10 maj 2020

Robin CD Vivi

Ostatnio tygrys zrobił się jakiś marudny, miał wahania nastroju i nie chciał występować. Chociaż mi zabroniono, wszedłem do jego klatki, kiedy pomieszczenie było puste. Zacząłem do niego mówić, cicho warcząc i prychając, w jego języku. Ten podniósł na mnie łeb, wstał i zaczął groźnie warczeć. W dalszym ciągu spokojnie mu mówiłem, że nic mu nie zrobię i pytałem się, jak się czuje. On mi odpowiadał, że czuje się dziwnie. Duże je i czasem wymiotuje. Pozwoliłem sobie na podejście do niego, nie reagował już agresją. Położyłem dłoń na jego łbie, na pewno nie miał gorączki. Zapytałem, czy mu jeszcze coś dolega, a wtedy zostałem ostro zbesztany, głośnym ryknięciem, że nie jest samicą. Przeprosiłem ją i odparłem, że to błąd innych pracowników, ale źle słuchałem. Mimo wszystko przejechałem dłonią po jej ciele, zatrzymując się na jej brzuchu. Poczułem coś na wzór bębnienia. Zamknąłem oczy i wtedy poczułem, że w jej brzuchu coś się poruszyło. Wtedy do namiotu wpadła dwójka osób; kobieta i mężczyzna, którzy spojrzeli na mnie wystraszeni i kazali mi natychmiast wyjść z klatki. Ja tylko spojrzałem na nich z uśmiechem.
- Jest w ciąży – oznajmiłem i spojrzałem na tygrysicę. Oni spojrzeli na mnie zszokowani i przez chwilę nie chcieli uwierzyć, aż mężczyzna nie stwierdził, że zadzwonią po weterynarza. Mogłem wrócić do domu, a konkretnie, to do przyczepy Viviego. Po drodze moje tatuaże zaczęły się świecić. Rozejrzałem się, ale nie zobaczyłem żadnego zagrożenia. Może zaczynały szwankować? Nic nie rozumiejąc, przyspieszyłem tylko kroku. Gdy otworzyłem drzwi, usłyszałem piszczący głosik.
- Robin! Ratuj! - spojrzałem w bok. Wielki szczur pochylał się nad moim demonkiem i zamierzał go zjeść. Momentalnie stanąłem obok nich. Vivi’ego złapałem za małe ubranka i podniosłem do góry, stawiając na stole. W tym samym momencie złapałem szczura za ogon i podniosłem tak, aby mógł mi spojrzeć w oczy. Był wściekły, że mu przerwałem polowanie, syczał na mnie i wyzywał, jednak ja dałem mu mocne ostrzeżenie; prychnąłem na niego, jak szczur i oznajmiłem, że ta malutka istotka należy do mnie i jeśli jeszcze raz się do niego zbliży, rzucę go na pożarcie lisowi. Następnie wyniosłem szczura na dwór i zamykając drzwi z lekkim zdenerwowaniem, wróciłem do demona. Usiadłem i podałem mu swój palec, który zaraz przytulił. Zaczął płakać.
- Oh Robin… myślałem, że umrę! - zaczął jęczeć swoim cieniutkim głosikiem. - Tak się bałem, mogłem cię więcej nie ujrzeć! - dalej mówił przez łzy. Schyliłem głowę i pogłaskałem go po ogonach.
- Czy demon może umrzeć? - zapytałem, a on momentalnie przestał płakać.
- Nie wiem. Znaczy, to nie do końca tak działa – zaczął tłumaczyć. - Demony tracą formę i nie mogą już powrócić bez nowej powłoki ziemskiej.
- I co wtedy robią? - dalej pytałem spokojny.
- Musisz pozostać tam, gdzie twoje miejsce lub włóczyć się jako duch po ludzkim świecie.
- A ty? Miałeś rodziców czy znalazłeś ludzką powłokę? - zapytałem, szczerze zaciekawiony, jednocześnie zdając sobie sprawę, jak mało o nim wiedziałem. Demon przez chwilę milczał, a ja dalej bawiłem się jego ogonkami, których było już pięć.
- Ja? Od dziecka nie miałem nikogo... Sprowadziło mnie to na złą drogę... Zrobiłem rzeczy, z których dumny nie jestem i spotkała mnie za to zasłużona kara... Śmierć – przechyliłem lekko głowę w bok.
- Jakoś nie rozumiem. Byłeś człowiekiem? - pokiwał głową. Szczerze się zdziwiłem.
- Ano? Śmieszna sprawa... Zawrzeć pakt z demonem i się jednym stać – czyli to się z nim stało. Byłem ciekawy, jak wyglądał, jako człowiek, podobnie, czy może całkowicie inaczej?
- A czemu zawarłeś pakt? - zadałem kolejne pytanie.
- Żeby nie umrzeć – na chwilę zamilkłem. To było dziwne i w tej chwili niezrozumiane. Nie chciał umrzeć, ale i tak umarł, więc dlaczego to zrobił?
- Opowiesz mi o tym? O swoim ludzkim życiu? I o tym, jak się przemieniłeś? - poprosiłem go, wiedząc, że jeśli będzie mi odpowiadał tylko na pytania, odkrywając małymi skrawkami swoje poprzednie życie, niczego nie zrozumiem.
- Naprawdę byś chciał o tym słuchać? - zapytał lekko zdziwiony, a ja pokiwałem głową.
- Oczywiście. Chcę cię poznać i zrozumieć – popatrzyłem mu w małe, ciemne oczka.
- Skoro ci tak zależy na poznawaniu mnie... To mogę ci to opowiedzieć... O ile mnie nie znienawidzisz potem – odwrócił wzrok. Delikatnie się uśmiechnąłem, po czym złapałem go delikatnie za ubranie i postawiłem na swojej dłoni.
- Wiesz co? To nie ważne co zrobiłeś. Moje uczucia i tak się nie zmienią – starając się najdelikatniej, jak tylko potrafiłem, ucałowałem go w czółko, po czym postawiłem go sobie na ramię i ruszyłem do wyjścia. Vivi przez chwilę siedział w milczeniu, trochę zszokowany. - Przejdziemy się?
- Uczucia? Jakie uczucia? - jego głosik zapiszczał mi przy uchu, ignorując pytanie. Wyszedłem na zewnątrz i skierowałem się do lasu.
- Czyli się zgadzasz na spacer – zaśmiałem się cicho.
Jakie uczucia? Nie potrafiłem określić. Takie, jakie czułem do utraconej siostry, takie, jakie ofiarowałem każdemu zwierzęciu. W końcu odpowiedziałem mu „wszystkie uczucia” i zniknęliśmy z terenu cyrku. W lesie było dość chłodnawo, ale mi to nie przeszkadzało, tylko Vivi okrył się własnymi ogonami. Opowiedziałem mu o tygrysie, który jednak był samicą i była w ciąży, a on stwierdził, że mają tutaj niekompetentnych pracowników. Gdy doszliśmy nad rzekę, zobaczyłem swojego przyjaciela. Niedźwiedź cicho zaryczał i podszedł do mnie. Pogłaskałem go po mordce.
- Ej! Zaraz mnie obsmarkasz! - krzyknął demon, którego zwierzę zaczęła wąchać. Odciągnąłem więc jego pysk do małej istotki. Zaryczałem do niego, on mi odpowiedział, powtórzyłem swoje i wtedy zwierzę kucnęło i pozwoliło mi wejść na jego grzbiet. - Robin, co ty robisz?! - chłopak trzymał się mojego włosa, kiedy wspinałem się po futrzaku. Kiedy już wygodnie na nim siedziałem, zdjąłem Viviego i postawiłem go na niedźwiedziu.
- Pamiętam historię, którą mi opowiadał o swoim praprapraprapradziadku, który mówił ludzkim językiem. Mieszkał on w starym zamku. Po jakimś czasie pojawiła się tam młoda kobieta, która została wygnana z miasta, bo została uznana za czarownicę. Zamieszkała z tym niedźwiedziem i żyli sobie szczęśliwie, aż nie pojawili się jacyś ludzie, którzy chcieli zagarnąć złoto z tego zamku. Wiesz, jak ich nastraszyli? Kobieta się rozebrała do naga i trzymając w dłoniach dwa miecze, dosiadła niedźwiedzia i na nich razem zaszarżowali – powiedziałem, cicho się śmiejąc.

<Vivi? :3>

8 maj 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Ja naprawdę nie wiem, jak Lennie ze mną wytrzymuje. Nawet gdy sam zaczynam się zastanawiać nad własnym zachowaniem, uświadamiam sobie, jakie to jest głupie i przesadzone. Ten sen był wielkim przegięciem. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek w obecnym stanie narzeczeństwa będę się obawiać o swoje miejsce w tym związku. Pomimo zapewnień Lenniego, nie było mi lepiej. Mam wrażenie, że za bardzo się boję odrzucenia z jego strony... Ale czemu? Na to już nie mam odpowiedzi. Naprawdę jestem totalnym dziwadłem, jeśli chodzi nie tylko o wygląd, a także zachowanie. Jego pytanie o ślub może i odwróciło moją uwagę, ale czuję, że ten temat jeszcze nie raz będzie wracać. W końcu dopiero będę gruby i szkaradny, jak na razie boję się tego, że w końcu to nastąpi i nie mam na to wpływu.
- Wiesz... Nie chcę niczego dużego. - wzruszyłem ramionami, gdy szedłem za Lenniem w stronę wagonu restauracyjnego. W zasadzie chciałem coś bardzo dużego, ale nie czuję się na siłach na żadne większe imprezy. Chciałem mieć pięknie udekorowaną salę: tona kwiatów oraz kokard, mnóstwo gości: wśród nich ojciec Lenniego i moi bracia, duży przepyszny tort: najlepiej jakiś czekoladowy z masą bitej śmietany, dobrą muzykę w tle, a przede wszystkim chciałem by ten dzień się udał i był najpiękniejszym wydarzeniem w naszym wspólnym życiu. Jednak bądźmy realistami. Nic z tego się nie spełni i nie opłaca się starać, żeby było aż tak cudownie. Skromna uroczystość, bez moich braci, zjem jakiekolwiek ciasto, bez muzyki się obejdzie, a to czy będzie najpiękniejszy moment w naszym wspólnym życiu, zależy tylko i wyłącznie od nas. Nie sądzę, żeby jakiekolwiek przedmioty albo ich brak mogły sprawić, że będziemy, miej szczęśliwi tamtego dnia. Nie oszukujmy się, ja pewnie będę nawet dziesięć razy grubszy niż teraz. Władowuję w siebie tyle jedzenia, że chwilami nawet mnie samego to przeraża. Mój tyłek zaraz będzie jak jakaś ogromna szafa, a brzuch z czasem urośnie i będzie jak nadmuchany balon... Jak ja się mam ludziom w ogóle pokazywać? Jak dobrze, że w cyrku przede wszystkim siedzę za maszyną do szycia.
Gdy już usiedliśmy na wolnych miejscach, myślałem już tylko i wyłącznie o jedzeniu.
- Ale nie masz żadnej wizji na ten dzień? Chcę wiedzieć, jak go sobie wyobrażasz. - ciągnął dalej Lennie ten sam temat, a ja już rozglądałem się po talerzach, które nosili kelnerzy. W końcu jednak spojrzałem na niego z uśmiechem.
- W mojej głowie jest to po prostu piękny słoneczny dzień. Dwie obrączki i jedno twierdzące słowo z twoich ust. Reszta to tylko takie dodatki, które może i by mnie uszczęśliwiły jeszcze bardziej, aczkolwiek ich brak nie zepsułby ani trochę tego dnia. - oznajmiłem, wciąż z uśmiechem na twarzy. - Nie będę ukrywać, że mam w głowie ślub jak z bajki. Pięknie przyozdobiona sala, masa gości, ogromny tort, piękna muzyka. - przyznałem. - Jednak to jest zbędne. Życie nie jest bajką, a ten dzień bez względu na wszystko będzie najpiękniejszym. - gdyby nie stolik, który nas dzielił, z chęcią bym go teraz przytulił. Lennie się do mnie uśmiechnął, słysząc te słowa.
- Mogę ci nawet obiecać, że nic go nie popsuje. - odpowiedział, a gdy już miałem się odezwać podeszła do nas kelnerka i podała kartę z daniami. Od razu jej powiedziałem, że chce naleśniki, bo już wcześniej widziałem, że ktoś ma jakieś na talerzu, w wyniku czego sam zapragnąłem je mieć. Lennie też szybko coś wybrał, a później już nie mogłem się doczekać, aż dostanę swoje jedzonko. Nie byłem w stanie się nawet skupić, aż tak doskwierał mi głód. Miałem wrażenie, że nie jadłem od jakiegoś tygodnia.
Gdy w końcu dostałem swój talerz, od razu zacząłem jeść. Te naleśniki były takie dobre. Czekolada, bita śmietana, a do tego jagódki. Później się śmiałem z Lenniem, że mam fioletowy język.
Miło nam minęło te parę chwil posiłku. Gdy już wracaliśmy, ja musiałem go zostawić i zboczyć znów do toalety. Dlatego mój ukochany wrócił w spokoju do naszego przedziału, a ja miałem dołączyć trochę później. To by mogło być na tyle, ale z minuty na minutę było coraz ciekawiej. Akurat, gdy miałem już w planie wracać, napotkałem małe trudności. Musiałem się trochę przeciskać między ludzi, których nagle o wiele więcej się zrobiło w przejściu. W dodatku, gdy tylko nie miałem możliwości kogoś wyminąć, musiałem chwilę stać. Niestety dzięki temu, jedynie dopadły mnie lekkie zawroty głowy, a do mojego przedziału miałem jeszcze trochę drogi do przebycia, a za bardzo nie opłacało mi się wracać. W dodatku ci ludzie zaczęli mnie irytować. Stali tam i wlekli się jak jakieś stado bydła. W końcu nie wytrzymałem. Zmieniłem się w psa i zacząłem zręcznie przechodzić koło tych ludzi. Tylko parę razy udało się komuś przydeptać mój ogon, ale automatycznie pod wpływem takiego silnego i niespodziewanego ucisku, wydałem z siebie taki dziwny dźwięk. Ni to szczeknięcie ani skamlenie. Takie coś pomiędzy. Wtedy ludzie jak wryci zaczęli się cofać do ścian i zadziwieni zauważali psa pod swoimi nogami. Przynajmniej schodzili mi z drogi. Z jednej strony dalej nie czułem się za dobrze, ale z drugiej byłem zadowolony z tego, co zrobiłem. Teraz już od Lenniego mogło mnie dzielić może jakieś parę metrów. Jednak dobry humor mnie opuścił, gdy z jednego otwartego przedziału wyjrzały dwa pieski. W życiu bym nie pomyślał, że ktoś podróżuje z dwójką psów i tak je sobie luzem trzyma w przedziale. Postanowiłem się tym za bardzo nie przejmować. Szybko koło nich przejdę, wyglądają przyjaźnie. Nie będziemy robić zbędnych hałasów. Każdy z nas pójdzie w swoją stronę. Niestety tak się nie stało. Pieski nie dały mi przejść. Były trochę większe i mówiąc delikatnie, miałem mały problem...
Nie umiem gadać z psami, tak samo nigdy nie wchodziłem z nimi w interakcje, samemu będąc psem. Zawsze mnie to trochę stresowało i dziś nie było inaczej. W sumie każdy może teraz pomyśleć, że co ja miałem za problem? Przecież mogłem się zmienić znów w człowieka i po problemie. Otóż nie mogłem. To nie jest takie proste, gdy się stresuję. W dodatku tamci dwaj byli dość... Natrętni. Od razu zabrałem się za ucieczkę, a tamci za nic nie chcieli mi dać spokoju. Nie no to chyba jakiś nieśmieszny żart. Za wszelką cenę, jak nie jeden, to drugi chciał na mnie wskoczyć... Reprodukcja, hm?! Ale ja jestem facetem!! Jednak chyba nikogo to nie obchodziło. Nawet matka natura sprawiła mi psikusa w postaci dziecka, a w zasadzie ta magiczne sperma... To brzmi tak samo absurdalnie, jak to, że dwójka psów chce mnie teraz zaliczyć. Zacząłem gonić po wszystkich wagonach, by tylko ich zgubić albo jakoś się uratować. Udało mi się nawet zwrócić i tylko rozglądałem się w biegu po przedziałach, by Lennie mnie uratował. Niestety jako pies żadnych drzwi nie otworzę. Koniec z końców skończyłem w trochę ślepym zaułku, bo nie sięgnę do żadnej klamki, by na spokojnie przedostać się na kolejny wagon.

(... Lennie HELP ME!!!)

7 maj 2020

Lennie CD Shu⭐zo

Gdy Shuzo wyszedł do toalety, a ja zostałem sam, wpatrzyłem się w okno i zastanawiałem, jaka będzie przyszłość. To śmieszne, mam przyjaciela przed dwa lata i w ciągu kilku tygodni staje się moim mężem. Czy to nie za szybko? Czy nie za bardzo nas poniosło? „Ponieść, to mogło nas z ciążą.” Zmieniłem tok myślenia i wyobraziłem sobie czarnowłosego, z okrągłym brzuszkiem. O dziwo w mojej głowie za bardzo się nie zmienił, dalej miał uśmiechniętą twarz z eyelinerem, swoje własne, uszyte ubrania i te kolorowe pisemka na włosach; jedynie był bardziej okrągły. Nie sądziłem, by ta jedyna zmiana mogła sprawić, że w ciągu jednego dnia ucieknę z cyrku i go zostawię. Jego przypuszczenia, że go zostawię, były bardziej niż błędne. Niestety nie mogłem ich zmienić i raczej nie uda mi się to zrobić do końca ciąży, a może i nawet jeszcze dłużej.
Po powrocie chłopaka, pokazaliśmy nasze dokumenty i bilety. Kilka minut później Shuzo ułożył się na siedzeniach i poszedł spać, ja za to ciągle się przyglądałem krajobrazowi za oknem. Za kilkanaście godzin wysiądziemy z pociągu, aby pojechać autobusem na lotnisko. Pierwszy raz jak nim lecieliśmy, czyli te kilka miesięcy temu, było całkiem przyjemne, chociaż miałem obawy, że wylądujemy w morzu. Widok z okna był wspaniały, ludzie głównie siedzieli cicho i co jakiś czas zatykały mi się uszy, co nie było przyjemne. Teraz to miało się powtórzyć. Miałem tylko nadzieję, że Shu nie zacznie panikować, głównie przez tą ciąże. Bałem się, że sobie coś znowu uroi, a wystarczy, że ja się stresowałem tym i tamtym lotem do tego stopnia, że musiał mnie namawiać dobrą godzinę, abym wlazł na pokład. O co mi chodziło? O to, że dwie godziny przez startem, naczytałem się złych opowiadań o takich lotach, które kończył się śmiercią wszystkich pasażerów – internet ma wielką siłę.
W pewnym momencie chłopak zaczął się kręcić i coś mruczeć pod nosem. Zignorowałem to, musiało mu się coś śnić, gdy nagle zaczął płakać. Spojrzałem na niego zdziwiony, wstałem i podszedłem do czarnowłosego. Kucnąłem przy nim i położyłem mu dłoń na głowie. Łzy spływał mu po policzkach, ale dalej spał. Postanowiłem go obudzić, zacząłem go szturchać i wymawiać jego imienia. W końcu uniósł gwałtownie powieki do góry i spojrzał na mnie czerwonymi oczkami.
- Miałeś zły sen, płakałeś – stwierdziłem. Ten się powoli podniósł i popatrzył na mnie, jakby jeszcze wszystkie nie rozumiał. Nagle znowu się rozpłakał i mnie przytulił.
- Miałem już taki duży brzuch i wyglądałem okropnie – zaczął chlipać. - I ta czarna dziewczyna z Toronto przyjechała do cyrku… i ty… się z nią spotkałeś i… zostawiłeś mnie – powiedziałem przerywanym oddechem. Pogładziłem go po plecach i mocno do siebie przytuliłem.
- Głupoty ci się śnią – odezwałem się. Po chwili się uspokoił i wytarł mokrą twarz. Odsunąłem się od niego tak, że mógł spojrzeć na mnie. - Za dużo myślisz i się zamartwiasz na zapas. Ona nawet nie była ładna – ucałowałem go w policzek. - Chodź, zjemy coś – wstałem i trzymając go za rękę, pociągnąłem do wagonu restauracyjnego. - Tak właściwie, to jak wyobrażasz sobie nasz ślub? - zapytałem, aby go oderwać od tych złych myśli.

Shu?

6 maj 2020

Vivi CD Robin

Podniosłem na niego wzrok znad wielkiej truskawki.
- Cóż... To długa historia... W sumie pomógł mi ten cholerny demon. Wiesz, o kim mówię prawda. - spojrzałem na niego, mrugając, a on mi przytaknął. - Cóż zaraz jak zniknąłeś, miałem zamiar zacząć cię szukać... Jednak Riddle nie był zbyt pomocny. Zawlókł mnie do Las Vegas do kasyna, musiałem udawać kobietę. O mały włos mnie nie sprzedał jakiemuś zboczeńcowi... Przynajmniej ten mały demon dał nam informacje gdzie mamy was szukać. Potem to przedzieraliśmy się przez dżunglę amazońską... Eh to było najgorsze. Jedynie myśl, że w końcu cię odnajdę, pchała mnie do przodu. - znów ugryzłem truskawkę. Straszne było to, że była niewiele większa ode mnie. - Niestety na miejscu nie było po was żadnego śladu. Kompletnie mnie to przeraziło, Riddle się kompletnie nie przejął. A ja już myślałem, że więcej cię nie zobaczę. - położyłem po sobie uszy i zaskamlałem. Białowłosy znów pogładził mnie po główce.
- Już tu z tobą jestem i wszystko wróciło do normy. Naprawdę nie musisz się już o mnie martwić... - ciepło się do mnie uśmiechnął, w tym momencie moje serduszko przyspieszyło. Spuściłem główkę, próbując ukryć rumieńce na mojej twarzy za truskawką.
Mniej więcej zjadłem połowę tej truskawki i odsunąłem już od siebie.
- Ahm... Nie chce już Robin.
Zaskoczony na mnie spojrzał i niepewnie się uśmiechnął.
- Vivi jesteś pewien? - wziął tę truskawkę. - Nie zjadłeś za dużo.
Pokiwałem łebkiem.
- Teraz jestem znacznie mniejszy więc... Będę te jadł mniej... To nic takiego. Nie musisz się o mnie martwić.
Przez parę kolejnych dni zauważyłem, że może jednak moje słowa nie bardzo go uspokoiły. Naprawdę cały czas był ze mną. Wszystko mi podawał, nosił mnie, karmił. Nie, żeby mi się to nie podobało... Tylko... Było to dość dziwne i inne niż przeważnie. To ja się nim miałem zajmować i ta sytuacja była co najmniej dziwna.
Robin starał się nie odstępować mnie na krok, lecz i ja i on mieliśmy w pewnym stopniu swoje zajęcia. Przy czym ja nie bardzo miałem jak pracować, będąc uzależniony od pomocy innych. Przynajmniej mogłem jako tako pisać... Więc w sumie coś tam pracowałem... W jakimś stopniu. Niestety Robin też musiał się zająć obowiązkami. No a do tygrysów nie chciał mnie ze sobą wziąć. Czyli niestety zostałem sam z papierami. Chwilę coś bazgrałem, aż moje malutkie ramionka się nie zmęczyły, przez co musiałem odłożyć długopis. Chyba na złość przedmiot stoczył się z biurka, spadając gdzieś za szafkę.
- N...no chyba nie... - ostrożnie zbliżyłem się do brzegu biurka. I co miałem teraz począć?
Mój wzrok padł na krzesło. Ostrożnie się nachyliłem, sięgając rękami do oparcia. Zabrakło mi dosłownie milimetra. Straciłem równowagę, spadając na siedzisko. Raczej nie chciałem, by to tak wyszło, lecz cel został spełniony. Obecnie znajdowałem się bliżej ziemi.
- ... Skoro przetrwałem upadek na siedzisko to jak zeskoczę na ziemię, raczej mi się nic nie przytrafi.... - wymamrotałem do siebie, zaniepokojony spoglądając na dół. - Okej nie ma się czego bać. Przecież jesteś demonem. Nic ci się nie stanie idioto... - motywując się tymi słowami, zacząłem się zsuwać po nodze od krzesła na dół. Chociaż stanąłem na ziemi kompletnie bez żadnego urazu.
- Tylko żebym teraz odnalazł to pióro. - położyłem się na ziemi przy szafce, pod którą się wtoczyło. W pewnym momencie usłyszałem za sobą jakiś szmer. Podniosłem łebek, rozglądając się i strzygąc uszami. Nie zobaczyłem niczego, co by mogło wzbudzić moje obawy. Wzruszyłem ramionami, sięgając po przyrząd do pisania. Znów usłyszałem szmer, aż się uderzyłem w głowę, gdy tak się poderwałem do góry i akurat coś chwyciło mnie za nogi, zębami wyciągając spod szafki. Zaraz się odwróciłem.
- SZCZUR?! - ze strachem w oczach spojrzałem na dwa razy większego ode mnie szkodnika. Nie chciałem umierać. Przecież nie może mnie zjeść! - N-nie jestem smaczny! Błagam cię! Nie zjadaj mnie! - ze strony szczura raczej nie było widać zrozumienia. Po prostu się na mnie rzucił z kłami i pazurami. Żegnaj o okrutny świecie! Nie zasłużyłem na to! Nie jedz mnie! - ze strony szczura raczej nie było widać zrozumienia. Po prostu się na mnie rzucił z kłami i pazurami. Żegnaj o okrutny świecie! Nie zasłużyłem na to!

( Robin ratuj swoją kruszynkę)

5 maj 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Nie lubię dłużących się pożegnań. Jak już ktoś postanowił odejść, powinien to po prostu zrobić. Tak też chciałem zrobić. Ten ostatni raz przyjść, powiedzieć "żegnam, wracam do domu" i wyjść. Nie da się ukryć, że wszyscy się zastanawiali, co się ze mną działo. Dzwonili, pisali, a pod adresem, jaki podałem, nie znaleźli nikogo. Niestety nie sądziłem, że tak to wszystko się potoczy. Nie chciałem się za bardzo tłumaczyć i tego nie zrobiłem. Oni również nie zamierzali dopytywać. Akurat nie chce, żeby pół świata wiedziało, że ja ten dziwny facet jest w ciąży. O dziwo pożegnanie przebiegło bardzo sprawnie. Tulasek oraz "życzę ci wszystkiego najlepszego".
O wiele gorzej było już na stacji. Myślałem, że sam się zaraz rozpłacze, widząc, jak Lennie przytula się z ojcem na pożegnanie. Aż mi łzy stanęły w oczach, gdy zobaczyłem, jakie to jest ciężkie dla ich obu. Nie wiedząc czemu, było mi strasznie smutno i było mi jakoś głupio, ale starałem się myśleć o pozytywach. W końcu za niedługo się zobaczymy na ślubie. Przecież ten mój brzuch wiecznie płaski nie będzie, a ja również grubnę z każdym dniem (co wydawało mi się teraz największym dramatem na świecie). Już się boję, jak zareaguję, będąc w tej zaawansowanej ciąży. Przecież Lennie nie będzie chciał żyć z takim tłuściochem, ale tym zacznę się przejmować później. Teraz nie było na to czasu. Już musieliśmy wsiadać. Pociąg zaraz miał odjechać. Podszedłem do nich, lekko się uśmiechając, od razu kładąc dłoń na ramieniu Lenniego.
- Musimy już iść. - powiedziałem dość cicho. W tym samym momencie mój ukochany przestał ściskać swojego ojca i pokiwał głową. - Do zobaczenia. - uśmiechnąłem się do jego ojca, a później podniosłem swoją walizkę. Już zdążyłem zapomnieć, jaka była ciężka. Tak jak już wcześniej wspominałem: długie pożegnania nie są dla mnie. Od razu ruszyłem w stronę wejścia do wagonu. Wiedziałem, że Lennie zaraz pójdzie za mną, więc nie zamierzałem go poganiać, ani na niego czekać. W razie czego przecież mnie znajdzie. Gorzej by było, gdyby nie zdążył wsiąść do pociągu, ale na szczęście się to nie stało.
Starałem się utrzymać uśmiech na twarzy. Wracamy na stare śmieci. Do cyrku. Takiego najprawdziwszego domu, z którego na pewno już nie chce wyjeżdżać. Chyba że na jakąś krótką wycieczkę. W naszym przedziale nie było nikogo, co jeszcze bardziej mnie ucieszyło. Od razu puściłem walizkę i położyłem się na siedzeniach, zamykając oczy.
- Widzę, że już się rozgościłeś. - usłyszałem po niedługiej chwili wesoły głos swojego narzeczonego. Zmęczyło mnie to żegnanie się ze wszystkimi. Otworzyłem jedno oko, obserwując, jak Lennie wkłada obie walizki na półkę, która była nad siedzeniami. Później usiadł przy oknie, gdy pociąg zaczął odjeżdżać. Szybko wstałem i usiadłem tuż przy nim, by móc pomachać do jego ojca. Później, gdy opuściliśmy stację, oparłem głowę o Lenniego z uśmiechem.
Przed nami kolejne godziny siedzenia, a następnie... Zastanawialiśmy się nad samolotem, który bezpośrednio wysadzi nas w mieście, w którego pobliżu jest cyrk, jednak mamy jeszcze inne alternatywy. Mnie to tam w zasadzie było obojętnie. Ważne byśmy kiedyś dotarli na miejsce, a konkretnie przed okresem, w którym mój brzuch będzie rosnąć, dopóki nie stanie się jakimś ogromnym balonem. Co ja wtedy w ogóle na siebie założę? Jak w ogóle wtedy będzie wyglądać moje życie? Będę taki brzydki... Wtuliłem się bardziej w ukochanego, chcąc odgonić od siebie te myśli. On przynajmniej nie ma takich problemów. Zaśmiałem się w duchu na samą myśl o tym.
Nie lubię pociągów. W zasadzie nigdy nie ma co w nich robić. O dziwo nie byłem jeszcze głodny, a od tego patrzenia w okno, zrobiłem się jedynie bardziej senny. Prześpię i przejem całą tę podróż powrotną. Może też, gdy dopadną mnie mdłości, to obrzygam pół pociągu, ale to tylko szczegół. Pomyśleć, że w mediach ciążę ukazują jako coś pięknego... Jak na razie widzę, że to istne męczarnie, w których nie ma nic pięknego. Obawiam się, że może być nawet jeszcze gorzej.
- Będziesz mnie dalej kochać, jak będę taki gruby i w ogóle ohydny? - spytałem nagle, podnosząc wzrok na Lenniego. To było w ogóle śmieszne. W stronę do Toronto byliśmy przyjaciółmi, wracając z niego, jesteśmy parą narzeczonych. Niebywałe, jak to wszystko szybko się potoczyło.
- Oczywiście, że tak. To nic nie zmieni. - oznajmił i krótko mnie pocałował. - W końcu wygląd to nie wszystko. - dodał, ale trudno mi było mu przyznać rację. Kocha mnie takiego, jaki jestem teraz, a przez tę ciążę się przecież zmienię i nie szczególnie na dobre.
- No niby nie. - wymruczałem jedynie, spuszczając wzrok. Tak łatwo mnie chyba nie przekona.
- Poza tym ty masz być brzydkim? Z taką uroczą twarzyczką to niemożliwe. - zaśmiał się cicho i zaczął tarmosić mój policzek. Od razu przewróciłem oczami. Nigdy nie chciałem być uroczym czy słodkim. Chciałem być prawdziwym mężczyzną, na którego widok mdleją z zachwytu dziewczyny. Miałem być gorącym ciachem, ale... Jak teraz o tym myślę, chce mi się śmiać. Podoba mi się, jak jest, a te plany były głupie i na wypadek bycia gwiazdą, a nią już raczej nie zostanę. Czas na nowe marzenia.
- Dobra już dość. - uśmiechnąłem się, a ten już puścił mój policzek. - Nie musisz mi tak słodzić. - wstałem. - Głodny jestem. Zjadłbym coś kwaśnego... Albo w sumie słodkiego. - wzruszyłem ramionami. Sam już nie wiedziałem, czego chce, a przed nami jeszcze trochę drogi. Dopiero co wyjechaliśmy tak szczerze. - W sumie może się wstrzymam. - poklepałem się po brzuchu i westchnąłem. - Muszę do toalety. - mruknąłem, wychodząc z przedziału. Coś czuję, że przemierzę jeszcze nie raz tę drogę z przedziału do toalety i to nie tylko z powodu mdłości. Czemu ciąża to taka istna gonitwa do toalety?

(Lennie~?)

4 maj 2020

Lennie CD Shu⭐zo

Tak jak wcześniej tymi zmianami nastroju grał mi na nerwach, teraz mnie one śmieszyły. Bez komentarza ruszyłem za nim, kiedy się wywrócił, idąc tyłem.
- Tak, ślub pierwszy. Chciałbym już zobaczyć twoją kreację, którą sobie uszyjesz – powiedziałem z uśmiechem, wyciągając do niego dłoń. Złapał ją i pomogłem mu wstać.
- Tobie też uszyje – spojrzałem na niego lekko zdziwiony. Myślałem, że będę musiał kupić jakiś garnitur.
- Ale bez spódnicy? - zapytałem z lekkim rozbawieniem.
- Jeśli chcesz, to i do kostek. I nauczyłbym cię chodzić na obcasach – wyszczerzył się do mnie. Objąłem go ramieniem.
- Chyba sukienki tobie zostawię. Ubierzesz suknię ślubną i szpilki? - zaśmiałem się.
- Mówiłem, uszyje sobie coś lepszego – powiedział obrażony.
- Ale możesz mi zrobić taką niespodziankę, na miesiąc miodowy – cmoknąłem go w policzek.
- Przemyślę to. A teraz idź nas spakuj – uciekł spod mojego ramienia i skierowałem się do sąsiedniego budynku.
Gdy byłem w naszym wynajętym mieszkaniu, które jutro opuścimy, zacząłem nas pakować. Mimo wszystko tych ubrań nie było wcale tak dużo (chociaż Shuzo miał ich więcej). Kiedy byłem w połowie, do domu wrócił mój narzeczony. Delikatnie się uśmiechał i po chwili zawiesił mi się na szyje.
- Kazała jutro przynieść klucz i tyle – odparł. W dalszym ciągu składałem ubrania.
- No widzisz, prawie skończyliśmy. Idź się umyj – poczochrałem go po włosach, ale on zamiast wykonać moje słowa, położył głowę na barku i nagle podniósł nogi do góry, zaplatając je wokół moich bioder.
- Chyba mi brakuje czułości – wymruczał cichutko pod nosem. Przerwałem czynność i westchnąłem.
- A mi kawy – stwierdziłem, za co dostałem pstryczka w ucho.
- Ani mi się waż, masz spać i wyspać się na jutro – powiedział ostro.
- Podróż i tak będzie długo, zdążę zasnąć kilka razy – podniosłem się i chłopak mnie puścił. - W ogóle zapomniałem. Czekałem, aż mi zdejmą gips – odwróciłem się do niego i położyłem mu dłonie na biodrach. - No i muszę korzystać, póki nie masz brzucha – podniosłem go do góry, wyprostowałem ręce i teraz Shuzo wisiał nade mną, z wybałuszonymi oczami ze zdziwienia. Uśmiechnąłem się szeroko i się z nim okręciłem wokół własnej osi, przytulając go na końcu. - Taka czułość może być? - zapytałem, kiedy znowu objął mnie nogami w pasie.
- Yhym – wymruczał mi w szyję. Trzymając go przy sobie, wziąłem ręcznik, jego pidżamę i zabrałem go do łazienki.

Wstaliśmy o szóstej, chociaż Shuzo budził się wcześniej. Zjedliśmy śniadanie, ubraliśmy się i po pół godzinie byliśmy gotowi. Potem przez jakieś dwadzieścia minut chłopak zaczął panicznie biegać po mieszkaniu i sprawdzać, czy niczego nie zapomnieliśmy. Nagle usiadł na łóżku i milczał, aż się przestraszyłem, że coś się stało, ale zaraz wstał radosny i chwycił w rękę torbę.
- Idziemy? - zapytał z szerokim uśmiechem. Zaśmiałem się.
- Jeszcze chwila, nie ma siódmej – na moje słowa posmutniał i usiadł. Zaraz znalazłem się obok niego i wziąłem go za ręce. Wcześniej jeszcze rozmawialiśmy na temat jego pracy. Nie mieliśmy pojęcia, czy go szukali, czekali na niego, a Shuzo stwierdził, ze nie potrafi ich tak zostawić bez słowa, po tylu tygodniach. Obiecałem mu, że zajedziemy do nich na chwilę, aby mógł się pożegnać.
- W cyrku zamieszkamy razem – odezwałem się. Jego uszy się poruszyły i energicznie pokiwał głową.
- Ty do mnie, czy ja do ciebie? - zapytał z błyskiem w oku.
- Ty chyba masz więcej rzeczy, może ja się spakuje – zaoferowałem. Wtedy ktoś zapukał do drzwi. To był mój ojciec, który przywitał się z nami z uśmiechem, aczkolwiek też ze smutkiem. Zabraliśmy bagaże i ruszyliśmy na pociąg, po drodze, tak jak obiecałem, zajeżdżając do jego pracy. - Idź się z nimi pożegnaj – podrapałem go za uchem, na co pokręcił ogonem. Po chwili wyskoczył z auta i ruszył do budynku.

<Shu?>

Lycoris CD Geum

Poczułam, jak na moich policzkach pojawiają się palące rumieńce. Czy byłam szczęśliwa? Nie jestem pewna, w końcu było to coś... dziwnego. Wpatrywałam się jeszcze przez chwilę w młodzika, po czym złapałam się za tył głowy, odwracając ją przy tym w kierunku lasu.
- To w sumie nic takiego... od urodzenia jestem tak jakby połączona z całą naturą, czyli i ze zwierzętami i z roślinami. Jakoś tak... wśród nich czuję się inaczej -oderwałam dłoń od włosów i spojrzałam na nią.
Opuszki palców były wysuszone i popękane, przez co wiele można by mówić o ich pielęgnacji, ale według mnie jest to w zupełności niepotrzebne. Jeżeli dbałabym o nie bardziej niż to potrzebne, pewnie straciłabym w końcu w nich czucie. Już kiedyś myślałam, że jest to efekt uboczny tego, że potrafię przy ich pomocy leczyć. Zacisnęłam dłoń, przymykając przy tym oczy. Czasem naprawdę myślę, że jest to już tylko przekleństwo. Dla niego jednak było to coś... niesamowitego. Spojrzałam na chłopca kątem oka. Lustrował mnie swoim wzrokiem, co jakiś czas wprawiając swoje ciało w ruch. Westchnęłam cicho, przeczesując przy tym włosy.
- Powiedziałeś, że mam lepsze moce od twoich - powiedziałam pełna spokoju -Zechciałbyś ty się nimi pochwalić? -uśmiechnęłam się krzywo, choć w sumie tego nie chciałam. Może to już takie przyzwyczajenie? Widzisz dziecko, to rób wszystko, żeby się odczepiło? W sumie może okazać się to prawdą, chociaż młody nie wydaje się zbytnio nadpobudliwy i nieznośny. Jedyną cechę, jaką wykazuję, to zbytnia nachalność, ale czego by się tu spodziewać.
- Ja c-cóż -złapał się za skrawek ubrania i pochylił w jego kierunku głowę, jakby chciał się ukryć. Czyżby naprawdę aż tak się wstydził? -Też potrafię rozmawiać... -powiedział to tak cichutko, że z pewnością każdy musiałby nadwyrężać swój słuch.
- Rozmawiać ze zwierzętami, tak? -dokończyłam za niego, na co on pokiwał głową, uśmiechając się przy tym delikatnie. Chrząknęłam cicho -Coś jeszcze? -dopytałam, bo jego wypowiedź wskazywała na to, że coś jeszcze się kryło.
- T-tak... -splótł swoje dłonie, co jakiś czas obijając swoją skórę palcami -Sprawiam, że przedmioty żyją -spojrzał na mnie spod zasłony jasnych włosów, na co jego tygrys się do niego zbliżył, jakby chciał dodać mu otuchy.
Spojrzałam na Uhuru, który podniósł łapki, jakby wzruszał ramionami. Zaśmiałam się cicho, po czym nakazałam mu, by z powrotem na mnie wskoczył.
- Jesteś głodny, co nie? -pogłaskałam go po głowie, na co ten zaczął wydawać odgłos podobny do mruczenia.
Na powrót spojrzałam w kierunku Geuma, który trzymał swoją tygrysicę za kark. Wyglądało to tak, jakby nie chciał dopuścić do tego, żeby się na mnie rzuciła. W sumie wyglądała na lekko zirytowaną moją postawą, co w sumie mnie nie dziwiło. Widać było, że łączyła ich pewna relacja, której lepiej nie rozdzielać. A może to też przez to, że też była głodna? Stąpała z nogi na nogę, ruszała ogonem i z otwartym pyskiem rozglądała się po całym terenie. Może w taki sposób mówi, że poszukuje ofiary?
- Może pójdziecie z nami? Namiot jest niedaleko, a twój tygrys też wygląda na wygłodniałego -wskazałam na nią palcem, przez co jej właściciel również na nią spojrzał.
- Masz rację, dawno niczego nie jedliśmy, prawda Hanamaru -uśmiechnął się szeroko do tygrysicy, na co ta zadowolona zamruczała -Bardzo chętnie pójdziemy z wami! -dodał po chwili, podchodząc już do nas.
Skinęłam głową, po czym odwróciłam się do tyłu. O ile dobrze pamiętałam, namiot z pożywieniem dla zwierząt znajdował się ledwie kilkanaście metrów dalej od tego, w którym je przetrzymywano. Nie musieliśmy się więc martwić o długą podróż. Po kilku minutach byliśmy już na miejscu. Oboje przygotowaliśmy posiłki dla naszych podopiecznych, sami natomiast siadając w ich pobliżu, na słomie. Obserwując całe pomieszczenie, czułam, jak nie kto inny, a Geum wwierca we mnie swój wzrok. Spojrzałam na niego z wyższością i nieplanowaną złością.

<Geum?>

3 maj 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Cieszyłem się, że w końcu udało mi się tu przyjść z Lenniem. Widząc fascynację w jego oczach, utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że było warto tu przyjść. To było takie małe zderzenie mojego świata z jego. Z łatwością poprowadziłem go przez tutejszą dzielnicę. Może i wybrzydzał, jak chodzi o niektóre potrawy, ale nie przeszkadzało mi to. Skupiłem się bardziej na własnym żołądku, który wciąż krzyczał, że chce jedzenia. Jedynie wzdychałem, gdy uderzała mnie myśl, jaki będę okrągły przez tę ciążę.
- Tutaj na festiwal? - od razu oderwałem się od jedzenia, by na niego spojrzeć i trochę się skrzywiłem. - Polecam bardziej bezpośrednią wycieczkę do Chin czy mojej rodzinnej Japonii. - wzruszyłem ramionami i od razu spojrzałem gdzieś w bok, słysząc, że ktoś gada w moim rodzimym języku, przy okazji nie przerywając zajadania się krabem. Po chwili znów obróciłem się do Lenniego. - Na przykład w Japonii wielkimi krokami zbliża się Aoi Matsuri. - powiedziałem z pełną buzią.
- Czyli co? - spytał, trochę zdziwiony i jednocześnie zaciekawiony.
- Festiwal kwiatów malwy. - skrzywiłem się na widok tych krabów. Już miałem ich dość. - Kwiat malwy, czyli aoi, miał ochraniać mieszkańców Japonii przed klęskami żywiołowymi. Jest wtedy parada, ludzie przebierają się w tradycyjne stroje z epoki Heian. - wyjaśniłem, już zaczynając się rozglądać za czymś innym do zjedzenia. Dalej byłem głodny.
- Brzmi ciekawie. - stwierdził, a ja już wstałem z miejsca, wciąż się rozglądając. Nie widziałem już nic ciekawego do zjedzenia.
- A to tylko jeden z wielu festiwali. Osobiście ukochałem w sobie Bon Matsuri. Święto ku czci zmarłych, ale zwane jest również Festiwalem Lampionów. - spojrzałem na niego bardziej podekscytowany. - Pamiętasz, jak zabrałeś mnie na łódkę i puszczaliśmy te lampiony? To jest coś podobnego. - oznajmiłem, znów siadając na tyłku. Lennie od razu pokiwał głową. - Tylko wiesz, wspomina się swoich przodków, odwiedza się ich groby i składa się ofiarę z sake albo ryżu, a pod koniec święta wypuszcza się te lampiony. A czemu? W tradycji jest, że mają one pomagać duchom, przybywającym w tym czasie na ziemię, bezpiecznie powrócić do ich dalekiej krainy. Poza tym pięknie wyglądają i zawsze lubiłem je puszczać z myślą, że ten mój lampion jest specjalnie dla moich dziadków. Reszta przodków kompletnie mnie nie interesowała. - uśmiechnąłem się i nawet cicho zaśmiałem na to wspomnienie. To były piękne czasy. Czasem w sumie zastanawiam się, czy nie za szybko dorosłem i... Czy nie skupiając się na samych minusach, ominęły mnie te wszystkie małe rzeczy. Teraz przynajmniej jestem na dobrej drodze.
- To może rzeczywiście wybierzemy się tam kiedyś. - zaproponował, wzruszając ramionami. Na chwilę obecną byłem dość sceptyczny co do tego pomysłu, ale może z czasem zmienię zdanie. Po prostu skinąłem głową.
- Chciałbym lody waniliowe. - błyskawicznie zmieniłem temat, nie mogąc patrzeć już na te wszystkie orientalne potrawy. Mój brzuch krzyczał o te lody.
Nie spędziliśmy całego dnia na jedzeniu. Lennie rzeczywiście zabrał mnie wszędzie, gdzie tylko chciałem i mogę powiedzieć, że to była dla mnie najlepsza nagroda w życiu. Nie dość, że dostawałem praktycznie to, co chciałem (czyli na przykład te lody), to jeszcze w ogóle się między sobą nie kłóciliśmy. Spędziłem z nim wtedy cudowne chwile i nie da się ukryć, że trochę mi tego brakowało. W końcu nikt nas nigdzie nie porwał, nie było żadnych wypadków, krwi, kłótni. Zero szpitali i przykrych słów. Tylko ja, mój narzeczony i tworzące się piękne wspomnienia. W zasadzie byłem tak skupiony na tym, co tu i teraz, że nie myślałem nawet o tym, że jestem w ciąży. Dopiero gdy mieliśmy już wracać, zaczęło się ściemniać, zemdliło mnie parę razy i wtedy już dobrze wiedziałem, o co chodzi. Kiedy te nudności w ogóle się skończą? Przydałoby się poczytać w necie na ten temat. Szkoda tylko, że żaden z nas nie ma telefonu.
- Już dobrze? - spytał Lennie, gdy odsunąłem się od budynku, za którym zostawiłem część zawartości swojego żołądka.
- Tak, tylko maluje ściany na inny kolor. - wymruczałem, opierając się o niego. Już byłem serio zmęczony, a tu trzeba wrócić, jeszcze się spakować, wstać wcześnie. Powinienem też jakoś się skontaktować z właścicielką tej wynajmowanej kawalerki. Ktoś musi jej powiedzieć, że jednak rezygnuje i wyjeżdżam. Jeszcze było tyle do zrobienia, a czasu coraz mniej. Na samą myśl robiło mi się jeszcze słabiej. Jak mam w ogóle w takim stanie przeżyć podróż powrotną? Tyle pytań i tak mało odpowiedzi. Trzeba to po prostu przeżyć. Inaczej nigdy się nie dowiem.
W autobusie postanowiłem sobie, że nie zmrużę oka, ani na chwilę, dopóki nie będę pewny, że wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Za nim dojechaliśmy na miejsce, zacząłem Lenniemu wyliczać to, co musimy zrobić. O dziwo ten był dość spokojny w tej kwestii. Cierpliwie mnie słuchał i kiwał głową.
- Trzeba iść do tej babki od wynajmu, pogadać z nią, spakować się, ogarnąć to mieszkanie, wyspać się, wyrobić się na siódmą. - wyliczałem tak, opierając się o jego ramię i patrząc na własne dłonie. Może i nie było tego widać, ale w środku już totalnie targały mną emocje. Tyle do zrobienia, a już tak późno. Z każdą chwilą było coraz ciemnej. Przynajmniej ten mały stres mnie pobudził do działania. Nie czułem już takiej senności.
- To ja do niej pójdę, a ty już się zajmij pakowaniem. Później, gdy wrócę, w miarę tam ogarniemy. - powiedziałem, gdy już wyszedłem pierwszy z autobusu. Od razu zacząłem iść w stronę naszej kawalerki. Na szczęście właścicielka mieszkała w sąsiednim bloku. Lennie po chwili mnie dogonił.
- Tak jest. - odpowiedział rozbawiony. Czemu on nie bierze tego na poważnie jak ja?!
- To nie jest czas ani miejsce na żarty. Ja mówię śmiertelnie poważnie.
- Shu. - zatrzymał mnie i odwrócił do siebie. - Damy ze wszystkim radę. Wbrew pozorom nie ma tego dużo. - pocałował mnie. W sumie nie zrobiło mi się lepiej po jego zapewnieniach. Gdy już ruszył dalej, ja zostałem w tyle. Nagle najzwyczajniej w świecie stanąłem i zacząłem płakać. Lennie od razu do mnie wrócił. - Co się dzieje?
- Bo... Bo to smutne, że jutro już musimy stąd jechać. - od razu się do niego przytuliłem, a gdy tylko się uspokoiłem, to z uśmiechem na niego spojrzałem. - Jednak zmieniłem zdanie. Wracamy do cyrku! Już się nie mogę doczekać! - puściłem go i wesoło podskakując, ruszyłem w stronę naszego bloku. W końcu po tym wszystkim wrócę do swojej ukochanej pracy. - Chciałbym już być na miejscu. - oświadczyłem, odwracając się do Lenniego i przez chwilę idąc tyłem. - Znowu będziesz czarować, a ja robić kostiumy. Będziemy szczęśliwi. Potem nasze dziecko też. - uśmiechnąłem się, już trochę rozmarzony. - Najpierw ślub oczywiście. - zaznaczyłem po chwili, przypominając sobie o oświadczynach. Wtedy też wylądowałem tyłkiem na ziemi, potykając się o coś.

(Lennie~?)

2 maj 2020

Lennie CD Shu⭐zo

W łazience tak naprawdę stałem przy drzwiach i słuchałem. Zostawiłem je nawet trochę otwarte, aby niczego nie przegapić. Gdy Shuzo zaczął przedstawiać nasze życie, poczułem, że to jest to, czego pragnę. Chce z nim stworzyć szczęśliwą, kochającą się rodzinę i nic mi nie stanie na przeszkodzie. Po jakimś czasie, gdy usłyszałem, że się dogadali, wróciłem do nich i dołączyłem się do tego przytulasa.
- Tato, jest jeszcze jedna rzecz, którą chcemy ci powiedzieć – powiedziałem z delikatnym uśmiechem, kiedy usiedliśmy z powrotem do stołu, a Shuzo przytulił się do mojego ramienia. Ojciec posłał mi pytające spojrzenie. - Spokojnie, to nic dziwnego, czy nierealnego – zapewniłem go, a on tylko skinął głową. - Po prostu chcemy wrócić do domu, do cyrku – mężczyzna spojrzał na mnie lekko zdziwiony.
- Tak szybko? - pokiwałem głową.
- Kiedy tu jechaliśmy, zostaliśmy porwani. Teraz znowu Shuzo został, po prostu mamy pecha w tym mieście. No i tęsknimy za znanym nam miejscem i tymi ludźmi – wyjaśniłem.
- No cóż, jeśli taka jest wasza decyzja, nie będę was zatrzymywać. Ale nie stracimy kontaktu, prawda? - spojrzał na mnie, a ja szybko pokręciłem głową i wziąłem go za rękę.
- Nigdy w życiu, nie drugi raz – podałem mu adres cyrku i obiecałem, że raz chociaż raz na pół roku będziemy go odwiedzać, albo on nas. Po za tym musiał być na naszym ślubie. Po dodatkowej godzinie rozmowy, pożegnaliśmy się z nim i dodaliśmy, że wyjedziemy za dwa dni, ponieważ jutro mamy zamiar skorzystać z atrakcji miasta. Na te słowa był skłonny dać mi trochę pieniędzy, obiecałem mu za to przygotować w cyrku darmowy nocleg, śniadanie i atrakcje. On także obiecał, że przyjdzie się z nami jeszcze pożegnać, a nawet nas zawiezie na peron. Omówiliśmy się za dwa dni na godzinę siódmą rano. Mogliśmy wracać do domu.
Przez cała drogę trzymałem chłopaka za rękę. Byłem taki szczęśliwy i dumny z niego, że udało mu się z nim dogadać. Gdy byliśmy w mieszkaniu, zastaliśmy niemiła niespodziankę.
- Zapomniałem o tym bałaganie – podrapałem się po karku, widząc rozwalone na ziemi meble. - Zaraz się tym zajmę – oświadczyłem, zdejmując buty.
- Nie wiedziałem, że masz tyle siły – powiedział Shuzo, rozglądając się po mieszkaniu.
- Siły to może nie, zobacz – stanąłem za nim. Na chwilę zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, jak podnoszę szafę do góry. Usłyszałem, jak chłopak nabiera powietrza, a gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem, że mebel się podniósł. W ten sposób ułożyłem wszystkie szafki na swoje miejsce. Potem odetchnąłem zmęczony. - Strasznie męczące – westchnąłem, zawieszając się na nim.
- Wow – wyrwało się z jego ust. - Czy ty… - wskazał na pokój, a ja się tylko uśmiechnąłem. - Wow – powtórzył.
- W nagrodę możesz mnie zanieść do łóżka – zaśmiałem się.
- To chyba mi się należy nagroda – odwrócił się do mnie.
- Skoro tak – wpiłem się w jego słodkie usta i lekko go popchnąłem na łóżko. Po chwili i tak wylądowałem pod nim, Shuzo położył się na mnie, czułem jego ciężar i bicie serca.
- Myślałem, że jesteś zmęczony – powiedział, podnosząc głowę i spoglądając na mnie. Położyłem mu dłonie nisko na plecach.
- Ale jeszcze bardziej tęskniłem – pocałowałem go. - Jutro ci to wynagrodzę. W końcu dzięki tobie nasz maluch będzie miał dziadka.

Następnego dnia wstaliśmy dość wcześnie; znaczy to Shuzo wstał i mnie obudził. Ja miałem ochotę jeszcze długo spać.
- Ej, bo pomyślę, że to przez wczorajszy seks i więcej ci nie pozwolę, jak będziemy gdzieś umówieni – powiedział urażony, kiedy dalej miałem zamknięte oczy.
- To pewnie dlatego, że kawy nie dostałem – podniosłem się z łóżka. - Zaraz będę gotowy – tak jak powiedziałem, tak się stało. Szybko się przygotowałem w łazience i chłopak nie musiał długo na mnie czekać. Tak jak wczoraj postanowiliśmy, najpierw pojechaliśmy do Chinatown.
Miejsce to było pod pewnym względem fantastyczne. Nigdy nie widziałem tylu Chińczyków. Ciekawie się tu urządzili, a jeszcze lepiej pachniało miejsce, w którym podawali typowo chińskie jedzenie. Zaczęliśmy od zwykłego sushi, a potem zdecydowaliśmy się na posmakowanie suszonych koników morskich, korzeni żeń-szenia i wielu innych podobnych wytworów azjatyckich. W tym miejscu było nawet chińskie kino i centrum handlowe. Mogliśmy się poczuć jak w prawdziwych Chinach! Przynajmniej tak mi się wydawało, w końcu w nich nigdy nie byłem.
- Powinniśmy tutaj przyjechać na jakiś festiwal – powiedziałem, kiedy jedliśmy kraba. Shuzo był tym wszystkich bardzo podekscytowany, oczy mu się ciągle świeciły, na jego twarzy widniał szeroki uśmiech i jeszcze ani razu nie pogardził niczym, co mu zostało zaoferowane (tylko ja wybrzydzałem, kiedy nam proponowali robaki albo nietoperze). 

Shu?

1 maj 2020

Shu⭐zo CD Lennie

Pogodzić się? Czy to w ogóle było możliwe? Jeszcze wyjdzie z tego większa kłótnia i na tym się to skończy. Nie chciałem na siłę się z nikim dogadywać. Co może jeszcze to ja mam przepraszać?
Nie byłem zadowolony tą prośbą Lenniego. Nie chciałem tu nawet za bardzo z nim iść. Nie chciałem teraz tu stać i patrzeć na jego minę. Nic mi się nie podobało, ale... To w sumie lepiej, żeby rozstać się w dobrej relacji. Chce czy nie, ten człowiek będzie jedynym dziadkiem naszego dziecka. Nic takiego nie zmieni. Byłoby dobrze, gdybyśmy przynajmniej się dogadali. Wciąż kłócąc się z myślami, patrzyłem na chłopaka, aż w końcu odwróciłem głowę w stronę drzwi i westchnąłem.
- Niech ci już będzie. - wymamrotałem trochę niechętnie, ale gdzieś w głębi siebie cieszyłem się, że podjąłem taką, a nie inną decyzję. Teraz tylko jak się mam do tego zabrać? Lennie słysząc moją odpowiedź, od razu ucałował moje dłonie, a później mnie przytulił.
- Jesteś kochany. - dodał jeszcze. Wyglądał na zadowolonego.
- Nie przesadzaj. To nic takiego. - powiedziałem i odsunąłem się od niego, czekając, aż w końcu zapuka do drzwi.
- Oj no nie dąsaj się psinko. - odezwał się rozbawiony, poczochrał mnie po głowie, a później zapukał do drzwi. Prychnąłem cicho z założonymi rękami. Nie dam mu tej satysfakcji, uśmiechając się. Jeszcze później będzie chciał, nie wiadomo czego. Nie czekaliśmy długo. Ojciec Lenniego praktycznie od razu nas wpuścił. Oczywiście przywitał się ze swoim synkiem, przytulił go, a ja tam tylko skinąłem głową na przywitanie. Nie zamierzałem się silić na uprzejmości. W ogóle starałem się nie rzucać w oczy i być najciszej, jak tylko potrafię. Ciągle tylko się zastanawiałem, na co się zgodziłem, a w zasadzie, na co niemożliwego się zgodziłem. Jak mam to zrobić? Co mam się tu zacząć płaszczyć i przepraszać? Niestety mój szacunek do starszych nie jest jakiś wysoki. Kto mnie miał go w ogóle kiedykolwiek nauczyć? Moi rodzice, może ojczym? Śmiechu warte.
Zamarłem, gdy zauważyłem, że obaj się na mnie gapią. Na chwilę się wyłączyłem i co? Już czegoś chcą, a myślałem, że w spokoju będą między sobą rozmawiać... Uśmiechnąłem się niepewnie.
- Ale o co chodzi? - spytałem, bo w życiu sam się nie domyśle, co ode mnie chcieli.
- Dobrze cię widzieć. - odezwał się jego ojciec. Zareagowałem na to słabym uśmiechem. Byłem już zmęczony. Nie wiedziałem nawet jak tu się odezwać. Cała atmosfera wydawała mi się dość sztywna, mimo wszystko. Lennie starał się jakoś i mnie i jego zachęcić do głębszej konwersacji, ale nie ma się co oszukiwać, to mu nie wyjdzie.
Gdy usiedliśmy w trójkę przy stole, chciałem się jedynie położyć, przespać. Czułem, że zaraz znów dopadną mnie wieczorne nudności. Co prawda nie były one już takie mocne, jak w poprzednich dniach, ale dla mnie dalej były nie do zniesienia. Zacząłem tam przysypiać, gdy Lennie opowiadał coś ojcu. Nie umiałem się skupić ani w ogóle ogarnąć. Jednak nagle rozbudziło mnie, kopnięcie w nogę. Od razu bardziej się wyprostowałem na krześle i spojrzałem w bok na Lenniego. Jego ojciec właśnie wstał od stołu i plecami do nas grzebał w jakiejś szafce. To o co jemu może chodzić? Spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, a ten w odpowiedzi wskazał mnie, a później swojego ojca, po czym złożył dłonie w serduszko, wciąż się we mnie intensywnie wpatrując. Gdy tylko zrozumiałem, o co mu chodzi, od razu przewróciłem oczami i oparłem głowę na dłoni. Może i wcześniej się zgodziłem, ale to były tylko słowa. Ten jeszcze raz mnie szturchnął. Za nim w ogóle na niego spojrzałem, nadepnąłem mu z całej siły na stopę, a gdy już raczyłem spojrzeć ten i tak pokazał mi to samo, co wcześniej, ale tym razem jakoś bardziej stanowczo i poważnie. Przez chwilę wbijaliśmy w siebie nawzajem niezadowolone spojrzenia.
- Jaką chcecie herbatę? - spytał ojciec Lenniego, wyciągając szklanki z szafki. Obaj równocześnie na niego spojrzeliśmy.
- Najzwyklejszą. - mruknąłem jedynie, podpierając głowę na dłoni. W zasadzie nie chciało mi się pić.
- Kawę. - odpowiedział Lennie, wtedy również znów przeniosłem na niego wzrok.
- Pytał o herbatę. - odezwałem się trochę złośliwie. Poza tym, co on sobie wyobraża? Nie będzie mi w nocy spać, a przecież z rana mamy iść do Chinatown. Niech to sobie wybije z głowy. - Żadnej kawy.
- To chcę po prostu wodę. - odpowiedział głównie mi, równie złośliwym tonem. Czyli to tak się bawimy? Dobrze. Ja tak mogę cały dzień. Jednak nie zrozumiałem jego posunięcia, gdy nagle wstał. - Zostawię was na chwilę. Muszę zajrzeć tam, gdzie król chodzi piechotą. - oznajmił, posyłając mi wredny uśmieszek. - Poza tym Shu, nie chciałeś czasem czegoś powiedzieć mojemu ojcu? - od razu uniosłem brwi, słysząc to pytanie. "Ktoś tu ma jakieś omamy słuchowe." Tyle chciałem powiedzieć.
- Cóż takiego? - włączył się tatuś Lenniego. Świetnie.
- W zasadzie to... - zacząłem, ale zupełnie nie umiałem skończyć. Byłem zły na Lenniego. Jak mógł mnie tak wkopać?! Niech nawet nie myśli, że ujdzie mu to płazem. Jeszcze przyjdzie taki moment, że się odegram.
- Zaraz wrócę. - położył rękę na moim ramieniu ze wciąż tym samym triumfalnym uśmiechem. Podniosłem na niego wzrok, ten jeszcze szczerzej się uśmiechnął. W odpowiedzi pokazałem mu środkowy palec, a ten mi język, po czym poszedł zamknąć się w łazience (Ach, miłość jest taka piękna). Pewnie nie wróci, dopóki nie porozmawiam z jego ojcem.
Przez jakiś czas siedzieliśmy w ciszy. On zalewał herbatę, a ja gapiłem się prosto w stół, przygryzając dolną wargę. Biłem się ciągle z myślami. Już ani trochę nie chciało mi się spać. Jak tu zagadać? Ukradkiem spojrzałem na mężczyznę, a po sekundzie znów na stół. Zrobiłem tak jeszcze parę razy, aż w końcu wstałem z miejsca. Raz kozie śmierć. Jak coś znów się z nim zacznę kłócić.
- Wiem, że to dla pana ciężkie i... W pewnych chwilach najzwyczajniej jest to trochę przytłaczające. Trudne do zaakceptowania, a nawet i zrozumienia. - przerwałem na chwilę, opierając się o blat i zerkając na niego. Ten jednak milczał, wpatrując się w kubki parzącej się herbaty. Chciałem jakiś ładny wstęp zrobić, ale było to o wiele trudniejsze, niż myślałem. Jednak postanowiłem kontynuować. - Tyle się działo. Najpierw związek, wypadek, zaręczyny i nasza mała kłótnia. - od razu się skrzywił na moje słowa. - Teraz dziecko. - dodałem, spokojnie się w niego wpatrując.
- Przejdź może do sedna. Co jeszcze? - pewnie spodziewał się, że wyskoczę z jakąś kolejną niespodzianką. Chociaż... Co może być jeszcze, aż tak szokujące, jak zaręczyny czy ciąża, jak chodzi o parę gejów? Nic nie przychodzi mi do głowy, ale wolę się nad tym nie zastanawiać.
- W zasadzie nic. - oznajmiłem, spokojnym tonem. - Chcę się wytłumaczyć i przeprosić. - oświadczyłem. - Poza tym też powiedzieć, że... Wszystko zależy od punktu widzenia. Gdyby pan przestał widzieć w nas dwójkę gejów, a po prostu dwójkę kochających się ludzi... Życie stałoby się prostsze. - uśmiechnąłem się i wzruszyłem ramionami. - Tyle. Nie byłoby tylu krzyków.
- Mój syn miał mieć... - przerwałem mu.
- Miał mieć na pewno ukochaną osobę, a z nią dziecko i szczęśliwe życie. Nie sądzi pan, że wszystko już jest na wyciągnięcie ręki? On jest szczęśliwy, ma dla kogo żyć, a za jakiś czas... - przerwałem na moment, wciąż się w niego wpatrując i jednocześnie kładąc dłoń na brzuchu. - Zostanie pan jednym dziadkiem tego dziecka. Ono nie będzie miało nikogo bliższego poza mną, Lenniem i właśnie panem. - sam nie wiem, czy docierały do niego moje słowa. Wpatrywał się tempo w blat, jednocześnie opierając się o niego dłońmi. W zasadzie nie miałem pojęcia, co jeszcze powiedzieć. W ogóle nie byłem przygotowany na żadną z nim rozmowę. Po chwili wydał z siebie głębokie westchnienie. - Czas podjąć męską decyzję i przestać się w końcu cackać z tą sprawą. - dodałem i szturchnąłem go w ramię z uśmiechem. - To tylko kwestia nastawienia, a ja naprawdę chcę żyć ze świadomością, że i pan i Lennie jesteście szczęśliwi z tego związku. Chce, żeby mimo wszystko to była kochająca się rodzinka. - wtedy już spojrzał na mnie. - Pan na pewno też tego chce, więc - wyciągnąłem rękę w jego stronę. - Jak będzie? - spytałem. Nie musiałem długo czekać na odpowiedź. Wszystko stało się jasne, gdy z uśmiechem uścisnął mi dłoń.
- Witam cię w rodzinie, Shu. - dodał jeszcze, co kompletnie mnie wtedy wzruszyło.
- Oooo. To najpiękniejsze, co pan mógł mi powiedzieć. - od razu go przytuliłem i zacząłem płakać. Nienawidzę się za tą szczególną nadwrażliwość w tym okresie. Nie minęła nawet chwila, a do środka wszedł Lennie.
- Coś czuję, że dużo mnie ominęło. - odezwał się, cicho się śmiejąc. Jego tata wyglądał na trochę zmieszanego zaistniałą sytuacją. Nie dziwię się.
- Twój tata jest kochanym człowiekiem. - nie umiałem się od niego odkleić, ale udało mi się też wciągnąć Lenniego do wspólnego przytulasa, więc było naprawdę cudownie. Już nawet nie myślałem o tym, w jaki podły sposób mnie tu zostawił.
Gdy już się uspokoiłem, wszyscy wróciliśmy do stołu. Dostałem swoją herbatę, zrobiłem parę łyków, a później tuliłem się do ramienia Lenniego. Czekała nas jeszcze rozmowa naszego wyjazdu i powrotu do cyrku. Teraz trochę szkoda było mi tu zostawiać jego ojca samego. Samotność jest okropna, a szczególnie, gdy gdzieś z tyłu głowy, odzywa się ta nieprzyjemna świadomość, że gdzieś tam dobrze się żyje twoim znajomym i rodzinie. Sam też niejednokrotnie na własne życzenie się odgradzałem od reszty. Nie za dobrze na tym wyszedłem... Może lepiej będzie, jak zostaniemy?

(Lennie~)