3 sie 2017

Rue CD Akuma

Podniosłam się i spojrzałam na jabłko. Zielone, okrąglutkie... zielone? Chcę mnie otruć?
- A zamiast księcia z bajki pojawił się troll spod mostu - wzięłam do ręki owoc i ugryzłam kawałek. Mięciutkie i soczyste, może jednak to nie trucizna. Ponownie rzuciłam się na łóżko i spokojnie przeżuwając dochodziłam do siebie po jakże mocnym śnie. Coś mi się śniło...
Miałam się ożenić z jakimś księciem, ale jego ojciec (Juliusz Cezar niczym z bajki o Asterix'ie i Obelix'ie) nam na to nie chciał pozwolić. Zamknął nas w komnacie, gdzie spotkałam chorą czarodziejkę. Wzięliśmy jej dwie miotły i po wysokiej fioletowo ciemnej czapce, takie zawsze nosiły czarownice. Kiedy wsiedliśmy na miotły, automatycznie unieśliśmy się w powietrzu i wylecieliśmy przez okno. Lataliśmy jak najwyżej, żeby szybko zlecieć na dół i straszyć ludzi. Co ciekawsze, kiedy spadałam, czułam się, jakbym na prawdę przez to przechodziła, jakbym naprawdę leciała. Miny innych ludzi były cudowne. Pamiętam, że na końcu goniliśmy chyba krowy... Szkoda, że nie pamiętam twarzy mojego "księcia", bo to na pewno nie był Brutus, syn Cezara. Ale jego twarz chyba nie przypominała mi nikogo znajomego...
- Zauważ, jaki hojny był troll. Bynajmniej nie musiałaś na niego czekać - zaśmiałam się pod nosem. Lepszy punktualny troll, niż spóźnialski książę, co nie? Podniosłam się i ześlizgnęłam z łóżka.
- Ale cudnie mi się spało - wyciągnęłam ręce do góry i na chwilę zapominając o chorej nodze stanęłam na nią, co było moim błędem. Automatycznie się wywróciłam na stos koców, gdzie leżał plecak chłopaka. Mruknęłam coś pod nosem wstając jednym susem, a nogę w gipsie nieco unosząc. - Widziałeś moje kule? - zapytałam rozglądając się.
- A co? Już ci się tu znudziło? - zapytał kręcąc się w kółko. Schylił się, a w dłoni trzymał moją rzecz. - Trzymaj - podał mi je.
- Dzięki. Wrócę do siebie, muszę tam ogarnąć - stwierdziłam przypominając sobie ten cały bajzel. Dlaczego u chłopaka to normalniej wyglądało? Mi się pewnie trafił jakiś fleja, albo to wina kotki, mogła szaleć i biegać po całym namiocie, jest jeszcze możliwość, że Smiley ją goniła.
- Mam ci życzyć powodzenia? - zapytał siadając. Wzruszyłam ramionami i oparłam się o kulę.
- Chyba tak. Przyda się. Cześć - wyszłam z jego namiotu i skierowałam się do swojego.
Mimo, iż nic tu się nie zmieniło, wydawało mi się, że było tu gorzej niż wcześniej. Ubrania leżały wszędzie, dosłownie, na szafkach, krześle, łóżku (zaraz... ja też mam łóżko? Od kiedy?), ziemi. Westchnęłam zrezygnowana. Zaraz... zapomniałam o Mice! Odwróciłam głowę w kierunku wyjścia z namiotu. Chwilowo miałam zamiar wrócić po nią, ale stwierdziłam, że lepiej będzie, jeśli zostanie u chłopaka. Tutaj może mi przeszkadzać, a ja koniecznie muszę to wszystko ogarnąć. Po za tym wiem, że Akuma będzie zadowolony, jeśli zauważy u siebie Mike. Zaczęłam zbierać ubrania i rzucać je na łóżko. Z kulą sprzątanie jest trudniejsze, dlatego wolałam na siedząco składać ubrania.
Długo sprzątałam, na prawdę. Nawet, jeśli sądziłam, że to już koniec, zaraz trafiałam na coś, co mi przeszkadzało. Co dziwniejsze, znalazłam tutaj paczkę kondonów. Skąd one tutaj się znalazły?! Z tego co pamiętam, nie miałam okazji żadnych kupić, więc... Rzuciłam je na pierwszą lepszą półkę, później się coś z nimi zrobi. Teraz miałam ochotę na kąpiel. Słońce już zachodziło, wzięłam ręcznik i jakieś ubrania, po czym skierowałam się do łaźni. Po drodze spotkałam znajome twarze i zamieniając z nimi parę słów, moja podróż pod prysznic się nieco wydłużyła. Ale kiedy tam się znalazłam, źle się poczułam. Oparłam się o ścianę, moja głowa sama zaczęła pokazywać mi sceny, wspomnienia, w którym razem z Akumą zostaliśmy tutaj napadnięci. Co gorsza, nie udało nam się i zostaliśmy pojmani. Weszłam dalej. Sądziłam zastać połamane prysznice, wodę na ziemi, martwe ciała, krew spływając razem z wodą do kanałów, leżący gdzieś pistolet... ale wszystko wyglądało tak, jakby nic tu się nie stało. W końcu mieli dużo czasu, aby to naprawić. Wzięłam powietrze do płuc, kiedy poczułam, że mi go zabrakło. Nieświadomie przestałam oddychać wstrzymując powietrze. Weszłam do byle jakiej kabiny rozbierając się i wchodząc pod letnią wodę. Musiałam ochłonąć. Kiedy opierałam się znowu o ścianę, wsłuchiwałam się w ciszę, jaka tu panowała. Jedynie prysznic zatrzymywał tą ciszę, nic więcej.

<Akuma?>

2 sie 2017

Akuma CD Rue

Prychnął pod nosem, kręcąc na boki głową w wyrazie niedowierzania. Szczur? Szczury są fajne, dlaczego miałaby je obrażać? Jeśli zaraz się okaże, że się ich boi i ma Mikę między innymi dlatego, by je odstraszać, to... właściwie, to nic, ale śmiałby się głośno. Kup kota bo się gryzoni boisz. Mądre. Proste i logiczne, działające do tego. Czego by chcieć więcej? Chociażby tego, by kotka usiedziała w jednym miejscu. W chwili, gdy wstał z łóżka, by podejść do stołka zawierającego mnóstwo odzieży, ta zeskoczyła z wierzchołka kupki i wylądowała zgrabnie na ziemi. Wypięła tylną część ciała, przednią mocno przyciskając do ziemi i ziewając. Wywaliła przy tym przednie łapy przed siebie, rozciągając się. Po chwili pazurki stukały radośnie o podłogę, po czym na moment słyszał szuranie i dźwięk rozdzieranej tkaniny. No tak, Mika dążyła do Rue, która leżała aktualnie na łóżku.
- Szczury są fajne. Mogę się założyć, że u ciebie jest ich za wiele i Mika nie może sobie z nimi poradzić - drażnił się. Podniósł do góry bluzkę i obwąchał. Westchnął głęboko, już miał nadzieję, że skoro ktoś pofatygował się, by trochę "ogarnąć" jego pokój, postara się również o czyste ubranie. Ale nie, przeliczył się, a raczej tego kogoś. Podszedł do rozwalonych na ziemi przedmiotów. Znalazł w nich między innymi dwa puste opakowania po gumach do żucia - jedne balonowe, drugie miętowe, paczkę chusteczek, dwie różne skarpetki pachnące dość podejrzanie oraz niezidentyfikowany przedmiot, prawdopodobnie jakaś niedokończona rzecz mogąca się przydać w występach lub na co dzień. Podniósł przedmiot kształtem zbliżony do trójkąta w czerwono-pomarańczowej barwie, po czym odwrócił się i przyjrzał w lepszym świetle, obracając pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym przed oczyma. Kojarzył go skądś, ale nie był pewien. Dużo czasu upłynęło, odkąd chociażby miał w dłoniach coś podobnego. Podniósł wzrok, pozostawiając go na parę chwil na Rue. Oddychała spokojnie, miała zamknięte oczy. Najwyraźniej musiało jej być wygodnie pod kołdrą, z kotem na brzuchu i warkoczem, którego końcówka lekko wystawała za brzeg posłania. Gdy był jeszcze małym dzieckiem, zawsze bał się, gdy chociażby kawałek stopy właśnie tak wystawał. Myślał, że potwory wtedy go napadną. Teraz już wie, że to bardzo nierozsądne. Gdyby miały go złapać, goniłyby go nawet przez cały kontynent. Parę centymetrów nie zrobi dla nich różnicy. Uśmiechnął się lekko, wyglądała na bardzo spokojną i rozluźnioną. Miło było ją widzieć w takim stanie. Sięgnął po telefon i wyłączył muzykę, jeszcze parę sekund temu grającą jakiś kawałek Aerosmith, o którym już dawno zdążył zapomnieć.Wyszedł na zewnątrz, fala świeżego powietrza uderzyła w niego, niczym ta morska. Rozszerzył nieco wejście do namiotu, by mógł się wywietrzyć, po czym rzucił ostatnie spojrzenie nieruchomej twarzy Rue i poszedł do namiotu przeznaczonego do ćwiczeń. Wyglądał zupełnie inaczej, niż zapamiętał. Być może należy do tych, które trzeba było wymienić przez pożar? Nawet już nie pamiętał, co objęły szkody. Wślizgnął się do środka i uśmiechnął szeroko widząc, że ma całe pomieszczenie tylko dla siebie. Co prawda chciał tylko sprawdzić, do czego służy znaleziony obiekt, prawdopodobnie wcześniej przez niego wykonany, jednak chciał teraz pobyć sam. Albo chociażby bez kogoś, kto zadawałby bezsensowne pytania, na które odpowiedzi staną się nieważne po paru minutach. Rzucił bryłą o ziemię. Nic. Schylił się ze stęknięciem i podniósł ją. Prostując się poczuł ból w klatce piersiowej i pod żebrami z prawej strony. W obu tych miejscach został postrzelony, więc niedogodności były uzasadnione. Pstryknął palcem w kąt małego trójkąta, nadal nic. Zacisnął szczęki, zostało tylko zaciśnięcie pięści, bo tylko nad tym pracował w większości podczas ostatnich ćwiczeń i prób. Serce szybciej mu zabiło, gdy pozwolił, by pomarańczowy proszek posypał się na ziemie. Nic. Zupełnie nic, do czego więc mogło służyć to coś? Może wykonał zadanie aż tak źle, że nawet nie wybuchnęło, choć wcale nie miało tego zrobić? Wytarł pył w spodnie, tworząc czerwone ślady. Nie przejął się tym jednak, tak jak zostawionym po sobie bałaganem i wyszedł z pomieszczenia, ponownie udając się do siebie.
~~~
- Widzę, że Śpiąca Królewna się obudziła - zażartował bez cienia uśmiechu, rzucając na łóżko zielone jabłko zarąbane z kuchni wraz z drugim, które również jej posłał krótko po tym, jak otworzyła oczy. Sam zjadł już cztery na miejscu, rozkoszując się ich idealnym, jak mu się wydawało, smakiem.

< Rue? >

Rue CD Akuma

Znowu zaczynają świrować? Tak jak wtedy? W jego pokoju? Z resztą... o czym my wtedy gadaliśmy? Ja pamiętam tylko obrazek przedstawiający kulfona z widłami, czyli Akumę. A reszty... jakoś nie zbyt.
- Chyba zaczynamy świrować - pomyślałam na głos.
- Mów za sobie - prychnął zakładając ręce na krzyż. Zaczęłam go dźgać w ramię. - Tak nie mam łaskotek - powiedział patrząc na mnie kątem oka. Nie przestałam swej czynności, wciągnęło mnie to jakoś, a tak na prawdę zamyśliłam się. W głowie odtwarzałam wszystkie okropne sceny, przez które przeszliśmy. Jak zabijałam ludzi, tą krew, która barwiła ich ubrania, pistolety trzymane w moich dłoniach, piwnice, w której byliśmy przetrzymywani i w której okropnie śmierdziało...
- Ej, jak myślisz? Co się stało z tamtą dziewczyną? Lorien? Jak ona się nazywała? - zapytałam patrząc na niego i przestając go dzióbać. Poczułam drętwienie nogi, dlatego obie wyprostowałam. Zauważyłam, że w miejscu, gdzie gips wbijał mi się w skórę, został czerwony ślad. Dlaczego go nie czułam?
- Jaka dziewczyna? - zapytał zdziwiony.
- Ta łysa, w tej piwnicy - zamilknął, aż w końcu wzruszył ramionami. Jak ona się nazywała? Lora? Lara? Lareen?
- Niby uciekła, ale dokąd... - powiedział w końcu. Wymruczałam tylko "yhym" i zniżyłam wzrok na swoje stopy. Przed oczami pojawiały się kolejne obrazy, jak uciekaliśmy samochodem, skakaliśmy z mostu, znaleźliśmy te wszystkie dokumenty... I moją siostrę, która nie żyła. Dalej nie czułam żadnego smutku, bo była dla mnie obca. Ale... inni też nie żyją? A rodzice? Co się z nimi mogło stać? Zauważyli moją nieobecność, spośród tylu sióstr? A może któraś zajęła moje łóżko i pomyśleli, że jakaś inna uciekła? Byłyśmy chyba takie same... z wyglądu... a może nie? Nie pamiętam nic. Byłam za mała, jedyne, co zostało w mojej głowie, to mały chodniczek, na którym zawsze obijałam swoje kolana. - Loreen - moje zamyślenia przerwało imię wypowiedziane z ust chłopaka. Spojrzałam na niego nie rozumiejąc o co mu chodzi.
- Kto to? - chłopak stuknął mnie palcem w czoło.
- Ta dziewczyna. Tak się nazywała - pokiwałam powoli głową. A ja nazywam się Cass... Cassie. Tak, nazywam się Cassie. Nie! Jestem Rue. To imię istnieje formalnie. Wsłuchałam się w muzykę lecącą z jego telefonu. Znowu poczułam się senna. Czy teraz będę miała tak ciągle? Że nagle sen mnie porywa i każe mi zasnąć? Przecież to nienormalne. Wyobraziłam sobie jak idę po linie i nagle zasypiam. Zaśmiałam się widząc w głowie siebie wiszącą na linie jedną rękę i cicho pochrapującą. - Co się bawi? - zapytał chłopak, który wyjął wszystkie rzeczy ze swego plecaka.
- Myślisz, że napady snu mi miną? - zapytałam przemykając oczy. - Bo jak mi się przyśnie podczas występu, to może nie być za ciekawie - i w tym momencie spadłam na podpaloną siatkę, ale dalej spałam. Uśmiechałam się. Kiedy chłopak podszedł do sterty ubrań, ja ułożyłam się wygodnie na jego łóżku.
- Nie jestem lekarzem, ale jak coś, to zaopiekuje się Miką - powiedział. Miał miękką poduszkę i cieplutką kołderkę.
- Ona jest moja - powiedziałam sennie. - Tobie by pasował szczur... - nie dokończyłam, chciałam powiedzieć, że będzie do niego podobny, ale nie dałam radę. Nagle film mi się urwał i napad snu zwyciężył.

<Akuma? Nie zrzucisz jej z tego łóżka, nie masz serca>

Vulnere CD Smiley

Spojrzała z niepewnością na Smiley, wiedziała, że na pewno wolałaby inne wyjście, niż czytanie o jej chorobach oraz dolegliwościach, przez które przechodziła lub dalej przez nie przechodzi. Westchnęła w głębi duszy niezbyt pewna, co powinna zrobić. Nadal odczytywanie czyichś emocji stanowiło dla niej problem, może ona chce to już mieć za sobą? Nie miała bladego pojęcia, ale nadal wydawało jej się, że pierwsza opcja jest bardziej prawdopodobna.
- Wiesz... Może pójdziemy po twoje zwierzęta, żeby też się przeszły? Ja zostawię akta u siebie i zajmę się nimi kiedy indziej - zaproponowała z nadzieją, że się zgodzi, gdyż niezręczne sytuacje są dla niej dość... niezręczne. Nienawidzi stania i patrzenia się na siebie ze zdziwieniem lub zakłopotaniem, to ostatnie, czego dzisiaj potrzebowała. Do tego starała się przekonać, że cokolwiek, o czym zaczął mówić Pik, nie jest zbyt problemowe na tyle, by nie móc pójść do parku. Chociażby uczulenie na trawy, czy pszczoły, złe znoszenie słońca, które akurat świeciło wysoko na niebie.
- Jasne! - rozpromieniła się Smiley, uśmiechając od ucha do ucha. Nawet jej oczy zdawały się teraz bardziej błyszczeć, wesołe ogniki szczęścia tańczyły w nich energiczne tango. Dopiero teraz zauważyła, że ich kolor jest niemalże identyczny jak pasmo włosów po jej lewej stronie. I właściwie, to dopiero teraz zwróciła na nie uwagę. Czy to także naturalne? Może pomalowała je sobie chociażby kredą, co jest teraz dość modne? Ale przecież mówiła, że cała jej fryzura jest w stu procentach naturalna. Przygryzła dolną wargę, a jeśli to ma coś wspólnego z jej chorobą lub chorobami, o których chciał powiedzieć wcześniej Pik? Nie spotkała się dotąd  żadnym takim przypadkiem, by włosy zmieniały kolor na tak nienaturalny jak różowy, czy niebieski. Na szary, biały, a nawet o parę tonów ciemniejszy, a także i nieco zróżnicowany tak, ale na taką zmianę nigdy. Modliła się w duchu, by zaraz się nie okazało, że zawaliła sprawę i jej towarzyszka padnie martwa na bruk. Co wtedy z pracą? Wyleją ą, na sto procent. Poczuła do siebie lekki niesmak, że w takiej sytuacji myśli o swoim bezrobociu i braku pieniędzy koniecznych do życia. Ale pocieszała się faktem, iż jeśli coś miałoby się stać, powinna to wyczuć. Chociaż jej dar nie zawsze się sprawdza w kwestii nagłych śmierci spowodowanych przez jakieś komplikacje zdrowia, to jednak wierzyła, że uda jej się przedwcześnie dowiedzieć o nadchodzącej katastrofie i odpowiednio zareagować.
- To ja pójdę do siebie odnieść rzeczy i parę zabrać, a ty leć po zwierzaki, spotkamy się za pięć minut- oznajmiła, po czym poszła w kierunku swojego namiotu, ostatnie parę metrów przebiegając. Wpadła do środka, kładąc niedbale teczkę na łóżku, po czym wyjmując z szafy papierosa i zapalniczkę. Podpaliła końcówkę i zaciągnęła się tytoniem. Ostre pieczenie spowodowane zbyt szybkim oddychaniem było mocno denerwujące, ale nie zwracała na nie uwagi, gdy szukała perfum i paczki miętowych gum do żucia. Co prawda nie ukrywała nigdy swojego nałogu, to jednak nie chciała jechać jak starzy pijacy z osiedla obok jednej z pizzerii w mieście. Odetchnęła głęboko jeszcze parę razy czując, jak szkodliwe gazy oraz substancje rozchodzą się po jej ciele ( co w zasadzie nie jest możliwe... ), uspakajając nerwy oraz emocje. Nadal posiadała duże problemy z komunikacją jeśli chodzi o ludzi i rozmowa z Pikiem ogromnie ją zestresowała. Dodało jej nieprzyjemnych uczuć złe nastawienie do sytuacji okazywane również przez Smiley. Sprawdziła godzinę w telefonie szybko zapominając, że wcześniej jej nie sprawdziła i nie wie, ile czasu upłynęło. Skończyła palić, włożyła do ust dwie gumy miętowe oraz popsikała się perfumami o zapachu lawendy na nadgarstkach, obojczykach oraz z grubsza ubraniach, po czym rzuciła rzeczy na łóżko i zgarnęła trochę pieniędzy, wyrzucając papieros do kosza. Wcześniej poddała go działaniu strumienia wody, by o przyjściu do cyrku nie okazało się, że spaliła wszystko doszczętnie.

< Smiley? ;P >

Akuma CD Rue

- Na jej miejscu zrobiłbym to w pralce, zbyt długo ją trzymałaś w tych swoich śmierdzących łapach. W ogóle jak przy tobie jeszcze żyje, skoro spotyka cię codziennie??? - udał ogromny zamysł u zdumienie na koniec swoje wypowiedzi, przez co dostał z poduszki w twarz. No tak, pierw atak na łaskotki, teraz atak z poduszki. Kiedy talerze, których akurat nie posiada, zaczną szybować po całym namiocie?
- Ja się zastanawiam, jak jeszcze  m y  żyjemy w tak zaczadzonym tobą pomieszczeniu - pokręciła nosem na koniec pokazując, że ledwo wytrzymuje ten smród. On nic nie czuł, nawet oburzenia po tych drwinach, jednak odwzajemnił się poduszką na jej twarzy.
- Jesteśmy kwita. W ciągu dwudziestu czterech godzin muszę cię jeszcze połaskotać na śmierć i ukraść kota, tak jak ty mi to zrobiłaś - udał obrażonego, odwracając się do niej tyłem i wypinając pierś w przód, jakby chciał być jak najdalej od tego "potwora".
- Zaraz, zaraz. Ukradłam ci  m o j e g o    k o t a ? - Zdziwiła się. Usłyszał głuche plaśnięcie, pewnie podniosła dłonie wysoko do góry i opuściła jedną na udo. Tak, dokładnie tak musiała zrobić. W końcu jedna noga chora. W ogóle, czy po turecku jest jej wygodnie? Nie wrzyna się jej ten gips, ani nie boli rana? Czy cokolwiek jej było? Tak, chyba chodzi o ranę postrzałową, przynajmniej tak mu się zdawało, gdyż to ostatnio tylko jej dolegało, przynajmniej przed utratą przytomności. Drugą z kolei. A może trzecią? Nie był pewien, kiedy jeszcze kontaktował, a kiedy już przypominał kłodę wyrzuconą na tafle wody. Morza. Nie, oceanu!
- Dokładnie - powiedział zdając sobie sprawę z tego, że właśnie jego słowa zakończyły wszystko zupełnie bezsensownym stwierdzeniem. Ale to tylko go ucieszyło, inaczej było by dość... nudno. Tak, to chyba odpowiednie stwierdzenie.
- Uhmmm - mruknęła, przeciągając każdy dźwięk, jaki przy tym wydobywała. - Ukradnę ci ją jeszcze wiele razy - odwrócił się gwałtownie, robiąc oczy zbitego psa. Jak to? Odbierze mu jego Mikę??? Dlaczego?!!
- Nie rób mi tego! - Zawołał, łapiąc ją za ramiona i potrząsając w przód i w tył. - Nie możesz mi tego zrobić, bo... bo...
- Zabijesz się? - zaśmiała się histerycznie.
- Tak - powiedział przekonany, że to załatwi sprawę i opuścił ręce w dół pozwalając, by się zatrzymała. Jeszcze by dostała zawrotów głowy i by zemdlała, padając głową o kąt łóżka. Albo co gorsza na nie zwymiotuje. W tej samej chwili oniemiał. Od kiedy nie posiada on tylko materacu, tylko całe łóżko? Co to za luksusy??? Nawet nie zauważył różnicy.
- Zawsze maiłem łóżko? - spytał zdziwiony już myśląc, że postradał zmysły i albo ma zaniki pamięci, albo halucynacje, albo jakąś inną chorobę, albo to wszystko na raz, albo wcześniej to miał i zdążył już się wyleczyć. Lub wytrzeźwieć.
- Nope - stwierdziła po chwili Rue, z początku zdziwiona. Zapewne spowodowała to nagła zmiana tematu lub fakt, iż zawsze miał łóżko. Ale teraz ,po jej odpowiedzi już był pewien, że jednak zachował i rozum, i trzeźwość.

< Rue? Znowu wyszło gówno...Ehmm... >

Smiley CD Vulnere

Dobra nie było źle to mi wystarczyło. No a potem powstało coś takiego jak słowo "ALE" którego nienawidziłam. Zawsze było jakieś ale jak tylko wywinełam się. Wprost bym chciała zabić osobę, która to słowo wymyśliła. Przez najbliższe dwa tygodnie miałam zakaz ćwiczenia. Chociaż nie chciałam zrezygnować to musiałam. Musiałam zrezygnować z ćwiczeń przez dwa tygodnie. Musiałam się zgodzić no bo co zrobić. Vulnere kazała mi poczekać przez mniej więcej pięć minut. Musiała pójść pozbierać jakieś zioła. Vulnere wyszła, a ja zostałam sama. Rozejrzałam się do okoła. W pokoju było wszystko czyściutkie i starannie poukładane. Bisca podeszła do mnie, a ja ją pogłaskałam zdrową ręką.
- No to przez dwa tygodnie będziemy leniuchować - powiedziałam trochę zmartwiona. Nie wiedziałam co mogłabym przez ten czas robić. No dobra spać to ja lubię, ale bez przesady. Zaczęłam rozmyślać nad tym co mogłabym robić, ale nie było tego za dużo. Zwłaszcza, że nie mogłam podnosić ciężkich rzeczy. Moje rozmyślanie przerwała Vulnere, która weszła do namiotu. Była zsapana co oznaczało, że się bardzo spieszyła i w dodatku pewnie biegła.
- Nie musiałaś się spieszyć. Nigdzie bym nie uciekła - powiedziałam.
- Ja się nie śpieszyłam po prostu się trochę zmachałam - odpowiedziała robiąc coś ze swoich ziół. Mając jaką maź na dłoniach posmarowała mi chore miejsce. Była zimna, ale nie było najgorzej. Vulnere zawineła mi również bandażem. Założyłam koszulkę powrotem na siebie.
- To co teraz? - spytałam się, a ona spojrzała na mnie.
- Idziemy do Pika, musimy mu powiedzieć - odpowiedziała, a ja miałam nadzieję, że już o nim nie wspomni.
- Dobrze - odpowiedziałam cicho.
Teraz pozostało mi się modlić o to, żeby go nie było. Niestety moje prośby nie zostały wysłuchane. Był to chyba najgorszy mój dzień.
- Wybacz, że nachodzimy ciebie Pik. - zaczęła Vulnere, a ja tylko schyliłam głowę.
- Nic nie szkodzi. Poza tym miło mi was widzieć Vulnere, Smiley - czułam jak skierował swój wzrok na mnie.
- Smiley nie może przez najbliższe dwa tygodnie ćwiczyć ani brać udziału w przedstawieniach. Spadła dzisiaj z konia i pogorszyła swoje stłuczenie  od ostatniego wypadku - wytłumaczyła dziewczyna.
- Rozumiem jednak Smiley czy ty przypadkiem nie powinnaś wspomnieć o czymś co Vulnere by się przydało - pokręciłam przeczaco głową. Nie chciałam, aby o czymś wiedziała.
- Pewnie nie dostałaś jeszcze karty Smiley. W naszym cyrku jak u prawdziwego lekarza każdy ma swoją kartę z tym co przeszedł. Przeziębienia, złamania i tak dalej. Diane ci na pewno ja w krótce przekaże, ale tutaj masz kartę Smiley. Odkąd ostatnio jeden z lekarzy odszedł nikomu nie trzeba było wpisywać w karty nic poza nasza mała Smiley. Proszę o to jej teczka z tym wszystkim. Powinnaś się z tym zapoznać zwłaszcza, że nasza maleńka Smiley często będzie u ciebie witać. I to na pewno - spojrzałam się na gruba teczke w której było wszystko zapisane o moich wypadkach i chorobach. Nim Vulnere ja dotknęła ja zrobiłam to pierwsza.
- Co to, to nie! Tylko nie ta karta. Przez to wszyscy zawsze się nade mną litują i uważają że jestem słaba. - powiedziałam rozzłoszczona na Pika.
- Nikt tak nie uważa. Każdy twierdzi, że jesteś silniejsza za każdym razem gdy wracać od lekarza. A Vulnere powinna wiedzieć coś o swoich pacjentach - ostatecznie się poddałam, gdy Pik pogłaskał mnie po głowie
- No dobrych niech już ci będzie. Zrobię to tylko dlatego, że Vulnere jest podobna do... - niedopowiedziałam. Wręczyłam jej swoją kartę.
- Chodźmy Vulnere stąd zanim on opowie coś o czym ja nie chce - wzięłam dziewczynę za rękę. - To jak idziemy do parku? Tam na spokojnie będziesz mogła sobie przeczytać ta książkę - wskazałam na kartę, która była najgrubsza że wszystkich innych.

<Vulnere?>

Rue CD Akuma

Zaśmiałam się na jego słowa.
- Mika uwielbia głaskanie - poprawiłam go. - I to mnie kocha - podniosłam swojego kociaka do swojej twarzy i swoim nosem dotknęłam jej noska. Kotka nie była tym zainteresowana i kontynuowała swoją drzemkę, nie zwracając na nic uwagi.
- Właśnie widzę - Akuma spojrzał na mojego pupilka. - Ledwo wróciłaś, a już ma cię dosyć - powiedział z lekkim rozbawieniem. No tak, mina kociaka rzeczywiście była zabawna. Zdawało się, że mówiła Co ona ku*wa robi? Spać mi nie daje, ale pomimo tego musiałam się nią nacieszyć.
- Przeboleje to - położyłam ją z powrotem na klatce piersiowej drapiąc za uszkiem. Zaczęłam cicho mruczeć. - Ma mnie dosyć, to ciebie tym bardziej - prychnęłam i spojrzałam w jego stronę. Wpatrzony był w sufit. W takich chwilach zastanawiam się co siedzi drugiemu człowiekowi w głowie. - O czym myślisz? - zapytałam zaciekawiona lekko podnosząc głowę i próbując mu zajrzeć w oczy. Skoro oczy to zwierciadło duszy, to może coś z nich wyczytam? Chłopak spojrzał na mnie kątem oka.
- Jakiego by tu psa sobie zaadoptować, żebyś przed nim nie mogła uciec - położyłam głowę i się cicho zaśmiałam.
- Jak będzie biegał jak ty, to się nawet starać nie będę musiała - Mika przewróciła się na plecy każąc mi tym samym drapać się po brzuszku, zrobiłam to. Rzeczywiście była tłusta, pies Akumy chętnie by ją wszamał zapewne.
- Ej! - lekko uderzył mnie w ramię. - Ja mam astmę! - dodał obrażonym tonem. Machnęłam ręką.
- Jeśli wtedy przez twoją astmę żadne z nas nie zginęło, to ona nie jest żadnym problemem - powiedziałam podnosząc się na łokciach i przechodząc do siadu, tym samym zwalając ze swojej klatki piersiowej zwierzaka. Usiadłam po turecku, a ją usadowiłam między nogami. Podniosła łebek i zmierzyła mnie śpiącymi oczami i kładąc łebek na udzie poszła spać. Leniwy grubasek, przeszło mi przez myśl. Akuma nie odpowiedział, zamiast tego przysunął się bardziej zajmując większą część łóżka. - I kto tu jest gruby i się rozpycha? - zapytałam pokazując mu język.
- Ja mogę, to moje łóżko - założył ręce za głowę i zamknął oczy. Zmarszczyłam brwi. Mnie nazywa parówką, a sam się rozpycha? Co to, to nie. Jedną ręką dalej głaskałam kotkę, a drugą dzióbałam go w pachę. Z początku nie zbyt reagował, widziałam tylko jak jego kąciki ust drgają, najwidoczniej nie chciał po sobie dać poznać, że ma łaskotki. Ale mi właśnie o to chodziło. Zaczęłam nieco mocniej go trącać, aż w końcu go połaskotałam. Chłopak się zaśmiał i zniżył ręce.
- Przestań! - powiedział z uśmiechem, ale ja nie miałam zamiaru się go posłuchać.
- To za parówkę! - i zostawiając kota w spokoju zaczęłam go łaskotać obiema dłońmi najpierw w pachy. - A to za grubą! - zeszłam niżej i zaczęłam go szturchać pod biodrami, gdzie to były największe łaskotki. Akuma śmiał się jak szalony (farmer z widłami!), a potem złapał mnie za obie ręce.
- Mam się zrewanżować? - zapytał, na co pokazałam mu język.
- Nie dotkniesz kulawej chudzielcu.
- Jesteś pewna? - nie byłam taka pewna, w końcu to był psychopatyczny dzieciak ze stodoły, zabijający widłami. Czego się mogłam po nim spodziewać? Chyba wszystkiego!
- Bo obudzisz kota! - powiedziałam szybko, na co Akuma się zaśmiał. spojrzał na swoje nogi. Miki tam nie było, zmęczyła ją nasza zabawa i postanowiła sobie uciąć drzemkę na stercie ubrań chłopaka. - No nie... - przeciągnęłam smutna. - Będę musiała ją wykąpać...

<Akuma? xd>

1 sie 2017

Vulnere Konkurencja nr.#2

CZERWONE NAMIOTÓW CHORĄGWIE

Wczoraj niebo było zachmurzone,
Liście w powietrzu fruwały zielone.
Wiatr uderzył, rwał wściekle pobudzony,
Na swej drodze pozostawiał liczne gromy.
Jednak nie zatrzymał się, brnął dalej.
Na morzu już utworzyły się spienione fale,
Mewy zgubiły swój kurs w milach sztormu,
Stary żeglarz ostatni rejs wykonał,
Już nie dotarł do swego ubogiego domu.
Czerwone namiotów chorągwie,
Obwieszczające nabyte zbrodnie,
Porwane przez szaleńczy powiew zostały,
Niczym okręt starca runęły o strome skały.
A tam, w niemalże każdym namiocie jakaś dusza została,
Być może ze strachu przed szalejącą burzą się schowała.
Lecz paru brakuje, różnicy nikt nie zauważył,
Nikt wystawić nosa zza kolorowej płachty się nie odważył.
Dzisiaj, gdy niebo parę chmur tylko posiada,
Liście na ziemię opadły, tylko sierść końska gniada,
Cała mokra, grzywa potargana,
Świadczyła o tym, co się wczoraj działo,
Od samego rana.
Jutro jeszcze się dzisiejszym dniem okaże,
Gdy minutę po północy, wiatr znowu się pokarze.
Porwie liście, już nie tak zielone,
Gdyż czarne, smutkiem do końca strawione,
Wszędzie, na wcześniej nieobecnych 
                                                          Cyrkowców ciałach spoczną,
                                                   A sen ten być może okaże się wyrocznią.

Helsing CD Shavile

Powiodłem wzrokiem za oddalającą się pospiesznie dziewczyną, najeżony o to, że obarczyła mnie płaceniem za wspólne zakupy. Zważywszy na to, że to ja chciałem ją tym obarczyć. Starałem się wyczaić, dlaczego zdecydowała mnie tak nagle opuścić, jednak nic nie zwróciło mojej szczególnej uwagi. Może oprócz ochroniarza omiatającego cały sklep przerażającym spojrzeniem.
Wyszedłem z zakupami na ulicę i zacząłem rozglądać się za Shavile. Zajęło mi to sporą chwilę, ale w końcu zauważyłem małą, skuloną postać w najciemniejszym zaułku, jaki tylko mogła wybrać.
- Shavile, ty wstrętna babo, czemu uciek... - zacząłem tyradę, jednak natychmiast zamilkłem, widząc stan dziewczyny po podejściu bliżej. Brunetka chowała głowę w ramionach, którymi obejmowała swoje nogi.
Odłożyłem siatki z jedzeniem na bok i usiadłem przed nią na chodniku.
- Hej - odezwałem się. - Co się dzieje?
Dziewczyna natychmiast poderwała głowę i spojrzała na mnie rozkojarzonym wzrokiem. Wyglądała niedobrze. Nie miałem pojęcia, co mogło się stać, ale jej zachowanie było alarmujące.
Shavile, słysząc mój głos, podniosła gwałtownie głowę. Przez chwilę wpatrywała się we mnie z szeroko otwartymi oczami. Po kilku sekundach najwyraźniej się otrząsnęła, ale nie rozwiało to moich zmartwień, ponieważ pierwsze co zdecydowała się zrobić, to rozejrzeć się niepewnie na wszystkie strony, zanim skupiła uwagę na mojej osobie.
- Wszystko w porządku, możemy iść - powiedziała, uśmiechając się szeroko i tak sztucznie, że aż się skrzywiłem.
- Co się stało? - zapytałem.
- Mówię, że nic się nie stało - obstawała przy swoim Shavile.
Wstałem bez słowa i podałem jej dłoń, by pomóc jej się podnieść. Złapała ją niepewnie i stanęła na nogi. Nie umknęło mojej uwadze, że ledwo się na nich trzymała; trzęsły się niemiłosiernie. Nie miałem pojęcia dlaczego. Objąłem ją ręką w pasie i przyciągnąłem lekko do siebie, na wypadek gdyby miała zamiar mdleć. W drugą rękę wziąłem torbę z zakupami.
- Wracamy do cyrku - oznajmiłem, ruszając z nią w stronę z której przyszliśmy. Po kilku krokach, gdy opuściliśmy w miarę bezludny obszar, w jakim się znajdowaliśmy i gdy wyszliśmy z powrotem na główną ulicę, Shavile wbiła pięty w ziemię i zatrzymała się. Z przerażeniem wpatrywała się w tłum ludzi okupujący całą arterię.
- Hmm? - mruknąłem głosem wahającym się między zmartwieniem a irytacją. Niepokoiło mnie zachowanie towarzyszki i zaczynałem się już denerwować. - Shavile, ogarniamy się już. Jestem głodny i nie piłem jeszcze kawy. Bez kawy nie jestem takim przyjemniaczkiem.
Brunetka przycisnęła się bliżej do moich żeber, odwracając wzrok od ludzi przed sobą. Zrezygnowałem z dalszych pytań i postanowiłem po prostu jak najszybciej ją stąd zabrać.
Po tym, jak pokonaliśmy główną ulicę i zaczęliśmy oddalać się od zabudowań, Shavile zaczęła powoli wracać do siebie. Szczerze mówiąc, odetchnąłem wtedy z ulgą. Ale nie męczyłem jej pytaniami o samopoczucie zbyt wcześnie.
Po powrocie na teren Cyrku skierowałem się wraz z dziewczyną do swojego namiotu. Nie odzywając się dużo, zgarnąłem kilka rzeczy - ściślej, czajnik elektryczny, dwa kubki i puszkę z kawą - które włożyłem do torby na zakupy i zaprowadziłem ciemnowłosą do jej namiotu.
- Po co ci te rzeczy...? - spytała, zerkając na przedmioty zalegające razem z zakupami w torbie.
- Będziemy siedzieć u ciebie, bo u mnie jest syf i malaria, a ty jesteś dziewczyną i jesteś zbyt wrażliwa na takie warunki - powiedziałem trochę zbyt poważnym tonem.
Gdy weszliśmy do jej "mieszkania", odłożyłem zakupy na jej łóżko, wziąłem czajnik i skierowałem się do wyjścia.
- Rozpakujesz zakupy? Pójdę po wodę - powiedziałem, przekraczając próg i poszedłem do łaźni, ponieważ była najbliżej. Wróciłem po niecałych dwóch minutach i podłączyłem urządzenie do przedłużacza, który przeciągnięty był po podłodze.
- Pijesz kawę? - spytałem, ustawiając dwa kubki na stoliku i otwierając puszkę z kawą.
- Mogę - odparła.
Po kilku minutach w kubkach - jeden otoczony komiksowymi, wyszczerzonymi zwierzątkami gospodarskimi, drugi przyozdobiony napisem "Warsaw" - znajdował się już ciepły, pachnący napój. Wyjąłem spomiędzy zakupów ciastka i otworzyłem, biorąc jedno od razu do ust. Podałem Shavile kubek z Warszawą i usiadłem obok niej.
- Wiesz, że wyglądałaś, jakby dopadły cię co najmniej stany lękowe? - odezwałem się, wpatrując się w nią intensywnie.
- Mh. Na pewno przesadzasz - mruknęła w odpowiedzi, wbijając wzrok w swój kubek.
- Mogę spytać co takiego się stało?
Zamiast odpowiedzieć, wzięła łyk ciepłej kawy.
- To przez ludzi? - zapytałem, przypomniawszy sobie o dzikich tłumach, które panowały w mieście. Racja, to mogło nie być zbyt przyjemne. Byłem w stanie zrozumieć problem, choć osobiście dla mnie nie był on aż tak nieprzyjemny. W końcu, jeśli jest się wyższym niemal o głowę od większości ludzi, to rzeczy takie jak tłum nie przerażają aż tak bardzo.

< Shavile // miałam ochotę na kawę, jak to pisałam, więc tak wyszło, że wracamy do domowego zacisza ;v; >

Akuma CD Rue

- Jesteś za gruba, byśmy się razem zmieścili - mruknął cicho i niezrozumiałe.
- Ważysz więcej ode mnie - kłóciła się. Nie dość, że łóżko, to jeszcze zabrała mu kota. Kobiety rządzą tym światem...
- Jestem wyższy. I mam większy mózg, którego właściwie nie posiadasz - droczył się. Wepchnął się na łóżko, wiercąc dla siebie miejsce. Starał się to zrobić w ten sposób, by jej nie zwalić - amputacja nogi prawdopodobnie stanowiła y koniec jej kariery gimnastycznej. Chociaż w sumie mogłaby sobie poradzić, jednak z dwoma nogami byłoby znacznie łatwiej. Ustanowił się wygodnie, czuł pod brzuchem jakiś chudy kształt - prawdopodobnie ołówek lub długopis.
- I go nie używasz. Ja przynajmniej mam wytłumaczenie, bo go nie mam i nie ma sposobu, bym była mądra. Chociaż jestem, i to bardziej niż ty, który mózg posiada - zamilknął po tych słowach. Po części dlatego, że nie wiedział, co odpowiedzieć, a po części dlatego, że kot wbił mu pazury w prawy policzek.
- To za chęć zjedzenia jej - zaśmiała się szyderczo. Przyłożył dłoń do piekącego miejsca, po czym uniósł ją na wysokość swoich oczu. Końce palców były zabarwione na lekko czerwony odcień, co znaczyło, iż krwawi. Czy zawsze za przyjaciół musi wybierać sobie tych niezrównoważonych psychicznie?
- Poszczuje cię moim przyszłym kotem. Albo psem. Tak, amstaffem albo pitbullem. Albo rottweilerem. Albo dogiem argentyńskim. Albo dobermanem. Chihuahua też się znajdzie. Takie szczury, co nie? Owłosione czy nie, szczury. I Yorki. Ohyda. Co prawda to drugie da się znieść, gdy mają ściętą sierść i nie noszą kokardek. Ale i tak wolę nie mieć z nimi kontaktu. Załatwmy mi psa, przez ciebie popadam w depresje. Kot wprowadzi mnie w jeszcze większą - marudził wyobrażając sobie, jak miło spędza czas z psem, a jak musi się napracować, by na moment wyrwać kota z focha i sprawić, by dał się pogłaskać bez drapania.
- Psy mają czuły węch - zauważyła. Spojrzał na nią krzywo.
-Wiem o tym - oznajmił, niezbyt wiedząc, do czego zmierza. Miał jednak przeczucia, że walnie jakiś tekst mający wprowadzić go w jeszcze większą deprechę. I się nie mylił.
- Jak cię poczuje, to przecież umrze na miejscu - odwrócił na moment głowę w jej stronę, wpatrując się w jej oczy. Swoją drogą, są bardzo ładne. Takie... brązowe. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że odkąd się znają, ani razu nie spojrzał jej w oczy i nie stwierdził, że są dokładnie takiego samego koloru, co włosy. Jakim cudem to jest możliwe?
- Mika się jakoś nie skarży. Mika mnie kocha i ubóstwia, tylko mi ją ukradłaś - żachnął się, ponownie odwracając w swoją stronę i wydymając wargi w dziecinnym, płaczliwym geście. Jeszcze trochę, a trzeba będzie mu kupić zabawkę. Ale on chce psa. Psy są fajne.

< Rue? Sorry za to opowiadanie, mi też wena siada, do tego kac po ostatnim odcinku nowego sezonu Teen Wolfa zabija mnie ;-; >