Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spektr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spektr. Pokaż wszystkie posty

10 sie 2019

Spektr CD Riddle'a

Lubiłem swoją pracę. Naprawdę. Za każdym razem, gdy natrafiałem na zadanie, które wydawało się niewykonalne lub osobę, która przyprawiła mnie o migrenę, trzymałem się tej myśli, jak tonący brzytwy. Tego dnia nie było mi to jednak szczególnie potrzebne. Bajarze mają to do siebie, że mimo zbytniej paplaniny, opowiadają ciekawie. Nawet prawie godzinna próba złapania ze mną kontaktu mnie przesadnie nie zirytowała. Przyszedłem na miejsce pracy, przywitałem się i wziąłem do roboty. Może nie byłem zbyt aktywny w naszej konwersacji, ale nie sposób powiedzieć, bym nie słuchał. Przez całą opowieść mężczyzny, milczałem pochłonięty składaniem kolejnych części teatrzyku ze sobą oraz łączeniem ich za pomocą śrub.  Nie zmieniało to faktu, że cała historia pobudziła moją wyobraźnię. Może nie wczułem się w wędrowców przemierzających las, jak każdy przeciętny słuchacz, ale nadal bawiłem się nieźle. Przypomniały mi się czasy, gdy jeszcze sam polowałem w lasach. Opis bezsilnego strachu sprawdził, że prawie poczułem jego woń. Końcówka także nie była nudna, chociaż już totalnie dla mnie abstrakcyjna. Zarówno pozycja "ofiary", jak i "oprawcy" nie pokrywała się z moją naturą. Sam raczej nie potrzebowałem światła, przynajmniej nie w postaci, która przemierzałem nocami głusze. Można powiedzieć nawet, że nie kojarzyło mi się ono zbyt dobrze. Zawsze prowadziło do kogoś, kto źle mi życzył. Szatańskiego żywota też nie zaznałem, ale to prawdopodobnie i lepiej, aczkolwiek parę razy od demona czy też diabła mnie wyzywano.
Brunet zakończył swój wywód serią pytań. Nie do końca wiedziałem, na co pierwsze odpowiedzieć. Łatwiej byłoby po prostu rzucić prostym "Co? Nie słuchałem", udając bezmyślnego robotnika, wyrwanego z transu. Wiedziałem, że na pewno nie chcę wyjść na gadułę, zaczynając rozwodzić się nad każdym pytaniem. Takimi ludźmi szybko traci się zainteresowanie. Tacy ludzie nie mają asów w rękawach. Łatwo ich zagiąć. W końcu zdecydowałem się na skomentowanie anegdoty, czy może raczej tematu przewodniego przedstawienia. Przerwałem niezbyt zręczną ciszę pytaniem.
- Morał z tego nie ruszaj dziwnych lamp w środku lasu? - odparłem nauczony podobnymi historiami,
że zawsze musi być jakaś lekcja.
Nie oderwałem wzroku od konstrukcji, która w zasadzie była już prawie skończona. Mogłem w zasadzie w każdym momencie stwierdzić, że to wszystko i zakończyć naszą konwersację.
- Inaczej bym to ubrał w słowa, ale okej. Poza tym mam jedną ciekawostkę. Taka lampa już w niejednej historii się przewija i większość z nich podobno jest prawdziwa - rzucił bajarz.
Znałem tę śpiewkę. To jest na faktach, tamto jest na faktach. W sumie nie mi było to oceniać, ale przez częste tego typu teksty było mi to obojętne. A nawet jeśli było to prawdziwe, to co z tego? Sam miałem niezłą kolekcję przedmiotów, które nie miały racji bytu bez użycia magii.
- Tak, to naprawdę ciekawe... Przypomnij, jak się nazywasz? - w istocie się sobie nie przedstawialiśmy, ale pytanie sugerujące coś innego, zawsze nakłaniało ludzi do powiedzenia prawdy.
- Fyodor Dostoyevsky, ale mów mi Riddle - przedstawił się.
Musiałem się chwilę zastanowić skąd znam to nazwisko. Może nie łączyłem tego z jego osobą, ale na pewno je kojarzyłem i to bardzo dobrze. Zerknąłem na niego krótko przez ramię, a gdy w końcu mnie oświeciło, odparłem w rodzimym języku:
- Człowiek niezmiernie lubi czuć się pokrzywdzony - miałem nadzieję, że załapie od razu, do czego piję.
- Ale kobiety szczególnie. Powiedziałbym nawet, że tylko tym żyją - odparł.
Mimowolnie poczułem lekką satysfakcję, kiedy okazało się, że zgadłem. Niemniej bycie jednym z wielkich pisarzy aż tak mi nie imponowało. Oczywiście nakazywało nieco większy szacunek, niż ten, którym darzę zwykłego zjadacza chleba, ale nie mogłem powiedzieć, bym był jego wielkim fanem. Pokiwałem głową, nieco w zamyśleniu i raz jeszcze omiotłem spojrzeniem zakończony przed chwilą teatr. Prezentował się całkiem nieźle.
- W zasadzie już skończyłem. Będę leciał, jeśli już nie potrzebujesz w niczym więcej pomocy - powiedziałem, zamykając skrzynkę z narzędziami.

<Riddle? W końcu? ;-; >
Tutaj mały przypis: Wypowiedzi po rosyjsku, będą po prostu pisane kursywą.

10 lip 2018

Spektr CD Rivus

Kilka dni wcześniej
Wstrzymałem oddech, nasłuchując kroków, jednak jedynym dźwiękiem, jaki do mnie docierał, kapanie wody na nagie skały. Powoli doprowadzało mnie ono do szału. Kap, kap, kap. Goniłem po cholernej jaskini od dwóch dni, a raczej uciekałem przed wielkim pajęczakiem. Mogłem przewidzieć, że niezbyt przychylny mi Harry, tym razem nie wspomni mi o jakiejś pułapce, czy innym potwornym stworze. Niestety pomyślałem o tym dopiero po fakcie. Zakodowałem sobie, że jeśli to przeżyję, muszę zmienić informatora.
Zacząłem wolno wycofywać się w głąb korytarza. Kolejne uderzenia moich butów wydawały się nieznośnie głośne na mokrej posadzce. Z każdą chwilą byłem jednak coraz spokojniejszy. Utwierdzałem się w fakcie, że zgubiłem stawonoga.
Kilka metrów dalej, sieci zaczęły ustępować miejsca zielonym, świecącym kryształom. Miałem nadzieję, że tutaj, chociaż nic nie będzie chciało mnie zeżreć. Szczerze myślałem tylko o powrocie do swojej przytulnej przyczepki i porządnej dawce. Ku mojemu nieszczęściu od godziny błądziłem po tym wielkim labiryncie. Zgubiłem się lekko ponad godzinę temu.
Parłem naprzód, a tunel z każdą chwilą rozszerzał się, by w końcu zmienić się w sporą jaskinię. Na jej środku znajdowało się coś przypominające kształtem miskę dla psa. Całe było zbudowane z wszechobecnych magicznych malachitów. Jarzyło się jedynie lekką łuną, dzięki czemu nie ślepiło aż tak bardzo, jak pozostałe błyskotki.
Dopóki nie zajrzałem do owego dziwnego tworu, nie miałem pojęcia, gdzie się znajduję. W środku odkryłem jajo. Spore, nieco większe od strusiego, niebieskie jajo, przyozdobione zielonymi, świecącymi plamkami. Co jakiś czas ciapki pobłyskiwały.
Stwierdzenie, że jaskiniowe smoki malachitowe nie należały do najsympatyczniejszych, przynajmniej dzicy przedstawiciele tej rasy byłoby sporym niedomówieniem. Dorosłe, nieoswojone osobniki, mogłyby rozszarpać każdego śmiałka wkraczającego do ich gniazda w kilka sekund. Powinno to rozjaśnić każdemu, nierozumiejącemu powagi sytuacji, dlaczego w pierwszej chwili skamieniałem przerażony owym odkryciem. Trwałem w bezruchu kilka minut, jednak gdy nie dotarł do mnie żaden dźwięk, uświadomiłem sobie, że jajo zostało porzucone. Strach mnie opuścił, a mięśnie wolno rozluźniły.
Skąd ta pochopna reakcja, skoro po prostu stwór mógł mnie przeoczyć lub być zbyt daleko? Z informacji, jakich posiadałem o tej rasie, wynikało, że nie opuszcza ona gniazd w okresie lęgowym. Tak przynajmniej twierdziła książka, którą czytałem jakiś rok wcześniej. Zostało mi jedynie liczyć, że autor się nie mylił. Rzuciłem ostatnie spojrzenie na jajo. Zrobiło mi się nieco szkoda. W końcu miało się zmarnować, gdy tylko energia gniazda całkiem się wyczerpie. Serce na tę myśl mi zmiękło. 
- Nie wierzę, że to robię - rzuciłem sam do siebie, a słowa poleciały w eter, odbijając się echem. 
Delikatnie wziąłem do rąk smoczego potomka. Gdy tylko wyprostowałem się, kryształy zgasły. Zapanował całkowity mrok. Tego nie przemyślałem. Suma summarum niczego nie przemyślałem. Ani co zrobię z trzymanym właśnie jajem po powrocie, ani gdy młody się wykluje. W tej chwili jednak nie miałem zbytnio do tego głowy. Wyciągnąłem z kieszeni małą latarkę, wyskoczyłem z gniazda i ruszyłem korytarzem leżącym naprzeciw tego, którym się dostałem na salę. Nie mogłem już patrzeć na pająki.
Nie przeszedłem daleko, nim w mojej kieszeni odezwała się zmodyfikowana krótkofalówka. Było to tak nagłe, że prawie upuściłem smoka. Początkowo wydała jedynie szum, ale niedługo dźwięk wyostrzył się i stał klarowny. 
- Spektr, odbiór, gdzie się znowu podziewasz? - dotarł do mnie głos Mulcibera. 
Koordynował on sprawy techniczne cyrku. Nie należał do moich ulubionych współpracowników, ale nie miałem wyjścia i musiałem go co najmniej tolerować. Tym bardziej że wcale nie był specjalnie upierdliwy, jeśli tylko wypełniało się swoje obowiązki. 
- A gdzie powinienem być? - odparłem pytaniem. 
Wiedziałem, że lekceważenie bardzo go denerwuje i nie mogłem powstrzymać się przed takim rozegraniem tego dialogu. Ostatecznie, jeśli bym odpowiedział, on rozzłościłby się tak czy inaczej. Wolałem, by jego gniew spadł na moją dziecinność. 
- Przestań i lepiej wracaj jak najszybciej z tej durnej eskapady, bo mam dla ciebie robotę - powiedział, a w głosie jego dało wyczuć się nienaturalny spokój. 
Nie zostało mi nic innego, jak przytaknięcie oraz dodanie krótkiego "bez odbioru", by na pewno nie chciał więcej ze mną gadać. Urządzenie wrzuciłem znów do kieszeni. Westchnąłem głośno, gdy znów wokół mnie zapanowała cisza. Zapowiadał się naprawdę długi weekend. 

Ciąg dalszy historii Rivusa
Od jakiejś godziny myślałem, jak zacząć głupią rozmowę. Jeszcze się nie zdarzyło, bym miał takie problemy. Był to jednak jeden z niewielu razy, gdy to ja potrzebowałem czegoś od innych i to dość ważnego. Wszystko musiało przejść gładko.
Przez cały ten czas wodziłem wzrokiem za interesującym mnie osobnikiem. Oczywiście proszę tutaj nie nad interpretować. Chodziło o to, co potrafił. Mianowicie wytwarzanie specyficznego ognia. Od jakiegoś czasu byłem świadom, że ktoś takową sztukę uprawiał. Poznanie nazwiska i wyglądu, natomiast nieco mi zajęło. Chciałem załatwić wszystko jak najciszej. Przeszkodą była moja natura. Ja nie interesowałem się ludźmi tak po prostu. Jeśli już do tego dochodziło, zazwyczaj czegoś potrzebowałem. Każda średnio rozgarnięta osoba by to zauważyła.
Należałem jednak do osób bezpośrednich, prostych. Dlaczego coraz głupsze wydawało mi się gapienie na bruneta, zamiast zagajenie rozmowy. Zamiast siedzenia i obserwowania ćwiczeń, mogłem załatwić kilka zadań z mojej listy obowiązków, ale wolałem robić to.
Minuty mijały. Mężczyzna w końcu zaczął zbierać sprzęt. Nie miał zamiaru na mnie czekać. Brak mu było do tego podstaw, skoro nawet nie wiedział o moim istnieniu. Ja nadal nie potrafiłem się przemóc, po prostu trwałem w tym nieprzyjemnym bezruchu. W pewnym momencie on także znieruchomiał. Myślałem wtedy, że musiał zwrócić na mnie uwagę. Nie wydawało mi się to zbyt przyjemną wizją. Siedziałem przecież jak skończony idiota, gapiąc się na niego.
Gdy wydawało mi się, że moja "ofiara" zaraz zbierze się i wyjdzie, brunet niespodziewanie odwrócił się w moim kierunku. 
- Mogę w czymś pomóc? - syknął niezbyt uprzejmie i... byłem mu za to dozgonnie wdzięczny.
Naprawdę. To jedno zdanie całkowicie mnie oprzytomniło. Wstałem energicznie, a następnie w paru susach znalazłem się przy nim. Na moich ustach pojawił się bezwarunkowy uśmiech. Nadmierna radość nieco go zaskoczyła, gdyż zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, jakbym był wariatem. 
- W tym właśnie sęk - powiedziałem - potrzebuję twojej pomocy. Umiesz zrobić ogień, który mi jest absolutnie niezbędny. Tylko musisz to zatrzymać dla siebie. Nie chcę problemów. 

<Rivus? Mam nadzieję, że nie jest zbyt beznadziejne>

Spektr CD Lennie

Naiwność rudego była dla mnie wręcz niepojęta. Wydawało mi się, że mogę wcisnąć mu każdy kit. Bez zastanowienia brał wszystkie moje słowa na poważnie. Kłamstwem uratowałem mu tyłek, gdyż wkopywanie innych dawno przestało mnie bawić. Nie było to wcale trudne, dlatego po kilku razach moje zainteresowanie tym spadło do zera. Zdziwiła mnie za to jego niedomyślność. Trzymałem tego kota na kolanach kilka minut, a moja skóra nawet się nie zaczerwieniła. Postanowiłem jednak nie wnikać w nietypowość magika i zająć się pracą, gdyż na samą myśl o niej miałem dość. Jak na złość on cały czas spróbował zagaić rozmowę, co szybko zaczęło mi przeszkadzać. Lubiłem gadać, ale z osobami ciekawymi, które mogły mi opowiedzieć fascynujące historie. Tak, owszem, ten typ był na swój sposób urokliwy ze swoją łatwowiernością, jednak na pewno nie na tyle, by poświęcić mu więcej uwagi. Tym bardziej że i sam dialog nie pociągał.
- Więc jak skończysz, z chęcią ci pomogę z nową pracą. Tylko pójdę odłożyć tygrysa na miejsce – rzucił wreszcie.
Odetchnąłem cicho. Nie była to może jakoś specjalnie męcząca chwila w moim życiu. Nie pierwszy raz miałem do czynienia z takimi ludźmi, ale ulga pojawiła się we mnie, gdy chłopak wolno się oddalił. Mimowolnie chwilę obserwowałem, jak schodzi w dół, jednak już chwilę później podniosłem wzrok na kolejne krzesła.
Ciężko było mi przyznać się przed sobą, że zaskoczył mnie widok kilku śrub leżących na ziemi. Kiedy pozbierałem je, wszystkie okazały się zardzewiałe, a ich doczesne miejsca gotowe do przyjęcia nowszych zamienników. Rozwiązanie nasunęło mi się po cichu. Może rudy jakoś dał radę przy nich pogrzebać? Czary mary, hokus-pokus, czy tak to leciało? Postanowiłem po prostu przyjąć to do wiadomości. Jeśli zacząłbym pytać i on mógł odpowiedzieć tym samym. Wymienilibyśmy się nic nieznaczącymi wiadomościami, które i tak nic by nie zmieniły. Pokręciłem głową, otrząsając się z zamyślenia, a następnie nie tracąc więcej czasu, dokończyłem pracę. Zajęło mi to jakieś pięć minut, po których upływie od razu zszedłem na dół. Wolałem nie zapuszczać się w okolicę zwierząt, by niepotrzebnie nie zdenerwować części z nich. Mając to na uwadze, poczekałem na zapalczywego pomocnika przed wejściem do namiotu. Gdy tylko postać w charakterystycznym kapeluszu, pojawiła się koło mnie, wcisnąłem dłonie głębiej w kieszenie i odezwałem się, siląc na obojętność. 
- Fajna ta twoja sztuczka - bąknąłem na tyle głośno, by mnie usłyszał. 
Odległość między nami nie była duża, nie musiałem się drzeć, a wystarczyło mówić codziennym tonem. Rudy wzdrygnął się lekko, najwidoczniej nie spodziewając się tu nikogo, jednak gdy tylko mnie zobaczył, na jego ustach znalazł się usatysfakcjonowany uśmiech. Z trudem powstrzymałem się przed wywróceniem oczami. W końcu nie nazwałbym tego jakimś wielkim komplementem. Może po prostu w moich ustach tak to brzmiało? 
- Dziękuje - odparł i dopowiedział po chwili - Gdyby nie były dobre, pewnie bym tutaj nie pracował. 
Musiałem przyznać mu rację. Jeśli załapał się na robotę w tym miejscu i to na scenie, nie miał wyjścia. Może dostanie się tutaj, wymagało przede wszystkim chęci oraz rozmowy z Pikiem, jednak dla wielu to właśnie było przeszkodą. W końcu zbieranie śmieci, to nie wielka filozofia. Każdy głupi może to robić. Występy należą do zupełnie innej bajki. Do nich potrzebny był urok, ale także niecodzienne umiejętności. Powinienem pomyśleć o tym już na początku, zamiast bagatelizować chłopaka. Zmierzyłem go jeszcze raz wzrokiem, a moje usta także wygięły się w mimowolnym uśmiechu. Jak mogłem przegapić coś takiego? 
- Nadal chcesz mi pomóc czy tchórzysz? - zapytałem, chociaż odpowiedź wydała mi się oczywista. Postawa rudego uległa zmianie. Założył ręce na piersi i przybrał nadąsaną minę. 
- Coś ty! - odparł, a jego rozbawiony ton podpowiedział mi, że było to tylko wyolbrzymienie, gra aktorska.
Skinąłem głową, w geście zrozumienia, po czym ruszyłem przed siebie. Początkowo nieco wolniejszym tempem, by magik dogonił mnie w paru krokach, następnie już zwyczajną prędkością. Kilka minut później wchodziliśmy do namiotu, służącego za coś w stylu składzika zepsutych maszyn. Gdyby jednak usunąć płachtę i stelaż, pozostawiając jedynie wnętrze, mogłoby być to uznane za cmentarzysko rupieci albo zwykłe wysypisko. Gdy zerknąłem kątem oka na rudego, w jego oczach błyskała lekka poświata ciekawości. Jak słodko było ją zgasić.
- Nie podniecaj się tak. Po prostu sprzęt od popcornu się zepsuł - rzuciłem, próbując przedostać się do wspomnianego przedmiotu.

<Lennie?>

5 lip 2018

Spektr CD Lennie

Nie mogę powiedzieć, że byłem jakoś specjalnie leniwy. Jeśli tylko chciałem, potrafiłem zaangażować się w każdą, najmniejszą pierdółkę. Ważną zmienną były tu jednak moje chęci. Lubiłem swoją pracę. Trochę pomocy tu, trochę tam. Nie należało to do zajęć męczących. Sytuacja zmieniała się, gdy główny namiot potrzebował wsparcia. Wiązanie lin na wysokościach było całkiem zabawne, nie dało się tak natomiast powiedzieć o zabezpieczaniu siedzeń. Ktoś robić to musiał. Wystarczyło tylko kilka zardzewiałych śrubek i kilkoro tęższych osób, by wszystko zniszczyć. Właśnie dlatego za każdym razem trzeba było sprawdzić całe rusztowanie, trzymające wszystko w pozycji amfiteatralnej. Problem z tą robotą był dokładnie taki jak z każdym innym monotonnym zajęciem. Kiedy robisz to któryś dzień z rzędu (jak w tym przypadku), wpadasz w rutynę i naprawdę musisz walczyć ze sobą, by nie działać odruchowo. Często wypadki zdarzają się przez taką oto pracę. Pech chciał, że konserwator skręcił kostkę i zastępować musiałem go jeszcze co najmniej tydzień.
Tak czy inaczej, głośne narzekanie nie było moją domeną, więc przeklinałem na wszystko w myślach. Musiało to wystarczyć. No i wystarczało. Do czasu. Moje zdenerwowanie osiągnęło zenit, kiedy czas przewidziany na przerwę (także moją) dobiegał już końca, a ja nadal mocowałem się z beznadziejnym kawałkiem metalu. W końcu zdecydowałem się skoczyć po WD-40. Nie wiedzieć czemu, wpadłem na to tak późno. Zdarzało mi się czasem nie widzieć od razu prostych rozwiązań.
Mijałem wyjście z namiotu, wyzywając się w myślach od idiotów, kiedy wystrzelił z niego jakiś członek trupy. Nie zagłębiałem się jakoś specjalnie w jej skład. Nie próbowałem na siłę spamiętać imion, także nic dziwnego, że mi ono uciekło. Powiedzieć za to mogłem, że nie widziałem go po raz pierwszy. Cała ekipa występująca na dużej scenie zdawała się rzucać w oczy. Byli po prostu charakterystyczni i każdy z nich miał w sobie to coś, co kazało kierować spojrzenia w jego stronę. Może to silna strona artystów?
Nie miałem dużo czasu na myślenie, skąd kojarzę mężczyznę. Rudzielec zaraz po tym, jak prawie we mnie wyrżnął, złapał moje przedramię. Jedynymi słowami, czy raczej słowem wyjaśnienia było "poczekaj", więc suma summarum mógłby sobie darować tę część. Walcząc z chęcią wyrwania się, a następnie ruszenia swoją drogą, dałem zaciągnąć się do środka. Oczywiście, przecież każdy tylko czeka, żeby dać się porwać i wcale nie ma własnych zajęć na głowie. Zatrzymaliśmy się, dopiero gdy naszym oczom ukazał się kapelusz ze śmiesznie wystającymi, pasiastymi łapami wielkiego kota. Wtedy też magik nakreślił cel, w jakim mnie tam ściągnął.
- Pomógłbyś? Tygrys się zaklinował i nie mogę go wyciągnąć - wyrzucił z siebie z prędkością karabinu maszynowego, a następnie złapał nakrycie głowy. 
Odwrócił je zwierzakiem w moim kierunku. Pomysł ten wydał mi się po prostu głupi. Mógłbym tam po prostu wejść i go wyciągnąć, ale nie miałem zamiaru się z nikim kłócić. Wszystko było lepsze od wymiany śrubek. Chwilę później kot, wyleciał na mnie. Na szczęście udało mi się go złapać i zamortyzować nieco upadek. Zwierzak wyglądał nieco zabawnie, obwiązany niebieską włóczką. Zacząłem go wolno rozwiązywać, gdy rudy badał swój kapelusz. Swoją drogą naprawdę świetnie działający, skoro poza właścicielem mógł użyć go nawet byle tygrys. Iluzjonista podszedł do mnie w tej samej chwili, w której uwolniłem kiciusia.
- Wielkie dzięki za pomoc. Nie będę musiał chodzić z łapami wystającymi z kapelusza - rzucił wesoło, stwierdzając, że pomoże mi wstać.
Spojrzałem krzywo najpierw na niego, następnie na jego dłoń. 
- Jesteś idiotą - odparłem, nie owijając w bawełnę. 
Wstałem samodzielnie, nie korzystając z pomocy chłopaka, który chyba właśnie się przyciął. Wciąż ani drgnął. Ostatni raz rzuciłem wzrokiem na zwierzaka właśnie liżącego sobie z zadowoleniem jaja, po czym wyszedłem. Miałem o wiele ciekawsze rzeczy do robienia niż zajmowanie się nieogrniętym facetem i jego bezwstydnym kotem. Nie mogłem pojąć, jakim cudem ktoś wpadł na pomysł, by pozwolić mu wyjąć tygrysa z klatki, ale nie był to mój interes. 
Poszedłem do szopy, zgarnąłem smar i wróciłem na tyły namiotu. Szybciej pod siedzenia wchodziłem pod stelażem, zanim jeszcze wszystko dokładnie zabezpieczono. Narzędzia na szczęście wciąż leżały na swoim miejscu, więc wymiana wszystkiego nie zajęła długo. Podniosłem się z klęczek i wtedy spojrzałem w przyglądające mi się kocie oczy.
- Co się gapisz? - rzuciłem do paskowanego zwierza, który jedynie wyszczerzył do mnie zęby. Dopiero gdy się wyprostowałem, zauważyłem, stojącego za nim rudzielca. Nie zostało mi nic poza wywróceniem oczami i wróceniem do pracy. Przecież nie mogłem zabronić im się przyglądać. 

< Lennie?>

4 lip 2018

Spektr

"Rzeczy nie są dobre ani złe same z siebie. Stają się takie przez to, co z nimi robimy. Podobnie jest z ludźmi."