Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Midas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Midas. Pokaż wszystkie posty

18 sie 2018

Czystka!

Z przykrością muszę oświadczyć, iż osoby znajdujące się poniżej zostają usunięte z bloga. Powód ich usunięcia jest uzasadniony poniżej.

Midas | Magik | Bi (singiel) | Apollo.
0/0
#Powód: Brak kontaktu -> konto na howrse usunięte


 Perso | Prace na wysokościach | Bi (singiel) |iCat discord
0/0
<< Pełny profil >>
#Powód: Brak kontaktu


 Le bleuet | Krawiec, pomocniki przy zwierzętach |  Homo (singiel) | Lunativ
0/0
<<Pełny profil>>
#Powód: Brak odpowiedzi

28 paź 2017

Midas CD Le Bleuet

Montgomery wpadł do swojego namiotu niczym burza, na wejściu o mały włos nie przewracając się przez zabawkę Aurum. Zaklął szpetnie i omiótł wzrokiem pomieszczenie. Tygrysica wskoczyła na łóżko, tylko po to aby chwilę później z niego zeskoczyć. Miotała się niespokojnie po domu, to powarkując to ocierając się o swojego właściciela. Zwierze nie nawykło do sytuacji w którym jego pan bywał tak rozchwiany emocjonalnie, zresztą nie było czemu się dziwić. Sam Midas czuł że wszystko wymyka się mu z pod kontroli, szczerze mówiąc, miał wrażenie że się topi.
Jenna, Jenna, Jenna.
To niepozorne imię pustoszyło jego poukładany światek, bębniło w głowie i z pasją rozwalało całe to nikłe poczucie bezpieczeństwa jakie sobie wypracował. Bo, dobry boże, jakim prawem sobie na coś takiego pozwolił? Gorycz podeszła mu do gardła ze zdwojoną siłą. Och, tracił głowę i kręgosłup jednocześnie, w dodatku bał się że pociągnie za sobą w to wszystko Eda. Absolutnie nie chciał skrzywdzić chłopaka, który okazał się mu tak bliski, ale przekonanie że dzieli go krok od kompletnej katastrofy nie dawała mu spokoju.
Schemat działania był w zasadzie bardzo prosty – spakowałby najpotrzebniejsze rzeczy, wziął Aurum i jeszcze tego samego dnia wyjechałby z kraju. Problemów z pieniędzmi nie miał nigdy, a odpowiednia ilość złota przynajmniej na jakiś czas kupiłaby i jemu i tygrysowi nieco dyskrecji. Czuł się jednak podle, rozważając tak haniebną ucieczkę, zresztą nie sądził by zdołał się do niej tak łatwo zmusić. Jeśli miał być szczery, gdyby tylko mógł zabrać Le Bleueta ze sobą, nawet się by nie obejrzał. Nie mógł jednak prosić o to młodego krawca, w zasadzie nic nie mógł.
Opadł na łóżko i ukrył twarz w dłoniach. Nie zbyt długo mógł jednak pozostać w tej pozycji, duży łeb tygrysa siłą wepchnął się mu na kolana, domagając się natychmiastowej uwagi. Midas pogładził głowę futrzastej towarzyszki, powoli uspakajając własny oddech.
Położył się niedługo potem, dla pewności zażywając tabletki na senne. Trzymał je zawsze w pogotowiu, a teraz zdecydowanie nie miał ochoty ani na bezsenność ani na żadne jawy senne. Przynajmniej chwilowe odcięcie się od rzeczywistości było jednak niezwykle kuszące.
~~~
Poranek należał zdecydowanie do tych cięższych i jeśli jasnowłosy miał być szczery, wolałby dzisiaj w ogóle nie wyściubiać nosa z namiotu. Aurum wychynęła się na zewnątrz o świcie, żeby rozruszać kości. Nie oddalała się jednak zbyt daleko, co jakiś czas przy materiale pojawiała się jej pokrzepiająca sylwetka. Wielki kot czaił się gdzieś w pobliżu, najwyraźniej pilnując namiotu i jego właściciela.
Długowłosy przetarł oczy, starając się jakoś zapanować nad denerwującą gonitwą myśli. Wiedział że powinien jak najszybciej porozmawiać z ciemnowłosym, który zasługiwał zarówno na wyjaśnienie jak i na przeprosiny. Czuł jednak jak pod jego gardło podchodzi dławiąca gula, a wnętrzności zwijają się w nerwowy supeł. Machinalnie pogładził podłużne blizny na rękach, beznamiętnie dochodząc do wniosku że jeśli przed laty nikt by go nie ocalił, nie byłoby żadnego problemu.
Odetchnął, a zaraz potem poderwał głowę, zaalarmowany wściekłym warczeniem Aurum. Usłyszał zaniepokojone głosy, a niedługo potem dźwięki jego zwierzęcia przekształciły się w złowieszczy ryk.
Skoczył na równe nogi, bez zastanowienia wypadając na dwór. Pobladły Edward stał kilka kroków przed tygrysicą, jednak nie na niego skierowana była jej furia. Większy problem miała Jenna, która najwyraźniej zakodowała się w głowie wielkiego kota jako zmartwienie i powód stresu właściciela, a co za tym idzie – obiekt zdecydowanie nie pożądany na tygrysim terytorium.
Zanim zdążył jakkolwiek zareagować, tygrysica skoczyła do przodu, swoim impetem zbijając z nóg o wiele drobniejszą dziewczynę. Ta wrzasnęła urywanie, zwalając się ciężko na ziemię.
- Aurum! – krzyknął mężczyzna, ze zgrozą zauważając iż rozeźlona kocica nie reaguje na jego głos. Doskoczył do futrzastej towarzyszki, chwytając ją stanowczo za luźną skórę na karku. Parsknęła niezadowolona, jednak zachowanie Midasa zdołało wyrwać ją z największego amoku. Powoli skupiła na właścicielu swoją uwagę, posłusznie złażąc z dziewczyny. Montgomery trzymał ją jeszcze przez chwilę, w czasie gdy Le Bleuet pomagał wstać i dojść do siebie roztrzęsionej ofierze, która na szczęście wyszła z całej sytuacji bez szwanku.
Zdenerwowana Aurum ułożyła się przy nogach długowłosego, nadal spięta i gotowa powtórzyć swój wyczyn z o wiele większą skutecznością.
Jenna odgarnęła włosy z pobladłej twarzy, wbijając wzrok w złotookiego. Przez chwilę wydawała się całkowicie zatopiona we własnych myślach, jednak kiedy z jej kredowego oblicza odpłynęła reszta kolorów, miał pewność że go poznała.
- Montgomery? – zapytała ostrożniej, unosząc drżącą dłoń do ust. Midas skrzywił się odruchowo na ton jej głosu i odwrócił wzrok. Nie miał zamiaru zachowywać się nerwowo, bo to jedynie dodatkowo zaniepokoiłoby tygrysicę.
- Kopę lat – mruknął tylko niechętnie. Edward poruszył się niespokojnie, a dziewczyna zrobiła kilka kroków w tył. Zobaczył jak jej oczy rozszerzają się na wskutek silnych emocji.
- Jak mogłeś wtedy odejść – syknęła do niego, nie wykonując jednak gwałtownych ruchów. Najwyraźniej nadal bała się obecności tygrysa. – Wszyscy cię tak cholernie potrzebowali – warknęła. Aurum prychnęła i uniosła się lekko w ostrzegawczym geście.
- Nie, zdecydowanie nie. I lepiej by było gdybyś na razie stąd znikła – dodał. Jenna zacisnęła usta i odwróciła się na pięcie, odchodząc z zaciśniętymi pięściami. Cóż, Midas wiedział iż absolutnie sobie nie odpuściła, nie mogła jednak nic zrobić kiedy Aurum przy nim warowała. Długowłosy spojrzał bezradnie na ciemnowłosego.
- Możemy porozmawiać? – zapytał ostrożnie, na co ten powoli pokiwał głową. Weszli do namiotu w dziwnie nieprzyjemnym milczeniu.
- Znasz tę dziewczynę – bardziej stwierdził niż spytał krawiec. Midas oparł się ciężko o szafkę i nerwowo przeczesał dłonią włosy.
- Tak. To stare dzieje – zaczął powoli. Le Bleuet spojrzał na niego smutno.
- Przyjechała tu bo jej kuzynka zmieniła się w złoto – wyjaśnił chłopak. – Myślałem, że możesz pomóc w tym temacie. Wujek Pik jeszcze bada tę sprawę, ale Jenna strasznie upierała się, żeby cię poznać – wyjaśnił. – Nie wiem czemu tak jest, być może to jakiś nowy podgatunek potwora, który ma podobne moce co ty, albo jakoś je skopiował – krawiec bezradnie rozłożył ręce. Midas poczuł się jakby ktoś uderzył go w twarz. Poruszył się nerwowo, spuszczając wzrok na ziemię i maniakalnie pocierając blizny, jakby to w jakiś magiczny sposób miało przegnać jego strach. Desperacko próbował zebrać sensowne myśli jednak im bardziej się starał tym bardziej mu one umykały. Opuścił lekko głowę, pozwalając włosom opaść i zakryć jego twarz. Czuł, że złote oczy wzbierają łzami, których wstydził się i zdecydowanie nie chciał pokazać światu.
- Potwór… - powtórzył głucho, jakby z zamyśleniem. Nieprzyjemna strzała bólu przemknęła przez jego serce, wywołując lekki grymas na jego twarzy.
- Monty? Wszystko w porządku? – zapytał Edward niepewnie, robiąc kroczek w jego stronę. Midas parsknął niewesoło, zmuszając się do uniesienia głowy. Potarł twarz drżącą dłonią, starając się ukryć łzy.
- Nie, oczywiście, że nie jest w porządku – odparł, wykonując nieartykułowany ruch dłonią. Odwrócił się w końcu w stronę krawca.
- To całe przekleństwo ze złotym dotykiem zaczęło się kiedy byłem dzieckiem. Kiedy zmieniłem moją mamę – zaczął głosem nieco wyzutym z emocji. – Ojciec wykorzystał mnie jak kurę znoszącą złote jaja. A potem inni i kolejni – nakreślił ostrożnie. Wbił pusty wzrok w tygrysicę która zaczęła kręcić się po namiocie.
- W końcu uciekłam, ale w zasadzie nie widziałem w niczym zbyt wielkiego sensu – mówił dalej, przesuwając palcami po jednej z blizn – Moja śmierć nic dla nikogo nie znaczyła. Ale zanim się wykrwawiłem znalazła mnie Harlow i jej ojciec. Zaopiekowali się mną, opatrzyli, dali normalny dom. Jakoś doszedłem do siebie, zacząłem panować nad sytuacją. I jakoś tak wyszło, że ja i Harlow byliśmy razem. Oświadczyłem się jej – dokończył.
- Nie mam pojęcia jak to się stało, chyba byłem zbyt rozemocjonowany. To była tylko chwila kiedy zmieniła się w złoto. Następnego dnia uciekłem. Tułałem się przez jakiś czas, potem dołączyła Aurum i znaleźliśmy się w cyrku – dodał, spuszczając wzrok.
- A teraz wróciła Jenna, chociaż nie mogę z tym nic zrobić – uśmiechnął się krzywo i niewesoło. W końcu odważył się podnieść wzrok na nieco pobladłego Edwarda.
- Kocham cię, ale widocznie wszystko na czym mi zależy prędzej czy później przez to ginie. Nie chcę ściągnąć cię na dno, zrozumiem jeśli nie będziesz chciał mieć ze mną nic wspólnego. Po prostu to powiedz, a zniknę – powiedział Monty, czując jak w złotych oczach ponownie zagnieżdżają się łzy.

<Słońce? >



24 wrz 2017

Midas CD Le Bleuet

Monty zmrużył oczy z zadowoleniem, obserwując leniwie Edwarda. Czuł się świetnie, a dzień zapowiadał się nad wyraz dobrze. Co więcej, z całą pewnością mógł przywyknąć do takich poranków. Aurum otarła się niecierpliwie o jego nogi, przypominając o swojej jakże ważnej obecności.
Długowłosy dokończył śniadanie i wstał, żeby nakarmić swoją zwierzęcą towarzyszkę. Chwilę potem wielki kot pałaszował z dużej, metalowej miski swoje śniadanie, pomrukując przy tym z nabożnym zadowoleniem.
- Jakieś plany na dzisiaj? – zagadnął Midas, przeciągając się i zerkając na krawca. Chłopak wzruszył ramionami, a zaraz potem uśmiechnął się lekko.
- Mam do skończenia dwie sukienki – powiedział. Montgomery pokiwał głową, niechętnie rozglądając się za jakąś czystą koszulą.
- Ja powinienem poćwiczyć – stwierdził. Edward oparł policzek o rękę.
- Jeśli poćwiczysz popołudniem, to będę mógł przyjść, popatrzyć – zaproponował, na co Midas uśmiechnął się mimowolnie. Takie rozwiązanie jak najbardziej mu pasowało, w końcu wygodniej ćwiczyło się pokaz magiczny, mając przy sobie publikę.
~~~
Arena cyrku akurat była wolna, co Midasowi było jak najbardziej na rękę. Aurum truchtała za nim, a zaraz potem wyprzedziła go, aby zrobić obchód wokół znajomego terenu. Zatoczyła leniwe kółko po arenie, zlustrowała wzrokiem miejsca dla publiczności i wróciła do nóg swojego właściciela, nie znajdując w okolicy niczego ciekawszego. Edward zjawił się mniej więcej piętnaście minut później, obdarzając Monty’ego słodkim uśmiechem. Zajął miejsce naprzeciwko długowłosego, przy okazji wołając do siebie tygrysicę. Ta w odpowiedzi zamruczała głośno, ale nie podniosła się, wygodniej rozkładając się na ziemi. Midas parsknął na ten widok.
- Ktoś tu ma leniwy dzień – skwitował.
Zaraz potem rozpoczął swoje ćwiczenia, na pierwszy ogień pokazując proste, kuglarskie sztuczki, a dopiero potem te bardziej zaawansowane, kręcące się przeważnie wokół jego złotej mocy.
Ed pochylił się lekko do przodu, obserwując go z uśmiechem i uwagą. Obydwaj przeoczyli moment, kiedy do wielkiego namiotu cyrkowego wśliznęła się po cichu trzecia osoba. Zaalarmowała ich dopiero Aurum, która wyczuła obcą obecność. Tygrys uniósł potężny łeb i napiął mięśnie. Wstała powoli, a zaraz potem zrobiła kilka bezszelestnych kroczków. Obejrzała się na Midasa, który zmarszczył brwi i schował do kieszeni pozłacaną chusteczkę, której właśnie używał do sztuczki.
- Przepraszam? – rozległ się dziewczęcy głos. Edward wstał zaciekawiony, rzucając pytające spojrzenie Midasowi. Ten wzruszył lekko ramionami i chwycił lekko Aurum za luźną skórę na karku. Nie chciał, aby tygrysica urządziła sobie polowanie na zupełnie przypadkową osobę.
Dziewczyna obeszła trybuny, odgarniając kaptur z głowy.
Montgomery wciągnął ze świstem powietrze, czując, jak krew nieprzyjemnie ścina się w jego żyłach. Kobieta miała średniej długości, jasne, płowe włosy i stalowoszare, pełne determinacji oczy. Cóż, Monty rozpoznałby ją chyba w każdych okolicznościach, w końcu jak mógł zapomnieć o kuzynce swojej byłej narzeczonej. Jeśli dobrze pamiętał, liczyła sobie obecnie jakieś dwadzieścia jeden lat. Swego czasu za sprawą Harlow znali się całkiem dobrze, doskonale wiedział, że jego narzeczona jest, a raczej była, z nią w bliskich, ciepłych stosunkach. Zaklął pod nosem.
- Ed, musimy iść – powiedział z naciskiem. Chwycił zdezorientowanego chłopaka za rękę, ciągnąc go nerwowo do wyjścia. Pstryknął na tygrysicę, która powlekła się za nimi.
Monty czuł, jak serce podchodzi mu ze zdenerwowania do gardła. Nie miał pojęcia, co robi tutaj Jenna i szczerze mówiąc, nie chciał tego wiedzieć. Miał wrażenie, że ktoś z całej siły uderzył go w tył głowę. Czy po to uciekał przed przeszłością, aby teraz go dopadła?
Martwił się także Edwardem. Jak zareaguje na wieść, że Midas miał na rękach życie innych ludzi, ba, życie osób, które kochał? To nie tak, że chciał zataić przed nim swoją historię, skądże. Nie umiał znaleźć tylko dobrego momentu, żeby mu o tym opowiedzieć.
- Ej, zaczekajcie! Proszę! – zawołała za nimi Jenna. Nie rozpoznała jeszcze Montgomeryego, co nie było aż takie dziwne. Minęło dobre siedem lat, odkąd go widziała, w dodatku jeszcze wtedy miał o wiele krótsze włosy niż teraz.
- Co w ciebie wstąpiło? – sapnął Edward, starając się wyrwać rękę. Oddalili się już od nieproszonego gościa i wyszli poza namiot, jednak Midas wiedział, że tak łatwo się jej nie pozbędzie.
- Nic – warknął nie co zbyt gwałtownie w odpowiedzi. Przez twarz chłopaka przemknęła uraza, która zabolała Midasa bardziej niż gdyby ktoś wymierzył mu siarczysty policzek. Czuł jednak, że strach odbiera mu możliwość racjonalnego myślenia, serce bębniło niezdrowo i z każdą chwilą miał wrażenie, że jest przypierany do muru. Aurum kręciła się niespokojnie, wyczuwając nastrój swojego właściciela. Mężczyzna wziął głęboki oddech. – Chodźmy do mnie, to na pewno nic ważnego – dodał. Ed wyszarpnął rękę i zaczął rozmasowywać nadgarstek, który rozemocjonowany Monty ścisnął odrobinę zbyt mocno.
Jenna wydostała się z namiotu i dostrzegła mężczyzn. Ruszyła w ich stronę. Monty zaklął, rzucił przepraszające spojrzenie krawcowi i odszedł pośpiesznym krokiem. Tygrys truchtał przy jego nodze, powarkując i prychając nerwowo.
Midas czuł, jak wszystko z powrotem się sypie. Wiedział, że Jenna na pewno opowie jego partnerowi całą historię. Monty po prostu nie chciał przy tym być, pragnął jedynie schować się przed spojrzeniami całego świata razem ze swoim tygrysem.

< I co ty na to, skarbie? c; >

17 wrz 2017

Midas CD Le Bleuet [ +18 ]

Kiedy nieobecność Edwarda zaczęła dziwacznie się przedłużać, Midas doszedł do wniosku, że stanie przy straganach nie ma najmniejszego sensu. Był pewien, iż nieszczęsne toalety znajdowały się gdzieś w centrum, a myśl, że Le Bleuet mógł pójść w złą stronę i gdzieś zabłądzić jakoś nie bardzo przypadała mu do gustu. To właśnie pchnęło go do ruszenia za chłopakiem. Och, takiego obrotu spraw, jaki nastał potem, nie spodziewałby się w swoich najśmielszych myślach. Z całą pewnością nie miał jednak zamiaru narzekać, wręcz przeciwnie. Podekscytowanie zalewało go gorącymi falami i nawet nie starał się z nimi walczyć. Krawiec działał na niego jak magnes, każdym najdrobniejszym dźwiękiem, uśmiechem i gestem, sprawiając, że długowłosy zatracał się coraz bardziej.
- Montgomery – wydusił z siebie w końcu Ed, sprawiając, że po plecach mężczyzny przebiegł elektryzujący dreszcz. Monty zmienił rytm poruszania dłonią, obserwując, jak oczy chłopaka rozszerzają się bezwarunkowo. Ciepły, lepki płyn pobrudził jego rękę, a jęk młodego krawca z całą pewnością przyćmił te poprzednie. Midas pocałował czule drżącego ciemnowłosego, przymykając lekko oczy. Podniecenie igrało z nim, posyłając go niemal na granicę, jednak mężczyzna nic z tym faktem nie robił. Nie miał najmniejszego zamiaru zmuszać do niczego chłopaka.
Edward w tym czasie odchylił się nieco, powoli wracając do siebie. Oblał się ślicznym rumieńcem i obdarzył Midasa słodkim uśmiechem.
- Jesteś piękny – mruknął do niego Monty. Ciemnowłosy pochylił się i pocałował go krótko, zjeżdżając dłońmi w dół po ciele mężczyzny. Ten westchnął mimowolnie, mrużąc lekko oczy, kiedy szczupłe ręce partnera dotknęły wrażliwe miejsce.
- Nie musisz nic robić, jeśli nie chcesz – szepnął Midas, obserwując Edwarda.
- Przecież mnie nie zmuszasz – odparł młodszy, rzucając mu błyszczące spojrzenie. Odpiął spodnie długowłosego nieco drżącymi dłońmi, a zaraz potem sam zsunął się w dół, rozkosznie zaczerwieniony. Montgomery otworzył szerzej oczy, w ostatniej chwili pojmując zamiary chłopaka. Poczuł, że jego policzki robią się cieplejsze, od mimowolnego rumieńca. Och, Le Bleuet był zdecydowanie jedyną osobą na świecie, która potrafiła go doprowadzić do takiego stanu. Podobało mu się to jednak i nie było sensu temu zaprzeczać.
- Ed… - zaczął ostrożnie, jednak nie zdołał ubrać swojej nieskładnej myśli w słowa, ponieważ bardzo dobitnie poczuł, jak ciemnowłosy bierze go do ust. Złotooki wydał z siebie głuche jęknięcie i mógł założyć się, że w oczach Eda błysnęła satysfakcja. Przymknął oczy i odchylił głowę do tyłu, przygryzając wargę. Czuł, że jego samokontrola umyka gdzieś w popłochu, pozwalając przyjemności i pożądaniu przejąć świadomość. Elektryzujące dreszcze przebiegały przed ciało mężczyzny, za każdym razem, gdy młodszy poruszał głową, posyłając go tym samym na skraj wytrzymałości. Dłonie zacisnął na bogu ducha winnej trawie i wydał z siebie przeciągłe mruknięcie. Jego powaga oraz spokój rozsypały się, zmieniając go w drżący, otumaniony kłębek uczuć.
- Najdroższy… - spróbował go ostrzec, a zaraz potem doszedł.
Pozbieranie się i wrócenie do rzeczywistości zajęło mu chwilę, podczas której Edward zdążył podciągnąć się do góry. Mężczyzna kątek oka zauważył, jak chłopak wierzchem dłoni ociera usta, a zaraz potem układa głowę na jego ramieniu.
Milczeli przez chwilę, wtopieni w swoje błogie towarzystwo, wsłuchani w delikatne odgłosy nocy i przytłumioną muzykę wesołego miasteczka. Zebrali się dopiero po kilku minutach, nadal rozczochrani i rozgrzani niedawnymi wydarzeniami. Ubrali się nie zgrabnie, a zaraz potem Midas parsknął lekko na widok krzywo zapiętych guziczków koszuli ciemnowłosego. Podszedł do niego i pomógł mu w poprawieniu ich, nie tracąc swojego lekkiego uśmiechu.
- Kocham cię – mruknął, przerywając ciszę. Pocałował chłopaka krótko, czując, że się uśmiecha.
- Ja ciebie też – odpowiedział młodszy.
Ruszyli w kierunku miasteczka, powoli przybliżając się do źródła rozmaitych, niekoniecznie cichych dźwięków. Długowłosy potarł już nieco zmęczone oczy i zerknął na swojego towarzysza. Ed trzymał go za rękę, wydając się przy tym nieco zmęczonym.
- Wszystko w porządku? – zapytał długowłosy, gładząc kciukiem dłoń chłopaka – jeśli chcesz, możemy już powoli wracać – zaproponował. Sam zaczynał się czuć już nieco wypompowany, bo, bądź co bądź, wiele się wydarzyło. Czekała ich jeszcze droga do cyrku, jednak Montgomery rozważał podwózkę bryczką, zaparkowaną niedaleko wejścia wesołego miasteczka. Było już późno, a nie chciał niepotrzebnie forsować swojego partnera.

<Ed, najdroższy? c; >

10 wrz 2017

Midas CD Le Bleuet

Mężczyzna przytulił drżącego nieco chłopaka i ostrożnie przesunął dłonią po jego plecach. Przymknął oczy, wzdychając nieomal niesłyszalnie.
Nigdy dotąd nie szufladkował swoich uczuć do drobnego krawca, czuł, że nie zrobiłby tego odpowiednio i niejako bał się nazywać rzeczy po imieniu. Ale jak inaczej niż mianem miłości mógłby określić fakt, iż dla Edwarda mógłby przemierzyć cały świat, policzyć wszystkie gwiazdy? Czuł osobliwe, przyjemne ciepło, kiedy trzymał go w ramionach.
Przez chwilę w jego myślach pojawiła się nieproszona Harlow, będąca jak kubeł zimnej wody na głowę. Spojrzał na nią jednak z odpowiedniego dystansu. Och, Montgomery z całą pewnością żałował tego, co zaszło i poświęciłby naprawdę wiele by przywrócić dziewczynę do żywych. Z niejakim ponurym rozbawieniem odkrył, jednak że nie tęskni już za smakiem jej ust, że w przeciągu tych lat zaczął traktować ją nieco jak utraconą przyjaciółkę. Cóż, może i nie było to takie dziwne, kiedy ostatnio ją widział, obydwoje byli dzieciakami. Na chwilę obecną wypchnął jednak dziewczynę z własnych myśli.
- Oczywiście – odpowiedział miękko i zupełnie szczerze. Le Bleuet uniósł głowę i spojrzał na niego wielkimi, błyszczącymi oczyma, a zaraz potem uśmiechnął się delikatnie, nieomal nieśmiało. Długowłosy także odpowiedział uśmiechem, czując, jak ulatują z niego wszystkie możliwe obawy i zmartwienia. Czuł się cudownie lekki, a mając w ramionach młodego krawca, czuł się tak, jakby ktoś ofiarował mu cały wszechświat.
Przesunął jedną dłoń do góry, muskając czule policzek, drugą zaś ułożył na boku chłopaka. Nachylił się nieco i bez większego wahania delikatnie go pocałować. Elektryzujący dreszcz przeszył ciało długowłosego, przebiegając wzdłuż kręgosłupa niczym błyskawica, gdy chłopak w odpowiedzi zarzucił mu ręce na szyję. Zamknął oczy, wiedząc, że nie musi się śpieszyć. Powoli pogłębił pocałunek, wlewając w niego całą czułość, jaką zdołał z siebie wykrzesać. Usłyszał ciche mruknięcie zadowolenia, kiedy wsunął język do ust chłopaka. Le Bleuet zaczął ostrożnie odpowiadać na pocałunek, a po chwili zaangażował się w niego całkowicie, przyprawiając Montgomeryego o słodki zawrót głowy. Oderwali się do siebie dopiero po dłuższej chwili, przez chwilę wsłuchując się w swoje przyśpieszone, ciężkie oddechy i łomoczące w oszalałym tempie serca.
Monty uśmiechnął się mimowolnie na widok zamglonego wzroku chłopaka i jego rumieńców.
- Jesteś piękny – wymruczał, a kiedy krawiec uśmiechnął się lekko, poczuł jak zalewa go przyjemne ciepło.
Byli właśnie na samym szczycie koła. Gwiazdy migotały nad ich głowami, księżyc oblewał świat swoim blaskiem, a w dole mieniły się światła wesołego miasteczka. Midas nie był jednak w najmniejszym stopniu zainteresowany niewątpliwie urokliwym widokiem, właściwie ledwo co go zarejestrował. Zamiast tego skupił się na Edwardzie, który wyglądał z tego powodu na wielce ukontentowanego.
Usiedli na niewielkiej ławeczce znajdującej się w kapsule, wtuleni w siebie, pijani swoją obecnością. Midas przesunął wzrokiem po ślicznej buzi chłopaka i zawiesił oczy na delikatnej, smukłej szyi. Pochylił się, żeby złożyć na niej pierwszy czuły pocałunek. Usłyszał, jak krawcowi wyrywa się westchnięcie. Zamarł na chwilę, przesuwając nosem po aksamitnej skórze.
- Mogę? – zapytał szeptem, muskając ustami ciało młodszego. Przez Eda przebiegł dreszcz i Monty był pewien, że go usłyszał. Chłopak skinął głową, nieco zestresowany, a zaraz potem odchylił ją nieco, bardziej odsłaniając szyję. Montgomery zasypał ją namiętnymi pocałunkami, mając wrażenie, że z każdą sekundą coraz bardziej uzależnia się od tego drobnego skarbu. Uśmiechnął się leciutko, gdy dobiegło go najsłodsze na świecie jęknięcie.
Odsunął się od niego niechętnie, kiedy zbliżyli się niebezpiecznie blisko ziemi, gdzie mogły zauważyć ich tłumki ludzi. Splótł swoją dłoń z dłonią chłopaka i kciukiem pogładził jej wierzch. Ed oparł się o niego wygodnie, układając głowę na ramieniu mężczyzny.

< Le Bleuet? >

4 wrz 2017

Midas CD Le Bleuet

Dom luster okazał się całkiem sporym labiryntem wypełnionym ścianami z krzywych zwierciadeł, sprawiającymi, iż goście czuli się jeszcze bardziej zagubieni. Ich karykaturalne wersje łypały ze wszech stron, sprawiając osobliwe i nieco zabawne wrażenie. Ruszyli przed siebie, ostrożnie badając odnogi głównego korytarza, jednocześnie pilnując, aby nie rozdzielić się na dłużej. Co jakiś czas zdarzało im się natknąć na innych ludzi, z którymi wymieniali informacje odnośnie do drogi w labiryncie. Dopiero po półgodzinie błąkania się i rozmawiania udało im się wpaść na dobry trop do wyjścia. W końcu stanęli na zewnątrz, uwolnieni od niewątpliwie dobrej atrakcji.
- Tego się nie spodziewałem – przyznał się długowłosy. Młodszy chłopak posłał mu szeroki uśmiech.
- Ja też nie – zgodził się krawiec. Chwilę potem losowali kolejną atrakcję.
- Diabelski Młyn – oznajmił Montgomery, uśmiechając się lekko. Lubił tego typu atrakcje, widok z góry najczęściej bardzo mu się podobał. Na takiej wysokości ludzkie problemy i zmartwienia zdawały się mało istotne, zostawały gdzieś na dole, odpuszczając sobie na chwilę, co jak najbardziej mu odpowiadało. Kolejka do atrakcji nie była zbyt długa, większość osób wolała wyszaleć się na zatrważająco szybkich rollercoasterach, sprawiających, że żołądek podchodził do gardła. Sam Midas nie bardzo widział w tym przyjemność, nie miał lęku wysokość, jednak miotanie nim w każdą możliwą stronę nie należało do szczytu marzeń.
Skasowali bilety i wsiedli do niewielkiej, przeszklonej kapsuły, w której było nieco miejsca do stania i wąska ławeczka. Urządzenie ruszyło do góry leniwie, powolnie wtaczając się do góry. Kołysało się i drżało przy tym delikatnie, ale nie było to nic anormalnego. Stanął przy czystej szybce i wyjrzał na zewnątrz. Ludzie maleli w jego oczach systematycznie, barwne stragany zmieniały się już w kolorową, świecącą plamę.
- Chyba widzę stąd światła cyrku – stwierdził Montgomery, przyglądając się jasnym planką za oddalonym lasem. Obejrzał się na młodego krawca, który z pobladłą twarzą kurczowo trzymał się wąskiej rurki oddzielających kabinę od szyby. Monty przyjrzał się mu zmieszany, czując, jak nieprzyjemny dreszcz przechodzi wzdłuż jego kręgosłupa.
- Wszystko w porządku? – zapytał ostrożnie. Edward spróbował wykrzesać z siebie wyblakły uśmiech, jednak na jego miejscu pojawił się jedynie spłoszony grymas.
- Jest okej, tylko – wykonał niesprecyzowany ruch w kierunku szyby – nie sądziłem, że będzie aż tak wysoko – dodał z cichym westchnieniem. Mężczyzna przeczesał nerwowo swoje długie włosy.
- Czemu nie powiedziałeś wcześniej, że masz lęk wysokości? – mruknął i wyciągnął ręce w jego kierunku. Ed bez wahania skorzystał z okazji, wtulając się w Midasa. Pobladłą twarz ukrył w koszuli starszego, przywierając do niego nieomal kurczowo. Dopiero teraz Monty mógł wyczuć jak mocno i szybko bije serce krawca. W uspokajającym geście pogłaskał jego plecy.
- Jeśli chcesz, to zaraz możemy wysiąść. Jak tylko kapsuła zjedzie na dół – pocieszył go. Cóż, nie miał zamiaru trzymać go na wysokości, skoro ewidentnie się bał. Edward odsunął się minimalnie, żeby móc spojrzeć na mężczyznę niepewnie.
- Myślałem, że lubisz takie kolejki – powiedział, na co Midas prychnął cicho.
- Jeśli masz się tu męczyć, wolę zejść – stwierdził zdecydowanie.
Nagle kapsuła zachwiała się lekko i stanęła w praktycznie najwyższym punkcie koła. Monty zauważył, jak oczy Eda rozszerzają się mimowolnie ze strachu.
- Spokojnie, to tylko ktoś wysiada albo wsiada na dole – uspokoił go. Podniósł rękę i ostrożnie dotknął policzka niższego chłopaka. Pogładził delikatnie aksamitną skórę. – Zaraz znowu ruszymy – zapewnił. Nie wydawało mu się, że kolejka mogłaby mieć w tym momencie awarię. Wesołe Miasteczko rozstawiło się stosunkowo niedawno, a przed dopuszczeniem do użytkowania atrakcje na pewno były niejednokrotnie sprawdzane.
Czułym gestem odgarnął z buzi krawca niesforne kosmyki. Chłopak wydawał się już mniej przestraszony, jednak Midas z całą pewnością nadal widział w jego oczach niepewność. Nie dziwił się mu zresztą, sam na miejscu Eda z całą pewnością nie czułby się komfortowo. Ba, najprawdopodobniej kategorycznie odmówiłby wejścia na atrakcję.
W głowie rozpaczliwie szukał jakichś słów pociechy, błyskotliwej uwagi, która odwróciłaby uwagę chłopaka od wysokości. Nie umiał znaleźć jednak nic, co skutecznie zajęłoby jego myśl. W końcu, po denerwującej chwili zawahania, pochylił się nieco i ostrożnie pocałował czoło Edwarda. Poczuł, jak krawiec momentalnie nieruchomieje zaskoczony.
Monty przymknął oczy, ciesząc się bliskością Le Bleueta i jego niemal upajającym zapachem. Z początku naprawdę chciał to zakończyć, przestać nim zupełnie się zatraci. Nie powinien się jednak tak paskudnie okłamywać, zbytnio pragnął bliskości osoby tak zaskakująco bliskiej jego sercu. Zszedł drobnymi, pieszczotliwymi pocałunkami niżej, obdarzając uwagą najpierw nosek, a następnie policzki. Jak przez mgłę zarejestrował ciche westchnięcie chłopaka i jego przymknięte oczy. Kompletnie umknął mu też fakt, iż kapsuła zdążyła nieśpiesznie ruszyć do przodu, zjeżdżając po wielkim kole na dół. Wargami musnął kącik ust krawca, a zaraz potem wyznaczył pocałunkami linię jego szczęki. Miał też cichą nadzieję, iż młodszy nie wyczuwa mimowolnego drżenia jego dłoni.
W końcu odsunął się minimalnie od zaskoczonego Edwarda i zerknął przez szybę, chociaż widok za nią był teraz ostatnią rzeczą, jaką chciał na dłuższą metę oglądać.
- Jesteśmy już praktycznie na dole – stwierdził cicho, ponownie wbijając spojrzenie w swojego towarzysza.

< Le Bleuet? :> >

28 sie 2017

Midas CD Le Bleuet

Monty otoczył ramionami drobniejszego chłopaka i zerknął na niego niepewnie. Nie był pewien czy jest dobry w pocieszaniu, a jeśli miał być szczery, obawiał się, że sprawił mu przykrość. Tak bardzo chciał dodać mu pewności siebie, przekonać, że kwestia jego nóg wcale mu nie przeszkadza i każda niedoskonałość tylko dodaje mu uroku. Wiedział jednak, że bezcelowe będzie powtarzanie górnolotnych stwierdzeń, w końcu sam na jego miejscu najpewniej nie przyjąłby ich tak od razu. Zamiast tego westchnął cicho i zajął się delikatnym przeczesywaniem włosów młodego krawca. Poczuł, jak chłopak układa się wygodniej i nieco rozluźnia. Siedzieli chwilę w milczeniu, zatopieni we własnych myślach.
- Powinniśmy iść już do tej wróżki, sprawdzić co nas czeka – przypomniał Edward, śmiejąc się nieco i sprowadzając Montgomeryego z powrotem na ziemię. Mężczyzna wypuścił go z objęć i uśmiechnął się krzywo.
- Zdecydowanie – przytaknął.
Namiot wróżki znajdował się nieco na obrzeżach wesołego miasteczka, sugerując, że na ogół atrakcja nie cieszy się zbytnią popularnością. Z zewnątrz nie wyróżniało się zbytnio od zwykłego namiotu, nieprzezroczysta, fioletowa tkanina została jedynie nieco ozdobiona tandetnymi światełkami choinkowymi. Obok niego stał mężczyzna, najwyraźniej pełniący funkcję biletera i ochroniarza w jednym. Przyjął ich wejściówki i schował je do kieszeni.
- Wchodzi się pojedynczo – oznajmił. Midas spojrzał na młodego krawca niepewnie. Ten wyszczerzył się w uśmiechu.
- Idź pierwszy – powiedział młodszy. Długowłosy wzruszył lekko ramionami, równie dobrze mógł mieć to za sobą.
Już od wejścia uderzył go słodkawy, mdły zapach kadzidełek. W pomieszczeniu panował dziwaczny półmrok, mający na celu dodanie klimatu. Wnętrze namiotu ozdobione zostało różnymi szafeczkami, obstawionymi groteskowymi przedmiotami. Monty dopatrzył się wśród nich atrap kości, szklanych kulek, fiolek oraz innych dziwactw.
- Zrzucisz czaszkę – odezwał się ktoś nagle, sprawiając, że długowłosy podskoczył zaskoczony. Machnął ręką nieskładnie i usłyszał brzdęk. Skrzywił się i pochylił, aby podnieść strącony przedmiot i zaklął na widok plastikowej, czarnej czaszeczki. Odstawił ją na byle jaką półkę, po czym zwrócił się w kierunku głosu.
Wróżka siedziała przy niewielkim stoliku w kącie namiotu, schowana w cieniu. Dopiero po podejściu do niej i bliższych oględzinach dało się dostrzec ją wyraźniej. Otulona w skrzące się woale dziewczyna nie mogła mieć więcej niż czternaście lat. Drobne, chuderlawe ciało wyglądało jak gałązka, gotowa w każdej chwili pęknąć. Potargane, nierówno ścięte włosy zaczesała na bok i wplotła w nie piórka oraz koraliki. Najbardziej jednak fascynującą częścią jej wyglądu były oczy, zasnute szarą mgiełką, ewidentnie ślepe.
- Siadaj, złoty chłopcze – poleciła, wskazując krzesło przed sobą. Nie spodobał się mu jej przydomek, zupełnie jakby dziewczynka wiedziała, jaką ma umiejętność. Odepchnął od siebie bzdurne myśli i zajął wskazane miejsce. Nie miał zamiaru niepotrzebnie przedłużać swojej wizyty.
- Coś ty taki zestresowany – mruknęła, rozkładając na stole talię kart. W półmroku zauważył na nich różne wypukłości, które pomagały dziewczynie rozpoznawać karty. Długowłosy założył ręce na piersi.
- Niezła sztuczka z tą czaszką na początku – stwierdził. Uśmiechnęła się krzywo.
- Możesz to nazywać sztuczką, jeśli chcesz – wzruszyła ramionami. Mężczyzna skrzywił się mimowolnie. Ta niepozorna dziewczynka niepokoiła bardziej niż cały tandetny wystrój razem wzięty.
Przesunęła dłonią po kupce kart, rozciągając je na stole w równym rządku. Postukała palcem w blat.
- Wybierasz trzy karty, które powiedzą mi o twojej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – oznajmiła, błyskając zębami w nieco zbyt drapieżnym uśmiechu. Przez chwilę zastanawiał się, co tak młoda osoba robi w wesołym miasteczku, ale szybko zaniechał tego zajęcia, z autopsji wiedział, iż życie czasami układało się niezbyt przyjemnie i dziwacznie.
Wybrał trzy karty ze środka, nie kierując się zupełnie niczym. Podsunął je w stronę nieletniej wróżki, która obróciła je i przesunęła palcami po wypukłościach. Zmrużyła ślepe oczy, jakby starając się coś rozszyfrować.
W końcu odchrząknęła i odgarnęła z twarzy kilka zagubionych kosmyków.
- Uciekłeś od swoich wspomnień, ale nadal nie dają ci one spokoju – stwierdziła, obracając w palcach jedną z kart. – Wszystko, co brałeś do rąk, psuło się i umierało – dodała pogodnie, sprawiając, że po plecach Montgomeryego przeszedł lodowaty dreszcz. Zamglone oczy dziewczynki zdawały się świdrować go na wylot. Odłożyła kartę i wzięła do rąk kolejną, palcami badając nowe wypukłości.
- Tracisz czujność i masz kogoś cennego. Boisz się, że znowu wszystko stanie się złote i zimne – stwierdziła, krzywiąc się lekko. Monty zacisnął dłonie w pięści. Z miłą chęcią wyszedłby już z tego namiotu. Skąd mógł wiedzieć, że spotka jakąś małą wieszczkę, a nie standardową, grubą kobietę opierającą się na standardowej zimnej przepowiedni? Po raz kolejny jego wiara w różne rzeczy była podkopywana, jednak jak nie miał tracić gruntu pod nogami, gdy zupełnie obca osoba trafiała w sedno? Cóż, w potwory swego czasu również nie bardzo wierzył. Zakrawało to o ironię u kogoś, kto dotykiem zmieniał rzeczy w złoto.
Trzecia i ostatnia karta błysnęła w dłoniach Melanii. Dziewczyna rozpromieniła się lekko.
- Będzie lepiej, niż ci się wydaje – stwierdziła, nadal przesuwając palcami po karcie. – Trochę stresów, ale w ogólnym rozrachunku nie tak źle. Możesz ufać krawcowi i swoim uczuciom – dopowiedziała. Zaraz potem złożyła i przetasowała karty.
- Swoją drogą możesz go już zawołać – dodała, po raz kolejny sprawiając, że przeszedł go dreszcz. Mruknął pożegnanie i wyszedł z namiotu, natychmiast wpadając na Edwarda.
- I jak było? Coś tak zbladł? – zagadał go wesoło chłopak. Midas wykrzesał z siebie uśmiech i poczochrał go po głowie.
- Jest dziwna. Zresztą sam się przekonaj – odparł, ruchem głowy wskazując na namiot.

< Le Bleuet, słońce, teraz twoja kolej :') >

24 sie 2017

Midas CD Le Bleuet

Montgomery czuł, jak przyjemne ciepło rozlewa się w jego klatce piersiowej. Ile czasu minęło, kiedy ktokolwiek powiedział mu coś takiego? Cóż, nie liczył już, ale mógł się założyć, że dosyć dawno. Miły dreszcz przebiegł mu przez plecy, gdy chłopak wziął go za rękę. Uśmiechnął się mimowolnie na ten gest, czując się spokojniej, jakby pewniej we własnej skórze.
Odprowadził chłopaka pod jego namiot, pożegnał się i już miał odchodzić, gdy zatrzymało go wołanie młodego krawca.
- Jasne, czemu nie – odpowiedział na propozycję, uśmiechając się lekko na widok radości młodszego. Wyjście wydawało mu się całkiem dobrym pomysłem, po ostatnich przeżyciach obydwaj powinni wyrwać się z cyrku na chwilę i zapomnieć o przyziemnych sprawach. Ruszył do siebie, przy okazji wołając Aurum, która miała zamiar pogonić za czymś w krzakach. Zrezygnowała jednak z pościgu i pognała za swoim właścicielem.
~~~
Następny dzień dłużył się mu nieco, chociaż dzięki ćwiczeniom i pociesznej Aurum udało mu się go jakoś przetrwać. Krzątał się właśnie w namiocie, gdy tygrys otarł się o jego nogi.
- Wybacz, ale będziesz musiała zostać – mruknął do niej, głaszcząc wielki łeb kota. Zamierzał zostawić ją w bezpiecznym namiocie w towarzystwie jej zabawek. Czuł, że będzie niespokojna, jednak zdecydowanie nie mógł zabrać jej ze sobą. Wzbudzałaby nie potrzebną sensację, a niektórzy ludzie mogli różnie zareagować na obecność wielkiego drapieżnika. W dodatku mógł się założyć, że otoczona tyloma świecidełkami i zapachami Aurum, na pewno będzie w iście szampańskim humorze.
Wsunął rękawiczki do kieszeni spodni, chcąc je mieć przy sobie na wszelki wypadek i wyszedł z namiotu. Słońce chyliło się już ku zachodowi, zalewając świat swoimi ostatnimi czerwonymi promieniami. Ruszył do namiotu krawieckiego, wiedząc, że najpewniej zastanie Edwarda kończącego pracę. Wsunął się do środka, alarmując Eda szelestem materiału. Chłopak wzdrygnął się, obracając się w jego kierunku.
- Czy ty zawsze musisz się tak skradać? – zapytał, uśmiechając się szeroko. Midas prychnął na to.
- To ty jesteś nieuważny – odciął się przyjaźnie. Przyjrzał się chłopakowi wnikliwie. – Mam nadzieję, że spałeś dzisiaj trochę po tym nocnym wypadzie – powiedział. Młodszy wzruszył bezradnie ramionami.
- Trochę – odparł. Wyszli z namiotu i ruszyli w stronę wesołego miasteczka. Rozstawiło się ono niedaleko miasta, więc czekała ich jeszcze krótka droga przez bezpieczną, leśną dróżkę.
- Nie powinieneś się przemęczać, nawet najlepsi krawcy potrzebują odpoczynku – upomniał go i delikatnie szturchnął palcem w bok chłopaka. Ten zaśmiał się przyjemnie dla ucha i odpowiedział tym samym.
Wesołe miasteczko, jak na takie miejsce przystało, aż tętniło życiem. Zewsząd dobiegała głośna muzyka, ludzkie śmiechy i rozmowy oraz świst najróżniejszych kolejek górskich. Wielobarwne światełka migotały radośnie, oświetlając stragany, strzelnice, loterie i całą masę innych rzeczy, mimowolnie przyciągając wzrok przechodniów. Ludzie tłoczyli się wokół siebie, dzieciaki obijały się o nogi, dodając całemu chaosowi dodatkowej energii. Monty zerknął na Edwarda i bez wahania złapał go za rękę. Splótł palce z jego i pociągnął go między ludzi, aby przedostać się do mniej zatłoczonego placyku. Gdyby niechcący się rozdzielili, odnalezienie się zapewne zajęłoby ładny kawał czasu. Zresztą każdy pretekst, aby trzymać krawca za rękę i cieszyć się jego dotykiem wydawał się długowłosemu dobry.
Stanęli nieco z boku, chcąc zorientować się w okolicy. Dopiero po chwili Montgomery dostrzegł niewielką budkę sprzedającą bilety na najróżniejsze atrakcje. Ruszyli do kasy.
- Na co masz ochotę? – zapytał Midas, przyglądając się spisowi kolejek i innych atrakcji, takich jak dom strachów. Ceny najróżniejszych karuzeli nie stanowiły dla niego większego problemu, kieszeń załadował zwykłymi blaszanymi krążkami, które po zmianie w złoto powinny spełnić wszystkie ich zachcianki. Sam Midas miał ochotę na pokaźnych wielkości diabelski młyn, jednak zamierzał poczekać na decyzję Eda. Przyjrzał się młodszemu chłopakowi i niemal odruchowo odgarnął z jego buzi kilka niesfornych kosmyków.

< Le Bleuet? :3 >

22 sie 2017

Midas CD Le Bleuet

Spojrzeli po sobie nieco niepewnie, zaalarmowani reakcją ptaków. Cokolwiek się zbliżało, musiało nieźle je przestraszyć. Wkrótce i konie zaczęły okazywać niepokój, zarzucały swoimi szlachetnymi łbami, drepcząc nerwowo w miejscu.
- Do powozu – rozkazał jeden z bliźniaków, wskakując na miejsce woźnicy. Obejrzał się za siebie, marszcząc brwi. Midas nie miał zamiaru się spierać, nie doszedł jeszcze do siebie, w boku nadal doskwierał mu ból, a do walki z całą pewnością się nie nadawał. Wsparł się nieco o młodego krawca i razem z nim, w jak najszybszym tempie, podreptał do dyliżansu. Władowali się do środka, szczelnie zamykając za sobą drzwi. Obydwaj wyjrzeli przez niewielkie okienko powozu, akurat, gdy w polu widzenia pojawiło się stadko wężowych kobiet.
- One chyba nigdy nie odpuszczą – jęknął Edward. Montgomery zmrużył lekko oczy, obserwując pełznące potwory.
- Są wkurzone, bo pozbyłem się ich królowej – stwierdził. Młody krawiec nie zdążył jednak odpowiedzieć, dyliżans szarpnął wściekle, nieomal nie zbijając ich z nóg. Konie wystrzeliły błyskawicznie do przodu, popędzane własnym strachem i bacikami woźniców. Monty zatoczył się w podskakującym pojeździe, wpadając na ścianę. Ostatkiem sił pochwycił Le Bleuet i usadził go na jednej z pryczy. Sam opadł obok chłopaka, nie chcąc ryzykować przewrócenia się w podskakującym, pędzącym powozie.
Koła z trzaskiem pokonywały kolejne nierówności, wypełniając powietrze przeraźliwym hałasem.
- Jesteśmy daleko od cyrku? – zapytał głośno Montgomery, przekrzykując huk. Edward zastanowił się przez chwilę.
- Raczej nie – odparł. Długowłosy odetchnął.
- Myślę, że odpuszczą, jak tylko znajdą się poza swoim terenem – pocieszył go i siebie jednocześnie. Wydawało mu się jednak, że wężowe kobiety nie będą chciały zbytnio oddalać się od gniazda. Zresztą w okolicy cyrku nie miały żadnych szans na wygraną, ich przewaga zmniejszała się z każdym pokonanym metrem.
Podskoczyli, kiedy koło trafiło na jakiś kamień. Midas zacisnął zęby, gdy rana w boku dała o sobie znać. Zauważył, że młody krawiec próbuje wstać i wyjrzeć przez okno, wyraźnie zdenerwowany. Monty chwycił go jednak i z powrotem usadził obok siebie. Odruchowo otoczył młodszego ramionami.
- Siedź w miejscu. Ze środka i tak nic nie zrobimy, tylko się poobijasz – powiedział. Ed niechętnie skinął głową, ale nie próbował już się podnosić. W ramach rekompensaty przytulił się do mężczyzny, co szczerze mówiąc, wcale Midasowi nie przeszkadzało.
Pędzili jeszcze przez chwilę, zanim odczuli, iż dyliżans zaczyna zwalniać. Stopniowo tracił swój szaleńczy pęd, aż w końcu obydwaj mogliby bezpiecznie stanąć.
- Pewnie już dojeżdżamy – stwierdził Edward, unosząc głowę.
- Odpuściły sobie – odetchnął Midas, w myślach żegnając się ze żmijkami. Z całą pewnością nie będzie za nimi tęsknił. Krawiec podniósł się i rozprostował ciało, zapewne nieco trochę obolałe od podróży. Montgomery dotknął bandażu, z niezadowoleniem odkrywając, iż zdążył on nasiąknąć złotą posoką. Cóż, najwyraźniej nie obędzie się od wizyty u cyrkowego lekarza.
Gdy dojechali na miejsce, przywitał ich tłumek zaciekawionych i zaniepokojonych cyrkowców. Widocznie ich zniknięcie, jak i akcja ratunkowa wzbudziła niemałe zainteresowanie. Ku uldze Midasa większość pytań oraz próśb o opowieści skupiła się na Edwardzie, co w gruncie rzeczy nie było niczym dziwnym. Sam Monty mógł w tym czasie przy pomocy jakiejś dobrej duszy dostać się do namiotu lekarza.
Aurum skoczyła na niego, gdy tylko go dostrzegła i do końca dnia nie odstąpiła pana na krok, najwyraźniej obawiając się, że coś znowu mu się stanie.
~~~
Rana goiła się dobrze, na co ani Midas, ani lekarz nie mogli narzekać. Dosyć szybko wrócił do swoich codziennych zajęć, większą uwagę przykładając do treningów kontroli nad złotem. Jak widać umiejętność ta, okazywała się niezwykle przydatna w ekstremalnych sytuacjach.
Kontakt z młodym krawcem utrzymywał regularnie, z coraz większym niepokojem odkrywając, iż chłopak wkrada mu się do głowy w najmniej odpowiednich momentach. Czuł się, jakby złota otoczka, którą osłaniał się na co dzień przed innymi ludźmi, miała niewielki wyłom, akurat taki, żeby zmieścił się w nim Edward. Tak więc idąc przez cyrk automatycznie, szukał go wzrokiem, a gdy tylko był w pobliżu, niemal mimowolnie wodził za nim spojrzeń. Ale cóż mógł poradzić? Wiedział, że nie potrafiłby już zrezygnować z towarzystwa chłopaka. Po tak długim czasie samotności, Midas dosyć szybko zaczął przyzwyczajać się i przywiązywać do sympatycznego krawca.
W noc po ostatecznym zdjęciu opatrunku dręczyła go bezsenność, z którą nawet nie miał zamiaru walczyć. Wygrzebał się z łóżka i obudził Aurum. Odkąd zniknął jej z oczu i wrócił ranny bywała nerwowa, przez co dla świętego pokoju wolał zabrać ją ze sobą. Wychodząc, zgarnął ze sobą skrzypce. Był środek nocy, a na okolicznej polance najpewniej nie spotka żywej duszy. Zresztą, dawno już nie tykał instrumentu, a jednak nie chciał zapomnieć gry na nim. Rękawiczki zostawił w namiocie, nie sądził, aby były mu potrzebne na samotnym spacerze. Poza tym noc była spokojna, tak samo, jak on, więc nie musiał obawiać się dziwnych wypadków ze złotymi figurami.
Tygrys wyrwał się nieco do przodu, co kilka kroków oglądając się na swojego właściciela. Była wyraźnie podekscytowana nocną eskapadą i aż buzowała niecierpliwością. Długowłosy uśmiechnął się mimowolnie na ten widok.
Doszli na niewielką łączkę, wolną od wszelakich drzew zasłaniających gwiazdy. Gdzieś w lesie pohukiwała sowa, a w powietrzu leniwie latały świetliki, które natychmiast zaciekawiły Aurum. Już niedługo potem tygrys szalał w trawach, próbując upolować małe, błyszczące owady. Noc była dosyć jasna, Monty dosyć dobrze widział w mdłym blasku księżyca i gwiazd, tak więc niemal od razu dostrzegł samotną sylwetkę przesiadującą na pagórku. Bez wahania ruszył w tamtą stronę, rozpoznając nocnego marka.
- Czyżbyś nie mógł spać? – mruknął, siadając obok Edwarda. Skrzypki odłożył na bok. Krawiec drgnął zaskoczony jego obecnością, najwyraźniej dopiero teraz zauważył Midasa.

<Le Bleuet? c: >

19 sie 2017

Midas CD Le Bleuet

Żebra mężczyzny boleśnie obijały się o wystające korzenie i badyle, gdy bezceremonialnie ciągnięto go po leśnej, mokrej ziemi przy pomocy cholernych włosów. Wrzasnął najpierw z zaskoczenia a zaraz potem ze strachu. Przy tempie narzuconym przez potwory oraz bardzo niewygodnej pozycji, nie był w stanie dosięgnąć ich rękami. Zaklął pod nosem i zamknął oczy, gdy porywaczka mocniej szarpnęła go za nogi, sprawiając, iż Midas obrócił się bezwładnie, uderzając głową w wystający, sękaty korzeń. Ból eksplodował w potylicy niczym fajerwerki noworoczne, sprawiając, że przed oczyma Montyego zatańczyły czarne plamy. Znieruchomiał, zamroczony siłą uderzenia, pozwalając dalej ciągnąć się stworowi. Gdzieś w tle słyszał wrzaski Le Bleuet i bogowie, przejąłby się nimi, gdyby tylko jego myśli nie ciągnęły się jak paskudna guma. Kiedy w głowie rozjaśniło mu się na tyle, by ponownie kontaktował, poczuł, że jego nogi zapadają się w ziemię. Warknął zaskoczony i wierzgnął nimi, starając się wyplątać z włosów. Rękami pochwycił trawę wokół siebie, rozpaczliwie próbując się podciągnąć. Myśl o zostaniu pogrzebanym żywcem sprawiała, że wzdłuż kręgosłupa przebiegały mu lodowate dreszcze. To zdecydowanie nie był sposób, w jaki pragnął umrzeć. Otworzył szerzej oczy, gdy dopadł do niego Edward i wczepił się w niego rękami, tym razem nie przejmując się brakiem rękawiczek. Kreatura kryjąca się pod ziemią okazała się jednak silniejsza i już niedługo potem został całkowicie wchłonięty przez miękką, pachnącą glebę. Cóż, gdyby wiedział, iż tak to wszystko się skończy, w ogóle nie wybierałby się na taką wyprawę. A już tym bardziej nie zabierałby ze sobą młodego krawca.
Okazało się, iż centralnie pod nim znajduje się obszerna nora, bo chyba tylko tak mógł nazwać to miejsce. Sklepienie wydawało się dosyć solidne, podobnie zresztą jak ściany, co minimalnie pocieszało Midasa. Dostrzegł też siatkę niewielkich otworów, które najwyraźniej miały doprowadzać Świercze powietrze do tego podziemnego królestwa. Był to dobry znak – przynajmniej nie groziła mu szybka śmierć przez uduszenie.
W norze panował lekki półmrok, ale jedynym źródłem światła były mdłe ciała potworów. Montgomery skrzywił się na widok ich bladych, kobiecych ciałem, wyglądających na mocno niedożywione. Zimny strach ścisnął go za gardło. Nie miał zamiaru umierać w łapach tych kreatur.
Jedna z nich podpełzła bliżej i bez skrupułów złapała go za poliki rękami. Czuł, jak nieprzyjemnie chłodne i śliskie palce wbijają się w jego skórę.
- Puszczaj, suko – warknął, próbując wyszarpać głowę. Serce bębniło boleśnie w klatce piersiowej, a adrenalina uderzała do umysłu ze zdwojoną siłą. Zaśmiała się sycząco, błyskając kłami. Nagle jej palce stały się lodowato zimne, metalowe. Potwór zdążył jeszcze otworzyć szerzej ślepia, zaskoczony nagłą zmianą, zanim jego ciało w całości nie obróciło się w złoto. Midas chwycił jej ręce i bez problemu odgiął je w bok, czując przypływ satysfakcji. Złota umiejętność mogła dać mu sporą przewagę. Pozostałe potwory wrzasnęły wściekle, dopadając do swojej towarzyszki.
- Och, biedna Ssssskylla – zawodziła jedna z nich.
- Zapłacisssssz za to! – ryknęła żmija i wyciągnęła dosyć pokaźnej wielkości sztylet. Wzięła zamach i już miała cisnąć bronią, gdy ręka drugiej pochwyciła jej nadgarstek.
- Jesssst jeszcze potrzebny – przypomniała zimno, jego pożal się Boże, wybawicielka i splunęła z pogardą. Sama jednak wyciągnęła prostą, złowieszczą włócznię. Wymierzyła ostrym końcem w mężczyznę.
- Pójdziessssz z nami. I bez ssssztuczek, chyba że chcesssz sssskończyć z poharatanymi plecami – syknęła. Długowłosy ponuro skinął głową. Na razie nie miał możliwości ucieczki, czuł, że nawet jeśli jest potrzebny, nie będą miały oporów przed pozbyciem się go, gdy da im ku temu powód. Ruszyli wąskimi korytarzami, mijając najróżniejsze pomieszczenia i norki. Monty w głowie próbował zanotować każdy możliwy skręt, by ewentualną drogę mógł pokonać samodzielnie. Szybko się jednak pogubił, ciasne tunele miały tyle skrętów i zakamarków, że najzwyczajniej w świecie nie zdołał ogarnąć ich pamięcią. W końcu wężowe kobiety zasyczały wyraźnie podekscytowane. Przystanęły przy jamce, zaopatrzonej w prowizoryczne drzwi, zrobione ze spróchniałego drewna. Jedna z nich zdzieliła Midasa tępym końcem włóczni. Montgomery jęknął z bólu i obrzucił ją nieco przestraszonym spojrzeniem. Był pewien, że wyczuła jego strach i sprawiło jej to odrażającą przyjemność. Wzdrygnął się mimowolnie.
- Z sssszacunkiem – upomniała go i pchnęła drzwiczki. Weszli do przestronnej jamy, dobrze dotlenionej. Już od wejścia w Midasa uderzył smród pleśni i wilgoci. – Na kolana – warknęła jedna z kreatur i uderzyła w zgięcie kolan. Opadł na podłogę z syknięciem. Pozostałe wężowe kobiety pochyliły głowy i wygięły oficjalnie obrzydliwe ogony.
Coś poruszyło się w ciemności z cichym szmerem, zupełnie jakby jakaś wielka poczwara zaczynała się budzić. Z początku światło sączące się z olbrzymiego organizmu było dziwnie, niemal niezdrowo przygaszone. Dopiero po krótkiej chwili stworzenie rozjaśniło się jak stara żarówka, ukazując się w całej swojej okazałości. Monty poczuł, że włosy stają mu dęba.
Wężowa kobieta była znacznie większa niż jej krewniaczki, a swoim cielskiem wypełniała dobrą połowę ogromnej komory. Mniejsze żmijki zasyczały podekscytowane i służalczo przypadły do ziemi. Ich Pani ze względu na gabaryty z całą pewnością nie mogła przemieszczać się ich normalnymi, podziemnymi korytarzami. W przeciwieństwie do swoich miniaturek była dobrze odżywiona, ba, Midas pokusiłby się nawet o określenie spasiona. Niemniej jednak emanowała siłą i potęgą, którą trzymała w garści resztę roju. Zupełnie jak królowa pszczół w ulu.
- Było ich dwóch – stwierdziła królowa dudniącym głosem. Żmijki spojrzały po sobie spłoszone.
- Tamten był chuderlawy, o wielka i wspaniała. Zajęła się nim druga grupa – odparła ta z włócznią, niemal rozpłaszczając się na ziemi. Potwór zakołysał się, jakby zastanawiając się co z tym fantem zrobić.
- Ha, niech wam będzie – odparła w końcu. Zwróciła swoje wężowe oczy na Midasa, który poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. Miał wrażenie, iż świdrujące ślepia potwora go oceniają. Królowa zwróciła się do swoich poddanych, wydając z siebie syki i chrząknięcia. Mniejsze odpowiedziały jej gorliwie, przechodząc na swój ojczysty język. Monty obserwował całą scenę z rosnącym uczuciem grozy.
- A więc prawdziwy z ciebie złoty chłopiec – stwierdziła w końcu królowa, łypiąc na Montgomeryego. Zbladł, słysząc jej słowa.
- I ciebie mogę uczynić złotą – odparł. Zarechotała, zupełnie jakby opowiedział jakiś niebywale śmieszny kawał. Jej ogon wystrzelił ku mężczyźnie, oplótł go i przyciągnął do cielska.
- Śmiało, możesz spróbować, zanim przejdziemy do przesłuchania – warknęła królowa, najwyraźniej nie bojąc się jego dotyku. Wydawała się rozbawiona i pewna siebie. Midas przycisnął obie ręce do jednej z łusek.
Nie wydarzyło się kompletnie nic. Stwór nadal żył, patrzył na niego z góry, wyraźnie rozśmieszony strachem Montyego. Mężczyzna zacisnął zęby. Pod rękami czuł słabe pulsowanie, zupełnie jakby ogon otaczała dodatkowa bariera. Spojrzał wyżej, dostrzegając rozpoczynające się kobiece ciało. Wyciągnął rękę i z trudem sięgnął chłodnej skóry. Z początku nic się nie działo, oprócz wyraźnej straty energii Midas nie czuł kompletnie żadnych zmian. Królowa fuknęła, patrząc na jego starania.
- Możesz sobie odpuścić – rzuciła. I wtedy pierwsza złota plama rozlała się na jej ciele. Zawyła z bólu i pacnęła go potężną łapą, odrzucając od siebie. Mężczyzna uderzył w ścianę i zsunął się z niej na ziemię z głuchym łoskotem. Było już za późno, metal wspiął się po cielsku, zmieniając wrzeszczącą królową w figurę. Montgomery patrzył na nią z niedowierzaniem.
- Ty! – wrzasnęły mniejsze potwory, najwyraźniej rozsierdzone śmiercią swojej przewodniczki. Midas wstał ostrożnie i wrzasnął na widok pędzącej w jego kierunku włóczni. Ostrze wbiło się miękko w bok, zatapiając ostrze w ciele. Siła uderzenia zbiła Midasa z nóg. Upadł na wilgotną glebę, ze świstem łapiąc powietrze. Musiał coś zrobić. Czuł, że zmienienie mniejszych kreatur w złoto nie wchodzi w grę, żadna z nich nie dałaby mu się podejść tak blisko. Zacisnął zęby i z trudem skoczył ku zmienionej w złoto poczwarze. Kontrola nad metalem zawsze sprawiała mu problemy. Teraz jednak nie była to kwestia udanego przedstawienia, jeśli zawali będzie kosztowało go to życie.
Złota królowa rozbiła się na liczne niewielkie kawałki. Midas sapnął z wysiłku, kiedy wszystkie uniosły się nad ziemię. Musiał działać szybko, zanim starci nad nimi kontrolę. Machnął ręką, a ostre odłamki pomknęły błyskawicznie w kierunku węży. Rozległ się obrzydliwy odgłos rozrywanego mięsa, gdy ciałka potworów zostały podziurawione metalem. Opadł na ziemię, oddychając ciężko. Wiedział, że nie ma zbyt dużej ilości czasu, mógł się założyć, iż gniazdo jest pełne żmijek. Wątpił, czy zdołałby się z nimi dogadać po zamordowaniu ich władcy.
Skamląc z bólu, wyrwał z boku włócznię. Wbiła się płycej, niż podejrzewał i rana, chociaż paskudna, nie była śmiertelna. Najwyraźniej wytrącona z równowagi kreatura źle wymierzyła. Przycisnął rękę do rany, tamując złotą posokę. Musiał się pośpieszyć.
Z wysiłkiem dźwignął się na nogi i ruszył w boczne korytarze. Kierował się w głównej mierze na wyczucie, starając się wybierać wznoszącą drogę. Tracił już poczucie czasu, gdy na twarzy poczuł powiew świeżego powietrza. Ożywił się na to i zaczął przeć do przodu z nową siłą. Gdzieś z boku doszły go syczące rozmowy potworów. Nie usłyszały go jednak i oddaliły się w swoją stroną.
W końcu Midas dotarł do dziury, ewidentnie rozkopanej od zewnątrz. Nie miał bladego pojęcia, skąd się tam wzięła, jednak nic a nic go to nie obchodziło. Chwycił się krawędzi i podciągnął nieco do góry.
- Hej, morderco! – wrzasnął ktoś obok, sycząco. Midas zawył na widok oddziałku potworów, próbując pomóc sobie we wspinaczce nogami. Opadał już z sił i wiedział, iż nie da rady wygrać z nowymi przeciwnikami.
Czyjeś drobne ręce wychynęły się z góry i ku furii leśnych stworzeń, wciągnęły go na górę.
- Edward! – westchnął zaskoczony, na widok umorusanego ziemią krawca. Le Bleuet, otoczony gromadką zwierząt najwyraźniej wykopał mu drogę ucieczki. Najpewniej miejsce wskazały mu zwierzaki, ratując tym samym życie Midasa. Podejrzewał, że było to jedyne miejsce, gdzie dało się wbić w podziemne korytarze, wszystkie inne znajdowały się zbyt głęboko by próbować je odkopywać.
- Szybko – zawołał młodszy, na widok gramolących się na powierzchnie stworów. Pomógł Montgomeryemu władować się na dużego jelenia i sam usiadł przed nim. Rogacz wystrzelił do przodu, zostawiając w tyle stwory. Na dworze było już ciemno, jednak księżycowa poświata dobrze rozjaśniała drogę. Midas przycisnął mocniej rękę do rany. Krew już nie lała się z niego obficie, sączyła się tylko, ale mimo to wyraźnie czuł skutki sporej utraty krwi. Przysunął się blisko chłopaka, przytulając się do jego pleców. Wolną ręką oplótł go w pasie, chcąc mieć, choć minimalną pewność, iż uda mu się nie zlecieć z pędzącego jelenia. Oddychał nieco zbyt ciężko, czuł, jak paraliżuje go zmęczenie. Wbrew sobie ułożył głowę na ramieniu wybawiciela i przymknął oczy. Nie odważył się jednak zasnąć, zbytnio obawiał się upadku.
< Le Bleuet? :3 >

18 sie 2017

Midas CD Le Bleuet

Midas skrzywił się na myśl o całym tym deszczu zapomnienia. Wydawało mu się to beznadziejnie absurdalne, a jednak cały świat jakby wstrzymał oddech i zamarł w bezruchu. Mężczyzna podszedł raz jeszcze do wyjścia, aby uchylić je i bliżej przyjrzeć się rzekomo paranormalnemu zjawisku. Ale czy rzeczywiście powinien w nie wątpić? Przerażenie młodego krawca było całkiem przekonujące i szczere, a zresztą osoba zmieniająca rzeczy w złoto samym dotykiem nie powinna mieć więcej wiar co do tego typu dziwów.
Długowłosy przyglądał się szarym strugom deszczu, myśląc nad całym zjawiskiem. Jeśli wszystko się zgadzało, woda z nieba potrzebowała nieco czasu, by wymyć wspomnienia na stałe. Wzdrygnął się na myśl o Edwardzie z całkowicie wyczyszczoną głową. Cóż, dla wielu istot owa osobliwa ulewa była niewątpliwie katastrofą. Każdy, kto wyszedł z domu na, chociażby dłuższy spacer z miejsca był na przegranej pozycji.
Mniej więcej dwa kroki dzieliły Montgomeryego od ściany deszczu. Przez chwilę zastanawiał się, jakby to było wyjść na dwór, poczuć mokre kropelki na własnej twarzy. Poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa przebiega elektryzujący dreszcz. Czy dla wszystkich zapomnienie było problemem? Gdyby wyskoczył na zewnątrz, zmyłby z siebie tyle nieprzyjemnych rzeczy. Wraz ze wspomnieniami spłynęłaby z niego martwa matka i narzeczona. Być może całe to przedsięwzięcie stanowiłoby dla niego nowy, lepszy start. Jednak czy z drugiej strony powinien tracić, to czym jest? Czy mgliste wspomnienia ciepłych ciał i ulotnych chwil szczęścia były tego warte? Sam już nie wiedział, czuł jedynie, jak szara ulewa przyciąga go do siebie, zachęcając do pokonania tej niewielkiej odległości. Szumiała równomiernie, przywodząc na myśl zachęcający szept.
- Midas? – zapytał głos z tyłu, wyrywając go z letargu. Długowłosy cofnął się ostrożnie i obrzucił Le Bleuet zamglonym spojrzeniem. Dopiero po chwili zdołał dojść do siebie.
- Zostaniemy w namiocie, póki nie przestanie padać – zdecydował, upewniając się, że jego mieszkanko jest szczelnie zamknięte. – Cóż, mam też nadzieję, że ta magiczna ulewa nie działa na zwierzęta – dodał, wskazując na wysychającą już tygrysicę. Zobaczył, jak z twarzy chłopaka odpływają kolory. Aurum nie wydawała się jednak odmieniona, a co za tym idzie zdziczała. Przemaszerowała przez pokój i otarła się o nogi mężczyzny, sprawiając, że obydwoje odetchnęli z ulgą. Midas nasypał do jednej z misek jej chrupkie przysmaki (które w zamkniętym szczelnie namiocie były dużo lepszą opcją niż świeże mięso) i podał ją swojej pupilce, która zaczęła się nimi zajadać. – Kiedy się rozpogodzi, wyjdziemy przeszukać las. Ktoś mógł się zgubić – dodał. Zerknął na krawca, który skinął głową. Midas przeszukał swoje ubrania i zrzucił z siebie piżamę. Szybko przebrał się w wygodne spodnie i odszukał jedną z luźniejszych koszulek. Naciągnął ją na siebie, po czym odruchowo poprawił rękawiczki. Złapał średniej wielkości plecak i władował do niego niewielki koc, latarkę, mocny kawałek sznura i niewielką ilość prowiantu. Mieli do przejrzenia spory kawałek terenu, a i osoba znaleziona mogła potrzebować drobnej pomocy. Po chwili namysłu dorzucił do środka apteczkę, kto wie, co mogło wydarzyć się podczas takiego dziwacznego dnia. Przysiadł obok swojego gościa i związał włosy w kucyk.
Do lasu wyruszyli dopiero późnym porankiem, gdy ulewa ustała, a wiatr na dobre rozgonił nieprzyjemnie wyglądające chmury. Marnymi byliby ratownikami, gdyby zapomnienie w postaci deszczu złapało ich podczas wędrówki. Zameldowali swoje wyjście Pikowi, który jedynie poparł ich wyprawę. Wydawał się jednocześnie zaniepokojony i pochłonięty własnymi sprawami.
- Myślisz, że kogoś znajdziemy? – zagadnął Edward. Monty wzruszył lekko ramionami.
- Nie mam pojęcia – stwierdził. Ruszyli w przeciwnym kierunku do miasta, trzymając się niewyraźnych ścieżek. Mniejszą szansę na ratunek mieli zagubieni dalej od cywilizacji, tych przy mieście najpewniej prędko zgarną mieszkańcy. Zresztą Montgomery nie nastawiał się na rzeszę ludzi potrzebujących pomocy, w końcu deszcz spadł o wczesnej godzinie, kiedy większość ludzi znajdowała się w bezpiecznym miejscu. Mimo wszystko zawsze mógł się trafić jakiś pechowiec znajdujący się na dziwacznej nocnej eskapadzie.
Midas nie czuł się w lesie źle ani obco, nie przeszkadzał mu też wysiłek fizyczny. Jeszcze za nim dołączył do cyrku, mógł poszczycić się dobrą kondycją, którą w głównej mierze zawdzięczał Harlow. Praca na roli i wypady do otaczającego ich olbrzymiego lasu szybko dały o sobie znać. Poprawił plecak, zerkając na krawca, który jak na razie dotrzymywał mu kroku bez większego trudu.
Świat był jeszcze mokry po deszczu, niemniej jednak krople znajdujące się na wszechobecnej roślinności nie stanowiły zagrożenia. Skrzyły się radośnie wśród zieleni, puszczając wędrowcom oczko.
I nagle dobiegł ich wysoki, dziecięcy płacz. Rozdzierający serce, na granicy histerii szloch przerwał spokojne odgłosy lasu, ściągając na siebie ich uwagę. Midas i Le Bleuet spojrzeli po sobie, a zaraz potem bez wahania zboczyli z niewyraźnej ścieżki w głąb lasu. Zbliżało się już popołudnie, a zdążyli odejść od cyrku naprawdę spory kawałek drogi.
- Skąd to dobiegało? – zapytał Monty, oglądając się na młodego krawca.
- Nie zdążyłem się zorientować – powiedział przepraszająco. Długowłosy wytężył słuch, czekając na kolejny dźwięk. Co dzieciak mógł robić sam tak daleko od domu? Może jednak nie powinien się zastanawiać, szczeniaki miewały głupie pomysły i jednym z nich mogły być próby podejrzenia cyrkowców. Wkrótce dobiegł ich kolejny płacz, nieco dalszy, a mimo wszystko doskonale rozpoznawalny.
- Pójdziemy w tamtym kierunku, żeby się rozejrzeć – rzucił Midas. Zostawili ścieżkę w tyle, skręcając kilka razy aż zupełnie znikła im z oczu. Kiedy jednak pokonali, wydawałoby się dużą odległość, szloch dziecka rozległ się po raz kolejny nieco dalej i z odrobinę z innej strony. Monty zmarszczył brwi.
- Może jest przestraszone i włóczy się po lesie? – zgadywał Edward.
- To możliwe – przyznał starszy. Podjęli dalszy marsz, zatrzymując się dopiero po dłuższej chwili na odpoczynek i zjedzenie niewielkiej racji prowiantu. Niedługo potem Midas przystanął, niepewien dalszej drogi. Wzdrygnął się na widok pomarańczowej poświaty zachodzącego słońca. Jak mógł tak bardzo stracić poczucie czasu? I jak mógł nie zauważyć, że wcale nie zbliżają się do celu? Przez plecy mężczyzny przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
- Coś jest nie tak – oznajmił. Le Bleuet stanął obok niego, wyraźnie zaniepokojony.
- Zbliża się noc, powinniśmy już wracać – stwierdził. Midas pobladł nieco, na myśl o oddalonym cyrku. Nie było szans, aby dotarli tam przed jutrzejszym porankiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż ewidentnie się zgubili. Coś zachichotało w leśnym poszyciu i szeleszcząc roślinnością, czmychnęło gdzieś w bok.
- Nie zdążymy – powiedział odkrywczo Monty. Jasne, mogli próbować iść nocą, jednak to, że jeszcze bardziej się zgubią, było niemal pewne. W dodatku żadne z nich najpewniej nie dałoby rady, po całym dniu podróży obaj potrzebowali odpoczynku i przede wszystkim snu.

< Le Bleuet? c: >

16 sie 2017

Midas CD Le Bleuet

To Midas powinien był przepraszać i mężczyzna był tego boleśnie świadom. Och, naturalnie, zachował się jak buc, ale nie spodziewał się, by młody krawiec zechciał z nim kiedykolwiek później rozmawiać. A teraz drobny Le Bleuet stał przed nim, roniąc głupie łzy, które trącały jeszcze głupsze czułe struny duszy Montgomeryego. Długowłosy przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Cóż mógł powiedzieć? Po tylu latach uciekania przed ludźmi nie był pewien czy potrafi kogokolwiek pocieszyć. Nie mógł jednak bez słowa zamknąć przed nim pół namiotu, Monty nie był przecież potworem, nieważne jak bardzo byłoby mu to na rękę.
- Nie gniewam się na ciebie – zaczął, ostrożnie dobierając słowa. Nie miał zamiaru palnąć jakiejś głupoty, która tylko pogorszyłaby sytuację. Wyciągnął przed siebie rękę, pomachał nią, sprawiając, że w bladej dłoni pojawiła się aksamitna chusteczka. Była to jedynie tania sztuczka, trik, który zabawiał nieuważnych widzów, jednak na nic innego nie było teraz stać Midasa. Podał czystą szmatkę chłopakowi, który przyjął ją, obserwując mężczyznę szeroko otwartymi oczyma. – Tak naprawdę to nic do ciebie nie mam, jesteś w porządku. Tylko nie powinieneś się przepracowywać, nawet najlepsi krawcy potrzebują odpoczynku – dodał. Już wcześniej zauważył zaangażowanie młodszego. Było dobre, jednak nie wątpliwie nie powinno go przytłoczyć. Zamilkł, nie wiedząc, co jeszcze powinien powiedzieć. Czuł się dziwacznie i co gorsza, miał wrażenie, że młodszy chłopak to dostrzega.
- Wybacz, powinienem iść zająć się tygrysem — rzucił w końcu Monty. – Dobranoc – dodał, wycofując się do namiotu. Odetchnął z ulgą, kiedy znalazł się w bezpiecznym towarzystwie zwierzaka.
- Jesteś świetną wymówką, moja droga – mruknął, głaszcząc mruczącą głośno Aurum. Z westchnieniem przebrał się w swoje luźne, wygodne ciuchy, których używał jako piżamy. Na szczęście do łaźni poszedł nieco wcześniej, dzięki czemu nie musiał teraz znosić tłoku. Zresztą i tak nie miał większej ochoty na włóczenie się. Opadł na wygodne łóżko i przymknął oczy. Nadal nie mógł wyrzucić z głowy młodego krawca. To zaskakujące jak taki niepozorny chłopak umiał skomplikować Midasowi życie. Wszystko byłoby prostsze, gdyby najzwyczajniej w świecie nie był dla niego miły, podobnie jak większość otoczenia. Monty westchnął i wtulił twarz w poduszkę, kątem oka obserwując, jak Aurum kręci się po namiocie. Znudzona pacnęła łapą jedną ze swoich zabawek, która z cichym dzwonieniem potoczyła się po ziemi. Tygrysica nie rzuciła się jednak za nią, najwyraźniej była nie w sosie na wieczorne zabawy, jednak Midas nie specjalnie na to narzekał. W końcu wskoczyła na swoje honorowe miejsce tuż obok mężczyzny, zwinęła się w kłębek i zasnęła.
~~~
Obudził go szum deszczu i krople, miarowo uderzające o dach namiotu. Montgomery otworzył oczy i przetarł je wierzchem dłoni, pozbywając się resztek snu. Nie miał pojęcia, jak wczesna jest godzina i jak długo już pada. Ręką przesunął po łóżku i zamarł, gdy nie wyczuł obok siebie Aurum. Poderwał się do pozycji siedzącej i omiótł namiot rozbieganym spojrzeniem. Nie zdarzało się, aby tygrysica wyściubiała nos na zewnątrz podczas deszczu. Jasne, poranne eskapady się zdarzały, uwielbiała polować w okolicy i znosić Midasowi najróżniejsze kocie upominki (wśród których królowały przeważnie zagryzione króliki i bażanty), jednak dobrowolne wałęsanie się w deszczu było poza jej godnością.
Na dworze coś upadło z głuchym łoskotem i jęknęło głucho, na co Monty zmełł przekleństwo. Wygrzebał się szybko spod kołdry, wsunął na nogi buty, po czym ruszył do wyjścia namiotu. Najpewniej ktoś chciał najzwyczajniej w świecie przejść obok, nie było to nic dziwnego, w końcu dom Midasa nie stał na odosobnieniu, a obudzona Aurum postanowiła go zatrzymać.
Mężczyzna wyjrzał na zewnątrz i skrzywił się na widok kocicy, przygważdżającej kogoś do ziemi. Był pewien, że nie zraniłaby otaczających jej ludzi, niemniej jednak na pewno konkretnie zmoczyła swoją ofiarę.
- Aurum! – zawołał długowłosy. Tygrysica obróciła się błyskawicznie i truchtem podbiegła do pana. – Na litość boską, wynocha do środka – polecił, popychając lekko tygrysa w stronę namiotu. Urażona weszła z powrotem do środka.
- Przepraszam za nią, bywa nieznośna – westchnął, podnosząc z ziemi chłopaka. Edward zamrugał, jakby do końca nie wiedział jeszcze, co się stało. Monty skrzywił się lekko na widok jego przemoczonych ubrań i posklejanych od wody włosów. Deszcz nadal kapał z nieba, jakby postanowił sobie nie pozostawić na nikim nawet suchej nitki. – Chodź, powinieneś trochę obeschnąć – polecił mężczyzna i podobnie jak wcześniej tygrysa, pchnął chłopaka delikatnie w stronę namiotu. Nie chciał brać odpowiedzialności za jego przeziębienie, zresztą i tak czuł się wystarczająco winny.
- Rozgość się – rzucił, zaczynając szukać suchego ręcznika. – I nie przejmuj się tygrysem. Aurum jest łagodna jak baranek tylko trochę niegrzeczna – dodał. Nadal obrażona kocica ułożyła się w kącie i zaczęła podgryzać jedną ze swoich zabawek. W końcu mężczyzna odwrócił się i podał chłopakowi ręcznik. Cofnął ręce, dopiero zauważając, iż nie nałożył jeszcze rękawiczek.
< Le Bleuet? >

12 sie 2017

Midas CD Le Bleuet

Midas z głębokim westchnieniem zamknął książkę i odłożył ją na prowizoryczną szafeczkę. Tygrysica wylegująca się na jego łóżku przeniosła na niego swoje świdrujące spojrzenie i wydała cichy dźwięk. Mężczyzna podszedł do zwierzęcia i czule podrapał jego wielki łeb.
- I co my z tego mamy, Aurum? – zagadnął, nie oczekując żadnej odpowiedzi. W uszach dźwięczał mu jeszcze głos młodego krawca i bynajmniej nie było to przyjemne wrażenie. Wprawdzie poniekąd rozumiał Le Bluet, nie był przecież głupi, doskonale zdawał sobie sprawę, jak nieprzyjemny dla otoczenia jest, a mimo wszystko udało mu się wytrącić z równowagi. Jasne, ocieplenie swojego wizerunku być może byłoby dla wszystkich milsze, przyjazne, jednak Montgomery nie miał najmniejszego zamiaru ryzykować życia i zdrowia trupy. Trupy, którą w gruncie rzeczy lubił i cenił. Z dwojga złego wolał być znienawidzonym wyrzutkiem niż otoczyć się uśmiechniętym złotem. Przymknął oczy i pomasował skronie. Ćwiczenia w manipulowaniu złotem zmęczyły go, a po wybuchu gościa nie miał najmniejszej ochoty (ani siły), by ponownie wgłębić się w lekturę.
Aurum pacnęła go łapą, domagając się więcej pieszczot. Monty uśmiechnął się blado na ten widok i ściągnął rękawiczki. Już dawno przestał się bać, iż skrzywdzi swoją podopieczną – była już czymś codziennym, czymś, co w pewnym stopniu stanowiło jego własną część. Zanurzył palce w miękkim, ciepłym futrze na kilka chwil zapominając o codziennych troskach. Niedługo potem zwinął się w kłębek obok Aurum i przymknął zmęczone oczy.
- Myślisz, że powinienem za nim pójść? – zapytał. Nie przeszkadzało mu rozmawianie z tygrysem, była wdzięcznym słuchaczem a póki nie wiedziała o tym trupa, wszystko było w porządku. Aurum zamruczała i rozłożyła się wygodnie obok niego.
- A więc postanowione – stwierdził, rozkładając się wygodnie. Był pewien, że Edward doskonale sobie poradzi. Zresztą czemu miałby za nim iść? Jedynie pogorszyłby sytuację.
~~~
Złote grudki unosiły się nad jego dłonią, rozpływając się w powietrzu i łącząc ze sobą. Montgomery wziął głęboki oddech, starając się utrzymać je w tym stanie jak najdłużej. Nie należało to jednak to do zadań prostych – mimo iż złote kawałeczki wydawały się śmiesznie lekkie, kosztowało go to wiele wysiłku. W końcu opuścił je z powrotem na rękę i schował do kieszeni. I tak przedłużył swój dzienny trening, co na dłuższą metę wcale nie było zrobić. Rozejrzał się za swoją tygrysicą, poniewczasie orientując się, iż opuściła go dobre pół godziny wcześniej. Znudzona Aurum udała się do ich namiotu i do tego czasu nie wróciła, co napełniło jej właściciela lekkim zaniepokojeniem. Przeczesał włosy ręką, po czym związał je w niedbały kucyk.
Do swojego domu miał kawałek drogi, który pokonał niemalże truchtem. Miał nadzieję, że jego zwierzak nie naprzykrzał się zbytnio innym, tłumaczenie się reszcie cyrkowców za przerośniętego sierściucha nie należało do wachlarza jego ulubionych czynności.
Wszedł do namiotu i zaklął szpetnie na widok porozciąganych na podłodze ubrań. Część z nich została wymyślnie porozrywana do tego stopnia, iż Monty miał pewność, że może się z nimi pożegnać. Aurum zadowolona z siebie i swojego dzieła przetoczyła się po ziemi i wydała cichy dźwięk w ramach przywitania. Montgomery ze zrezygnowaniem zaczął zbierać łachy. Był pewien, że zostawił je poza zasięgiem swojego zwierzaka, który najwyraźniej był dzisiaj w iście szampańskim nastroju.
- Powinnaś się za siebie wstydzić, młoda damo – mruknął do zrelaksowanego tygrysa. Nie było sensu ją za to karać ani wrzeszczeć, i tak nie zrozumiała, o co rozchodzi się awantura. Kocica wstała i potarła dużym łbem o rękę swojego właściciela. W tym momencie wszystkie jej winy zostały wybaczone.
Jedyną nadzieją na ocalenie ciuchów i załatwienie nowych, był młody krawiec, którego odesłał z kwitkiem poprzedniego wieczora. Och, jakże los bywał przewrotny. Wprawdzie Monty z powodzeniem mógł sam zainwestować w lokalnego krawca, jednak umiejętności owego cyrkowego znacznie przewyższały te miastowego.
Założył Aurum obrożę i łańcuch, po czym przypiął ją do specjalnego pachołka w cieniu. Przyniósł jej misę z wodą oraz przekąskami, a także jej zszargany, doświadczony przez życie kocyk. W normalnych okolicznościach nie miałby nic przeciwko zabraniu ją do miasta, tym razem nie chciał jednak wzbudzać niepotrzebnej sensacji.
- Niedługo wrócę – obiecał, na co tygrysica rozłożyła się w swoim zacienionym miejscu. Po zabawie rozładowała większość swojej energii i nie miała zamiaru się sprzeczać. Midas odetchnął z ulgą i udał się najpierw do namiotu wypełnionego przyborami chłopaka. Nie sądził, by ot tak udało mu się przekonać urażonego Edwarda do naprawienia ubrań. Bez trudu znalazł woreczek ze zwykłymi szarymi guzikami. Wprawdzie nie było w nim nitek, jednak te mógł zmienić od biedy przy innej okazji. Zdjął rękawiczkę i wysypał zawartość na rękę, beznamiętnie obserwując, jak nudny kolor guziczków zmienia się w charakterystyczną złotą barwę. Przybrały na wadze po zmienieniu się w metal i zalśniły kusząco w lekkim świetle. Wsypał je z powrotem do woreczka, który wsunął do kieszeni.
Wiedział, że spotka krawca na targowisku, ostatnio widział go przecież, jak zawzięcie szył suknie, a następnie taszczy je w kierunku miasteczka. W innej sytuacji być może śmiałby się z uporu młodzieńca, jednak na chwilę obecną nawet podziwiał jego zaangażowanie.
Doszedł do miasteczka i skręcił w kierunku placu targowiska. Wszedł pomiędzy stragany oraz ludzi i przez krótką chwilę starał się rozeznać w głośnym tłumku. Jakaś kobieta krzykliwie zachęcała do kupna świeżych jajek, z całych sił starając się zagłuszyć sąsiadkę oferującą ludziom nabiał. Midas przemknął obok przekupek, za nim któraś zdążyła go zaczepić.
Znalezienie Edwarda okazało się zadaniem trudniejszym, niż przypuszczał i dopiero pół godziny później zdołał dotrzeć do jego niewielkiego stoiska. Nie miał akurat klientek, ostatnia oddalała się już z zakupioną sukienką. Montgomery stanął nad chłopakiem i przyjrzał się ostatniemu ciuchowi.
- Ile zarobiłeś? – zapytał bez ogródek. La Bluet spojrzał na niego najpierw zaskoczony, a potem zniechęcony.
- Wystarczająco – fuknął tylko, najwyraźniej nadal urażony. W końcu jednak zgodził się okazać zarobione pieniądze. Midas zerknął na nominały i uśmiechnął się krzywo.
- Starczy ci na jakieś trzy guziki – stwierdził.
- Jeśli masz zamiar się śmiać, możesz już sobie iść – odparł młody krawiec, niezadowolony z nowego towarzystwa. Długowłosy wzruszył ramionami i wyciągnął woreczek. Rzucił go na karton, który ugiął się lekko pod brzęczącą zawartością. Chłopak podniósł ostrożnie sakiewkę, otworzył ją i przyjrzał się licznym złotym guzikom. Przeniósł wzrok na stojącego Midasa. Montgomery przez chwilę poczuł się niepewnie, szybko jednak to zamaskował.
- Aurum zniszczyła moje ubrania – powiedział, chcąc usprawiedliwić swoje działanie.

< Le Bluet? :3 >

10 sie 2017

Midas

"When all that you have is turning stale and it’s cold
Oh, you no longer feel when your heart’s turned to gold"