Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Husky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Husky. Pokaż wszystkie posty

30 sie 2018

Husky CD Smiley

Widząc w jak złym stanie, zarówno fizycznym jak i pewnie psychicznym, znajduje się Smiley, postanowiłem dać jej odrobinę prywatności, by mogła w spokoju odpocząć. Nie musiałem się o nią martwić, była w dobrych rękach. Mimo wszystko jakaś część mnie kazała mi biec do jej namiotu i chociażby skulić się w jego rogu, by mieć pewność, że dziewczyna będzie bezpieczena.
Pokreciłem głową, jakby w nadziei, że w ten sposób wylecą z niej te nierozsądne pomysły. Smiley musi odpocząć. Nie powinienem jej nachodzić.
Po powrocie wziąłem szybki prysznic i przebrałem się w czyste ubrania. Przywitałem też stęsknionego za mną Amadeusza, który natychmiast wpakował się do kieszeni dresowych spodni, które miałem na sobie.
Wyszedłem z namiotu na świeże powietrze i niemal od razu wpadłem na Mischę.
- Oh -krzyknął zaskoczony omal na mnie nie wpadając- Wybacz. Pik chciał się upewnić, że wszystko z tobą w porządku.
Zmierzyłem go uważnie wzrokiem. On również zdążył się już ogarnąć, choć nie potrzebował tego tak bardzo jak my. Warunki mieszkaniowe u Lucasa były dobre. Spojrzałem mu w oczy. Wydawał się być spięty.
- Co teraz z tobą będzie? -spytałem
Ściągnął brwi. Zaskoczyło go to pytanie i jak widać nie rozmyślał wcześniej nad tą kwestią, bo zaczął się zastanawiać.
- Cóż... Luca nie odpuści. Chyba będę musiał wró...
- Co? -przerwałem- Chcesz do niego wracać? Po tym wszystkim? -nie kryłem zawodu jaki pojawił się w moim głosie.
A już zacząłem lubić Mischę.
- Nie rozumiesz -westchnął- Groził mojej siostrze, nie pamiętasz? Muszę wrócić.
- I co? Pozwolisz żeby dalej kradł i znęcał się nad ludźmi? -prychnąłem
Mischa wyraźnie poddenerwowany kopnął w pobliski kamień. Patrzyłem jak odłamek turla się po ścieżce aż w końcu zatrzymuje, dokładnie w tym samym momencie, w którym odezwał się mężczyzna.
- Pik proponował bym został w cyrku -wypalił- Mógłbym być kimś w rodzaju ochroniarza.
Poczułem jak gniew trochę ze mnie opada.
- Więc czemu chcesz wracać do tego parszywca?
- Bo to dalej nie rozwiązuje sprawy mojej siostry -burknął
Zawachałem się ale po chwili odezwałem  nadal nie do końca rozumiejąc Mischę.
- Może przecież zostać w cyrku z na...
- I co jej to da? -warknął- Luca to pojeb, on tu wróci. Wróci po Smiley, po moją siostrę, po ciebie -zrobił chwilę przerwy by wziąć kilka głębszych oddechów- Po mnie też. On tak łatwo nie odpuszcza. Upokorzyliśmy go, poczuł się przegrany.
A Luca nie znosi przegrywać.

<Smiley?>

25 sie 2018

Husky CD Smiley

Wokół działo się tyle rzeczy, że będąc wciąż w ogromnym szoku nie byłem w stanie ich wszystkich pojąć.
Nasi cyrkowi towarzysze pojawili się dosłownie z nikąd. Ktoś odprowadził mnie do domu Lucasa, inna postać zajęła się małą Smiley, która chyba znów zemdlała. Albo zasnęła. Musiała być już na skraju wyczerpania, tyle przeżyła ostatnimi czasy. Pik wraz z Mischą zajęli się Lucasem.
Nie umarł.
To było jedyne co udało mi się zarejestrować jasno i wyraźnie. Poczucie winy nieco zmalało. Głos obwiniający mnie o morderstwo znikł.

Obudziłem się obolały ale jednocześnie czując, że przybyło mi nieco energii. Co więcej mgła otaczająca mój umysł rozproszyła się i mogłem już bez problemu zarejestrować co dzieje się wokół.
Nie wiem ile czasu minęło odkąd Night mnie tu przyprowadził. Wprawdzie zegarek stojący w osamotnieniu na stoliku wskazywał drugą w nocy ale nie miałem pojęcia, która godzina była w chwili gdy doszło do nieszczęśliwego wypadku z Lucasem.
"Nieszczęśliwy wypadek"... Nie można chyba użyć tego określenia gdy celowo pakujesz nóż w pierś człowieka. Nawet jeśli działasz pod wpływem szoku i zagrożenia jakie ta osoba stanowi.
Wstałem z kanapy. W pokoju było cicho, wszyscy spali. Smiley leżała oparta o ramię Dague i tylko jej delikatnie unosząca się klatka piersiowa wskazywała na to, że wciąż znajduje się wśród żywych. Była niezwykle blada, dało się dostrzec nawet pomimo mroku panującego w pomieszczeniu.
Brakowało Mischy i Pika.
Cichaczem wymknąłem się z domu by poszukać tej dwójki oraz dowiedzieć się co z Lucasem.

Stali oparci o drzwi stodoły. Rozmawiali. Mischa palił papierosa, którego dym wdzierał się do mojego nosa, drażniąc go. Podszedłem do nich bliżej, a wtedy oboje zamilkli utkwiwszy we mnie wzrok.
- Co z nim? -spytałem głosem typowo zachrypniętym jak dla kogoś, kto właśnie się obudził.
- Żyje -odparł Pik, po czym domyślając się, że oczekuję bardziej szczegółowych informacji dodał- Ostrze ominęło ważniejsze narządy, udało się powstrzymać krwawienie. Rano powinniśmy się stąd zbierać.
Przygryzłem wargę zastanawiając się czy jest jeszcze cię co chciałbym wiedzieć, kiedy światło księżyca odbiło się w kawałku metalu wystającego z kieszeni w spodniach Mischy. Srebrne ostrze wydawało się znajome.
- Czy to mój nóż? -spytałem
Mężczyźni wymienili między sobą spojrzenia, po czym Mischa niezręcznie wyjął broń z kieszeni.
- Nie byłem pewien czy zechcesz go z powrotem.
Podał mi nóż. Nim wziąłem go do ręki, minęła chwila, podczas której przyglądałem się mu jakbym widział go pierwszy raz w życiu. Szybko jednak schowałem przedmiot do kieszeni.
- Powinieneś jeszcze pójść spać. Rano wyjeżdżamy, musisz mieć choć trochę energii na podróż.
Skrzywiłem się na słowa Pika, które brzmiały jak zdanie wypowiedziane przez rodzica do małego dziecka.
- Nie chce mi się spać -odparłam
Byłem raczej "nocnym stworzeniem" jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Nocą czułem się dobrze i pełen chęci do działania. Z kolei w dzień ciężko było mnie zmusić do wstania z łóżka.
- Masz jeszcze? -spytałem spoglądając na papierosa trzymanego przez Mischę.
Nie paliłem często, właściwie zdarzyło mi się tylko kilka razy wraz z wujkiem...
Gdy powróciłem wspomnieniami do mężczyzny poczułem lekkie ukłucie w sercu. Ciekawe jak się ma.

Spędziłem mniej więcej dwie godziny z Pikiem i Mischą po czym zdecydowałem się wrócić do śpiących w salonie towarzyszy. Cicho, by nikogo nie zbudzić przemknąłem się do kuchni i zacząłem po niej buszować. Na pewno będą głodni gdy się obudzą.
Niestety moje kulinarne zdolności obejmowały jedynie zrobienie sobie kanapek, ugotowanie parówek i wody na herbatę. Szczytem umiejętności było zrobienie naleśników, więc to za nie postanowiłem się zabrać, żeby nie narobić sobie wstydu podając towarzyszom chleb z masłem i szynką.
Po jakimś czasie smakowity zapach zaczął nęcić moich kolegów i powoli budzili się oni wiedzeni uczuciem głodu.
Night i Dague wparowali do kuchni i wzięli się za jedzenie, ja tymczasem nałożyłem kilka naleśników
na talerz i ruszyłem z nim do salonu, gdzie nadal przebywała zaspana Smiley.
-Proszę, musisz coś zjeść -powiedziałem stawiając talerz na stoliku przed nią.
Dziewczyna spojrzała na jedzenie, po czym przetarła oczy i spojrzała na mnie. W jej oczach zauważyłem smutek i poczucie winy, więc domyślając się co powie, zanim jeszcze otworzyła usta, uprzedziłem ją.
- Nie przepraszaj. To nie jest twoja wina -oznajmiłem głosem nie znoszącym sprzeciwu.

Smiley?

21 sie 2018

Husky CD Smiley

Odgłos nadjeżdżającego samochodu wyrwał mnie i Mischę z krępującej ciszy.
- Zostań tu -polecił i wyszedł przed dom.
Gdy usłyszałem jak drzwi frontowe zamykają się za nim,  natychmiast podbiegłem do okna by śledzić sytuację.
Nie ufałem Lucasowi na tyle by móc wierzyć w jego obietnice puszczenia nas wolno. Do Mischy z kolei miałem mieszane uczucia. Z jednej strony bronił nas, a przynajmiej Smiley ale z drugiej nie mogłem nie wkurzać się na sam fakt, iż robi wszystko o co szefunio poprosi. Tfu!
Dziewczyna i jej oprawca wyszli z auta. Widząc jak Lucas podaje torbę, jak się domyśliłem z pieniędzmi, do rąk Mischy moje serce wesoło zabiło, w nadziei, że już po wszystkim.
Jednak dosłownie chwilę później typowym dla siebie, pełnym agresji i poczucia władzy ruchem szarpną Smiley za włosy jak zwykłą szmatę.
Rzuciłem się do wyjścia. Gdy byłem już na zewnątrz torba z pieniędzmi  którą jeszcze moment temu trzymał Mischa, leżała na ziemi podobnie jak Smiley. Mężczyzna podbiegł do dziewczyny i wziął ją na ręce.
- Zostaw ją, jeszcze z nią nie skończyłem -warknął Lucas.
Mischa niewzruszony ruszył w stronę domu. Postawił zaledwie kilka kroków, gdy szef zagrodził mu drogę.
- Co ty odpierdalasz?!  -syknął wyraźnie poirytowany
Widząc, że na mężczyźnie nie robi to wrażenia dodał
- Albo dasz mi się z nią zabawić, albo zrobię to z twoją siostrą -warknął.
Twarz Mischy zbladła, a usta wykrzywiły się w gniewie.
- Nie waż się tknąć żadnej z tych dziewczyn -odparł
Widziałem po nim wyraźną chęć przywalenia Lucasowi. Jedynym powodem, dla którego tego nie zrobił, była Smiley, która powoli odzyskiwała przytomność.
Mischa wyminął stojącego przed nim mężczyznę i podążył ścieżką w stronę drzwi.
Patrzyłem za nim ale później przeniosłem wzrok na Lucasa chcąc mieć pewność, że niczego nie odwali.
I całe szczęście, że to zrobiłem, bo właśnie wyciągał z kieszeni broń i w wyciągniętej dłoni skierował na dwójkę oddalających się towarzyszy.
- Mischa! -krzyknąłem
Chłopak spojrzał na mnie, a gdy zauważył pistolet w dłoniach pracodawcy jego oczy zrobiły się wielkie z przerażenia.
- Uciekaj mała! -wypuścił już przytomną Smiley z rąk.
Czas zwolnił niczym w finałowej scenie filmu akcji.
Palec Lucasa powoli zaciska spust, śledząc uważnie kroki Mischy.
Cudem pokonując szok, w jakim się znajdowałem sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem z niej nóż.
Kilka sekund później rękojeść wystawała z piersi uzbrojonego mężczyzny.
Patrzyłem jak upada na ziemię, a z rany przecieka wąska strużka krwi, tamowana tkwiącym w ranie nóżem.
Czyjaś dłoń pociągnęła mnie w swoją stronę..
Ktoś coś mówił, czułem czyjś dotyk na ramieniu, jednak mój umysł odgrodził się od tego mocnym murem.
W głowie krążyła tylko jedna myśl.
Zabiłem człowieka.

Smiley? Cóż za drastyczny powrót xd

Husky - powrót

Husky | eskapalog (wyzwalanie się z więzów) oraz rzut nożami | Homo (singiel) | anka0120
0/0

18 sie 2018

Odchodzi!

Husky

Husky | eskapalog (wyzwalanie się z więzów) oraz rzut nożami | Homo (singiel) | anka0120
0/0
<<Pełny profil>>

#Powód: Decyzja właścicielki

30 lip 2018

Husky CD Smiley

Lepka, gorąca ciecz spływała po mojej twarzy. Czułem jak krople skapują z brody na bluzę, zabarwiając ją na czerwono. Ból przyćmiewał wszystko dookoła, przez pierwszych kilka chwil nie byłem w stanie zarejestrować nic z tego co działo się wokół mnie.
Podniosłem głowę, a na wprost moich oczu znalazła się broń. Powędrowałem spojrzeniem po ręce, która ją trzymała aż dotarłem do twarzy. Usta Lucasa poruszały się ale nie byłem w stanie dosłyszeć tego co mówi. Odruchowo przyłożyłem dłoń do ucha, chcąc zetrzeć z niego krew, licząc że to coś pomoże.
- Nie ruszaj się!  -te słowa poprzedziły bolesny cios, który mężczyzna wymierzył mi w brzuch.
Bolało.
Ale jednocześnie pomogło mi się ocknąć z dziwnego transu.
Gdy ponownie podniosłem głowę Smiley klęczała przede mną zwrócona twarzą do Lucasa.
- Nie rób mu krzywy, proszę -jęknęła- Zrobię wszystko.
- Postaraj się bardziej! -warknął- Przez ciebie straciłem kupę pieniędzy, jak niby mi to zrekompensujesz?
Dziewczyna spuściła głowę nie wiedząc co powiedzieć.
W tym momencie od strony domu dobiegły nas czyjeś kroki. Wszyscy spojrzeliśmy w tamtą stronę, a naszym oczom ukazał się Mischa, o którym każdy z nas chwilowo zapomniał.
- Nareszcie ty durniu -warknął Lucas- Nie potrafisz zająć się dwójką dzieciaków?
Mężczyzna nie odpowiedział, zbliżał się do nas w milczeniu. Zmierzyłam go spojrzeniem w nadziei, że ma gdzieś schowaną broń i jednak nam pomoże.
- To był pierwszy i ostatni raz -odezwał się Mischa- zaskoczył mnie.
Lucas przewrócił oczami i znów wbił spojrzenie w Smiley.
- Ty wogóle coś potrafisz? -spytał szyderczo- jestem przez ciebie kilka tysiaków w tył i rozbiłaś mi auto. Co mi po was?
Jego wzrok padł na mnie, a dłoń trzymająca pistolet zacisnęła się jeszcze mocniej.
- Na tobie oczywiście mogę się zemścić, droga Smiley, tortury powinny mi nieco zrekompensować te ogromne pieniężne straty... -mówił teraz spokojniej- myślę, że powinienem zacząć od zmasakrowania twojego przyjaciela. Bardzo byś tego nie chciała, prawda suko? -zacmokał ironicznie.
- Proszę, nie -przesunęła się na klęczkach w bok by zasłonić mnie przed mężczyzną- Ja oddam ci te pieniądze.
Lucas zaśmiał się zerkając przy tym na Mischę, który sztucznie się uśmiechnął.
- No ciekawy jestem jak to zrobisz?
Smiley spojrzała mu w oczy i zaczęła wymieniać, a wraz z każdym wypowiedzianym słowem nadzieja w jej głosie zaczęła rosnąć.
- Znam różne sztuczki, pracuję w cyrku,  mogłabym dawać pokazy... Mam też trochę oszczędności, mogę coś sprzedać... I zatrudnienię się do jakiejś dodatkowej pracy...
- Ty tępa suko -westchnął poirytowany- choćbyś zapieprzała na robocie do końca życia i sprzedała wszystko co posiadasz to w życiu mi się nie wypłacisz.
Smiley już miała kontynuować ale niespodziewanie Mischa zabrał głos.
- Może się przydać przy akcji rabunkowej
Lucas spojrzał na niego z wyrazem twarzy trudnym do rozszyfrowania.
- Pamiętasz jak wspominałeś, że z chęcią okradłyś tę ciężarną kobietę? Kasy to ona ma jak lodu -przerwał ale nie doczekawszy się odpowiedzi kontynuował- Wystarczyłoby, żeby młoda ukradła sejf i będziecie kwita. Nie oszukuj się, sam w życiu byś sobie nie poradził. Ona ma dobrze zabezpieczony dom a ty do najbardziej gibkich nie należysz.
Lucas skrzywił się na ostatni komentarz ale wyraźnie rozważał tę opcję.
- Ona jest w domu sama. W dodatku w ciąży. Jej mąż do końca tygodnia nie wróci z zagranicy.
- Dobra -skwitował- Ale w takim razie ten mały gówniarz do niczego nam się nie przyda.
- Nie! -krzyknęła Smiley- Jak go zabijesz to nigdzie nie pójdę
Lucas podszedł o krok i spojrzał na nią wściekły.
- Nie ty tu dyktujesz warunki!
- Wyniosę z tamtąd cokolwiek chcesz ale nie zabijaj go -poprosiła
Mischa posłał Lucasowi jednoznaczne spojrzenie i mężczyzna opuścił broń.
- Ty się w niej zakochałeś czy jak? -spytał ironicznie i szarpnął Smiley za włosy by się podniosła- Zaprowadź go gdzie trzeba, ja zajmę się tą dziewuchą.
Ruszył z dziewczyną do domu. Spojrzałem na Mischę w wyczekiwaniu.
- Zbieraj się -rzucił- I bez żadnych sztuczek, i tak poszedł wam na rękę.
Podniosłem się z ziemii i spojrzałem na Boni.
- Zajmę się nią -odparł- Rana nie wydaje się głęboka.
Podążyłem za Mischą do mieszkania Lucasa. Mężczyzna w żaden sposób mnie nie trzymał ani nie szarpał na siłę. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że w tym momencie ucieczka nie miała żadnego sensu. Trzeba było liczyć na to, że Smiley się uda, oraz, czego najbardziej się obawiałem, czy Lucas dotrzyma słowa.

<Smiley?>  (Dlatego od dziś piszę w notatniku xd)

21 lip 2018

Husky CD Smiley

Uchyliłem kuchenne okno i spojrzałem na Yuki'ego, który stał na drodze obserwując co dzieje się wewnątrz domu. Lis siedział spokojnie, więc wsunąłem się cichaczem do środka.
Buty zostawiłem na zewnątrz, uznałem że na starpetkach będę poruszał się znacznie ciszej i nie zostawię przy tym śladów. Okrążyłem stół i zacząłem zastanawiać się co dalej.
Z salonu słychać było głosy dwóch mężczyzn. Mogłem więc tylko udać się na korytarz.
- Czemu oddałeś jej kurtkę? -usłyszałem
Drugi facet odchrząknął.
- Jak się pochoruje, to rozniesie tu zarazki -mruknął niewyraźnie
Ten pierwszy roześmiał się i usłyszałem brzdęk szklanek.
- Przypomina mi to trochę zabawę w dobrego i złego glinę. Za nasze zdrowie -zawołał zadowolony.
Przeknąłem cicho na korytarz i rozejrzałem się.
Schody na górę, schowek pod schodami, drzwi wyjściowe, oraz trzy inne drzwi. Jedne były otwarte i widać było zza nich sypialnię. Tam na pewno nie trzyma Smiley. Na górze też bym się jej nie spodziewał.
Schowek lub któreś z zamkniętych drzwi.
Niestety pod schody nie mogłem się dostać z racji, że drzwi do kanciapy znajdowały się na wprost salonu.
Przesunąłem się wzdłuż ściany do pierwszych drzwi, za którymi nie wiedziałem czego się spodziewać. Złapałem za klamkę modląc się by przy naciśnięciu nie zaskrzypiała. Bóg postawił mnie wysłuchać, bo chwilę później pomieszczenie stało otworem.
Łazienka.
Zamknąłem ją i przesunąłem się kilka kroków dalej ku następnym drzwiom. Powtórzyłem te same czynności co wcześniej ale niestety bez skutku. Pokój pozostawał zakmnięty co wzbudziło we mnie podejrzenia.
- Dałeś temu kundlowi żreć? -w salonie dalej ciągnęła się rozmowa.
- Miałem tam skoczyć jak już wrócę z piwinicy -padła odpowiedź- Gdzie masz to mięso?
Kroki powędrowały w stronę kuchni ale zatrzymały się gdy drugi mężczyzna się odezwał.
- Stój, nie ma co marnować tego steku, daj mu jedzenie tej suki. Nie chciała zjeść tego co jej przygotowałeś.
Nieznajomy, najwyraźniej chłopiec do wręczania, zawrócił się i jego kroku stały się coraz wyraźniejsze. Szybko cofnąłem się i zamknąłem w łazience.
Stałem nieruchomo po drugiej stronie drzwi. Słyszałem jak facet je mija po czym do uszu dotarły dwa znaczące dźwięki: brzdęk kluczy i odgłos odkluczanego zamka.
A więc to tam trzymają dziewczynę. Czułem, że zaraz wyskoczę z siebie. Smiley znajduje się zaledwie pięć metrów dalej.
Odczekałem chwilę nasłuchując czy na korytarzu już nikogo nie ma. Uchyliłem delikatnie drzwi i spojrzałem na prawo po czym skierowałem się w stronę pomieszczenia tak cicho jak to tylko możliwe. Gdy już wszedłem za drzwi, bez większego zdziwienia stwierdziłem iż znajduję się w piwnicy. A właściwie na schodach do niej prowadzących.
- Musisz coś jeść mała -usłyszałem z dołu- Lucas kazał mi to oddać psu ale wolałbym żebyś ty to zjadła.
Chwyciłem miotłę, która stała oparta o ścianę po mojej lewej stronie. W rękach kogoś obytego z bronią białą mogłaby stanowić niebezpiecznie narzędzie, trzymana przeze mnie sprawiała wrażenie niegroźnego kija. Ale obiecałem sobie, że noży użyję tylko w ostateczności. Wolałbym nie mieć nikogo ma sumieniu, a konfrontacja z tymi psycholami z pewnością zakończyłaby się jakimś wypadkiem.
Mężczyzna westchnął nie doczekawszy się reakcji ze strony Smiley. Pokonałem kilka pierwszych stopni ostrożnie ale potem przeskoczyłem szybko te ostatnie by jak najprędzej dać porywaczowi nauczkę.
Zamachnąłem się ale pomimo zaskoczenia mój przeciwnik zdołał uskoczyć na bok. 
- Przestań! Co ty wyprawiasz? -krzyknęła dziewczyna
Uderzyłem ponownie, tym razem celnie. Mężczyzna oberwał w skroń i przewrócił się do tyłu.
Rzuciłem miotłę i podbiegłem do Smiley.
- Mischa! -dziewczyna patrzyła na nieprzytomnego chłopaka
- Nic mu nie będzie. Chodź, wracamy do domu -wziąłem koleżankę na ręce widząc, że nie ma wystarczająco sił by szybko się poruszać.
- Nie możemy go zostawić -jęknęła gdy wbiegałem po schodach na górę
- Od teraz każdy radzi sobie sam -wiedziałem, że brzmi to trochę bezdusznie ale nie miałem żadnego powodu by pomagać temu facetowi. 
Wybiegłem na korytarz i nie starając się już zachowywać cicho wypadłem przed drzwi na podwórko. 
- Boni -krzyknąłem- Uciekajcie!
Klacz prasknęła i pokłusowała na przód. Jednak Yuki i Bisca nie ruszyły za nią. Rzuciły się w moim kierunku by znaleźć się jak najbliżej swojej pani.
Z domu dobiegły nas krzyki. Wiedząc, że mam zbyt wiele czasu wrzuciłem Smiley na tylne siedzenie. Miałem szczęście, że Lucas należał do osób, które zostawiają kluczyk w stacyjce nie bojąc się o kradzież.
- Ta suka należy do mnie! -w drzwiach budynku stanął wściekły mężczyzna.
Jego twarz przybrała czerwony odcień od gniewu, dłoń kurczowo ściskał na spuście pistoletu.
W popłochu wskoczyłem za kierownicę i z piskiem opon wyjechałem na drogę. Pięć minut później minąłem galopującą Boni. Niestety nie było sposobu bym zabrał ją ze sobą, musiałem mieć nadzieję, że sama sobie poradzi.
Jak na złość tuż po tym jak wypowiedziałem te słowa okolicę przeszył huk wystrzału.

Zatrzymałem samochód uderzając wkurzony dłonią o kierownicę.
Skurwol wie gdzie uderzyć.
Wie, że nie zostawimy rannego konia ryzykując, że go zabije.
- Smiley? -spojrzałem na śpiącą na tylnym siedzeniu dziewczynę
Nie mogłem zostawić Boni.
Nie mogłem też biec do niej zostawiając Smiley jak oczekuje ten koleś. Spojrzałem na kluczyk tkwiący w stacyjce.
Potem zerknąłem na teren przed nami czując jak w głowie rodzi mi się plan.
Droga właśnie opadała w dół, na dole rozciągała się polana z rosnącymi gdzieniegdzie pokaźnymi drzewami. Jeśli będzie miała pecha to rozbije się o jedno z nich.
Wiedząc, że nie mam zbyt wiele czasu wysiadłem z samochodu celowo nie zaciągając hamulca. Szybko obiegłem go i zacząłem pchać od strony bagaznika. Auto ruszyło drogą w dół nabierając rozpędu.
Nie patrzyłem co dalej się stanie, popędziłem w drogę powrotną do Boni. Z daleka było widać strumień krwi spływający z jej uda. Uklękłem przy niej sprawdzając w jakim jest stanie.
- Ta suka należała do mnie -usłyszałem wściekły syk za placami.
Nim zdążyłem pojąć co się dzieje, jedna dłoń mężczyzny oparła się o moje lewe ramię, z kolei drugą przykładał mi lufę do skroni.



(Przepraszam, że takie sobie ale odtwarzanie trzeci raz tego samego mocno mnie zniechciło xd)

15 lip 2018

Husky CD Smiley

Husky

Kopyta Boni stukały dźwięcznie po asfalcie. Tutaj nie było mowy o zauważeniu śladów kół, czy znalezieniu innych tropów. Póki co podróżowaliśmy główną drogą nie napotykając jak narazie na żaden boczny zakręt. Rozglądałem się uważnie. Zmusiłem moje narządy zmysłów do ciężkiej pracy, nasłuchiwałem każdego, najmniejszego nawet  dźwięku. Nie było to łatwe z racji na szum deszczu. Miałem jednak nadzieję, że pośród tych szmerów usłyszę gdzieś z oddali krzyk Smiley.
Choć z drugiej strony wcale tego nie chciałem.
Wciąż musiałem opróżniać moje myśli z masakrycznych widoków rodem z horrorów, z biedną Smiley w roli głównej. 
Nagle poczułem jak klacz zwalnia po czym zatrzymuje się na środku drogi.
- Co jest mała? -spytałem rozglądając się wokół.
Boni zarżała wskazując łbem na boczną ścieżkę. Musiałem zdecydować którędy jechać.
Z jednej strony takich odnóg od głównej drugi możemy napotkać jeszcze setki, nie mówiąc o tym, że one same rozdzielały się potem na kolejne i kolejne ścieżki. Nie było sposobu na sprawdzenie każdej z nich jeśli chciałem odnaleźć dziewczynę żywą.
Z drugiej strony nie mogę wciąż podążać tą asfaltówką. Psychol gdzieś jednak musiał skręcić.
- Raz kozie śmierć -burknąłem i skierowałem klacz w głąb lasu.

***

Czułem, że popełniłem błąd. Galopowałem na Boni już pół godziny a wokół nas wciąż nie było niczego prócz drzew. Już miałem zwracać gdy w oddali zauważyłem palące się światła.
Dom był niewielki, w miarę ładny, choć brudnobiałym ścianom przydałoby się odmalowanie. Tuż przed płotem otaczającym posesję zsiadłem z klaczy i podszedłem do drzwi.
Puk puk
W oczekiwaniu na otwarcie układałem w głowie formułkę, którą przygotowałem na wszelki wypadek.
- Tak? -zza drzwi wychylił się szatyn o niezbyt przyjaznym wyrazie twarzy.
- Potrzebuję pieniędzy -wypaliłem zdesperowany
Facet spojrzał na mnie jak na wariata.
- Czy wyglądam ci na Caritas? -prychnął- Idź żebrać gdzie indziej!
Już miał zatrzasnąć mi drzwi przed nosem ale w ostatniej chwili wsadziłem pomiędzy nie stopę.
- Proszę mnie wysłuchać -starałem się brzmieć jak człowiek, któremu życie się właśnie wali- Sprzedam panu konia, cokolwiek -zacząłem macać kieszenie w poszukiwaniu cennych przedmiotów ale ze sobą miałem tylko dwa noże.
Nie wyciągnąłem ich oczywiście.
- Słuchaj gówniarzu -warknął- zabieraj tę nogę albo zaraz ją stracisz...
 - Co się dzieje? -zza mężczyzny wychyliła się wystrojona kobieta z ciężarnym brzuchem.
- Nic, temu chłopcu coś się pomyliło -mruknął i zamknął drzwi.
Stałem wpatrując się w klamkę, zupełnie nie wiedząc co chciałem osiągnąć tą rozmową. Nie było opcji by wypuścił mnie do środka. Z drugiej strony, czy ja w ogóle potrzebowałem tam wchodzić? Para kochanków, dziecko w drodze... nie w głowie by im było teraz porywanie ludzi.


Lucas

- Nie mogę ci go taniej sprzedać -westchnąłem twardo- Dobrze wiesz, że nie prędko natrafisz na podobną okazję, o ile wogóle kiedyś natrafisz...
- Ale to futro miało być gotowe na dzisiaj -kobieta zrobiła niezadowoloną minę- Ile jeszcze każesz mi czekać?
- Nastąpiły małe komplikacje, jutro już będzie gotowe do odbioru...
- Przypominam ci, że ja jestem w ciąży i nie będę ganiała na te pożal się Boże wioskowe zadupie, bo ty nie umiesz zająć się tak prostą sprawą -wstała i wyjęła z torebki wizytówkę-Zadzwoń jak to futro będzie już gotowe. I ostrzegam, ostatni raz już tu przyjdę, więc lepiej bym nie ganiała na dar..
Puk puk
Zostawiłem niezadowoloną klientkę w salonie i poszedłem otworzyć drzwi.
- Tak? -spytałem na widok młodego chłopaka
- Potrzebuje pieniędzy -jego bezpośredniość jednocześnie rozbawiła mnie jak i poirytowała
- Wyglądam ci na Caritas? -spytałem sarkastycznie- Idź żebrać gdzie indziej!
Już myślałem, że mam go z głowy i wrócę do interesów gdy przytrzymał drzwi stopą uniemożliwiając mi ich zamknięcie.
- Proszę mnie posłuchać, sprzedam konia, cokolwiek -jęczał ale nie słuchałem go tworząc sobie w myślach scenę jak miażdżę tę jego stopę.
Bezczelny gówniarz. Na konia nawet nie spojrzałem, nie było opcji by szkapa była czystej krwi albo należała do championów. Nic mi po niej. Nikt jej ode mnie nie odkupi.
- Słuchaj gówniarzu -moja cierpliwość się kończyła- zabieraj tę nogę albo zaraz ją stracisz...
- Co się dzieje? -klientka najwyraźniej też nie miała ochoty dłużej czekać
Jej wtrącenie się umożliwiło mi szybkie pozbycie się zdesperowanego chłopaka. Zamknąłem drzwi i wróciłem z kobietą do salonu.

Husky

Wróciłem do Boni i poprowadziłem za uzdę w drogę powrotną. Pierwsza porażka przyprawiła mnie o zwątpienie co do tego czy kiedykolwiek odnajdę Smiley. Nawet nie wiedziałem jak mam się zabrać za te poszukiwania.
Yuki.
Tak nagle.
Stanąłem w pół kroku niesamowicie zaskoczony. Przetarłem oczy dłonią nie pewien czy to nie są zwidy spowodowane moim zmęczeniem. Gdy ponownie otworzyłem oczy lis nadal tam był. Co więcej zmierzał w naszym kierunku.
- Yuki? -spytałem wyciągając w stronę samca dłoń.
Ten poniuchał ją z rezerwą po czym złapał zębami za rękaw bluzy i pociągnął. Puścił i ruszył truchtem przed siebie. Zrozumiałem, że mam iść za nim.
Szliśmy we trójkę wzdłuż płotu otaczającego posesję. Yuki doprowadził nas do starej stodoły na jej tyłach. 
Przycisnąłem dłoń do drzwi, napierając na nie ale te ani drgnęły. Spojrzałem na zasuwę. Przesunąłem nią i stodoła już stała otworem.
- To jest za proste...-pomyślałem nie mogąc uwierzyć, że tak po prostu wejdę do środka, zgarnę Biscę i Smiley i wrócimy szczęśliwie do domu.
Wchodząc do pomieszczenia rozejrzałem się uważnie za wszelkimi pułapkami. Nie było tam jednak niczego prócz starych wiader, grabii, kilku pełnych worków i Biscy oczywiście.
A więc jednak nie będzie tak łatwo.
Smiley jest wewnątrz domu.
A ja nie mam pojęcia jak się tam dostać.

Smiley? <A dziękuję, takie opka chyba lubię najbardziej xd>

14 lip 2018

Husky CD Smiley

Lucas
Wściekły stanąłem dziewczynie na twarz i starając się zadać przy tym jak największy ból przeciąłem pętające ją liny.
- Albo nawet lepiej -zaśmiałem się szyderczo- ty to zrobisz.
Smiley spojrzała na mnie z wyraźnym strachem ale i buntem w oczach.
- Nigdy -warknęła
Uśmiechnąłem się najbardziej psychopatycznym uśmiechem na jaki było mnie stać i pochyliłem się nad dziewczyną tak, że nasze twarze dzieliły już tylko centymetry.
- Zabijesz swojego liska suko. Zobaczysz spodoba ci się -moje dłonie zacisnęły się na jej nadgrastkach przygwożdżając ją tym samym do ziemi.
Przez buźkę różowowłosej przeszedł grymas niezadowolenia.
Potem splunęła mi w twarz.
Odsunąłem się i z pokerową twarzą wytarłem rękawem ślinę z policzka. Gdy skończyłem, moja dłoń odsłoniła przed dziewczyną złowieszczy wyraz twarzy i niepokojąco przekrwione oczy.
- Szmato! -warknąłem wymierzając bezczelnej gówniarze kolejny policzek.
Wstałem i podniosłem ją za włosy do pozycji stojącej by następnie przeciągnąć ją pod ścianę. Gołe stopy, którymi szorowała po ziemi obdarły się zostawiając cienkie stróżki krwi za nami.
Pchnąłem dziewczynę o ścianę i przysunąłem na tyle blisko by poczuła dyskomfort spowodowany ocieraniem się mojego torsu o jej. Jednym sprawnym ruchem rozerwałem jej bluzkę i ponownie wyjąłem z tylnej kieszeni nóż.
- Błagaj o litość -warknąłem przykładając otrze do skóry na jej żebrach- Masz wić się z bólu.
Smiley nie wydobyła z siebie żadnego odgłosu, nawet na mnie nie spojrzała. Bawiła się ze mną... Wiedziała czego chcę i celowo unikała pokazywania strachy lub bólu jak tego pragnąłem byleby rozwścieczyć mnie jeszcze bardziej. Czubek sztyletu przebił skórę i z rany spłynęły pierwsze krople krwi tworząc wąską ścieżkę na brzuchu ofiary.
- Patrz na mnie! -zbliżyłem twarz tak bardzo, że nie mogła spojrzeć na nic innego.
Mimo to starannie unikała kontaktu wzrokowego. Swoje oczy utkwiła na moim podbródku.
Złość rozlała się po moim ciele kumulując w dłoni ściskającej rękojeść noża. Przesunąłem nią w dół tworząc podłużną szramę biegnącą od żeber aż do pępka.
Puściem dziewczynę a ta osunęła się na podłogę.
- Jesteś głodna Smiley? -ton mojego głosu stał się nagle obrzydliwie miły.
Nastolatka siedziała na ziemi niemal w bezruchu. Gdyby nie ledwo dostrzegalne ruchy klatki piersiowej można by uznać ją za martwą.
- Odpowiadaj jak pytam! -mój krzyk przeszł ciszę panującą w piwnicy.
Kopnąłem dziewczynę z całej siły w twarz. Ślad buta odbił się na jej policzku ale mimo to Smiley nadal zachowywała się jak pozbawiona życia kukiełka.
- Myślę, że będziesz bardziej rozmowna jak przyjdzie ci wpakować kulkę w te zasraną kupę sierci -prychnąłem i wyszedłem z piwnicy dokładnie zamykając drzwi na klucz.
Muszę dopaść tego lisa.


Husky
Pół godziny później wszyscy członkowie cyrku rozpoczęli poszukiwania. Szukaliśmy w promieniu kilkunastu kilometrów od namiotu Smiley ale nikt nie natrafił na żaden ślad. Dopiero po 23 nocną ciszę przerwał krzyk Nice.
- Hej! Chodźcie tutaj!
Wszyscy czym prędzej ruszyli w jej stronę w nadziei, iż znalazła coś co pomogłoby w odnalezieniu dziewczyny.
- Spójrzcie -wskazała na ledwo już widoczne ślady kół przecinające piaszczystą drogę.
- Czyli jednak ktoś ją porwał -usłyszałem zatroskany głos za plecami.
- Musimy za nią jechać -stwierdziłem
- Mamy tylko dwa konie -zwróciła mi uwagę Schin
Spojrzałem na nią.
- To nawet lepiej. Nie możemy jej tropić całą bandą.
Skierowałem się z powrotem do namiotu zostawiając z tyłu grupę dyskutującą o tym co mogło się stać Smiley. Gdy byłem już przy boksach usłyszałem kroki za plecami.
- Wiesz Husky... -odwróciłem się i ujrzałem za sobą Diane- Wydaje mi się, że jeśli ten psychopata tu był to może cię rozpoznać.
Wyprowadziłem klacz na zewnątrz spoglądając w zamyśleniu na dziewczynę.
- Racja -przyznałem
Nie miałem pojęcia jak on wyglądał, a jeśli on widział mnie wcześniej to z góry moja podróż musiałaby opierać się na ukrywaniu. A tego wolałem uniknąć. Zależało mi na czasie, co oznacza otwartą podróż główną drogą.
- Chodź za mną. Znam się na tym trochę -powiedziała.
Pół godziny później wsiadłem na konia jako zupełna inna osoba. Kruczoczarne włosy, blada twarz spowodowana brakiem snu, zielone soczewki kontaktowe i kilka domalowanych piegów. Do tego miałem na sobie czarne podziurawione dżinsy, za dużą ale za to posiadającą pojemne kieszenie bluzę i czapkę z daszkiem.  Ruszyłem na Boni w ślady tego zwyrola.

<Smiley?>

13 lip 2018

Husky CD Smiley

- Bardzo -przyznałem, wciąż pod wrażeniem jej występu.
W rodzinnym mieście nie często miałem okazję podziwiać tego typu występy. Nie mogłem pozwolić sobie na kupno biletów do cyrku, zawsze znajdował się ważniejszy wydatek, jak leki czy jedzenie. Oglądałem, więc tylko uliczne pokazy żąglerki i mimów, które nie mogły się jednak równać z dzisiejszym pokazem. Cała ta historia, stroje, muzyka, emocje publiczności...
- Skoczymy coś zjeść? -pytanie Smiley przerwało moje rozmyślania.
- Oczywiście -odparłem i podniosłem się ze swojego miejsca.
Wszyscy goście dawno już wyszli, zostaliśmy tylko my i ekipa cyrkowa. Smiley podeszła do dziewczyny, która stała za maszyną do popcornu.
- Hej Schin, zostało coś jeszcze? -uśmiechnęła się słodko.
W odpowiedzi nieznajoma mi kobieta odwzajemniła uśmiech i zaczęła napełniać papierowe pudełko.
- Dla naszej gwiazdy wieczoru owszem -zaśmiała się perliście podając przy tym zarumienionej od komplementu Smiley kartonik z popcornem.
Podziękowaliśmy Schin i wyszliśmy z namiotu. Na dworze było już ciemno.
- Rozmawiałem z Pikiem -powiedziałem nabierając z pudełka garść popcornu- Mówił, że mam wystąpić jutro wieczorem.
- To świetnie -ucieszyła się
- Yhym -potwierdziłem- nie sądziłem, że to będzie tak szybko.
- Denerwujesz się? -spytała wygrzebując okruszki z dna pudełka.
- Ani trochę -odparłem rzucając tęskne spojrzenie na pusty kartonik.
Smiley widząc moją minę przystanęła.
- Schin na pewno jeszcze została, możemy iść po więcej -zaśmiała się
Przytaknąłem i pięć minut później śmialiśmy się we trójkę na trybunach cyrkowego namiotu, pożerając kolejne przekąski. Zapowiadał się bardzo dobry wieczór...

*Następnego dnia rano*
Obudzony hałasami z zewnątrz niechętnie wstałem porzucając wygodne leże. Przebrałem się i zjadłem po czym opuściłem namiot. Spojrzałem w kierunku, z którego dobiegał hałas.
- Kto robi próby o tak wczesnej porze? -mruknąłem choć nie było wcale tak wcześnie.
Dochodziła jedenasta. Smiley pewnie już wstała. Postanowiłem ją odwiedzić, bo po południu będę już przygotowywał się do występu, a chciałem się z nią jeszcze dziś zobaczyć.
- Akuku -zawołałem zaglądając do jej namiotu.
Wewnątrz nikogo nie było ale postanowiłem wejść do środka w nadziei, że po prostu jestem ślepy i jej nie zauważyłem.
Niestety. Obróciłem się wokół własnej osi nie dostrzegając żywej duszy. Ani Smiley, ani Biscy, ani Yuki. Wzruszyłem ramionami nieco zawiedziony i już miałem wyjść z namiotu gdy oczom rzuciła mi się złożona na pół kartka z moim imieniem na wierzchu.

Wczorajsza noc oczami Lucasa*
Razem z bandą przybyłych na pokaz ludzi wyszedłem na zewnątrz starając się jak najszybciej wydostać z tłumu. Nie miałem pojęcia jak można przychodzić na coś takiego i jeszcze się zachwycać. Historia tej dziewczynki ze wścieklizną była niczym wyciągnięta z bajki dla dzieci. Żadnych emocji, zaskoczenia czy zwrotów akcji. To ostanie jednak miałem jej zapewnić i to już tej nocy.
Opuszczając tłum zbierających się do domów ludzi schowałem się za namiotem obserwując wyjście.
Gdy wyszła momentalnie poczułem chęć rzucenia się na nią. Powstrzymałem się jednak, gdyż wokół znajdowali się inni ludzie, a i sama ofiara szła w towarzystwie jakiegoś mężczyzny.
- Czyli jednak lubisz starszych -zaśmiałem się szyderczo patrząc jak dwójka oddala się po czym kilka minut później zawraca.
W namiocie spędzili ze dwie godziny rechocząc w niebo głosy. Zacisnąłem palce na materiale cyrkowego namiotu czując jak kończy mi się cierpliwość. Na szczęście dzieciaki rozeszły się zanim całkowicie ją straciłem.
Podążałem za dziewczyną i jej towarzyszem zachowując bezpieczną odległość tak jak to miało miejsce dwie godziny temu. Czy oni wszędzie chodzą razem? Pieprzone papużki nierozłączki.
Dotarłem za nimi pod namiot dziewczyny gdzie ta pożegnała się z chłopakiem. Z rozmowy dowiedziałem się, że mówią na niego Husky. Imię dobrane idealnie do jego psiej mordy.
Gdy chłopak zniknął odczekałem jeszcze pół godziny upewniając się, że w pobliżu nikogo nie ma. Po minionym czasie wstałem czując podekscytowanie, że nareszcie mogę zacząć działać po całym dniu czekania.
Leciutko odchyliłem klapę namiotu zaglądając do środka. Dziewczyna stała tyłem do mnie. Pozwoliłem sobie na szybki uśmiech po czym wparowałem do namiotu i nim ofiara zdążyła zareagować przyłożyłem jej do nosa chusteczkę nasączoną chloroformem. Chwila panicznego szarpania po czym nagłe omdlenie.
Położyłem dziewczynę na ziemi i już sięgałem po kartkę do kieszeni gdy usłyszałem warczenie za plecami. Nie zdążyłem się nawet odwrócić a już poczułem cholerny ból w lewej łydce.
- Puszczaj -warknąłem wierzgając nogą.
Lis zaskoczony wstrząsami poluzował uścisk zębów a ja wyswobodziłem nogę i wymierzyłem mu szybki kopniak. Zwierzę zaskomlało i przeturlało w tył, po czym już nie wstało. Spojrzałem na dziewczynę, drugi kundel leżał jak zabity tuż obok niej. Nawdychał się chloroformu chcąc zdjąć jej hustkę z twarzy.
Wiedząc, że nie mogę zwlekać wyjąłem z kieszeni kartkę i długopis. Cały dzień spędzony tutaj pozwolił mi na zdobycie pewnych informacji. Widziałem więc co napisać by brzmiało wiarygodnie.
"Zapomniałam ci wczoraj powiedzieć, mam zastąpić Diane jeszcze raz, tym razem na występie w Cardliff...

Oczami Husky'ego
...Wrócę późno, Smiley.
PS powiedzenia na wstępie"
Trzymałem kartkę w dłoni czując się bardzo zawiedziony. Co prawda dziewczyna niczego mi nie obiecywała, nie była to też jej wina, że miała dziś niezapowiedziany występ. Po prostu liczyłem, że przyjdzie wieczorem na mój debiut, może nawet powtórzylibyśmy zabawny wieczór z wczoraj z Schine i przekąskami.
Westchnąłem i zginając kartkę tak by zmieściła mi się do kieszeni i wyszedłem z namiotu. Skoro nie mam teraz nic szczególnego do roboty to mogę potrenować.
Zdecydowałem, że dziś zaprezentuję numer ze skrzynią i łańcuchami, a noże zostawię na inny raz. Przeniosłem potrzebne rekwizyty do cyrkowego namiotu po czym zacząłem omawiać z jednym z pracowników plan mojego pokazu. Nie oszukujmy się przy rozkładaniu tego wszystkiego będę potrzebował pomocy.
Oczami Lucasa
Na miejsce dojechaliśmy o drugiej w nocy. Najpierw zająłem się zwierzyną zakładając im kagańce po czym zamykając w starej stodole na tyłach domu. Czułem, że się na nich wzbogacę, lisie futro było bardzo pożądane przez moich klientów, którzy co chwilę truli mi tyłek pytaniami o to, czy mam może jakieś do sprzedania. Pies z kolei wyglądał na rasowego, więc nie będzie trzeba go nawet zabijać by na nim zrobić.
Przymocowałem do obróż łańcuchy, które z kolei tkwiły zakotwiczone w ziemi, ograniczając pole ruchu. Zastrzasnąłem drzwi uprzednio rzucając im kawał mięsa by nie zdechły z głodu.
Wróciłem do samochodu i wyjąłem z bagażnika związaną dziewczynę, która powoli odzyskiwała świadomość. Zarzuciłem ją sobie przez ramię i ruszyłem w stronę domu. W przeciwieństwie do stodoły nie wyglądał na zniszczony, a wręcz przeciwnie, trzymał się bardzo dobrze. Zakluczyłem drzwi wejściowe, pozasłaniałem rolety i zszedłem schodami do piwnicy.
Rzuciłem Smiley, swoją drogą po tym co ją spotka bedzie musiała chyba zmienić imię, na betonową podłogę i zakluczyłem za nami drzwi, by nie próbowała ucieczki. Podniosła się do pozycji siedzącej aczkolwiek przyszło jej to z trudem z racji na zaćmiony wciąż umysł i związane liną kostki oraz nadgarstki.
Klękłem przy niej i złapałem za głowę odsłaniając jej szyję. Nie miała siły się szarpać, więc założenie metalowej obroży poszło mi bez większego wysiłku. Obroża tak jak te, które założyłem jej pupilom, przymocowana była do solidnego łańcucha, którego drugi koniec zatopiony był w betonowej podłodze.
- Skoro zachowujesz się jak zwierzę to tak cię będę traktował -podwinąłem rękaw ukazując jej ślady po zębach- Miłej nocy. Jutro już nie będzie tak przyjemnie -zatrzasnąłem drzwi zostawiając dziewczynę samą w chłodzie i ciemności.
Oczami Husky'ego
Jeden z pracowników cyrku, który zgodził się asystować mi przy występie zacisnął kajdanki na moich nadgarstkach. Uniosłem dłonie ukazując wszystkim iż rzeczywiście są unieruchomione po czym wszedłem do przezroczystej skrzyni. Składała się ona z dwóch pięter. Ja leżałem na dolnym opleciony dodatkowo łańcuchami i przykuty nimi do dna. Nade mną natomiast znajdowała się cienka plandeka, a nad nią druga, również przezroczysta skrzynia wypełniona piaskiem. Gdy dałem asystentowi znak włączył przycisk, który otwierał w górnej skrzyni mały otwór. Ziarenka przesypywały się na plandekę, a ja rozpocząłem wyścig z czasem. Jeśli mi się nie uda, jeśli nie zdążę nim większość piasku spadnie na plandekę, a ta zawali się i pogrzebie mnie żywcem odcinając dopływ powietrza i miażdżąc klatkę piersiową swoim ciężarem, to najprawdopodobniej będzie to mój ostatni występ.
Gdy uwolniłem pierwszą rękę publiczność zaczęła wydawać odznaki podekscytowania. Szybko pozbyłem się kajdanek i zacząłem gmerać przy zacisku więżącym moją szyję. Ponad połowa piasku uciekła z górnej skrzyni... jeszcze moment, chwila....
Plandeka przerwała się i utonąłem pod stertą piasku. Publiczność wydała z siebie okrzyk przerażenia, wszyscy patrzyli jak asystent i ktoś z pracowników cyrku podbiegają do skrzyni. Jeden z nich wziął młotek i rozbił szklany bok. Piasek wysypał się na zewnątrz ale mnie tam nie było.
Wtedy wypuściłem trzymany w rękach młotek, zdjąłem czapkę, ku zdziwieniu  widowni, która wzięła mnie za pracownika cyrku. Gdy szok minął rozległy się gromkie brawa a ja nie potrafiłem ukryć uśmiechu. Uwielbiałem ten numer.


Gdy wszyscy opuścili już namiot usiadłem na widowni patrząc jak ekipa powoli składa swój sprzęt.
- Świetnie ci poszło -usłyszałem czyjś głos.
Drobna dziewczyna dosiadła się do mnie posyłając uśmiech.
- Jestem Diane -podała mi dłoń, którą uścisnąłem.
- Husky -mruknąłem
Siedzieliśmy przed chwilę w milczeniu obserwując uwijających się ludzi, aż nagle Diane spytała.
- Widziałeś gdzieś Smiley? Cały dzień jej szukam
Spojrzałem ma nią zaskoczony.
- Zastępuje cię w Cardliff, zapominałaś?
Teraz to dziewczyna patrzyła na mnie z szokiem wpisanym na twarzy.
- O czym ty mówisz? Nie miałam dziś w planach żadnego występu
Wpatrywalimy się w siebie nie mogąc zrozumieć o co chodzi.
- Może zapominała ci powiedzieć -sięgnąłem do kieszeni i podałem Diane list, który znalazłem w namiocie Smiley- Tak jak mi.
Dziewczyna spojrzała na mnie sceptycznie.
- Przecież jeśli by mnie zastępowała to pierwsza bym o tym wiedziała. W końcu to mój występ, prawda? -rozłożyła sobie kartkę na kolanach i spojrzała na treść- Husky?
- Tak -spytałem wyczuwając zaniepokojenie w jej głosie.
- Znalazłeś to w jej namiocie? -dopytała
- No tak, a co? -nie mojej pojąć co jej chodzi po głowie
- Bo to nie jest jej pismo.

*typek, którego telefoniczną rozmowę posłuchał w lesie Husky

<Smiley?>

12 lip 2018

Husky CD Smiley

Gdy tylko żądna pieszczot suczka zbliżyła się do mnie zrobiłem jej miejsce pomiędzy mną a Smiley. Bisca położyła swoją puchatą główkę na moich udach, przymykając oczy z przyjemności gdy drapałem ją za uszami.
- A myślałem, że nic słodszego od twoich ciastek mnie dzisiaj nie spotka -stwierdziłem nie przerywając pieszczot.
Zacząłem myśleć na temat mojego pierwszego występu. Nie stresowałem się, w końcu miałem po prostu robić to w czym jestem najlepszy. Nie mogłem jednak zdecydować co konkretnie chciałbym zaprezentować. Przerwałem na chwilę głaskanie suczki i spojrzałem na niewątpliwe piękną, białą lisicę. Utrzymywała dystans ale wciąż badawczo mi się przyglądała. Uśmiechnąłem się, gdyż do głowy przyszedł mi plan podrażnienia się trochę z lisicą.
Sięgnąłem do kieszeni spodni i gdy natrafiłem palcami na gładką, chłodną skórę wyjąłem dłoń z kieszeni. Smiley spojrzała z zainteresowaniem na spoczywającą na niej jaszczurkę.
- Amadeusz, wiesz co robić -zwróciłem się do pupila i zniżyłem dłoń by mógł swobodnie zsunąć się z niej na zimę.
Natychmiast, zgodnie z moimi  oczekiwaniami potuptał do Yuki. Lisica wstała i zrobiła krok w tył pragnąc zachować wymierzony wcześniej dystans od nieznajomych. Tymczasem gekon podszedł do niej i wspiął na jej grzbiet.
Samica zaczęła obracać się chcąc spojrzeć na siedzącego na jej grzbiecie intruza co wyglądało dość komicznie.

*Kilka godzin później*

Smiley tuż po śniadaniu udała się do siebie by przygotować się do występu. Nie mając nic innego do roboty ruszyłem rozejrzeć się po okolicy. Zobaczyłem z głównej drogi kierując się pomiędzy zarośla. Wokół panowała cisza, żadnych ptaków, szeleszczących liści, jedynie z oddali docierała mnie cyrkowa muzyka.
- ...myśli idiotka, że będę się z nią cackać -dobiegł mnie poirytowany głos- Prawie ją miałem.
Wsunąłem się za pień najbliższego drzewa i lekko wychyliłem by dostrzec nieznajomych.
Jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie stał mężczyzna ubrany w czarne dżinsy i wymiętoloną koszulę. Rozmawiał przez telefon nie potrafiąc opanować emocji.
- Oczywiście, że bym odpuścił, myślisz że tułałbym się po tym zadupiu dla jakiejś laski? Ale ta mnie wkurzyła. Ugryzła mnie... No ugryzła! -powtórzył agresywniej najprawdopodobniej słysząc śmiech i niedowierzanie po drugiej stronie- Suka popamięta, zabawa się skończyła. Czas ją trochę nastraszyć.
Zmarszczyłem brwi starając się pojąć o czym i o kim on mówi. Nie trwało to jednak długo, bo zaraz poczułem jak chłodne łapki Amadeusza przesuwają się po mojej dłoni chcąc zwrócić moją uwagę na zegarek oplatający nadgarstek. Zaraz zacznie się występ Smiley. Wychyliłem się jeszcze raz zza drzewa ale mężczyzny już tam nie było. Nie mając za wielkiego wyboru podążyłem drogą powrotną gotów na obejrzenie nowej znajomej w jej pokazie.

Smiley? <zebrało mi się na taki trochę kryminał xd >

Husky CD Smiley

Pierwsze promienie słońca wlewały się do wnętrza namiotu jednocześnie rozjaśniając jak i ocieplając je. Przewróciłem się na drugi bok i wyjąłem poduszkę spod głowy, kładąc ją siebie na twarzy by nadal mieć ciemność, która pozwoliłaby mi na jeszcze kilka minut drzemki.
- Przepraszam bardzo, czy jesteś jeszcze u siebie? - przez śpiący umysł przemknął mi słodki, znajomy głos.
Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Wstałem odrzucając koc na bok, po czym przeczesałem dłonią włosy i wyjrzałem z namiotu.
- O tej porze nie spodziewaj się ujrzeć mnie gdzie indziej - odpowiedziałem patrząc na trzymany przez nią koszyk.
- Mam coś dla Ciebie - uśmiechnęła się zachęcająco. - Co powiesz na śniadanie?
Nie musiałem odpowiadać, w tym momencie mój brzuch głośno zaburczał.
- Minuta, ogarnę się tylko.
Zniknąłem z powrotem w namiocie i zmieniłem piżamę na ciemno szare dresy i czarny podkoszulek. Spojrzałem na rozbebrany koc i poduszkę.
- Później posprzątam - stwierdziłem nie chcąc by Smiley czekała na mnie zbyt długo.
Wyszedłem z namiotu zakładając jeszcze w biegu buty. Dziewczyna siedziała szeroko uśmiechnięta na powalonym pniu drzewa. Przysiadłem się obok.
- Co dobrego? - spytałem zaglądając do wnętrza wiklinowego koszyka.
Smiley podsunęła mi pod nos smakowicie wyglądające kanapki po czym wskazała jeszcze na ciasta.
- Na deser - wyjaśniła.
Jedliśmy i piliśmy w milczeniu. W duchu dziękowałem różowowłosej, że przyniosła mi śniadanie, było naprawdę dobre.
- Co dziś planujesz? - spytałem wgryzając się w ciastko.
Smiley odstawiła pusty już kubek po herbacie na bok i spojrzała na mnie.
- Zastępuję dziś Diane.
Imię niewiele mi mówiło, ale nic w tym dziwnego, to dopiero mój pierwszy dzień tutaj.
- Czym się zajmuje? - dopytałem
- Akrobacje na linie - wyjaśniła, a ja poczułem niezrozumiałą mi chęć zobaczenia tego występu.
- Mogę przyjść popatrzeć? - posłałem jej przesadnie szeroki uśmiech i błagalne spojrzenie, co wywołało u niej śmiech.

<Smiley?>

11 lip 2018

Husky CD Smiley

Przyglądałem się jej w zamyśleniu. W sumie pomogłem jej bezinteresownie i nie liczyłem przy tym na żaden wyraz wdzięczności, ale skoro sama proponuje.
- Uznajmy, że masz u mnie dług wdzięczności -zaśmiałem się- Kiedyś zgłoszę się po przysługę.
I to być może już w nie dalekiej przyszłości, w końcu kłopoty same do mnie lgną. Albo na odwrót.
- W porządku... -urwała w połowie zdania zastanawiając się jak ma się do mnie zwrócić.
- No tak, zapomniałem się przedstawić -mruknąłem- Husky
Podaliśmy sobie dłonie w geście przywitania po czym wyminąłem dziewczynę by zająć się swoją skrzynią.
- Może odprowadzisz mnie do namiotu? To chyba gdzieś niedaleko -zaproponowałem zatrzaskując klapę.
Nastolatka zgodziła się, więc razem podążyliśmy ścieżką przed siebie.
- Tak właściwie to przed kim się chowałaś? -spytałem
Smiley jeszcze raz rozejrzała się wokół przygładzając jednocześnie falbaniasty dół sukienki.
- Spokojnie, nic ci nie zrobi -zapewniłem widząc jej reakcję na zadane pytanie
- Pomyliłam go z przyjacielem -jęknęła
W tonie jej głosu wyczułem lekki smutek i coś czego nie byłem w stanie rozpoznać. Tęsknota? Nadzieja? Nagle przeszło mi przez myśl, że może chłopak nie żyje.
- Przepraszam -westchnąłem po czym skrzywiłem twarz w niezadowolony grymas.
Od kiedy ja używam tego słowa? Chyba naprawdę muszę być śpiący.
Nim spostrzegłem już znajdowaliśmy się przed moim namiotem. Odchyliłem materiał puszczając dziewczynę przodem po czym sam zniknąłem wewnątrz mojego nowego domu.
- Napijesz się... -urwałem strzelając sobie przy tym face palma.
Przecież nie mam nic do picia. Czemu zaproponowałem? Proszę odmów, proszę odmów, proszę...
- Nie dzięki -odparła z uśmiechem
Ustawiłem skrzynię gdzieś z boku i zacząłem wyciągać z niej swoje rzeczy.
- Kiepski ze mnie gospodarz. Ani kawy, ani ciastek, co najwyżej piach możemy sobie przegryźć -fakt, że nie zamieniłem z nikim zdania przez ostatnie 2 tygodnie powodował, że teraz pomimo zmęczenia podróżą miałem ochotę z kimś pogadać. Nawet pobredzić od rzeczy co być może nawet już robiłem. Odwróciłem się w stronę goszczącej u mnie niewiasty.
- Jakbym mówił dziś jak jakiś niespełna rozumu to wybacz ale jestem nieco śpiący.
- Może nie będę przeszkadzać? -Smiley podniosła się z dużej, gumowej piłki, która potoczyła się leniwie na bok.
- Nie przeszkadzasz. Z resztą jak mi pomożesz to szybciej będę mógł pójść spać -nie chciałem oczywiście wykorzystywać dziewczyny, jedynie stwierdzałem fakt- Rozplącz -podałem jej metalowy łańcuch nie zwracając uwagi na typowy dla mnie rokazujący ton.

<Smiley?>

OD Husky'ego

Spojrzałem jeszcze raz na wizytówkę, według której wskazówek podążałem przez ostatnie dwa tygodnie. W końcu byłem na miejscu. Byłem członkiem trupy cyrkowej. To do tego dążyłem od małego, by pokazywać swój talent szerszej publiczności, a także móc otoczyć się ludźmi o podobnej pasji. Dziwnie się czułem mając już osiągnięty ten cel. Teraz muszę obrać następny.
Przez myśl przemknął mi pomysł o zapoznaniu się z kimś. Jedyną osobą jaką poznałem był mężczyzna, który przyjął mnie do tego grona, dyrektor cyrku. Zganiłem się szybko za ten pomysł. Na zawieranie znajomości będzie jeszcze czas, teraz jedyne o czym marzę to pójść w kimę. Za mną długa podróż, a byłem przygotowany na to, że i jutro czeka mnie mnóstwo pracy. Choć określenie "praca" nie było najlepsze. W końcu sztuczki cyrkowe to bardziej hobby.
Złapałem za rączkę wiekowej czarnej skrzyni. Towarzyszyła mi od najmłodszych lat, była jednym z pierwszych rekwizytów do numerów z uwalnianiem się z łańcuchów. Nie była ciężka, nie korzystałem z niej też zbyt często, wolałem używać solidniejszych i nieco bardziej pokaźnych rekwizytów aczkolwiek była, obok noży, jedyną rzeczą, którą zabrałem z rodzinnego domu, którego nigdy wcześniej nie było mi dane opuścić na dłużej niż jeden dzień.
Szarpnąłem i niemal nie wywróciłem się na ziemię czując jak stawia opór. Jak to możliwe, że nagle przybyło jej na wadze? Zerknąłem na ścieżkę pewny, że to jakiś kamień blokuje mój kufer. Myliłem się jednak. Ścieżka była wyjątkowo gładka, piaszczysta, niemal bez żadnych skalnych odłamków.
A więc coś musiało dostać się do środka. Pomacałem boczną kieszeń spodni upewniając się, że mam w niej nóż, na wszelki wypadek i złapałem za krawędź wieka. Zastaski były nie domknięte. Uchyliłem klapę skrzyni, a chwilę później stałem jak wryty spoglądając na obcą mi osobę skrywającą się w jej wnętrzu.
- Ciii... -nieznajoma postać przełożyła palec do ust i zerknęła na mnie- Jest tam jeszcze?
- Ale kto? -spytałem zdezorientowany po czym omiotłem spojrzeniem okolicę- nikogo tu nie ma.

<Ktosiu?>

Husky

 "Rzuć mnie wilkom na pożarcie, wrócę dowodząc watahą."