20 kwi 2020

Lennie CD Shu⭐zo

Wieść o spalonym obiedzie jakoś do mnie nie dotarła. Byłem zszokowany historią jego matki, od razu przed oczami pojawiły mi się wszystkie momenty, w którym zdjąłem pierścionek. A jeśli to prawda? Jeśli przez moje niezdecydowanie i strach, zaprzepaściłem naszą przyszłość? Nawet jeśli wyjdziemy z wesela cali, zdrowi i szczęśliwi, to czy w następnych dniach żadnego z nas nie przejedzie samochód? Tyle myśli kłębiło się w mojej głowie i nie potrafiłem nad nimi zapanować. Jakaś druga część mnie, ta poważniejsza, usiłowała mi przemówić do rozsądku. Na pewno wiele par przed ślubem zdejmowało swoje obrączki, na pewno mieli jakiś powód i na pewno żyli sobie długo i szczęśliwie do końca życia. Nie muszę od razu zakładać najgorszego. Wystarczy, że już więcej go nie zdejmę…
Usłyszałem pukanie do drzwi.
- Otworzę! - krzyknął czarnowłosy, który jeszcze sekundę pokrzątał się po kuchni i ruszył do drzwi wyjściowych. - Dzień dobry.
- Dzień dobry Shuzo, jest Lennie? - poznałem głos ojca i całkowicie zbladłem. Nie spodziewałem się go dzisiaj. Spojrzałem na dłoń. Musiałem mu dzisiaj powiedzieć, ponieważ w domu był Shuzo, nie miałem wyboru. Pierścionek na palcu zaręczonym odbił światło słońca i ślicznie zaczął się błyszczeć. Usłyszałem kroki, kierujące się do pokoju. Nie myśląc, co tak naprawdę chce zrobić, wsadziłem rękę w gips. W tym samym momencie do pokoju wszedł ojciec, a Shu poszedł jeszcze do kuchni.
- Cześć – przywitał się. Spojrzałem na niego i zmusiłem się do uśmiechu.
- Cześć tato, nie wiedziałem, że dzisiaj wpadniesz – przyznałem i przez chwilę siedziałem w bezruchu, z ręką w gipsie.
- Stwierdziłem, że chyba czas zacząć się przyzwyczajać… do twojego chłopaka – przyznał i dość się zdziwiłem, bo nie usłyszałem w jego głosie złości czy sarkazmy, raczej coś na wzór poddania się.
- Ciesze się – przyznałem szczerze. - Zjesz z nami obiad? - zaproponowałem, a on się zgodził. Chciałem wyciągnąć rękę i pójść z nim do kuchni, ale… nie mogłem jej wyciągnąć. Dłoń mi utknęła w gipsie, a gdy zrozumiałem, jak głupio musiałem wyglądać, zrobiłem się lekko czerwony. W dalszym ciągu usiłowałem ją stamtąd wydostać, kiedy do pokoju wszedł Shu. Spojrzał na mnie i zaraz wszedł na łóżko, by znaleźć się obok mnie i mi pomóc.
- Poczekaj, nie szarp – rozluźniłem się i kolejnych sekundach walki z gipsem, wyciągnąłem czerwoną rękę. Spojrzałem na rozbawionego ojca, który postanowił tego nie komentować. Poczułem ulgę, po czym wstałem. - Lennie, pierścionek został w gipsie – zauważył Shu. Spojrzałem na dłoń, która rzeczywiście była naga. Chociaż zamiast się przejąć faktem, że będę musiał iść do lekarza, żeby mi go wyciągnął, bo wpadł nie wiadomo jak daleko, to zmartwiłem się ojcem. Spojrzałem na jego zszokowaną minę.
- Jaki pierścionek? - zapytał podejrzanie.
- No… zaręczynowy – powiedziałem dość cicho. Nie w taki sposób miał się dowiedzieć! Miałem mu to powiedzieć na spokojnie, w momencie, w którym była największa szansa, że nie wyjdzie, trzaskając drzwiami.
- Lennie, nie powiedziałeś mu? - usłyszałem oskarżycielski ton chłopaka. Przerzuciłem na niego przepraszający wzrok. Gdy chciałem to wyjaśnić, ojciec się odezwał.
- Czego mi nie powiedziałeś? Że się zaręczyliście?
- No… - żaden z nich nie dał mi wejść do słowa.
- Tak. Tydzień temu – powiedział Shu, patrząc na mega ojca.
- Ciekawe, kiedy bym się dowiedział – wtedy oboje spojrzeli na mnie.
- Miałem ci dzisiaj powiedzieć, uspokój się – chwyciłem kule, stojące przy łóżku i się na nich oparłem. - Możemy o tym porozmawiać na spokojnie, w kuchni?
- I jak sobie to wyobrażacie? Może ty jeszcze ubierzesz białą suknię i welon? - wskazał na Shu, który słysząc ten złośliwy komentarz, zmarszczył brwi. Jeśli będą kontynuować, zaraz powiedzą coś, czego będą żałować.
- Jeśli będę chciał, to nawet szpilki – powiedział wrednie. Akurat wyobrażając sobie Shuzo w białej sukni, welonie i szpilkach, stwierdziłem, że wyglądałby bardzo ładnie.
- Spaliście już ze sobą, czy czekanie na noc poślubną? - zrobiłem się czerwony do tego pytania. Spojrzałem surowym wzrokiem na ojca, ale w dalszym ciągu nie mogłem się wcisnąć w ich rozmowę.
- Uprawialiśmy już seks na tym łóżku, co stoję! - wykrzyczał. Twarz ojca zrobiła się cała czerwona, widziałem, że Shu także nie da za wygraną. Zaczęli się kłócić, ale sam już nie byłem pewny, o co. Nie potrafiłem ich rozdzielić, trzymając w jednej dłoni kule, ani przekrzyczeć. Byłem taki zły… głównie na siebie, że w pewnym momencie przestałem oddychać i poczułem, jakbym trzymał coś ciężkiego na barkach. Zrobiło mi się mglisto przed oczami, ale tylko na moment.
- Stop! - w tym samym momencie coś ciężkiego opadło na ziemię. Obróciłem głowę, wszystkie meble drżały i powoli ustawiały się do pionu. Tak jakbym je podniósł… siłą woli, jak… wtedy w tym szpitalu, gdzie chcieli wyciąć mi organy…
- Co się stało? - zapytał wyraźnie wystraszony ojciec.
- Dobra, słuchajcie - „no znowu wyjdzie, że to moja wina” - Miałem ci w najbliższym czasie powiedzieć o zaręczynach, nie chciałem teraz, bo widzisz, jak reagujesz, ale nie sądziłem, że wpadniesz, kiedy Shu jest w domu. Możemy w poniedziałek porozmawiać, na spokojnie? - ojciec mierzył mnie ostrym spojrzeniem, po czym skinął głową i ruszył do wyjścia. Pokuśtykałem za nim.
- Matka by się w grobie przewróciła – usłyszałem jego ciche mamrotanie pod nosem. Coś ukuło mnie w serce.
- Ona by chyba szybciej to zrozumiała – powiedziałem smutno, a ten posłał mi zdenerwowane spojrzenie. - Musisz się z tym pogodzić, że twój syn jest gejem i będzie miał męża. Musisz, bo nie zostawię ani ciebie, ani jego – nie odpowiedział. Stał chwilę i mi się przyglądał, po czym wyszedł. Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że mój chłopak siedzi na łóżku. Poszedłem do niego i usiadłem obok. - Przepraszam cię za to – objąłem go, ale on zaraz wstał.
- Pójdę się napić – wyszedł z pokoju, a ja zostałem sam. Postanowiłem go na chwilę zostawić samego, ale na krótką chwilę, podczas której starałem się wyciągnąć pierścionek z gipsu. Wsadziłem palce i starałem się go namacać, ale nie potrafiłem. Nawet go nie czułem, przy zdrętwiałem stopie. Postanowiłem zaryzykować i wsadziłem znowu rękę w gips. Długo grzebałem w poszukiwaniu srebrnej obręczy, a kiedy okazało się, że była przy kostce… moja ręka znowu utknęła.
Do pokoju wrócił Shuzo i zastał mnie akurat w przedziwnej pozycji. Leżałem na łóżku na plecach, noga w gipsie była wysoko w górze, a w niej moja dłoń. Drugą starałem się wyciągnąć zaklinowaną kończynę, a zdrowa noga machała się na różne strony, przez moje szamotanie się. Zobaczyłem go w progu, gdy zadarłem głowę do tyłu i patrzyłem na niego do góry nogami. Uśmiechnąłem się zawstydzony.
- Pomożesz? Czy jesteś zły? - zapytałem spokojnie.

<Shu? Przebacz>

18 kwi 2020

Ozyrys CD Akusai

Patrzyłem z zainteresowaniem na lalkę. To było coś więcej, niż jakieś poruszanie kończyn za pomocą białych, cieniutkich sznureczków, dlatego długo wpatrywałem się w milczeniu w to cudo. Chociaż była niedoskonała, wszystkie krzywe rogi nagle traciły swą ważność, przy takiej mocy, jaką było sterowanie lalkami, bez dotykania ich. Dziewczyna miała długą, czerwoną pelerynę z kapturem, dzięki czemu wyglądała jak Czerwony Kapturek. Podszedłem do niej bliżej, by się jej dokładniej przyjrzeć. Była nieco niższa, uśmiechała się delikatnie i wyglądała, jakby była maszyną: jej ruchy chociaż były płynne, widziałem tę sztuczność. Kiedy oznajmił, że niektóre zyskują własną świadomość, zapragnąłem taką zobaczyć i sprawdzić, czy takie wyglądają naturalniej. Mimo wszystko, naprawdę podobała mi się jego praca. Ja nawet jak staram się coś nabazgrać na papierze, zaraz staje on w płomieniach – temu też nie dotykałem lalki. Bałem się, że ją zepsuje.
- Bardzo, jest świetna – oznajmiłem z uśmiechem, na chwilę podnosząc głowę do góry, aby spojrzeć w jego oczy, chcąc dać mu do zrozumienia, że nie kłamałem.
- Dziękuje – odwzajemnił uśmiech.
- Wygląda jak Czerwony Kapturek – przyznałem spuszczając wzrok na jej drewnianą twarzyczkę, z pomalowanymi rumieńcami. - Sam ją wyrzeźbiłeś? - zerknąłem na Akusaia, który pokiwał głową. Po chwili zaprowadził koleżankę z powrotem do przyczepy. Zostałem na dworze, zastanawiając się, czy w przyszłości będzie w stanie wystawić wielką sztukę z samych lalek, poruszając kilkoma naraz. Życzyłem mu takiego opanowania mocy z całego serca.
Nagle zobaczyłem, jak coś żółtego wyłania się z przyczepy. Było długie i grube, pełzło po schodach, potem po ziemi i kierowało się w moją stronę. Zamarłem w bezruchu, a serce podeszło mi do gardła. Patrzyłem w żółte ślepia węża, który wydając swoje charakterystyczne „sssss”, pełznął w trawie i był coraz bliżej mnie. Zacisnąłem dłonie w pięści i na chwilę przestałem oddychać. Nie zauważyłem, kiedy z przyczepy wyszedł Akusai. Zbliżył się do jasnego gada i kucnął przy nim. Chciałem krzyczeć, żeby uważał, nie zbliżał się, ale język utknął mi w gardle i nie potrafiłem wydobyć z siebie ani słowa. Patrzyłem, jak chłopak wyciąga do niego rękę.
- Przepraszam cię za niego, pewnie się wystraszyłeś – odezwał się spokojnie, a wąż wpełznął na jego rękę, potem na ramię i owinął się wokół szyi, jakby chciał go udusić, potem owinął się wokół drugiej ręki i jego łeb spoczął w powietrzu, tuż nad przedramieniem jasnowłosego, który uśmiechał się przepraszająco. W dalszym ciągu stałem jak wryty, nie mogąc się nawet odezwać. - Nazywa się Erai, nic ci nie zrobi – zapewniał, ale strach był silniejszy. Może to wina tego, że feniksy nigdy nie lubiły węży? - Ozyrys, w porządku? - gdy wypowiedziałem moje imię, przełknąłem gulę w gardle i skinąłem głową.
- J-jasne – jęknąłem, siląc się na uśmiech. - Chyba będę w-wracał do siebie – powiedziałem, zmuszając w końcu nogi do ruchu. Zrobiłem krok do tyłu. Uśmiech z twarzy Akusaia zniknął, ale nie wyglądał na złego.
- Rozumiem. Zobaczymy się jutro – powiedział, na co pokiwałem głową.
- Tak, do jutra. Świetne lalki robisz, pa.
Pożegnawszy się z nowopoznanym, wróciłem do swojej przyczepy, gdzie odetchnąłem z ulgą. Byłem na siebie zły, że nie zapanowałem nad strachem, jaki wywołał ten wąż, ale inaczej nie potrafiłem zareagować. Miałem tylko nadzieję, że to nie zniechęciło chłopaka, bo wiem, że większość nie przepada za nieśmiałymi fajtłapami, które się wszystkiego boją. Chciałem, by chociaż ta znajomość przetrwała, przynajmniej kilka dni, abym miał do kogo otworzyć usta, chociaż miałem dziwne wrażenie, że znowu coś zepsuje.

Następnego dnia wstałem dość wcześnie i ruszyłem do bufetu na śniadanie, mając nadzieję, że o tej porze nikogo nie spotkam. Specjalnych planów na ten dzień nie miałem, prawdopodobnie znowu pójdę poćwiczyć. Musiałem jak najszybciej zapanować nad mocą, bałem się, że jeżeli to potrwa jeszcze kilka tygodni i w dalszym ciągu nie będę potrafił ćwiczyć z resztą trupy, prawdopodobnie się mnie pozbędą, bo jaki mają ze mnie pożytek? Chyba tylko taki, że dostarczam im dużo rozrywki, w postaci naprawiania czegoś i gaszenia pożarów. Z tymi pesymistycznymi myślami, zaparzyłem sobie herbaty i zrobiłem trzy kanapki, nie mając specjalnej ochoty na jedzenie. Postawiłem talerz na stole i zacząłem mieszać herbatę, kiedy poczułem, jak ktoś kładzie dłoń na moich włosach. Momentalnie dostałem małego szoku, a przed oczami zobaczyłem tę wstrętną kobietę, która zawsze głaskała mnie po włosach przy koleżankach i powtarzała, jakim to dobrym dzieckiem byłem. Szybko odwróciłem głowę w bok, w tym samym momencie wypuszczając kubek z ręki. Zobaczyłem twarz uśmiechniętego Akusaia, która zamieniła się w oszołomioną i zawstydzoną, kiedy naczynie wylądowało na stole. Nie pobił się, ale teraz wszystko było mokre od gorącej herbaty.
- Przepraszam cię bardzo, nie chciałem cię wystraszyć – powiedział, biorąc do ręki ręcznik papierowy, jaki stał na stole.
- N-nic się nie stało – serce łomotało mi wściekle w piersi, ale je stłumiłem. Delikatnie się uśmiechnąłem z ulgą. - Myślałem, że to ktoś inny, nic się nie stało – powiedziałem spokojnie i także sięgnąłem po papier, aby zetrzeć wodę z podłogi. Mokre chusteczki wyrzuciliśmy do kosza, a stół na nowo był suchy (nie licząc dużej plamy na obrusie).
- Jeszcze raz, bardzo cię przepraszam. Zrobię ci herbatę – nim coś powiedziałem, chłopak chwyciłem w dłonie kubek i zaczął robić na nowo napój. Uśmiechnąłem się lekko do siebie, po czym podszedłem do niego i wziąłem drugie naczynie.
- A ty co chcesz wypić? - zapytałem, patrząc na niego.

<Akusai?>

Shu⭐ zo CD Lennie

Mimo wszystko byłem wdzięczny Lenniemu za to, co zrobił. Te dzieciaki naprawdę potrzebowały nauczki na przyszłość. Cieszę się, że mam w nim oparcie i zawsze mi jakoś pomoże. Z drugiej jednak strony jestem trochę zły na siebie, że zareagowałem aż tak emocjonalnie. Od paru siniaków się nie umiera i nie musiałem od razu zacząć płakać, ale cóż. Było to silniejsze ode mnie. Problemy z dzieciństwa powracają do mnie w dorosłym życiu. Chyba najwyższa pora się kiedyś z nimi uporać.
Do tej pory pamiętam krzyki tego chłopca, który ze łzami w oczach z całych sił zapierał się rękami i nogami, by tylko nie wyjść z samochodu i zostać na pół dnia w tym okropnym miejscu zwanym szkołą. Był inny niż reszta. Żył marzeniami, które zobaczył na filmach, gdy był jeszcze mały. Miał zupełnie inne podejście do ludzi, a na pytanie, co chciałby robić w przyszłości, odpowiadał: chce po prostu być szczęśliwy. Jak każdy pies był trochę głupi i dość naiwny, jak chodzi o relację. Chciał, żeby koledzy go akceptowali, bawili się z nim, normalnie rozmawiali. Jednak było zupełnie na odwrót. Przez to, że wyglądał tak, a nie inaczej był jedynie gnębiony i wyśmiewany. Jakoś nikt z jego rówieśników nie umiał zignorować tych psich części. Mieli go za dziwadło, a z racji tego, że najczęściej był pupilkiem nauczycieli i nie dość, że miał dobre oceny, to jeszcze grał na dwóch instrumentach (gitara, fortepian), miał piękny głos. Wszyscy dorośli stawiali go za wzór, co jedynie bardziej pogorszyło jego relacje przede wszystkim z resztą klasy. Najpierw niewinne śmiechy, ciągnięcie za ogon. Z czasem obrzucanie karmą dla psów i zwracanie się do niego jak do zwykłego kundla. Z każdym rokiem było gorzej, a gdy doszło w końcu do pierwszej tragedii, wszyscy byli w szoku. Nikt nie zauważył, żeby było coś nie tak. Nawet własna matka. Ta kobieta zawsze miała coś ważniejszego. Najpierw firma, potem kochanek, później jeszcze ciąża... Wszystko zwalała na jego charakter po ojcu, który zostawił ich jakiś czas temu. Tłumaczyła się, że i tak na pewno z tego wyrośnie. Cóż trochę się myliła. Gdy plotkowała w salonie ze swoimi przyjaciółkami na temat nowego męża, on siedział zapłakany w pokoju, oglądając otarcia i rany po drobnych przewrotkach, podczas ucieczki przed kolegami. Żeby kompletnie nie zwariować, zaczął walczyć o samego siebie, wbijając zatemperowane kredki prosto w zastrupione rany. Zadając sobie przy tym ból fizyczny, nie odczuwał tego psychicznego. To była jego walka, przede wszystkim moja, której też nikt nie zauważył. Oczywiście do czasu, bo niedługo później znalazł się ten ktoś, kto zrobił mi jeszcze większe świństwo...
Po tamtych wydarzeniach nie ma już ani śladu. Zostały tylko bolesne wspomnienia, których nie umiem wymazać. Przynajmniej teraz wiem, że nic takiego mnie nie spotka. Mam Lenniego, nie mam się o co martwić. On mnie nie zostawi. Ja jego też nie.
Uśmiechnąłem się pod nosem, chwilę później słysząc:
- Gotowe. Powinny już mniej boleć. - zapewnił mój ukochany, kończąc już smarować moje poobijane plecy.
- Dziękuję. - odpowiedziałem krótko, dając mu małego całusa w policzek, a później już się podnosząc z materaca i łapiąc za szczotkę, leżącą na szafce. - Teraz mała zamiana. - oznajmiłem z uśmiechem, wracając na łóżko i siadając tuż za magikiem. - Poczesze cię troszkę. - dodałem radosnym tonem, już zgarniając jego rude kosmyki do tyłu.
- Cóż tak?
- Chciałem ci zrobić warkoczyka, już odkąd się pierwszy raz zobaczyliśmy. - przyznałem, zaczynając już go w spokoju czesać. - Te włosy się same o to proszą, a teraz w sumie nie mamy nic lepszego do roboty.
- A co z obiadem?
- Spokojnie się gotuję. - odpowiedziałem od razu, chociaż nie byłem pewny, w jakim stanie zostawiłem ten obiad w kuchni. - Za jakieś dziesięć minut pójdę sprawdzić, jak się sprawy mają. - dodałem, skupiając się już na włosach. Ich kolor był taki fascynujący i nie aż tak często spotykany, a szczególnie naturalny. Po niedługiej chwili zająłem się już ich zaplataniem, przy okazji zauważając, że Lennie przygląda się pierścionkowi. Nie da się ukryć, że wtedy poczułem małą satysfakcję z tego zakupu. - Wiesz, jakie zdanie ma na temat pierścionków zaręczynowych moja rodzina? - spytałem, chociaż dobrze wiedziałem, że nie wie. - Mówią, że przynosi pecha, jak zdejmie się ją z palca przed ślubem. - odpowiedziałem od razu trochę rozbawiony. - Moja matka, gdy go zdjęła, to zostawił ją mój ojciec i ja też dałem jej nieźle w kość. Później zdjęła drugi pierścionek od swojego nowego partnera. Ślub przeszedł bez zarzutów, ale gościa niedługo później przejechał samochód, a ona została z dwójką małych dzieci o wilczych genach i mną, który przechodził jeden wielki kryzys. Wszyscy łączą te fakty właśnie, z tym że go zdjęła i dopadł ją taki pech. - aż się zacząłem śmiać, kończąc już jego warkoczyk. To było najgłupsze przekonanie mojej rodzinki w życiu i zawsze bez względu na wszystko mnie bawiło. - Osobiście w to nie wierzę, ale przyznaj, że to trochę dziwne. - przytuliłem się od tyłu do chłopaka, który zdążył pokiwać twierdząco głową, ale za nim zdążyłem kontynuować, poczułem coś dziwnego. Od razu się wyprostowałem. - Czujesz dy... Obiad! - od razu wybiegłem z pokoju, zostawiając chłopaka z nową fryzurą.

(Mój ty tygrysie~? ^^)

15 kwi 2020

Lennie CD Shu⭐zo

Dwa lata temu spotkałem irytującego dzieciaka, który był strasznie natarczywy i nie mógł się opanować przed dotknięciem mojego kapelusza. Poznałem chłopaka, przez którego do dziś widzę w swoim meloniku czerwone pióro. Pamiętam jak wyciągnął z niego węża. Pamiętam, jak spał obok mnie w postaci psa. Nazwał mnie śpiącą królewną. Tańczyłem z nim na środku placu. Ten dziwny koleś zamknął swojego byłego w szafie, a kiedy się upił, chciał ze mną uprawiać seks. Ten uroczy chłopak przebrał się za kelnerkę. Spędziłem z nim cudowny wieczór na łódce. Pamiętam jego nagłe przemiany, które teraz zatarły między sobą ślad. Chłopak ten ma fisia na punkcie kolorowych i błyszczących dodatków. Znam tego kogoś dwa lata, aktualnie leciał kolejny rok. Zdałem sobie sprawę, że tak jak niektórzy potrafią wybaczyć z miłości zdradę lub fizyczne znęcanie się, ja potrafiłem mu wybaczyć tę natarczywość, ciekawość, nieufność i zmiany nastroju. Pokochałem jego całkowicie przeciwną od mojej naturę i zrozumiałem, że gdyby świat się walił i palił, a ja bym się wykrwawiał na śmierć i tak bym ruszył za nim. 
Zobaczyłem, jak wyciągnął z kieszeni małe, welurowe, fioletowe pudełeczko. Patrzyłem na nie jak zahipnotyzowany, nie mogąc uwierzyć w to, co się tu właśnie działo. Czułem się jak typowa nastolatka, która czeka na swego księcia z bajki, z tą różnicą, że ja już go miałem i nie potrafiłem w to wszystko uwierzyć. Wydawało mi się, że czas się spowolnił, kilka razy zamrugałem sprawdzając, czy nie mam zwidów, ale on naprawdę wyciągnął z kieszeni pudełeczko, a gdy je otworzył, zobaczyłem srebrny pierścionek z kryształkiem, tego samego koloru. Patrzyłem zszokowany, ale jednocześnie podekscytowany tym wszystkim. Byłem pewny, że teraz to ja miałem gwiazdki w oczach. Shuzo delikatnie się uśmiechnął i wyciągnął w moim kierunku biżuterię.
- Lelun’ie Wallteri, Lennie, zostaniesz moim mężem? - zapytał oficjalnie, lekko się rumieniąc. Na mojej twarzy widniał szeroki uśmiech od ucha do ucha i nie potrafiłem go zdjąć, chociaż policzki powoli mi cierpły. Nie zwracałem na to uwagi, spojrzałem w jego oczy i się nachyliłem nad jego twarzą.
- Tak, Shu Ishido – złożyłem na jego ustach soczysty pocałunek, kładąc rękę na jego wolnej dłoni i splatając nasze palce. - Zostanę z tobą – powiedziałem, gdy się na chwilę odsunąłem, aby nabrać powietrza. Wtedy Czarnowłosy wyjął z pudełka pierścionek i nałożył mi go na palec zaręczynowy, a potem położył dłoń na moim policzku.
- Kocham cię – szepnął, a ja go objąłem w szyi i mocno przytuliłem.
- Ja ciebie też.

*

Minął tydzień od zaręczyn, a ja codziennie, kiedy nie było chłopaka, oglądałem pierścionek. Był taki piękny i nie mam pojęcia, co mnie bardziej cieszyło: fakt, że zostaniemy małżeństwem, czy fakt, że miałem kogoś, kto mnie kocha. Oba były tak samo cudowne i satysfakcjonujące. Najgorsze jednak było to, że nic nie powiedziałem ojcu… Chociaż odwiedził mnie już cztery razy, pod nieobecność czarnowłosego, zdejmowałem pierścionek i chowałem go pod poduszkę. Z jednej strony wiedziałem, że gdyby Shuzo to zobaczył, serce by mu pękło, z drugiej jednak chciałem, aby ojciec się oswoił z tym wszystkim na spokojnie. Jak na razie widziałem, że zaakceptował już mojego chłopaka i rozmowa o nim nie sprawiała mu większego dyskomfortu. Chciałem go przygotować na tak ważną informację, więc nie mogłem mu wypaplać tego przy pierwszej lepszej okazji. Po za tym nie mieliśmy za dużo pieniędzy, ja jeszcze potrzebowałem na rehabilitację, więc tak czy siak ślub odbędzie za… bardzo, ale to bardzo długi czas. 
Siedziałem w salonie i wyjmowałem z lodówki coś na obiad, kiedy do domu wrócił chłopak. Trzasnął drzwiami, co było do niego nie podobne, dlatego pokuśtykałem na korytarz. Oczywiście zbyt wolno i Shu wpadł do łazienki. 
- Shuzo, co się stało? - zapytałem, ale odpowiedziała mi tylko cisza. Zmartwiony podszedłem do drzwi i powoli nacisnąłem klamkę. Chłopak stał przy lustrze i wycierał policzki. Odezwałem się ponownie i zaraz stanąłem obok niego. Przez to, że trzymałem kulę w jednej ręce, objąłem go tylko tą drugą. - Ej, co się stało? - pogładziłem jego ramię. Płakał, eyeliner rozmazał mu się pod oczami i właśnie go wycierał. Po chwili odwrócił się do mnie i mnie przytulił.
- Jakieś głupie bachory śmiały się, że jestem pół psem – wyjęczał. Zmarszczyłem czoło. To było dość głupie…
- Płaczesz z ich powodu? - zapytałem, delikatnie się uśmiechając. Jak dla mnie, był to irracjonalny powód do płaczu, ale chłopak pokręcił głową, odsunął się i ściągnął koszulkę. Nie musiał się odwracać do mnie plecami, bo zobaczyłem je w lustrze. Były posiniaczone.
- Rzuciły we mnie kamieniami – dodał i ponownie przetarł policzki. Teraz zrobiło mi się głupio, ale nic nie powiedziałem, tylko go przytuliłem i przejechałem delikatnie dłonią po jego plecach. Jeszcze chwilę popłakał, a ja się starałem go uspokoić. Kiedy potrafił już spokojnie umyć twarz, ja przeszukałem kuchnie i salon.
- Shuzo – odezwałem się, kiedy chłopak wszedł do pokoju. - Nie mamy żadnych leków, prócz tych moich na nogę. Chodź, przejdziemy się do apteki. Tata mi dał trochę pieniędzy.
- Nie mam ochoty już wychodzić – powiedział smutno. Przygryzłem dolną wargę i pokuśtykałem do niego.
- Kupimy coś na obrzęki i szybciej ci zejdą. Po za tym będę z tobą i pokażesz mi, gdzie ich spotkałeś – położyłem mu dłoń na ramieniu.
- Nie obraź się, ale z jedną nogą w gipsie nie wiele zdziałasz – wymruczał patrząc w ziemie.
- Ej, bo poczuje się urażony – powiedziałem dumnie, prostując się. - Nie zapominaj, że jestem wielkim czarodziejem – dodałem z dumnym uśmiechem. Shuzo popatrzył na mnie, ujrzałem cień uśmiechu na jego twarzy, ale wyraz się specjalnie nie zmienił. Widziałem, że dalej go nie przekonałem. - Dobra – nachyliłem się nad nim. - To pójdę sam i spadnę ze schodów – cmoknąłem go w nos.
- To jest szantaż – wymruczał, ale podał mi bluzę.
- Ale jaki skuteczny – zauważyłem, idąc w kierunku drzwi i zabierając mój kapelusz z wieszaka.

Apteka była bardzo blisko, kupiliśmy nie tylko maść na siniaki, ale leki przeciwbólowe, coś na oparzenia, plastry, wodę utlenioną oraz witaminy dla nas obu. Akurat wystarczyła kasa od mojego ojca, dlatego chłopak nie musiał nic dokładać. Kiedy wyszliśmy, chciałem go namówić, aby zabrał mnie do tego miejsca dzieciaków, pod pretekstem spaceru, ale on mnie przejrzał i stwierdził, że trzeba zrobić obiad. Robiąc mu na złość, ruszyłem w przeciwnym kierunku niż nasza kawalerka.
- No weź, krótki spacerek – wziąłem jego dłoń w swoją, a on się już nie kłócił. Nie musiał mi pokazywać, gdy go obrzucili kamieniami, ponieważ gdy byliśmy blisko jakieś szkoły podstawowej, usłyszeliśmy śmiechy.
- Ej, to znowu ten pies! - spojrzałem w bok. Była to zwyczajna grupka, wrednym dzieciaków. Byli dość wysocy, w porównaniu do innych dzieci z tyłu, na placu. Grupka liczyła sześciu chłopców, co ciekawsze, każdy z nich miał koszulkę, która wskazywało na to, że znajdowali się w drużynie piłkarskiej. Zatrzymałem się.
- Lennie, no chodź – wymruczał Shuzo, lekko mnie ciągnąc w stronę domu.
- I jeszcze przyszedł ze swoim panem – dalej się śmieli. Zobaczyłem, jak dwóch z nich podnoszą kamienie. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Witajcie kochana młodzieży – ukłoniłem się elegancko, jak na występie.
- Lennie, co ty robisz? - zapytał zestresowany czarnowłosy.
- Bawię się – wyszeptałem, po czym się wyprostowałem. - Mam dla was specjalny występ, od którego nie ustoicie w miejscu! - ściągnąłem z głowy kapelusz, po czym wsadziłem do niego rękę. Patrzyli na mnie jak na wariata, a ja się dalej szeroko uśmiechałem. - Słyszałem, że lubicie urocze pieseczki. Akurat mam dla was słodkiego, malutkiego kundelka – wyciągnąłem rękę. Najpierw pojawił się puszysty, czarny ogonek, a za nim malutkie, włochate łapki. - O rany, zaklinował mi się – udałem zaskoczenie. Zacząłem ciągnąć malutkie ciałko psiaka i po chwili wyciągnąłem z kapelusza jego łeb: ogromny i straszny, ze spiczastymi uszami, najeżoną sierścią, długimi, białymi kłami ociekającymi krwią i czerwonymi ślepiami w dzikim obłędzie. - No, pobawcie się z nim, rzućcie mu kamień – zaproponowałem. Zwierzę grzecznie stało obok mnie, a przechodnie zaczęli nas obserwować.
- Zabierz to coś stąd! - krzyknął jeden z nich, który dzierżył w dłoni swą broń; po chwili rzucił kamieniem w pieska, a reszta mu zawtórowała. Pies zaczął być obrzucany kamieniami, położył po sobie uszy i cicho zaskomlał. Założyłem kapelusz na głowę, a oni przestali rzucać kamieniami. Byli z siebie dumni.
- Pamiętajcie, nie wolno drażnić zwierząt i ludzi – powiedziałem i pstryknąłem palcami. Wtedy pies się podniósł, znowu nastroszył uszy, a jego miniaturowe i komiczne w porównaniu do głowy ciało, zaczęło rosnąć. Rósł i rósł jak szalony, póki nie miał wielkości małego samochodu. Zaczął warczeć i szczekać. Chłopcy zrobili się biali na twarzy, a kiedy pies się na nich rzucił, zaczęli uciekać. Głośno krzyczeli i jeden wyprzedzał drugiego. Biegli do szkoły, a reszta dzieciaków, które bawiły się na placu z tyłu, zaczęła się śmiać. Kiedy niesforne bachory zamknęły się w szkole, pies się zmniejszył i zamienił się w uroczego kundelka, który do nas podbiegł. Zdjąłem kapelusz i pozwoliłem mu do niego wskoczyć. Potem ukłoniłem się widowni na ulicy, która to wszystko oglądała i ucałowałem w czoło chłopaka. - Trochę mi brakuje tych występów z publicznością. A teraz chodź, posmaruje ci te siniaki – zaczęliśmy iść w kierunku domu.

Kochanie?

11 kwi 2020

Akusai CD Ozyrys

Ucieszyłem się kiedy chłopak zgodził się pokazać mi swoje umiejętności. Ogień był wprawdzie fascynujący, więc z przyjemnością mógłbym oglądać to co robił godzinami. Ze szczerym zainteresowaniem przyglądałem się ogniu, który wytworzył chłopak. Niesamowite było to co potrafił z nim robić, chociaż widziałem że się trochę denerwuje nie mogłem oderwać wzroku od ogników. Wydawały się takie żywe a jednocześnie nierealne. Niesamowite.. Z fascynacji i transu w jaki wprowadziło mnie przyglądanie się mini występowi, wyrwał mnie dopiero Ozyrys, który doskakując do mnie zgasił płomyk, który spadł na moje ramię. Na słowa chłopaka zaśmiałem się lekko i strzepałem pozostały popiół.
- Nie przejmuj się tym. - uśmiechnąłem się delikatnie. - To nic takiego, a dla zobaczenia tego pokazu to było warto zaryzykować podpaleniem. - powiedziałem radośnie.
Szczerze nie bałem się aż tak, jak może powinienem, oglądając ten występ. Był świetny, więc mała iskra nie zniechęciła mnie do niczego. Wręcz przeciwnie, miałem nadzieję że dzięki temu, o ile się zgodzi, że będę przyglądał mu się, przywyknie do tego i nie będzie się tak stresował. Chłopak jedynie spojrzał na mnie niepewnie i przepraszająco. Położyłem dłoń na jego głowie, lekko roztrzepując włosy, które i tak były już w artystycznym nieładzie. Ozyrys lekko wzdrygnął się na ten gest ale widocznie mniej niż poprzednim razem. Uśmiechnąłem się do niego zabierając dłoń. - Nie przejmuj się tym. Dobrze?
Chłopak pokiwał lekko głową na zgodę, aczkolwiek nadal widziałem w nim te niepewność, na którą niewiele mogłem poradzić. Byłem przekonany, że bez względu na to ile bym go zapewniał, że to nic złego to i tak nie czuł by się pewny moich słów. Nie przeszkadzało mi to nawet, szczerze zdziwił bym się jakby było inaczej. Mimo że spędziliśmy razem zaledwie kilka godzin to zdążyłem zauważyć pewne rzeczy i jego system obronny. Ponadto sprawiał wrażenie jakby miał zaniżoną samoocenę, co jednak chciałbym pomóc mu zmienić. Złapałem lekko za dłoń chłopaka, którą wyciągnął na chwilę zza pleców i pociągnąłem delikatnie za sobą. Po chwili szybko go jednak puściłem, zdążyłem zauważyć, że dotyk nie jest jego ulubionym aspektem relacji. Miałem w tym geście za cel zaledwie skupienie jego uwagi na tym aby za mną poszedł. Uśmiechnąłem się do niego promiennie. - Teraz czas na rekompensatę. Pokaże Ci moje lalki, co ty na to? - spytałem radośnie, stąpając powoli przed siebie, nieduży kawałek za mną podążał Ozyrys. Odwróciłem się do niego na pięcie i przyjrzałem się uważnie. Zgodził się lekkim skinieniem głowy i niezdarnym uśmiechem, zaczekałem aż zrówna ze mną kroku i swój dostosowałem do jego. Szliśmy bardzo powolnym spacerem dalej, aczkolwiek z powrotem na teren cyrku.
- Mam nadzieję że spodoba Ci się zabawa lalkami. - powiedziałem a po chwili zaśmiałem się na własne słowa. - Brzmi to tragicznie, ale nie jest takie złe.- Powiedziałem z uśmiechem, na co niższy chłopak również się lekko zaśmiał.
Dotarliśmy z powrotem do cyrku i mojej przyczepy, poprosiłem go aby zaczekał na zewnątrz, a ja pójdę po lalkę, oczywiście wygodniej będzie to pokazać na większym terenie niż przyczepa. Gdy wszedłem do środka do głowy jednak przyszedł mi pewien pomysł. Wprawiłem w ruch lalkę mojej własnej roboty jeszcze w przyczepie i wraz z nią wyszedłem do Ozyrysa. To lalka wyszła przede mną, otwierając trochę niezdarnie drzwi i kłaniając się delikatnie przed chłopakiem. Była niższa nawet od niego, oraz trochę krzywa, nadal nie do końca umiałem idealnie je tworzyć, więc momentami były nieproporcjonalne. Mimo tego stanąłem za lalką z uśmiechem.
- Nie jest idealna, ale chyba nie jest tak źle, prawda? - spytałem z lekkim uśmiechem, a marionetka zrobiła lekki obrót. - Rano nie udało mi się jej ożywić, teraz to ja nią steruje, ale niektóre zyskują na kilka godzin nawet świadomość. - powiedziałem lekko sentymentalnie wpatrując się w Ozyrysa, a po chwili się uśmiechnąłem odganiając smętne myśli. - Podoba Ci się? - spytałem.


<Ozyrys?>

7 kwi 2020

Riddle CD Robin&Vivi

Woda, piach, słońce i Vivienne wymachujący zardzewiałą szablą na lewo i prawo... To się dobrze nie mogło skończyć. Mapa od tamtego dzieciaka, jak na razie poprowadziła ich w zupełne pustkowie.
- Dobra idziemy, Riddle. Niechaj wiedzie nas szlak! - skierował szablą w stronę istnej dżungli, która ewidentnie jeszcze nie została zaszczycona obecnością żadnej ludzkiej stopy.
- Jaki szlak?
- Ten, który tu przetrzemy. - oznajmił jakoś dziwnie podekscytowany, jednocześnie przenosząc się bliżej roślin i parę z nich już obcinając swoim ostrzem. Jednak na nic się to zdało, bo za nimi kryła się gruba skała. Nastała chwila ciszy, a Vivi po chwili wskazał na inne rośliny. - Tam przetrzemy ten szlak! - pobiegł już w ich kierunku. - Robin, już niedługo cię znajdę! - drugi demon, słysząc to obwieszczenie, jedynie ciężko westchnął i pokręcił głową. Z nim naprawdę jest już źle. Przez tę tęsknotę odbiło mu już na całej linii. Nie ma to, jak sceptyczne nastawienie, jednak koniec z końców ruszył niechętnie za Vivim. W końcu co mu innego pozostało?
Droga się wciąż dłużyła, a sama dżungla ciągnęła się kilometrami. Lisi demon wciąż dzielnie brnął do przodu, trzymając mapę. W końcu jednak też nastał taki moment, gdzie musieli się zatrzymać, bo genialny nawigator miał "chwilę zwiechy", jak to sam określił. Riddle w tym czasie oparł się o jakąś odstającą skałę. Widać, że takie piesze wędrówki niezbyt dobrze działają na jego zdrowie, a wysoką temperaturą i połączeniem jej z jego ubiorem należy się nie czepiać, ponieważ odczuwał niewyobrażalny chłód już na plaży. Ta chora ręka mąci mu już w całym ciele.
- Tędy! - schował mapę, zmienił się w lisa i pełen gracji wskoczył w jakieś zarośla, nie dbając o Riddle'a, który wciąż stał, gdzie stał. Jednak nie minęło parę chwil i znów się pojawił. Tym razem wyskoczył z zarośli za skałą. Od razu przemienił się w człowieka i zamyślony znów zaczął przeglądać mapę. Riddle jedynie zdziwiony popatrzył na niego, a później na zarośla, do których najpierw wskoczył. Szybko go oświeciło i w przeciwieństwie to tego narwańca, zauważył, że ktoś tu znowu źle trzyma mapę. Nawet nie warto się łudzić, że to był pierwszy raz. Stracili mnóstwo czasu przez takie błędy. Bezceremonialnie wyrwał mu tę mapę, przekręcił i znów oddał. - Ooo. To już wszystko wiem. Mówiłem ci, że odnajdziemy Robina raz-dwa? - schował znów mapę. - Już niedługo. - ruszył znów przodem.
- Mówisz tak od dwóch godzin. - mruknął Riddle, tym razem idąc już za nim.
Kolejną atrakcją, która trochę urozmaiciła ich podróż była rzeka, a jedyne przejście, które umożliwiało bezpieczną przeprawę na drugą stronę, było pokryte istnym gąszczem tego nic znaczącego zielska. Vivienne od razu użył swojej kochanej szabli, ale szło mu to dość wolno. Drugiemu demonowi już puszczały nerwy. Nigdy by nie przypuszczał, że będzie taki niespokojny oraz że tak szybko będzie chciał już dotrzeć na miejsce. Wykazał się tym razem kompletną lekkomyślnością i wskoczył do tej wody. To było aż do niego niepodobne. Sam Vivienne widząc to, zamarł na chwilę, będąc w lekkim szoku. Później natomiast jedynie się skrzywił.
Riddle poniósł bolesne konsekwencje w postaci parunastu pijawek na plecach i to nie takich zwykłych. Po wypiciu jego krwi, parę z nich było trochę zmutowanych i jednocześnie parę razy większych. Trudno powiedzieć komu tu bardziej współczuć: Riddle'owi, dla którego ból od wyrywania tych pijawek okazał się sto razy gorszy od cholernej ręki? Czy może jednak Viviemu, który musiał tych czarnych dżdżownic dotykać i wyrywać z pleców drugiego demona z widocznym obrzydzeniem na twarzy, niż satysfakcją, że tamten cierpi, a on nie? Może przy innych okolicznościach by tak było.
- Głupi ma zawsze szczęście. - podsumował całą sytuację Riddle, a Vivi zaczął się jedynie śmiać.
Popołudniu zaczęła się trochę psuć pogoda i oba demony zaskoczył dość porządny deszcz. Z początku obaj schowali się pod jednym z większych liści, jednak obaj się pod nim przepychali i każdy chciał zagarnąć, jak najwięcej miejsca dla siebie, by czasem nie być mokrym.
- Nie przepychaj się tak. - syknął Riddle, przy okazji obrywając w twarz jednym z ogonów. Vivienne jak zawsze nie potrafi ich schować w kryzysowych sytuacjach i tradycyjnie macha tyłkiem przed jego twarzą.
- O wybacz, że nie chce być po prostu mokry. - odwarknął, wciąż się rozpychając na wszystkie strony, trzymając obiema dłońmi za liść i starając się go wyrwać Riddle'owi. To chyba już oczywiste, że w życiu się nie dogadają (taka informacja dla tych, którzy kiedykolwiek myśleli, że może być inaczej).
Deszcz ustał, ruszyli dalej. Riddle z każdą chwilą coraz bardziej drastycznie opadał z sił. Klątwa zaczęła go zżerać od środka. Można podejrzewać, że zaczynał żałować swojego czynu, ale wiedzcie, że ani przez chwilę nie przyszło mu to do głowy. Zawsze trzeba pocierpieć w imię wyższych i ważniejszych celów. W końcu tak wypada, a za darmo też nic nie ma.
Podczas mijania kolejnych dwóch punktów na mapie, Vivienne był zmuszony już mu pomóc dalej iść.
- Widzisz cholero, do czego sam się doprowadziłeś? - mruknął, pomagając mu, na co ten słabo się zaśmiał.
- Uwierz mi, Vivienne... czasem... warto trochę pocierpieć, by uzyskać wybawienie. - odpowiedział spokojnie. - Ty zawsze starałeś się je uzyskać bezboleśnie. - ruszyli dalej, lisi demon milczał, a Riddle chciał mu tylko jasno zakomunikować, że jeśli nie zmieni taktyki, nici z zakończenia życia po życiu. - Może to najwyższy czas się pożegnać? - dodał w końcu, czując, że mógł przecenić swoje możliwości i tym razem nie podołać. Aż nie mógł uwierzyć, że dosięgły go takie ludzkie wątpliwości. Może po prostu chciał zająć sobie czymś czas albo zasiać w swoim drogim "przyjacielu" ziarnko niepewności? Vivi dość długo się nie odzywał. Obaj czuli, że zbliżają się do celu.
- Nie gadaj takich głupot. - rzucił na odchodne, Vivienne, a później obaj zniknęli wśród zarośli.
Wiedzieli, że niepewna przyszłość zaraz stanie się rzeczywistością.
Dotarli na miejsce wraz z ostatnim promykiem słońca. Ostatni punkt na mapie, ogromne kamienne głazy na środku tak w zasadzie niczego. Riddle uniósł jedynie sceptycznie brew, odchodząc od lisiego demona w stronę jedynego głazu na tym pustkowiu z wyrytymi na nim znakami.
- I gdzie masz tego bachora, Vivienne? - spytał lekko rozbawiony, stając przed głazem. Drugi demon jedynie z niedowierzaniem gapił się na mapę. Wyglądał na zawiedzionego.
- Ale... Nie. Castiel na pewno tu był i znowu gdzieś uciekł z Robinem. - nawinie sobie to tłumaczył, rozrywając mapę na małe kawałeczki, które zaczęły zmieniać się w najzwyklejszy popiół.
- Jak i z resztą tutejszych głazów? A to drań. - zaśmiał się cicho, jeżdżąc opuszkami palców zdrowej ręki po wyrytych znakach. - Może po prostu nie umiesz czytać map i jesteśmy w złym miejscu.
- Ten dzieciak nas oszukał. To jedyne wytłumaczenie. - mruknął poirytowany, zmieniając się w lisa i rozejrzał się dookoła. Przez mgłę dostrzegł w oddali jakąś postać. Do złudzenia przypominała Robina, zaczęła machać w jego stronę, przez co Vivi bez zastanowienia, jak również słowa, ruszył w jej stronę. Riddle został sam, nie interesował go teraz ten nieudacznik Artemis. Bardziej interesował go twardy zimny głaz. Nie da się ukryć, że był teraz pełen podziwu, co do tego dzieciaka od mapy. Znalazł w dwadzieścia cztery godziny to, czego on szukał od dawna. Niestety jego zachwyt nie trwał długo...
Gdy tylko postanowił się odwrócić, jego oczom ukazał się Castiel we własnej osobie. Wyprostowany oraz gotowy do walki niczym najprawdziwszy wojownik. Twarz kamienna, oczy pałające złością, wbite prosto w przeciwnika i delikatny wiatr, targający jego śnieżnobiałe włosy, spięte w dziewczęcy kucyk. Ubrany w byle prymitywny strój każdego z łowców, dzierżył dumnie włócznie w jednej z dłoni, ukrytej pod grubą rękawicą. Riddle ledwo co zdążył drgnąć i już w jego stronę nadeszła najprawdziwsza fala energii, która wbiła go prosto w skałę, której się tak jeszcze niedawno przyglądał. Praktycznie od razu osunął się na kolana. Przeklęta ręka zaczęła się odzywać i emanować swoją mocą na resztę ciała, które pokryły czarne pęknięcia, z których gdzieniegdzie wypływała czarna maź. Na miejsce białej czapki, pojawiła się para czarnych zakręconych rogów, a końcówki palców stały się ostrymi jak brzytwy szponami. Za nim zdążył się podnieść, wbił wzrok emanujących fioletowym światłem oczu prosto na zbliżającego się anioła. Mimo bólu dźwignął się do góry, zostając wciąż lekko przygarbionym. Castiel w tym momencie się zatrzymał, obserwując go uważnie. Wbił włócznie w ziemię parę kroków przed sobą, po czym jeszcze parę się cofnął. Złapał rąbek swojej peleryny jedną ręką, posyłając demonowi wyzywające spojrzenie i lekko pochylając się do przodu, gotowy do biegu. Na twarzy Riddle'a pojawił się wredny uśmiech. Wyczuwał już wyraźne palenie w żyłach, które doprowadzało go to do istnego szaleństwa. Chciał na moment o tym zapomnieć, podejmując się wyzwania. Wydał z siebie nieludzki rechot, parę razy przejechał stopą po podłożu, a zza jego pleców zaczęły wyrastać pnącza cierni, które już po paru sekundach zaatakowały aniołka. Ten, zamiast uciekać, wybiegł im naprzeciw, w ostatniej chwili łapiąc za włócznie i przecinając je w pół. Odcięte pnącza zamieniły się w czarną śliską maź, która szybko zaścieliła całe pole walki. Mgła robiła się coraz bardziej gęsta, a Castiel nieubłaganie brnął do przodu. Riddle nie zmienił swojego położenia, a dzikie pnącza nie przestawały się odnawiać. Gorączka, która go ogarnęła była nie do wytrzymania. Czuł się strasznie zdezorientowany, trucizna zaczęła go zabijać od środka, a rany na skórze ciągle coraz bardziej się otwierały. Syczał z bólu, starając się nie tracić czujności oraz kontaktu z rzeczywistością. Wszystkie wspomnienia migały mu teraz przed oczami. Walka ucichła, Castiel zniknął. Niepewnie stawiając każdy krok, rozglądał się dookoła na wszystkie strony. Czuł, że słabnie z każdą chwilą, a jego siła i moc, obracają się przeciw niemu.
- Przeklęty. - usłyszał gdzieś z boku, momentalnie gwałtownym ruchem kierując tam część pnączy. Jednak nikt tam nie stał. - Znienawidzony! - usłyszał z drugiej i z niepewnością na twarzy oraz lekko umalowanym strachem, wykonał ten sam ruch i wciąż nic. Gdzie nagle zniknęła jego pewność siebie? Co się stało z demonem, który zawsze miał jakiegoś asa w rękawie? - Wszędzie przez wszystkich. Na zawsze.
- Zamknij się! - krzyknął zdezorientowany, słaniając się na nogach i dławiąc się powoli własną brudną krwią. Żył sam, walczył sam, sam radził sobie z bólem. Umrze też sam...
- O, jak wielka będzie trwoga, gdy przed ścisłym sądem Boga stanie. - od razu splunął, słysząc kolejną bzdurę z ust własnego wroga, który nagle postanowił się ujawnić.
- Przejdziesz może w końcu do konkretów. Zaraz ten drugi ci zwieje na dobre, bo chyba... Nie wierzysz w lojalność pewnego współbratymcy? - chciał się jakoś uratować rozmową. W końcu dobrze znał jego plan.
- Nie myśl, że wyciągniesz mnie w dyskusje, demonie. - po tych słowach, Riddle znów miał niezbyt przyjemne spotkanie z kamienną ścianą. Nie zdołał zareagować. Wszystko mu się w oczach troiło i dwoiło. Teraz to już w sumie mogło się wydawać jasne, że już nie wstanie. Zaczął kaszleć krwią, która wypływała z każdej części jego ciała, a za nim w ogóle zdołał się zorientować, okazało się, że miał przebity brzuch tą całą anielską włócznią.
- Ooo. - uśmiechnął się, patrząc słabo na swą ranę.
- Jakieś ostatnie słowa?
- Porozmawiamy w miejscu mojej kaźni. - odpowiedział, odwracając głowę i zamykając oczy.
- Chyba nie wiesz, co mówisz.
- Jestem gorszym bytem od samego Lucyfera. Myślisz, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? - po tym równie retorycznym pytaniu, Castiel zabrał swoją włócznię, wyszarpując ją z rannego demona, którego ludzka powłoka zaczęła się rozpuszczać, a niedługo później pod głazem został sam ludzki szkielet z zapaloną lampą naftową przy swoim boku.

(Robinkowo-Viviowa części witaj. Moja samotna, żegnaj ozięble XD)

Shu⭐zo CD Lennie (+18)

Zastanawia się mnie parę rzeczy... Czemu byle kundel jest taki "uroczy"? Miałem zupełnie inny pomysł na siebie. Czemu akurat ten ktoś zwrócił uwagę na byle kundla? Czemu los skierował tego byle kundla do tego ktosia, a teraz znów wspólnie, mimo przeciwności są, żyją, trwają razem, obecnie po raz kolejny okazując sobie bezgraniczną miłość?
Po tym wszystkim i tak nie umiem zrozumieć... Dlaczego wyszło z nim, Lenniem, a nie kimś innym?
Pozwolenie nie było mi potrzebne i tak bym zrobił, co chciał. Taka już jest moja natura albo w sumie nasza... Od jakiegoś czasu zaczynam się utożsamiać z tym blond pajacem i niezbyt mi się to podoba. Jednak nie da się ukryć, że dobrego faceta to on umie znaleźć. Może i chciałbym bardziej umięśnionego, ale teraz to i tak było bez znaczenia. Nad tym zawsze można popracować w przyszłości.

3 kwi 2020

Robin CD Vivi&Riddle

Obudził się na łóżku. Okazało się, że kiedy zemdlał, Castiel zabrał go do motelu i położył na materacu, na którym leżał kilka godzin. W tym czasie mężczyzna załatwił obiad, którym poczęstował chłopaka, gdy się obudził. Kiedy zjadł i wybuchnął płaczem i zaczął pytać o Viviego. To bardzo zdziwiło upadłego anioła.
- Nadal ci na nim zależy? To demon, nie…
- Ja wiem – ściągnął dłonie z mokrej od łez twarzy. - Ale za nim tęsknię. Nawet jeśli rzucił na mnie jakiś czar, to tęsknie za nim. Tak po prostu – ostatnie słowa wypowiedział o wiele ciszej. Mężczyzna przysunął się do chłopca i go objął, a ten schował twarz w jego torsie. Nie miał już pojęcia, co powinien czuć. Wcześniej nabrał podejrzeń, że Vivi jest zły i tylko nim manipulował, teraz jednak, w chwili strachu, bardzo mu go brakowało. Nawet jeśli Castiel miał rację, wiedział, że chciał przy nim być. Nie wiedział dlaczego. Tak po prostu
- Co zobaczyłeś w tym domu? - zapytał cicho starszy mężczyzna, kiedy mniejszy się uspokoił. Zadarł głowę do góry i spojrzał na niego. Castiel położył mu dłoń na policzku i powoli przysunął swoją twarz do niego, składając lekki pocałunek na jego czoło. - Nie bój się, możesz mi powiedzieć – jego głos był delikatny i spokojny. Więc Robin wszystko opowiedział.
Gdy skończył, mężczyzna dalej go przytulał, ale nic nie powiedział. Zamiast tego trwali w ciszy, wtuleni w siebie, prawdopodobnie tylko dlatego, że Robin w tej chwili potrzebował czyjegoś ciepła i miłości, której nigdy nie zaznał. 
- Dlaczego jesteś upadłym aniołem? - zapytał nagle chłopiec. Rozmówca przez chwilę nie odpowiadał, a jego serce zabiło szybciej.
- Zrobiłem coś, czego nie powinienem. Przeze mnie demony wyszły na świat.
- Chcesz je odesłać z powrotem? - dopytywał się. Castiel skinął głową.
- Jeśli to zrobię, odzyskam skrzydła i swoje moce – Robin podniósł się, wychodząc z jego uścisku.
- Nie możesz zostawić jednego demona? - zapytał wręcz błagalnym tonem. Mężczyzna westchnął zrezygnowany i pokręcił głową.
- Wszystkie muszą zniknąć z tego świata. Demony niszczą, zabijają, nie powinny tu istnieć – Robin zniżył wzrok, po czym wstał i odwrócił się do niego plecami, siadając na krańcu łóżka.
- Wiem – odezwał się słabo. Teraz już więcej wiedział i rozumiał. Porównywał demona do swojego ojca, którzy wiecznie katował żonę, a gdy ta zmarła, postanowił zabrać się za córkę. - Riddle taki jest, ale nie Vivi – pociągnął nosem, przestał już płakać, bo to nie miało większego sensu.
- Skąd masz taką pewność? - usłyszał pytanie, na co przeszły mu po plecach ciarki. Skąd miał taką pewność? Nie miał, po prostu czuł. Rok temu dołączył do cyrku, bał się ludzi i czuł, że tylko wśród zwierząt jest bezpieczny. Demony to najokropniejsze istoty na tym świecie, wzbudzające przerażenie, dlaczego więc ludzka istota, której jako pierwszej zaczął ufać, była demonem? Czy to się trzymało logiki?
- A ty skąd masz pewność, że oddadzą ci skrzydła? - odpowiedział pytaniem. Castiela zatkało, wstał z łóżka i podszedł do okna, ściskając palce w pieści ze złości. Milczał długo, patrząc się po prostu na horyzont. Nie odpowiedział, dlatego Robin zrozumiał, że jego obietnica odzyskania skrzydeł była tak samo niepewna jak to, że Vivi jest złym demonem, chcącym zniszczyć świat.
- Pomożesz mi ich złapać – stwierdził. - Teraz musisz, ja wywiązałem się z umowy – serce podeszło Robinowi do gardła. Rzeczywiście, to za daleko już zaszło, a on złożył obietnicę. Wstał na równe nogi i podszedł do mężczyzny, stanął obok niego i spojrzał na jego twarz. Zobaczył łzę.
- Pomogę ci – powiedział cichutko. - Tylko powiedz mi – chłopiec spojrzał za okno. Zobaczył rozpadające się domy, śmierdzące zgnilizną i brudem. Widział bawiące się dzieci, którymi się nikt nie interesował. Dwanaście lat temu był jak one, prawie. Teraz pamiętał, że zamiast grać w piłkę, albo w kosza, on uwielbiał siedzieć na murku i oglądać świat. Często mu towarzyszyła siostra, która jednak starała się nie odstawać od reszty. Kiedy to wszystko się zakończy, muszę ją znaleźć. - Na prawdę tak bardzo chcesz odzyskać te skrzydła?
- Bardzo – odpowiedział i wytarł łzę kryjącą się w kącie oka. - Muszę naprawić błędy, przez które straciłem wszystko. W tym swoją ukochaną – po tych słowach Robin spojrzał na niego.
- Jak to?
- Jeden z demonów ją zabił – znowu zacisnął dłonie w pięści. Chłopak pokiwał głową, już nie drążył tematu, zamiast tego położył mu dłoń na plecach.
- Więc jaki masz plan? - uśmiechnął się krzywo, co Castiel odwzajemnił.
- Dwóch demonów naraz nie pokonam. Odciągniesz swojego przyjaciela, a ja zajmę się tym drugim – mięśnie chłopaka się spięły. - Przy okazji się z nim pożegnasz, bo nigdy więcej go nie zobaczysz – położył mu dłoń na głowie i poczochrał go po włosach. Wcześniej tak robił tylko Vivi… Castiel spojrzał na horyzont. - Czuje ich, są niedaleko. Chodźmy.

<Riddle? Vivi? Dogadajcie się me dzieci>

1 kwi 2020

Vivi CD Robin&Riddle

Rano otworzył oczy nadal odrobinę zaspany. Mocniej przytulił domniemaną poduszkę. Chyba znowu śnił mu się Robinek... Nie często miewał sny, lecz okres spędzany bez towarzystwa chłopaczka mocno się na nim odbił. Lekko się poruszył i wyciągnął ręce, żeby się przeciągnąć. Aż uderzył w coś, a raczej kogoś, kto leżał obok, gdyż osoba wydała z siebie ciche syknięcie.
- Ah! Ja nie chciałem prze... - gdy się podniósł i zdążył zorientować przy kim leżał zaraz zamilkł.
- Chcesz mi złamać nos niewdzięczny futrzaku?! - wymamrotał trzymający się za nos Riddle.
- To tylko ty... Więc wiesz co nie przepraszam i nie jest mi ani trochę przykro. - z tym wstał z łóżka i opuścił pokój, zostawiając Riddle'a z jego "złamanym” nosem. Był zły, gdy wychodził z pensjonatu. Zły na siebie, że znowu zawiódł ważną dla siebie osobę. Zły na Fiodora, że ten marnował jego cenny czas a Robin nadal był nie wiadomo gdzie podczas tej całej wycieczki. Jednak to na kogoś innego zarezerwował największe pokłady złości. Tylko k wyłącznie dla Castiela. Gdy tylko dostanie go w swoje ręce, gorzko pożałuje tego co zrobił i poczuje z kim zadarł.
Bezmyślnie błądził po mieście. Mimo wczesnej pory na ulicach już było pełno ludzi w większości na pewno turystów.
„Tak, tak... Turyści... Wszędzie z tymi aparatami". Taka myśl przemknęła mu przez głowę i zatrzymał się nagle. Robili zdjęcia po to, by zachować wspomnienia. Wspomnienia... Wrócił myślami do postaci Robina. Tak naprawdę dopiero teraz zauważył, że chłopiec zdążył się zmienić podczas ich znajomości... Gdy poznał go po raz pierwszy był niczym wystraszone, dzikie zwierzę wprowadzone między ludzi. Wtedy musiał być dla niego jak rodzic, opiekun... Jednak teraz? Czy coś się czasem nie zmieniło? Był znacznie dojrzalszy, pojmował o wiele więcej, tyle razem przeszli. A nawet nie potrzebował już stałej ochrony ze strony demona. Chyba zdążył wyrosnąć. Dlaczego dostrzegł to dopiero teraz... Chyba przy nim nie pozwalał sobie myśleć w taki sposób. Tak jakby go wychował. Takie uczucie w ich domniemanej relacji byłoby nie do pomyślenia. Niestety dopiero teraz mógł się przyjrzeć temu wszystkiemu z należytej odległości. To nie był już ten sam mały Robinek. To był młody, samodzielny mężczyzna, więc dlaczego wciąż przy nim był... Nie potrzebował już jego pomocy a mimo to pozostał przy boku demona. Na jego twarz wkradł się delikatny, prawie niezauważalny uśmiech. Może jednak powinien całkowicie zmienić swoją rolę w życiu białowłosego. Może na to czekał... Wtem przypomniało mu się, że może to nigdy nie nadejść. Przecież dalej nie widzieli nic o miejscu pobytu Castiela i chłopaczka. Za ile miały minąć te przeklęte 24 godziny. Nie chciał. Nie mógł już czekać. Chciał mu tyle powiedzieć i jeszcze drugie tyle wyjaśnić.
Każda godzina nieubłaganie się ciągnęła a Vivi próbując nie myśleć o swoim człowieku już wpatrywał się w ziemię analizując porozrzucane po niej śmieci. Przynajmniej tak nie musiał myśleć. Jednak i to nie dawało idealnego efektu. Co chwila gubił wątek, przystawał i się rozglądał. Już nawet nie wiedział dokąd zmierzał. Pragnął jedynie zabić czas do momentu aż nie dostaną potrzebnych informacji. Tylko one się teraz liczyły. Nawet to, że stracił z oczy swojego towarzysza podróży nie miało najmniejszego znaczenia. Znajdzie się, gdy będzie potrzebny. Tak też się stało. Po paru godzinach włóczenia się po mieście stanął przed nim widocznie zdenerwowany Riddle.
- Gdzie ty się włóczysz? Musimy wracać do kasyna, chyba że przestało ci zależeć na dzieciaku.
Vivi od razu na niego spojrzał z nowym zainteresowaniem.
W kilka minut dostali się znów do tego jakże znienawidzonego przez lisa kasyna. Do przewidzenia było to, iż Riddle Zaraz opuścił drugiego demona dosłownie moment po tym jak weszli do środka.
Tak więc Vivi został sam z poszukiwaniami ich informatora. Jakiś czas przechadzał się po sali zamyślony i nareszcie go znalazł. Chłopiec stał pod ścianą widocznie nie chcąc tu być.
- 24 godziny już minęły. Wiesz po co tu jestem.
Skinął jedynie głową i znudzony przyglądał się sufitowi.
- Naprawdę tego chcecie? Bo jeszcze jesteście w stanie zrezygnować.
- Nie będę rezygnować ze swojego człowieka! - oznajmił stanowczo.
- Dobrze, to ja się nie mam zamiaru spierać. - mruknął jedynie wręczając Viviemu zwiniętą mapę.
- Co to ma być jakiś żart?
- Nie, łatwiej wam będzie się tam dostać z mapą i tyle. - odparł spokojnie. - To nie są jakieś przyjazne tereny i tyle.
Kitsune przewrócił oczami otwierając mapę. Amazonia, Brazylia... Zajebiście. Robił to dla NIEGO. Wszystko dla niego. Skinął głową do niższego demona i odwrócił się na pięcie wracając do Fiodzi.
- Ej wychodzimy. - chwycił go za kołnierz i jeszcze w trakcie trzy odciągnął od stołu, nie zwracając najmniejszej uwagi na protesty z jego strony.
Tak go wytargał na zewnątrz i wsadził mu mapę w twarz.
- Musimy się dostać do Brazylii. TERAZ.

( moje wy słodziaki (Robiiin)? Wróć! Riddle się nie liczy! Opodróż do Amazonii. Gdzie nas kajmany, anakondy czy tam piranie zjedzą. )

Lennie CD Shu⭐zo (+18)

Odłożyłem kulę na bok i usiadłem na łóżku. Przez chwilę się zastanawiałem, co będę robił tyle czasu sam w domu. Wychodzić na zewnątrz nie chce bez Shu, ze względu na schody. Jeśli z nich spadnę, nie wiadomo jak to się skończy, a bardzo bym chciał dojść już do zdrowia. Musiałem znaleźć pracę, jednak znałem się tylko na sztuczkach magicznych (w tym momencie pierwszy raz zdałem sobie sprawę, że ojciec może miał rację z tą dalszą nauką i wykształceniem). Z drugiej jednak strony mogłem znaleźć coś prostego, co nie wymaga wielkiej wiedzy na konkretny temat. Nadawałbym się nawet jako pracownik w zwyczajnym sklepie, albo jakiś tragasz. Cokolwiek, bym tylko mógł zarobić.