kawiarnią. Szukałem czegoś na uboczu z małą ilością oczu, które ot, tak mogą mnie rozpoznać i potem jedynie ściągnąć tutaj mojego brata, który z chęcią uciąłby mi głowę, a moja macocha jedynie by się temu przyglądała, napawając się słodkim smakiem zwycięstwa. Westchnąłem cicho, trochę poirytowany. Przeszłość nigdy nie przestanie do mnie wracać. Czas najwyższy wziąć się poważnie za plan zemsty. Przynajmniej ten głupi demon nie zawraca mi już głowy. Z tego, co zauważyłem, skupił się zupełnie na kimś innym, ale mało mnie to obchodzi. W końcu w zasięgu mojego wzroku znalazł się idealny lokal, jednak zastygłem w bezruchu, gdy zobaczyłem stojący koło niego wóz wojskowy. Koło niego stała dwójka uzbrojonych żołnierzy, ale z pewnością było ich tutaj więcej. Po rejestracji wozu i umundurowaniu żołnierzy, a głównie wyszytej fladze na prawym ramieniu, wiedziałem, że mam przerąbane, jeśli mnie rozpoznają. Od razu stanąłem po drugiej stronie ulicy, za jakąś zaparkowaną osobówką i zatrzymałem Rose, patrząc wciąż na tamtych gości, a dokładnie grzebiąc już jednemu z nich w głowie. Co mój braciszek kombinuje?
- Stój tu na chwilę. - mruknąłem cicho do dziewczyny, która od razu wyrwała się z zamyślenia i spojrzała również na żołnierzy.
- O co chodzi?
- Bądź cicho na moment. - starałem się znaleźć wszystkie najważniejsze informacje. Szkoda, że nie widzę żadnego dowódcy. Jednak i tak co po chwilę coś mi przeszkadzało. - Mówiłem cicho.
- Przecież jestem cicho. - odpowiedziała dość podniesionym głosem Rose.
- Może i nie mówisz, ale głośno myślisz, a to mnie teraz rozprasza. - oznajmiłem cicho i spokojnie, na co dziewczyna jedynie westchnęła już trochę poirytowana. Przez dłuższą chwilę się nie odzywała. Wyszła zza osobówki i stanęła po mojej lewej. Niestety potem już przegięła. Połączyła niektóre fakty i co?
- Ależ Tyberiaszu, to jest wręcz prostackie zachowanie. Nie wypada tak robić prawdziwemu księciu. - odezwała się do mnie z niewinnym uśmiechem na twarzy, zdecydowanie za głośno, zwracając przy tym na siebie uwagę żołnierzy. Za nim tamci zdążyli zareagować, kucnąłem, chowając się za samochodem i pociągnąłem Rose w moją stronę. Dziewczyna wylądowała na klęczkach, a nasze twarze były jedynie parę milimetrów od siebie.
- Mówiłem ci już, że jesteś okropna? - spytałem chłodno, nie zamierzając się teraz denerwować, ani przejmować się tym, że ona zdecydowanie narusza moją przestrzeń prywatną. Zapadła chwila ciszy, wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem bezdusznym wzrokiem. Ani mnie, ani jej nie było do śmiechu i żadne z nas nie zamierzało się poddać, odpuścić w tej chwili i spuścić haniebnie wzrok choćby na sekundę. Rzecz jasna nie mogło to trwać w nieskończoność i oczywiście zwycięzca jeszcze teraz nie został rozstrzygnięty. I mnie i ją rozproszył głośny strzał, który został oddany w naszym kierunku. Przechodnie zaczęli panikować i uciekać we wszystkie strony. Miałem okazję, by uciec, w końcu Rose zaraz mnie tu pewnie zostawi. Żadna nowość. Już szukałem wzrokiem najprostszej drogi ucieczki, gdy nagle, poczułem czyjąś dłoń na swojej. Przed oczami zobaczyłem trzy dziwne karty, a parę sekund później już dość obskurny zaułek. Automatycznie uwolniłem swoją dłoń, za którą trzymała mnie Rose. Westchnąłem cicho i poprawiłem rękawiczkę na rękach, przy okazji przenosząc wzrok na dziewczynę.
- Mówiłem, żebyś była cicho, to co ty wyrabiasz?
- Nie będę się słuchać rozkazów byle szczyla.
- Że przepraszam, jak mnie nazwałaś? To jest szczyt wszystkiego. W dodatku bezpodstawne określenie. - mruknąłem, starając się zachować spokój. - Nie tak miał wyglądać ten wieczór. Poza tym, co to miały być za karty?
- Jakie znowu karty?
- Gdy złapałaś mnie za rękę, zobaczyłem jakieś trzy karty. - wzruszyłem ramionami, Rose momentalnie złapała mnie za fraki.
- Powiedz, jakie były. - widać było, że bardzo jej zależy, aby odkryć, co one znaczą. W sumie mnie to też zaciekawiło. Jedynie lekko się uśmiechnąłem i spojrzałem na zdeterminowaną dziewczynę, nie dając się zeżreć własnej fobii.
- Po pierwsze to mnie puść, kochana.

(Rose~?)

29 sie 2019

Cal CD Rose

Co za bezczelny bachor. W ogóle nie docenia czyjejś ciężkiej pracy i ile swojego wolnego czasu w to włożyłem. To irytowanie wszystkich dookoła jest u nich na pewno rodzinne. Przy Rose nie ma chwili, żebym nie był wkurzony, a ten Arthur też mnie porządnie rozwścieczył. Wielki krytyk się znalazł. Niech sam spróbuję ujarzmić takiego dzikiego oraz jadowitego węża to potem mogę z nim dyskutować. Nienawidzę takich ludzi. Nic ich zupełnie nie obchodzi. Gdy tylko zobaczyłem go z Rose, miałem taką wewnętrzną chęć, żeby utrzeć mu tego zarozumiałego nosa. Podszedłem do nich z uśmiechem na twarzy.
- O, ale niespodzianka. Kogo ja tu widzę. - stanąłem tuż przy nich. - Jakiś mały kurdupel i jego urocza siostra. Mam do ciebie kolejną sprawę, kochana. - złapałem Rose za rękę, a potem zawistnym wzrokiem spojrzałem na jej brata, który jedynie się skrzywił, widząc nas razem. Myślałem, że pójdzie łatwo, ale sam dotyk jej dłoni wywoływał u mnie mdłości. W dodatku ten dzieciak był tak irytujący, że ledwo się powstrzymywałem od przywalenia mu w tę zarozumiałą buźkę.
- Nie mów mi siostra, że jesteś z tym nudnym głupkiem od węży. - zaczął się cicho śmiać. Ja od razu uniosłem jedną brew, wpatrując się w niego niewzruszony.
- Masz coś do węży młody? - spytałem spokojnym tonem, dalej trzymając zszokowaną Rose za rękę. Dzieciak od razu przestał się śmiać.
- Węże są fajne, a ty nie. - wzruszył ramionami z wrednym uśmiechem na twarzy. - Nie wiem, co moja siostra w tobie widzi.
- Widzi?! Arthur nie gadaj takich głupot! - krzyknęła oburzona, wyrywając dłoń z mojego uścisku. - To wysoko urodzony egoista. Już wolałabym całować kaktusa niż być skazana na chodzenie z nim za rączkę. - chłopiec na te słowa od razu się roześmiał. Ja jedynie westchnąłem, kręcąc głową.
- Ależ Rose. Nie wiesz, jak głęboko mnie tym ranisz. - zrobiłem zawiedzioną minę. - Naprawdę nie wiem, co ja ci takiego strasznego zrobiłem. Pomyśleć, że chciałem cię zabrać do miasta. - ona i jej brat byli zszokowani moim pomysłem, a ja od razu zbeształem się w myślach za takie głupie teksty. - Może się jednak przełamiesz i pójdziesz ze mną?
Rose ewidentnie nie wiedziała, co powiedzieć.
- Siostraaa. - Arthur zaczął marudzić. - Miałaś mi powróżyć. Poza tym nudzi mi się. Ten koleś jest głupi. - zaczął ciągnąć siostrę w stronę jej wróżbiarskiego namiotu. Ja jednak nie dam tak łatwo mu wygrać.
- Rose, proszę cię. - wyciągnąłem rękę w jej stronę. - Chcę to wszystko naprawić. Nie później, nie jutro, tylko teraz. - słysząc te słowa, nawet jej brat się przymknął. - Nie słusznie cię oceniałem i tyle się wściekałem. Chciałbym zatrzeć złe wrażenie. - Rose jednak nie zbyt to przekonało. Już miała iść dalej z bratem, gdy nagle dodałem: - Przepraszam za wszystko. - odwróciła się zszokowana w moim kierunku. - W sumie też dziękuję... Gdyby nie ty to... - jakimś cudem na mają twarz, wkradł się delikatny uśmiech. - Nie oszukujmy się. Dawno by mnie tu nie było. - Rose totalnie zamurowało. - ... To jak? - spytałem, dalej trzymając wyciągnięta rękę w jej kierunku. - Zgodzisz się?
(Rose~? Zostawiam ci tę ważną decyzję)

4 lip 2019

Cal CD Rose

Miałem tego wszystkiego serdecznie dość. Miecz zniknął. Nie zmrużyłem oka od wczoraj. Przez te ciągłe rany, czuję się wyczerpany i wszystko mnie boli. Jeszcze teraz miałem nosić jakieś durne skrzynie. Od czego oni tu mają pracowników, żeby ja, członek trupy cyrkowej, miał nosić za nich durne pudła?! To jest istny skandal. Gdy tylko Rose zadała mi to jakże idiotyczne pytanie, poprawiłem rękawiczkę na dłoni i coś mruknąłem pod nosem.
- Od czegoś mam tę moc, nie? Muszę jej używać od czasu do czasu. - odpowiedziałem po chwili. - To nie ma w ogóle związku z tobą. Przyjmij do wiadomości, że świat nie kręci się tylko i wyłącznie wokół ciebie. - przewróciłem oczami i od razu się podniosłem.
- To, czemu akurat szukasz czegoś w mojej głowie?
- Odpowiedź jest bardzo prosta moja droga. - chcąc nie chcąc spojrzałem na dziewczynę. - Pierwsza stanęłaś w zasięgu mojego wzroku i wiesz o wiele więcej od innych na mój temat.
- Podejrzewasz mnie o coś? - spytała po chwili zastanowienia. Od razu parsknąłem śmiechem.
- Jedynie czegoś szukam. Jak tego nie znajdę, to pogadamy. - oznajmiłem, a potem znowu wniknąłem w jej umysł. Coś mi mówiło, że znajdę tam odpowiedzieć i swoją zgubę. Ona musiała być w to zamieszana. Nie ma innej możliwości. W końcu, który to już raz muszę być skazany na jej towarzystwo? W pośpiechu zacząłem skakać między jej wspomnieniami, aż nareszcie natrafiłem na coś interesującego. Jakiś koleś oddał jej mój miecz zeszłego wieczoru. - Co z nim zrobiłaś? - spytałem stanowczo, wbijając w nią rozwścieczone spojrzenie.
- Z czym niby? - zapytała zdziwiona, nie rozumiejąc, czemu tak zareagowałem.
- Nie zgrywaj idiotki. Co to był za koleś? Po cholerę zabrałaś od niego ten miecz?
- Dał mi go po prostu i kazał schować. Nie wiedziałam, że należy do ciebie. - starała się mi to wszystko wytłumaczyć, ale zaczęło ją powoli irytować moje zachowanie.
- Nie? Oczywiście. - przewróciłem oczami. Ani przez chwilę nie wierzyłem w jej naiwne tłumaczenia. Każdy może zdradzić każdego, a ona zdecydowanie już wiedziała za dużo. Nie ma się co dziwić, że zaczęła pomagać jakiemuś typkowi z Luksemburga. Pewnie to wysłannik mojego braciszka. Muszę znaleźć tego gościa i odzyskać miecz. - Gdzie go schowałaś? Gadaj. - rozkazałem, blokując jej moc. Skubana chciała mi zwiać. Czułem, że nie utrzymam jej długo. Byłem zbyt osłabiony, a moja moc wymaga koncentracji, której przez brak snu trochę mi brakuje. W dodatku sam siebie powstrzymywałem od kazania jej ciału, popełnienia samobójstwa. Wkurzyła mnie porządnie.
Koniec z końców zdołałem szybko z niej wydusić miejsce, w którym schowała moją zgubę. W sumie mogłem to znaleźć w jej głowie, ale nie mogę jednocześnie blokować jej mocy i grzebać jej we wspomnieniach. Gdy tylko oddałem jej władze nad ciałem i zdolnością, momentalnie zniknęła. Nie zaprzątałem sobie nią głowy. Od razu poszedłem do jej namiotu, aby odzyskać miecz. W środku było pusto, a na materacu było widać nie zbyt dokładnie zszytą dziurę. Szybko ją rozerwałem i wyjąłem miecz.
Nie zwlekając długo, wróciłem do siebie. Muszę go schować w jakimś lepszym miejscu. Rozejrzałem się po bałaganie, jaki panował w moim namiocie. Dalej nie posprzątałem po tym intruzie. Po cholerę mu on był? Gdzie się teraz schował?

Sprawca tego całego zamieszania siedział na tyłku przywiązany do krzesła. Nie było trudno go znaleźć. Można nawet powiedzieć, że sam mi się podłożył. Miałem zamiar wydusić z niego wszystkie informacje. Chociaż bez użycia moich mocy się nie obejdzie.
- Może mi powiesz, o co tutaj chodzi? - spytałem, oglądając telefon, który wyjąłem z kieszeni temu złodziejowi. Ten rzecz jasna nie chciał gadać. Jedynie uważnie obserwował, co robię. Usiadłem za swoim biurkiem i zacząłem grzebać w tym telefonie znudzony. Miał ze sobą w dodatku torbę, ale nic w niej nie było ciekawego. Parę noży, pistolet i list gończy w moim rodzimym języku z moją podobizną. Znalazłem też paszport i pieniądze. Był albo jakimś łowcą głów i zwyczajnie chciał zgarnąć forsę za moją głowę, albo po prostu wysłannikiem mojego braciszka. Tylko dalej nie wiem, po co był mu mój miecz. Nie zdążyłem się nad tym porządnie zastanowić, gdyż do mojego namiotu zaglądnął Pik. Już od razu wiedziałem, że nie zbyt jest zadowolony z pracy mojej i Rose, ale teraz głównie chodziło mu o wstęp, który miał się już lada moment zacząć. A przyszedł po to, aby zagonić mnie do roboty. W końcu wszyscy są gotowi tylko nie ja. Było mi zostawać członkiem zaawansowanej grupy. Mogłem zostać kolejnym pracownikiem. Miałbym przynajmniej spokój. W końcu pracowników jest tu trzy razy więcej od samych artystów. Na szczęście w namiocie panował półmrok. Pik zauważył gościa na krześle, ale nie było widać, że jest związany, więc nawet tego nie komentował. Jedynie kazał mi się pośpieszyć, bo na widowni zasiedli dzisiaj bardzo ważni goście. Szybko go spławiłem i zabrałem swój strój na występ, a zbrodniarza zostawiłem w namiocie. Może było to dość ryzykowne, ale nie sądziłem, że będzie w stanie się uwolnić.
Po drodze do głównego namiotu minąłem Rose, która już była w swoim stroju wróżbitki. Nie potrzebowałem mocy, by zobaczyć, że dość dziwnie się zachowuje. Była jakaś poddenerwowana. Od razu zacząłem podejrzewać, kim są ci ważni goście. Tylko po co jej rodzinka tu się zjawiła? Czyżby byli na jakiś wakacjach? Długo się nad tym nie zastanawiałem. Gdy tylko wyszedłem na scenę, miałem okazję pogrzebać im wszystkim w główkach i bez problemu doprowadzić mój pokaz do końca. Wiedziałem już wszystko.

(Rose~? 865 słów)

29 kwi 2019

Cal CD Rose

Ta zabawa od początku mi się nie podobała. Klon deptał mi po piętach i nie dawał spokoju. Moja irytacja wzrastała z minuty na minutę. Ten demon mnie jeszcze popamięta. Chcąc nie chcąc musiałem znaleźć tą Rose. Ja mam unikać jej klona, a ona sobie tu spokojnie chodzić?! Nie ma takiej opcji. Oczywiście z czasem zacząłem jej szukać. Długo mi to nie zajęło. Dziewczyna siedziała w bufecie, spokojnie popijając herbatkę. Szybko udało mi się ją zlokalizować. Oczywiście, panienka się zastanawiała czego mogłem chcieć. Jej umysł jest otwartą księgą, z której mogę czytać co chcę i kiedy chcę z większej odległości. Jest to w pewnym sensie udogodnienie, ale nie chce już z nią gadać. Niestety jeszcze muszę. A czego mogłem od niej chcieć? Prosta sprawa. Musiałem się na kogoś wydrzeć, a to przez nią i tego demona znowu tkwię w jakimś kiepskim bagnie, którego mogę się wydostać, dopiero gdy ją pocałuje. To musi być jakiś nieśmieszny żart. Nie ma na świecie nic bardziej ohydnego od czegoś takiego. Niestety nie ma się co oszukiwać. To żaden żart, tylko rzeczywistość. Od razu ruszyłem w jej stronę widocznie wkurzony.
- Naprawdę co ty sobie myślisz? To nie jest tylko mój problem. Chce ci przypomnieć, że to twój klon gania po całym cyrku, a ty tak sobie zwyczajnie popijasz herbatkę jak gdyby nigdy nic.
Głupie tłumaczenia, że jesteś zmęczona tym wszystkim nie pomoże. Odpoczywa się dopiero po skończonej robocie, a nie...
Nie zdążyłem skończyć. Dziewczyna zirytowana wstała z miejsca, złapała mnie za nadgarstek i przeniosła nas w jakieś miejsce. Sam nie wiem, gdzie wtedy stałem. Za nim w ogóle zdążyłem zareagować, przycisnęła swoje wargi do moich. W momencie stanąłem, jak wryty. Jednocześnie zrobiło mi się niedobrze i słabo. Od razu odsunąłem się od niej, ledwo co stojąc na nogach. Był to w zasadzie pocałunek i ten klon powinien zniknąć. Tyle dobrze. Dziewczyna bez zbędnych ceregieli zniknęła i zostawiła mnie gdzieś tutaj. Parę sekund później zwyczajnie zwróciłem swój obiad w jakieś krzaczory, a potem zemdlałem. Nasze usta się dotknęły. To jakiś koszmar. Było mi tak niedobrze.
Szczerze nie wiem, kiedy odzyskałem przytomność. Leżałem w tym samym miejscu, gdzie wcześniej straciłem przytomność. Było to miejsce gdzieś na skraju lasu. W oddali widziałem cyrk. Słońce zaczęło wychodzić znad horyzontu. Czyżby ranek? Dalej czułem się słabo, jednak od razu postanowiłem wrócić do cyrku.
Gdy już dotarłem do namiotu, okazało się, że miałem w nocy gościa. Wszystkie moje rzeczy były porozrzucane w totalnym nieładzie po całym namiocie. Zniknęła pamiątka po moim ojcu - miecz, którym pozbawiłem go głowy. Czyżby w cyrku był jakiś wysłannik mojego braciszka? Poza tym nie zauważyłem, żeby jeszcze coś zniknęło. Po co to komuś było? Może był to ten demon? Mogłem się jedynie nad tym zastanawiać, ale najważniejsze jest żeby ten miecz się szybko znalazł i żeby moja tajemnica nie wyszła na światło dzienne. Od razu opuściłem namiot i jak to miałem w zwyczaju - zacząłem szukać informacji. Kręciłem się wokół ludzi z cyrku i zaglądałem niepostrzeżenie do ich umysłu. Koniec z końców w moim zasięgu wzroku znowu znalazła się Rose. Z tego, co już zdołałem się dowiedzieć. Pik dał mi i jej jakieś wspólne zadanie. Naprawdę nie miałem na to ochoty. Gdy tylko przede mną stanęła, przewróciłem oczami.
- Nic nie musisz mówić. Wszystko wiem i od razu mówię, że nie mam czasu na takie rzeczy. Znajdź sobie kogoś innego.
(Rose?)

22 mar 2019

Cal CD Rose&Vivi

Już miałem dość tego klona. Miałem dość demona, miałem dość tej całej Rose. Czemu ja nie mogę mieć, chociaż na chwilę spokoju? Po minięciu się z tym durnym pomiotem szatana udało mi się zgubić klona. Nie wiem na jak długo, ale przynajmniej mogę na chwilę odsapnąć. Usiadłem na jednej ze skrzynek za którymś z ostatnich namiotów. Moja chwila odpoczynku nie trwała za długo. Rose mnie znalazła. Miałem się znowu rzucić biegiem przed siebie, jednak to nie był klon. Dziewczyna od razu stanęła przede mną:
- Już wiem, jak się pozbyć tego klona. - oznajmiła, widocznie dumna z siebie. Ja jedynie przewróciłem oczami.
- Więc jak? - spytałem dość niechętnie. To na pewno nie było nic prostego ani przyjemnego. Dziewczyna od razu zrobiła jakąś nie zbyt entuzjastyczną minę. Wręcz taką, jakby się czymś brzydziła. Gdy tylko usłyszałem, o co jej chodzi, to się w ogóle jej nie dziwię.
- ... Musimy się pocałować. - odpowiedziała. Oboje się w tym momencie skrzywiliśmy, patrząc na siebie nawzajem.
- Nie ma takiej opcji. Nie będę całować byle wieśniary, która uciekła z domu, bo ją ignorowali. - stwierdziłem, odsuwając się bardziej od niej. Rose była jednocześnie zszokowana i zirytowana. Wiem, może trochę przesadziłem, ale NIE ZGODZĘ SIĘ na to nigdy. Nasze usta miałyby się dotknąć. Już mi się robiło niedobrze na samą myśl o tym.
- A ja nie będę całować byłego księciunia, który po nocach łazi po lasach w dodatku nago. - oznajmiła, dumnie unosząc głowę. Niech se nie myśli, że wygrała. Nie po to tu jestem, żeby się z nią przegadywać. Dlatego jedynie przewróciłem oczami i postanowiłem zignorować jej odpowiedź.
- Skoro tak to nie mamy już o czym rozmawiać. Na pewno istnieje o wiele lepsze wyjście. - stwierdziłem i spokojnie od niej odszedłem. Udałem się do tego demona. Po raz kolejny utrudnia mi pracę, a jak przychodzi co do czego, to narzeka. Jak mam się skupić na planie, skoro ciągle mi zawraca głowę?

(Rose?Vivi?)

28 sty 2019

Cal CD Rose&Vivi

Publiczność zamarła. Cały namiot ogarnął mrok. Na trybunach dało się usłyszeć ciche syczenie i wyczuć jak coś pełźnie między nogami ludzi. Wraz z syczeniem do namiotu powoli zaczął się wkradać strach i niepokój. Nikt tak na dobrą sprawę nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. W końcu kto by pomyślał, że wypuściłem dwanaście węży prosto w ludzi. Nikt nie zaczął panikować, nikt nie krzyczał... Totalna cisza. Światła reflektorów oświetliły arenę. Stałem na samym środku ze spokojnym wyrazem twarzy. Ręce miałem z przodu, a dokładnie położone na trupiej główce mojej laski. Lekko uderzyłem nią o podłoże. Różnej wielkości węże od razu wyskoczyły z widowni i zaczęły krążyć wokół mnie. Sterowałem nimi laską. Robiły, co tylko zechciałem. Niektóre sztuczki były dość spektakularne. Publiczność była zachwycona. Węże były porozrzucane po całej arenie. Jeden nawet wił się po moim ciele. To było jednak nic. Gwoździem programu był mój dziesięciometrowy pyton. Jest to największy wąż na świecie. Warto się nim pochwalić. Mój występ zaczął się dość nietypowo, ale postanowiłem go skończyć tradycyjnie. Parę węży zabrało moją laskę, a ja wyczarowałem nagle w swoich dłoniach.... Od razu zacząłem grać. Nie było to trudne. Zamknąłem oczy. Wszystkie mniejsze węże się uspokoiły i skupiły się w jednym miejscu gdzieś z boku areny. Gdy melodia grana przeze mnie zdążyła już porządnie wybrzmieć przez główne wejście, do namiotu wpełzł wielki pyton. Był idealnie duży, by okrążyć całą arenę. Jego łeb zatrzymał się totalnie przede mną. Zaczął syczeć. Widocznie był niezadowolony. Wyglądał tak, jakby miał się na mnie zaraz rzucić ze swoimi ostrymi, wielkimi kłami jadowymi.Rzecz jasna tego nie zrobił. Ja wciąż grałem. Jednak otworzyłem oczy i spojrzałem na węża. Wąż uniósł głowę i trochę tułowia, zaczynając się kołysać na boki do rytmu. Potem już zacząłem się z nim bawić jak ze zwyczajnym pieskiem. Ludziom to najbardziej przypadło do gustu. Pod koniec występu gad wyszedł tak samo, jak wszedł. Natomiast jego kolegów sam odprawiłem bez jakiegoś wielkiego problemu. Po wężach nie było śladu. Ukłoniłem się. Wszyscy bili brawa, a jaką dostałem pokaźną sumkę za występ. Czuje się jak najprawdziwszy król rozrywki. Po występie od razu poszedłem do swojego namiotu. Używanie mocy na dwunastu wężach nie jest takie proste. Węże są głupie, ale nie dają tak łatwo sobą zawładnąć. Z tego powodu, że mają mniejsze móżdżki, mogę chociaż parę na raz kontrolować. Gdy już miałem zniknąć w swoim namiocie, zaczepiła mnie ta wróżbitka. Od razu wydawało mi się to trochę dziwne. Po co mnie zaczepia? W dodatku coś mnie blokowało i nie mogłem wniknąć do jej umysłu, by poznać odpowiedź.- Nie zawracaj mi teraz głowy. - odezwałem się dość znudzonym tonem. Miałem jej już dość.
- Spokojnie. To potrwa tylko chwilę.
- Nie mam nawet chwili. - po tych słowach od razu wszedłem do siebie. Ona ruszyła za mną. Za nim zdążyłem się zorientować, wykręciła mi rękę do tyłu i przyłożyła nóż do gardła. Od razu zrobiło mi się słabo. Dotykała mnie! Starałem się zachować zdrowy rozsądek, jednak panika zaczęła przejmować kontrolę. Zamarłem w bezruchu z nożem przy gardle, który coraz mocniej wbijał się w moją szyję. Przeleciałem wzrokiem po pokoju i nagle mnie olśniło:
- Gdzie jesteś, zdechlaku?! - wróżbitka spojrzała na mnie zdziwiona i odsunęła nóż od szyi.
- Przecież nie masz żadnego zwierzaka. - nie wiedziała, co ja takiego wygaduje. Sekundę później dziesięciometrowy pyton owinął się wokół dziewczyny, a ja spokojnie odszedłem od niej. - Co to jest?!
- Zdziwiona? - poprawiłem rękawiczkę. Panika zniknęła w sekundzie. Spojrzałem na nią kątem oka z lekkim uśmieszkiem. - To jest pyton. Wiesz, taki wąż. Uduś panią. - rozkazałem, a wąż od razu zaczął to robić. Na nią to jednak nie działało. Koniec z końców odwołałem węża, a ta znowu zaczęła mnie atakować nożem. Nie chciałem, żeby mi coś tutaj rozwaliła, więc wybiegłem z namiotu. Chwilę później wpadłem na drugą Rose, a jakaś druga wciąż mnie goniła. To na stówę sprawka tego pomiotu szatana.

(Rose? Vivi?)

5 sty 2019

Cal CD Rose & Vivi

- Moja rodzina należy już do przeszłości. Zostałem sam. Nie ukrywam, że twój monolog wręcz chwycił mnie za serce. Jednakże musisz zrozumieć jedną rzecz.- odparłem spokojnym tonem, ignorując tego kota, który się ciągle na mnie gapił.- Mi się nigdzie nie śpieszy. Nie życzę sobie nazywania mnie tchórzem. Zwyczajnie nie mam czasu, a ty jeszcze bardziej odciągasz mnie od tej zemsty. Nie będę nic ci tu obiecywał. Szczerze nie obchodzi mnie twoje zdanie na mój temat. Mów se co chcesz. Moja przykrywka ma zostać nietknięta, dopóki nie skończę planu.
- Ależ Tyberiaszu tu nie ma czego planować. Musisz się stawić na zamku.
- Nie chce tego zrobić byle jak. Chcę wszystkim udowodnić, jaka jest prawda i odzyskać honor oraz dobre imię. Zabierz stąd tego pchlarza i nie życzę sobie więcej już takich akcji.- skończyłem i zwyczajnie poszedłem przed siebie z dumnie uniesioną głową.
- Tak jest wasza wysokość.- ukłonił się, gdy tylko koło niego przechodziłem. Potem już zajął się kotem. Ja natomiast planowałem opuścić te ruiny i w spokoju się nad tym wszystkim zastanowić. Niestety nie było mi dane tego zrobić. Na mojej drodze pojawiła się Rose.
- No proszę. Jednak Cię to kocisko nie zjadło.- odezwała się jako pierwsza.
- Z tego, co widzę, tobie się niestety oberwało.- spojrzałem na jej ramię. Szkoda, że moja moc jeszcze nie działa. Ciekawe odkąd już tu jest.
- O dziwo ty jesteś cały.
- Nie mam już w planach być niczyją ofiarą. Nic mnie już nawet palcem nie tknie. Poza tym myślałem, że zostaniesz w cyrku.- minąłem ją i poszedłem dalej.
- Niestety musiałam się wrócić.- ruszyła za mną.
- Nawet nie pytam czemu. Nie interesuję mnie to.- zamilkłem. Ona z resztą też. Po paru chwilach już opuściliśmy ruiny. Kompletnie nie wiedziałem, gdzie jesteśmy.
- To mogę nas już zabrać do cyrku. Złap mnie za rękę.- odezwała się, wyciągając rękę w moją stronę. Spojrzałem na dziewczynę, a potem na jej rękę. Nie była to za bardzo kusząca propozycja. Jednak koniec z końców złapałem jej rękę. Na szczęście miałem rękawiczki. Nie minęła nawet sekunda, a my już staliśmy przy namiotach. Od razu puściłem jej rękę.
- To by było na tyle.- poprawiłem rękaw koszuli. Przy okazji spojrzałem na nią. W momencie wniknąłem w jej myśli i wspomnienia. Słyszała wszystko. Pokręciłem jedynie głową i westchnąłem.- Och Rose, Rose. - okrążyłem ją.- Niech to zostanie między nami. Nie pragnę żadnego rozgłosu.

(Rose?Vivi?)

24 gru 2018

Cal CD Rose & Vivi


- Pożałujesz tego.- warknąłem, a zdziwienie szybko zmieniło się w gniew. Nie miałem czasu, żeby z nim dyskutować. Moja moc nie działała. Jestem w totalnym bagnie. Przerośnięty kot od razu rzucił się na mnie. W ostatniej chwili zdążyłem uciec. Nie zatrzymywałem się. Ciągle biegłem przed siebie, słysząc za plecami rechot tego pomiotu szatana. Szybko też na swojej drodze spotkałem Rose. Skąd ona tutaj?! Po prostu tylko jej tu brakowało.
- Uciekaj!- krzyknąłem. Dziewczyna w momencie rzuciła się do biegu. Kot deptał nam po piętach. W ułamku sekundy skoczył i zagrodził nam drogę. Od razu zawróciłem i pobiegłem w drugą stronę, a Rose oczywiście pobiegła tuż za mną. Nie widząc innej drogi. Wbiegłem razem z nią na jakieś dość potężne stare schody. Co to były za ruiny? Jakiegoś zamku? Mega wielkiej starej willi? Jakiejś świątyni? Kot wskoczył na te schody, oczywiście je rozwalając. Dosłownie je przebił.
Stopnie pod naszymi stopami też zaczęły pękać i nagle już zsunąłem się razem z Rose prosto w dół na tego kota, którego trochę przysypały te gruzy. Byłem tak wystarczająco blisko, że udało mi się kopnąć go prosto w jedno oko. Kot wydał z siebie coś w rodzaju ryku i odskoczył w tył. Sekundę później już zobaczyłem wielką łapę, która uderzyła o gruzy centralnie koło mnie. Zdążyłem uciec do przodu, ale Rose spadła gdzieś w bok prosto z tych ruin na ziemię. Kot od razu się nią zainteresował. Z jednego oka ciekła mu krew. Porządnie mu przywaliłem. Dziewczyna podniosła się z ziemi i zaczęła się cofać, ciągle wpatrując się w kota przerażonym wzrokiem. Nie mogłem jej tak teraz zostawić. W końcu to przeze mnie jest wplątana w to wszystko. Bez zastanowienia rzuciłem w kota jednym z większych kamieni.
- Hej! Tutaj ty wredna kocia gębo!- krzyknąłem i posłałem jeszcze parę kamieni prosto w pysk przerośniętego kota. Ten od razu zwrócił na mnie uwagę. Rzuciłem się do biegu. Pchlarz zostawił Rose w spokoju i ruszył za mną. Szczerze już traciłem siły. Jeszcze w życiu tyle nie biegałem.... No może wtedy, gdy uciekałem z zamku. Szybko wślizgnąłem się do jakiejś dziury w dość grubym murze. Na chwilę zatrzymał on kota. Zdołał przez dziurę jedynie włożyć łapę. Ja w tym czasie dalej biegłem. Serce waliło mi jak oszalałe. W oddali było słychać grzmoty. Świetnie. Jeszcze mi tu burzy brakowało. Słońce zaczęło się chować za szarymi chmurami. Przedzierałem się przez zarośla. Biegłem przed siebie. Nie istotne dokąd. Byleby zwiać przez tym kotem i przeżyć. Oby Rose nic się nie stało.
(Rose? Vivi?)

18 lis 2018

Cal CD Rose & Vivi

Nie nie nie nie nie. W życiu nie wezmę nic do ust od tego demona. Pomyśleć, że mógł tam wsadzić jakąś trutkę na szczury albo nie wiadomo jakie świństwo, żebym się szybko z życiem pożegnał. Jednak on dobrze wie, że mam pewnego rodzaju - można to nazwać słabością, chociaż nie do końca - do czekolady. Niestety. Tym razem się nie poczęstuję.
- Zabieraj to ode mnie. - wywaliłem talerz z deserem prosto na ziemię.- Wynocha z mojego pokoju.- oznajmiłem stanowczo demonowi.- I sprzątnij to.- dodałem po chwili. Wstałem z łóżka i usiadłem za biurkiem.
- Oczywiście Tyberiaszu.- odpowiedział demon i pstryknięciem palców sprawił, że talerz i czekoladowa słodycz zniknęły.
- Wyjdź stąd. Nie chcę cię tutaj już widzieć.
- Nie da się grzeczniej? - spytał, kierując się do drzwi. Ja jedynie przewróciłem oczami i zajrzałem do notatek, które leżały na moim biurku.
***
Na ziemię pada światło księżyca, dość jasne, żeby rozproszyć nocne ciemności. W srebrzystej poświacie... Nie ma sensu tak wszystkiego poetycko opisywać. Nie ma sensu sprawiać słowami, że świat jest czymś pięknym. To jedynie rozprasza i odwraca uwagę od ważnych spraw. Jedynie marzyciele się zajmują takimi głupotami. Stałem na polu jakiegoś zboża. Oczywiście jest noc i księżyc w pełni. Zerwał się dość chłodny wiatr. Gdy tylko się odwróciłem, zobaczyłem za sobą mały szałas. Każdy na moim miejscu pewnie by tam wszedł. Ja jednak poszedłem w przeciwną stronę. Nie mam ochoty na żadne przygody. Jednak szybko i, tak czy siak, znalazłem się w środku. Porąbane. Za nim skumałem, gdzie się znajduje. Siedziałem już przed jakimś stole, na którego środku była szklana kula. No cudnie jeszcze jakichś głupich przepowiedni mi brakowało. Poczułem dziwny przeszywający ból, który ogarnął całe moje ciało. Czemu zawsze muszę cierpieć?! Wszystko zaczęło się rozmazywać. Jednak trzy karty, które ukazały się na stoliku przede mną. Były aż za wyraźne. Nie znam się na tym, ale nie sądzę, że to coś dobrego. Mam pecha w życiu. Nagle znowu zerwał się wiatr, który porwał cały ten szałas. Ból ustał i została ciemność...
***
Poderwałem lekko głowę do góry, otwierając oczy. Znowu zasnąłem z głową na biurku. Jak tak dalej pójdzie, moje kości będą się buntować. Z tego, co widzę, na moim zegarku jest trzecia nad ranem. Jeszcze lepiej. Nie mogłem się zwyczajnie rano obudzić? Przeczesałem włosy to tyłu ręką. Oparłem się na krześle i odchyliłem głowę do tyłu. Zacząłem myśleć, chociaż wiadome, że lepiej jest pójść spać. Niestety nie mogłem. Co to miało być? Jakieś durne karty mi podświadomość pokazuje i teraz ciągle mi to chodzi po głowie. Nie da mi to spokoju. Wyszedłem z namiotu. Po dość długim spacerku w ciemnościach w końcu znalazłem to, czego szukałem. Czyli niestety namiot tej całej Rose. Znowu tam wejdę bez pytania, ale już trudno. Dziewczyna spokojnie spała w swoim łóżku. Ja natomiast musiałem znaleźć jedną rzecz - te jej karty. Nie poszło tak łatwo, jak myślałem. Było ciemno. Nie ułatwiło mi to w ogóle sprawy. Jednak koniec z końców je znalazłem. Dziewczyna dalej spała. Chociaż tyle. Stanąłem przed wyjściem z namiotu i zacząłem przeglądać te karty. Znalazłem trzy dość podobne. Tylko teraz... Co to za dziwne obrazki? Czemu świat musi mi tak życie utrudniać? Chcąc nie chcąc stanąłem nad łóżkiem śpiącej Rose. To wiadome, że nie mogę z tym poczekać do rana. Ugh nie wierzę, że to robię. Szturchnąłem ją delikatnie w ramie swoją ręką, wiecznie schowaną w skórzanej rękawiczce. O mało co w twarz nie oberwałem. Zerwała się na równe nogi od razu. Co za nerwowa kobieta. Mam pokojowe zamiary.
- Ooo dzień dobry, jak się spało? - spytałem. Od razu też użyłem swojej mocy, by ją uciszyć. Nie chcę tutaj osób trzecich. Dziewczyna była tym zszokowana. Niby usta się otwierały, ale dźwięk nie wychodził.- Teraz mnie słuchaj uważnie. Pozwolę ci mówić, ale pod warunkiem, że mi pomożesz i ładnie odpowiesz bez zadawania zbędnych pytań.- skończyłem.- Umowa stoi? - spytałem dla pewności. Dziewczyna nie była widocznie za bardzo do tego przekonana. Jednak koniec z końców pokiwała głową. Zgodnie z umową sprawiłem, że mogła znów mówić.
- O co ci chodzi? Nie możesz z tym poczekać do rana?- spytała trochę zirytowana.
- Nie mogę.- odpowiedziałem. Przy okazji pokazałem jej te trzy karty.- Co one znaczą?

<Rose? Vivi?>

7 paź 2018

Cal CD Rose & Vivi

Los się do mnie już nigdy nie uśmiechnie. W ogóle nigdy się nie uśmiechnął. Zawsze odczuwam... Że mam pod górkę i z każdym dniem coraz bardziej. Nikt mi nie powiedział, że życie będzie łatwe i usłane różami, ale chciałbym raz odetchnąć w spokoju i się wyciszyć. Występ to była dla mnie tylko kolejna dawka stresu w dodatku za marne grosze. Ta cała wróżbitka zarobi dzisiaj o wiele więcej niż ja przez okrągły miesiąc. Stałem oparty o jakieś skrzynie i obserwując, jak jej interes się kręci. Naprawdę. Czemu ludzie są aż tak głupi, żeby wierzyć w takie dziwne wróżby? Raz się sprawdzi, a za kolejny razem nic z tego. Nagle poczułem, jak coś miękkiego ociera się o moją nogę. Miałem nadzieję, że to będzie normalny kot, ale niestety tak nie było. Ten demon mnie znalazł i teraz nie da mi spokoju. Serio. Prędzej czy później wyzionę ducha i ta piekielna istota dostanie to, co chciała. Nie chciałem być z tym kotem sam na sam. Szybko więc skierowałem swoje kroki przed siebie. Nagle jakiś idiota wepchnął mnie prosto na stoisko dziewczyny. Tak oto znalazłem się na samym początku kolejki.
- O proszę, ale niespodzianka.- odezwała się, widząc mnie przed sobą. Ja jedynie poprawiłem rękaw mojego nowego stroju na występy.
- Nie wierzę w takie bzdety, ale skoro już tu jestem, to przepowiedz mi moją przyszłość.- dziewczyna bez słowa zajęła się wróżeniem. Szczerze to mało mnie obchodziło, co tam wywróży. Nagle jednak ten durny kot wskoczył na stół i rozsypał wszystkie karty. Bezczelnie jeszcze położył łapkę na karcie ze śmiercią i znacząco na mnie spojrzał. Oczywiście nie było widać, że mnie to poruszyło, ale w środku totalnie już byłem przerażony tą całą sytuacją.
- Fatalne tu masz warunki. Byle kot ci wszystko rozwalił. Pierwszy i ostatni raz tu przyszedłem.- po tym słowach skierowałem się do swojego namiotu, zostawiając dziewczynę i tego kota.

Zostałem sam. Demon się odczepił. Oczywiste, że wróci i będzie mnie dalej prześladował. Zastanawiałem się, kiedy i co on teraz robi. Może obmyśla plan jak bardziej mnie zmasakrować? Albo uśmiercić tak na dobre, żeby zdobyć tę moją duszę. Moje przemyślenia przerwała dziwna dziewczyna krążąca między namiotami. Starałem się nie zwracać na nią uwagi i szedłem dalej. Jednak szybko zagrodziła mi drogę parę kroków od mojego namiotu.
- O nareszcie jakaś osoba.- odezwała się do mnie i od razu przytuliła. Miała długie jasne włosy i suknie z poprzedniej epoki. Trudno mi było określić detale. Nie przyjrzałem się jej dobrze i nie chciałem. Od razu, gdy tylko objęła mnie swoimi rękami, ogarnęła mnie panika. Co to za wariatka?! Jakim prawem mnie dotyka?!
- Idealnie się składa. Mój pan potrzebuje twojej duszy.- po tych słowach poczułem przeszywający ból w klatce piersiowej. Nie zdążyłem nawet zareagować i już miałem wbity sztylet prosto przy sercu. Dziewczyna od razu mnie puściła, więc zgodnie z prawem grawitacji wylądowałem na ziemi. Jak tak dalej pójdzie, to kopnę w kalendarz. Szybkim ruchem wyciągłem sztylet, przez co bardziej powiększyłem swoją ranę. Resztką wziąłem się za ucieczkę. Co mi innego pozostało? Uciekam już całe życie.
- Odważny jesteś, skoro próbujesz uciekać w takim stanie. Oh, a może po prostu lubisz się bawić w chowanego?- spytała, stojąc w miejscu. Szybko znikłem za jakimś namiotem, a echem ciągły się za mną słowa tej dziewczyny: "Doskonale. Policzę do stu, a ty biegnij i szukaj kryjówki. I tak nie uciekniesz przed śmiercią... "
Ostatnią resztką sił wpadłem do czyjegoś namiotu. Oparłem się o jakiś kufer, sapiąc i ściskając ranę dłonią schowaną w rękawiczce. Serio umrę... To już koniec.
- Moje kondolencje Tyberiaszu.- pojawił się przede mną ten cały pielęgniarz, którego spotkałem wtedy w lesie. Tym razem jednak miał lisie uszy i dziewięć ogonów.
- Znowu ty.
- Nie uczyli cię na zamku, że do dorosłych nie mówi się per ty? Ależ z ciebie niewychowane dziecko.
- Dziecko?! N-nie nazywaj mnie tak.
- Podziwiam twój hart ducha, w najlepszym razie została ci godzina.
- Że co?... Nie. Koniec tego.- zerwałem opaskę z oka.- Nie taka była umowa!- demon jedyne co zrobił, to nachylił się do mnie i złapał za podbródek. Przysunął swoją twarz bliżej do mojej (zdecydowanie za blisko) i wypatrywał się w moje oko z pentagramem. On mnie dotyka. On mnie dotyka. Ludzie zróbcie coś, on mnie dotyka. Jest za blisko i mnie dotyka. Zacząłem totalnie panikować, ale on nic sobie z tego nie robił.
- A tak długo czekałem na tę chwilę. Niestety masz rację.- puścił mnie i się wyprostował. Od razu mi ulżyło, a rana w klatce piersiowej zaczęła znikać. Już miałem założyć opaskę na oko, ale nagle do środka weszła Rose. To jest jej namiot?!

<Rose?Vivi?>

21 wrz 2018

Cal CD Rose & Vivi

Koszmaru ciąg dalszy. Zjawiła się Rose i na mnie spadła, a teraz jeszcze ten idiota się przypałętał. Ubrałem ten szlafrok, stojąc o własnych siłach.
- Nawet mnie nie denerwuj.- tym razem powstrzymałem się od podniesienia głosu i w miarę zapanowałem nad swoją złością. Tamtego to bawiło, Rose zamilkła. Nie mogłem tak tam stać. Od razu ruszyłem w stronę... Chyba cyrku... W sumie nie wiem.
- Hej! Zaczekaj!- krzyknęła za mną dziewczyna. Szczerze już miałem jej dość. Czemu kobiety nigdy się nie słuchają?! Minąłem tego dziwnego kolesia i poszedłem dalej. Jednak szybko nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Za nim wylądowałem na ziemi. Ktoś mnie złapał.
- Ojeju. Ostrożnie Tyberiaszu.- odezwał się ten facet. Skąd on do diabła znał moje imię?! Zrobiło mi się totalnie słabo.
- Po... Postaw mnie...już!- krzykłem. Z trudem już utrzymywałem otwarte oczy. Cała energia mnie opuściła. Czułem się jak jakiś dziurawy balon, z którego uciekała resztka powietrza. Mężczyzna zignorował mój rozkaz. Za nim ogarnęła mnie ciemność, przyjrzałem się mu uważnie.-S... Skąd ty...- przerwałem pytanie. W momencie zamknąłem oczy. Nie widziałem go wcześniej. Skąd zna moje imię? Za nim totalnie odpłynąłem, usłyszałem jeszcze w głowie cichy szept: "I tak nie uciekniesz przed śmiercią." Potem już straciłem przytomność na dobre...
Otworzyłem oczy, podrywając się do góry. Odruchowo zakryłem ręką oko, które ma w sobie dowód mojej umowy z demonem. Całe ciało strasznie mnie bolało. Leżałem spokojnie w swoim łóżku. Tyle dobrze. Byłem sam i nikt nade mną nie sterczał. Odetchnąłem cicho z wyraźną ulgą. Ciekawe, jak długo spałem. Rozejrzałem się po swoim namiocie. Wszystko było w prawie nienaruszonym stanie. Jednak wyraźnie dało się zauważyć, że ktoś grzebał w moim biurku i ciuchach. Jak chociaż jedna z moich rzeczy zniknęła, to ukatrupię tego złodzieja. Pomimo bólu wstałem z łóżka. Nie mogłem znieść tego braku moich ubrań, a szczególnie rękawiczek. Ta druga skóra. Bez nich (rękawiczek) nie mógłbym nigdy normalnie funkcjonować. Jakoś doszedłem do ubrań. Jednak założenie ich zajęło mi o wiele dłużej niż zazwyczaj. Naprawdę. Jak ja żałuję, że nie mam tutaj służby. Zawsze ich nie ma, gdy ich najbardziej potrzebujesz.
Godzina ubierania zmieniła się w prawie dwie. Koszule zapinałem trzy razy od nowa. Palce bolały mnie, jak nie wiem co. Nie mówiąc już o całej reszcie ciała. Jednak koniec z końców udało mi się ubrać. Usiadłem na ziemi, opierając się o łóżko. Nie miałem już sił na nie wchodzić. Poza tym musiałem jeszcze znaleźć swoją przepaskę na to diabelskie oko. Ledwo co zdążyłem usiąść i usłyszałem kroki przy moim namiocie. Naprawdę nie mam teraz ochoty na gości ani na żadne pogaduchy. Oczywiście, kogo to obchodzi?

<Rose? Vivi?>

3 wrz 2018

Cal CD Rose & Vivi

No super. Miała się trzymać z daleka, a teraz przez nią jestem skazany na czyjąś pomoc. W dodatku zabrała mi laskę. Zacząłem się zastanawiać nad opcją z pielęgniarzem, ale gościa nie zdążyłem poznać. Kto wie, może będzie chciał amputować tę nogę.
- Możesz mnie przenieść do namiotu i dać apteczkę. Wtedy sobie już sam poradzę.- odpowiedziałem, prostując się i patrząc na nią z góry zimnym spojrzeniem mojego jednego oka. Dziewczyna nie była za bardzo zadowolona tym wyjściem, ale koniec z końców się zgodziła. Pomogła mi się dostać do namiotu, a potem przyniosła mi tę apteczkę.
- Super możesz już iść.- zająłem się swoją nogą. Nie miałem ochoty ani na jej pomoc, ani na rozmowy. Rose za to patrzyła, co robię, ale chcąc nie chcąc w końcu wyszła i zostawiła mnie w spokoju. W miarę zająłem się tą kostką. Szczerze nie znam się na tym i stwierdziłem, że mi to nie pomoże. Następnie już wziąłem się za skończenie liczenia moich monet.
Gdzieś z dwie godziny później moje ciało zwyczajnie wstało od biurka. Zdziwiłem się tym faktem. Nie chciałem nigdzie iść. Straciłem kontrolę nad ruchami. Poszedłem w stronę lasu. Starałem to sobie jakoś wytłumaczyć, ale się nie dało. Jakie może być racjonalne wyjście z tej sytuacji? No nie ma. W końcu stanąłem przed lasem. Poczułem przeszywający ból w kościach. Zaczęły się jakby łamać i przesuwać. Od razu padłem na ziemię. Parę chwil później stałem się jedynie obserwatorem. Nie mogłem nic zrobić. Byłem zszokowany tym wszystkim. Coś mnie opętało czy jak? Nie wiedziałem co o tym myśleć. Po raz kolejny nie mając władzy, nad własnym ciałem zabijałem ludzi! Nawet niewłasnym ciałem. Z tego, co udało mi się zaobserwować. Wyglądałem jak jakiś biały lis...może wilk. Sam nie wiem.
Mój koszmar skończył się równo o północy. Moje ciało wróciło do normalnego stanu. Leżałem w samym środku lasu. Bez ubrań. Mając w buzi i na rękach krew, a koło mnie leżał trup sarny. Zdołałem się podnieść. Jednak było to strasznie bolesne. Wtedy właśnie skumałem, że nie mam ubrań. Nic na sobie! Zacząłem panikować. Chociaż było ciemno i nikt mnie nie widział. Nawet nikogo tu nie było. Jednak to uczucie było okropne. Słabo mi się zrobiło, jak poczułem w ustach krew i gdy zobaczyłem ją na rękach. Po raz pierwszy nie wiedziałem co zrobić. Chwilę później usłyszałem w oddali czyjeś kroki. W krzakach zobaczyłem sylwetkę człowieka. To była Rose. Jeszcze jej tu brakowało.
- Nie podchodź nawet bliżej.- odezwałem się obolały. Chciałem zabrzmieć stanowczo, ale byłem wykończony i mi nie wyszło. Dziewczyna od razu stanęła i się odwróciła.
- Co ci się stało?- spytała. Nie dało się zignorować zdziwienia w jej głosie. Nie miałem siły na gadanie z nią. Słabo mi już było. 
- Bez okrycia nie będę z tobą rozmawiał.- odpowiedziałem. Jak mi teraz brakowało moich ubrań. To była jakaś masakra. Położyłem się na trawie. Przeniosłem wzrok na trup zwięrzecia koło mnie. Od razu zrobiło mi się niedobrze. Sarna miała rozerwany żołądek. Widziałem jej flaki, wszędzie była krew i te zamglone oczy. Niech ten koszmar się wreszcie skończy.

<Rose? Vivi?>

28 sie 2018

Cal CD Rose

Co za dzień. Nie sądziłem, że w środku nocy spotkam jakąś wróżbitkę. Rozumiem, jakby ten durny demon mnie znalazł albo chociaż, że jakiś duch mnie postanowił nawiedzić. Ale nie! Przez jakąś babę straciłem większą część swojej forsy. Tyle chodzenia i roboty na darmo. A teraz mnie tu jeszcze zostawiła. Wręcz zniknęła jak jakaś zjawa. Heh, nazywam ją zjawą, ale z tego, co wiem, nazywa się Rose. Poszedłem w stronę swojego namiotu wciąż zirytowany tym wszystkim. Oczywiście w środku. Na zewnątrz wyglądałem tak samo spokojnie, jak wcześniej. Kostka z każdym krokiem zaczęła coraz bardziej boleć. Przegiąłem dzisiaj. Laska nie pomagała. Bolało strasznie. Jednak zdołałem dojść do swojego namiotu. Pomimo tego, że byłem już zmęczony, wziąłem się za przeliczanie swoich monet. Tak to już jest. Dbam o swoje rzeczy, a kasa zawsze mi się może przydać. Warto mieć oszczędności. Zasnąłem z twarzą na stoliku. Po prostu ledwo co policzyłem dwie monety. Została cała połowa sakiewki. A ja już spałem jak zabity.
Rano ~ 9:00 ~
Podniosłem głowę znad sakiewki z monetami. Nie mogłem się skupić na liczeniu. Koniec z końców wstałem z miejsca. Skierowałem się do bufetu. Potrzebuję jakiejś kawy i coś przeciwbólowego. Noga bolała mnie jak diabli. Nawet już ta laska mi nie pomagała. W końcu usiadłem gdzieś przy stoliku w kącie i wzrokiem zmusiłem jakiegoś gościa, żeby przyniósł mi mocną kawę. Oczekując na napój, zacząłem masować sobie ręka tę kostkę. Parę chwil później, gdy już otrzymałem kawę. Przy stoliku gdzieś w środku zobaczyłem moją znajomą ze wczoraj. Zerkała na mnie co jakiś czas znad swojego talerza. Za bardzo mi to nie przeszkadzało. Z każdym łykiem mocnej kawy, wiedziałem coraz więcej na jej temat. Dziewczyna zaczęła o mnie myśleć, gdy tylko wszedłem. Z nudów wziąłem do wolnej ręki zwykłą monetę. Zacząłem się nią bawić. Przekładałem sobie ją w palcach. Raz moneta była w mojej dłoni, a parę chwil później znikała. Wręcz rozpływała się w moich palcach schowanych pod skórzaną, czarną rękawiczką. Dziewczyna jak zahipnotyzowana obserwowała, co ja wyrabiam z tą monetą. Po paru chwilach moneta zniknęła na dobre. Kubek z kawą był już pusty. Od razu wstałem i pomimo przeszywającego mnie bólu, poszedłem w stronę dziewczyny. Parę sekund później już siedziałem naprzeciwko niej.
- Nie przyszłemu tu na głupie pogaduszki.- podparłem głowę ręką, a między dwoma moimi palcami wystawała ta złota moneta.- Pozwól, że to ja będę mówił.- powiedziałem od razu, gdy tylko zobaczyłem, że chce się do mnie odezwać.- Radzę nie zawracać sobie mną głowy. Znam cię lepiej niż ty sama.- poprawiłem rękawiczkę. Moneta znowu zniknęła.- Naprawdę. Wolę to załatwić pokojowo, a nie za pomocą gróźb. Mogę być dla ciebie zwykłą osobą z cyrku. Jednak mogę też stać się twoim największym koszmarem. Wybór zależy od ciebie.- skończyłem. Dziewczyna widocznie była skołowana. Złożyłem ręce razem i wyciągnąłem przed nią. Po chwili ciszy rozłożyłem je. Momentalnie wyleciał z nich piękny biały motyl. Dziewczyna, gdy tylko go zobaczyła, od razu wręcz spadła z krzesła z krzykiem.
- Radzę trzymać się z dala i traktować mnie jak powietrze.- mruknąłem do wróżbitki.- Auf wiedersehen.- pożegnałem się i opuściłem bufet. Daleko nie odszedłem. Usiadłem na jakiś skrzyniach, wciąż masując tę kostkę. Zaczynałem wątpić, że to było zwykłe skręcenie, ale co ja tam wiem. Nigdy jeszcze nic takiego mi się nie stało.

<Rose?>

21 sie 2018

Cal

"Woda słyszy i rozumie. Lód nie wybacza."