Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akuma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akuma. Pokaż wszystkie posty

21 sie 2018

Akuma CD Mefoda

- Ehhh, no dobra, niech ci będzie - mruknąłem, bo co innego mógłbym zrobić? Powiedzieć, że tego nie zrobię i zdenerwować go/ zasmucić, a przede wszystkim zawieść? Oczywiście, jeśli tylko jego intencje są szczere... Trudno mi uwierzyć w to wszystko. No, bo jak mogłoby być inaczej? Chyba każdy z podobną samooceną by mnie zrozumiał.
- No i pięknie - uśmiechnął się promiennie. To trochę dziwne, ale od jakiegoś czasu ciągle to robi - uśmiecha się tak szeroko, jakby zaraz miała mu odpaść połowa twarzy. Gościu, czy ty się do chu*a dobrze czujesz, czy jak?
- Ta... - mruknąłem jedynie, odwracając się. Poczułem zawód, że to ja pierwszy szedłem w kolejce, jednak cóż, mówi się trudno. W momencie, gdy nadeszła moja kolej, poczułem jakby gulę w gardle? To było naprawdę podejrzane. Po prostu, co ja miałem powiedzieć? Bagietka i tyle? Przecież ona chyba pomyśli że chcę się jeszcze bardziej stoczyć i być gorszy od wieprza. Boże, dlaczego to wszystko musi być tak kaloryczne?
- Bagietka, proszę - odezwałem się w końcu, udając, że zastanawiam się nad wyborem. Serce mi biło szybko jak chyba nigdy dotąd. Zaraz zjem coś, co jeszcze bardziej zwiększy moją masę ciała. Brawo ja...
- Proszę bardzo - uśmiechnęła się kasjerka, podając mi długą bułkę. Boże, przecież ja nawet tej połowy nie mogę zjeść... Zapłaciłem za, w końcu, moje pieniądze, po czym oddaliłem się na drugi koniec piekarni. Mefoda mrugnął do mnie okiem, z niecierpliwością czekając na swoje jedzenie. W końcu i on je otrzymał. Podszedł do mnie, machając na boki bagietką. Parsknąłem śmiechem, nie dowierzając w to, jaki dziecinny potrafi być ten chłopak. Ile on to miał? Dziewiętnaście? Dwadzieścia lat? Tak, chyba tak.
- Nie wierzę - parsknąłem po raz kolejny, odwracając się i kierując w stronę wyjścia z piekarni.
- A ja wierzę w ciebie, i że to zjesz, i że dasz radę, i jestem z ciebie cholernie dumny - powiedział szeptem do mojego prawego ucha, gdy otwierałem drzwi. Zadrżałem na całym ciele i chyba porządnie się zarumieniłem. Dlaczego ja muszę być taki blady?! Wyszedłem pośpiesznie na zewnątrz, oddychając "świeżym" powietrzem. Unikałem wzroku blondyna, bo sytuacja sprzed paru sekund wydała się dla mnie dość... specyficzna?
- To jak, jemy? - jego mina była jednoznaczna - bawiła go moja reakcja. Westchnąłem głośno, stając przed jednym z największych wyzwań w moim życiu. A było ich dużo, naprawdę. Momentalnie wspomnieniami wróciłem do Rue. Coraz bardziej za nią tęskniłem. Przebywanie w miejscu, gdzie jest tyle wspomnień związanych z nią jest dosyć trudne. Tyle emocji, tyle myśli, tyle przygód, tragedii, decyzji,... Mogę mieć pewność, że nikt mi jej nie zastąpi i nigdy w życiu nie przeżyję czegoś podobnego z drugą osobą. W jakimś momencie chyba nawet byłem w niej zauroczony, albo mi się tylko teraz tak wydaje...
- Ej - chyba zauważył, że się zamyśliłem, gdyż zaczął mi machać dłonią przed twarzą. Zamrugałem parokrotnie, no tak. A więc... dla Rue. W niemej odpowiedzi zbliżyłem do nagle suchych ust bułkę, po czym wziąłem duży kęs. Chyba to jedyne, co mogłem zrobić w tej sytuacji dla niej. Spróbować przywrócić swoje życie do poprzedniego stanu. Chciałaby tego.
- No i pięknie - powtórzył się, uśmiechając szeroko.
< Mefoda? Głowa mnie boli chodź do mnie :c >

7 sie 2018

Akuma CD Mefoda

Bałem się tak cholernie, że to powie. Że zaproponuje wypad na miasto, by coś zjeść. Kurwa, czy ja naprawdę nie mogłem po prostu zaproponować chociażby spaceru? Pójścia nad tę cholerną rzekę? Jestem takim debilem, sam się w to wpakowałem... Ale, być może on ma racje? Być może faktycznie coś ze mną jest nie tak? Wciąż jestem za gruby, ale być może on próbuje mi wskazać drogę, jak zacząć żyć zdrowo i jednocześnie być chudym? To znaczy, stać się. Nie wiem, siłownia, dieta,... Ale żeby wyglądać dobrze, muszę jeść tyle, co nic. Przecież nawet podczas największego wysiłku fizycznego nie uda mi się spalić kalorii z owej diety, o której przed chwilą myślałem. I zgrubnę jeszcze bardziej. Kurde, dlaczego to musi być takie trudne? On ma wręcz idealne ciało, więc nie ma się czym martwić. Widać zarysy mięśni, nie jest ani trochę spasiony. A ja? Świnia, to mało powiedziane. Słoń też. Wieloryb? Mógłbym się nad tym zastanowić...
- A więc? - spytał, patrząc na mnie chytrze. Miałem ochotę mu przywalić, bo on chyba specjalnie chce jednak sprawić, bym czuł się ze sobą jeszcze gorzej.
- A więc co? - spytałem, nie wiedząc z jakiego powodu, dość agresywnie. Wręcz to warknąłem. Miałem po prostu dość tego, że on i parę innych osób próbuje mi wmówić, że jestem chudy. Czy on do ku*rwy nie widzi, jak bardzo jestem gruby? Naprawdę będzie go to cieszyło, gdy zgrubnę jeszcze bardziej???
- Hayato, proszę cię, nie wygłupiaj się. Musisz coś jeść... - poczułem, jak krew we mnie się gotuje. Rzuciłem mu miażdżące spojrzenie. Wypuściłem z dłoni koszulkę, którą miałem właśnie złożyć. Tak, zakupy udane, powiedzmy.
- Ty mi ku*wa nie mów, co ja mam robić. Nie widzisz jak ja wyglądam? Czy ty naprawdę chcesz, żebym czuł się ze sobą jeszcze gorzej?! - wykrzyczałem ze złością. Kiedyś ataki agresji zdarzały mi się dość często. Odkąd trafiłem do rodziców, nie miałem ich prawie w ogóle. Ten wybuch jest chyba pierwszym od dawna. Naprawdę dawna. Mefoda wstał, podchodząc do mnie. Wyglądał na pewnego siebie i jakimś cudem, jego rysy twarzy były ostre, chociaż biła od niego...delikatność? Chyba tak. Ujął moje nadgarstki, za co miałem ochotę mu solidnie przywalić.
- Słuchaj mnie teraz uważnie, dobrze? Nie denerwuj się, bo złość piękności szkodzi, a ty jesteś zbyt piękny, byś to sobie robił - przyglądałem się mu z rosnącym szokiem i złością. No, bo właśnie nazwał mnie pięknym i było to dość...specyficzne wyznanie? A po drugie, chyba chciał mnie zmanipulować i po prostu skłamał. Ja nie jestem piękny. I nigdy nie byłem. - Jesteś tak cholernie piękny i nie wierzę, że mógłbyś tego nie widzieć. Masz piękne kolorowe włosy, wręcz idealną cerę, zajebiste ciało, chociaż moim zdaniem nadal znacznie za chude. Wygląd to nie tylko kilogramy, których zresztą masz zdecydowanie  z a  m a ł o. Piękno to też gesty, mimika, słowa, zachowanie, sposób w jaki traktujesz drugiego człowieka, siebie samego. I problem tkwi właśnie tutaj - siebie traktujesz jak gówno, ale dlaczego? Nie zasłużyłeś na to. Twierdzisz, że nie jesteś piękny i już wiem, czego brakuje ci do ideału - traktujesz się okropnie. Chcesz być piękny? Dlatego podejmij walkę ze samym sobą, pozwól sobie cieszyć się życiem, a nie zamartwiać nierealnymi stwierdzeniami na swój temat. Wiem, że będzie trudno, ale kto powiedział, że będzie inaczej? Musisz spiąć dupę i postawić się losowi, który zbyt łaskawy dla ciebie nie był. A ja ci w tym pomogę - mówił, a mi odebrało mowę. Z jednej strony naprawdę chciałem pomocy. A z drugiej wciąż brzydziłem się samym sobą, nie chciałem uwierzyć w żądne jego słowo na mój temat. Za chudy? Niech się cieszy, że nie zobaczył mnie bez ubrań. Wtedy by się mnie wstydził, mojego tłuszczu.
< Mefoda? Nah, wkleiłam to, możesz się cieszyć XDD >

2 sie 2018

Akuma CD Mefoda

Czułem lekkie poczucie winy za to, że chłopak przeze mnie się rozpłakał. Przecież takiego człowieka byle gówno nie smuci... Jednak skoro twierdzi, że to ze szczęścia, to co mam niby powiedzieć? Że mu nie wierzę? Przecież bliskie relacje opierają się na zaufaniu, a on chyba by mi powiedział, gdyby coś go trapiło, smuciło i tak dalej, prawda?
- Okay, to jak, idziemy? - odsunął mnie delikatnie od siebie, patrząc na mnie z lekkim uśmiechem i błyszczącymi oczami. Jak po piciu normalnie. Poczułem znajome ukłucie w sercu, po piciu. Alkohol niszczy życie, po chu*a ludzie po niego sięgają? Po te wszystkie narkotyki,... Ale sam nie byłem lepszy. I nie jestem. W końcu tata miał na mnie jakiś wpływ, od papierosów po picie.
- Idziemy - uśmiechnąłem się szeroko. To dziwne, ale czułem się tak... lekko? Tak, po tym wszystkim, co się zdarzyło, znacznie mi ulżyło. Chociaż pojawiły się i nowe obawy, takie jak cały ten proces pomocy Mefody. Przecież to nie będzie łatwe. Czy ja chcę tak naprawdę, żeby było lepiej? Przecież właśnie do tego dążę... Czy on nie widzi tego, ile mam tłuszczu na brzuchu, udach, ramionach? Nie widzi tego, jak okrągłą mam twarz? Musiałby być ślepy, żeby tego nie dostrzegać.
- A więc, kiedy się widzimy? Chyba, że chcesz jeszcze dzisiaj coś robić? - spojrzał na mnie, idąc ciągle przed siebie wręcz tanecznym krokiem, co wywołało u mnie lekki śmiech.
- Sam nie wiem... Wiesz, moglibyśmy jutro. Jestem trochę zmęczony - skłamałem. W rzeczywistości wręcz padałem z nóg. A co mógłbym mu powiedzieć? Mniejsza z tym, ehh... Mam teraz inne zmartwienia na głowie - muszę zdobyć coś nowego do ubrania. Moje trzy koszulki, jedna bluza i dwie pary spodni ( w tym jedne do kolan ) to chyba nie za dużo i on na pewno zauważy, że coś jest nie tak z kasą u mnie... O ile już się to nie stało. Tak, zdecydowanie, muszę iść dzisiaj jeszcze do Pika po wypłatę i kupić coś na mieście. Ale przecież już wszystko będzie wyzamykane... Ehh, już wiem, co będę robił rano.
- Wiesz, będę wolny pewnie dopiero gdzieś tak od południa, muszę iść coś załatwić na miasto - naprawdę nie chcę go okłamywać, tym bardziej, że mu obiecałem szczerość. Ale co ja mam poradzić, że nie nadaję się do obietnic i zawsze je łamię? Życie jest do dupy...
- Iść z tobą? - spojrzałem na niego zszokowany i natychmiastowo zaprzeczyłem głośnym "Nie!". Boże, jak źle to zabrzmiało...
- Wybacz, ale to raczej coś naprawdę osobistego. Może kiedyś ci powiem - oznajmiłem, biorąc głęboki wdech. Uniósł ręce w geście niewinności.
- Jeśli nie chcesz, nie naciskam. Mamy czas, spokojnie i powoli. Zresztą, wolałbym, gdybyś mi o tym powiedział z własnej chęci ,a nie z mojego przymusu - oznajmił, a ja uśmiechnąłem się do niego z wdzięcznością. Już się bałem, że będzie naciskał, ale najwidoczniej źle go oceniłem. Uśmiechnąłem się szeroko w ramach podziękowania. Ale za co ja właściwie dziękowałem? Za to, że postanowił wje*ać sięw moje życie, ale nie tak bardzo?
Akuma, ogarnij dupę - ON CHCE CI POMÓC. CHCE DLA CIEBIE JAK NAJLEPIEJ, A TY ZACHOWUJESZ SIĘ JAK JE*ANA KSIĘŻNICZKA I ROBISZ TYLKO PROBLEMY.
< Mefoda? >

1 sie 2018

Akuma CD Mefoda

Nie mogłem uwierzyć, że on się domyślił. Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa! Przecież nikt miał nie wiedzieć, wszyscy mieli myśleć że jest dobrze! Jednak gdy słyszałem słowa chłopaka... Poczułem się tak cholernie samotny. Nie mam nikogo - na rodzinę liczyć co nie mam, Rue odeszła, nie mam nikogo, jestem sam. Sam, samiutki jak palec. A on? Ledwo się znamy i już mnie rozszyfrował, odkrył moją słabość... Zaoferował pomoc... Powiedział, że jestem piękny... Ja jestem piękny? JA? Takie gówno jak ja nie może być piękne. Szkoda, że mówi mi to wszystko tylko p oto, żeby mnie pocieszyć. Jednak jego słowa ogromnie do mnie dotarły. Jakimś cudem, dotknęły mojej zmizerniałej duszy, chyba sklejając powoli jej skrawki w jednego ducha. Cholernie mnie wzruszył, dał nadzieję. Nigdy nie pomyślałbym, że ktoś taki, jak on, może powiedzieć coś tak miłego, wspaniałego, opiekuńczego. "Teraz już jesteś bezpieczny". Boże...
Wtuliłem się do niego, nie mogąc dłużej wytrzymać. Tak bardzo potrzebowałem tych słów, czyjejś bliskości, a on właśnie mi to dał. Tak bardzo potrzebowałem usłyszeć, że nie jestem sam, że nie jestem nikim. Oczywiście, dalej twierdzę inaczej - jestem gównem, nikim wartym uwagi. Jednak. być może dzięki niemu jednak będzie lepiej? Mówił to z takimi uczuciami, pewnością siebie... Rozkleiłem się jeszcze bardziej, gdy objął mnie mocniej, jakbym miał zaraz wyparować z jego ramion. To było takie kochane i cudowne z jego strony... Tak dawno nikt się o mnie nie troszczył, tak dawno nikt nie powiedział mi żadnego miłego słowa.
Nie wiem, ile tak jeszcze trwaliśmy. Dziesięć minut? Piętnaście? Nie mogłem pojąć tego, że miał tyle siły, by mnie utrzymać. Przecież to nienaturalne, że jeszcze się nie zmęczył... Może więc powinienem go poprosić, by mnie postawił już na ziemi? Przecież nie mogę go tak męczyć...
 Dopiero po jakimś czasie przestałem płakać. No, nie tyle płakać, co trząść się i wręcz szlochać. Odkleiłem się od niego, a on podniósł głowę, którą oparł na mojej. Nie byłem w stanie spojrzeć mu w oczy, po tym co dla mnie zrobił, po tym jak ja żałośnie się zachowałem... Poczułem ogromny wstyd, wstydziłem się siebie i swojego wybuchu. Walczyłem z kolejnym, chcąc się odezwać, ale nie potrafiłem. Nie mogłem się odezwać, gardło nadal ściskało mi się boleśnie, a łzy wypływały z oczu.
- Ciii, już, spokojnie - wręcz wyszeptał, próbując chyba złapać mój wzrok.
- Po...po...- nie mogłem się wysłowić, jednak ten natychmiast zrozumiał.
- Jasne - odpowiedział łagodnie, doskonale rozumieją,c o co mi chodzi. Jak on to ciągle robi??? Może faktycznie czyta w myślach??? Nie, na pewno nie... Chłopak delikatnie postawił mnie na ziemi, a ja chwiejnie na niej stanąłem. W jednej chwili zrobiło mi się przeraźliwie zimno. Robiło się już powoli ciemno, musiało być około dwudziestej pierwszej, czy coś.
- Dziękuję - odezwałem się w końcu, podnosząc wzrok i po raz pierwszy od chyba połowy godziny, spoglądając mu w oczy. Nie wierzę, że to mówię - myślę - ale potrzebowałem tego. Potrzebowałem czyjejś bliskości, wypłakania się, tego wszystkiego. Potrzebowałem tego od ponad połowy roku, a Mefoda ofiarował mi to wszystko w pół godziny, realizując wcześniej wszystko w parę dni. Prawdziwy z niego anioł.
- Hej, od tego są... przyjaciele, prawda? - zastanowiłem się nieco tą przerwą prze "przyjaciele", ale nie zwróciłem na to większej uwagi. Gdy przygryzłem wargę, on podszedł i objął mnie delikatnie. Zdziwiłem się tym gestem, ale o dziwo, poczułem się lepiej.
- Dziękuję - powiedziałem słabo jeszcze raz, pociągając nosem i nawet nie siląc się na oddanie przytulasa.
- To co, schodzimy? Jeśli jeszcze nie dasz rady, poczekamy tutaj jeszcze, daj sobie czas - uśmiechnął się promiennie, mimo że jego oczy pozostały lekko smutne. Potrząsnąłem powoli i ledwo dostrzegalnie głową na boki.
- Chodźmy już, jestem zmęczony - oznajmiłem, po czym skierowałem się do drabiny, ocierając dłońmi oczy i wycierając jen astępnie w spodnie.
- Ej, ej, ej, ja idę pierwszy, jeszcze mi spadniesz i kto cię złapie? - uśmiechnął się szeroko, wyprzedzając mnie i nadal z uśmiechem, zaczął schodzić w dół. Nie odezwałem się już, że gdyby spróbował mnie złapać, zmiażdżyłbym go swoim ciężarem.
< Mefoda? >

31 lip 2018

Akuma CD Mefoda

Słuchaliśmy muzyki w "ciszy". To znaczy, nic do siebie nie mówiliśmy. Nie była to krępująca "cisza", byłem raczej zrelaksowany jak nigdy. Chociaż, gdyby emocje miały władze nad moim ciałem, aktualnie bym lewitował. Tak dawno nie miałem styczności z muzyką... Grajkowie na ulicach oczywiście się zdarzali, ale nie dość że rzadko, to jeszcze często musieli korzystać z zepsutych pianin lub szybko odchodzili od instrumentu. Gitara i śpiewający przy niej chłopak, zdarzyła się tylko raz. Trochę do dupy, ale... Już jest dobrze, prawda? Więc w czym problem?
 Po piątej piosence zaczęło robić się ciemno, a ja robiłem się zmęczony. Cały czas milczeliśmy, nikt nie zanucił żadnej melodii, nawet nie kaszlnął, czy westchnął. Po prostu jakbyśmy nie żyli albo też tkwili w jakimś niezrozumiałym transie, Cóż, a być może i tak było? Postanowiłem na chwilę przysnąć. Zasypiać w otoczeniu tak pięknych dźwięków... To coś wyjątkowego. Może i stracę przez to chwile rozkoszy, jednak ja naprawdę chciałbym spełnić swoje marzenie - tak błahe, jak ułożenie się do snu przy muzyce.
- Włącz Linkin Park - Castle of Glass. Dalej puszczaj, co chcesz, nawet te twoje polskie rapsy - oznajmiłem i nie musiałem na niego patrzyć, by wiedzieć, że jest zdziwiony moją prośbą, a raczej żądaniem, bo wiele do gadania mu nie pozostawiłem. Miałem pewność, że zasnę w trakcie jednej z najważniejszych dla mnie piosenek. Zawsze słuchałem jej tylko w trudnych chwilach, ale chyba mogę zrobić wyjątek i teraz, w końcu tak dawno nie jej słyszałem i pewnie szybko się to nie stanie.
- Uhmmm - przeciągnął długo, a po niecałej minucie już słyszałem charakterystyczne rozpoczęcie piosenki. Moje serce przyśpieszyło, a słuch się wyostrzył - zamknąłem oczy, teraz mogłem iść spać. Może i leżący obok Mefoda nic nie zauważył, ale ta chwila znaczyła dla mnie cholernie wiele. Byłem wdzięczny, że puścił wymieniony utwór, a nie droczył się ze mną, czy tam narzekał na piosenkę po angielsku. Nie rozumiem, jak można się ograniczać językiem. Okay, może nie zawsze rozumie się tekst, ale od czego jest tłumacz albo tekstowo.pl? No bez jaj! Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.
- Wstawaj - poczułem lekki dotyk na ramieniu. - Wstawaj, bo cię z dachu zrzucę -  ciągnął. Nie przekonało mnie to, próbuj dalej. Idiota. Gdy nie usłyszałem już niczego, ponownie postanowiłem udać się spać. Coś jednak mi w tym przeszkodziło. Dostałem chyba zawału, gdy poczułem, jak wkłada mi rękę pod kolana i drugą pod ramiona. Pisnąłem jak dziewczyna, gdy otworzyłem oczy i zostałem podniesiony do góry.
- Puszczaj mnie! - zawołałem, nadal piskliwym głosem. - Ku*wa, chcę na ziemię! - zażądałem, a na jego twarz wpełzł psychiczny uśmiech. Zrób coś głupiego, a ci nogi z dupy powyrywam, Antoni!
- Mówisz, masz - jego uśmiech się powiększył, gdy zaczęliśmy się powoli zbliżać do krawędzi bloku mieszkalnego. W jednej chwili zrobiło mi się słabo. Zacząłem się szarpać, ale jakby siły mnie opuściły i już po paru sekundach przestałem. Bałem się jak diabli, jaki z niego psychol!
- Proszę, nie, nie, nie... - mówiłem, obejmując go najmocniej, jak tylko mogłem. Schowałem twarz w jego ramieniu, miałem ochotę zwymiotować z nerwów. Usłyszałem jego śmiech i poczułem, jak się ruszamy. Wtuliłem się w niego jeszcze mocniej. A tylko mnie puść, ku*wiu, a nie dożyjesz jutra. Cóż, ja pewnie pierwszy umrę, ale duchem byłbym zawodowym.
< Mefoda? ;D >

21 lip 2018

Akuma CD Mefoda

Znowu jedzenie. Temat; jedzenie. Czynność; jedzenie. Miejsce; jedzenie. Czas; jedzenie. Skład powietrza, którym oddychamy; JE*ANE JEDZENIE, BO KU*WA INNYCH TEMATÓW DO ROZMOWY NIE MA. Co on ma z tym, żeby tylko o jednym gadać? Nie widzi, że nie lubię tego tematu? I musi go jeszcze drążyć? Naprawdę go polubiłem, ale potrafi w jednej chwili wszystko zepsuć, a czułem się już tak dobrze. Tak, porozmawiajmy o jedzeniu. Co chcę powiedzieć w tym temacie? ŻE MAM JE*ANE WYRZUTY SUMIENIA ZA TO, ŻE ZJADŁEM KANAPKĘ. Jestem za gruby, żeby jeść i on dobrze o tym wie! Nie widać tego tłuszczu? Nie widać tego, jak bardzo się spasłem przez ostatnie tygodnie? Gościu, przejrzyj na oczy, i dopiero wtedy zaczynaj do mnie mówić! W pewnej chwili wpadłem na plan. Iście dobry plan. Łazienka. Kibel. Wymioty. Teraz.
- Sorry, muszę do toalety. Zaraz przyjdę - oznajmiłem, zaraz po tym, jak odpowiedziałem na jego wypowiedź. Gówno prawda. Nie kiedyś, a  n i g d y. Nigdy nie pójdę z tobą na takie jedzenie, Mefoda, nawet na to nie licz. Lubię cię, gościu, ale nie to, co sprowadzisz na mnie takim postępowaniem. On tylko kiwnął głową na znak zgody i zrozumienia. Wstałem, spojrzałem na zegar wiszący na ścianie. 16;32. Mam jakoś pięć minut, nie więcej, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Złapałem jeszcze za kubek kawy i wypiłem dwa duże łyki, żeby jednocześnie nie wzbudzać podejrzeń i żeby było mi łatwiej pozbyć się tego wszystkiego z siebie. Przykro mi, kawo. Musiałem cię poświęcić. Przeszedłem niby luźnym krokiem pomiędzy stolikami, krzesłami i kanapami, by w końcu dostać się do upragnionej toalety. Oczywiście moim oczom ukazały się pisuary, ale i normalne kabiny. Ciekawe, jak dziwnie będzie wyglądać to, że właśnie idę do jednej z nich, zamiast korzystać z tradycyjnego rozwiązania. Szybko wszedłem do niej, na szczęście wszystko wyglądało schludnie i czysto. Tak naprawdę, to chyba przed chwilą nawet tu sprzątali, gdyż nawet podłoga, dosłownie, lśniła. Upewniłem się, że zamknąłem drzwi na klucz, po czym uklęknąłem przed sedesem i... zrobiłem to. Ponieważ miałem już wprawę, wiedziałem już co zrobić, gdy chciało mi się kaszleć. Wiedziałem co zrobić, żeby być cicho. Za siódmym razem gardło już poważnie zaczęło mnie boleć. Ostatnio zbyt często się do tego przykładam... Jednak szybko przypomniałem sobie, że zjadłem "trochę" tej kanapki, a jak na razie nie wygląda na to, bym wszystko już zwrócił. A więc, znowu wepchałem dwa palce od gardła, ignorując fakt, iż oczy okropnie mi łzawiły, a nos domagał się wysmarkania ( jak zresztą i za każdym razem, gdy to robiłem ). Po jakichś pięciu razach już nie miałem w sobie prawie nic. Cóż, powinienem już iść. Wytarłem dłonie i twarz w papier toaletowy, wrzuciłem go do kibla i spłukałem wodę. Wyszedłem z kabiny, po czym podszedłem do umywalki, zacząłem myć dłonie mydłem, po czym i całą twarz. Wypłukałem usta parę razy, czułem się już o wiele lepiej. Jakbym pozbył się z siebie trucizny, a nie jedzenia.
To zatruwa ciebie, idioto. To jest trucizna.
Wiem. Ale taka dobra trucizna, która pozwala mi żyć.
I być nikim. Chcesz być nikim?
Już jestem.
Wiem.
Ja też. Czasem ten głos doprowadza mnie do szału, ale co zrobić, skoro wiem, że mówi prawdę? Czasem sę z nim kłócę, ale łatwo się domyślić, kto wygrywa walkę.
< Mefoda? >

20 lip 2018

Akuma CD Mefoda

Panikowałem. Nie zjem tego, nie ma mowy. Kalorie. Czyste kalorie. Jest ich tak wiele... Nie potrafię. Zjem trochę, tylko trochę. Potem wytłumaczę się bólem brzucha. Tak, to dobry pomysł. Bardzo dobry. Problemy żołądkowe, pamiętaj. To o to tutaj chodzi. O nic innego. Powoli wgryzłem się w twardą i chrupiącą bułkę. Zacząłem wolno odrywać kawałek, po czym opuściłem jedzenie przed siebie i wpatrywałem się w nie tępo. Nie dam rady. Miałem ochotę to wypluć i chociaż nie połknąłem, to i prowokować wymioty. Mimo tego zacząłem przeżuwać wolno pokarm. Kubki smakowe szybko dały mi znać, że to co znajduje się w ustach, jest naprawdę dobre. Skupiłem się na smaku, naprawdę dawno nie jadłem czegoś tak pysznego... Kiedyś bym powiedział: Co, bułka? Nie, dawać mi tu kebsa!
Ale dzisiaj nie stać mnie, i duchowo, i materialnie, i fizycznie. Porąbane, co? Połknąłem, ponownie ugryzłem, potem jeszcze trzy razy. Poczułem, że jestem pełny.
I widzisz, do czego doprowadziłeś?
To tylko raz, dzisiaj już nic nie zjem...
A ta kawa? Myślisz, że to też "nic"?
Właśnie, kawa. Nie mogę jej wypić. Ale tak bym chciał... Kocham kawę. Dobra, pie*dolę to. Raz wypiję. Jeden raz. Być może nawet zrobi mi się niedobre i wszystko zwymiotuję. Ale szczerze? Żeby zwymiotować wszystko, musiałbym z trzydzieści razy palce do gardła wepchać. Albo i nie więcej. To zaszło już tak daleko, że gdy wypiję naraz jedną butelkę wody, zbiera mi się na wymioty. Organizm automatycznie odbiera to jako fakt, iż zaraz będą wywoływane wymioty i się na nie przygotowuje. Niby słabo, ale to naprawdę pomaga, wtedy idzie łatwiej.
- Jaja se robisz? - usłyszałem pytanie ze strony Mefody. Spojrzałem na niego pytająco, a on wskazał głową na kanapkę, którą położyłem przed chwilą na stół. - Ledwo tknąłeś - zauważył, a ja niezbyt wiedziałem, co powiedzieć. Jednak szybko przypomniałem sobie o moim planie.
- Brzuch mnie boli, ughh - oznajmiłem i dodatkowo położyłem dłoń na brzuchu. Nienawidzę okłamywać ludzi. Znaczy, tych, którzy coś dla mnie znaczą i z którymi mam dobry kontakt.
- Może masz za mały żołądek? - spytał, przyglądając mi się uważnie. Poczułem się nieswojo pod jego wzrokiem, więc poruszyłem się niespokojnie na kanapie, opierając plecami o poduszki. Miałem ochotę pójść spać, a najlepiej to się nie budzić.
- Sam nie wiem, co to jest. Lekarz na początku twierdził, że nietolerancja czegoś, chociażby laktozy, czy coś. Ale teraz jest na urlopie i cóż, zobaczymy się dopiero za dwa tygodnie - wymyśliłem na poczekaniu i opowiedziałem spokojnym głosem zmyśloną historyjkę. Modliłem się w duchu by uwierzył. Nie wydawał się przekonany, ale nie ciągnął tematu. Uff, to dobrze.
- Kawa dla panów - przyszła kelnerka, uśmiechając się do nas szeroko. Podała nam z tacy dwa kubki parującego napoju, a ja już poczułem ten wspaniały zapach. Boże, jak ja za tym tęskniłem. Z niemalże uzależnienia do tak długiej przerwy. Chwyciłem kubek w obie dłonie i niemalże od razu się napiłem, czując błogą pyszność w gardle. Zamknąłem oczy, rozkoszując się tą chwilą. Mogłaby trwać wiecznie. Miałem ochotę się rozpłakać, bo w końcu mogłem tego spróbować.
- Kocham kawę - wyznałem po chwili, opuszczając kubek na jedno z ud. Usłyszałem śmiech.
- Widać - uśmiechnął się znad swojego kubka, wyglądał teraz naprawdę niewinnie. Ciekawe, czy też taki jest...
 < Mefoda? To jak, niewinny jesteś? ;P >

16 lip 2018

Akuma CD Mefoda

Westchnąłem jedynie. Kiedyś jadłbym tonami, ale teraz? Teraz najchętniej nie dotykałbym jedzenia. W dodatku nie mam pieniędzy, by jeść rzeczy typu kebab, czy pizza, a pewnie coś takiego chłopak miał na myśli. No, może i mnie stać, ale chcę zaoszczędzić na coś innego niż smaczne żarło. Gut ajdija? Of kurs.
- A więc, na co masz ochotę? - spytał Mefoda, patrząc na mnie uważnie. Zacisnąłem szczęki. Na co mam ochotę? Cóż, najchętniej to zjadłbym tonę pizzy i popił colą. Ale wtedy prowokowałbym wymioty. Potrzebuję czegoś lekkiego i nie tuczącego.
- Mam kiepski apetyt, więc ty coś wybierz - stwierdziłem w końcu, nie chcąc decydować o czymś tak ważnym. Cóż, kiedyś bym to pewnie zrobił. Teraz wolę się wstrzymać od głosu.
- Nie pie*dol, tylko mów - powiedział nieco ostrzejszym niż wcześniej tonem głosu, a ja spojrzałem na niego nieco zmieszany. Odetchnąłem głęboko, nie wiedząc co powiedzieć. Bo co powinienem?
- Serio nie wiem, niby bym coś zjadł, ale nie mam bladego pojęcia, co - powiedziałem, w sumie to zgodnie z prawdą. Przetarł dłonią twarz, jakby zmęczony moim zachowaniem. Tak, też często męczę się samym sobą. Nie jesteś sam, bro.
- Idziemy na pizzę, okay? - nie wiem, czy jakoś wyczytał to z mimiki mojej twarzy, czy co, ale pizza to właśnie to, na co faktycznie mam ochotę. Ale co, jeśłi on czyta w myślach? Boże, nie ,tylko nie to... Ludzie mają jakieś super moce i tak dalej, no ale przecież nie mógłby się wkraść do mojego umysłu... prawda?
- Okay - odparłem.
Po dosłownie godzinie, udaliśmy się we dwójkę na miasto.Moje myśli? Jedne mówią; PIZZA PIZZA PIZZA. A drugie? Drugie mówią; O mój Boże, nie jedz tego, chyba tego nie zrobisz, co nie? Przecież nie dość, że jesteś za gruby, to do tego wyciągasz kasę z prawie obcego człowieka!
Tyle, że Mefoda nie jest mi już taki obcy... Wydaje mi się, że znalazłem z nim wspólny język i mam szansę na zaprzyjaźnienie się z nim.
Oboje wiemy, że nie masz szans. Kto by się chciał z tobą przyjaźnić?
Nikt, i to jest właśnie problem. Spuściłem głowę czując, że do oczu napływają mi łzy. No, bo przecież on idzie obok mnie z przymusu. Zobaczył jak bardzo jestem chudy.
Nie, ty jesteś gruby!
Wiem. Doskonale o tym wiem. Jednak wziął mnie na litość, jest ze mną tylko dlatego, że czuje, iż powinien to zrobić. To głupie. Naprawdę okropne uczucie, nie polecam. Być przy kimś tylko dlatego, że tej osobie ciebie szkoda.
- Brzuch mnie boli - powiedziałem z nadzieją, że to jakoś naprawi sytuację. Nie mogę zjeść. Nie za jego pieniądze. Nie tak tuczącego jak pizza. Chłopak spojrzał na mnie, a ja byłem wdzięczny, że zdążyłem otrzeć łzy. - Wiesz, czasem tak mam. Problemy żołądkowe. Może mam raka? - powiedziałem na koniec i się zaśmiałem. Przeczesałem czerwone włosy dłońmi. Przecież prawdopodobnie już go mam lub wkrótce będę mieć. Być może umieram, i to dosłownie.

< Mefoda? Wróciłam!!! >

19 cze 2018

Akuma CD Mefoda

Szliśmy rozmawiając o wszystkim i o niczym. Głównie na temat muzyki. Okazało się, że w Polsce największym poważaniem cieszą się takie zespoły, jak Gang Albanii, czy Ganja Mafia. Oczywiście, jeśli chodzi o te polskie. Powiedział, że śpiewają oraz rapują głównie o tym, co dwuznaczne lub zakazane. Ale z niego patriota, no proszę. Co on więc robi w Anglii, w samym Londynie? Oczywiście wiadomo, podróżujemy z miejsca na miejsce, ale jakoś nie wygląda na takiego, który by się w cyrku kręcił. Postanowiłem o to spytać.
- Tak w ogóle, to dlaczego jesteś w cyrku? - spytałem, patrząc na niego. Spojrzał na mnie krzywo, jakbym zaczął jakiś niewygodny temat w najgorszej możliwej chwili. Już miałem powiedzieć, że jeśli nie ma ochoty o tym rozmawiać, to spoko, ale sam się odezwał:
- Nie z własnej woli. Po prostu tutaj natrafiła się okazja na łatwą robotę - streścił część swojej historii, a ja jedynie pokiwałem głową. Być może przekona się co do cyrku, o ile już tak się nie stało... Chociaż wnioskując po jego wcześniejszej minie, niezbyt mu się tutaj podoba. Postanowiłem to przemilczeć. Cyrk stał się moim domem i nie potrafię sobie wyobrazić, jak można czuć się tutaj źle. Jednak on, jak podejrzewam, pracuje jako zwykły pracownik, a nie artysta, że tak powiem. Być może takie osoby są tutaj inaczej traktowane... To byłoby głupie, jak dla mnie wszyscy jesteśmy jedną, wielką rodzinę, nie ważne czy trzymamy kapelusza i wyciągamy z niego królika, czy też wiadro i wyciągamy z niego mopa.
- Być może uda znaleźć ci się coś innego, skoro cię to nie kręci - powiedziałem. Prychnął jedynie, kopiąc kamyk.
- Gdyby to było takie proste... Myślałeś, że nie próbowałem? Gdyby nadarzyła się okazja, już dawno by mnie tutaj nie było - nie powiem, trochę to zabolało. Zdawało mi się, że się kolegujemy i że chociaż trochę by zatęsknił, ale najwidoczniej się myliłem. Ja bym tęsknił. Ale czego mogłem się spodziewać, znamy się tak krótki czas... Doszliśmy w milczeniu nad rzekę. Wołga jakby się ożywiła i podeszła do brzegu wolno płynącej wody, po czym zaczęła kopytem uderzać w jej powierzchnię. Zaśmiałem się głośno, gdy ochlapała w ten sposób Mefodę do pasa.
- I co szczerzysz ryja? Matka cię nie nauczyła, że zęby trzy raz nie rosną? - warknął, ale roześmiał się zaraz po mnie. Tak w ogóle, to co ten koń odwala? Po chwili zaczął robić to samo, ale drugą nogą, wchodząc trochę głębiej.
- Możliwe, chyba byłem u twojej, gdy to mówiła - powiedziałem, na co mnie ochlapał. Całego. Od stóp, do głów. O ty... W jednej chwili do niego podbiegłem i wręcz na niego skoczyłem, przewalając na ziemię. *czytaj do wody*  Oboje skończyliśmy pod wodą, która była swoją drogą lodowata. Gdy tylko się wynurzyłem, zacząłem się głośno śmiać mimo tego, że zaczynałem drżeć na całym ciele z zimna. Mefoda wynurzył się zaraz po mnie, ale zareagował dwa razy szybciej na mój widok - położył ręce na moich barkach i pchnął mnie do tyłu, a ja zaskoczony wpadłem pod wodę. Pomimo tego, że było płytko, zanurzyłem się cały. Zacząłem panikować, gdy nie nabrałem powietrza, które mi się kończyło, a on nadal mnie przytrzymywał. Szarpałem się przez parę sekund, ale był silniejszy. W momencie, gdy poczułem ssanie w płucach, puścił mnie i pozwolił wydostać się na powierzchnię.
- Kretyn! - krzyknąłem, gdy wziąłem z pięć głębokich wdechów. - Ja się tam dusiłem! - zawołałem wkurzony, a ten jedynie się zaśmiał.
< Mefoda? >

7 cze 2018

Akuma CD Mefoda

Słuchałem magicznych rapsów, nie mogąc pojąć, o czym są. W tej chwili autor opowiada o ruchaniu się, narkotykach, wspaniałym życiu, Polsce, a może alkoholu? Mnóstwo słów, zero zrozumienia. Co prawda zrozumiałem jedynie tyle, że piosenka musi mieć głębokie przesłanie, bo aktualnie brzmiała dość... specyficzna muzyka. Po prostu dało się poznać, że ten utwór lub chociaż moment został poświęcony czemuś poważniejszemu.
- Wołga ci się ślini - skrzywiłem twarz widząc, jak koń rusza żuchwą, z której wypływa zielonkawa piana. Może ma w pysku trawę? Czy to jej nie zaszkodzi? Spojrzał na swojego konia i tylko wzruszył ramionami. Czyli to normalne? Shiro wiercił się przez moment, po czym wstał i odszedł parę metrów do najbliższych drzew, by je obwąchać i skierować się ku następnym. Obserwowałem jego ruchy by wiedzieć, jak daleko się znajduje i czy nie ma zamiaru sobie pójść. Jakoś nie miałem ochoty łazić za nim po lesie.
- Shiro! - przywołałem do siebie dobermana, który posłusznie podbiegł do mnie. Położył się obok, chyba nie mogąc znieść tego gorąca. Trzeba będzie skołować mu trochę wody, zdecydowanie...
- Wiesz, może potem udamy się nad rzekę? Płynie w tym lesie, właściwie to nie tak daleko. Cóż, tak naprawdę to to taki potok nieduży... Ale weźmiesz ze sobą Wołgę, ja Shiro, kąpiel dobrze im zrobi - wyjaśniłem, na co na moment się zawahał. Wkrótce jednak przystanął na propozycję, oznajmiając o tym skinieniem głowy.
- Nie wiedziałem, że macie tutaj rzekę - oznajmił, chyba nad czymś się zastanawiając.- Takie miejsca są dobre do naje*ania się - uśmiechnął się głupkowato od ucha do ucha, a ja zaśmiałem się głośno. Po chwili nakazał Wołdze jeszcze bardziej przyśpieszyć - koń posłusznie przeszedł do galopu, trawa od czasu do czasu zostawała wyrzucana w górę, gdyż końskie kopyta nie traktowały jej zbytnio delikatnie. Wkrótce zaważyłem, że lekko wyskoczyła do przodu, jakby miała przed sobą niewidzialną przeszkodę, a zaraz po tym kopnęła tylnymi nogami powietrze, jakby tak znajdowała się niewidzialna bestia. Czy to o to mu chodziło? To chyba normalne, że koń sobie bryka... Boże, jak źle to zabrzmiało. Wołga zarzuciła łbem, po chwili szarpiąc już lonżą na boki. Mimo wszystko wciąż galopowała, jednakże z albo wysoko uniesionym, albo też nisko opuszczonym łbem.
- Spokój! - zażądał Mefoda, jednak nic to nie dało.
- Może ta lonża ją uwiera? Jakbyś powiększył okrąg? - spytałem, a on jedynie popatrzył na mnie dziwnie.
- Nie, ma dużo luzu - odparł, a ja wypowiedziałem jedynie nieme "Och". O co mogło jej chodzić? Być może jej się nie chciało, albo po prostu miała ochotę na psoty? Być może taka już jej natura... Ale tego chyba da się oduczyć, prawda?
- Może ją popędź? - zasugerowałem, na o pokiwał przecząco głową. Czy on w ogóle wie, co robi? Mam nadzieję, że tak. Inaczej kiepsko mu pójdzie z jego pupilem. Może więc powinie zwolnić do kłusa? Kurde, jakie jeździectwo jest trudne. W dodatku nawet nie dosiadając konia! Masakra! W jednej chwili klacz stanęła dęba, a ja zamarłem. Bałem się, że pobiegnie prosto na mnie i kopnie mnie lub na mnie stanie. Stłumiłem krzyk, ale w tej samej chwili klacz opadła na ziemię i zaczęła przebierać nogami, stojąc stale w tym samym miejscu. Zarzucała przy tym szaleńczo łbem. Zaczęła się powoli cofać w tył, wywracając oczami. Przestraszyła się? Ale czego?

< Mefoda? >

2 cze 2018

Akuma CD Mefoda

Obserwowałem ruchy konia i Mefody. Widać było, że znają się od niedawna, gdyż Wołga w ogóle nie zwracała uwagi na swojego właściciela. Albo też było to oznaką zwykłej ignorancji ze strony wierzchowca. W każdym razie, źle się na to patrzyło, gdy Mefoda żądał jednego, a koń wykonywał drugie. Jakby specjalnie chciał mu dogryźć. W sumie to się nie dziwię, bardzo fajnie się go wkurza. Jednak wątpię, żeby klacz czerpała z tego satysfakcję. A jeśli tak, to szczere kondolencje dla Mefody. Będzie miał przerąbane, w sumie to już ma.
- I ona tak cały czas w kółko? - dopytałem, bo naprawdę nie potrafiłem zrozumieć tego całego lonżowania. Zwierzę biega sobie w kole, jakież to wspaniałe, doprawdy. Mimo słów kolegi nie potrafiłem tego pojąć. Aż śmiesznie w mojej głowie brzmiała wizja, że lonżuję Shiro. Pobiega sobie tylko, ale co więcej? Nogi wyćwiczy? Gdybym miał konia, ruszyłbym swoje ciężkie dupsko i jeździłbym na nim, a nie kazał sobie biegać, bo byłbym za leniwy na dosiadanie go. Przecież to jest niesprawiedliwe! Boże, koniarze to debile. Serio.
- Tak - odparł sfrustrowany. Chyba fakt, że ciągle nie pasowało mi męczenie zwierza, zaczął go denerwować, bo westchnął ciężko. Starałem się przybrać normalny wyraz twarzy, bo poczułem się najzwyklej w życiu źle, że męczymy to biedne zwierzę. Przecież ono zaraz padnie na ziemię, jest tak gorąco...
- Nie przegrzeje się? - spytałem, a on spiorunował mnie wzrokiem. Podniosłem ręce w geście  wycofania się. Nie mam ochoty się kłócić, chociaż to wszystko jest doprawdy śmieszne. Pewnie sam nie widzi sensu w tym co robi, ale wciąż to czyni, bo robią to też inni. Najżałośniejsze zachowanie, jakie można sobą zaprezentować.
- Włączę muzykę, dobra? - spytał, wyjmując telefon z kieszeni. Stłumiłem w sobie westchnięcie, ile bym dał, żeby mieć takie cacko w swojej. Eh... - Łap, wybierz coś. Ja lubię wszystko z playlisty - oznajmił, rzucając mi przedmiot wolną dłonią. Złapałem go w locie, po czym natychmiast zabrałem się za czytanie tytułów piosenek. Tak dawno nie słuchałem muzyki, to dawało mi tyle siły... Poczułem wewnętrzne rozdarcie, ból i tęsknotę za tym, co kocham, a co było tak daleko przez tak długi czas. Przez brak melodii wokół siebie potrafiłem się ciąć. Dalej potrafię. Już robię to dosłownie przez wszystko, ale nie myślcie sobie, że brak muzyki w moim życiu to sprawa błaha. Towarzyszyła mi ona we wszystkich trudnych chwilach, dodawała sił, ocierała łzy - gdy tego zabrakło, nie miałem czym zagłuszyć swoich myśli. Myślałem za dużo.
 Teraz także. Zmarszczyłem czoło, nie mogąc doczytać się sensu w żadnym z tytułów. Zacisnąłem szczęki, w utworach pojawiały się litery, które widziałem pierwszy raz na oczy. "E" z tajemniczą kreską na dole. Że co? "Kękę"? Co ku*wa?
- W jakim one są języku? - spytałem, patrząc się na urządzenie w moich rękach niczym na dzieło szatana. Parsknął śmiechem widząc moją minę. Nie rozumiałem co go tak śmieszy.
- W Polskim. Słucham tylko Polskich piosenek - wyjaśnił, a ja otwarłem szerzej usta. Polskich? To Polak? W dodatku tylko polskich? Jak można się tak bardzo ograniczać??? Gdybym ja słuchał muzyki tylko w języku japońskim...Boże, co by to byłą za kara.
Ale coś innego przyszło mi na myśl. Polak. W Polsce dużo piją. Być może on także. Poczułem nagłą potrzebę naje*ania się.
< Mefoda? Polaczki wieśniaczki hehe >

27 maj 2018

Akuma CD Mefoda

Spojrzałem na parujący kubek. Poczułem momentalnie mdłości, czując zapach tejże herbaty. Odstawiłem go na blat, jeszcze chwila a zwymiotuję. Chociaż zbytnio nie mam czym. Stłumiłem ziewnięcie, nadal opierałem się o blat. Nie wiem, dlaczego nie usiedliśmy. W sumie chyba nam obojgu nie przeszkadzał fakt, iż nie zajęliśmy żadnego miejsca przy stole spośród tylu dostępnych. No tak, postoimy sobie objadając się, na pewno będziemy fit. No bo przecież stoimy, a nie siedzimy - spalamy kalorie. Boże, zaczynam myśleć jak typowy anorektyk.
- Aż tak nie lubisz zielonej herbaty? - spytał z lekkim uśmiechem, pokiwałem głową.
- Ja nie wiem jak ty to możesz pić - prychnąłem, patrząc się na parującą zawartość naczynia. -  Gościu, ty mnie chyba tym otruć chciałeś... - dodałem po chwili czując, że mój żołądek niebezpiecznie się skręca. Od tego zapachu nawet zaczęła mnie boleć głowa. Ewentualnie od tego, że nie palę prawie tydzień, a wcześniej paliłem codziennie. Aż tak ze mną źle? Zaśmiałem się w duchu. Zabawne.
- Mam taki pomysł, pójdziesz teraz spać, odpoczywać czy coś, a wieczorem znowu się spotkamy i pójdziemy coś zjeść. Naprawdę zasypiasz na stojąco - zaśmiał się, również parsknąłem śmiechem, nie wiedziałem, że tak to wygląda. No ale nie będę ukrywać, naprawdę jestem zmęczony. Nie wiem jakim cudem wcześniej tego nie zauważyłem.
- Dobra, może być. To ja chyba już pójdę... - oznajmiłem. Byle jak najdalej od tej obrzydliwej herbaty! Poszedłem wolno przed siebie, po czym przy drzwiach odwróciłem się i pomachałem do Mefody. Uśmiechnął się do mnie, pijąc kawę. Moją kawę. Z mojego kubka. Nikomu wcześniej nie dałem się z niego napić. Nikomu. Pasuje mu mój kubek.
Shiro szedł obok mnie. Muszę przyznać, wygląda groźnie nawet wtedy, gdy po prostu się przechadza. Jego smukłe ciało, całe pokryte bliznami, daje do myślenia. Bystre, jasne oczy ciągle błądzą po terenie. Mięśnie gotowe do rzucania się na swoją "ofiarę". Uszy postawione do góry, jakby ciągle czegoś nasłuchiwał - być może też tak było. Był dość wysoki, być może nie jest czystej krwi, że tak powiem. Wzrostem różni się o dobre 10-15 centymetrów od przeciętnego dobermana. Być może to też jakąś choroba lub po prostu taki wzrost - czy to w ogóle możliwe?
Nie myślący nad tym dłużej, poszedłem do swojego namiotu. Pierwsze co zrobiłem, to sen.  Dosłownie, rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Nie byłem pewien, ale obok chyba położył się Shiro. Taki mój anioł stróż.
Obudziłem się po jakimś czasie. Nie byłem w stanie stwierdzić jakim, a na telefon nadal nie było mnie stać. Poszedłem się umyć, zostawiając psa w namiocie. Nie żebym się przy nim krępowałz no ale błagam - chodzić z psem pod prysznic? To prawda, jesteśmy do siebie przywiązani, ale nie aż tak. Wszystkie czynności higieny osobistej zajęły mi najwyżej dwadzieścia minut. Odświeżony, w czystych ubraniach, postanowiłem się przejść. Słońce nadal było wysoko na niebie, gorąc chyba opanował cały świat. Nie licząc tych miejsc, gdzie nie dotarł. Czekaj, co?
Idąc z Shiro wśród namiotów, stwierdziłem, że sen i prysznic wiele mi dały. Czułem się świeżo i bardziej wypoczęty. Ból głowy jednak nie zniknął, po raz kolejny jednak pojawiła się chęć zapalenia. Wiem, że tylko przez to podupadam na zdrowiu, ale bądźmy szczerzy - i tak umrę młodo. Astma, całe życie przy sumie, podejrzenie raka płuc... To nie potrwa długo. I to na moje własne życzenie. Eh.
Przechodząc obok pastwiska zauważyłem, że na łące za nim jest Wołga oraz Mefoda. Uniosłem brwi. Chce mu się? Zacząłem iść w ich kierunku, miałem zamiar poinformować o moim przybyciu jakimś fajnym tekstem, ale oczywiście ten mały małpiszon mnie wyprzedził i podbiegł do ich dwójki. Mefoda od razu zareagował - zaczął rozglądać się na boki, aż w końcu odwrócił się. Widząc mnie uśmiechnął się szeroko.
- Długo to ty nie spałeś - oznajmił, uśmiechnąłem się jedynie. Promienie słoneczne raziły mnie w oczy, przez co musiałem je przymknąć. Podszedłem, obserwując poczynania chłopaka. Nadal nie wiedziałem ile na lat. Postanowiłem przeczekać ten temat.
- Co robisz? - spytałem, a on pokazał mi naprawdę długą linę. Ma zamiar powiesić tego konia, czy jak? Popatrzyłem na niego z niezrozumieniem, gdy przewrócił oczami, ja jedynie uśmiechnąłem się niewinnie i wręcz promiennie, po czym poruszyłem ramionami w geście "No to mnie naucz, profesorze".
- To jest lonża. Przypinam ją tutaj - pokazał gdzie, po czym właśnie ja podpiął - i lonżuję konia. Biega on sobie po prostu w kółku. - Pokiwałem głową na znak, że rozumiem. W prawdzie widziałem parę razy jak lonżuje się konia, ale nie wiedziałem, że on ma zamiar to zrobić. - Chcesz to możesz zostać i popatrzeć, bo dopiero zaczynam i nie mogę jej dzisiaj odpóścić - zaproponował.
- Czemu nie - powiedziałem, po czym zastanowiłem się na moment. - To co ja mam robić? - spytałem, nie wiedząc zbytnio, gdzie powinienem się udać, by nie przeszkadzać.
- Możesz usiąść tam na trawie. Chyba że chcesz stać obok i kręcić się w kółko, bi jakbyś siedział to bym cię podeptał. Chociaż...nie ważne z kusząca propozycja - pokazałem mu środkowy palec, udając się we wcześniej wskazanym kierunku. Shiro przyszedł po chwili do mnie z przestając wąchać nowego przyjaciela. A raczej przyjaciółkę.
 <Mefoda? Wracamy do konika <333 >

26 maj 2018

Akuma CD Mefoda

Westchnąłem tylko. Nie jestem głodny. W ogóle odkąd tak schudłem, nie jem prawie w ogóle. Gdy jem jabłko, nie potrafię dojeść nawet połowy, bo zbiera mi się na wymioty. To już może podchodzić pod jakąś chorobę, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Przeczesałem włosy zastanawiając się nad wyborem. Zgodzić się, czy nie? Pewnie skończy się na tym, że będę klęczał nad kiblem i wywoływał wymioty, bo będę się czuł tak źle po posiłku.
- Kawa wystarczy - powiedziałem zgodnie z prawdą. Pewnie i tak ją wyleję. Za duży kubek. Z przyzwyczajenia już go wziąłem, zapominając o tym, że już nie odżywiam się tak jak kiedyś. Ale kawy nie piłem od ponad połowy roku. PONAD POŁOWY ROKU. A kiedyś piłem ją codziennie. To naprawdę dołujące, jak bardzo wszystko się zmieniło. Jak bardzo zmieniłem się ja, przede wszystkim. Inaczej spoglądam na świat, inaczej się zachowuję, nawet inaczej wyglądam. Gdy zobaczył mnie Pik, nie poznał mnie. I nie chciał uwierzyć, że jestem tym, kim jestem. Dopiero teraz moja ksywka zaczyna mi pasować. Akuma, czyli demon. Kiedyś chciałem być fajny, i dlatego nadałem sobie taki pseudonim. Odkąd jednak zacząłem stawać się tym demonem, już nie było tak fajnie. To jeszcze bardziej mnie dołuje - powoli staję się tym, za kogo się uważam.
- EJ- odezwał się, machając mi dłonią przed nosem. Odruchowo odchyliłem głowę, przestraszony tym gestem. Zamrugałem wielokrotnie powiekami. Co??? - Mówiłem coś do ciebie. Czy ty w ogóle mnie słuchasz? - spytał oburzony Mefoda. Spuściłem wzrok.
- Wybacz, zamyśliłem się. Co mówiłeś? - przybrałem pogodny wyraz twarzy. Zmierzył mnie wzrokiem. Jego spojrzenie wręcz wypalało we mnie dziurę. Niczym jakiś laser.
- Mówiłem, żebyś coś zjadł bo jakiś blady jesteś. W każdym razie, wszystko okay? - spytał, a ja się zdziwiłem. A dlaczego miałoby nie być okay? Dobra, może i nie jest, ale no przecież on nic nie wie, nic mu nie powiedziałem... Aż tak źle wyglądam? Albo zachowuję się zbyt podejrzanie? Sam nie wiem.
- No tak, po prostu chyba jestem zmęczony. Ostatnio kiepsko sypiam - oznajmiłem.
- To po jakiego ci ta kawa? Gówno ci to da, idź się wyśpij - powiedział, wzruszając obojętnie ramionami. Westchnąłem, gdyby to było takie proste... Nagle naprawdę poczułem się zmęczony. Czy to tak będzie działać? Wyobrażam coś sobie, a to się dzieje po jakimś czasie? Zabawne, doprawdy.
- Zjedz coś, serio mówię. I wypij coś, ale normalnego. Kawa odwadnia, wypij wodę - poczujesz się lepiej, serio. Będziesz lepiej funkcjonował. Albo się zamieńmy - ja wypiję kawę, ty moją herbatę. Wiesz, zielona herbata nawadnia lepiej niż woda - wyjawił, a ja tylko pokiwałem głową. Poczułem skurcz w żołądku. Nienawidzę zielonej herbaty. Ale po kawie bym wymiotował. Dlaczego muszę odkładać coś przyjemnego na rzecz tego, co mi nie pasuje? To naprawdę niedorzeczne i denerwujące. Współczuję ludziom, którzy przeżywają podobne chwile. Szczere kondolencje.
- Nie zjem nic, nie jestem głodny - powiedziałem twardo. Nie mam zamiaru jeść tylko dlatego, że komuś się tak uwidziało. Usłyszałem głębokie westchnięcie. Naprawdę? Jeszcze będzie się fochać o to, że nie robię tego, co mi każe? Świetnie, po prostu zajebiście. Gościu, lubię cię, ale jeśli będziesz się tak dalej zachowywać, to się wypchaj. Poczułem narastającą irytację, tak naprawdę bez większego powodu. Ostatnio łatwo mnie wyprowadzić z równowagi.
- Dlaczego nie chcesz jeść? - spytał.
- A po co ci to wiedzieć? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie, nie siląc się na coś innego niż szorstką odpowiedź. Popatrzył na mnie również zdenerwowany. Nie lubię rozmawiać o swoich problemach. No, może nie tyle nie lubię, co nie potrafię o nich mówić.
Ponownie westchnął.
 - Dobra, sorry. To nie moja sprawa. Po prostu wyglądasz naprawdę kiepsko. Cały czas tracisz koncentrację i wyglądasz jakbyś zaraz miał zemdleć - powiedział. Przewróciłem oczami.
- Jestem taki blady z wyglądu - oznajmiłem, a on spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Wydajesz się wręcz biały - oznajmił. Wzruszyłem ramionami.
- Taki już mój los - skończyłem temat, a przynajmniej taką miałem nadzieję.
< Mefoda? Lol, nie chciało mi się pisać o jedzeniu XDD >

Akuma CD Mefoda

Poczułem narastającą panikę. Co robić, co robić, co robić??? Ból był duży, ale nie jakiś niewyobrażalnie ogromny. Szczypanie roznosiło się po całej długości ręki, nawet tam, gdzie nie było ran. A co, jeśli on każe mi faktycznie zdjąć bandaż? Cały posrany schowałem ręce za siebie widząc, że bandaż na lewej ręce przybrał w paru punktach czerwony odcień. Błagam, żeby plamy się nie rozrosły! Jak on to zauważy to już na bank mi nie opuści... W ogóle co on się tak dziwnie zachowywał? Pierw to podejście od tyłu, teraz ta ogromna troska czymś tak błahym?
- Już nie boli - skłamałem.
- Nie potrafisz kłamać - powiedział prawdę. Potrafię kłamać, ale ostatnio mi to w ogóle nie wychodzi. Czyli potrafiłem kłamać, ale już nie? Chyba tak, właśnie tak.
- Nie chcę - powiedziałem czując, że zaraz się chyba popłaczę. Jaki normalny dwudziestopięciolatek płacze z takiego powodu? Zacząłem drżeć na całym ciele, wszystkie wspomnienia zaczęły wracać. Każde spojrzenie pogardy rzucane w moją stronę, każde słowo zapewniające mnie w przekonaniu, że jestem nikim. NIKIM. Nigdy nie byłem kimś, a jak mi się tak wydawało, to było to zwykłe złudzenie, nic więcej. Jakim cudem dostrzegłem to stosunkowo tak niedawno?
- Dobra, skoro nie chcesz, to nie naciskam, już jest dobrze - spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Już jest dobrze? On nic o mnie nie wie. Nie ma prawa mówić, czy jest dobrze, czy nie. Zacisnąłem szczęki, próbując się opanować. Uśmiechnąłem się blado.
- To ja wyczyszczę ci konia - powiedziałem, a on uśmiechnął się z ulgą.
- Mój koń jest zaszczycony - poszerzyłem uśmiech, sprawa wyglądała już dobrze.
Mefoda pokazał mi, jak mam zająć się jego wierzchowcem, by był czysty. Jaka szczotka do czyszczenia przykładowo błota, a jaka do kurzu. On tak rzadko czyści konia, że on jest zakurzony? Czy jak? Bo nie rozumiałem tego w ogóle... Czy to jest w ogóle możliwe, żeby zwierzę było pokryte kurzem? Maskra, współczuję mu tego wszystkiego. I Wołdze i Mefodzie. Ja bym tak chyba nie wytrzymał, naprawdę.
Wracając do kwestii krwawiących rąk - chyba nie zauważył plam wielkości jadalnej części orzecha ziemnego, które po jakimś czasie już się nie rozrastały. Ewentualnie udawał, że ich nie widzi. W każdym razie, olał sprawę, jak go prosiłem. Byłem mu za to naprawdę wdzięczny, tłumaczenie tego wszystkiego przerosłoby mnie.
- Skończyłem - zawołałem, gdy klacz aż lśniła. Po paru sekundach ujrzałem uśmiechającego się od ucha do ucha chłopaka, z sianem ( albo słomą? ) w kształcie prostopadłościanu w rękach. To chyba musiało być ciężkie... Wrzucił to siano ( słomę? ) do boksu, po czy, podszedł. Zacmokał parę razy językiem.
- Wow, nieźle. Gdyby mi się tak chciało... Zaraz... czy ty wyczyściłeś jej kopyta? - spytał, patrząc na ziemię ,gdzie mieściły się wyciągnięte z pudełka przyrządy. Skrzywiłem twarz.
- Nie - wyznałem zgodnie z prawdą. - Nie potrafię podnosić nogi - dodałem po chwili, kładąc dłoń z zakłopotaniem na tył głowy. Uśmiechnął się lekko.
- Nie szkodzi. Patrz, musisz zrobić tak - ustawił się tyłem do konia. W sensie bokiem. Ale jednocześnie tyłem. Nie ważne... Następnie położył dłoń około dziesięć centymetrów nad kopytem i lekko popchał, przynajmniej tak mi się zdawało. Ku mojemu zdziwieniu, klacz posłusznie podniosła nogę. Jak go kopnie to ja stąd uciekam do Ameryki.
- Dzięki - mruknął, udając oburzenie. Co? Powiedziałem to na głos? Ocholerajasna.
- Nie ma sprawy. To teraz odsuń się, ja też chcę - powiedziałem pewnie siebie. Wykonał moją "prośbę", po czym to ja zająłem jego miejsce. Zacząłem naśladować jego ruchy.
 - Jeśli go kopnie, to uciekam do Afryki - powiedział, a ja parsknąłem śmiechem. Jego wersja lepsza, zdecydowanie. W pewnej chwili kobyła podniosła kopyto. PODNIOSŁA TO ZASRANE KOPYTO.
- Podaj szczotkę - powiedziałem, udając, że noga nie jest za ciężka. Jakim cudem on ją potrafił utrzymać???
- Co? - dławił się śmiechem. O co mu chodzi?
- Podasz czy nie? - niecierpliwiłem się. Ręka mi odpadała. Wybuchnął śmiechem.
- Szczotkę? Naprawdę? Szczotkę? - nie wytrzymał. Spiorunowałem go spojrzeniem, znawca koni się znalazł.
- Zamknij się i podaj mi to czyścidło - syknąłem w jego stronę, ponownie odwracając do niego wzrok. Gościu, zabiję cię zaraz i ten twój środek transportu ci już nie pomoże.
- Czyścidło? To takie słowo istnieje? Już wiem co ci kupię na urodziny - słownik - droczył się. No nie, zaraz mi ręka odpadnie. Jednak bardzo musiałem schudnąć, skoro nie potrafię zrobić czegoś tak błahego jak utrzymanie nogi konia. Chociaż te zwierzęta ważą nieraz po pół tony... Niosę właśnie pół tony. Ocholerajasna.
- Chodziło ci o kopystkę? - spytał, gdy nie odpowiadałem. No tak, zamyśliłem się. Co? Kopystkę? A co to? Przecież ja nawet tego wymówić nie potrafię...
- Tak, właśnie tak, wyleciało mi z głowy - powiedziałem. Prychnął tylko, podając mi jakiś przedmiot. Podał mi coś przypominającego grzebień. Przybliżyłem to do do kopyta.
- Nie! - złapał mnie za rękę, a ja miałem chyba zawał. Upuściłem niezdarnie kopyto na ziemię. Co tym razem?
- Po pierwsze, dałem ci dla jaj grzebień. Grzebień, powtarzam! Ty chyba nie wiesz co robisz, dzieciaczku. Po drugie - gdybyś przejechał jej po TEJ części kopyta, zabolałoby ją - wytłumaczył. Och.
< Mefoda? >

Akuma CD Mefoda

Nie spodziewałem się, że będzie mi się z kimś tak luźno rozmawiało. Gość nie wnikał w szczegóły, dał mi wolne pole do tematu, że tak powiem. Wydawał się też takim, który nie ocenia ludzi zbyt szybko, nawet po wielu wiadomościach na temat danej osoby. Ale cóż, kimże byłbym ja, gdybym już go właśnie ocenił? Nic o nim nie wiem, ale moje przypuszczenia zdawały mi się być jak najbardziej trafne. Szedł luźnym i spokojnym krokiem przed siebie. Na stajnię? Cholera to tutaj mamy stajnie? Uśmiechnąłem się pod nosem. Jednak jeszcze wiele przede mną.
- A ty? - spytałem. Popatrzył się na mnie pytającym wzrokiem. Zanim zadał pytanie typu "Co ja?", kontynuowałem - co robisz w cyrku? Długo już tutaj jesteś? - dopytałem.
- Ahhaaaa - powiedział przeciągle, odwracając głowę przed siebie na znak, że już rozumie. To dobrze,nie chciało mi się znowu tłumaczyć. Zastanowił się na moment, odpowiedział w końcu, lekko krzywiąc twarz:
- Wiesz, góra miesiąc. W każdym razie, jestem tutaj głównie dla źródła dochodu. Pełnię funkcję takiego typowego pracownika, który lata za każdym i podciera dupę. Gdy ktoś występuje przy lwie i nie chce mu się nim zająć, robię to ja, gdy ktoś ma kija w dupie i nie potrafi się schylić, żeby pozamiatać scenę z confetti po występie, robię to ja - wytłumaczył. Pokiwałem głową na znak, że rozumiem. Ciekawe, doprawdy.
- Czyli teraz idziemy zająć się końmi? - spytałem, chcąc znać powód naszej wędrówki. Zaśmiał się cicho pod nosem.
- Zabrzmię teraz jak pedał, ale idziemy zająć się koniem. Moim koniem - zaśmiałem się, po raz pierwszy od dawna szczerze. Co ty ze mną zrobiłeś??? Faktycznie, pedzik. - No, znaczy, IDĘ się zająć. Ty nie musisz jeśli nie chcesz, bo chodzi po prostu o wyczyszczenie boksu i inne tego typu pierdy - dodał po chwili. Zdziwiłem się, czyli chciał po prostu mi tak bezinteresownie pomóc? Wow, Rysiek Lwie Serce.
-  Aleś ty dobroduszny - wyznałem z udawanym zachwytem.
- Mów dalej - odparł w niemalże tym samym momencie. Parsknąłem śmiechem, pokazując mu środowy palec. Nie wiem, jakim cudem zdobyłem się a taki gest już po paru minutach znajomości. Wydało mi się po prostu, że mogę to zrobić, i jak się okazało, był to trafny gest, gdyż odwdzięczył mi się tym samym. Zaśmialiśmy się w tym samym momencie.
- Przeznaczenie - powiedziałem.
- Wow - wyrwało mu się w tym samym momencie. Ponownie się zaśmialiśmy. Po raz pierwszy poczułem się jak u siebie i zapomniałem o stracie Rue. Na krótką chwilę, ale mi się udało. W tej samej chwili zauważyłem, że jesteśmy już na miejscu. Weszliśmy do środka, Shiro potruchtał od razu do przodu, wąchając wszystkie konie po kolei. Było ich parę, ale i tak się ucieszyłem. Kocham zwierzęta bardziej od ludzi. O kurde, ludzi w ogóle nie kocham. I jak ja śmiem zwać się katolikiem?
- Który jest twój? - zaśmiał się, ja także. Teraz to ja rzucam dwuznacznymi tekstami.
- Zostawmy to może na dalszy okres znajomości, co? - spytał, a ja mrugnąłem do niego okiem zalotnie. Zaśmiał się, kręcąc z niedowierzaniem głową. Również parsknąłem śmiechem. Wow, czułem się przy nim tak niezwykle lekko. Jakbym spotkał człowieka o równym zrąbaniu umysłowym, co ja, z podobnym podejściem do życia. Taka różnica, że ja go przez jakiś czas nie miałem.
- Ta kruszyna - powiedział, podchodząc do boksu konia o ciemno gniadej sierści. Klaczy. Tak, patrzyłem. - Nazywa się Wołga - oznajmił, a ja podniosłem do góry brwi. Jak stare auto oraz stara rzeka? A jaka rzeka nie jest stara, idioto? - A twoja bestia jak się nazywa? - spytał, a ja się zaśmiałem. Czy naprawdę jesteśmy już na tym etapie, że sprośne teksty są już dla nas czymś normalnym i nie zwracamy na nie większej uwagi?
- Shiro - skrzywił twarz.
- Bardziej dziwnego imienia nie znalazłeś? McDonald's był zajęty? - kpił sobie.
- Serio? - spytałem z udawanym oburzeniem i lekkim niedowierzaniem, tym razem szczerym.
- Serio. - westchnąłem tylko. Wsunął się do boksu, dając znak dłonią, bym zrobił to samo. Oczywiście doberman pchał już się przede mnie, ale nakazałem mu ogarnąć dupę i siedzieć na niej. Dosłownie. Co dziwne, ogarnął o co mi chodzi, bo pozostał w bezruchu. Przez całe półtorej sekundy, potem znowu poszedł wąchać wszystko. Przewróciłem oczami. I tak go kocham.
- Wiesz, nie za bardzo potrafię się obchodzić z końmi...- wyznałem.
- To dlatego masz takie chude ręce - powiedział, a ja jedynie się uśmiechnąłem pod nosem. To wszystko zaczyna mi się zdawać coraz bardziej na miejscu i normalne. Boże, kogoś ty mi zesłał? - Na początek, wyciągnij dłoń przed siebie. Daj jej do powąchania, potem możesz ją pogłaskać - powiedział. Postąpiłem zgodnie z jego wskazówkami. Chrapy zwierzęcia poruszyły się, wciągając mój zapach ( XD tak to się pisze koniareczko? XDD ) Pogłaskałem ją, gdy odsunęła głowę. Uznałem do za znak zgody.
- Wow, chyba zostanę zaklinaczem koni - oznajmiłem. Prychnął.
< Mefoda? Lubię zboczone opowiadania lol > 

Od Akumy

Ale dziwnie chodzić tak ponownie po cyrku. Tyle nowych osób, tyle nowych twarzy... Nie ma w nich twarzy Rue, co naprawdę wprawia mnie w dziwny nastrój. Czuję się nieswojo za każdym razem, gdy spoglądając na las nie widzę jej wychodzącej spośród drzew, gdy nie słyszę jej śmiechu obok siebie, gdy wchodząc do jej namiotu, by ją obudzić wiadrem wody, przypominam sobie, że przecież jej już nie ma. Nie ma, i nigdy nie będzie. Zacisnąłem szczęki, ponownie przyłapując się na tym, że spoglądam z wyczekiwaniem na stołówkę. Czekając na jej wyjście z jedzeniem w dłoni.
Tak dużo razem przeżyliśmy, naprawdę trudno uwierzyć w to, że tego już nie ma. Te wszystkie przygody, pościgi, zabójstwa, porwania, zabawy, rozmowy, zwierzenia, śmiechy, wygłupy,... Tego wszystkiego już nie ma. I nie będzie. Mam nadzieję, że jest bezpieczna. Że nie walczy teraz o życie, nie jest poszukiwana. Że leży teraz z Miką na kolanach, pod ciepłym kocem, czytając coś tak zajebistego, że będzie myślała tylko o tej jednej książce do końca życia. Długiego, szczęśliwego, bezpiecznego życia.
 Shiro wepchnął swój pysk w mój policzek, domagając się pieszczot. Otrzymał je, bo jakbym mógł postąpić inaczej? Brzydzę się sobą za to, co mu zrobiłem. Zwłaszcza, że teraz za każdym razem, gdy odchodzę, wiem, że on już wyczekuje mojego powrotu.
Jakim cudem psy są tak bardzo mądre, wspaniałomyślne i po prostu idealne, że przebaczają wszystko?
Nadepniesz mu na łapę - będzie przepraszał za to, że dał się nadepnąć i prosił i wybaczenie. Cholernie smutne.
- Witaj z powrotem, Akuma - przywitała się ze mną Smiley, kiwnąłem jej głową z szerokim uśmiechem. Udawanym uśmiechem. Jestem debilem. Shiro załkał błagalnie. No tak, zapomniałem głaskać, a jego domagania się o to nie dostrzegłem. Boże, kocham psy. Kocham mojego psa.
No i proszę, jaki dzisiaj ze mnie poeta. Poczułem ciarki na ciele, przypominając sobie, jak dawno nie trzymałem żadnej książki w ręku. Najpierw podstawy, jak karma, ubranie, koc, a potem przyjemności.
Co prawda zdobyłem już jakąś odzież, ale jakby to powiedzieć... nie zajmuje nawet jednej trzeciej plecaka. Tak, mam plecak. Nie wiem jakim cudem go znalazłem. Wstałem powoli, przeciągając się ostrożnie. Stłukłem sobie chyba żebra, bo każdy szybszy ruch kończył się bólem w ich okolicach. Parę dni temu w ogóle nie mogłem się ruszać.
- Do roboty, Akuma - usłyszałem za sobą znajomy mi głos. Pik, ty durniu, nie przeszkadzaj mi w tej chwili. Chcę iść spać. Odwróciłem się, przybierając naturalny wyraz twarzy. Radosna buźka przywitała mnie tak bardzo ciepło, że aż poczułem uderzające gorąco. Czekaj, co?
- Ale dopiero co skończyłem - skłamałem, na co dostałem groźbę palcem. Mimo wszystko on nadal się szeroko uśmiechał, jakbym go tym rozbawił. Nie. Karz. Mi. Teraz. Czegokolwiek. Robić.
- W takim razie może mi pokażesz, co zdołałeś dzisiaj wykonać? - powiedział cwaniacko. Moja mina? "Ocholeracojamamterazrobić".
- Właściwie to Akuma miał mi teraz pomóc, proszę pana - uśmiechnął się jakiś gość. Poczułem, że robi mi się słabo. No następny? Jaja se chyba robicie??? Ja nigdzie nie idę!
No, chyba że spać.
Tak w ogóle, kim ty jesteś?
< Ktoś? >

Od Akumy - Czas nieobecności

NOTKA POD POSTEM
Czas, w którym musiał opuścić cyrk był jednym z najgorszych w jego życiu. Czuł ogromną rozterkę, musząc pozostawiać to wszystko. Myśl, że być może odchodzi, by już nigdy nie wrócić, zabijała go od środka. Decyzja była jednak właściwa - sprawy, jakie miał na głowie, były zbyt wielkie, by mógł sobie z nimi poradzić w cyrku. Odszedł więc, bez słowa wyjaśnienia. Pik wiedział jedynie, że sprawy rodzinne skłoniły go do zniknięcia. Nie powiedział nic ani Rue, swojej najlepszej przyjaciółce, ani nikomu innemu. Nie podejrzewał, że gdy wróci do cyrku, jej już nie będzie... tak jak i wielu innych. W ogóle nie podejrzewał, że wróci do tego miejsca.
Szybko znalazł się już daleko od cyrku, Londynu, Anglii. Japonia to był jego cel. Śmieszne było to, że chciał się tam dostać nie posiadając wielu pieniędzy. Sprzedawał wszystko, co miał - od książek, aż po ukochane słuchawki. Pracował tam, gdzie tylko i jak tylko mógł. Jednak robota w ciągłej podróży... bywa po prostu trudna. A nawet i niewykonalna. Wkrótce zaczął dotykać go głód. Heddo, jego wierny pies, również nie miał pełnego żołądka. Jednak on mógł liczyć na pobliskie kaczki, szczury oraz inne potencjalne dania. Ale jak pies, który spędził pół życia w schronisku, mógł bez problemu zapewnić sobie wyżywienie?
Coraz większa samotność zaczęła go powoli dobijać. Dociskać do muru, nie pozostawiając wyboru. Parokrotnie sięgał po alkohol - pokazując w barach swoje zdolności mógł liczyć na wybawienie w postaci butelki czterdziestoprocentowej wódki. Alkohol nie był dobrym pomysłem, zwłaszcza, gdy kończył mu się czas, ale humor nie dopisywał mu już w ogóle, a myśli krążyły wokół paru kwestii. Czuł się, jakby znikał - znaczył coraz mniej, coraz mniej zwracano na niego uwagę. Pojawiał się i znikał, niczym duch.
Po dwóch miesiącach życia w ten sposób, uzyskał potrzebną kwotę pieniężną na samolot. Zapewnił sobie lot, jednak dalszą podroż przebył już sam - Heddo, jego jedyna podpórka, został zagryziony przez bezpańskie psy. Był to dla niego ogromny cios, stracił kolejną ważną "rzecz" w swoim życiu. Kolejnego przyjaciela. Jednak nie było czasu na opłakanie strat, miał przecież zadanie do wykonania.
W Japonii, po dwóch lotach, łącznie trzech miesiącach od opuszczenia jego małego domu pełnego wielkich artystów, jego wędrówka rozpoczęła się na nowo, tym razem zasady się zmieniły. Tutaj ludzie nie szukali rozrywki, a pomocy. Czy to w polach uprawnych, czy to w gospodarstwach - tak uzyskiwał pieniądze potrzebne na utrzymanie. Do domu miał dwieście kilometrów. Tygodniowo przechodził po około pięćdziesiąt - już bez żadnego plecaka, własnych ubrań, poematów, muzyki. Brak muzyki dobijał go tak bardzo, że zaczął miewać myśli mówiące, że jego życie jest nic nie warte. Co prawda był to jeden z czynników, które się do tego przyczyniły, ale to właśnie ten wszystko zapoczątkował.
Po jakimś czasie dotarł do ostatecznego celu - wymęczony, chudszy o dwanaście kilogramów, brudny, na skraju wyczerpania psychicznego. Wtedy po raz pierwszy od wielu lat ujrzał rodziców - nieco starszych, jednak w ogromnie gorszym stanie. Ich niegdyś czarne włosy posiwiały, byli agresywni wobec siebie, chociaż wcześniej tak nie było. Jeśli chodzi o dom, to... odpadały dachówki, jedno okno wybite - zasłaniały je deski, te dwie rzeczy rzuciły mu się w oczy już od pierwszego wejrzenia.
Ludzie patrzyli się krzywo na jego bliskich. Wiedział dlaczego - z listu, który otrzymał tydzień przed opuszczeniem cyrku. Jednak jak dotąd wypierał sobie myśli, że to wszystko mogło okazać się prawdą.
Do dzisiaj ten obraz widnieje w jego głowie - puste butelki po alkoholu walające się po domu, posiniaczona matka, a nawet i ojciec, wszystko w ruinie - i rodzina, i życie, i dom.
Pierwsze, co zrobił po przybyciu, to sen. Spał niemalże całą dobę, zanim nie obudziły go trzaski. Czuł się o wiele lepiej, na lepszy stan nie mógł liczyć. Przynajmniej nie wtedy. Okazało się, że ojciec po prostu wyszedł z mieszkania, chyba pijany, gdyż przez okno dostrzegł, jak się chwieje idąc drogą. Wiedział, że daleko nie zajdzie, a więc nie warto po niego się ruszać. Tymczasem lekko załamany, zaczął sprzątać - zbierać butelki, zamiatać pety leżące na podłodze, zmywać stos naczyń w zlewie ( były też w wielu innych miejscach ), myć zaśmierdziałą łazienkę, szorować podłogę, która pokryta była warstwami niezidentyfikowanych plam. Niektóre od krwistej czerwieni, aż po nieskazitelną biel. Wszystkie te zajęcia zajęły mu cały dzień - pierwsze co zrobił po ich skończeniu, to kolejny, głęboki sen. Następny tydzień wyglądał podobnie, aż w końcu każdy z domowników mógł ubrać coś czystego, mógł oddychać świeżym powietrzem i spokojnie siadać na krześle bez obawy, że trafi na rozbite szkło.
Potem przyszły do zapłacenia rachunki. Aktualne i zaległe. Podjął się wielu prac, zanim nie znalazł stałej - w restauracji. Liczne nadgodziny, praca bez wytchnienia - żył tym prawie miesiąc. W końcu stać go było na spłacanie długów.
Wtedy zaczęły się inne problemy - teksty rodziców typu, że bez niego żyło się im lepiej, żeby nie udawał takiego dobrodusznego, bo skoro mógł odejść bez słowa, to ich los go wcale nie obchodził. Pamiętał dokładnie wiele rozmów. Ojciec namawiał go do palenia, matka chciała go upić wciąż powtarzając, że nie może go znieść trzeźwego.
- No weź - powiedział kiedyś ojciec, przykładając mu pod usta papierosa. Odmówił tłumacząc się, że nie ma ochoty. - No dalej...- nalegał, aż w końcu włożył go do jego ust. Zaskoczony zaciągnął się i ze zdziwieniem stwierdził, że go to odprężyło. Chociaż kaszlał dobrą minutę, zadziałało. Od tej chwili wpadł w nałóg.
Zdarzało się, iż był wyzywany, gnojony. Rodzice nie chcieli jego pomocy, w ogóle nie chcieli utrzymywać z nim kontaktu. Gdy ojciec go uderzył, po raz pierwszy zrobił sobie krzywdę - szkłem z rozbitej butelki.
W końcu jego prośba została wysłuchana - rodzice zostali przyjęci do szpitala psychiatrycznego na odwyk. Wcześniej nie chciano ich przyjąć, jednak po paru miesiącach właściciel się zgodził, przyznając rację Hayato - rodzice wymagali opieki. Potrzebował do tego siedmiu wizyt specjalistów w ich domu.
Miał zamiar przejąć dom po rodzicach i poczekać na ich wyleczenie. Tak też zrobił. Jednak gdy tylko "wyzdrowieli", wywalili go za próg twierdząc, że gdyby był ich prawdziwym dzieckiem, nie traktował by ich tak, nie zostawiał by ich samych, zaopiekowałby się nimi. Miał nadzieję na ujrzenie ich uśmiechniętych, na podziękowania i dalsze życie w zgodzie. Łatwo się domyślić, skąd wzięły się kolejne blizny na jego ciele.
A więc uciekł, coraz bardziej jego psychika podupadała. Sytuacja się nie polepszyła, gdy trafił na walki psów. Nielegalne, rzecz jasna. Sam startował z jakimś przybłędą z ulicy - białym dobermanem. Miał on niezwykły potencjał, jeśli można to tak nazwać. Sam Akuma nie mógł go dotknąć, bo zostałby pogryziony. Pies atakował każdego, kto wykonał zbyt gwałtowny ruch w bliskiej odległości, a o innych psach już nie było mowy. Szybko zyskał pokaźną sumę, jednak zaślepiony ciągłymi sukcesami nie dostrzegł, jak bardzo cierpiał i on, i pies. Podczas pewnej walki, doszło do czegoś "niespotykanego". Po raz pierwszy od siedemnastu razy, to Shiro ( "biały" z j. japońskiego ), jak niektórzy go nazywali, padł po raz pierwszy na ziemię, nie mogąc powstać. Krew pokrywała jego śnieżnobiałą sierść, jak i wszystko wokół. Dopiero wtedy Akuma zauważył, do czego doprowadził i jego, i siebie. Kazał wtedy odciągnąć potężnego mastifa i sam rzucił się w stronę swojego psa.
- No dalej, młody, dalej...- mówił do niego, nie próbując nawet się zbliżyć bliżej, niż na metr- już i tak pies na niego warczał. - Nawet nie nadałem ci imienia... Od dzisiaj jesteś Shiro - zauważył swoją głupotę, pociągając nosem. Jak mógł tak zranić żywe zwierzę? Zwłaszcza, będące pod jego opieką, już i tak wiele cierpiące??? Nie mógł sobie tego wybaczyć, zaczął postrzegać siebie jako potwora. "Na jakie ścieżki zaszedłem?" - pytał się siebie ciągle.
Po jakimś czasie, Shiro wyzdrowiał. Stale podpięty na łańcuchu do drzewa miał dostęp do miski z jedzeniem, wodą i cienia. Dopiero po połowie miesiąca starań Akumy dał się dotknąć. Z początku po prostu wykonywał swoje podstawowe czynności, nie zwracając uwagi na psa, potem jednak siedział w pewnej odległości od niego. W końcu kusił go poprzez rzucanie kawałków mięsa do podejścia. Udało się.
Dzisiaj są wręcz nierozłączni. Gdy nie spędzają ze sobą min. godziny dziennie, czują się, jakby nie widzieli się latami.
Gdy Akuma wrócił do Anglii, wcale nie spodziewał się napotkać znowu cyrku. Jakim cudem on wciąż tam tkwił? Jego zaskoczenie było tak bardzo ogromne, że trudno było to wyrazić. Po prostu napotkał plakaty w mieście dotyczące występu cyrku. Gdy wrócił na miejsce, gdzie wcześniej rozstawione były namioty, napotkał je w takim samym stanie, jak niegdyś. Jakim cudem? Pierwsze, co zrobił, to udał się do namiotu Rue. Pusty. Całkowicie pusty. Przeszukał pozostałą część cyrku, aż w końcu napotkał Pika. Po pewnym czasie rozmowy dowiedział się, że ona również odeszła z cyrku. Był to kolejny kop w dupę w ciągu tamtej połowy roku. Jeden z boleśniejszych. Co prawda nie liczył na to spotkanie, ale gdy dowiedział się o jego dawnej trupie, nadzieja zapaliła się w nim na nowo, niczym latarnia. Zgasła ona bardzo szybko, zatapiając kolejne statki.
Mimo wszystko, dołączył do cyrku na nowo.
Mimo wszystko, poczuł się ponownie jak u siebie.
Mimo tego, że wiele osób było nowych, wciąż widział i widzi znajome twarze.

Zastanawiałam się, czy czasem nie zatytułować "Od Akumy - Nieobecność", ale stwierdziłam, że co niektóre osoby zeszłyby na zawał i że nie będę taką sadystką XDD
Witam was wszystkich na nowo, naprawdę się stęskniłam ;'(
Mam nadzieję że przeżyję na nowo wspaniałe chwile w tym blogu - tym razem z zupełnie innymi osobami xx
POZDRAWIAM ♥

24 maj 2018

19 mar 2018

Informacja!

Z przykrością oznajmiamy, że niektóre z postaci zadecydowały się opuścić nasz świat. Mimo wszystko mają prawo do niego wrócić, na co mamy szczere nadzieje
Odchodzą:
Naamio
Akuma

Osoby, z którymi NIE ma kontaktu ( jeśli coś wiadomo, śmiało pisać ):
Catty
Aeroce
Blade
Shavile
Dzieciak
Amor

Osoby nieobecne:
Midas
Le Bleuet
Rue

19 lut 2018

Pożegnanie

Z ciężkim sercem muszę to w końcu powiedzieć - nadszedł czas pożegnania, odchodzę z bloga przez parę spraw osobistych ( min. chorobę wujka i zamieszanie w pracy rodziców oraz szkołę ). Na pewno jeszcze wrócę do bloga, mam nadzieję że moja nieobecność nie potrwa długo...
W każdym razie chcę podziękować każdemu z Was za aktywność na blogu, czas ofiarowany mu oraz przyjazne nastawienie do siebie nawzajem. Staliście się moją rodziną i już na zawsze nią pozostaniecie xxx
Szczególnie pragnę podziękować Rue, z którą przeżyłam naprawdę wiele wspaniałych chwil, niezapomnianych przygód, przeżywałam każde opowiadanie pisane przeze mnie, jak i przez nią. To było coś wyjątkowego i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do tego wrócimy!<3
Pamiętajcie, że wciąż każdy z Was może liczyć na moją pomoc na blogu - wciąż będę starać się wspierać, trzymam kciuki za Was i za bloga♥♥♥
Trzymajcie się<3
~Akuma