18 mar 2020

Akusai CD Ozyrys

Kiedy do naszej dwójki dotarli dwaj inni mężczyźni spojrzałem na nich przepraszająco.
- To moja wina. Wybaczcie. - wyjaśniłem, w końcu nie mogłem pozwolić, na obwinienie za to niższego nieznajomego. Pracownicy wymienili tylko kilka słów między sobą i odeszli z zamiarem pojechania do miasta. W momencie w którym się oddalili spojrzałem ponownie na nieznajomego chłopaka. - Naprawdę przepraszam. Nie pokaleczyłeś się? - spytałem, podnosząc dłonie chłopka aby sprawdzić czy nie ma na nich śladów krwi.
Chłopak tylko szybko pokiwał głową. - Nie. - Jego głos był dość niepewny. - Nic mi nie jest. - dodał po chwili zastanowienia.
Odetchnąłem lekko, nie chciałbym aby z mojej winy komuś stała się krzywda. Rozejrzałem się dookoła nas, szczęśliwie szyba stłukła się bez okaleczania któregoś z nas. Nie mógłbym sobie wybaczyć takiej nieuwagi, gdyby niższemu mężczyźnie coś się stało. Zorientowałem się nawet, że moje wcześniejsze myśli przeminęły jak ręką odjął i uczucie zrezygnowania też minęło, dzięki temu rozpogodziłem się. Dopiero teraz przyjrzałem się nieznanemu mi jeszcze chłopaku, wyglądał młodo i na niezbyt zadowolonego z tej sytuacji. Mój wzrok jednak najbardziej spoczął na włosach niższego. Miałem nieodpartą ochotę ich dotknąć, chociaż mogłoby to być dla niego zbyt dziwne. Nie chciałem zbytnio go straszyć dziwnymi zachowaniami. Mimo uporczywych myśli skupiłem się na powrót na świecie oraz rozmowie.
- Jestem Akusai. - przedstawiłem się z uśmiechem nadal trzymając dłonie niższego. Naszła mnie ochota zapytania po co mu rękawiczki, albo poproszenia żeby je zdjął, ale stwierdziłem że zostawię to na później. Chłopak spojrzał na mnie i postarał się lekko uśmiechnąć, nadal niepewnie.
- Ozyrys. - przedstawił się.
- Miło mi Cię poznać. - Radośnie spojrzałem na nowego znajomego, szczerze cieszyłem się że na niego wpadłem. - Nawet jeśli w takich okolicznościach. - zaśmiałem się lekko po chwili. - Będziemy musieli to posprzątać. - stwierdziłem spokojnie. Szkła dużo nie było, jednak musieliśmy zrobić to dokładnie, bo komuś mogła stać się krzywda.
- N-nie musisz, sam sobie poradzę - uśmiechnął się krzywo.
Ja w odpowiedzi również się uśmiechnąłem, trochę pobłażliwie.
- Nie ma mowy, że pozwolę Ci robić to samemu. W końcu to przeze mnie się zbiło. - Wzruszyłem lekko ramionami.
- Wcale nie, mogłem to po prostu mocniej trzymać.
Westchnąłem z lekka i mimowolnie roztrzepałem włosy chłopaka, nie byłbym sobą jakbym tego nie zrobił i uśmiechnąłem się przepraszająco za to, zabierając rękę.
- To nie Twoja wina. - powiedziałem spokojnie. Na mój gest chłopak spiął się i spojrzał na mnie wystraszony, po chwili spuścił wzrok. No tak, powinienem był się od tego powstrzymać, jednak z drugiej strony miał bardzo miękkie włosy. - Przepraszam. - uśmiechnąłem się lekko. - Więc zabierajmy się do sprzątania, lepiej zrobić to od razu. - dodałem, chcąc w pewnym sensie odciągnąć uwagę niższego od mojego dość dziwnego zachowania.
Ten kiwnął głową na znak zgody i jak gdyby nigdy nic zajęliśmy się zbieraniem na początku większych płatów szkła. Te sprawnie udało nam się zebrać, jednak zostało jeszcze wiele małych fragmentów szyby. W pewnym momencie zauważyłem krople czerwonej cieczy na ziemi, co nie pozostawiało mi wątpliwości.
- Wszystko w porządku? - spytałem spokojnie, jednak przyglądając się chłopakowi.
- T-trochę się zaciąłem, ale to nic. - powiedział nawet nie przerywając zbierania szkła. Była to już praktycznie końcówka drobinek. Jednak podszedłem do Ozyrysa i w pewnym sensie zmusiłem aby zaprzestał czynności. Ponownie złapałem jego ręce i już bez większego zapytania o pozwolenie zdjąłem mu rękawiczki, widziałem niemy protest i lekkie przerażenie, westchnąłem jednak spostrzegając wiele ran na dłoniach towarzysza.
- Trzeba to opatrzeć. - stwierdziłem tonem nie znoszącym sprzeciwu ale nadal przyjaznym.

<Ozyrys?>

17 mar 2020

Smiley CD Vivi

Ale jak to? Dwa tygodnie bez ćwiczeń, chyba już to całkowicie powaliło. Niby przyznałam mu rację, ale i tak byłam mega zła. Chciałam wstać, żeby odwiedzić swoje pupile, ale on mnie powstrzymał mówiąc, że nie mogę się ruszyć. Bisca wleciała do namiotu jak szalona. Cieszyłam się, że mnie znalazła, ale trochę mnie martwiło to gdzie by mógł być Yuki. Nie widziałam go, a przecież zawsze wszędzie chodzi z Bisca. Zawsze martwię się o Yuki'ego najbardziej. Co jak co, ale on jest bardzo słaby w dodatku jego charakter nie jest taki jak Biscy, która jest asertywna i dominująca.
- Przepraszam, ale jak mam się poruszać przez te dwa tygodnie? - zapytałam trochę zirytowana. Nie byłam zła na niego tylko sama na siebie. W dodatku brak Yuki'ego zamartwiał mnie jeszcze bardziej.
- Muszę coś wymyślić, jak na razie poleż sobie - chyba miał być to żart, ale nie dla mnie. Stanęłam na swojej zdrowej nodze, a chora uniosłam do góry. Po czym stanęłam na ręce i w taki sposób podeszłam do Vivi'ego. - Czy mogę tak się poruszać, jak na razie? - spojrzałam się na niego.
- Nieźle, ale czy nie powinnaś uważać? - na co miałabym uważać, przecież nic mi się nie stanie, co nie? Chyba nie. Zaczęłam rozmawiać sama do siebie w głowie.
- Spokojnie jak na razie to odpowiednia opcja - uśmiechnęłam się delikatnie. Skierowałam się ku wyjściu.
Daleko jednak nie zaszłam. Zapomniałam całkowicie, że ziemia była zimna w dodatku roztapiający się śnieg w niczym mi nie pomagał. Straciłam równowagę, przez co upadłam, znowu. Obtarłam sobie łokieć, chyba na twarzy też miałam jakieś zadrapnięcie. Nie pozostało mi nic innego jak wrócić do Vivi'ego. Może bym nie wróciła do niego, ale stojący Night nie ułatwił mi sprawy. Wziął mnie na dłonie i zaprowadził do miejsca w którym znajdowałam się pięć minut temu.
- Hej Vivi - przywitał się entuzjastycznie Night. - Czy mógłbyś...
- Spokojnie zaopiekuję się nią - Night nie dokończył swojej wypowiedzi, a Vivi wiedział o co chodzi.
- Dlaczego to wy się cały czas mną przejmujecie?! - uniosłam swój głos, patrząc na nich zirytowana.

<Vivi?> 

Vivi CD Robin&Riddle

Lis z oburzeniem spojrzał na drugiego demona. Jak śmiał jeszcze w to wątpić.
- Oczywiście, że chcemy... Znaczy się ja. Ja chcę, nie... Muszę.
- Dobrze wiesz, że to już nie będzie to samo dziecko. - odparł chłopiec, rzucając w stronę Viviego beznamiętne spojrzenie.
Brunet zacisnął rękę na wachlarzu, który trzymał. Wiedział o tym, zbyt dobrze wiedział, jakie będą konsekwencje tego wszystkiego, lecz usłyszenie tego od kogoś innego...?
- Przecież to oczywiste, że użyje go przeciwko wam... Jest to jedynie kwestią czasu. To, co tam się odegra, będzie waszym końcem, łabędzi śpiew. Pomyśleć, że to wszystko z fascynacji ludzkim dzieckiem, ale ty już tak masz. Czyż nie tak Azymondiasie? Nie pierwszy nie ostatni człowiek w twojej kolekcji.
- Nie nazywaj tego w ten sposób. - warknął.
Monotonny ton dzieciucha złościł go jeszcze bardziej. Jak śmiał to tak nazwać.
- Nie mam żadnej kolekcji, nie mam pojęcia, o czym do jasnej cholery, mówisz. Fakt przywiązałem się do jednego człowieka, może dwóch. Jednak to nadal nie jest twój interes.
- Widać uczucia uderzyły ci do głowy... Cóż nic raczej na to nie poradzimy... Będę potrzebował trochę czasu, nim będę mieć twoje jakże cenne informacje. Potrzebuje 24 godzin, powiedzmy, że następnych 24 godzin.
Vivi spojrzał na chłopca, zaciskając usta. Odwrócił się od niego, dumnie unosząc głowę.
- Niech tak będzie... Zaczekamy. - odparł oschle.
Cały czas się wachlował, taki przedmiot naprawdę był przydatny. Westchnął głęboko. Chciał mieć to wszystko za sobą i moc znów objąć Robina, by napawać się jego zapachem. Uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie, jak go trzymał w ramionach, jednak w pewnym momencie wróciła ta sama myśl co przy przebudzeniu. Nie było go tu... Dalej byk z tym... Łowcą. Vivi już zdecydował, chciał go znów zobaczyć, choćby to miał być jeden jedyny i ostatni raz, do tego przed śmiercią. Wszystko już załatwił sam z siebie więc gdzie się podziewał Riddle... Pewnie znów go coś zatrzymało. Gdy już w myślach zaczął przeklinać tego demona, usłyszał za sobą kroki.
- Jak mniemam, możemy już opuścić to miejsce. - był to głos fiołkowookiego demona.
Vivi z głośnym trzaskiem zamknął wachlarz.
- Wyśmienicie.
Poszedł do wyjścia. Musiał opuścić to miejsce, całe to miasto. Już zaczynała go brać migrena. Gdy stanął na ulicy, czuł się, jakby nie był sobą. Nie widział nic, poruszał się jak w transie. Nogi go same prowadziły, z powrotem do hotelu. Mało go interesował ten jego towarzysz. Chciał się tylko położyć, by wstać za te 24 godziny. Gdy już będzie wiedział gdzie się podziewał jego Robinek.

(Riddle? Robin ;-; tęsknię za dzióbkiem?)

Shu⭐zo CD Lennie

Mój nowy plan na życie stał się nagle zupełnie prosty. Wyjechać, znaleźć jakieś odludzie i tam zdechnąć w samotności. Mam dość ludzi oraz okłamywania samego siebie każdego dnia. Nie mam siły już o siebie walczyć ani twierdzić, że jeszcze jest dla mnie nadzieja, że kiedyś skończy się to pasmo porażek. Niszczę wszystko na swojej drodze. Nie uczę się na błędach i zawsze potem przez to płacze. Nie mówiąc już o osobach, które cierpią z mojego powodu.
Nie wiem, ile mogło mi zająć spakowanie się i wyjście z pokoju, ale gdy tylko opuściłem motel, przed moimi stopami zatrzymał się kapelusz. W dodatku nie byle jaki, bo należał do Lenniego. Od razu go podniosłem, nie kryjąc zdziwienia i momentalnie rozejrzałem się za jego właścicielem. Oczywiście nie było go w zasięgu mojego wzroku, ale ze strony, od której przyleciał przedmiot, usłyszałem małe zamieszanie. Automatycznie skierowałem się w stronę jego źródła. Coś mi mówiło, że tam znajdę chłopaka, ale nigdy nie śmiałbym nawet pomyśleć, że w takim stanie... Moim oczom ukazało parę przechodniów, jakiś koleś nerwowo krążący przy samochodzie i rozmawiający z jakimś policjantem, a tuż koło radiowozu zauważyłem karetkę, dwójkę ratowników, którzy wnosili poszkodowanego do środka. Od razu do nich podbiegłem, opuszczając gdzieś po drodze walizkę.
- Lennie... Co się stało? - nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Leżał nieprzytomny, a po zdenerwowanych ratownikach nie mogłem spodziewać się niczego dobrego.
- Proszę się odsunąć. - odepchnął mnie na bok jeden z ratowników.
- Ale co mu się stało? Przeżyje? Proszę mi powiedzieć... - miałem nadzieję, że czegokolwiek się dowiem, ale nie było czasu na rozmowy. Karetka błyskawicznie włączyła się do ruchu i zabrała Lenniego do szpitala. Lekko spanikowany rozejrzałem się dookoła. Nie wiedziałem za bardzo, co teraz zrobić.
Nie jestem takim zwyrodnialcem, żeby zostawić Lenniego w takiej chwili. Za nim jednak zdążyłem zadzwonić po taksówkę, usłyszałem dzwoniący telefon. Za dużo ludzi nie było w pobliżu i nikt owego telefonu nie miał w rękach. Sam nie wiem, co mnie w ogóle pokusiło, ale poszedłem za jego dźwiękiem, a dochodził on z ławki tuż koło przystanka. Leżał tam właśnie telefon, a na wyświetlaczu widniał numer z podpisem "Tata". Szybko zrozumiałem, że to również telefon Lenniego. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę napotykał na swojej drodze jego rzeczy. Bez zastanowienia sięgnąłem po urządzenie i w ostatnim momencie zdołałem odebrać.
- Lennie. Znaczy Lelun, jest w szpitalu. Był mały wypadek i... Chyba samochód go potrącił. Za bardzo nikt mi nie chce nic powiedzieć, ale proszę jechać do niego. On teraz pana bardzo potrzebuje. - po tych słowach najzwyczajniej w świecie się rozłączyłem. Może to było trochę mało delikatne z mojej strony, ale jego ojciec już z wyglądu przypominał mocnego gościa. Nie dostanie byle zawału. Nie w takiej chwili... Przynajmniej miałem taką nadzieję.
W szpitalu również nikt nie chciał mi nic powiedzieć. Nawet, w której sali leży, bo nie jestem z rodziny. Musiałem coś na szybko wymyślić. Strasznie się martwiłem, a nie będę tracić czasu na czekanie, aż jego ojciec się znajdzie. Koniec z końców udało mi się podsłuchać, jak jakaś lekarka rozmawia z pielęgniarką. Padły słowa takie jak: rudy chłopak, przejechany przez samochód, w dość ciężkim, ale stabilnym stanie. Wiedziałem, że ona na pewno wie, gdzie leży i na pewno mi to powie, jeśli wymyślę coś sensownego. Od razu bezzwłocznie je zaczepiłem.
- Szukam sali, w której leży potrącony chłopak. Przywieźli go tutaj dziś jakiś czas temu. Strasznie się martwię, a ratownicy za dużo mi nie powiedzieli. - obie odwróciły się do mnie. Już tylko czekałem, aż padnie to pytanie, ale mogłem sobie wcześniej coś sensownego wymyślić. Mam przeczucie, że z mojej improwizacji nie wyniknie nic dobrego.
- Pan z rodziny poszkodowanego?
- N... - oczywiście już automatycznie chciałem zaprzeczyć, ale w mojej głowie jedynie brzmiały słowa: Skłam. Skłam. Skłam, a że już zacząłem od "n"... - Narzeczony... Jestem jego narzeczonym. - niepewnie się uśmiechnąłem. Automatycznie zbeształem samego siebie w myślach. Jeszcze niecałą godzinę temu nie chciałem go znać, a teraz już jesteśmy parą narzeczonych. Obie kobiety trochę zatkało. Pewnie jeszcze żadna z nich nie spotkała się z taką sytuacją. Cóż... Kiedyś musiał być ten pierwszy raz, nie? Zapadła dość krępująca dla mnie cisza. Połknęły haczyk? Dowiem się, gdzie jest Lennie?
- Ach... Pański narzeczony jest pod opieką specjalistów. Gdy już wszystko będzie w porządku, zostanie przewieziony do sali na końcu korytarza. Proszę tam poczekać. - odparła z trochę zakłopotanym uśmiechem lekarka.
- Dziękuję bardzo. - już spojrzałem w tamtym kierunku.
- Ale na drugi raz będzie lepiej, jeśli przyjdzie pan z kimś z rodziny. - od razu skinąłem głową w odpowiedzi.
- To wyjątkowa sytuacja. Jeszcze raz dziękuję. - poszedłem już pod tamtą salę i usiadłem na jednym z krzeseł, kładąc koło nogi walizkę, a w dłoniach trzymając kapelusz.
Nie lubię szpitali. To miejsce zawsze mnie strasznie męczyło, chociaż jestem w nim dopiero trzeci albo czwarty raz w życiu. O dziwo częściej siedziałem z matką u weterynarza, ale w niektórych przypadkach, a szczególnie przy moich braciach był problem, kogo tak szczerze wybrać. Lenniego dopiero co przewieźli na salę, przez co przylgnąłem totalnie do szyby, za którą widziałem całą salę i właśnie jego leżącego i podłączonego do jakichś maszyn. Nie mogłem jeszcze do niego wejść, ale w sumie chciałbym?... Po tym wszystkim na pewno nie chce mnie widzieć. Poza tym znowu za nim przyszedłem. Ty Shu naprawdę nigdy niczego się nie nauczysz. Pomyślałem, wydając z siebie ciche westchnięcie, przez co fragment szyby przy moich ustach zaparował. Ze smutną miną narysowałem tam palcem małe serduszko, a później odsunąłem się od szyby. Z drugiego końca korytarza usłyszałem czyiś oburzony krzyk: Jak to narzeczony?! Już chyba nawet wiedziałem, kto się zjawił. Gdy tylko spojrzałem w tamtym kierunku, zobaczyłem zbliżającego się ojca Lenniego. Wyglądał na zmartwionego i lekko poddenerwowanego. Czyżby aż tak moje małe kłamstewko go oburzyło?
- Przepraszam. Inaczej nic by mi nie powiedzieli. - położyłem po sobie psie uszy. Nie chciałem, żeby jeszcze na mnie tu krzyczał, a coś czułem, że mogłoby się tak stać. Ten jednak nawet się nie odezwał. Podszedł do szyby i spojrzał smutnym wzrokiem na syna leżącego za nią.
- Jak do tego w ogóle doszło? - spytał, nie odrywając się od szyby. Oparłem się jedynie o ścianę, zaciskając dłonie na kapeluszu. Nie byłem pewny, co dokładnie powiedzieć. Mówić o kłótni? O tym, że to w sumie trochę moja wina, że znowu popełniłem błąd i Lennie przez to cierpi?
- Nie było mnie, gdy to się stało... Zostawiłem go, dałem wyjść samemu. - westchnąłem, odwracając głowę gdzieś w bok. - No i się stało...

(Lennie~? Teraz tak szybko cię nie zostawię).

Lennie CD Shu⭐zo

Patrzyłem na jego plecy, trząsł się, emocje opadły, łzy zaczęły lecieć, wziął winę na siebie. A ja stałem i tylko patrzyłem, zaciskałem ręce w pięść, chciałem na czymś wyładować agresję, ale nie wiedziałem na czym, dlatego stałem tak i nic nie zrobiłem. Kiedy przyłapałem się na tym, że nie oddychałem przez chwilę, odwróciłem się napięcie i wyszedłem. Nie zabrawszy ze sobą niczego, prócz telefonu, bez żadnego portfela, czy kurtki po prostu wyszedłem, trzaskając drzwiami. Buzowały we mnie silne emocje, których nie mogłem uspokoić. Zignorowałem recepcjonistę, który zapytał o krzyki i wyszedłem za zewnątrz. Wiedziałem, że gdy wrócę, jego tam nie będzie. Przyjechaliśmy tu razem, ale oddzielnie stąd wyjedziemy. Jeśli stąd wyjadę. Jak mógłbym teraz wrócić do cyrku? On tam wróci, on tam ma przyjaciół, wszystkich, a ja muszę naprawić błędy przeszłości, muszę zostać z ojcem w Toronto. Znaleźć pracę i… 
Coś mnie ukuło w sercu, nie mogłem już myśleć, ani mówić. Łzy wstrzymywane przez ten cały czas kłótni, nagle wylały się, tama pękła, a ja nie mogłem przestać płakać. Szedłem przed siebie, robiło się powoli ciemno, ignorowałem wszystkich przechodniów, na jakich wpadałem, ignorowałem pytania kierowane w moją osobę. Szedłem i nie mogłem się zatrzymać. Chciałem stąd zniknąć, pójść tam, gdzie umrę w spokoju, nikogo już nie krzywdząc. Kilka minut po fali łez, nadeszła kolejna fala, tym razem wyrzutów sumienia. Mogłem od razu wystawić karty na stół, żadnego nie okłamywać. Tato, jestem gejem, Shuzo, mój ojciec nie toleruje homoseksualistów, Tato, musisz to zaakceptować, Lennie, wszystko będzie w porządku. 
Nic nie było w porządku, wszystko się zawaliło, jak zamek z kart. Wystarczył jeden błąd, za którym pociągnąłem kolejne i doprowadziłem do takiego stanu rzeczy. Dlaczego wyszedłem z pokoju? Nie potrafiłem już na niego patrzeć. Byłem wściekły na siebie i na niego. Na siebie za kłamstwa, na niego za słowa, potem na siebie za swoje słowa, a potem na ojca. Może lepiej by było, gdybym tu nie przyjeżdżał? Albo chociaż zakazał Shuzo podróży ze mną? Mogłam go zostawić w cyrku, teraz by tak nie cierpiał. Teraz by nie pakował swoich rzeczy i nie wychodził. Nie rozstalibyśmy się.
Wsadziłem dłonie w kieszeń, zdając sobie sprawę, że nie mając portfela, nie mam także pieniędzy i nie mogłem zatopić smutków w alkoholu. Usiadłem na jakimś przystanku i tępym wzrokiem gapiłem się w ulicę. Co miałem teraz zrobić? Poczekać, aż będę miał pewność, że chłopak zniknie, wrócić i spróbować żyć bez niego? W tej chwili była to odległa rzeczywistość, mimo wszystko znałem go prawie dwa lata. To zbyt dużo, aby teraz o nim zapomnieć. Więc co mam zrobić? Wrócić i przeprosić? To zbyt proste, nie uda się. Nie wybaczy mi, za dużo oboje powiedzieliśmy. Nie wierzyłem, ze można to jeszcze uratować. Musiałem się pogodzić z myślą, że to koniec. Game over.
Schowałem twarz w dłoniach, kiedy nawiedziła mnie kolejna fala łez. Nie mogłem się powstrzymać, musiałem w coś uderzyć. Wyciągnąłem telefon i przejrzałem kontakty. Żadnego już nie używałem, był mi praktycznie nie potrzebny. Nie mogę zadzwonić do ojca, a tym bardziej do czarnowłosego. Odłożyłem telefon obok siebie na ławce i wróciłem do płaczu. Byłem bezsilny. Może powinien zostać? Przytulić go, przeprosić, wyjaśnić, że miałem mu powiedzieć, ale nie wyszło. Że dalej go kocham, nie chce go zostawiać, chce, by wszystko było jak dawniej.
- Było trzeba zostać w cyrku – wstałem i ruszyłem przed siebie, nie zauważając, że zostawiam telefon na przystanku.
Szedłem przed siebie, wgapiony we własne buty i pogrążony we własnych myślach. Słyszałem dźwięki, ale nie reagowałem. Krzyki ignorowałem, pociągnięcia odpychałem. Miałem wszystkiego dość, byłem skończonym kretynem. Gdybym inaczej postąpił…
Usłyszałem klakson i pisk opon. Powoli podniosłem głowę do góry i jedyne, co zobaczyłem, to ostre światło, zbliżające się do mnie w zaskakującym tempie. Nie zdążyłem, a może i nawet nie chciałem reagować. Auto hamowało, ale i tak uderzyło w człowieka, który nie zauważył, że wszedł na ulicę. W człowieka, który ignorował przechodniów, próbujących go zatrzymać. W człowieka, który stracił wszystko.
Gdy ktoś dzwonił po karetkę, kapelusz potoczył się po ulicy, w kierunku hotelu. 

<Shu?>

Ozyrys CD Akusai

Dlaczego ja? Nie miał kogoś innego pod ręką? Na prawdę byłem najgorszą osobą, jaką mogli mnie wziąć do pomocy. Przecież mam dziurawe ręce! Na pewno coś zniszczę! Wystarczy, że na to popatrzę, a tu już będzie blednąc w oczach – no dobra, teraz może przesadziłem, ale gdy usłyszałem, że miałem pomóc w remoncie naszego magazynu, byłem załamany. Wzięli mnie, bo wszyscy byli na próbach, a ja jako jedyny odmówiłem. No cóż, nie było to dziwne, przyzwyczaili się, że jako jedyny nie uczestniczyłem w grupowych próbach, ale za bardzo się bałem, że coś podpalę, a jeszcze gorzej, gdybym kogoś. Dlatego teraz tkwiłem tutaj, razem z dwoma innymi mężczyznami i pomagałem im załatać naszą szopę. 
Wszystko szło w miarę dobrze i na razie niczego nie uszkodziłem. Przytrzymywałem im narzędzia, pomogłem wynosić rzeczy, a nawet jakoś pomalowałem jedną część, z czego byłem naprawdę dumny; pominę fakt, że uwaliłem się farbą, niczym świnia w błocie, ale żaden z nich nie zwrócił na to uwagi. Może Pik kazał im mnie jeszcze bardziej nie dołować? Nie ważne jaka była odpowiedzieć, cieszyłem się, że ani razu nie skomentowali mojej pomocy, w pozytywny, czy negatywny. Neutralnie spokojniej mi się pracowało. 
Wszystko miało się zakończyć dobrze, zacząłem wierzyć, że nic nie sknocę, aż jeden z nich nie oświadczył:
- Musimy wymienić okno – kiedy oni podeszli do futryny, aby je wyjąć, mi kazali przynieść drugie, które mieli na wozie. Przez chwilę stałem jak słup soli, naprawdę wysyłają mnie po coś tak kruchego, jak szkło? - Ozyrys, no rusz się – pomachał w moją stronę jeden z nich.
- Trzeba je wymieniać? - zapytałem lekko poddenerwowany.
- Tak, stare jest i już nie trzyma – westchnąłem i skierowałem się do wozu. Starałem się pozytywnie myśleć. Na pewno niczego nie uszkodzę…
Szyba leżała na widoku, nie była duża, jeden człowiek z łatwością by ją zaniósł: tylko ja byłem zbyt zestresowany, aby zrobić to szybko. Powoli chwyciłem szkło i pociągnąłem je w swoją stronę. Mocno zaciskając palce, ściągnąłem je z wozu i złapałem u dołu. Było dobrze. Podparłem jeszcze brodą, aby mi nie spadła i zacząłem wracać. Wydawało się, że doniosę bez żadnego uszczerbku na swoim i na oknie zdrowiu. Gdy nagle ktoś mnie lekko popchnął… Lekko czy nie, wystarczyło, abym się zachwiał i puścił szybę, która stłukła się na dwie części, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk tłuczonego szkła.
- Cholera. Znaczy się przepraszam – rzuciłem krótkie, załamane spojrzenie na wyższego nieznajomego, a po chwili usłyszałem, jak pracownicy przychodzą, przywołani hałasem.
- Ozyrys, naprawdę? - odezwał się jeden z nich.
- Przepraszam – wbiłem wzrok w ziemię. - Pojadę do miasta po drugie – mężczyzna pokręcił głową.
- Pojedziemy sami – powiedział, na co skinąłem głową. No tak, samego mnie nie puszczą, a żaden z nich nie chce się użerać z takim fajtłapą jak ja.

<Akusai?>

16 mar 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Zabolało. O wiele bardziej niż wcześniejsze słowa. Kolejny nóż przebił moje krwawiące serce na wylot i na pewno będzie ich jeszcze więcej.
- Może i tak. - stwierdziłem beznamiętnym tonem. - Ale co miałem innego twoim zdaniem zrobić? - wraz z tym pytaniem, głos zaczął mi się łamać, nadchodziła kolejna fala łez. Obiecałem sobie, że już nigdy nie będę płakać z takiego powodu, ani przy kimś takim. On nie zasługuje na twoje łzy. Nie pokazuj mu, że jesteś słaby. Nie zasługuje na to. Jedyne zdania, jakie teraz krążyły mi po głowie, ale w pewnym sensie pozwoliły mi się ogarnąć. Nie będę płakać. Czas na to minął. Została sama złość. - Siedzieć tu i czekać aż Lennie czy tam Lelun sobie o mnie przypomni i wróci?! Gnić tu w tych czterech ścianach ze świadomością, że i tak nie powiedziałeś mi wszystkiego? - wbiłem wzrok prosto w jego oczy. Fiołkowe, kiedyś takie piękne, a teraz w sumie zwyczajne i nudne, przepełnione złością, która tylko z pewnością go podjudza, żeby w końcu mnie rozszarpać.
- Nie mogłeś normalnie zapytać? Albo zrobić cokolwiek innego poza łażeniem za mną jak jakiś cień! - po tym już zacząłem się śmiać, co chyba nawet bardziej rozzłościło "pana Leluna". Moja zła strona już przejęła kontrolę. To się na pewno dobrze nie skończy.
- A co by mi to dało? Co bym usłyszał? - już nie miałem sił krzyczeć. Moje gardło w końcu wysiądzie. - Kłamstwo, jakiś przekręt. Kolejne zdanie, sugerujące, że nie jesteś w ogóle ze mną szczery. - z chęcią bym mu teraz przywalił. Niech to on się ogarnie. Niech w końcu do niego dotrze, co mi zrobił. - Wszystko dobrze. Nie martw się. - dodałem poirytowany tonem, chcąc brzmieć w miarę podobnie do tego rudzielca. Na pewno wyszło bardziej śmiesznie niż poważnie, ale żaden z nas nie zwracał na to uwagi. - Jesteś najważniejszy, a gdy już cię zostawię, to wyjdzie, że nie do końca. Ty mój pi*rdolony przyjacielu. - patrzyłem na niego spode łba, gdy ten poruszył ręką i zacisnął jedną dłoń w pięść.
- Nie przeginaj. - warknął. - Wcale lepszy nie jesteś. - ja w odpowiedź jedynie się wyprostowałem z wrednym uśmiechem na twarzy.
- Rączką świerzbi, nie? Aż chciałoby się na czymś wyładować tą kotłującą się złość. - potęgując wagę mojej wypowiedzi, zrobiłem dwa powolne kroki w bok, wciąż nie odrywając od niego wzroku, który zresztą sugerował, że jeśli usłyszy w moim głosie jeszcze jedną kroplę drwiny, to mogę pożegnać się z językiem. Historia lubi się powtarzać... Chociaż czuję, że on nie byłby do tego zdolny. Za miły na coś takiego. Prędzej mi się tu rozpłacze. Koniec z końców stanąłem przed nim. - No co tak zamarłeś? Koniec kłótni? Czyżbym wygrał i miał rację?
- Zamknij się w końcu. Zwalasz wszystko na mnie, a sam jesteś sobie winien. Starasz się mnie sprowokować, naginasz fakty. Co z tego będziesz mieć? Miałeś na mnie zaczekać. Wcześniej tak zrobiłeś i nie było problemów, więc co do jasnej cholery teraz odwalasz?
- Miałem tkwić następne lata w zamkniętej klatce cudownych kłamstw? Zrobiłem to, co było słuszne. Inaczej nie przejrzałbym na oczy. Nie zobaczyłbym, jaki z ciebie dupek! Cieszę się z tego, co zrobiłem. Z dumą mogę sobie pogratulować.
- O wyobraź sobie, że ja też się cieszę. Mam dość twojego wtrącania się. Ciągłego śledzenia. Teraz dobrze widzę, jak bardzo mi w ufasz.
- Takie są skutki niebycia ze mną szczerym. - odpowiedziałem od razu. - Czułem, że coś się święci i zobacz. - schyliłem się do walizki, zaczynając wszystko, co moje do niej ładować. - Nie pomyliłem się.
- Co ty robisz?
- Nie widać? Mam cię dość, tego miejsca, ku*wa wszystkiego. - jednak bezsilnie usiadłem na ziemi przed walizką, za nim zdążyłem ją zamknąć. Teraz już nie byłem zły. Dopadło mnie to dławiące uczucie smutku, łzy zalały oczy. Czy to już serio koniec? Mrugałem, aby się ich pozbyć, ale to nic nie dało. Na ich miejsce przychodziły następne. To aż zadziwiające, że jeszcze jakieś się uchowały po moim wcześniejszym wybuchu. Nie mogłem się już powstrzymać. Łzy się lały, moje dłonie drżały i nie umiałem już nic z siebie wydusić. Bardzo proszę, Lennie. Możesz mi na ubliżać. Masz idealną okazję.
Może serio lepiej było zostać? Byłbym przynajmniej szczęśliwy. Miałbym wreszcie przy sobie kogoś, kto z pozoru byłby dla mnie idealny... Niestety, jak zawsze, musiałem się zawieść. Jak zawsze nie posłuchałem, a później zawsze żałośnie płacze z tego powodu.
- Masz rację... Jestem sam sobie winien. - wymamrotałem w końcu, obejmując rękami kolana i spuszczając głowę. Historia lubi się powtarzać...
Nie chcę tu zgrywać jakiejś ofiary, którą teraz trzeba przytulać i powtarzać, że wcale nie. Co ty wygadujesz? To tylko i wyłącznie moja wina. Nie twoja. To najzwyklejszy fakt, który trzeba zaakceptować. Chwilę się nad sobą poużalam i już mnie nie ma.
Witaj ero samotności. Tak dawno się nie widzieliśmy. Równie długo z tobą walczyłem, ale dziś wygrałaś, więc wracam. Oddaje się w twe mroczne ramiona. Niech ukołyszą mnie do snu oraz sprawią, że cały ból zniknie i zostanie sama pustka...
Historia lubi się powtarzać.

(Lennie~? Namiętności w sobie skryć i rozumem czytać cię. Może wtedy miałbym siłę, by powiedzieć "nie"?)

Akusai DO Ozyrys

Z lekka byłem zdenerwowany moją obecną sytuacją, wprawdzie przybyłem tu pod wpływem impulsu, wprawdzie nie było to przemyślane, złapanie ostatniej deski ratunku abym może polubił swoje zdolności. Aby nie wyrządzać nimi krzywdy. Nie miałem szczerze mówiąc pojęcia co będę tu robić, gotów byłem na to, że po prostu będę się wlec za grupą z nadzieją na lepsze jutro. Oh, od kiedy taki pesymista się ze mnie zrobił. Spędziłem tu zaledwie kilka dni, jednak nie zdążyłem z nikim porozmawiać, szczerze sam unikałem tego kontaktu, nie wiedziałem co robić, jak się zachowywać. Chciałem w pewnym sensie rozeznać się w sytuacji. Przewidzieć jakiekolwiek zachowania. Zdążyłem skończyć jedną z moich lalek, spędziłem nad nią bardzo dużo czasu, miałem nadzieję, że ona będzie żywa na dłużej, była kolejną próbą zastąpienia sobie kontaktu z innymi. Ciężko było stworzyć lalkę ludzkiego rozmiaru, więc była trochę niska. Mierzyła metr pięćdziesiąt, ale i tak była piękna. Mój twór, moje dziecko. Nie posiadałem świetnych umiejętności, więc marionetka posiadała dużo niedociągnięć, defektów, jednakże bardzo się starałem, była mi jedną z bliższych lalek, tworzyłem ją z nadzieją. Kiedy skończyłem ubierać lalkę miałem w planach ją ożywić licząc, że rzeczywiście się to uda. Stety lub niestety nie udało. Moje starania, skupienie się i próby ożywienia marionetki skończyły się porażką. Czułem żal, że kolejny raz się nie udało. Nie wiedziałem na jakich zasadach działała moc, nie miałem pewności jakie lalki mogę ożywić, a jakich nie.
To strasznie denerwowało. Czułem zrezygnowanie, ponieważ już niewiele mi zostało z chęci do walki. Ale przybyłem tu nie bez powodu, nie mogłem się teraz poddać, po tak dużym kroku na przód. Nie chciałem się cofać, nie chciałem też stać w miejscu, jednakże nie posiadałem siły aby iść naprzód. Musiałem coś jednak zrobić, bo popadnę w szaleństwo, które już się rozpoczynało, niewinnie, zwykłym rozmawianiem do martwych lalek. Potrzebowałem ratunku, ponieważ tonę, w otchłani własnego umysłu i wspomnień, szaleństwie którego nie umiem zatrzymać, chaosie myśli. Z lekka zamyślony wyszedłem z przyczepy. Przechodziłem obojętnie obok wszystkiego, wszyscy mijało mnie z równym brakiem emocji. Stałem niczym za szybą, której nie sposób rozbić, odcięty od wszelkiego świata. A tak bardzo pragnąłem ją zbić, ponownie móc się czegoś chwycić, niczym rzuconej kotwicy. Ustać chociaż na chwilę. Wręcz desperacko szukałem tej przysłowiowej kotwicy, czegokolwiek czego mógłbym się trzymać, czegoś co pozwoli mi wreszcie zostać. Z mojej zadumy nagle wyrwał mnie dźwięk tłuczonego szkła, niebezpiecznie blisko mojej osoby. Nim się spostrzegłem ktoś stał obok mnie. Albo stał tam cały czas a ja tego nie zauważyłem? Możliwe. Nawet nie wiedziałem czy to ja coś stłukłem, a było to wprawdzie możliwe. 
- Cholera. - mruknąłem, a po chwili zakryłem usta dłonią. - Znaczy się, przepraszam. - dodałem szybko, z lekkim, przepraszającym uśmiechem. 

Ozyrys?

Czułem ból, jakby mi [...] ziarno piasku wpadło do serca

Bywało, chodzę, jem, rozmawiam, myślę przytomnie, rozpatruję się w pięknej okolicy, nawet śmieję się i jestem wesół, a mimo to czuję jakieś tępe ukłucie, jakiś drobny niepokój, jakąś nieskończenie małą obawę.

OD Lycoris

Jeździłam palcem po krawędzi kartki, zapominając o otaczającym mnie świecie. Niedawno przybyłam do nowego miejsca, do nowej rodziny, która z początku wydawała się cieszyć moim przyjazdem. Może jednak to mi się uroiło? Pik też wyglądał na zadowolonego. Podniosłam wzrok na jego twarz, która aktualnie była zwrócona w stronę wysokiej dziewczyny. Uśmiechał się do niej szeroko, powodując niewielkie zmarszczki przy oczach, co było dość słodkie. Przeniosłam spojrzenie na dziewczynę. Długie, szczupłe nogi, różowa sukienka podkreślająca figurę a do tego długie, delikatnie kręcone, rudawe włosy. Skupiłam się jednak na jej twarzy, a dokładniej na piwnych oczach. Były duże i okrągłe a wyglądały, jakby z łatwością wyłapywały otaczający je świat, wyłapując każde przewinienie. Podrapałam się po głowie, kiedy tylko ich spojrzenia spoczęły na mojej osobie. Nie chciałam, by wyczuli, że ich oglądam, choć może za mało to maskowałam. W sumie nigdy nie byłam zbyt dobra w ukrywaniu się, za co często obrywałam, choć zawsze zastanawiało mnie jedno, bo przecież często gubiono mnie gdzieś w tłumie, co często kończyło się niemałym szokiem. Może to kwestia szczęścia? Być może. Ułożyłam łokieć na bocznej poręczy krzesła, prostując przy tym dłoń w poziomie.
- Co się tak patrzycie? -wypaliłam, napinając delikatnie mięśnie. Niby wiedziałam, że na mnie nie ruszą, jednak wielu ludzi w życiu się widziało i poznało.
- Mógłbym zapytać o to samo -odpowiedział ze spokojem Pik, jakby chciał zapewnić, że jednak mnie nie zatłuką za te cwaniackie zachowanie -Obserwujesz nas od momentu, kiedy Stella tutaj weszła. Coś ci przeszkadza? -zapytał, poprawiając się na swoim wielkim tronie.
Prychnęłam cicho, odwracając wzrok w stronę papierów leżących na dębowym biurku. Były wymieszane między sobą, choć sprawiały wrażenie, jakby tak właśnie miało być.
- Nic mi nie przeszkadza, po prostu czuję, że jestem wam tutaj zbędna -wzięłam w dłoń plik dokumentów, które znajdywały się na moich kolanach i zaczęłam nimi wymachiwać -Wszystko już przeczytałam i wypełniłam tak, jak kazałeś, więc mogę już chyba iść, prawda? -dodałam, odstawiając rzecz na biurko przed nim.
Mężczyzna przez krótką chwilę wlepiał w nie swoje oczy, aż w końcu z tym samym szerokim uśmiechem, jaki kierował jeszcze kilka minut temu do tej kobiety, zwrócił się do mnie. Mimo że nic nie powiedział, wyczułam ogromną presję. Chciał tym sposobem coś przekazać, czy co? Zmrużyłam oczy, a następnie wstałam z siedzenia, nie dając mu czasu na wypowiedź. Zarzuciłam włosy za ramiona i krótkim zdaniem się pożegnałam. Może mi się za to oberwie, ale naprawdę nie widziałam sensu, by tam dłużej siedzieć. Po pierwsze najważniejsze sprawy załatwiliśmy przed jej przybyciem, a po drugie podczas ich rozmowy mogłam wyczuć coś dziwnego, jakby kobieta dawała mi znać, że im przeszkadzam i mam natychmiast zniknąć. Pewnie teraz się cieszy, że mogła w końcu zostać z nim sam na sam. Z rozmyśleń oderwał mnie silny podmuch wiatru. Złapałam się za ramiona, trzęsąc się pod naporem nieprzyjemnych dreszczy, które przechodziły przez całe ciało. Rozejrzałam się po całym terenie, aż moim oczom ukazał się ogromny namiot, który już bardzo dobrze znałam. Uśmiechnęłam się delikatnie i nie czekając dłużej, ruszyłam w jego kierunku. Wchodząc do jego wnętrza, od razu uderzyła mnie fala gorąca i wspaniałego zapachu. Bufet to jedyne czego teraz potrzebowałam. Szybkim krokiem przemieściłam się do długiego stołu, z którego zaczęłam wybierać przeróżne potrawy. Naleśniki, sałatki, tosty z jajecznicą, dwie kanapki, dwie łyżki warzyw i wiele więcej, a to wszystko na jednej tacy, co zapewne zaskoczyło pozostałych, którzy także się tutaj stołowali. Mając już swoją zdobycz, usiadłam przy wolnym stoliku, rozkoszując się posiłkiem.
Po kilkudziesięciu minutach zakończyłam ucztę, a wraz z tym wyczułam ogromną potrzebę ćwiczeń, co było dla mnie idealnym sposobem na rozluźnienie. Wychodząc z namiotu, rozciągnęłam swoje zastałe kości i biegiem ruszyłam w stronę miejsca treningowego. Cieszyłam się, że jedzenie dało mi tyle energii, tym bardziej że jeszcze jakiś czas temu byłam kompletnie wyczerpana. Nie wiem, czy to sprawka tych wszystkich dokumentów, czy jednak rozmowy, choć jedno wiedziałam na pewno -teraz wszystko się unormuje i zamieni się w coś dobrego. Z uśmiechem wbiegłam do środka, skacząc i wykonując po kilka piruetów, aż w końcu stanęłam w miejscu, rozglądając się po całej arenie. Stojąc tak, poczułam się dziwnie, jakbym przeczuwała coś złego. Byłam tu już raz, ale mogłam już wyczuć, że coś tu nie gra. Szybko spoważniałam, prostując przy tym plecy, mając jednak nadzieję, że to mi się tylko tak wydaje. Przez chwilę nasłuchiwałam dźwięków, które mogłyby być podejrzane, choć dobrze dla mnie -żadnych nie usłyszałam. Wypuściłam głośno powietrze i odwróciłam się tyłem do miejsca, które jeszcze przed chwilą bacznie obserwowałam. Rozłożyłam ręce i rozpoczęłam swój trening. Miałam nadzieję, że nikt więcej tutaj nie przyjdzie, bo naprawdę chciałam odpocząć, a trening z kimś, kogo nie znam, mógłby nie wypalić, tym bardziej że wolę go robić sama, no może nie licząc tego małego, nieznośnego zwierzaka. Zamknęłam oczy i zatopiłam się w swoich myślach, zapominając całkowicie o świecie.

<Ktoś?>