15 mar 2022

OD Lu

Niezbyt duży harmider ulokowany w okolicach drzwi wejściowych wskazywał na pojawienie się nowego dziecka. Piątka maluchów w różnym wieku, siedząca przy stoliczku nad niedokończonymi starymi puzzlami podniosła głowę, kiedy przez drzwi zajrzała ośmioletnia Sunny.
- Widzieliście gdzieś Antonio? - Zapytała się patrząc na mniejsze.
- Tonio? - Spytała się z wyraźnym niemieckim akcentem Hannah, jej rówieśniczka. Wiadomo było, że była córką niemieckich imigrantów, którym odebrano władze rodzicielskie i od miesiąca znajdowała się w domu dziecka, ponieważ nie miała innych krewnych. Mocnym plusem sytuacyjnym był fakt, że znała język angielski, przynamniej część. Spojrzała na siedzącą obok znacznie młodszą dziewczynkę, której się zapytała a on coś powiedziała po niemiecku.- Miał iść do ogrodu, jeszcze nie wrócił. Co się dzieje?
- Niania Rose szuka kogoś mówiącego po hiszpańsku. Słaba komunikacja z nowym chłopcem.
- Tia była tu kilka minut temu - wtrącił Tom, który właśnie się podniósł z trzymanym kawałkiem puzzli co spadł chwilę wcześniej. Sunny zaraz szła ku jedynemu miejscu, gdzie jako pewnik miała się znajdować zawsze starsza koleżanka.
Sunny wraz z innymi dziećmi nie mogła zrozumieć, czemu opiekunki w zasadzie zabraniały wychodzenia Tii z ośrodka, czasem nawet z samotnego pokoju.. Nawet kilkoro pupilków nie wiedziało ale jednego byli pewni - dziewczynka nie należała do elitarnej grupy pupilków lecz pozostawała jakby nietykalna. Mało kiedy można było ją zobaczyć w ciągu dnia, głównie na posiłkach i sporadycznie podczas zabaw w grupie wszystkich mieszkańców ośrodka. Z rozmyślań wyrwało ją dotarcie do najbardziej odległych drzwi, gdyż znajdowały się tuż przy poddaszu.
- Tia, jesteś? - Zapukała do odrapanych drzwi. Zaraz po drugiej stronie ujawniła się długowłosa dziewczynka przytulająca maskotkę królika.
- Sunny? Coś się stało? - Zapytała mieszkanka pokoju robiąc duże oczy.
- Pomożesz niani Rose? Pojawił się chłopczyk z którym nie może się dogadać a pani Elodia przyjdzie dopiero wieczorem.
Tia, a właściwie Florentia już zaraz tuptała cicho na sam dół z nieodłączną zabawką, by móc zauważyć nieco młodszego od niej chłopca, który podciągał nosem zaraz przy schodach. Pani Rose kątem oka spojrzała na przybycie i wskazała na nowe dziecko.
- To jest Mateo, rozumie trochę ale mówi tylko po hiszpańsku. Powiedz mu, że zostanie tutaj i zaprowadź go do reszty.
Florentia spojrzała na nowego kolegę, musiał być o rok młodszy. Najpierw podała mu chusteczkę, którą z chęcią przyjął.
- Hola Mateo, soy Florentia pero puedes llamarme Tia. Viviremos juntos. Vamos, conocerás a algunos de los niños - odezwała się przyjaźnie. Mateo od razu rozjaśnił się na jej obecność i przekaz. Natychmiast złapał ją za rękę i dał się poprowadzić.
Dwadzieścioro dzieci obecnych w ośrodku od razu przywitało się ciepło z nowym członkiem ich społeczności, kolejna piątka miała się zjawić po powrocie z ogrodu.
- Solo tú me entiendes?- Chłopczyk zapytał się Tii w kuchni po dostaniu ciastka z rąk innej starszej dziewczynki. Pokręciła z uśmiechem głową.
- También está Antonio y la señora Elodia, también hablan español.
- Tia! Tonio już jest - zawołała z drugiego pomieszczenia Hannah. Bardzo szybko Tonio poznał się z Mateo i było wiadome, że będą dla siebie jak bracia. Jakby nie patrzeć, wszystkie dzieci były dla siebie braćmi i siostrami.
Florentia myślała o nich jak swojej rodzinie, mimo faktu, że nigdy nie była pokazywana i dopuszczana do możliwości adopcji. Nie, w zasadzie wszystkie opiekunki zawsze ją zamykały w najodleglejszym pokoju i tylko upuszczały jej krew dla cennych kamieni szlachetnych. Wyjątkiem była pani Elodia, która czasem dawała jej drobnego cukierka. Zastanawiała się nad tym siedząc z przed talerzem mleka z małą bułką. Było to normalne mleko a nie rozcieńczone z wodą, natomiast bułka była nawet miękka.
- Jeju - ucieszyła się nad żałosnym posiłkiem, który w jej oczach był obiadowym rarytasem.
Bardzo rzadko dostawała tego typu jedzenie, podobnie jak reszta dzieci, tylko ona otrzymywała jeszcze mniejsze porcje. A jednak, zaczęła jeść z uśmiechem na ustach. Trzeba było jeść bardzo powoli, żeby później brzuszek nie hałasował i robił się pusty. Często otrzymywała posiłki do pokoju i raz w ciągu dnia. Opiekunki pewnie były zbyt zalatane i zapominały dawać jej coś jeszcze do jedzenia, chociaż jak sporadycznie je widziała to zawsze grały w karty.
Wieczorem w trakcie zabawy z Biszkopcikiem, przyszła do niej ciocia Elodia. Zaciekawiło ją wspomnienie nowego chłopca - pochodzili z jednego kraju, zatem pewnie od razu miała być więź. Zaraz spojrzała na puste naczynia z obiadu, by następnie spojrzeć na dziewczynkę o ciepłych oczach. Florentia tego nie wiedziała, że ciocia widziała w niej niemal głodzone dziecko i nie rozumiała czemu to się dzieje. Rose i pozostałe dwie kobiety zajmujące się dziećmi zawsze ucinały jej temat i kazały się nie wtrącać w tą sprawę. Sytuacja była oczywista i jednocześnie tajemnicza - wyraźnie nie zamierzały pozwolić na opuszczenie sierocińca przez Florentię, a mimo to była fatalnie traktowana.
- Przekonamy jutro opiekunkę Rose by pozwoliła nam zobaczyć cyrk - postanowiła niż zapytała dziecka. Tia pokiwała głową trzymając pluszaka.
Następnego dnia, opiekunka Rose pojawiła się w pokoju dziecka z twardym wyrazem twarzy.
- Podwiń rękaw - poleciła z małym ostrym przedmiotem. Florentia nie widziała w tym nic złego. Nawet gdy po chwili jej skóra została szybko przecięta i krew poczęła opuszczać ją, która opadała w formie czerwonych diamentów, wprost do małej sakiewki.
- Mogę iść z ciocią Elodią zobaczyć cyrk? - Zapytała się podczas tej operacji. Dorosła spojrzała na nią z wyraźną niechęcią.
- Po co?
- Chciałabym zobaczyć z bliska - powiedziała po prostu. - Mogłabym? Tylko zobaczyć. Do końca roku nie będę o nic prosić, obiecuję!
- Masz być z powrotem w godzinę - powiedziała po dłuższej chwili chłodno, kiedy szybko wytarła jej rękę i niedbale nakleiła plaster na ranę.
- Mhm! Dziękuję!
Późniejszym popołudniem opuściła gmach sierocińca wraz z ciocią Elodią, której w kółko było mówione o bacznym pilnowaniu dziecka i niezwłocznym powrocie. Florentia poprawiła bordowy beret na głowie i pozbyła się kurzu z płaszczyka, naturalnie poruszając się wraz ze swoją maskotką. Trzymała się za rękę cioci podczas przechodzenia za ogrodzenie cyrku, gdzie to kręciło się mnóstwo ludzi. W pewnej chwili został w jej rękę wciśnięta mapka atrakcji cyrkowych i nakazane zaczekać w miejscu, gdzie stała, podczas gdy ciocia zniknęła w tłumie. Tia grzecznie czekała w miejscu uważnie czytając zawartość ulotki.
Minęło pięć minut, potem kolejne dziesięć, cioci Elodii dalej nie było. Wybrała też bardzo dziwne oczekiwania miejsce bo w największym tłoku ludzi, w samym sercu placu, bezpośrednio po zakończonych występach. Dziewczynka nie była głupia, ale dawała jeszcze czas. Być może to jakiś test? Kto wie. Fakt faktem, opiekunki nigdzie nie było po dłuższym czasie, nawet gdy otaczało ją coraz mniej różnych person. W końcu pozostała sama, mijały ją niedobitki lub po prostu pracownicy cyrkowi, czas powrotu już dawno minął.
"Dała ci szansę uciec" cichy głosik szepnął w jej myślach. Czy to prawda ciociu? Ale przecież w sierocińcu nie była tak bardzo źle traktowana. Przecież dostała jeden posiłek w ciągu dnia i za to dawała się haratać dla krwi. Z drugiej jednak, nigdy nie została pokazana do możliwej adopcji, opiekunki mówiły, ze i tak nikomu się nie spodoba i dlatego zostawiają ją w pokoju dla nie ranienia jej. Zresztą to byłoby dziwne tak podejść do jakiejś osoby lub rodziny i zapytać, czy jej nie adoptują.
Dlatego właśnie podeszła do przechodzącej nieopodal pracownicy i zapytała się o drogę do dyrektora. Tia z automatu pomyślała, że ktoś musi wszystkiego pilnować, jak w sierocińcu. Pracownik tylko się uśmiechnął i zaprowadził ją oświetloną ścieżką do jednego namiotu, który się łączył z kabiną chyba.
- W czym ci mogę pomóc dziecino? - Zapytał się uśmiechnięty pan Pik po przywitaniu, wymianie imion i udanej próbie dziecka zajęcia miejsca na dość wysokim krześle.
- Czy mogłabym do was dołączyć? - Zapytała się z dużymi oczyma podczas przytulania maskotki do siebie.
- A mógłbym znać powód takiej prośby? - Ponownie zadał jej pytanie, tym razem trzymając jakąś kartkę w rękach.
- Chcę należeć - odparła po prostu w swej dziecięcej szczerości.
- To bardzo miłe i ciekawe. Ale powiedz mi złotko, masz może jakieś zdolności, które przywrócą ludziom uśmiech na buziach?
Florentia zamrugała i zamyśliła się. Niby można byłoby jej krew i łzy sklasyfikować pod zdolność, ale czy przywracałaby ona uśmiech? Opiekunkom często świeciły się oczy po widoku zawartości sakiewek podczas odwiedzania dziewczynki w jej małym pokoiku. Nie była pewna, dlatego wzruszyła ramionami. Białowłosy mężczyzna posłał jej ponownie uśmiech i tym razem dodatkowo podsunął długopis i kartkę, którą wcześniej trzymał.
- Witamy cię w cyrkowej rodzinie. Napisz proszę tu jak masz na imię i nazwisko, tutaj nowe imię. Właśnie je będziemy używać.
Starając się ładnie i czytelnie wpisać siebie bez nazwiska, spojrzała na miejsce na pseudonim. Nie musiała zbyt długo się wahać - od razu do głowy wpadło jej coś bardzo krótkiego, co zapisała. Następnym ruchem przesunęła kartkę, którą obejrzał pan Pik.
- Zatem witamy cię w naszej rodzinie, Lu - pokazał jej szerszy uśmiech.
Wkrótce znalazła się ponownie na zewnątrz i już miała się zapytać dlaczego, kiedy momentalnie zjawiła się przed nią obca osoba, która od razu przykucnęła przed małym dzieckiem.
- Ty musisz być Lu, prawda? Jestem Smiley, pokaże ci co i jak - powiedziała różowowłosa. Lu kiwnęła głową z ciepłym wyrazem buzi, podczas gdy rękoma przytulała maskotkę do serca.
- Dzień dobry siostrzyczko, będę pod twoją opieką.

<Smiley?>

Zgubiłeś się?...

...Daj rękę, razem poszukamy wyjścia.

Vivi CD Riddle&Robin

Nieśmiało spuścił wzrok, mimo tego się uśmiechając.
- Och... To... Cieszę się, że tak uważasz — mocno się do mnie przytulił, na co ja się uśmiechnąłem, czule gładząc go po włosach.
- Miło słyszeć, nie przejmuj się Yukito, zobaczysz, że w parę dni postawię go do pionu. Słowo. - lekko uszczypnąłem go w policzek. - A ja nie łamię danego słowa.
Kolejne parę dni minęło spokojnie, można by nawet powiedzieć, że bardzo powoli. Może i nadal nie byłem pewien, co się zadziało z blondynem, jednak wyglądało na to, że niepotrzebnie się nakręciłem. Chyba już nic złego nie mogło się wydarzyć. Riddle'a już tu nie było. A to przecież.... Dobry znak. Zresztą sam stan chorego zaczął się poprawiać. Niekoniecznie wiedziałem z jakiego powodu ani co, tak właściwie zadziałało, lecz nie pozwalałem sobie na to, by znów zacząć się tym martwić. Nie chciałem przecież dostać paranoi.
Uśmiechnąłem się do siebie, patrząc w słoneczne niebo. Wygrzewanie się na oświetlonym przez słońce kamieniu w mojej lisiej formie, było naprawdę jedną z przyjemniejszych rzeczy, podczas coraz cieplejszych dni. Ziewnąłem, rozciągając kończyny, chyba się zależałem... Ale cóż. Miło jest nie zwracać uwagi na czas... W sumie może jest on iluzją dla istot mojego pokroju. Zamknąłem oczy, mentalne przygotowując się do snu. Niestety, gdy już tak sobie powoli odpływałem, usłyszałem jakiś szelest. Moje uszy od razu drgnęły, otworzyłem oczy, powoli się rozglądając.
Od razu się rozluźniłem, widząc jakże znajomą mi sylwetkę.
- Dzień dobry Robin~ - zamruczałem, zaczynając się ponownie wyciągać, tym razem zeskakując ze swojego wygrzanego miejsca.
Podszedł do mnie, kucając i zaczynając mnie głaskać. W odpowiedzi na to zacząłem się o niego po prostu ocierać, machając ogonkami.
- Wiesz, szukałem cię w sumie, nie miałem nic do roboty, więc uznałem, że możemy spędzić trochę czasu razem.
Przechyliłem łeb i usiadłem.
- W sumie to... Czy normalnie nie pomagała jakoś teraz Shu z Yukim. - podrapałem się za uchem. Może mi się pomyliło, a może była to tylko jednorazowa sytuacja...
- No znaczy... Jakoś chyba nie potrzebował za bardzo pomocy. - odparł, drapiąc mnie po plecach i śmiejąc się cicho. - Wiesz, on naprawdę jest dobrą mamą.
Znów zacząłem machać ogonami.
- Przecież tego nie kwestionuje, po prostu i on i Lennie pracują, więc uznałem... A możesz trochę niżej? O tak! Idealnie. - sapnąłem, zadowolony. - W sumie to nie jest aż tak ważne. Cieszę się, że masz wcześniej trochę czasu dla mnie. - otarłem się o niego, idąc w stronę lasu. - To, co byś powiedział na spacer. - zapytałem, wesoło przeskakując z boku na bok.
- Z chęcią... - roześmiał się perliście, widząc moje podekscytowanie. - Hmm, przypominasz teraz trochę pieska.
Od razu rzuciłem mu niezadowolone spojrzenie.
- Psa? Jak to psa. Jestem majestatycznym kumiho. Sama ta nazwa była w stanie wszczepić strach w serca ludzi. - stwierdziłem, zaczynając się puszyć.
Moje przechwałki jednak spotkały się znów ze śmiechem, ale jednak nie mogłem być zły. Wyglądał tak uroczo, gdy się śmiał... Aż zakłopotany przechyliłem łeb, kładąc po sobie uszy.
- Wierzę ci, przecież wierzę. Wiem, jaki możesz być straszny. - powiedział, przechodząc obok mnie i już mnie wyprzedzając.
Skoczyłem za nim, zrównując z nim krok. Gdy do niego weszliśmy, las wydawał się jakiś cichy. Może była to moja imaginacja, a może ciepły dzień spowodował letarg u zwierząt. Jakoś nie przejmowałem się tym za bardzo.
Szliśmy, śmialiśmy się, rozmawialiśmy, w pewnym momencie nawet wróciłem do ludzkiej postaci, łapiąc Robinka za rękę.
- Wiesz, niedługo będę mógł wypuścić Yukito, do końca już się sam pozbiera.
- Ah to naprawdę wspaniałe wieści. Cieszę się, że tak szybko mu się poprawiło. - stwierdził białowłosy, opierając się głową o moje ramię.
- Nie spodziewałem się w sumie takiej poprawy w te parę dni... Jednak najwyraźniej jestem lepszym lekarzem, niż mi się wydawało. - mruknąłem żartobliwie.
- Oj jesteś, jesteś. - zgodził się, uśmiechając się do mnie w ten swój promienny sposób.
Widząc jego radosny uśmiech, czułem się, jakbym znów leżał, wygrzewając się w słońcu. To on był moim promykiem światła, który pozwalał mi patrzeć na ten ludzki świat całkiem inaczej.
Zaskoczyło mnie trochę, że żadne ze zwierzęcych przyjaciół Robina się nie pojawiło nawet na chwilę, jakby nas unikały... Hah... Może moja obecność przy nim je odstraszała. Nie byłaby to jakaś wielka nowość... Delikatne zmarszczyłem brwi, rzucając spojrzenie w głąb lasu. No proszę... Znów dałem się ponieść temu dziwnemu uczuciu, mojej własnej paranoi. Przecież wszystko było tak piękne...
Tak piękne, że aż wydawało się snem? Drgnąłem lekko, cóż za impertynencki głos. Wątpliwości. Też mi coś... Oczywiście, że mogłoby być snem. Jednak taka była rzeczywistość. Powinienem naprawdę przestać się tak martwić i po prostu się zrelaksować.
Spojrzałem znów w stronę Robina. Jednak... To uczucie nie minęło. Tak jakby kurz wątpliwości wzbity przez moje własne myśli, jeszcze nie osiadł. Jednak przecież to była kwestia godzin tylko, dlaczego nagle się tak stresowałem... Wszystko zaraz wróci do normy.
W sumie miałem rację. Minął dzień i uczucia minęły, w większości, nadal gdzieś były z tyłu mojej głowy, lecz byłem twardo przekonany o tym, że trzeba je ignorować. Przecież tyle przeszliśmy.
Wcześniej tego ranka udało mi się pozbyć mojego pacjenta 0. Sam chyba za dobrze nie wiedział, co mu się stało. Nie ważne, nie istotne, przeszło i to było najważniejsze.
Spokojnie, sprzątałem przyrządy oraz opatrunki i tym podobne. Nagle usłyszałem ciche pukanie. Odwróciłem głowę do drzwi, marszcząc brwi.
- Proszę, śmiało. - mruknąłem, kryjąc lekką niechęć w głosie.
Dało się słyszeć skrzypnięcie, po czym usłyszałem coś jakby kwilenie dziecka.
- Oh... Nie spodziewałem się was tutaj... Jest coś nie tak z dzieckiem? - zapytałem znużony.
- Nie, nie tu nie chodzi o Yukiego... - Shu trochę jakby ukrył dziecko w ramionach, mówiąc to. - Chodzi o to, co ty, zrobiłeś Robinowi. Widać, że coś jest z nim nie w porządku. - prychnął, kładąc po sobie uszy.
- Niby jak to nie w porządku? Nie mam pojęcia i co ci chodzi.
- Przecież od niego wręcz czuć, że coś jest nie tak. - odpowiedział mi wyraźnie niezadowolony. - I jestem prawie pewien, że to twoja sprawka.
- Słuchaj, nie mam pojęcia, o co ci chodzi, ale przesadzasz chyba. Myślę, że brak snu ci się na głowę rzuca. - przewróciłem oczami.
- Kiedy ci mówię, że oboje czujemy, że coś jest z nim nie w porządku ty- Ugh! Nie ważne. - odwrócił się na pięcie, wychodząc z przyczepy z nosem wysoko w górze.
Jeszcze czego... Żeby tu przychodził, oskarżając mnie o to, że Robinowi jest źle... Wróciłem do sprzątania.
Moment... Jeżeli oboje wyczuli, że coś jest nie tak... Przecież to jakby psy... Czy to dlatego te zwierzęta wtedy w lesie... Nie... Nie możliwe, znów jakie głupie domysły. Dlaczego nie mogę po prostu cieszyć się tym, co mam? Choć... Skoro to pewnie nic takiego, to... Mogę go potem jeszcze zapytać, jak wróci. Tak dla pewności i spokoju ducha.
W sumie to gdy tak na niego czekałem, nagle wszystko zaczęło się strasznie dłużyć. Było to nieznośne. Chciałem, by wreszcie te natrętne wątpliwości zniknęły.
"Znajdę go teraz." Pomyślałem, od razu przestępując próg i się rozglądając. Tak trochę na siebie wpadliśmy, niedaleko lasu.
- Robin~ Słońce szukałem cię wszędzie.
- Naprawdę? Stało się coś? Miałem wracać po krótkim spacerze. - wymamrotał.
- ... Wiesz co? W sumie to nie. Nic się takiego nie stało. - rzuciłem, a mój wzrok naturalnie odpłynął w kierunku lasu. Aż tu moje spojrzenie przykuł jakiś ruch na jednej z gałęzi.
- Och Robin... Popatrz przecież to ta twoja ptaszyna, prawda?
Spojrzał w kierunku, który wskazałem lekko zaskoczony.
- Och tak... Tak na to wygląda.
Ptak przyglądał się nam przez chwilę, jakby zastanawiał się, czy powinien podlecieć, tak jakby się wahała.
- ... Nie zawołasz jej?
- Ah nie, chyba jest trochę zajęta. - odparł wymijająco. - Chodźmy już, głodny jestem. - chwycił mnie za rękę.
Ponownie spojrzałem na ptaka, który wydawał się niespokojny i nagle zerwał się z gałęzi, odlatując. Było to... No nie powiem...dziwne... Mimo tego skinąłem, głową idąc z powrotem razem z chłopakiem.
Żeby jego ptak... Nie chciał do niego podlecieć? Co to by miało znaczyć... Może... Coś jednak było z nim nie tak? Czy coś się stało podczas tych paru dni? Niepewnie na niego spojrzałem.
- Vivi? Wszystko okej?
Od razu się uśmiechnąłem.
- Także oczywiście, że tak. Tylko moje myśli jakoś tak odpłynęły... Nie przejmuj się. - pogładziłem go palcem po policzku.
Teraz niczego już nie byłem pewny...

(Robin? Riddle? )

13 mar 2022

OD The Beast

Jak zawsze obudził mnie ten intensywny, równomierny stukot. Przez pierwszych kilka nocy wytrącał mnie ze snu nagle i nerwowo, a ja szukałem w ciemności źródła dźwięku oraz możliwego zagrożenia. Teraz nawet nie otworzyłem oczu. Wiem już, że to ta sucha, pochylająca się nad parapetem gałąź, która popychana wiatrem puka w moje okno. Leżałem w bezruchu długo. Czterdzieści, może nawet sześćdziesiąt minut. 
Nie musiałem patrzeć na ledwie działający, elektroniczny zegarek, który rzucał hologram godziny na sufit nad moją głową, aby wiedzieć, że zbliża się czwarta nad ranem. 
Wyciągnąłem dłoń spod pledu, którego widok za dnia przerażał, a materiał przypominał w dotyku mocno użytkowany druciak do naczyń. Dotknąłem opuszkami palców środka czoła i przesunąłem nimi kilkakrotnie po obolałej głowie. Druga noc z rzędu, kiedy mnie tak boli. 
To z bezczynności. Byłem tu już stanowczo za długo. Zmarszczyłem brwi i przycisnąłem dwa palce mocniej do skóry, agresywnie masując pulsującą lewą skroń. 
Jeśli szybko nie pozbędę się tego bólu będę całkowicie bezużyteczny i spowolniony, skazany na gnicie w tej miernocie jak wszyscy ludzie z sąsiednich pokojów. 
Przez chwilę wbijałem palce uporczywie w skórę, krzywiąc się coraz bardziej z bólu. Nic z tego.
Odpuściłem i odrzuciłem pled na bok. Podniosłem się i usiadłem na trzeszczącym łóżku stopami dotykając chropowatej podłogi. Czekałem, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności patrząc w okno, za którym jeszcze niewiele było widać i poprawiałem mankiety luźnej koszuli, w której spałem. Na pamięć znałem układ niewielkiego pomieszczenia sypialnego, więc nie fatygowałem się zapalaniem światła w drodze do łazienki. 
Dopiero tam dotknąłem ułamanego włącznika, a pojedyncza żarówka zwisająca z sufitu zabrzęczała cicho, mignęła kilkakrotnie i zalała pomieszczenie intensywnym, żółtym światłem. Oparłem dłonie o umywalkę i wpatrzony w lustro obserwowałem przez chwilę odbicie zielonych ścian, które w tym blasku wyglądały jeszcze gorzej, niż za dnia. Nie było powodu do zachwycania się obdartą farbą, rurami, których nikomu nie chciało się zamurować, czy też tym nabrzmiałym od wilgoci sufitem. Jak na tą cenę, to dobrze, że w ogóle jest prysznic.
Zawiesiłem wzrok na własnej twarzy i spojrzałem sobie w oczy. Poza spadkiem wagi nie zmieniłem się wcale od dnia, w którym ostatni raz za moimi plecami rozciągała się pałacowa łaźnia, zamiast tej odrapanej speluny. Wyprostowałem plecy i ściągnąłem z siebie białą koszulę. Złożyłem ją pośpiesznie i odłożyłem na krawędź grzejnika, na którym czekała też czysta bielizna. W drodze pod prysznic spojrzałem na siebie przez ramię, dostrzegając w odbiciu jasną, podłużną bliznę na łopatce. Rozebrałem się do końca i wszedłem do kabiny.
Zaletą brania wczesnych prysznicy był dostatek ciepłej wody, której nie zdążyli wyczerpać inni lokatorzy. Odkręciłem czerwony kurek i pozwoliłem sobie rozluźnić wszystkie mięśnie, tak aby nie marnować żadnej właściwości wrzątku. Woda nagrzewała się z chwili na chwilę i czułem jej raniący dotyk napastujący moje barki, plecy, kark, i lędźwia. Wsunąłem palce w mokre włosy i odgarnąłem je z twarzy. Woda biegła po moich skroniach, a jej wysoka temperatura skutecznie odwracała uwagę od bólu głowy. Być może nawet go koiła.
Stałem w strumieniu lecącym ze starej deszczownicy dopóki nie zrobiło się tak duszno i parno, że brakowało tlenu do oddychania. Wówczas sięgnąłem po żel i intensywnie wtarłem go w całe ciało, na koniec masując skórę głowy. Lekki, cytrusowy zapach w tej temperaturze wzmagał się i wpływał zbawiennie na moje zmysły. Poruszyłem kilkakrotnie głową na boki dla rozluźnienia karku i przekręciłem drugi kurek, uprzednio zakręcając czerwony. W rurach zadudniło cicho i temperatura diametralnie się zmieniła. 
Zimna, jeśli nie lodowata woda spłynęła po moim ciele spłukując resztę środków higieny. Odetchnąłem zimnym powietrzem, które wypełniło kabinę i po raz pierwszy od dłuższej chwili otworzyłem oczy. Ból głowy zelżał, ciało się odprężyło. Zakręciłem wodę i otworzyłem szeroko drzwi prysznica, wchodząc do pozornie chłodnego pomieszczenia.
Na szczęście w ręczniki zainwestowałem samodzielnie i nie musiałem korzystać z tych pożółkłych i szorstkich, jakie oferował mi hotel.
Wycierając uszy i włosy patrzyłem w zaparowane lustro. Moja skóra była gładka i szklista, bogom dzięki za to, że słońce zdawało się omijać Avalon szerokim łukiem. Zabrałem potrzebne ubrania i zgasiłem światło w łazience. 
W pokoju było nieco jaśniej niż przed godziną, panowała szarówka, a nad parapetem unosił się cień nękającej mnie gałęzi. Otworzyłem szafę i wybrałem dostatecznie ciepły zestaw ubrań. Jesień była deszczowa, ale niebrzydka. Ładniejsza niż w górach, gdzie stanowi najbardziej zdradliwą porę roku.
Pościeliłem łóżko i rzuciłem na nie plecak oraz płaszcz. Przed rozpoczęciem pakowania schyliłem się i otworzyłem niewielką lodówkę, która stała pod sosnowym biurkiem o krzywej nodze. Zostało mi kilka truskawek i kupnych muffinów angielskich oraz otwarty jogurt grecki. Wyciągnąłem muffiny i truskawki i podążyłem z nimi do okna.
Usiadłem na parapecie wewnętrznym, przeczesałem wilgotne jeszcze włosy i patrząc na ulicę biegnącą pod hotelem zadowoliłem się dzisiejszym śniadaniem. Truskawki wcale nie były takie złe, za to trzymanie wypieków w lodówce nie wyszło im na najlepsze. Nie ukrywam, że jadałem lepiej.
Gdy skończyłem, otworzyłem okno i wyrzuciłem przez nie szypułki, które zerwałem z owoców. Oparłem się o framugę i sięgnąłem po długą, czarną lufkę, która leżała przy oknie obok paczki z tytoniem. Nabiłem lufkę i wyciągnąłem ze spodni czarną zapalniczkę ze złotą obwolutą oraz herbem frakcji, którą dostałem od stryja na osiemnaste urodziny. 
Złoty tygrys przyglądał mi się, gdy podrzucałem kciukiem wieko. Płomień zalśnił, a ja oparłem ustnik o dolną wargę i poświęciłem kilka chwil na spalenie machorki. Płuca raz po raz napełniały się dymem, a chłodne, poranne powietrze muskało moje czoło i dłonie. Skończywszy palić, zostawiłem okno otwarte i spakowałem wszystkie rzeczy, które miałem ze sobą. Nie było tego tyle, ile być powinno, ale zdecydowałem, że nie będę w siebie przesadnie inwestował do momentu, w którym nie zostanę gdzieś na dłużej. Duży bagaż tylko by mi ciążył w drodze z miasta do miasta, z hotelu do hotelu. 
Składałem i wkładałem do plecaka ubrania, dokumenty, wypłacone pieniądze oraz nieliczne dodatkowe przedmioty, takie jak książki, papierośnica i środki czystości. Gdy pokój się wywietrzył, a ja byłem gotowy do drogi, założyłem na siebie płaszcz i z plecakiem przerzuconym przez jedno ramię wróciłem do okna, aby je zamknąć. Za szybą widniało, a ja wiedziałem już, że wkrótce na ulicę wyjdą ludzie śpieszący do pracy i dzieci wyprawiające się do szkoły. Mój wzrok spoczął na chwilę na gałęzi, która przez kilka dni zakłócała mój spokój.
Rozpoznałem w niej lipę, z której oderwała się już większość liści. Wyciągnąłem dłoń i złamałem gałązkę, która poleciała w dół na chodnik. Zamknąłem okno.
Pokój opuściłem po wyciągnięciu zza szafy miecza i wpięcia go w pas pod płaszczem. Nim dotknąłem klamki, naciągnąłem na dłonie rękawiczki i nie patrząc za siebie, wyszedłem na szary korytarz. Trzymałem plecak jedną ręką schodząc po schodach z trzeciego piętra. Zbliżała się szósta i właścicielka powinna już siedzieć na recepcji.
Nie myliłem się myśląc o tym. Pomarszczona, stara kobiecina w szarej jak tapety pomieszczeń podomce siedziała za ladą. Jej oczy były tak drobne, że ledwie dało się je dostrzec na twarzy, którą czas pociął głębokimi bruzdami. Pieniądze miałem już odliczone.
Przechodząc obok recepcji, wyciągnąłem je z kieszeni. Spięte pinezką do banknotów podrzuciłem nonszalancko na blat.
- Pokój numer dziewięć. - powiedziałem, zmierzając do wyjścia. 
Pchnąłem drewniane drzwi i wyszedłem na ulicę. Nie słyszałem, czy kobieta odmruknęła coś w odpowiedzi. 
Dzień dopiero się zaczynał, ulice były puste i szare, a temperatura nie zdążyła jeszcze podskoczyć. Wiatr znad rzeki sunął między budynkami, co tworzyło wyjątkowo dokuczliwy przeciąg. Niespiesznie ruszyłem przed siebie, jedną dłonią sprawnie zapinając złote guziki pod szyją. Futro, które otaczało mój kark generowało przyjemne ciepło. Pora była na tyle wczesna, że dotarcie na drugą stronę miasta nie wymagało ode mnie pośpiechu. 
Chciałem tylko opuścić już tą dzielnicę, w której co noc krzyczały koty, butelki tłukły się o chodnik, a brud można było rozumieć na setki różnych sposobów. Szukanie miejsc noclegowych w takich lokalach miało jednak kilka pozytywnych stron, bo wbrew pozorom było tu dla człowieka bezpieczniej niż tam, gdzie ludzie ocierali się o bogactwo. W takich miejscach nikt cię nie szuka. W takich miejscach dowiesz się i usłyszysz najwięcej. 
Ten szary i przykry świat był na tyle odpychający, że nawet bytowanie w takich warunkach nie mogło już bardziej poplamić mojej godności. 
Najgorszym widokiem byli ludzie, zgarbieni pod nieznanym mi ciężarem, wykrzywieni i groźnie łypiący na wszystko, co zakłóciło ich mętny spokój. Musiałem pamiętać, że im więcej obrazów nędzy rzuci się w moje oczy, tym większa będzie moja satysfakcja, gdy osiągnę sukces.
Nie przeszedłem nawet przecznicy, a plugawa strona tego miasta zmusiła mnie do raptownego zatrzymania.
Tym razem przybrała ona postać kobiety w średnim wieku, wciśniętej w narożnik ceglanej kamienicy. Owinięta w brudną, brązową chustę w kwiaty, ponczo i długi, lniany sweter trzymała pod pachą zawiniątko, drugą ręką ściskała za to fragment mojego trenczu, mnąc jego materiał, i wbijając weń połamane paznokcie.
Spod splątanych, brązowych włosów opadających na jej twarz wyglądały wielkie i zabiegające siecią czerwonych żyłek oczy. Spojrzenie miała lśniące, rozbiegane. Potrząsała zawiniątkiem tak maniakalnie, jakby wierzyła, że im mocniej będzie nim machać, tym bardziej autentyczny będzie jej wygląd. Słyszałem już o takich kobietach, trzymających na ramieniu lalki, bądź martwe oseski i spodziewające się łaski przechodniów. 
Czasy nie były łaskawe, mało kto opływał w pieniądze, a więc liczenie, że za tak ośmieszające żebractwo uzbiera się coś na speeda, było już szczytem naiwności. Jej zawiniątko nawet nie pisnęło od czasu gdy mnie zaczepiła, ale ta karykaturalnie wykrzywiona twarz wgapiała się we mnie z taką intensywnością, że aż nie mogłem doczekać się, co spróbuje z siebie wydusić.
 - Proszę… - wysapała ochryple, tonem lepkim i gardłowym, jakby na dnie jej gardzieli istniało jakieś jezioro pełne śluzu. - Chociaż…
Żółte zęby i skóra w zbliżonym odcieniu, te zaropiałe oczy, i manipulacyjne machanie zawiniątkiem sprawiły, że moje usta samoistnie wykrzywiły się w geście odrazy.
Pociągnąłem płaszcz i zrobiłem żwawy, stanowczy krok do przodu.
Kobieta udawała, że mój ruch był na tyle mocny, że aż pociągnął ją na ziemię. Widziałem tą żałosną scenę kątem oka i to wystarczy mi na resztę dnia. 
Szedłem przed siebie uliczkami, których układ zdążyłem już poznać w ubiegłych tygodniach. Ludzie otwierali sklepy, podnosili rolety i otwierali zamki w bramach. Wszyscy jednakowo zgarbieni i przesiąknięci apatią.
Rozbijanie namiotu cyrkowego w takiej lokalizacji wydało mi się być ambitną i odważną inwestycją. Jako, że nie głupcem nie byłem rozumiałem doskonale, że pod tą kolorową fasadą musi kryć się coś więcej.
Aż uśmiech zabarwiony intrygą i determinacją wdzierał się samoistnie na moją twarz.
Bycie cyrkowcem nigdy nie uchodziło za dobrze płatny zawód, ale gazety trąbiły o sukcesach “The Circus Magic” na skalę krajową, jeśli nie jeszcze szerszą. Jaką zapłatę inną niż marne stosy Oru musiała otrzymywać grupa wędrownych figlarzy?
Jeśli odpowiedź na to pytanie okaże się być satysfakcjonująca, to moja podróż z Niemiec okaże się być dobrze zrealizowaną inwestycją. 
W towarzystwie myśli na temat cyrku, pomału zbliżałem się do obiektu, którego poczynania śledziłem pilnie od kilkunastu dni. Trupa podobno składała się z grona wysoce uzdolnionego. Zastanawiałem się kilkakrotnie zasypiając na skrzypiącym łóżku, czy ich zdolności dorównują moim, a może nawet je przekraczają?
Zacisnąłem dłoń skrytą pod płaszczem w pięść, słuchając charakterystycznego skrzypienia skórzanej rękawiczki. Ból głowy zniknął, więc nic nie stało na przeszkodzie.
Minąłem plac miejski i przekroczyłem kilka ulic. Gęstość zabudowania zaczęła się przerzedzać i niedługo po siódmej rano przede mną wyłoniła się ogromna przestrzeń, na której wyrastał monumentalny namiot otoczony sprzętem i wozami. W oddali widziałem kogoś naciągającego na sznurki chorągiewki tańczące na wietrze.
Zatrzymałem się na moment, aby przyjrzeć się okazałej jurcie. W samą porę.
Zbliżyłem się do fikuśnie zdobionej bramy i położyłem dłoń na prętach. Plac był jeszcze pusty, ale pomieszczenia cyrkowe z pewnością mnie nie zawiodą. Na moment przed szarmanckim otworzeniem przed sobą furtki przez myśl przebiegł mi dawno niewspominany obraz.
Clavis zamigotał w mojej pamięci, i rozświetlił ją na moment tym swoim gadzim, perlistym śmiechem. Staliśmy wtedy w ogrodzie w ciepły, czerwcowy wieczór. Mój brat skończył właśnie osiemnaście lat i paliliśmy razem jego pierwszego papierosa. Na przyjęciu z okazji jego urodzin pojawiła się rodzina z zachodu, której wystrzegaliśmy się pod względem politycznym od lat. Byli podejrzliwą bandą obślizgłych, roszczeniowych szczurów, ale ich poparcie mogło okazać się kluczowe dla planowanej wówczas budowy portu. Ponieważ nasz stryj był już spalony w układach z nimi, to mnie przyszło przekonanie ich do inwestycji i ugłaskanie ich nastroszonych futer. Gdy rozmawialiśmy o tym opierając się o białe belki jednej z ulubionych altan naszej matki, Clavis zatoczył koło dłonią, w której trzymał papierosa i podsumowując moją historię, rzekł do mnie ze śmiechem: “Oh, Chevalierze! Ty zawsze wchodzisz między lisy!”.
Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem i otworzyłem bramę. Obyś miał rację Clavisie.
Przepędziwszy brata z ekranów pamięci, wkroczyłem na posesję.
Trawa była sucha i pożółkła, jak przystało na jesienną porę. Słyszałem melodię dzwoneczków wietrznych dochodzącą gdzieś spomiędzy wagonów. Energia tego miejsca była inna. Przemawiała do mnie. 
Przechodząc między drewnianymi przyczepami rozglądałem się za czymś, co wskazywałoby na miejsce urzędowania przywódcy trupy bądź właściciela areny. Nie chciałem tracić czasu na zbędne pogawędki, zależało mi na tym, aby jak najszybciej porozmawiać z organem decyzyjnym.
- Oh! Widzę, że masz całkiem pokaźny tobołek! - rozległo się tuż za mną. 
Odwróciłem się i niemal natychmiast musiałem cofnąć się o krok, ponieważ widok na świat przesłonił mi wysoki mężczyzna o długich, połyskliwych, zielonych włosach.
Otaksowałem go szybkim spojrzeniem. Z jednej strony jego ekspresja wydała mi się oburzająca, z drugiej zaś - znajdowaliśmy się w cyrku, prawda?
- To do nas taka podróż? - zapytał, wskazując na mój plecak dłonią skrytą w białej rękawiczce.
- W istocie. - odparłem. Zrzuciłem bagaż na ziemię, a mężczyzna uniósł brwi jakby chciał pokazać mi pocieszne dziwienie. Wyciągnąłem dłoń w jego stronę. - Chevalier von Urach. Chciałbym porozmawiać z kimś, kto kieruje waszym przedsięwzięciem.
Zielonowłosy chwycił moją dłoń i potrząsnął nią. Energicznie, ale bez przesady. Miał solidny uścisk.
- Jestem Light, a ty również wkrótce będziesz nazywał się inaczej! - puścił moją dłoń, wyprzedził mnie i gestem dłoni wskazał drogę. - Chodźmy, zaprowadzę cię do Pik’a.
Zmarszczyłem brwi na krótki moment po jego wypowiedzi. Człowiek, który zdradzał sobą całą paletę kolorów miał decydować o moim imieniu? Podniosłem plecak i ruszyłem za nim, ganiąc siebie samego za zbędne oburzenie. Jesteśmy w cyrku, więc na nic zdadzą się tu moje nerwy.
Light poprowadził mnie w głąb placu i wkrótce znaleźliśmy się w całkiem przyjemnym, ciemnym gabinecie, w którym ściany wystawione były plakatami oraz trofeami zdobytymi przez trupę. Widziałem kiedyś podobny lokal w cyrku na Litwie, który występował na dworze. Pod meblościanką z książkami stało solidne, dębowe biurko. Dobry materiał i fachowa robota. Gdy tylko wkroczyliśmy do środka, Light chciał przekazać mi, że Pik zaraz powinien się pojawić, ale nie skończył nawet swej wypowiedzi.
Drzwi, przez które przed momentem weszliśmy otworzyły się raptownie, a do środka wparował białowłosy, uśmiechnięty mężczyzna.
- Light, a kogo ty tu masz? - zapytał swojego kolegę z uśmiechem, po czym zajął miejsce za biurkiem.
- Chevalier von Urach. - powiedziałem, nim zielonowłosy zdążył mnie wyręczyć. Wyciągnąłem rękę do mężczyzny za biurkiem. - Drugi książe litewski.
- No proszę, książe! - rzekł ten, którego nazywali Pik’iem. Mężczyźni zaśmiali się do siebie. - Siadaj, siadaj książe.
Czoło przecięła mi pulsująca żyłka. Czy on miał świadomość, jak użytkować tego tytułu?
- Too… ja was zostawię. - usłyszałem Lighta i dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.
Siedząc przed administratorem cyrku patrzyłem prosto w jego oczy, które barwą niewiele odbiegały od mojej. Czekałem na jakiś konkret, ale białowłosy patrzył na mnie z szerokim uśmiechem, a nie oczekiwaniem.
- Daleka podróż, hm? - zagadnął. - Nazywam się Pik i stoję na czele naszej rodziny. Co cię do nas sprowadza?
Odchrząknąłem delikatnie i wyjaśniłem mu pobieżnie co słyszałem oraz czego pragnę tutaj spróbować.
- Szerzenie dobroci to zawsze piękny cel, prawda? - mruknął rozmarzony. Chyba spodziewał się, że pociągnę tą rozmowę w tym bezsensownym kierunku, ale gdy zrozumiał swoje niedoczekanie, usiadł nieco prościej, a jego oczy stały się bardziej poważne. - Czy jest jakiś talent, za pomocą którego jesteś w stanie tą dobroć szerzyć?
- Zdecydowanie. - odrzekłem, siadając wygodniej. 
Pik poruszył brwiami w zachęcającym geście.
- Opowiedz. - syknął z uśmiechem.
- Czy masz coś, co możemy położyć na tym pięknym blacie? Nie chciałbym zniszczyć twojego stanowiska pracy. - powiedziałem zaglądając mu w oczy, a moją twarz przeciął szybki, pokątny uśmiech.
Szef cyrku mrugnął do mnie porozumiewawczo, wstał i zniknął za moimi plecami. Nie śledziłem go wzrokiem, ale usłyszałem jak coś otwiera i przynosi ze sobą pokrywę skrzyni.
Ułożył ją na krawędzi biurka, blisko mojej prawej ręki.
- Wystarczy? - zapytał siadając.
Pomyślałem, że powinno. 
Wyciągnąłem prawą dłoń na wysokość klatki piersiowej i patrząc na twarz mężczyzny rozłożyłem palce. Niecałe pół metra nad położoną deską otworzyła się fioletowa, niewielka dziura, której krawędzi zamigotały w mgnieniu oka czymś srebrnym. Rozległ się krótki świst i trzy rytmiczne uderzenia w drewno.
Pik obserwował, jak na jego oczach znikąd wyłoniły się trzy srebrne sztylety, które teraz stały wbite ostrzami w wieko skrzyni, które przyniósł.
Mężczyzna gwizdął cicho i spojrzał na mnie.
- Niezłe. - rzucił optymistycznie.
- Wiem. - odparłem i odwróciłem dłoń, co spowodowało otwarcie portalu zwrotnego na biurku. Ostrza zniknęły wlatując w otchłań bliźniaczą do tej, z której się wyłoniły.
Następne czterdzieści minut spędziliśmy z Pik’iem na czytaniu dokumentów, rozmawianiu o panujących tu funkcjach oraz składzie trupy. Mężczyzna wspomniał mi o monstrach, których konceptu nie byłem w stanie jednak do końca pojąć. Pik zdradził, że to przyjdzie z czasem. Musiałem zapoznać się z licznymi papierami, ale to od zawsze szło mi sprawnie.
Podpisywałem gdzie trzeba, stawiałem trafne pytania. Poszło nam całkiem sprawnie.
Po przedstawieniu planu treningowego, z jakim będę musiał się oswoić Pik przedstawił mi ostatnią kwestię.
- Teraz jesteś cyrkowcem. - oznajmił. - Nie księciem, nawet nie von Urlichem…
- Urachem. - poprawiłem.
- Mój błąd. - wyciągnął ostatni papier i wrócił pośpiesznie do tematu. - Powiedz mi, jak od teraz będziesz się nazywał i podpisz to tutaj. To twoje nowe imię. Imię dla ludzi, dla widzów, którzy będą ci kibicować jeśli nadasz się do wystąpienia na scenie. Nowe imię dla nowej rodziny, rozumiesz?
Z jakiegoś powodu, gdy mówił o cyrku w kontekście rodziny, to wszystko w nim stawało się rzetelniejsze, trwalsze, surowsze. Czyżby solidny pokaz wartości?
Wbiłem wzrok w rubrykę, którą miałem podpisać. Imię, które będzie mnie dobrze reprezentować? Przez umysł przebiegła mi myśl ostra i lśniąca jak ostrze. Poczęstowałem Pik’a długim spojrzeniem i podpisałem kartkę staranną kaligrafią. 
Położyłem dłoń na dokumencie i przesunąłem ją na jego koniec biurka. Pik odczytał arkusz, uśmiechnął się szeroko i wstał, wyciągając do mnie rękę.
- To rozumiem, Beast! - dołączyłem do niego i uścisnąłem jego dłoń. Pochyleni nad dębowym biurkiem, w skromnym, ciepłym świetle wymieniliśmy  tak różne od siebie uśmiechy. - Chodź, pokażemy cię reszcie i przystąpisz do pracy.
Wyprzedził mnie i entuzjastycznie otworzył drzwi komunikując swoim naelektryzowanym ciałem, że od teraz mam podążać za nim. Podniosłem plecak i ruszyłem za blondynem, wychodząc na światło porannego słońca, które jak raz wyjrzało dla mnie zza chmur.

< Lacie? Można prosić? > 

Że życie ludzkie jest tylko snem...

zdawało się już nie jednemu. I mnie również uczucie to stale towarzyszy.

OD Arche

- Clam puszczaj! Clam słyszysz ty mnie. Mogę iść o własnych nogach.. Clam. - nie reagowała, na żadne moje słowa. Gepardzica, totalnie mnie zignorowała i dalej ciągnęła w bliżej nieokreślonym kierunku. Musi to dziwnie wyglądać, jak "dzikie" wychowane zwierzę w postaci geparda, trzyma cię za kawałek ubrania i ciągnie w jakiejś miejsce. Tak jakbym był jakąś lalką albo jej pożywieniem, bądź nawet zabawką. Mnie nie było ani trochę do śmiechu.
- Ayo! Ayo gdzie jesteś? - wołałem tygrysa i wołałem, aż zrobiła mi się chrypka. To także nic nie pomogło. Westchnąłem zrezygnowany. Najzwyczajniej w świecie czekałem, na koniec tej naszej wędrówki.
Ku mojemu zdziwieniu przysnąłem, a gdy się obudziłem, ktoś na mnie patrzył oraz coś mówił.
- Obudzi się śpiącą księżniczko. Ayo jest tutaj. Zapomniałeś, że miałeś przyjść wczoraj po swoim treningu. Głupcze. - warknęła, wzdychając Gatta. Podniosłem się z ziemi i obejrzałem, gdzie jestem. Był to namiot, w którym zazwyczaj przesiaduje. Znajdują się tu zwierzęta w klatkach, niektóre też mogą z nich wyjść, o ile będą się zachowywać. Ayo i Clam, są wychowani przeze mnie. Choć dokładniej to Clam przywieźli rodzice. Znaleźli i mieli ją przetrzymać, dopóki się nie wykuruje. Jednakże nikt nie mógł do niej podejść, aż którejś nocy Ayo gdzieś zniknął. Znalazłem go dopiero w miejscu spoczynku Clam, dlatego też położyłem się spać między nich. Dalsze nasze losy wyszły dotąd.. Clam nie lubi wielu osób. Ayo jest dla niej jak starszy brat.
- Zasnąłem, a potem gdy się obudziłem była noc. Przekąsiłem coś i ponownie zasnąłem wtulony w Ayo i Clam. - odezwałem się, by się bronić. Nawet spokojnie na linie mogłem zasnąć i nic, by mnie nie obudziło. Troszkę to straszne, ale wówczas gdy spadnę, aktywuje się moja umiejętność i mnie uratuje. Choć nie zawsze to działa.
- Nie licz, że twoja specjalna umiejętność cię zawsze uratuje. Zapomniałeś, jak to skończyło się ostatnim razem. - warknęła, tym razem nieco zmartwionym tonem. Głaskała jednego ze zwierząt, gdy ja opierałem swoją głowę o ciało śpiącej Clam.
- Pamiętam. Staram się trenować i uważać, ale nie zawsze wiem, co się stanie. - chciałem coś dodać, ale jedynie westchnąłem i wtuliłem się w ciepło swojej przyjaciółki.
- No dobrze. Ayo jest otwarty na nowe znajomości, za to Clam się ogranicza, chyba zbyt długo jest z tobą. Wiesz, że nie przetrwa już sama w dziczy? - nie wiedziałem do końca, czy to ma być stwierdzenie, czy jednak pytanie. Jednakże wolałem odpowiedzieć.
- Clam przyjechała z moimi rodzicami, ranna. Gdyby nie ja, rodzice i Ayo. Nikt by się do niej nie mógł zbliżyć. To jej wybór, jeśli chce zostać, to zostanie. Jeśli chce odejść, to odejdzie. Nie powstrzymam jej, jednakże niech wie, że zawsze będę jej domem z Ayo. - odpowiedziałem, na to niby stwierdzenie, albo pytanie. Kot ją wie.
- Skoro już tu jesteś, to wstawaj i mi pomóż je wszystkie nakarmić, samej dłużej mi się zejdzie, a z tobą pójdzie szybciej. - rzekła. Niemalże jak tornado zmieniła temat. Jednakże to dobrze, najwyraźniej moja odpowiedź była satysfakcjonująca. Trudne słowa.
- Już wstaje i pomagam siostro. - rzekłem. Dziewczyna się uśmiechnęła i ruszyła, chyba po wodę. Dlatego też musiałem wstać, przyszykować miski, oraz inne naczynia, po czym po kolei zacząłem je karmić i wyciągać, to czym zazwyczaj się posilają.

***

Po wykonaniu danego zadania, położyłem się na kocu, który znajdował się na stogach siana. Jednakże nie był on zbyt wygodny, dlatego zbliżyłem się do Ayo, który spał nieopodal Clam. Po części położyłem się na Ayo, a druga część mojego ciała leżała na ziemi. Wtuliłem się w ciepło futra Ayo, po czym zasnąłem, w mgnieniu oka. Zmęczyłem się oraz Gatta gdzieś mi przepadła. Niebawem poczułem kolejne źródło ciepło, przez co się przebudziłem i ujrzałem Clam. Uśmiechnąłem się lekko i wtuliłem w oba pupile.
- Arche. Arche. Obudź się, no wstawaj. - słuchałem głos Gatty, ale myślałem, że to sen. Dlatego nawet się nie ruszyłem. Clam się najwyraźniej obudziła i zaczęła mnie szturchać pyskiem. Próbowała mnie zaczepiać łapami. Następnie obudził albo został obudzony Ayo, przez co sam musiałem się obudzić, gdyż wylądowałem na ziemi. Zimnej i brudnej. Fukałem sobie pod nosem zirytowany i zacząłem kaszleć.
- No wstałem już. - warknąłem zły. Nie lubię, gdy się mnie budzi.
- Zanieś to do namiotu Ozyrysa. To ten, który rozsiewa wokół siebie ciepło feniksa. - rzekła dziewczyna. Wręczyła mi jakąś szkatułkę, po czym wygoniła z namiotu. Było to dziwne, ale skoro już skończyłem, swoją robotę to mogę iść.
Zanim jednak ruszyłem, musiałem popić leki, oraz nieco się otulić ciepłą kurtką. Po tych czynnościach mogłem spojrzeć na swoje pupile.
- Ayo. Clam. Idziemy. - zawołałem, oba. Nie musiałem długo czekać, gdyż po chwili znalazły się po obu moich stronach, wówczas mogliśmy ruszyć dalej, by zanieść przesyłkę Panu Feniksowi. Może, zanim nas przegoni, pozwoli na zyskanie odrobiny ciepła.

Ozyrys?

Na wysokości...

łatwiej ocenić poziom swojego strachu.

Orion (+Riddle) CD Lacie

Wystarczyła tylko chwila nieuwagi, żeby mój największy koszmar się spełnił. Nigdy nie zapomnę tego paraliżującego uczucia, które mnie ogarnęło, gdy moje palce zdołały zaledwie delikatnie musnąć liny - mojej jedynej deski ratunku. Zacząłem spadać prosto w dół. W samo epicentrum zamieszania, pełne bólu i rozpaczy. Zostanę przechwycony przez bestie? Czy najpierw wyląduje na ubabranej krwią arenie, łamiąc kręgosłup? Jedyne czego byłem pewny to, że dołączę do niezliczonej ilości ofiar, które niczemu winne straciły tutaj życie. Bałem się spojrzeć w dół, ale z drugiej strony byłem ciekaw, kiedy nadejdzie koniec. Jednak nie mogło to trwać w nieskończoność, a moją ostatnią nadzieją na życie była lina. Lina, która z każdą sekundą coraz bardziej się ode mnie oddalała. Nie pozostało mi nic innego, jak się poddać. Zdecydowałem się zamknąć oczy. Ciemność - to ostatnie, co widzę przed śmiercią, a potem... cisza? Nie tak sobie wyobrażałem własny koniec. Myślałem, że chociaż coś poczuję. Jakiś przeszywający ból? Nie?
Jednak... Co to? Słysząc delikatną melodyjkę, żywcem wyjętą ze starej pozytywki, otworzyłem oczy. Nie widziałem czy to sen, czy jawa, ale wszystko dookoła mnie zastygło, łącznie ze mną - zawisłem bezwładnie w powietrzu, choć mało mi brakowało to spotkania się z ziemią. Jednak choćbym się bardzo starał, nie byłem w stanie jej jeszcze sięgnąć. Tak, jakbym utknął w ułamku sekundy, zachowując całkowitą świadomość.
- Co do cholery...? - wymamrotałem, tak cichutko, jak to tylko było możliwe, by czasem nie zagłuszyć melodii, która dobiegała do mnie z każdej możliwej strony. W całym namiocie momentalnie zrobiło się lodowato, co zauważyłem głównie przez dym, jaki wydobył się z moich ust, gdy tylko się odezwałem. Mój wzrok uciekał na boki, szukając jakiegoś logicznego wyjaśnienia tej sytuacji. Czy tak wygląda moment śmierci?
Zauważyłem zastygłe bestie, z których jedna już szczerzyła zęby na moje spadające ciało. Pomyśleć, że wszystko się znów zacznie poruszać i ta z ochotą mnie rozerwie na kawałki. Momentalnie zacząłem panikować, gdy tylko to do mnie dotarło. W wyniku czego zacząłem się ruszać na wszystkie strony, ale jedyne co, to okręciłem się wokół własnej osi, nie zniżając się ani milimetra. Czy tak właśnie muszą się czuć astronauci w kosmosie? Nie mogłem znaleźć lepszego porównania... Zresztą, kto by miał na to czas, będąc w takiej sytuacji? Bezradny starałem się zrobić cokolwiek, ale finalnie tylko dorobiłem się zawrotów głowy, które nie tylko sprawiły, że czułem przy gardle zawartość własnego żołądka, ale również wpłynęły na całą melodyjkę - choć wciąż kojarzyłem ją z pozytywką, to nie brzmiała ona już tak czysto, a wręcz jak po spadnięciu na ziemię - nie dało się już tego słuchać. Na moje nieszczęście jeszcze utknąłem, wisząc do góry nogami i ciężko mi było wrócić do lepszej pozycji. Chciałem się na tym skupić, bo już naprawdę myślałem, że zaraz normalnie zwymiotuje, ale w tym momencie też przyuważyłem coś dziwnego kątem oka. Spomiędzy zastygłych w miejscu bestii oraz uciekających ludzi, wyłaniający się z mroków, którymi były spowite trybuny, zauważyłem białe ślepia, które wpatrywały się prosto we mnie. Mógłbym to z łatwością zbagatelizować i uznać za zwykłe omamy, ale heh... To dość zabawne, ale zaczęło się ich pojawiać jeszcze więcej i więcej - a wszystkie skupione na mnie.
- Widzę, że moja skromna świta wzbudza w tobie niepokój. - usłyszałem nagle męski głos, a tuż po nim ujrzałem dość nienaturalnie uśmiechniętą postać, która wyłoniła się zza pokrytych mrokiem ludzkich sylwetek i zmierzała w moją stronę. Cera blada jak ściana, gdzieniegdzie pokryta czarnymi pęknięciami. Końce palców były ostre i czarne jak noc. Wzrok otępiały, wręcz żarzący się zielenią, na którego opadały pojedyncze kosmyki długich do ramion włosów o ciemnym odcieniu.
- Coś za jeden? - spytałem, czując jeszcze większy chłód, gdy postać zatrzymała się przede mną i położyła dłonie na moich policzkach. Ciężko mi tu wspomnieć o jakichkolwiek odczuciach. Fakt, że wisiałem do góry nogami i to z tej perspektywy musiałem się wszystkiemu przyglądać - już był wystarczająco dziwny.

***

Jeżeli już wracać, to z przytupem, mam rację? Była to idealna okazja na rozpoczęcie kolejnej pasjonującej opowieści i poruszenia kolejnych marionetek w moim teatrzyku.
- Kiedyś sam na to wpadniesz. - odparłem krótko, wpatrując się w chłopaka, jednocześnie przejeżdżając palcami po jego twarzy. Sean już od małego był kreowany przez otoczenie na bajeranta idiotę, który na dodatek pomimo promowania bardzo modnego stylu życia opartego na indywidualiźmie, jest strasznie zakłamanym człowiekiem, nie wspominając o jego kochanej znajomej. Nie, żeby coś, ale myślałem, że to ja tutaj jestem od sprawiania kłopotów. Jednak jestem w stanie ją zrozumieć. Posługując się średnio zaawansowanymi klątwami, sam chciałbym z nich korzystać.
W sumie szkoda strzępić język. Przyszedłem tutaj kogoś po prostu ocalić od niechybnego końca. Smutne, że zawsze muszę brać takie sprawy we własne ręce.
- Opowiem ci krótką historię. O pewnym sklepikarzu. - zacząłem, nie kryjąc uśmiechu. - Biznes szedł mu wyśmienicie. Mnóstwo towarów na półkach i mnóstwo klientów. Wszyscy zadowoleni z dobrych produktów i przystępnych cen. Istny raj na ziemi dla właściciela sklepu. - opisałem po krótce, na co chłopak pomimo zaskoczenia, postanowił przynajmniej słuchać. Dodatkowo pokiwał głową, gdy tylko spojrzałem prosto na niego, bym mógł w spokoju kontynuować. - Jednak jak możesz się spodziewać, nic co piękne nie trwa wiecznie. Przed jego sklepem pojawił się czarny kot, który zaczepiał wszystkich klientów, którzy wchodzili bądź wychodzili ze sklepu. - kontynuowałem. - Można powiedzieć, że nie było to nic złego. Co jakiś czas zdarzyło mu się nawet dostać jakiś przysmak albo zostać pogłaskanym. - powiedziałem, podchodząc do jednej z bestii, która akurat mi wpadła w oko. - Jednak kot był czarny i przynosił ogromnego pecha. Nie tyle, co samym kupującym, a samemu sklepikarzowi. Kot był dla niego istnym utrapieniem, którego próbował się wiele razy pozbyć i to na różne sposoby, co również nie podobało się samym klientom. - oznajmiłem, chwilę wpatrując się w bestię, po czym przeniosłem wzrok na chłopaka. Od razu się spiął, po raz kolejny kiwając głową, gdy tylko poczuł na sobie mój wzrok. - Nie oszukujmy się, ludzie są bardzo głupi. - dodałem. - Dlatego jasne było, że nie obwiniali o nic kota, a sam sklep. Z czasem nas sklepikarz zaczynał tracić klientów, jak i swoje dobre imię przez głupią walkę ze zwierzęciem, które nie było takie łatwe do przegonienia. - wróciłem już do mojego rozmówcy, który wciąż wisiał do góry nogami. - Koniec z końców splajtował i stał się wyrzutkiem społeczeństwa, a kot z czasem go zjadł. - westchnąłem, schylając się trochę do niego i dając mu pstryczka w nos. - Pytanie, Shiver. Rusz swoją mózgownicę. Jaki jest morał? - spytałem dość monotonnym tonem i znudzoną miną. Dobrze wiedziałem, jak to się skończy.
- Trzeba się wystrzegać kotów? - zaproponował, na co przewróciłem oczami.
- Otóż nie. - odparłem, znów się prostując. - Co z ciebie za debil. Po co z kotem walczyć, gdy można się z kotem dogadać?
- Ale kot, to tylko zwie...
- Po co trzymać się kurczowo tej dobrej strony, gdy można zaznać słodkości tej mrocznej?

***

"Radzę się nad tym dobrze zastanowić." Ostatnie zdanie, jakie pamiętam po całym zajściu. Później już obudziłem się w przyczepie lekarskiej z dość ciekawym świecidełkiem zaciśniętym w dłoni. O dziwo wyszedłem z tego bez szwanku, co tym bardziej sprawiło, że zaczynałem się naprawdę zastanawiać, czy ta rozmowa była rzeczywiście snem... Wciąż zresztą mi to chodzi po głowie. Jest to dość świeża sprawa. Minął zaledwie dzień od całego zajścia. Wszystkie prace cyrku są zawieszone i nie miałem na razie co ze sobą zrobić.
- Ej, wyłaź! Ile można siedzieć pod prysznicem?! - usłyszałem czyiś głos zza drzwi, co obudziło mnie z zamyślenia i sprawiło, że zakręciłem już wodę i w końcu wyszedłem spod prysznica. To już nie pierwszy raz, gdy zastygam, zaczynając myśleć nad tą całą sytuacją. Prawie zginąłem, ale... Jednak wciąż tutaj stoję, oddycham i czuję mam władze nad wszystkimi kończynami. Pragnąłem tak bardzo wyjaśnić parę kwestii, a w tym niebieskie szkiełko, z którym w dłoni się przebudziłem. Znałem tylko jedną osobę, która zajmuje się tego typu błyskotkami, a skoro już nie miałem, co ze sobą począć w mojej głowie zrodził się dość ciekawy plan...
Poczekałem do zmroku, bacznie z ukrycia obserwując przyczepę kochanej Lacie. Nie wychodziła z niej od dobrych paru godzin i widziałem, że kiedyś to musi nastąpić. Co najbardziej mnie zdziwiło, to pora, w której się to stało. Dochodziła północ, a dziewczyna ewidentnie gdzieś się wybierała. Na razie jednak interesowało mnie, tylko dostanie się do środka jej przyczepy. Później z chęcią zajmę się jej wycieczkami. Musiała coś ukrywać. Byłem tego więcej niż pewien.
Wszystko trwało bardzo szybko. Wyszła, zamknęła za sobą i się ulotniła. Odczekałem jeszcze parę chwil, by mając pewność, że nie ma jej w pobliżu i przystąpiłem do realizacji. Za co jestem wdzięczny, to zamki w przyczepach, które w bardzo łatwy sposób idzie otworzyć bez potrzeby klucza. W dosłownie parę chwil już mogłem wejść do środka. Od razu też ostrożnie zamknąłem za sobą drzwi, a z kieszeni bluzy wyciągnąłem małą latarkę. Jednak... Cóż ledwo zdążyłem ją zapalić i rozejrzeć się po otoczeniu, a już dostałem czymś w łeb. Tajemnicą nie jest, że przez to też od razu straciłem przytomność. Świetnie, nie? A miał być to taki dobry plan...

Obudziło mnie nerwowe krzątanie po pokoju. Leżałem pod ścianą, a niedaleko mnie jakaś osoba, która z pomocą mojej latarki zbierała z ziemi resztki szkła oraz różnego rodzaju biżuterii. Chciałem się na razie bardziej rozejrzeć po pomieszczeniu. Z tej perspektywy i tak miałem szansę coś dostrzec, jednak poruszenie głową w tym stanie graniczyło z cudem. Nie wiem, czym oberwałem, ale z pewnością porządnie, bo ból czułem nawet teraz. Zastanawiało mnie, ile byłem nieprzytomny, ale sądząc po latarce i tym, co robiła tamta osoba, nie był to jakiś długi czas.
- Hej... - postanowiłem się w końcu odezwać. Wstać nie mogłem, czy też się bardziej podeprzeć. Miałem czymś związane ręce i poniekąd rozumiem powód, ale nie zamierzałem nikomu robić krzywdy, więc co tak agresywnie? Tamta osoba, od razu się spięła, słysząc mój głos i momentalnie wycelowała prosto we mnie latarką, co nieźle mnie oślepiło. - Udajmy, że tego nie było... Nie wiedziałem, że ktoś tu jest. - wymamrotałem, odwracając głowę od intensywnego światła. - Przysięgam.
- To nie zmienia faktu, że jesteś jakimś złodziejem. - usłyszałem w odpowiedzi. Przynajmniej teraz byłem pewny, że mam do czynienia z drugim facetem.
- Nie chciałem nic ukraść, tylko coś ustalić. Wypuść mnie i porozmawiamy jak ludzie. - niestety moje tłumaczenia nie przyniosły żadnych efektów. Chłopak, zamiast kontynuować naszą rozmowę, wrócił do zbierania rzeczy z podłogi. Myślałem, że mnie coś trafi. Jeżeli Lacie mnie tu zobaczy, to mogę się założyć, że kolorowo nie będzie. W końcu jakby nie patrzeć wtargnąłem na jej teren bez zaproszenia, ale w sumie miałem teraz jeszcze więcej pytań. Chociażby, kim jest ten człowiek?

(Lacie~?)

Riddle (+Shu⭐zo) CD Robin&Vivi

Gdzieś pod śnieżnobiałym niebem, w środku odwiecznej nicości, gdzie gasną uśmiechy i śpiew. Tam, gdzie wzrok już nie sięga, gdzie się nic nie porusza, a sen i ból niesie nam nasz ciemności król. Niech panuje nam w świecie pomiędzy światami, gdzie gniew się odkłada i strach...
- Cisza... Kto się ukryje, ten przetrwa. - między drzewami pojawił się o skórze białej jak porcelana chłopczyk, który w zasadzie niczym się nie różnił od innych tutaj zagubionych dziecięcych duszyczek. Może poza żarzącym się na zielono wzrokiem. Szedł dość powolnym krokiem, delikatnie przy tym podskakując. Był jak w jakimś transie. - W świecie pomiędzy światami, gdzie gniew się odkłada i strach. - powtarzał praktycznie w kółko, trzymając w rękach wysuszony bukiet róż. To on był powodem, dla którego Robin zrezygnował ze skakania do studni. Zamiast tego podążył za nim i w sumie trudno powiedzieć, co nim tak naprawdę kierowało. Może myślał, że jednak studnia nie jest najlepszym wyjściem? Jest w tym w sumie trochę prawdy. Chłopczyk nie zwracała na niego uwagi. Przemierzał lekkim krokiem las, w pewnym momencie trafiając na wydeptaną ścieżkę. Wszystko dookoła było takie wyblakłe i pozbawione życia. Idealnie wpasował się w ten krajobraz, poza jego niepokojącym wzrokiem, który w pewnym momencie przeszył Robina na wskroś. Stanął wtedy przed rozdrożem i za nim obrał jedną ze stron, posłał do chłopaka za sobą pusty uśmiech, po czym ruszył dalej.
- Cisza... Kto się ukryje, ten przetrwa. W świecie pomiędzy światami, gdzie gniew się odkłada i strach. - ciągle powtarzał jak mantrę, dopóki nie doprowadził Robina do małej polanki, gdzie przed powalonym drzewem stał anonimowy nagrobek z jedynym bardzo starym wyrytym napisem: "Niech twój mrok odnajdzie spokój w świetle". Chłopczyk śmiało zbliżył się do nagrobka. Zamilkła na moment, wpatrując się w wyryte słowa, a Robin z czasem sam postanowił się zbliżyć. Również przyglądał się napisowi, a z czasem spojrzał również na małego towarzysza. Był to dość młody chłopak mający może z dwanaście lat. Wychudzony i dość wysoki o prostych włosach, które opadały na jego ramiona i czasem zdarzyło się, że też oczy. Na sobie miał czystą i trochę za dużą śnieżnobiałą koszulkę, a do kompletu krótkie spodenki, które sięgały mu do kolan.
- Wiesz, kto tam leży? - spytał ostrożnie, czekając na reakcję dziecka. Chłopczyk jedynie się delikatnie uśmiechnął, kładąc przed nagrobkiem kwiatki, które zresztą tutaj przyniósł.
- Ostatnie słowa pożegnania. - odpowiedział, wyciągając obie dłonie w stronę nagrobka, wymuszając serdeczny uśmiech. - A... Żyje od wielu wieków... - odparł, a po chwili spojrzał na ewidentnie zakłopotanego Robina, łapiąc go za rękę - kolejna rzecz, którą się różnił od reszty zjaw. - Wiem, że chcesz wyjść, ale... Król ma inne życzenie. Chce, żeby w twoich oczach ten promyk światła zbladł i w końcu zgasł. - odparł cichutko, na co Robin mimo wszystko się spiął. Pewnie spodziewał się, że dziecko zaraz zrobi mu krzywdę lub coś podobnego. Jednak jego tatuaże świeciły, odkąd się tu zjawił, teraz już przynajmniej powód jest jasny. Coś się na niego czai i kto wie... Może to nawet był ten mały chłopiec? W końcu czy Riddle by już się dawno nie pojawił, gdyby tak bardzo chciał go zabić własnymi rękami?
- Skoro to twój król... - zaczął niepewnie, ale przerwał mu gwałtowny kaszel, który nagle nawiedził dziecko. Gdy tylko znów podniósł na niego wzrok, jego oczy, a w zasadzie ich zmęczony wyraz mógł wydać się mu dość znajomy, ale nawet jeśli, zachował to dla siebie. To raczej nie czas, żeby zająć się własnymi domysłami.
- Pewnie zostaniesz tu ze mną. - oznajmił spokojnym tonem. - Śmiesznie, że tak świecą. Robisz za latarkę, gdy jest ciemno? - spytał, zaczynając się cicho śmiać i przy tym pogładził delikatnie palcami skórę na przedramieniu chłopaka. Nigdy nie miał okazji widzieć człowieka, którego znaki na ciele tak świecą.
- Ja... Ja muszę stąd wyjść. - oznajmił, odsuwając od siebie chłopca. Cała sytuacja już ewidentnie mu się nie podobała. Od razu też rozejrzał się dookoła. Ścieżka, którą tu przyszli nagle zniknęła. Co on miał teraz biedny począć?
- Ale... My potrzebujemy światła, Robin. - odparł smutno, wyciągając za nim ręce, a w zasadzie głównie za jego świecącymi tatuażami. - Ja potrzebuję i to nie wiesz jak bardzo. Gdybyś tu został...
- Bzdury. - skwitowałem, w końcu włączając się do rozmowy. Siedziałem z założonymi rękami na wcześniej wspomnianym nagrobku. - Myślałem, że lepiej umiemy dobierać towarzystwo. - mruknąłem zniesmaczony do malca, przy Robinie, po czym zwróciłem się do niego samego. - Dałeś się wrobić jak dziecko. Jak się z tym czujesz? - spytałem rozbawiony, obejmując go ręką. - Dawno się nie widzieliśmy, co? - chłopak w zasadzie momentalnie się ode mnie odsunął i zaczął biec prosto w głąb lasu, a za nim poleciał ten mały kurdupel, jednak jego zdążyłem przynajmniej złapać za rękę i przyciągnąć do siebie. Było blisko i już nie byłoby mi tak do śmiechu, gdyby tak zaczął paplać...
- Gdzie ci się tak spieszy?
- Robin! - tyle zdołał wykrzyczeć, gdy zdążyłem dłonią zakryć mu usta. Dzieciak jednak nie dawał łatwo za wygraną i wgryzł się w moją dłoń, co o dziwo ch.olernie zabolało. Puściłem go momentalnie, łapiąc drugą ręką za to miejsce, z którego pociekła czarna niczym smoła ciecz. Chłopczyk zresztą zrobił to samo, wypluwając resztki czarnej cieczy z ust, a dłonią tamując czerwoną ciecz zwaną przez ludzi krwią. - Znajdź miejsce, do którego chcesz wrócić! - dokończył, na moje nieszczęście. Choć istniał cień szansy, że Robinek tego nie usłyszał. Jedna studnia to zaledwie jedno przejście. Sztuka znaleźć tą właściwą...
- Czemu przestałeś się słuchać? - mruknąłem z niechęcią, pukając chłopca w głowę. Jego oczy wtedy mocnej błysnęły zielenią, a ten zamarł, wpatrując się w ziemię. - Od razu lepiej, moja ty laleczko. - mruknąłem, tarmosząc policzek chłopca, lecz po chwili już się wyprostowałem, masując dłonią swój własny policzek. Trochę przesadziłem, jednak nie o to się rozchodzi. Musiałem znaleźć Robinka, jak najszybciej się da. Miałem nadzieję, że przynajmniej pomogą mi w tym moje dusze. Z tą właśnie myślą wkroczyłem już do lasu.

///////- w międzyczasie -/////////

- O, Robin! - krzyknąłem, by zwrócić na siebie uwagę chłopaka, po czym do niego podszedłem z Yukim w objęciach. Akurat wybieraliśmy się zobaczyć próbę tatusia, ale może to chwilkę zaczekać. Chłopak momentalnie się z uśmiechem do mnie odwrócił, co jednak sprawiło, że położyłem po sobie uszy, robiąc krok do tyłu. Czułem, jakbym miał do czynienia z zupełnie inną osobą, a sam Yuki zaczął niespokojnie gaworzyć.
- Wszystko w porządku? - spytał, mimo wszystko do mnie podchodząc. Yuki w tym samym momencie się rozpłakał, co sprawiło, że bardziej go do siebie przytuliłem, robiąc kolejny krok w tył. Strasznie nieswojo czułem się w jego towarzystwie i moje kochane dziecko widocznie też. Tylko... Z czego to mogło wynikać?
- Nie... Yuki po prostu jest jakiś marudny. - odpowiedziałem mimo wszystko, zaczynając lulać swoje maleństwo.
- Och, możesz mi go dać. - zaproponował, wyciągając ręce po mojego synka. - Spróbuję ci pomóc.
- Nie-! - krzyknąłem, momentalnie urywając i jeszcze bardziej obejmując swoje maleństwo. Miałem wrażenie, że oddałbym dziecko jakiemuś potworowi, a nie kochanemu Robinowi. - Znaczy... Nie, wrócę z nim po prostu do namiotu. Najlepiej będzie, jak go położę. Zobaczymy się później. - odparłem z uśmiechem, a później szybko oddaliłem się z maluchem do namiotu. Mam nadzieję, że ta sprawa się wyjaśni... Może Robinowi coś się stało? Pierwsze co, to pomyślałem o tym przeklętym lekarzu. Jeśli coś mu zrobił, to chyba go rozszarpię własnymi rękami. Biedny Robin...

(Vivi~? Robin~? Resztę zostawiam wam)

11 mar 2022

Vogel CD Jumper

Kręcąc dłonią w powietrzu, próbowałem coś z siebie wykrzesać. Oczywiście coś neutralnego. Chociaż może lepiej, jakbym poszedł w którąś ze stron. Po tym, co usłyszałem, mogłem wywnioskować, że każdy z nich miał odmienne zdanie o tej całej sytuacji. Ona była przeciw, a Boris powiedzmy, że bronił, natomiast Spectro? Raczej wolał znaleźć więcej poszlak. Zresztą jak my sami. Westchnąłem przeciągle i odkroiłem kolejny kawałek ciasta. Biorąc go do ust, spojrzałem po sali pełnej zajadających i zajętych rozmową ludzi. Nie wiem nawet, co było moim planem. Najłatwiej powiedzieć, że go po prostu nie miałem. Zapewne to, że odezwałem się za głośno, skreśliło odnalezienie jakieś poszlaki. No nic, może samotnie tego dokonam, o własnych siłach. Powróciłem wzrokiem do trójki, która wyglądała na wygłodniałe zwierzęta. Chcieli informacji ode mnie tak bardzo, jak ja od nich. Prychnąłem pod nosem, zwieszając głowę.
- Naprawdę nic więcej nie powiesz? - odezwała się kobieta, po czym z roześmianym głosem ciągnęła dalej - Nie wiem, kim jesteś, ale najwyraźniej nie znasz tego, co się aktualnie dzieje. Ten dzieciak, Jumper, podpalił namiot i są na to dowody. Jasne i nie do podważenia - wypięła piersi w dumie, na co podniosłem brwi.
- Nuktar nie bądź już taka - przemielił posiłek Boris - Mógłby być to każdy...
- Każdy? Ha! - trzasnęła dłonią o stół, odwracając się w pełni do swojego kompana - Może powiesz jeszcze, że ktoś go wrobił? Proszę cię, w co ty chcesz wierzyć - pokręciła głową.
- A jeżeli tak właśnie jest, to co zrobisz? - odpowiedziałem niepytany, ponownie zwracając na siebie uwagę. Spojrzałem w jej kierunku - Przeprosisz za swoje słowa?
Dziewczyna, słysząc to, na krótko się zapowietrzyła i zaczerwieniła. Chyba nie mogła zdzierżyć mojego spokojnego głosu w tym wszystkim.
- Zapomnij - warknęła - Zrobił już tyle szkód w cyrku, że nawet jeżeli to nie jego sprawka, to nie ma co go przepraszać. Jest rozwydrzony i myśli, że wszystko, co robi, jest w porządku. Przyda mu się kara i to surowa. Może przez to choć trochę zmądrzeje - zarzuciła włosami do tyłu, po czym wstała - Idę potrenować i się trochę uspokoić, bo z wami to się nie da rozmawiać - jak powiedziała, tak zrobiła, bo chwilę później odprowadzaliśmy ją do wyjścia.
Między nami wywiązała się długa cisza, która po jakimś czasie została przerwana przez cichy głos Spectro.
- Ta to ma dopiero gorącą głowę... - westchnął, kręcąc głową, którą chwilę później ułożył na otwartej dłoni - Co masz na myśli? Z tym że to może nie on?
Wzruszyłem ramionami, celując w nich widelcem.
- No nie wiem, może to, że nie należy oceniać książki po okładce?
- Ale po opisie już tak... - powiedział powoli Boris. Może jednak myliłem się co do tego, że broni chłopaka?
- Przestań pieprzyć - uniosłem kącik ust, pokazując, że nie biorę ich słów na poważnie - Każdemu mogło się zdarzyć - wzruszyłem ramionami.
- Zdarzyć - Spectro wyprostował się i skrzyżował ręce na piersiach - I kto tu pieprzy? Tak w ogóle, to kim jesteś?
- Zwykłym pracownikiem - włożyłem widelec z jedzeniem do ust - Tymczasowo tak zwaną "złotą rączką" - pokazałem cudzysłów palcami.
- Hmm... - zamyślili się oboje, po czym Boris pstryknął palcami - Ah! Musisz być tym nowym! Dalej, jak ci...
- Vogel - kiwnąłem głową na znak przywitania.
- O, właśnie! - zaśmiał się cicho, a następnie ciągnął, uprzednio odchrząkując - Co masz w ogóle na myśli, mówiąc wpierw, że go oczerniamy, następnie, że sam go tak jakby skazujesz, a następnie jednak go bronisz? - zaczął wyliczać na palcach moje przemowy, co uważnie obserwowałem.
Właśnie, co miałem na myśli? Gdybym tylko wiedział...
- Mam swoje powody - wzruszyłem ramionami - Chcę się tylko dowiedzieć, co, jak i gdzie. Nic więcej, nic mniej - uśmiechnąłem się do nich, a właściwie wysiliłem się na ten gest. Miałem po dziurki w nosie taką rozmowę: chaotyczną i nic niewnoszącą.
Ponownie, po raz kolejny w naszym "spotkaniu" spojrzeli po sobie. Po chwili jednak Spectro zwrócił się na nowo do mnie, mówiąc, że opowie mi to i owo. Może jednak sytuacja nie jest na straconej pozycji? Może jednak coś mi przekażą? Może sytuacja trochę się rozjaśni? Liczyłem na to. Chcę przeżyć spokojne dni, a nie martwić się o jakieś bzdety. No, może nie powinienem tego tak nazywać, ale co innego mogłem rzec?
Po około półgodzinnej rozmowie wiedziałem już dużo, a przynajmniej wystarczająco, by móc zacząć węszyć. Podobno jest taka plotka, że ktoś go widział. Ubranego w ciemną bluzę z kapturem i tego samego koloru spodnie. Jedyne co było dziwne dla tej postury, było to, że wydawał się nieco większy i masywniejszy, ale zgonili to na ciemność, która wtedy panowała. Wiedziałem jednak, że to znacząca poszlaka, bo mimo wszystko księżyc był wtedy duży i jasny więc nie mógł zakrzywiać aż tak poglądu na świat. Nie było o tym mowy. Idąc między budynkami, zaszedłem do miejsca zbrodni. Kompletnie stracone. Cały namiot i zapewne też to, co było w środku. Podszedłem do niego bliżej, chcąc wejść do środka, ale wtedy na kogoś wpadłem, a właściwie ktoś na mnie. Uchylając na chwilę zamknięte powieki, dojrzałem, że był to nikt inny, a Jumper. Nie wiem, czy miałem się na te spotkanie cieszyć, czy wręcz przeciwnie - coś podejrzewać. Spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczami jakby nie dowierzał, że to naprawdę ja. Obawiał się, co w sumie rozumiałem. Teraz tylko musiałem opowiedzieć mu to, czego się dowiedziałem. Dodatkowo będąc czujnym, bo kto wie, może wszystko tu, nawet najmniejsza kępka trawy, ma uszy, które nie będą zbyt pomocne.
- Muszę ci coś powiedzieć - odezwałem się, ale w tym samym momencie zrobił to i on. Zamilkliśmy, patrząc na siebie jak na jakiś obrazek.
Przeczesałem włosy dłonią, nieco odchylając głowę.
- Mów pierwszy - wypuściłem powietrze, mówiąc to.
Długo się nie odzywał, aż w końcu nabrał powietrza w płuca. Coś czułem, że to będzie poważna pogadanka.

<Jumper?>