10 paź 2017
4 lip 2017
Irys CD Dzieciak
- Dz-dziękuję... - odezwał się cichy, dziecięcy głos, mający swe źródło za moimi plecami.
No tak, jak kogoś ratujesz, to stajesz się za niego odpowiedzialny. Zdaje mi się, że słyszałem to w jakimś filmie... Animowanym. Amerykańskim. Bezsprzecznie.
Odwróciłem się do małej ofiary. Chłopak nie mógł być starszy niż 12 lat, oczy miał na wysokości mojego brzucha i miałem wrażenie, że w każdej chwili może złamać sobie kark, tak uparcie wpatrując się we mnie.
- Nie ma sprawy – mruknąłem i wyminąłem go, udając się w swoją stronę. Pójdę do Demetra i nawrzeszczę na niego jeszcze raz. W końcu komu, jak nie jemu się należy. Odgłos tupiących za mną stópek zachwiał nieco moimi zamierzeniami. - Nie idź za mną.
- Dziękuję za uratowanie mnie! - zaszczebiotał radośnie chłopak.
- To nie był ratunek, tylko interwencja z ukrytym zamiarem wyżycia się na agresorze.
- Ag... Co to jest inwer... coś tam? Z zamiarem czego? - Dziecko najprawdopodobniej pogubiło się w swoich myślach.
- Idź do szkoły, to zrozumiesz te słowa.
- Jest przerwa wiosenna!
- Na to nie mam argumentu.
Błagam cię, młodzieńcze, jedyne czego teraz pragnę to zrobić sobie abażur ze skóry Gruzina, odpalić jointa i chillować przez resztę dnia, to nie widoki dla niewinnych, dziecięcych oczu. Przynajmniej dwa pierwsze punkty.
- Pracujesz w cyrku? Jesteś artystą? Byłeś w telewizji? Zawsze chciałem spotkać kogoś sławnego! Co robisz, poskramiasz zwierzęta? Jesteś magikiem? Naucz mnie czegoś, prooooszę!
- Mały! - wrzasnąłem w końcu, zatrzymując się. Położyłem dłoń na jego czole, przytrzymując go bez najmniejszego trudu. - Zamknij już dziób, bo mnie denerwujesz. Ratowanie cię nie było nawet moją intencją, a tym bardziej dalszy kontakt z tobą i twoje gadanie nie jest mi na rękę, więc – z łaski swojej – zajmij się tym, co miałeś robić albo spieprzaj do domu, bo nie ręczę dziś za moje nerwy, rozumiesz?!
To musi być straszne, kiedy grunt który uznajesz za pewny i solidny, okazuje się być bardziej nietrwały, niż sądziłeś.
2 lip 2017
Irys DO Dzieciaka
Co się więc stało? Zwykły codzienny trening. Powtarzanie dawno opanowanego układu, ćwiczenie dwuosobowego, zmodyfikowanego tsdo. Wszystko szłoby pięknie, gdyby pewien idiota o niemożliwym do zapamiętania nazwisku, z którym dane jest mi tańczyć, nie postanowił n.ajebać się w trupa zeszłej nocy i dziś odgrywać prawdziwą rolę umierającego. Głupi wypasacz owiec nie potrafił nawet zrobić obrotu na palcach; poleciał prosto na mnie i powalił na ziemię. Oczywiście nic mu się nie stało, moje ciało posłużyło mu za "miękkie lądowanie". Natomiast ja najprawdopodobniej uszkodziłem coś w stopie. A on ma czelność jeszcze mówić, żebym przestał się drzeć, bo go głowa boli. Tak więc nie mogłem zrobić nic innego, jak dać mu w swej troskliwości czułego buziaka, żeby nie bolało. Pięścią w zęby. I tłumacząc się niedyspozycją, zwolniłem się z dzisiejszego treningu.
Kulejąc na lewą nogę, zmierzałem do swojego namiotu. Śródstopie pulsowało okropnym bólem, a ścięgna zdawały się nie wytrzymywać.
Choć w tej chwili skupiony byłem głównie na swoim cierpieniu, zauważyłem kątem oka jakieś zamieszanie przy namiocie ze zwierzętami. Były tam dwie postacie, jedną był nieznany mi drobny chłopaczek, korzący się przed nieco większym, choć też niezbyt postawnym młodzieńcem. Tenże młodzieniec z nieznanego mi powodu wydzierał się na mniejszego. Okej, może tamten coś przeskrobał. Ale dlaczego jest za to obrzucany najgorszymi obelgami, zdającymi się łączyć dwa języki – angielski i jeden z tych skandynawskich?
Zebrałem się w sobie, przełknąłem ból i w miarę maskując kuśtykanie, podszedłem, by interweniować. Mały chłopak wyglądał na mocno zestresowanego. Natomiast ten drugi stał przed nim jak p.ieprzony alfa i podparłszy się pod boki, krzyczał na niego.
- Młody – warknąłem, stając przy nim. Odwrócił się w moją stronę, jak oparzony. Musiał zadrzeć głowę, by spojrzeć mi w oczy; był mniej więcej o głowę niższy ode mnie. Nagle cała jego zaciętość gdzieś wyparowała. - Możesz zostawić chłopczyka w spokoju? - spytałem, siląc się na zahamowanie złości. - Możesz tego nie wiedzieć, ale nie jesteś postawiony wyżej niż on.
- Hm? - wydusił z siebie chłopak. Teraz to on sprawiał wrażenie zestresowanego. - Ale... On sobie zasł...
- Widzisz w jakim jest stanie przez ciebie? Ciekaw jestem jaką zbrodnię musiał popełnić, żebyś obrzucał go takim gównem. - Teraz już ciężej mi było utrzymać względny spokój.
Irys CD Akuma
- Czyli jednak balet? - odezwał się Akuma, szczerząc ząbki w zwycięskim uśmiechu.
- Twoja odpowiedź utwierdza mnie w przekonaniu, że wyglądam na baletnicę – westchnąłem i uniosłem kącik ust w minimalnym uśmiechu. Jej, dziwne uczucie.
- Tylko trochę. Ale to była jedna z opcji.
Zamiast odpowiedzieć, wróciłem do picia herbaty. Wziąłem duży, niespieszny łyk, przymykając powieki. Z przykrością przyjąłem fakt, że mój napój się skończył.
- To pokażesz, czy nie? - upomniał się pozostawiony bez odpowiedzi Akuma.
- Hah, ale przedstawienia baletowego nie robi się od tak. Z zasady najlepiej ogląda się większą grupę tańczących. Nie jestem aż tak genialny, by samemu się popisywać – wyjaśniłem spokojnym głosem łagodnego nauczyciela. Natychmiast skierowałem temat rozmowy na niego. Myślę, że może być ciekawszy, niż moja flegmatyczna, depresyjna osoba. - Ale zastanawiam się co ty robisz w cyrku. Ponieważ występujesz, prawda?
Siwowłosy przytaknął. Również zdążył już wypić całą swą kawę – jakim cudem, pewnie nigdy się nie dowiem i nie wiem czy chcę wiedzieć. Podniosłem się i wyciągnąłem rękę po kufel po kawie. Akuma podsunął mi go bez słowa; wziąłem oba naczynia i zaniosłem do umycia. Taka mania porządku.
- To co jest twoją specjalnością? - spytałem, stojąc przy zlewie. Domyłem kubek i odstawiłem na suszarkę. Muszę sobie zdobyć własny, picie z cudzych, a tym bardziej ogólnodostępnych mnie mierzi.
- Ogólnie ujmując, sztuczki z dymem – odparł Akuma, krzyżując ręce na piersi.
Sztuczki z dymem? Wow. Brzmi oryginalnie.
- Mam wrażenie, że nigdy nie słyszałem o takiej sztuce.
Podszedłem do chłopaka, skupiając się na kolorze jego włosów. Nie wyglądały na farbowane. Większa ich część była ewidentnie siwa, gdzieniegdzie pojawiały się śnieżnobiałe pasma, ale w niektórych miejscach można było zauważyć naturalnie czarny kolor. Musnąłem końcami palców powietrze dosłownie tuż przy jego włosach, niemal je dotykając, ale nie przekraczając jego przestrzeni prywatnej. Zbytnio.
Objąłem się ramionami, żeby mieć co zrobić z dłońmi.
- Osiwiałeś – wymruczałem cicho. Było to coś pomiędzy pytaniem a stwierdzeniem, sam nie wiem dokładnie jak chciałem to zaakcentować. Ile on właściwie może mieć lat? Wygląda, jakby był w moim wieku. Skąd ta szarość?
29 cze 2017
Irys CD Akuma
Po kilku niespiesznych łykach mogłem się odprężyć. Było mi ciepło, nie czułem głodu, oczy przestały piec, nie żałowałem już straconego snu. Kojąca para, niosąca ze sobą piękny herbaciany zapach, ogrzewała moje policzki, nos, powieki i ulatywała dalej, rozprowadzając swą woń gdzie tylko mogła. Nieprzyjemne marsze w żołądku uspokoiły się i choć nadal je czułem, były teraz przyjemniejsze. Czy raczej mniej uciążliwe.
Odstawiłem kubek. Jedna piąta napoju zniknęła. Spojrzałem na szarowłosego chłopaka z jabłkiem w ręce. Jego wyraz twarzy zdawał się przedstawiać coś pomiędzy zblazowaniem, rozbawieniem i zmęczeniem. Nie mam pojęcia, nie znam się na ludzkich uczuciach.
- To jak cię nazywają w cyrku? - spytałem. Nah, herbata ociepla moje stosunki do ludzi.
- Akuma – odpowiedział chłopak, minimalnie zaskoczony moją zmianą podejścia. Zaprosiłem go ruchem głowy, by się dosiadł. Chodź, kolego, pokażę ci, że nie jestem do cna antyspołeczny.
Przytargawszy ze sobą kubek kufel mętnej kawy, Akuma usiadł naprzeciw mnie.
- A ciebie? - spytał. - Chyba cię tu jeszcze nie widziałem.
- Irys. Zapewne nie widziałeś dlatego, że nie bywałem na tej stołówce wcześniej. Zajebiste wiadro.
- Dzięki – na moment pokazał zęby w krótkim uśmiechu i upił łyk ze swojego wiadra. Jezu, czy to jest mrożona kawa? Człowieku, kto cię tak skrzywdził. Dlaczego to sobie robisz. Zrobiło mi się zimno od samego patrzenia. Z ponurym rozbawieniem zauważyłem, że dostałem na rękach gęsiej skórki. Zauważył to też Akuma.
- A tobie co, nie ten klimat?
- Zdecydowanie. Mhh... co się robi zwykle o piątej rano cyrkowej stołówce? - spytałem, wpatrując się uważnie w kolegę.
- Leczy przykre skutki zabawy w klubie – wymamrotał Akuma, sięgając dłonią do swojego brzucha. - Można też pić herbatę, nie?
- Można pić herbatę, żeby wyleczyć przykre skutki zabawy w klubie. - Uniosłem sugestywnie jasną brew.
Taa, te niezapomniane momenty. Ledwie trzy, może cztery lata wstecz, miłe czasy imprez zaraz po treningach i zmartwychwstawanie na drugi dzień, długo po południu. Niedobitki błagające o wodę, toczące się bezwładnie po usyfionej podłodze zwłoki, trupy poległych gdzieś w kątach, w wannie, za drzwiami ci, którzy odeszli najwcześniej i doznali wspaniałomyślności silniejszych głową współtowarzyszy. Apokaliptyczna wizja przyszłości współczesnej młodzieży. I Aleks, spokojnie popijający w kuchni herbatę, czekając aż ktoś powie mu, gdzie się podziały jego klucze od mieszkania.
26 cze 2017
Od Irysa
Dumna, smukła postać białowłosego mężczyzny, przedstawiającego się pseudonimem Pik, siedziała na jednym z siedzeń na widowni i z głową podpartą na dłoni, przyglądała się nam. Razem z Demetrem ukłoniliśmy się nisko i stanęliśmy przed reprezentantem naszego – być może – przyszłego pracodawcy, niecierpliwie czekając na ocenę naszego występu.
Pik najwyraźniej nie śpieszył się z podzieleniem się z nami swoją decyzją. Mierzył nas wzrokiem przez kilka boleśnie długich chwil, powoli doprowadzając nas obu do szaleństwa. Byliśmy zdenerwowani, bardzo staraliśmy się, by nasz występ wyszedł jak najlepiej, chcieliśmy pokazać, co umiemy i co najważniejsze, za wszelką cenę chcieliśmy dostać się do trupy.
Tymczasem nieprzyzwoicie niebieskie, błyszczące oczy mężczyzny ze spokojem się nam przyglądały.
- Wspaniale! - rozniósł się po namiocie jego głęboki, dźwięczny głos. Demetre się wzdrygnął. Ja byłem na tyle skupiony na wyrazie twarzy białowłosego, by móc zauważyć, że za chwilę się odezwie. Ale faktycznie, facet wykrzyknął to tak niespodziewanie, że wywołałby zawał nawet u martwego od pięciu lat psa. - Niesamowity występ, jesteście naprawdę dobrzy.
Odetchnąłem. Cieszę się, panie kierowniku.
- Jesteście przyjęci – kontynuował Pik, prostując się na swoim krześle. Uśmiechał się pięknie, z wdziękiem i wyższością. Choć taki uśmiech powinien raczej odpychać, on działał wręcz przeciwnie – przyciągał do siebie niczym magnes. - Będziecie w grupie drugiej, uczącej się.
Zerknąłem kątem oka na Demetra. Nagle stał się on o jakieś 10 procent wątlejszy. Błyszczące jeszcze przed chwilą oczy przygasły, zaróżowione od wysiłku policzki zbladły. Z jego uchylonych ust wydobył się słaby, niewyraźny dźwięk:
- ...co?
Kopnąłem go dyskretnie w łydkę.
- Oczywiście – odezwałem się. - Pasuje nam taki układ.
- Pokażemy, że stać nas na więcej – wtrącił stojący obok mnie idiota.
- Dziękujemy – ukłoniłem się skinięciem głowy.
Pik zaprosił nas do swojego gabinetu. Usiadłem na krześle naprzeciw biurka, a Demetre stanął za mną. Nasz nowy pracodawca, siedząc na swoim miejscu za biurkiem i przebierając w papierach, przybliżał nam zasady obowiązujące w cyrku, objaśniał kryteria jakie należy spełnić, by mieć szansę na wystąpienie przed publicznością i mówił jak wszystko funkcjonuje, wplątując w swój monolog krótkie pytania skierowane do nas. Najczęściej były one czysto retoryczne, albo były bardziej stwierdzeniem niż pytaniem, ale nie odzywaliśmy się z pretensjami. Co jakiś czas zerkałem na czarnowłosego: nadal wyglądał na lekko podłamanego. Doskonale wiedziałem o co mu chodzi. Grupa juniorów? To nie jest na jego ambicje. Chryste, to wręcz palący kwas na jego wrażliwe, zawyżone ego. Ale będzie musiał to przełknąć.
- I jeszcze jedno... - powiedział Pik, podsuwając nam umowy do podpisania. - Wasze pseudonimy. W cyrku nie używamy swojej prawdziwej godności, tylko pseudonimy artystyczne. Nimi będziecie przestawiani, nimi będą was wołać. Jakie będą wasze?
Demetre zaczął znów na coś narzekać, ale tym razem już go nie słuchałem. Skupiłem się na kilku pierwszych rzeczach, które przyszły mi w tej chwili do głowy i wybrałem z nich tą o najładniejszej nazwie.
- Będę Irysem – oznajmiłem.
- Doskonale. A ty, kolego? - spytał Pik, zwracając się do Gruzina.
- Ja... ja będę... - zająknął się. Na jego twarzy zauważyłem zagubienie. - Helsing. Będę się nazywał Helsing.
- Helsing – powtórzył białowłosy. - Dobrze. Irys i Helsing. Nasi baletmistrzowie. To wszystko. Podpiszcie umowy i idźcie do swoich namiotów. - Podał nam pomarańczową karteczkę z napisanymi numerami mieszkań.
Podziękowaliśmy i opuściliśmy gabinet. Jeszcze nie czułem tego ekscytującego uczucia, że właśnie zaczynam nowy rozdział w swoim życiu. Jak na razie, do końca dnia czułem tylko irytację i znudzenie, słuchając złorzeczeń Helsinga o jego urażonej dumie.
~ ~ ~
Pierwszy dzień jako część cyrkowej społeczności. Obudziłem się około piątej rano, z nieznanych mi powodów. Może po prostu jakieś siły wyższe postanowiły, że ten dzień od rana ma być dla mnie zły, bo przecież nie wolno mi cieszyć się dobrym snem. Nie. No co ty.
Leżenie w łóżku przyprawiało mnie o obrzydzenie. Nie mogłem leżeć bezczynnie, nie będąc w krainie Morfeusza. Wstałem, ubrałem się w czarną bluzkę z długim rękawem i również czarne, choć bardziej poszarzałe spodnie i wyszedłem ze swojego namiotu. Słońce jeszcze nie wzeszło, było praktycznie ciemno. I zimno. Mokra od rosy trawa moczyła moje buty. Jako, że nie znalazłem u siebie niczego, w czym mógłbym zagotować wodę, skierowałem się do stołówki, czy też bufetu znajdującego się w jednym z namiotów.
Cyrk wyglądał na całkowicie pogrążony we śnie. Namioty, przyczepy i domki były zamknięte, zasłony w oknach zasłonięte, nie słyszałem ani jednego dźwięku oprócz śpiewu najwcześniej wstających ptaków. Wielki, żółty namiot estradowy prezentował się nad wyraz posępnie w szarym poranku, choć jak dla mnie, nie mógł piękniej wyglądać.
Wszedłem do namiotu jadalnego. Był całkiem spory, miał kilka stolików i ławek, a przy ścianie znajdowała się część z żywnością i małą kuchnią. Znalazłem tam czajnik i nastawiłem wodę. Odszukałem w jednej z szafek czarną herbatę i po kilku minutach miałem już ciepły napój w kubku z rysą biegnącą przez całą jego długość.
Nalewając wodę do naczynia, usłyszałem czyjeś ciche kroki. Ach, więc nie tylko ja mam problemy ze wstawaniem o normalnej porze.
Ktoś chciałby dokończyć?

