Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helsing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helsing. Pokaż wszystkie posty

10 paź 2017

Odchodzą!

Helsing

Irys
#Powód: Decyzja właścicielki 

25 sie 2017

Helsing CD Shavile

Pomiędzy moimi brwiami pojawiły się dwie pionowe, głębokie zmarszczki, zdradzające mą konsternację. Nie byłem pewien czy na pewno dobrze zrozumiałem to, o czym krzyczała ta osoba. Potwory? W mieście? Zbliżają się do cyrku?
Starałem się odnaleźć w twarzy Shavile więcej zrozumienia, jednak dziewczyna wyglądała na tak samo zdezorientowaną. Wyszliśmy z namiotu, by sprawdzić co się dzieje. Przed wejściem do namiotu estradowego, wokół Pika, naszego bossa, zebrało się kilka osób. Wszędzie wokół biegali ludzie.
Nagle za naszymi plecami rozległa się seria trzasków łamanego szkieletu namiotu i charkliwy warkot. Odwróciłem się i odsunąłem o krok na moment przed tym, jak żółto-biały materiał opadł na moje ramiona. Połowa namiotu Shavile została wbita w ziemię przez najobrzydliwsze stworzenie, jakie widziały moje oczy. Istota miała ponad dwa metry wysokości, a że stała pochylona, z przednimi mocnymi kończynami wdeptującymi materiał namiotu w ziemię, mogła być w rzeczywistości jeszcze wyższa. Była pozbawiona sierści, jej szara skóra pokryta była za to błyszczącymi od łoju zgrubieniami. Nie miałem pojęcia czy powinienem uznać je za coś w rodzaju nieregularnych łusek czy obrzydliwie wyglądających ropni. Jej głowa kształtem przywodziła na myśl głowę człowieka, ale z pewnością żaden człowiek nie ma tak obrzydliwego, zdeformowanego łba. Stwór szczerzył białe, płaskie zęby wyglądające zza warg szerokiej paszczy i łypał na nas przekrwionymi ślepiami, ledwo widocznymi spod opuchniętych, czerwonych powiek.
Przywitany takim widokiem cofnąłem się jeszcze o kilka kroków. Co się, do cholery, dzieje? Czy jeśli zacznę w tej chwili uciekać, a to wszystko okaże się kiepskim żartem, to wystawię się na pośmiewisko?
- Helsing! - krzyknęła Shavile, wyrywając mnie z osłupienia. Wielka łapa z pięcioma długimi palcami leciała prosto na mnie. Choć spodziewałem się poczuć makabryczny ból miażdżonej czaszki, doświadczyłem jedynie o wiele lżejszego pchnięcia w żebra, które powaliło mnie na ziemię. Podniosłem się na łokciach; Shavile leżała obok, patrząc na mnie z wściekłością i przerażeniem w oczach.
- Uciekamy stąd! - rozkazała, wstając pierwsza i ciągnąc mnie za rękę z dala od kreatury, która przed momentem nabrała ochoty na pozbawienie mnie głowy. W ciągu ułamka sekundy byłem już na nogach i biegłem wraz z dziewczyną przed siebie, byle jak najdalej od zagrożenia.
W obozie zapanował chaos; cyrkowcy biegali, krzyczeli między sobą, dogadywali się co do czegoś. Ale nie uciekali. Nie miałem pojęcia jakim cudem nie dają się opanować panice.
Pojawiły się inne potwory. Różniły się od poprzedniego, żaden nie był jednakowy, jednak wszystkie były tak samo przerażające.
Wbiegliśmy z Shavile między namioty gwiazd.
- Co to jest? - wydusiłem, oglądając się za siebie.
- Nie mam pojęcia, nie chcę wiedzieć - fuknęła przez zaciśnięte zęby brunetka.
Mój umysł opanowały gorączkowe próby znalezienia jakiejkolwiek drogi ratunku. Starałem się nie poddać panice, co przychodziło mi z trudem, podobnie jak pomysł na wydostanie się z tego piekła.
Flegmisty charkot przerwał moje poszukiwania. Za nami stał kolejny potwór o mokrym pysku, z którego ciekła gęsta, różowa ślina. Był jeszcze większy od poprzedniego. Żadne z nas nie zdążyło krzyknąć, gdy jego wielkie, kościste łapy owinęły się wokół naszych karków.
Z całych sił starałem się wyrwać, ale mokra, gorąca dłoń mogłaby być równie dobrze zrobiona ze stali; nie miałem szans na oswobodzenie się. Zaciskające się z siłą imadeł palce zaczęły pozbawiać mnie tchu. Zacząłem panikować. Szarpałem się mocniej, ale to tylko pogarszało sprawę. Stwór zaczynał dusić mnie jeszcze bardziej.
Gorączkowo szukałem drogi ucieczki. Czegokolwiek, czym mógłbym sobie pomóc i uratować siebie i dziewczynę, która trwała uwięziona w drugiej dłoni stwora. Moje ręce zaciskały się w desperacji na palcach oprawcy. Nie mogłem zaczerpnąć oddechu. Oczy zaszły mi mgłą. Nie, nie, tylko nie to. Nie mogę się poddawać, jeszcze mogę się bronić.
Moim ostatnim przejawem woli walki była próba rozpędzenia mgły, którą miałem przed oczami. Potem stało się coś, czego nie planowałem.
Głośny, zgrzytliwy dźwięk niemal rozdarł mi uszy. Krzyknąłem z bólu, który zamiast szybko ustąpić, przeszedł z okolic moich skroni na moje ręce i niczym ostrze noża prześliznął się wzdłuż moich ramion.
Na chwilę zapadła cisza. Zaciskałem powieki, nie chciałem patrzeć. Bolało. Moje ręce musiały zostać połamane w kilkunastu miejscach, co innego mogłoby tak boleć? Bałem się zobaczyć, co właściwie się stało, dlaczego wokół jest tak cicho? Cholera, jak boli.
Otworzyłem załzawione oczy. Oślepiła mnie szkarłatna łuna, odbijająca się od... kryształu?
Z moich rąk piętrzyły się, niczym dwa górskie pasma, wyszczerbione, ostro zakończone, złączone ze sobą kryształy, połyskujące wściekle czerwoną barwą. Ich najdłuższe, najostrzejsze końce zagłębiały się głęboko w oczodoły potwora, którego pozbawione życia ciało wciąż stało w poprzedniej pozycji, sparaliżowane.
Cisza panująca wokół zmieniła się w uciążliwy szum, który po dłuższej chwili rozproszył się, dopuszczając do mnie realne dźwięki z otoczenia.
Chciałem krzyczeć, drzeć się, wrzeszczeć, strząsnąć z siebie szok, ból i przerażenie, odsunąć się, pozbyć się czerwonej materii, która rozdarła mi skórę i tkankę na ramionach, uciekać stąd jak najdalej, ale nie byłem w stanie. Z otwartymi szeroko ustami wpatrywałem się w swoje dzieło. Moje dzieło?
- Hel... sing... - Do mojego stępionego zmysłu słuchu dobiegł słaby głos Shavile. Odwróciłem wzrok w jej stronę. Palce potwora rozluźniły uścisk na jej gardle, upuszczając ją na ziemię; trzymała się za szyję, pocierając ją lekko. W jej oczach widziałem wspomnienie bólu i strachu.
Spróbowałem poruszyć dłońmi. W rezultacie tylko lekko nimi drgnąłem, ponieważ od razu powrócił przeszywający ból. Mimo to spróbowałem jeszcze raz. Kryształ drgnął. Po kolejnej próbie pasmo na mojej lewej ręce przedzieliła głęboka rysa. Minerał zaczął się kruszyć. Zaciskając zęby, szarpnąłem mocno. Wokół rozprysły się czerwone, połyskujące odłamki. Z mojego gardła wydobył się bezgłośny krzyk, choć w głowie wyraźnie go słyszałem.
Oswobodziłem się z martwych palców potwora. Chwiejąc się na własnych nogach, opuściłem bezwładnie ręce. Nie mogłem wziąć pełnego oddechu, miałem wrażenie, że ktoś zaciska mi węzeł w krtani. Z całych sił starałem się zmusić, by nie pozwolić swojemu ciału upaść. Po moich palcach skapywała gęsta krew i bezgłośnie znikała w pożółkłej, zdeptanej trawie. Wierzchnia część obu moich rąk wyglądała jak ziemia na polu po jesiennej orce. Na każdej z nich, od ramienia aż po kostki palców ziała długa, paskudna wyrwa, cieknąca krwią.
Spojrzałem na dziewczynę, której wzrok wlepiony był moje ramiona. Chciałem do niej podejść, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
- Nic ci nie jest? - spytałem zaskakująco pewnym, choć jeszcze zachrypniętym głosem. - Zranił cię?


< Shavile // zdaję sobie sprawę jak bardzo się nie popisałam, ale naprawdę nie mam wprawy w pisaniu fantastyki // ale kryształy są fajne c: >

1 sie 2017

Helsing CD Shavile

Powiodłem wzrokiem za oddalającą się pospiesznie dziewczyną, najeżony o to, że obarczyła mnie płaceniem za wspólne zakupy. Zważywszy na to, że to ja chciałem ją tym obarczyć. Starałem się wyczaić, dlaczego zdecydowała mnie tak nagle opuścić, jednak nic nie zwróciło mojej szczególnej uwagi. Może oprócz ochroniarza omiatającego cały sklep przerażającym spojrzeniem.
Wyszedłem z zakupami na ulicę i zacząłem rozglądać się za Shavile. Zajęło mi to sporą chwilę, ale w końcu zauważyłem małą, skuloną postać w najciemniejszym zaułku, jaki tylko mogła wybrać.
- Shavile, ty wstrętna babo, czemu uciek... - zacząłem tyradę, jednak natychmiast zamilkłem, widząc stan dziewczyny po podejściu bliżej. Brunetka chowała głowę w ramionach, którymi obejmowała swoje nogi.
Odłożyłem siatki z jedzeniem na bok i usiadłem przed nią na chodniku.
- Hej - odezwałem się. - Co się dzieje?
Dziewczyna natychmiast poderwała głowę i spojrzała na mnie rozkojarzonym wzrokiem. Wyglądała niedobrze. Nie miałem pojęcia, co mogło się stać, ale jej zachowanie było alarmujące.
Shavile, słysząc mój głos, podniosła gwałtownie głowę. Przez chwilę wpatrywała się we mnie z szeroko otwartymi oczami. Po kilku sekundach najwyraźniej się otrząsnęła, ale nie rozwiało to moich zmartwień, ponieważ pierwsze co zdecydowała się zrobić, to rozejrzeć się niepewnie na wszystkie strony, zanim skupiła uwagę na mojej osobie.
- Wszystko w porządku, możemy iść - powiedziała, uśmiechając się szeroko i tak sztucznie, że aż się skrzywiłem.
- Co się stało? - zapytałem.
- Mówię, że nic się nie stało - obstawała przy swoim Shavile.
Wstałem bez słowa i podałem jej dłoń, by pomóc jej się podnieść. Złapała ją niepewnie i stanęła na nogi. Nie umknęło mojej uwadze, że ledwo się na nich trzymała; trzęsły się niemiłosiernie. Nie miałem pojęcia dlaczego. Objąłem ją ręką w pasie i przyciągnąłem lekko do siebie, na wypadek gdyby miała zamiar mdleć. W drugą rękę wziąłem torbę z zakupami.
- Wracamy do cyrku - oznajmiłem, ruszając z nią w stronę z której przyszliśmy. Po kilku krokach, gdy opuściliśmy w miarę bezludny obszar, w jakim się znajdowaliśmy i gdy wyszliśmy z powrotem na główną ulicę, Shavile wbiła pięty w ziemię i zatrzymała się. Z przerażeniem wpatrywała się w tłum ludzi okupujący całą arterię.
- Hmm? - mruknąłem głosem wahającym się między zmartwieniem a irytacją. Niepokoiło mnie zachowanie towarzyszki i zaczynałem się już denerwować. - Shavile, ogarniamy się już. Jestem głodny i nie piłem jeszcze kawy. Bez kawy nie jestem takim przyjemniaczkiem.
Brunetka przycisnęła się bliżej do moich żeber, odwracając wzrok od ludzi przed sobą. Zrezygnowałem z dalszych pytań i postanowiłem po prostu jak najszybciej ją stąd zabrać.
Po tym, jak pokonaliśmy główną ulicę i zaczęliśmy oddalać się od zabudowań, Shavile zaczęła powoli wracać do siebie. Szczerze mówiąc, odetchnąłem wtedy z ulgą. Ale nie męczyłem jej pytaniami o samopoczucie zbyt wcześnie.
Po powrocie na teren Cyrku skierowałem się wraz z dziewczyną do swojego namiotu. Nie odzywając się dużo, zgarnąłem kilka rzeczy - ściślej, czajnik elektryczny, dwa kubki i puszkę z kawą - które włożyłem do torby na zakupy i zaprowadziłem ciemnowłosą do jej namiotu.
- Po co ci te rzeczy...? - spytała, zerkając na przedmioty zalegające razem z zakupami w torbie.
- Będziemy siedzieć u ciebie, bo u mnie jest syf i malaria, a ty jesteś dziewczyną i jesteś zbyt wrażliwa na takie warunki - powiedziałem trochę zbyt poważnym tonem.
Gdy weszliśmy do jej "mieszkania", odłożyłem zakupy na jej łóżko, wziąłem czajnik i skierowałem się do wyjścia.
- Rozpakujesz zakupy? Pójdę po wodę - powiedziałem, przekraczając próg i poszedłem do łaźni, ponieważ była najbliżej. Wróciłem po niecałych dwóch minutach i podłączyłem urządzenie do przedłużacza, który przeciągnięty był po podłodze.
- Pijesz kawę? - spytałem, ustawiając dwa kubki na stoliku i otwierając puszkę z kawą.
- Mogę - odparła.
Po kilku minutach w kubkach - jeden otoczony komiksowymi, wyszczerzonymi zwierzątkami gospodarskimi, drugi przyozdobiony napisem "Warsaw" - znajdował się już ciepły, pachnący napój. Wyjąłem spomiędzy zakupów ciastka i otworzyłem, biorąc jedno od razu do ust. Podałem Shavile kubek z Warszawą i usiadłem obok niej.
- Wiesz, że wyglądałaś, jakby dopadły cię co najmniej stany lękowe? - odezwałem się, wpatrując się w nią intensywnie.
- Mh. Na pewno przesadzasz - mruknęła w odpowiedzi, wbijając wzrok w swój kubek.
- Mogę spytać co takiego się stało?
Zamiast odpowiedzieć, wzięła łyk ciepłej kawy.
- To przez ludzi? - zapytałem, przypomniawszy sobie o dzikich tłumach, które panowały w mieście. Racja, to mogło nie być zbyt przyjemne. Byłem w stanie zrozumieć problem, choć osobiście dla mnie nie był on aż tak nieprzyjemny. W końcu, jeśli jest się wyższym niemal o głowę od większości ludzi, to rzeczy takie jak tłum nie przerażają aż tak bardzo.

< Shavile // miałam ochotę na kawę, jak to pisałam, więc tak wyszło, że wracamy do domowego zacisza ;v; >

27 lip 2017

Helsing CD Shavile

Rozglądałem się na wszystkie strony, chłonąc zmysłem wzroku dosłownie wszystko, co mnie otaczało. Wszystko w tym miasteczku było niezwykle interesujące, od ślicznych starych budynków po przechodzących ludzi. Mijaliśmy wiele interesujących lokali, do których chętnie zajrzałbym kiedyś w wolnej chwili. Nie skupiałem się zbytnio na poszukiwaniu sklepu spożywczego; miałem nadzieję, że Shavile jest czujna albo w ostateczności rzuci mi się sam w oczy.
Odwróciłem się, sprawdzając czy nie zgubiłem towarzyszki. Shavile szła za mną ze wzrokiem wbitym w ziemię, chowając swój plecak pod pachą. 
- Boisz się, że ktoś ci poprowadzi plecak? - spytałem, unosząc brew z rozbawieniem. 
- Trzeba być przygotowanym na wszystko - odparła dziewczyna, rozglądając się podejrzliwie na boki. 
- Daj spokój, przecież na oko widać, że to spokojne, porządne miasteczko.
- Wolę być zapobiegliwa niż naiwna.
- Mówisz, że jestem naiwny?
Zamiast odpowiedzi, usłyszałem tylko jej ciche, sardoniczne parsknięcie śmiechem. Uniosłem kącik ust w pół-uśmiechu i zrównałem się z nią, by nie szła sama z tyłu. Shavile wyglądała na spiętą, żeby nie powiedzieć - zestresowaną. 
- Tak, to zdecydowanie przerażająca dzielnica - zaczepiłem ją, patrząc na jej drobną postać z wysokości swoich 190 centymetrów. - Ale nie martw się, spróbuję nas obronić w razie potrzeby.
- Oj, zamknij się - fuknęła, rzucając mi wojownicze spojrzenie. 
Zamierzałem jej odpyskować, ale w tej chwili moją uwagę zajął kolorowy szyld na jednym z budynków. Sklep. Przez to wypadło mi z głowy to, co chciałem powiedzieć.
- Chodź, idziemy po jedzenie dla mnie - powiedziałem do brunetki, obierając kierunek na swój cel. Shavile pospiesznie ruszyła za mną. Raźnym krokiem wkroczyłem do środka, od razu zagłębiając się w korytarzach półek z produktami. - Kup jakieś zbożowe batoniki, tylko koniecznie muszą mieć czekoladową podstawę, najlepiej jeszcze białą. I przydałyby się jakieś owoce, na przykład banany. Obstawiam, że uwielbiasz banany i nie mów, że nie. Banany to cud wśród owoców. Oooo, tego pragnę! - zawołałem może zbyt za głośno, zauważywszy ustawione na półce opakowanie karmelowych krówek. - Wzięłaś jakiś koszyk? - spytałem, odwracając się do Shavile. Szła kilka kroków za mną z czerwonym koszykiem zakupowym w dłoni i rzucała mi krytyczne spojrzenie niezadowolonego rodzica. Wpakowałem wymarzone krówki do jej koszyka. - Powinnyśmy jeszcze kupić coś, co nadaje się faktycznie do jedzenia, a nie do przekąszania. Na przykład ciastka. Co sądzisz? - spytałem, pokazując jej zęby w bandyckim uśmiechu.


< Shavile? // jedzenie to taki przyjemny temat B) >

16 lip 2017

Helsing CD Shavile

Nie, nie, nie, nie. Tak się nie bawimy. Nie deser. Kobieto, nie będziesz mną pomiatać i pożerać moją żywność.
Wyrwałem się za nią, gotów walczyć o swą męską pozycję. Musiałem tylko zajść do siebie i wziąć skradzioną pastę, by grzecznie ją oddać. Gdy wpadłem do namiotu, zrozumiałem o czym mówiła dziewczyna, kiedy wspominała o zapachu mogącym powalić rosłego mężczyznę. Mnie powaliło.
Wziąłem pastę, którą wcześniej zostawiłem na stoliku, zawalonym całą masą gratów i śmieci i wyszedłem, kierując się do namiotu nr 5, jak mnie poinformowano. Sprawnym, szybkim krokiem pokonałem niedużą odległość, raptem kilka metrów, dzielącą nasze mieszkania. Wparowałem do środka bez pukania czy czegokolwiek – trudno, nazwijcie mnie chamem, niektórych rzeczy po prostu nie da się nauczyć – i, och, jaka niespodzianka.
Dziewczyna była praktycznie naga, jeśli nie liczyć majtek, skąpo okrywających jej ciało. Tak, oprócz nich nic na sobie nie miała.
Na chwilę oboje zamarliśmy, jakby sytuacja była tak niezręczna, że obojgu nam odebrała możliwość reakcji. Mimo wszystko nie dałem rady powstrzymać swoich podłych mięśni twarzy, rozciągających moje wargi w wściekle rozbawionym uśmiechu.
- I z czego rżysz? - spytała dziewczyna, odsuwając się powoli i naciągając szybko koszulkę. Wyrwała mi pastę z ręki.
- Ja... z niczego nie rżę - wydusiłem, nadal mając przed oczami jej pięknie prezentującą się klatkę piersiową. Zrobiło mi się trochę tęskno na owe niedawne wspomnienie. - Ale czy to właśnie teraz miałem przyjść? Powiedziałaś 3 minuty, tak? - Pokazałem rekinie zęby w półuśmiechu.
- Wychowany człowiek przeprosiłby za wtargnięcie bez pukania do cudzego mieszkania - upomniała mnie dziewczyna.
- Może po kolei - zaproponowałem. - Dziękuję za użyczenie pasty do zębów i przepraszam za przywłaszczenie jej i bezczelne wtargnięcie. A teraz nakarm mnie, skoro zjadłaś moje śniadanie. - Wyminąłem ją i rozejrzałem się po wnętrzu namiotu, szukając jedzenia.
- Będziesz mi winny dwa desery, zobaczysz.
- Daj spokój, dwa gramy pasty nijak się mają do deseru. Ja dałbym ci pastę bez mrugnięcia okiem jako sąsiedzką przysługę, a ty mnie podliczasz deserami - wytknąłem jej niewinnie brzmiącym głosem, siadając na jej łóżku. Nie mogłem powstrzymać się przed uważnym zmierzeniem jej wzrokiem, od stóp do głowy. - Ponadto zjadłaś moje śniadanie. Powinnaś przemyśleć swoje zachowanie.
- A ty przemyślałeś swoje?
- Nie zrobiłem niczego w złej myśli, ani przez moment nie chciałem zabrać ci deseru ani śniadania. Kto tu jest nie w porządku? - spytałem, cały czas mówiąc teatralnie poważnym, dziecięco naiwnym głosem. Patrzyłem na dziewczynę skrzywdzonym spojrzeniem, jednak lekko unosząc brwi. - Mmm... przydałoby się w końcu przedstawić - dodałem po chwili. - Jestem Helsing.
Wraz ze swoim imieniem, przedstawiłem jej najpiękniejszy, najurokliwszy uśmiech, jaki mogłem przywołać na usta.


< Shavile? c: >

12 lip 2017

Helsing CD Shavile

Gdy tylko obiekt mego pożądania zakończył swój krótki lot w mojej dłoni, potulnie i grzecznie opuściłem pomieszczenie, rzucając tylko krótkie spojrzenie przez ramię. Co za wspaniały początek dnia.
Umyłem zęby – swoją drogą nie ma nic gorszego niż stanie tuż przy dziewczynie i konieczność powstrzymywania głębszego oddechu, ale to tak swoją drogą – i ponownie przemyłem twarz wodą. Ze zdegustowaniem spojrzałem na usta wykrzywione w podłym uśmiechu, widoczne w odbiciu lustra. Tak, ciesz się, ciesz na zdrowie.
Zachowując w pamięci obraz zgrabnych ramion nieznanej z imienia dziewczyny – bo czemu nie – wróciłem do siebie, by dokończyć szereg porannych czynności związanych z doprowadzaniem swojego wizerunku do porządku. Jakieś dwadzieścia minut później byłem już na stołówce i brałem gotowe śniadanie składające się z dwóch kanapek na tostowym chlebie. Najobrzydliwsze pieczywo z możliwych. Jest takie słowo? Nieważne, w każdym razie chleb tostowy jest najgorszym szajsem jaki można wziąć o ust. Ale nie było nic innego, a ja nie wybrałem się jeszcze na zakupy, żeby samemu przyrządzać sobie godne posiłki, więc musiałem się nim pożywić.
- Gdzie moja pasta? - usłyszałem za sobą, gdy brałem w ręce talerz ze swoim śniadaniem. Odwróciłem się, by ponownie ujrzeć ciemnowłosą dziewczynę, którą wcześniej zastałem w łaźni. Już ubraną.
- W moim namiocie – odparłem, uśmiechając się niewinnie. Czy zabieranie pasty było zamierzone? Nie w pełni, nazwijmy to podświadomym działaniem. - Ale nie idź tam beze mnie.
- Nic mi się nie należy? - spytała z pół-uśmiechem.
- Śliczne podziękowania. I zapraszam do wspólnego posiłku – wskazałem ruchem głowy wolny stół.


< Shavile? >

7 lip 2017

Helsing CD Shavile

Uciskałem i rozcierałem dłońmi obolały kark. Strugi gorącej wody oblewały moje ciało i w kroplach spływały po sztywnych plecach. Oddychałem ciężko przez usta, próbując rozluźnić mięśnie.
Od dzisiaj kładę się spać o 19 i nie wychodzę nigdzie, powtarzałem sobie co chwilę, masując zesztywniałe kręgi i zdrętwiałe ramiona.
Czułem się, jakbym przez pół nocy wisiał nogami przywiązany do gałęzi na drzewie, potem bez ostrzeżenia został zrzucony na ziemię i podeptany dziesięcioma parami butów na ciężkich podeszwach. Działo się trochę inaczej, ale skutek najwyraźniej jest podobny.
Gdy przemęczone części mojego ciała zostały zreanimowane, obmyłem się ze śladów całonocnej nieobecności w domu. Bodajże około czwartej wróciłem do swojego namiotu i położyłem się na kilka godzin spać. Nie łudzę się, że najprawdopodobniej będę jeszcze odsypiać przez pół dnia.
Mokry, czysty i z lepszym samopoczuciem wyszedłem spod prysznica i podszedłem do umywalki z lustrem. Prysznice znajdowały się w jednym dużym pomieszczeniu razem z kilkoma umywalkami umiejscowionymi na ścianie naprzeciw nich, jednak w środku nie było nikogo prócz mnie, więc mogłem sobie pozwolić na chwilę wolności i nie owijać się od razu w ręcznik. Przelotnie przeczesałem palcami mokre, przydługie włosy, zabierając je z czoła i sięgnąłem po szczoteczkę do zębów. Z moich ust wyrwała się cicha „c.holera”, gdy uświadomiłem sobie, że nie wziąłem ze sobą pasty. Rozejrzałem się czy przy innych umywalkach nie leży jakaś zabłąkana sztuka. Nie znalazłem żadnej. Może jest jakaś bezpańska u dziewczyn? Normalnie olałbym mycie zębów, jednak mój oddech zaczynał powalać nawet mnie samego.
Nie rozwodząc się nad sprawą kultury i ogólnie przyjętych zasad, przeszedłem do damskiej części łaźni. Przecież nikt nie będzie się mył o tak wczesnej porze.
Pomieszczenie przeznaczone dla kobiet wyglądało jak lustrzane odbicie męskiej łazienki, z jedną różnicą – było nieco czystsze. Przeszedłem się wzdłuż szeregu umywalek, zatrzymując się w połowie, zniechęcony brakiem tego, czego szukałem. Miałem już odwrócić się na pięcie i wrócić do siebie, gdy zatrzymał mnie kobiecy głos, przecinający ciszę niczym japońska katana łodygę bambusa.
- Mogę wiedzieć co tu robisz?
Zamarłem. Moje wargi zdrętwiały z zażenowania. Fuuck. Dlaczego teraz.
Westchnąłem bezdźwięcznie. Trudno, trzeba stawić czoła sytuacji.
Powoli, nie wykonując przesadnie prędkich ruchów, rozłożyłem ręcznik – dziękuję opatrzności, że jednak wziąłem go ze sobą – i owinąłem się nim w biodrach. Gdy z największą starannością i dokładnością wykonałem ową czynność, odwróciłem się powoli i przywołałem na usta głupi, lekko sarkastyczny uśmiech.
- Podglądam koleżanki z pracy podczas kąpieli i staram się im wykraść pasty do zębów – odparłem, krzywiąc linię brwi w swej konsternacji. Okoliczności nie są zbyt poważne, więc może nie zostanę zamordowany za próbę rozładowania sytuacji.

< Shavile // nie mogłam napisać nic innego xd >

24 cze 2017

Helsing DO Lottie

Lekki wyskok do przodu, dwa kroki. Lewa noga i ręka daleko do tyłu, prawa ręka na biodrze. Znów wyskok i dalej w prawo. Dwa długie kroki i znów skok, półtora metra w górę. Ląduję na kolanach. Trochę boli. Skokiem podnoszę się do kucnięcia i obracam, znów spadając na piszczele. Klęknięcie na jednym kolanie, potem podskokiem zmiana na drugie. Wyskok z piruetem i opadam na ułożone pionowo palce stóp, robiąc wzorcowe releve. Znów rzucam się na kolana. Omijam czołganie się do przodu. Znów się obracam i wyciągam prawą nogę na bok, potem lewą, wraz z rękami. Obrót na prawym kolanie. Skaczę w górę i robię releve na prawej nodze zgiętej, lewej wyprostowanej i wyciągniętej do tyłu. Kolejny upadek, tym razem składam nogi pod siebie. Wybijam się i na zgiętych nogach robię trzy kroki i powtarzam figurę z drugiej strony. Klękam, wstaję i obracam się na palcach jednej nogi. Na ziemię i obrót z nogami pod sobą. Robię dwa obroty na palcach przy zgiętej nodze, prawa, lewa. Potem staję na obu i klękam jednym kolanem, następnie staję i rozkładam szeroko nogi. Zamach i kopnięcie z półobrotu obrotu. Skaczę i znów opadam na rozstawione nogi.
Wszystko w 22 sekundy. 39 kroków. 27 oddechów.
Łapię oddech. Jest mi cudownie.
Kocham czuć ten lekki ścisk w nogach, nieporównywalnie delikatniejszy od bólu, który rozrywa mięśnie po wytańczeniu całego układu.
Zacząłem chodzić tyłem dookoła, żeby rozchodzić łydki i unormować oddech. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu cisnącego mi się na usta. Sięgnąłem po leżącą na podłodze butelkę wody.
Znam ten układ na pamięć, mógłbym powtórzyć go nawet bez muzyki, choć miałbym z tego mniej frajdy. Rytm mam w sobie, nie potrzebuję go słyszeć. Podczas numeru nie myślę praktycznie o niczym. Nie myślę nawet o krokach, wryły mi się w pamięć tak mocno, że dałbym radę powtórzyć je za 30 lat bez wcześniejszego układania ich sobie w głowie. Za to po skończeniu... Czuję się jak w niebie. Po tylu latach ćwiczeń nie czuję już drapania w gardle, nie jestem zmęczony. Mam tylko świadomość, że to co właśnie zrobiłem, było pieprzoną ekstazą.
Mój trening skończył się pół godziny temu. Chciałem tylko spróbować pobić swój rekord w wykonaniu tych kroków. Od ostatniej próby poprawiłem się o sekundę. Ego zadowolone.
Skierowałem się do wyjścia z namiotu, z zadartą głową trzymając przy ustach butelkę z wodą i pijąc łapczywie. Dosłownie w chwili, gdy wystawiłem stopę na światło południowego słońca, poczułem, że na coś wpadam. Czy też na kogoś.
Zatrzymałem się gwałtownie, z zaskoczenia wypluwając przed siebie wodę z ust. Przeszkoda sięgała mi zaledwie do klatki piersiowej, potrafiła wydawać dźwięk bólu i z pewnością upadłaby pod wpływem mojego natarcia, gdybym odruchowo jej nie złapał. Spojrzałem w dół i ujrzałem patrzące na mnie duże, brązowe oczęta, otoczone szuwarami czarnych rzęs. Chol*era, zdeptałem jakieś Bogu ducha winne dziewczę.
- Rany, przepraszam – wydusiłem z siebie.
Dziewczyna była niska, przynajmniej jak dla mnie. Mała, niepozorna. Wyglądała jak zbita, smutna mysz. Długie, brązowe włosy, mały, zadarty nosek, drobniutkie wargi, ciemne, gęste brwi. Spuściła nieśmiało wzrok. Zdjąłem dłoń, którą ją przytrzymałem, z jej łopatek. Nie muszę jej już utrzymywać i pewnie nie życzy sobie tego, bym ją dotykał.
- Naprawdę, wybacz, nie zauważyłem cię – przepraszałem, zagryzając z zażenowaniem dolną wargę. - Zrobiłem ci krzywdę?
- Nie... nic się nie stało – usłyszałem w odpowiedzi.
Przyjrzałem się jej. Dziewczyna wydawała się zestresowana. Najchętniej chyba uciekłaby ode mnie gdzie pieprz rośnie. Dopiero teraz zauważyłem w jej ramionach białego, puchatego królika.
- To... ja... ja już pójdę – szepnęła brązowowłosa i już postawiła krok w tył, gdy wyciągnąłem królika z jej dłoni. Zrobiłem to delikatnie i ostrożnie, jednak na tyle szybko, by nie zdążyła mi przeszkodzić. Podniosłem go sobie na wysokość wzroku.
- Och. Jakie... to... śliczne – wyszeptałem, wpatrzony w czerwone oczy zwierzątka. Królik poruszał niepewnie nosem i trzepotał wąsami, ale nie próbował się wyrywać. Nawet nie drżał. Posadziłem go na swojej dłoni, w której zmienił się prawie cały i zacząłem głaskać delikatnie po uszach. Spojrzałem na dziewczynę. - Przepraszam. - Uśmiechnąłem się do niej lekko. - Słabość do małych, futerkowych stworzeń. Występujesz z nim w przestawieniach? - zapytałem wprost.

<Loooottie?>

Helsing

„Któregoś razu mi się uda, a wtedy wszyscy się zesracie.”