4 sty 2020

Vivi CD Robin&Riddle

Demon zdziwiony spojrzał na chłopca i się odsunął.
- Robin, ależ to bardzo nietaktowne. Tak się o wiek pytać demona? - spojrzał na podopiecznego i westchnął, widząc jego błagalną minkę i determinację w jego oczach.
- Dobrze słuchaj mnie teraz. Zagramy o to, hm? Jedyne co musisz zrobić to zaproponować coś od siebie w zamian za tą informację. Białowłosy rozpromienił się na moment, ale druga część zdania starła uśmiech z jego ust.
- A...ale jak to mam wybrać?
- To bardzo proste. Jeżeli ja wygram, zrobisz dla mnie to, co proponujesz. Lecz informacji nie otrzymasz. Jednak jeżeli ty wygrasz, będziesz mógł zrezygnować z danej obietnicy, a ja nadal będę zmuszony Ci odpowiedzieć. Młodzieniec pokiwał głową, zamyślając się.
- Nie oddam ci życia ani duszy, ani... Ani... Co jeszcze się oddaje demonom? - urwał na moment, jednak zaraz złapał z powrotem wątek — A i nie wracam tam do tamtego dziwnego miejsca.
Vivienne się zaśmiał.
- No dobrze mój mały. Oh i tak tego nie oczekiwałem od ciebie — uśmiechnął się chytrze. - Więc co mi możesz zaproponować?
- No znaczy się, nie mam za bardzo ci zaoferować... Nie stać mnie na restaurację, nie potrafię gotować... O! A może mógłbym za ciebie poczesać te twoje kity?
Lis automatycznie spojrzał na swoje osiem kit, instynktownie jedną przytulając. Raczej nie ufał ludziom, gdy chodziło o nie, jednak gdy zerknął znów na Davida. Jakoś tak mu serce zmiękło.
- Dobrze, wiesz... Dziś nie chciało mi się nawet próbować rozczesać tych kołtunów... A skoro proponujesz mi rozpieszczanie. To ja się zgodzę z chęcią.
Człowieczek widocznie odetchnął.
- T...to możemy przejść do tej gry. Moment nie mówiłeś nawet, jaka to gra.
- Oh? Naprawdę? Cóż za haniebne pominięcie z mojej strony. Zagramy w grę nazywaną 'papier, kamień, nożyce'. Już ci zaraz wszystko wyjaśnię. - wyciągnął rękę zaciśniętą w pięść do chłopca. - W tej grze chodzi o to by pokazując konkretną "figurę", wybierając spośród trzech tytułowych. - pokazał mu, jak wyglądają. - Pokonać przeciwnika. Zapewne zapytasz jak? Cóż używasz przewagi, którą jedno narzędzie ma nad drugim. A więc: papier bije kamień, kamień nożyce a nożyce papier. Jasne? Robin pokiwał głową, próbując sobie wszystko poukładać w głowie.
- N...nie będziesz oszukiwać prawda?
- Ja? Jak mógłbym Ci coś takiego zrobić? - zapytał demoniczny lis, dramatycznie chwytając się za serce.
- To dobrze... - młodziak też wyciągnął rękę.
- Raz... Dwa... Trzy... - oboje pokazali nożyce, a Vivi się jedynie roześmiał. - No widzisz. Już załapałeś, to zaraz jeszcze raz, bo mamy remis.
Znów policzył do trzech i po raz kolejny skończyli z remisem. Trzecia runda miała być ostatnią i wyłonić zwycięzcę. Lis był pewien wygranej jednak gdy ponownie spojrzał na chłopca, coś go ukuło. Przecież byłby strasznie rozczarowany, gdyby przegrał. Nie mógłby na niego patrzeć, takiego smutnego. Odleciał myślami tak daleko od gry, że biedny Robin musiał nim potrząsnąć, by się ocknął.
- Wygrałem! - oznajmił mi rozpromieniony.
Brunet zamrugał, spoglądając na chłopaka, a potem na ich ręce. Chłopiec pokazał nożyce a Vivi... Papier.
- No proszę, a jednak ci się udało. Widzisz? - poczochrał go po głowie.
- Mhm! A mimo to i tak poczeszę te twoje ogony. To akurat zaskoczyło liska, który przechylił głowę.
- Naprawdę? Przecież wygrałeś, nie musisz.
- Nie muszę, ale chcę.
- Za dobry jesteś, wiesz? - wyższy objął niższego chłopca, kierując się do cyrku. - Czyli wychodzi na to, że za osiem kit możesz żądać osiem odpowiedzi. Wybieraj mądrze.
Gdy, po drugim już dziś przyjemnym i odprężającym spacerze, wrócili do przyczepy pielęgniarza. Lis rozsiadł się na sofie, wyciągając szczotkę z szafki i wręczając ją młodzianowi.
- Dobrze to zacznij czesać, aaa ja będę mówić.
Chłopak zrobił, o co go poproszono.
- Dobrze, to... Chcę zacząć od dwóch bardzo ważnych pytań na początek. Mianowicie: Ile tak właściwie masz lat i czemu wszyscy zebrani w tej sali wyglądali jak jakieś mutanty.
Vivi pokiwał głową, opierając rękę na podłokietniku sofy.
- Wszystko wyśmienite pytania. No to po pierwsze, mam dokładnie 1521 lat. Więc byłem tu już dość długo, kusząc różnych ludzi czasem też tych, co byli istotni w historii świata. Hm, drugie ma cięższą i bardziej skomplikowaną odpowiedź. Więc część z nich to osoby, które nie wywiązały się z umowy, jaką zawarli. Z różnych powodów, na przykład nie mieli jak zapłacić. Albo też chcieli się wymigać od zapłaty, więc zostali ukarani i teraz muszą mu pod taką postacią służyć. Oczywiście część z nich to były też demony, a demony są dość różne, jak chodzi o wygląd zewnętrzny. Tyle. Zostało ci 6 pytań.
Na moment przerwał czesanie, wpatrując się w dużo starszego przyjaciela i pokiwał głową.
- Okej... Więc. - wrócił do wyczesywania kłaków z ogonów. - To gdzie byliśmy? Co to było za miejsce? I... Czy ty kiedyś korzystałeś z jego usług...?
- Hohoho, trzy na raz? Ambitnie. To byliśmy pomiędzy światami. Między ludzkim a tym zmarłych. Była to posiadłość tamtego gentlemana, którego imię to Yukito. A owszem korzystałem z jego przepowiadania przyszłości... Jednak to było dawno. Zadowolony?
Robinek pokiwał głową.
- Mam jeszcze trzy wolne pytania... Ale chyba nie wiem, o co zapytać.
- No musisz to przemyśleć mój drogi~ Nastała chwila milczenia, w której Davidek się jeszcze namyślał.
- Hej Vivi... A Ile ty ważysz?
Demon drgnął i podniósł głowę, gapiąc się na chłoptasia.
- Najpierw wiek teraz waga hm?
- Musisz odpowiedzieć. Obiecałeś.
- Wiem, wiem. Mam dość zmienną wagę.
Robin zmarszczył brwi.
- W granicach?
- Mogę ważyć tyle, co piórko albo tyle, co słoń. Takie to są zyski z bycia demonem. Można do woli zmieniać, postać. - Eeeej! Ale dla pióra czy słonia ogonów nie wyczeszę.
Vivienne westchnął głęboko.
- Oj no okeeeej. W tej postaci ważę jakoś tak 67 kilo? - wzruszył ramionami.
Odpowiedź usatysfakcjonowała ciemnoskórego chłopca, który się uśmiechnął.
- Widzisz, tak ciężko nie było. Powiedziałeś coś o zmiennej postaci... I teraz zaczynam się zastanawiać, jaka jest twoja prawdziwa forma. Znaczy się, wiesz... - młody trochę się zmieszał.
- Rozumiem, o co ci chodzi... - brunet uśmiechnął się. - Będziemy zmuszeni wyjść na moment — złapał jego rękę i wziął mu szczotkę, odkładając ją na stolik. Zaraz wstał, ciągnąc młodego chłopca do wyjścia.
- To teraz uważaj i staraj się nie mrugnąć. Ah i jeszcze nie uciekaj ani się nie bój dobrze? - pstryknął palcami.
Znów pojawił się srebrzysty dym, który zakrył postać młodego mężczyzny. Gdy się rozwiał, przed człowiekiem stał ogromny lis. Jego lśniące brązowo-złote oczy wpatrywały się w Robina. Bestia pochyliła głowę i obwąchała chłopczyka, po czym go oblizała tym swoim wielkim jęzorem. Ten zaczął się śmiać, odpychając wielki lisi łeb od siebie.
- Przestań Vivi! Przestań! Siad!
Demon odsunął głowę i usiadł, machając ogonami, a białowłosy przytulił się do jednej z jego przednich łap. Lis jeszcze raz się schylił i czule polizał jego czuprynę. Po chwili wielkie zwierzę znów otoczył dym z iskierkami i tym razem stał się mniejsza i mniej groźnie wyglądająca istotą. Mianowicie mniejszą wersją ogromnej bestii. Ponownie zamachał ogonkami, opierając przednie łapy o nogę ulubionego człowieka.
- I co zadowolony?
David podniósł zwierzątko i je przytulił.
- Mhhhhm! Bardzo! - wrócił ze zwierzątkiem do przyczepy i znów usiadł, sięgając po szczotkę.
- Jakież będzie twoje ostatnie pytanie, śmiertelniku? - zapiszczała mała kulka futra z kolan białowłosego młodzieńca.
- To chyba będzie najważniejsze... - wymamrotał po dłuższym czasie milczenia. - Ten mężczyzna... Ten Yukito, tak? Co musiałbym mu dać, żeby poznać, choć kilka odpowiedzi na nurtujące mnie pytania?
- Naprawdę chcesz to wiedzieć? Dość ciekawe pytanie... Ciężko mi na nie odpowiedzieć wiesz? Jest on bardzo ekscentryczny. Ale szczera rozmowa raczej mu starczy.
- Jak to szczera rozmowa?
- Mówiłem. Ekscentryk z niego. W sumie to już skończyły ci się pytania. No a ja dalej nie czuję się zaspokojony... Poza tym teraz mam brudne łapki.... Rooobin weźmiesz ze mną kąpiel? - zeskoczył z jego kolan i przemienił się z powrotem w człowieka, wyciągając dłoń do niego z kuszącym uśmiechem na twarzy.

(Robinku? A może Riddle? )

3 sty 2020

Robin CD Riddle&Vivi

Robin patrzył na to wszystko jednocześnie z zachwytem, ale też z lekkim strachem. To wszystko było magią, jednak przerażały go postaci, jakie siedziały w tym pomieszczeniu. A mimo wszystko, najbardziej się przestraszył, kiedy ta główna, siedząca na samym środku odezwała się do niego, chociaż z nim wszystkich najbardziej przypominał człowieka. Instynkt w takich chwilach każe mu uciekać, rzadziej walczyć, a ponieważ żadna z tych metod nie wchodziła w grę, stał i milczał, starając się utrzymać kamienną minę, chociaż w wykonaniu takiego amatora to dość trudne. Gdy wspomniał, że jest ciamajdą, nie zrozumiał go, bo nie znał znaczenia tego słowa. Po prostu stał i się na niego patrzył, myśląc ile by dał, gdyby był od niego wyższy, może chodź trochę czuł by się pewniejszy siebie? A tak stał przy Vivi’m i czekał, aż mężczyzna skończy mówić. 
Gdy nieznajomy przypomniał Robinowi, że chciałby poznać odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania, od razu przypomniały mu się historię zwierząt, które mówiły o istotach, które postanowiły skorzystać z „usług” diabła. Wszystkie, nie ważne jak bardzo szlachetne czy wręcz przeciwne działania, miały taki sam skutek. David słysząc o nich, obiecał sobie, że nie ważne co się stanie, nigdy nie pójdzie ich drogą. Jednak w tej chwili… czy dlatego żywi tak łatwo dają się namówić demonom? Tylko dlatego, że potrafią być przekonujące?
- To wszystko, możecie odejść – gdy to powiedział, Robinowi spadł kamień z serca, chciał stąd już zniknąć. Mężczyzna wrócił na swoje siedzenie wysłane poduszkami, podnosząc z nich zwierzątko i kładąc je sobie na kolanach. Pod tym jedynym względem miejsce to nie było aż takie straszne. Przez chwilę stał i przypatrywał się niedźwiedzicy, aż spojrzał na niego właściciel zwierzęcia. Davida przeszły ciarki i po chwili został odciągnięty stąd przez Vivi’ego. Wrócili do miasta.
Przez chwilę szli w ciszy. Vivi szedł pierwszy, a Robin z tyłu, wpatrzony w chodnik, zamyślony. Kiedy prawie wpadł na jakiegoś przechodnia, otrząsnął się z zamysłu i zrównał kroku z przyjacielem.
- Vivi – odezwał się.
- Hm? - lis spojrzał na niego.
- Kto to desperat? - chłopak lekko się uśmiechnął.
- Ktoś, kto jest w stanie poświęcić wszystko dla czegoś konkretnego – czy Robin był w stanie poświecić wszystko, dla poznania prawdy? Nie był jeszcze pewien, więc chyba nim nie był?
- A ciamajda? - pytając o to, nagle przewrócił się o tablicę, którą ktoś wystawił przed restauracją. Usłyszał cichy śmiech i zaraz Vivi pomógł mu wstać. Z budynku obok wyszedł mężczyzna, który nakrzyczał na chłopca, podniósł przewrócony przedmiot i wrócił do środka.
- Ktoś niezdarny, kto łatwo się wywraca – wytłumaczył. „Czyli jak ja” pomyślał Robin, idąc za chłopakiem.
- A kim był ten mężczyzna? Ten właściciel niedźwiedzicy – zadał kolejne pytanie.
- Mój stary znajomy, poznałem go jakieś sto lat temu – chłopaka lekko zatkało.
- To ile ty masz lat? - zapytał trochę zdziwiony. Wiedział, że chłopak był demonem, ale nie miał pojęcia, że chodzi po tym świecie już tak długo.
- Robin, ile masz dla mnie jeszcze pytań? - zapytał, patrząc na białowłosego. Ten się lekko speszył, ale nie miał zamiaru stracić okazji, później się nie dowie.
- Kilka – odparł. - Więc? Ile masz lat? - przysunął się trochę do niego, patrząc mu w twarz. - Nie masz zmarszczek – dotknął jego policzka.

<Vivi? Riddle?>

29 gru 2019

Riddle CD Robin&Vivi

Fatum... Jedno z ulubionych słów Riddle'a. Nie da się go zmienić, uciec przed nim, a głupotą byłoby je poznawać. Nigdy nie był i nie jest w stu procentach przekonany, że jego plany się powiodą, że świat uklęknie przed nim na kolanach i odda się całkowicie w jego ręce. Nie chciał poznać całej prawdy. Świadomość końca mogłaby go jedynie zgubić tak samo, jak wiadomość o własnym zwycięstwie. Szczęście i tak bywa obrotne, a demony doskonale kłamią. Tym razem jednak postanowił po uprzątnięciu bałaganu, spotkać się z powodem teraźniejszych własnych niepewności i pohamowań w stosunku do dobrze przemyślanego przekrętu. Chciał zaspokoić własne myśli, a w zasadzie poznać odpowiedź na jedno błahe pytanie i kto wie... Może też w pewien sposób się zabezpieczyć.
- Bóg nie jest lalkarzem z teatrzyku kukiełkowego, który ciągle pociąga za sznurki i dzięki temu decyduje o wszystkim, co się dzieje. Taki "mistrz marionetek" jak ty, kieruje kukiełkami z zewnątrz, więc jest "zewnętrzną przyczyną" ruchu wszystkich swoich lalek. Jakikolwiek bóg nie w taki sposób kieruje światem, kieruje nim przez prawa przyrody. Dlatego bóg albo przyroda są "wewnętrzną przyczyną" wszystkiego, co się tu dzieje. Oznacza, że cokolwiek się dzieje, jest konieczne. Tak samo, jak nasze spotkanie. - przerwał, zaciągając się swoją fajką, a potem w spokoju wydychając dym w stronę Riddle'a. - Chociaż mało mnie obchodzą wasze przekomarzania. Jestem po swojej własnej stronie. - oświadczył. Riddle za bardzo go nawet nie słuchał. Typ zawsze pieprzył od rzeczy. Pewnie w tej fajce oprócz zwykłego tytoniu było coś więcej, a poza tym lekki rausz przecież nikomu jeszcze poważnej krzywdy nie wyrządził. Chociaż to tylko naiwne spekulacje, bo dowodów nie ma, nie było i pewnie też nie będzie.
- Dlaczego znowu postanowiłeś się ujawnić? - spytałby jako tako coś z niego przydatnego wyciągnąć. - O twoim worku pcheł w moim namiocie nawet nie będę wspominać.
- Hotaru ma ostatnio dziwne zachcianki oraz swoje humorki. - odpowiedział i wzruszył ramionami. - Co do mnie... Wszystko ma swoją przyczynę, potem wychodzi z tego wydarzenie, a wszystko kończy się jakimś skutkiem. Tak teraz uczą na historii w szkołach, nie? - zaśmiał się cicho, a potem znów zaciągnął się błogim dymem ze swojej długiej fajki. Riddle jedynie zaczął się zastanawiać jakim cudem taki idiota mógł się stać czymś w rodzaju wszystko widzącej istoty. Nawet jeśli większość tego, co mówi to żałosne wygłupy i zgrywa z siebie nie wiadomo jak wielkiego oszołoma, w rzeczywistości dobrze wiedział, co robi.
- Uśmiałem się. - mruknął w odpowiedzi. Czy dalsza konwersacja w ogóle miała sens?

Niedługo później Riddle opuścił gościnne progi swojego znajomego, a ten został sam na swym zacnym tronie, rozkładając się na poduszkach oraz rozkazując na lewo i prawo swoim królewskim paluszkiem. Wszystkie dziwy, jakie ganiały nerwowo na wszystkie strony w jego posiadłości miały bardzo dużo roboty. Niektóre tylko były na tyle głupie i próbowały mu się przypodobać, zamiast pracować. Takich delikwentów z chęcią wykopywał na zbity pysk, ale nie jest on taki okrutny jak inne istoty mroku. Potrafi się "zlitować" we własnym tego słowa znaczeniu. Nie zdążył się nawet rozkręcić, a tu znów się okazało, że miał kolejnych gości.
- Znaleźliście ją, wspaniale... A już miałem jej szukać. - oznajmił, bez zbędnego przywitania, patrząc na swojego zwierzaka. - Hotaru, chodź do mnie. - poklepał swoje kolano, prostując się na tych poduszkach. Misiu, od razu ruszył w jego stronę. Wszystkie świetliki z jej futra wyleciały w jednym momencie. Gdy całe stadko odsłoniło zwierzątko, złota obroża padła z hukiem na posadzkę, a w miejscu, gdzie była ogromna niedźwiedzica, był mały niedźwiadek, który od razu pobiegł do demona z fajką. - Moja malutka. - podrapał swoją małą pociechę za uszkiem, a potem dał jej do łapek ciasteczko. - Trochę się spóźniłeś Artemis. - zwrócił się do starszego z gości. - Fiodor wyszedł już jakiś czas temu.
- Miałem dość istotną sprawę na głowie. - odparł brunet, gładząc jeden z ogonów. - A twoja niedźwiedzica akurat mi o tym przypomniała. - na te słowa blondasek jedynie się uśmiechnął.
- Macie pytania, a ja odpowiedzi. - wstał. - Ale przeprowadzenie tutaj rozmowy bywa czasem dość ryzykowne. - przeniósł wzrok w bok na parę karłów o diabelskich ogonach, chowających się po kątach sali. - Mam bardzo pracowity dzień, a leni mi tu nie brakuje. - na te słowa istotki rozpłynęły się w powietrzu, a blondyn znów zwrócił się do swoich gości. - Poza tym nie ma niczego za darmo. - stwierdził, podchodząc do nich spokojnym krokiem. - Ostrzegam. - nagle zniknął i pojawił się tuż za Robinkiem, który momentalnie odskoczył. - Im większa desperacja, tym drożej liczę. A szczególnie ty mi wyglądasz na kompletnego desperata. - nachylił się do Robina. Nie da się ukryć, że był dość wysoki. - Jak bardzo zależy ci na poznaniu prawdy, utrzymaniu przyjaźni i ocaleniu świata? - spytał. Jak na razie odpowiedziała mu jedynie cisza. - Wszystko leży na twoich barkach, ale... - przerwał i zmierzył chłopca wzrokiem. - Straszny z ciebie ciamajda.

(Robin~?Vivi~?)

Vivi CD Robin&Riddle

Pogoda nawet dopisywała. Słońce powoli zachodziło za drzewami, przez co wszystko wokoło było oświetlone pomarańczowo złotą poświatą. Chmury nabrały różowo-fioletowej barwy a cały świat wydawał się jakiś weselszy. Delikatny wiatr powiewał, rozrzucając włosy spacerowiczów. Niedźwiedzica nie sprawiała większych kłopotów, chociaż co jakiś czas się zatrzymywała, by obwąchać krzak, kępę trawy czy też kwiaty. W sumie dzięki temu Robin i Vivi mieli okazję zatrzymać się, porozglądać i napawać się naturą wokół nich. Białowłosy wydawał się już spokojniejszy, chociaż nadal nie odpowiedział nic na wyznania demona. Nie, żeby go to specjalnie martwiło... Przynajmniej to sobie wmawiał. To tylko człowiek, takich jak on jest wielu. A mimo to całkiem mu zależało na tym, aby mu wybaczył. Nie mógł się jednak odezwać, żadne słowo nie chciało mu nawet przejść przez gardło. Droga do miasta jednak minęła, szybciej niż by chciał. Słońce już prawie schowało się za horyzontem, promieniejąc na czerwono. Krwawy blask mocno rzucał się w oczy, zabarwiając wszystko wokół, od drzew po budynki. Było w tym coś wzniosłego, lecz także coś niebezpiecznego. David rozejrzał się po miasteczku i pytająco zerknął na demona. Ten jedynie się uśmiechnął i pociąg, ale niedźwiedzicę za sobą kierując się do starego, małego sklepiku, znajdującego się na obrzeżach. Gdy otworzyli drzwi, zabrzmiał dzwonek, a staruszka siedząca za ladą od razu się podniosła.
- Oh witam szanownych klientów. Jak sądzę, szukacie czegoś wyjątkowego. Skoro zaglądacie aż tutaj.
Vivienne oddał łańcuch Robinowi i podszedł do lady, opierając o nią ręce. - A owszem, owszem. - ukradkiem uniósł jedną rękę, a z jego palców wystrzeliły malutkie, błękitne ogniki.
- Chcemy obejrzeć zaplecze.
Starsza kobieta zaraz się uśmiechnęła i otworzyła im przejście za ladę.
- A więc zapraszam panów. - wskazała drzwi za sobą. Lis podszedł do drzwi i odwrócił się do chłopca.
- Chodź, chodź — Uśmiechnął się ciepło. - I nie zapomnij o misiu ~ - nacisnął na klamkę, gdy tylko chłopiec stanął przy nim, po czym odwrócił się jeszcze raz w stronę właścicielki sklepu. - Jeszcze raz dziękujemy — przeszedł przez drzwi. Kompletnie nie przejmując się czernią znajdującą się za nimi. A jego podopieczny po chwili wahania zrobił to samo. Na moment pochłonął ich mrok. I nagle stali we trójkę przed czerwoną salą z jadeitową posadzką, wyglądająca jakby była zrobiona z wody, na której środku była ogromna i okrągła złota płyta. Lis spokojnie wszedł do środka i stanął na pozłacanej ozdobie wyciągając zachęcająco rękę w stronę towarzysza. Młodzieniec szybkim krokiem podszedł do niego, a niedźwiedzica podążyła za nim, swoim własnym tempem. W momencie, gdy cała trójka znalazła się na złotym kole posadzka wokół platformy, zaczęła zachowywać się już normalnie jak woda. Platforma zaczęła się przechylać na bok coraz bardziej, zanurzając się w wodzie. Gdy obróciła się o całe 180°, zatrzymała się a 'woda' wokoło wróciła do stanu początkowego. Tak właściwie to teraz głowami w dół, co trochę zaskoczyło chłopca jednak ani niedźwiedź, ani jego demoniczny przyjaciel nie wydawało się tym, ani trochę przejęci. Platforma delikatnie zaczęła lewitować w dół, a może jednak w górę? Wszystko wokół otaczała zielono złota mgła, przez którą co rusz przemykały jakieś cienie. Platformę pochłonął biały dym przypominający chmury, a jak się wynurzyła, wokoło znajdowała się ogromna pozłacana sala, przepełniona przeróżnymi osobami i głosami. Oczywiście żadne z nich nie wyglądało nawet trochę jak człowiek. Niektóre istoty miały tylko jedno oko, inne rogi, dwie głowy, uszy, ogony, skrzydła, kły, węże zamiast włosów. Wszystko, czego by sobie nie wyobrazić. Vivi chwycił Robina za rękę i pociągnął za sobą przez tłum, do wielkiego tronu wypełnionego poduszkami, na którym siedział jeden z bardziej ludzko wyglądających osobników. Krótkie, falowane blond włosy. Ciemne okulary i dość intrygujący strój. W dłoni trzymał złotą fajkę, z której kłębiły się chmurki srebrzystych oparów. - Znaleźliście ją, wspaniale. A już miałem jej szukać... - oznajmił, spoglądając na niedźwiedzia.

(Riddle? Robin? )

28 gru 2019

Lennie CD Shu⭐zo

Lekko się uśmiechnąłem. Dobrze mieć przy sobie osobę, która widzi świat w różowych okularach. Mnie już ta podróż męczyła, miałem ochotę wyjść z tego pociągu i pokonać resztę trasy piechotą, tyłek mnie bolał od siedzenia, nogi drętwiały od jednej pozycji, a nie było mowy o wstaniu i przejściu się, ponieważ inni ludzi już zajęli cały korytarz, a ja nie miałem ochoty się przez nich przeciskać. 
- Byłeś kiedyś w Toronto? - chłopak pokręcił głową. - Może jak znajdę czas, pozwiedzamy sobie? - zaproponowałem z lekkim uśmiechem.
- Jasne – odparł zadowolony, po czym usiadł obok mnie. - Pójdziemy nad wodospad Niagara? Zawsze chciałem je zobaczyć – pokiwałem głową.
- Nie mogę się doczekać – westchnąłem.
Kolejne dwie godziny upłynęły nam dość szybko i bez problemów. Po pierwszej godzinie skończyły nam się tematy to rozmowy, dlatego rozpoczynałem kolejny pierwszymi lepszymi pytaniami, jakie pojawiły się w mojej głowie. „Jakim zwierzęciem chciałbyś być?” Oczywiście dla śmiechu, ja stwierdziłem, że chciałbym być ważką. „Jakby ludzie wyglądali, gdyby zamiast stóp mieli dłonie?” Ja osobiście chciałbym mieć skrzydła. Czas płynął w miłej atmosferze, kiedy pasażerowie wokół nas zasnęli, Shuzo zamienił się w psa, prezentując, jakby ludzie wyglądali z uszami i ogonem. 
Zostało jeszcze jakieś siedem godzin, pół dnia i będziemy na miejscu. Nikt jednak nie przewidział, że pociąg się nagle zatrzyma. 
Gdy to się stało, akurat rozmawialiśmy o najdziwniejszych minach, jakie kiedykolwiek ujrzeliśmy. Wszyscy ludzie się obudzili, zaczęli rozmawiać i nikt nie ukrywał obawy z tej sytuacji. Także wstałem i wyszedłem z wagonu, ponieważ z naszego okna nic nie było widać, ale większość ludzi postanowiła zrobić to samo co ja, przez co korytarz był cały zatłoczony.
- Co się dzieje? - usłyszałem pytanie Shuzo, ale tylko mogłem wzruszyć ramionami. Wtedy w głośnikach rozległ się głos: Bardzo przepraszamy, jednak pociąg uległ awarii i nie możemy kontynuować drogi. Na chwilę zamilkł, a wokół rozległ się szmer niezadowolenia. Głośniki znowu zabrzmiały: Jesteśmy zmuszeni poprosić was o opuszczenie pociągu. Za godzinę przyjedzie autobus, który zabierze was do najbliższego miasta, niestety jeden kurs nie zabierze wszystkich. Jeszcze raz przepraszamy.
Odwróciłem się do chłopaka i pomogłem mu zdjąć bagaż. Dobre pół godziny zajęło nam wyście z pojazdu, ponieważ wszyscy się pchali, aby zająć najlepsze miejsce i pierwszemu wejść do pociągu. Kiedy już byliśmy na zewnątrz i udało nam się trochę odejść od tego tłumu, usiadłem na walizce. Przyjaciel rozglądał się wokół, zatrzymaliśmy się w jakimś lesie. 
- Czekamy na autobus? - zapytał Shuzo, siadając obok mnie. Zerknąłem na niego.
- Sam nie wiem. Jeden autobus może pomieścić do pięćdziesięciu osób, a zobacz ilu tu ludzi. Jakoś nie chce mi się przeciskać na chama – stwierdziłem.
- Więc czekamy do nocy? - zerknąłem na niebo, rzeczywiście do wieczora zostały jakieś trzy godziny.
- Wiesz, jeśli nam się nie uda wsiąść za pierwszym razem, poczekamy kolejne dwie do następnego kursu i tak kolejne… A jeśli autobusowi zajmuje godzina na dojechanie z miasta do nas, to może nam wystarczą te trzy godziny? - pomyślałem głośno.
- Sugerujesz, żebyśmy poszli piechotę? - pokiwałem głową.
- Droga jest, słońce jest, czas jest, a mi tyłek zdrętwiał od siedzenia.

<Shuzo?>

16 gru 2019

Shu⭐zo CD Lennie

Było dość szaro i ponuro. Znowu wróciłem do wspomnianej szkoły z mojego ostatniego "koszmaru". Miałem znów na sobie mundurek, liście we włosach oraz brudne policzki, po których w pewnym momencie zaczęły płynąć łzy. Siedziałem schowany pod drzewem za jakimiś krzakami, trzymając na otwartych dłoniach moją połowę serduszka. Byłem sam, wokół głucha cisza, nie było ani jednej żywej duszy. Patrzyłem na dłonie załamany, a po chwili bezsilnie oparłem się o pień, unosząc głowę ku liściastej koronie i głęboko westchnąłem. Bezsilnie przechyliłem głowę w bok na krzaki, tuż obok mnie. Za nimi przez krótką sekundę zobaczyłem Lenniego. Od razu odwróciłem głowę, starając się szybko otrzeć łzy z jednego z policzków własnym ramieniem. W końcu nie chciałem, żeby mnie widział w takim stanie. Niestety nie zdążyłem się za bardzo ogarnąć, a on dość szybko mnie zauważył. Obszedł krzaki, a potem uklęknął przede mną na jednym kolanie, trzymając tak samo, jak ja, na otwartych dłoniach swoją połowę tego serduszka. Gdy tylko zbliżył dłonie do moich, drgnąłem lekko, odwracając wzrok, a on od razu na ten gest cofnął ręce i patrzył na mnie spokojnie oraz cierpliwie czekając, co zrobię. Parę razy niepewnie przeniosłem wzrok na niego, aż w końcu wyciągnąłem dłonie w jego stronę. Lennie od razu położył na nich drugą połowę serduszka, a potem obie moje dłonie delikatnie bardziej przycisnął do siebie, serduszko magicznie się scaliło i było takie jak wcześniej. Gdy tylko zobaczyłem, że wszystko z nim w porządku, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Lennie w tym czasie usiadł tuż koło mnie pod drzewem i obaj patrzyliśmy na serduszko. Dość szybko bez opamiętania, oparłem się o chłopaka, który od razu objął mnie ręką. Szczęśliwy spojrzałem na niego, a konkretnie prosto w jego oczy. To spojrzenie za każdym razem jest takie czarujące. Nasze twarze były coraz bliżej siebie. Dosłownie już za parę sekund miałem poczuć jego usta na swoich, ale...

Musiałem się już obudzić. Nie wiem, dlaczego i po co. Nie chciało mi się wstawać. Dalej czułem się zmęczony, a w dodatku niezadowolony z przerwanego snu. Był taki piękny i... Strasznie nierealny. Czy w ogóle przyjdzie taki czas, że będę mieć okazję go tak szczerze pocałować? Nadejdzie taki moment, gdy bez wahania wygarnę mu wszystko, co czuje i najwyższej zostanę wyśmiany? Gdyby wszystko było prostsze, zrobiłbym to już dawno temu i przynajmniej nie żyłbym samymi złudzeniami, że kiedyś naprawdę mogę być z kimś szczęśliwy. Otworzyłem w końcu jedną powiekę, zamknąłem. Otworzyłem dwie, zamrugałem, a potem znów zamknąłem porażony światłem. Ten moment w stawaniu jest dla mnie najgorszy, a szczególnie po jakiejś drzemce. Nie lubię w taki sposób przerywać sobie całego dnia. Noc jest od spania, a w dzień się pracuje albo przynajmniej coś robi. Jednak wciąż siedziałem w pociągu, a w nim nie ma nic kompletnie do roboty. Po raz kolejny spróbowałem otworzyć oczy. W sumie efekt był ten sam. Ostre światło i znów je zamykam. Mruknąłem coś dodatkowo pod nosem, a potem już się podniosłem. Jestem świadom, że leżałem cały czas na kolanach Lenniego, w dodatku czułem, że trzymał mnie cały czas za dłoń. To w sumie było bardzo miłe z jego strony, ale plecy bolały mnie teraz strasznie, nie mówiąc o tym, że wszystkie kości mi zdrętwiały. Nie miałem mentalnej siły, żeby się ucieszyć, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zaraz wszystko mi przejdzie. Z moich ust wydostało się ciche ziewnięcie, a potem już bez problemu otworzyłem oczy. Czułem to czarne siano rozwalone w wielkim nieładzie na głowie. Poza tym bez zbędnego zastanowienia przetarłem ręką jedno oko, więc zaczynałem powoli żałować, że pomalowałem oczy. Usłyszałem cichy śmiech, a potem poczułem czochrającą moje włosy dłoń. Już wiem, że muszę się obowiązkowo uczesać.
- Jak się spało? - spytał Lennie, a ja bezsilnie się o niego oparłem.
- Miałem piękny sen i z chęcią bym go dokończył. - odpowiedziałem od razu i zdecydowałem się wyjrzeć przez okno. Pociąg akurat zatrzymał się na kolejnej stacji. - Gdzie jesteśmy? - wręcz zerwałem się z miejsca i wpakowałem się na kolana magika, wyglądając przez okno. Tak. W parę sekund zrobiło mi się o wiele lepiej. Trudno to wyjaśnić. Po prostu tak mam. Uśmiechnąłem się sam do siebie. - Aha... Jeszcze dobre paręnaście godzin. - oświadczyłem, a potem odkleiłem się od okna, a potem ze szczęśliwą miną spojrzałem na mojego towarzysza. - Ale super. - odpowiedziałem przesłodzonym tonem. Lenniemu jedynie zrzedła mina. - Heeeej, kochany. - dałem mu pstryczka w nos. - Trzeba patrzeć na pozytywy. To tylko jeszcze paręnaście godzin, a nie aż paręnaście godzin.

(Lennie~?)

13 gru 2019

Robin CD Riddle&Vivi

O to czemu nienawidził ludzkiego świata, nienawidził wracać do bycia człowiekiem i nienawidził innych ludzi – uczucia. Nie miał pojęcia co się stało w przeszłości, ale teraz u c z u c i a stanowiły dla niego największy problem. W jednej chwili był wściekły, złość zamieniała się w bezsilność i płacz, a potem wszystko znikało dzięki jednego osobie, która wywoływała w nim burze emocji. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego z jednej strony chciał, by sobie poszedł, ale z drugiej chciał, by został. Słowa i myśli ze sobą nie współgrały, a najgorsza była wiedza, że chociaż może wrócić do lasu i żyć tak jak wcześniej, teraz tego nie zrobi, z kilka powodów: będąc w lesie, odczuł strach, co nie jest dobrą oznaką, bał się tych motyli, zamieniających się w dzieci i na odwrót, samego Riddle, do tego chciał się dowiedzieć, co się stało w przeszłości, gdzie są jego wspomnienia (gdy rozpoznał sklep, którego nie pamiętał, zrozumiał, że czegoś zabrakło w jego umyślę), do tego teraz nie potrafił zostawić Vivi’ego, stał się jego pierwszym, ludzkim przyjacielem, chociaż nie miał pojęcia, jak powinna wyglądać prawdziwa ludzka relacja – a mimo to nic mu nie przeszkadzało. 
Nim zdołał zareagować na jego słowa, do namiotu ktoś wszedł: był to sporej wielkości niedźwiedź ze złotą obrożą przy szyi. Jednak pierwsze, co zwróciło uwagę chłopaka, były świetliki, które oświetliły całe pomieszczenie. Gdy usłyszał hałas, wrócił wzrokiem do zwierzęcia, które pożarło ciasteczka ze stołu, przewracając go, by po chwili ruszyć w ich stronę. Lekko się uśmiechnął i położył nogi na ziemi. Najpierw zajął się Vivim, którego zmusił do oddania słodyczy, kiedy podszedł do młodszego, ten się szeroko uśmiechnął.
- Ja nic nie mam – powiedział cicho się śmiejąc i kładąc dłoń na jego łebku. Niedźwiedź chcąc się przekonać, zaczął go obwąchiwać, tym samym go łaskocząc. Robinowi humor się poprawił, kiedy od śmiechu zaczęły mu się wytwarzać endorfiny. Gdy w końcu mógł złapać oddech, położył dłoń na jego obroży i przesunął po niej palcem, by dotknąć małej zawieszki. David chciał przeczytać, co tam było napisane, ale misiek po chwili się odwrócił i podszedł do leżącego stołu, znowu go wąchając.
- Trzeba go odprowadzić, inaczej dalej będzie tu szukał ciastek – odezwał się demon. Chłopak wstał i skinął głową, zgadzając się.
- Wiesz czyj on jest? - Vivi spojrzał na niego i lekko się skrzywił.
- Tak. Wiem też, gdzie mieszka, chodźmy, póki jeszcze jest widno – oznajmił i ruszył do niedźwiedzia, któremu chciał przekazać, że pokażą mu drogę do domu, ale zwierzę nie było tym zainteresowane i ruszyło przegrzebać pozostałe miejsca w przyczepie. - Robinku, możesz mu przemówić do rozsądku? - zwrócił się do chłopca, który pokiwał głową i podszedł do niedźwiedzia. David odchrząknął i ryknął krótko, zwracając na siebie jego uwagę. Potem zaryczał dłużej, przeciągle, zmieniając tonację, a kiedy skończył, stworzenie mu odpowiedziało i ruszyło do wyjścia. Gdy David znalazł się obok demona, usłyszał pytanie: Co mu powiedziałeś?
- Że znajdzie ciastka w domu – oboje się lekko uśmiechnęli i ruszyli do miasta.

<Vivi? Riddle?>

10 gru 2019

Queen Chie CD Fenneko

Głupi zwierzak! Powiedziałam do siebie w myślach, goniłam ją przez cały czas. Mogła już sobie zatrzymać mój tablet, ale niech odda mi kartę pamięci. Chłopak zatrzymał mnie w pewnym momencie. Zagwizdał, a zwierzak zatrzymał się, mogłam odetchnąć z ulgą, ale nie na długo. Chłopak wziął mój tablet, po czym go upuścił na ziemię. Zezłościłam się i to bardzo.
- Mój... mój... - zaczęłam prawie płakać. - Mój tablet... - łzy popłynęły mi po polikach. Wzięłam go z rąk chłopaka, mocno przytuliłam go do siebie, następnie odeszłam, mówiąc tylko na zakończenie. - To nie wasza wina, wybaczcie ale wrócę do cyrku.
Szłam wolnym krokiem mając opuszczoną głowę w dół. Schowałam swój tablet do mojej torebki.
- Poczekaj chwilę - usłyszałam głos chłopaka.
Jednak ja nie miałam ochoty go słuchać. Kątem oka zobaczyłam, że jego przyjaciółka lisiczka zaczęła biec w moją stronę. Wyjęłam jedną ze swoich przezroczystych kart.
Narysowałam motyle, które miały odwrócić uwagę chłopaka jak i jego pupila. Spojrzałam się za siebie, aby sprawdzić czy mi się udało odwrócić ich uwagę, niestety tak się nie stało. Zaczęło mnie to bardzo intrygować. Jak to w ogóle jest możliwe, że nie zatrzymali się ani na chwilę. Dlaczego? No powiedzcie mi dlaczego?  
- Czego chcecie ode mnie? - odwróciłam się w ich stronę i zapytałam zdenerwowana, podnosząc delikatnie swój głos. 

<Fenneko?> wybacz, że takie beznadziejne opowiadanie 

Ozyrys CD Esther

Czuł się, jak ofiara. Ktoś go śledzi, obserwuje, widzi jego każdy ruch, a może nawet odczytuje jego myśli, wie, że się boi, że nic nie zrobi, nie ma szans, to coś tylko z tego korzysta i bawi się jego strachem i niepewnością. Mimo wszystko dalej najgorsze było to, że nie mógł tego czegoś zobaczyć. Gdy usłyszał, że Tirith znowu wrócił, starał się uspokoić umysł. Nie mógł ciągle się bać i zastanawiać, gdzie to coś jest, jak wygląda, czego chce i czemu nie może go zobaczyć, musiał się z tym oswoić, przyzwyczaić do tego. Tak jak małe dzieci trzeba przyzwyczaić do wstawania o szóstej rano, aby poszły do szkoły. Nie wiadomo czemu, Ozyrys nagle sobie przypomniał o tych dniach, z początku pięknych i radosnych, głowa była wypełniona pozytywnymi myślami na temat szkoły, do której chciał chodzić. Szkoda, że to stare czasy, ale mimo wszystko, dalej miłe, kiedy nie wspomina starszych zdarzeń. 
Słysząc pytanie, spojrzał na towarzyszkę, która pochłaniała swój posiłek. Ile tu był? Ciężkie pytanie… zawsze starał się pilnować czasu, sprawdzał jak długo tu był i jak długo nie potrafił się zaklimatyzować, czasami liczył dni na palcach, zaglądał do kalendarza i starał się wspomnieć jakiś charakterystyczny dzień, który porówna do ilości czasu spędzonego na tym terenie. Teraz też tak zrobił: chwilę myślał, na pewno powyżej miesiąca, nie dłużej niż trzy. Gdy był tu nie całe dwa tygodnie, podpalił teatrzyk lalek (ta rzecz zapadła w jego umyśle nie dlatego, że coś zniszczył, to mu się zdarzało bardzo często, ale dlatego, że wtedy naprawił go z bardzo miłym chłopakiem), potem nie wychodził przez tydzień, kolejny starał się unikać ludzi… miesiąc… potem po trzech tygodniach śnił mu się stary koszmar z rodzicielką w roli głównej…
- Nie całe dwa miesiące – odpowiedział w końcu, na chwilę zapominając o stworzeniu.
- Krócej niż ja – stwierdziła, na co przytaknął. - Jesteś cyrkowcem? - chłopak przytaknął głową, potem jednak nią pokręcił, a potem znowu przytaknął.
- Em – zakłopotał się. - Uczę się – przyznał w końcu. - A ty?

<Esther?>

8 gru 2019

Riddle CD Robin&Vivi

- Żyje od wielu wieków... W oczach niedźwiedzia, szczura... I lisa... Widziałem upiory z piekieł atakujące świat w poszukiwaniu pożywienia... Widziałem cierpienie w ciemnościach... Widziałem też piękno kwitnące mimo zagrożenia z zewnątrz... Widziałem książkę... Książkę, która obróciła wspominaną ciemność w światło. - głuchą ciszę przerwał ryk bestii, która domagała się podrapania po wielkim puchatym brzuszku. - Masz już ponad dwa tysiące lat, a wciąż zachowujesz się jak dziecko, Hotaru.

Stara legenda mówi, że gdy podczas samotnej tułaczki napotka się niedźwiedzia ze złotą obrożą, można się zwrócić do niego po imieniu, a on w zamian podaruję ci kawałek przyszłości, a właściwie jego właściciel. Tego wkurzającego wredzielca, który akurat podczas przerwanej rozgrywki musiał się pojawić. Nikt tak nie irytował Riddle'a jak właśnie ten gość i Vivienne. Nie da się tego wytłumaczyć. Obaj mają w sobie coś takiego, co wewnętrznie działa mu na nerwy, a teraz musiał się jeszcze poważnie zastanowić nad własnymi działaniami. Kolejna znajoma twarz nie oznaczała nic dobrego. Mijały godziny, czas uciekał mu przez palce i nic nie mógł z tym zrobić.
Postawił wrócić do cyrku i zaciszu własnego namiotu zwyczajnie odpocząć. Jednak stanął jak wryty, widząc niedźwiedzi tyłek, wystający dokładnie z wejścia do jego namiotu. Riddle jedynie przeklął pod nosem w swoim ukochanym języku rosyjskim, a potem pstryknął palcami i pojawił się w namiocie. Niedźwiadek zżerał jego lalki. Dosłownie dobra połowa jego kolekcji była w strzępach, a aktualnie misiek przeżuwał pluszową głowę Artemisa, ale szybko ją wypluł wyraźnie zdegustowany i potrząsnął łbem, a potem wydał z siebie ciche ryknięcia, rozglądając się po namiocie i węsząc po wszystkich zakamarkach, zaczynając wszystko inne przewracać, deptać i tak dalej. Tak jakby czegoś szukał. Pytanie tylko czego? Riddle jedynie westchnął i przewrócił oczami. Wiedział, że misiek nic ciekawego tu nie znajdzie i pójdzie dalej, a sam nie da rady go wywalić. Nawet z pomocą swoich demonicznych zdolności. Rzeczywiście nie trwało wszystko długo. Niedźwiedź szybko zrozumiał, że nie ma tu nic, czego by szukał i zwyczajnie opuścił namiot, jak gdyby nigdy nic.
- Z chęcią załatwiłbym sobie nowe futro. - mruknął, patrząc za niedźwiedziem poirytowany, a potem w miarę możliwości skupił się, aby doprowadzić swój namiot do stanu używalności.
Niedźwiedź natomiast kontynuował swoją wycieczkę. Zjawił się z wizytą w sąsiednim namiocie pielęgniarza, zrobił to samo co u Riddle'a. Po raz kolejny nie znalazł tego, co chciał i poszedł zwyczajnie dalej w stronę następnych namiotów. Trzeci namiot okazał się strzałem w dziesiątkę. Wyczuł zapach ulubionych ciasteczek. Ostrożnie zajrzał do środka, rozglądając się za słodkościami. Szybko je znalazł, a razem z nimi dwie osoby. Jedna była małym chucherkiem i siedziała na łóżku, natomiast druga była o wiele większą i wydawała się misiowi bardzo znajoma. Za nim jednak się przywitał, wszedł do środka, przewrócił stolik z herbatą i ciasteczkami, a potem zaczął się zajadać w najlepsze. Vivienne od razu zwrócił na niego uwagę.
- O proszę mamy gościa.
Niedźwiedź w odpowiedzi ryknął, a z jego futerka zaczęły wylatywać świetliki, które rozświetliły całą przestrzeń delikatnym zielonkawym światłem, latając wolno w różne strony. Światło również bardzo ładnie odbijało się od jego złotej obroży, która była dość skrzętnie ukryta pod jego zadbanym futerkiem. Misiu, dość szybko skończył swoją ucztę i usiadł, niezadowolony tą wiadomością. Chwycił stół obiema przednimi łapami i podniósł, rozglądając się po ziemi, czy czasem jeszcze nie ominął jakiegoś ciasteczka. - Nie mamy więcej. - dodał Vivi, widząc zachowanie niedźwiadka, który odstawił stolik tam, gdzie leżał. Zawiedziony wstał i przyszedł do lisiego demona, który pogłaskał go z ciepłym uśmiechem po głowie, a w drugiej dłoni trzymał ciastko, które w końcu dał misiaczkowi. Spryciarz wiedział, że je dostanie. Z racji tego, również myślał, że Robin zrobi mu tę samą niespodziankę. Spojrzał na chłopca i przechylił łebek, a po dłużej chwili zbliżył się bardziej do łóżka i grzecznie usiadł, czekając na ciasteczko. Vivienne jedynie się cicho zaśmiał, czując determinację misia oraz widząc zdziwioną minę Robinka. - Głupiutki miś.

(Robin~? Vivi~?Trzeba odprowadzić Puchatka do stu milowego lasu. )