15 lis 2017

Akuma CD Rue

- Nie wiem - powiedział szczerze. Miał wrażenie, że idzie zupełnie nowymi ulicami, co tak na prawdę nie miało sensu, bo wszystkie wyglądały dokładnie tak samo. Stare, często zniszczone ceglane budynki, z niektórych kominów toczył się dym tworząc rozmaite zawijasy, nienaturalnie czarne jak na te, które dotychczas widział. Ale cóż, to chyba nie najdziwniejsza rzecz, jaka dotąd ich spotkała w tej... grze. No właśnie. Co teraz? Są razem, ale przecież nie mają jak kontynuować rywalizacji, o ile można to tak ująć. Gdy przegrają, stracą życie, a gdy wygrają, to... trudno powiedzieć. Jedyne, co pozostaje pewne to fakt, iż znajdą się u siebie. W cyrku, gdzie czeka ich wspólna przyszłość, być może dalej niepewna, ale przynajmniej w znajomym miejscu. Jednak gdyby na nowo ich porwano, wyrzucono w kosmos, czy spotkało by ich coś podobnego, nie zdziwiłby się. Prześladują ich dziwne zdarzenia. Gdy zaczął się tak dłużej nad tym zastanawiać, to przecież nierealne, by tyle razem przeszli. Chodzi o te wszystkie morderstwa, pościgi, jakąś cholerną grę, duchy, porwania, nierozwiązane sprawy,... To bardzo dużo jak na parę miesięcy. A jeśli ktoś to ustalił? Lub miało to do czegoś prowadzić? Było testem lub jakimś ćwiczeniem, mających ich przygotować do czegoś wielkiego? A jeśli chodzi o tą grę? Wcześniej nie brał tego pod uwagę. Ale w takim razie ktoś od początku musiał śledzić ich ruchy. Styl życia, naprowadzić na siebie i tak bardzo wystawić na całe niebezpieczeństwo i zagrożenie, że parokrotnie ledwo uszli z życiem. To by było nieludzkie. Jaki byłby tego cel? Westchnął, to chyba ten moment, gdy zaczyna się tracić rozum. Ale bądźmy szczerzy, ile razy jedna osoba może go stracić? Spojrzał na Rue, było jej widocznie zimno i chyba ledwo chodziła. Zastanowił się, czy czasem jej nie ponieść, ale stwierdził, że nie zgodziłaby się na to. Tym bardziej, jeśli to Logan miałby to zrobić. Zastanowił się, czy jest jakiś sposób, żeby jej pomóc to znieść. Ale nie wiedział, jak to zrobić. Dać coś cieplejszego? On sam nic nie ma, mógłby jej dać buty, ale znowu spodziewał się odmowy. A nawet jeśli, to byłyby zbyt duże.
- Jeszcze tylko kilka minut - odezwał się idący przed nimi bad boy, nawet się nie odwracając. Jego słowa brzmiały dziwnie pokrzepiająco, jakby naprawdę zależało mu na tym, czy mają dość wędrówki, czy nie. I skąd tak w ogóle wiedział, że tak jest? Cóż, przynajmniej w przypadku Rue. Akuma natomiast czuł się dziwnie dobrze, jakby wypił dziesięć energetyków w ciągu godziny i ich działanie wciąż było odczuwalne w skutkach.
- Dziwny jest - mruknął szeptem prosto do ucha towarzyszki. Zlustrował wzrokiem jego sylwetkę, próbując rozszyfrować zamiary typa. Puści ich wolno? Wątpił w to. A więc, czy uda im się uciec? - Podobno mnie uratował. Nie wiem, co robił pośrodku zlodowaciałego pustkowia i jakim cudem znalazł mnie pod warstwą śniegu, ale to chore - mówił. Usłyszał cichy śmiech, a raczej parsknięcie. Zaraz mu przypierdzieli, jeśli coś powie. A jednak, musi się pohamować.
- Od kiedy ratowanie czyjegoś życia nazywasz czymś chorym? - zastanowił się nad odpowiedzią, po chwili stwierdzając, że wypowiedź blondyna była trochę nietypowa. Powiedział "od kiedy", jakby znali się już wieki. Może to on ich obserwował? Sam skarcił się w duchu za to, że tak myśli. To nierealne. - Mniejsza z tym, jesteśmy na miejscu - oznajmił, wprowadzając ich do jakiegoś budynku. Wyglądał na jeden z tych lepszych, jednak nikt nie pofatygował się na pomalowanie ścian, pozostawiając widoczne rudawe cegły. Tutaj jeszcze nie byli.
- Co to z miejsce? - spytał bez wahania, chcąc isę upewnić, że sam nie postanowił sprzedać ich jako niewolników. Ale ludzie potrafią kłamać. A ten gość wygląda na takiego, który jest dobry we wszystkim. Zapewne łgarz z niego przekonujący.
- Można powiedzieć, że mój dom - oznajmił, na moment przekrzywiając głowę. "Można powiedzieć"? Coraz dziwniej się robi, pomyślał.
< Rue? >

11 lis 2017

Rue CD Akuma

Poczułam ulgę... nie. To było coś większego, coś, co spadło mi z serca z takim ciężarem, przez który nie mogłam oddychać. Kiedy zobaczyłam przyjaciela zmierzającego w moją stronę, chciałam do niego podbiec i rzucić mu się na szyję, ale tę czynność niestety miałam uniemożliwioną. Z niecierpliwością czekałam na niego. Wydawało mi się, że trwało to wieczność, póki nie doszedł. Kiedy znów był przy mnie, uspokoiłam się. Zostało tylko dokończenie tej gry... tylko jak? Nie pamiętam nawet gdzie wtedy mieliśmy iść. W ogóle... co to za gra, skoro są tu ludzie? Są fikcją? Aż taką rzeczywistą?
Obok przyjaciela pojawił się nieco od niego wyższy blondyn o szarych oczach. Miał poważny wyraz twarzy, a oczy chłodne. Lustrował mnie wzrokiem, jakbym była szmacianą lalką, którą trzeba wrzucić do pieca, albo oddać dla psa jako zabawkę. Na jego słowa z moich rąk zostały zdjęte kajdany, dzięki czemu odwzajemnić uścisk. Chciałam jak najszybciej porozmawiać z Akumą na temat tej gry i powrotu do domu, ale to raczej nie była najlepsza chwila. Mężczyzna, który miał kluczyk odszedł czekając na kolejnych niewolników, a na jego miejsce przyszedł wątły i niski czarnoskóry. Wystawił rękę.
- Kupił, to płać - powiedział niskim tonem, co w jego wykonaniu było dość straszne i bardzo przekonujące.
- No, chciałeś, to płać - blondyn szturchnął Akumę, a ten spojrzał na niego nie wiedząc co zrobić. - Zaraz się rozbeczysz - powiedział to tak oschle, jakby chciał mu przekazać, że nienawidzi go do tego stopnia, że chętnie sprzedał by go za marny grosz. Pogrzebał w kieszeni i wyjął ze skórzanego portfela ustaloną kwotę. Czarnoskóry szybko przeliczył po czym skinął głową. Rzucił w moją stronę koc i odszedł do następnego kupca. Szczelnie przykryłam się materiałem, dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie czuje palców. - Twój chłopak mówił, że jesteś cyrkówką - powiedział to z takim rozbawieniem w głosie, jakby się z tego śmiał. Nie zareagowałam na to, tylko na jego słowa.
- Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- Nie obchodzi mnie to - jego ton znowu zmienił się na poważny i oschły. Mierzył mnie surowym wzrokiem, jakby chciał ukarać za nieposłuszeństwo. No tak, ja jestem niewolnicą, a on moim panem.
Śmieszne.
- Podał mi także twoją ciekawą umiejętność, wiec jeśli nie chcesz bawić się w typową kurę domową i robić dzieciaki, nauczysz mnie jej - w tej chwili mówił tak strasznym i jednocześnie przekonującym tonem, jak tamten czarnoskóry. Poczułam dreszcze, nawet się nie odezwałam, chociaż starałam się zachować powagę. Jedynie skinęłam głową zaciskając żeby, wyobrażając siebie jako kurę domową, lub to drugie, czego nie powtórzę. - Idziemy - odwrócił się i zaczął iść przed siebie. Spojrzałam na chłopaka, który dał mi do zrozumienia, że lepiej pójść z nim, niż samemu uciekać. Dlaczego? Być może temu, że on jest tutejszy, a nas pokonał wiatr.
Zaczęliśmy sobie opowiadać co się z nami działo, kiedy się rozdzieliśmy. Mnie zabrali do piwnicy i wysłali na targ niewolników, a jego uratowali. Okropnie się cieszyłam, że tak się zakończyła moja licytacja. Aktualnie szliśmy środkiem drogi. Po obu stronach stały budynki, zauważyłam, że wszystko wyglądało tak samo; nawet ludzie. Może to jednak gra? Głupia zabawa, a oni wszyscy zostali stworzeni na jeden wzór? Będę tak myśleć, póki coś nie zmieni tego. Szłam blisko chłopaka z dwóch powodów; chciałam być po prostu blisko niego, a drugie był taki, że po prostu zamarzałam, a koc powoli nic nie dawał. Palce już dawno temu mi zdrętwiały, teraz musiałam się zmuszać, by poruszać nogami.
- Daleko jeszcze - mruknęłam do przyjaciela.

<Akuma? Ta, dość krótkie i nudne...>

10 lis 2017

Smiley CD Vogel

Trening czy też jakby to nazwać ćwiczenia jakie Vogel robił, aby przygotować się do występu, zapierały mi dech w piersi. Jego ruchy były płynne i w dodatku wszystko wyglądało to tak jakby przy tym tańczył. Wszystko ze sobą współgrało. Podobało mi się to co robił chłopak, jednak nie wystarczyło mi to, aby chociaż na chwilę zapomnieć o informacji jaka dostałam dzisiejszego ranka od Pik'a.
Vogel poprosił mnie, aby zajrzała do jego magicznej "skrzyni" i wybrała coś dla niego. Podeszłam i przyjrzałam się uważnie rzeczom jakie to znajdowały się w magicznej skrzyni. Ta bardzo dziwna rzecz której nazwy nie znałam, przykuła mi uwagę i to bardzo. Co jak co, ale nie widziałam jeszcze takiego czegoś. Podałam to do rąk chłopaka z pytającym wzrokiem, który wystarczył aby otrzymać zarys tej o to rzeczy no i oczywiście do czego służy. Rzecz może i dziwna była, ale zastosowanie jej, było bardzo pożyteczne i z pewnością musiało zabierać dech w piersi, gdy się patrzyło na taki występ. Mówiąc szczerze to ja zazdrościłam tego, że Vogel potrafił tyle rzeczy a najbardziej zazdrościłam tego, że będzie się mógł pojawić na scenie. Na węgla moja sytuację, Pik wziął jedną z dziewczyn. Po cichu przyjrzałam się jej oraz reakcji Pik'a. W oczach stanęły mi łzy wtedy bo usłyszałam, że jest o dużo lepsza niż ja. W dodatku zwrócił się do niej "Księżniczko". Może i to głupie, ale czułam się zupełnie tak, jakbym już nie pasowała do cyrku. Moje uczucie zazdrości w ostatnich dniach, dało mi się we znaki. Najpierw ta sytuacja z najlepszą przyjaciółką Vogel'a, która tak naprawdę go kocha. Nie wiem czy on to zauważył, ale ja tak i to bardzo. Po drugie zachowanie Pik'a na widok osoby, która mnie zastępuje. No i po trzecie całą tą sytuacją z domem dzieckiem. Może i nie byłam zazdrosna, ale miałam co do tego mieszane uczucia. Głowę zaczęły mi zaprzątać rzeczy które nie powinny, chociażby w obecności Vogel'a.
Nim się zorientowałam Vogel skończył swój trening. Byłam bardzo zaskoczona, ale rozumiałam słowa chłopaka. Po odłożeniu rzeczy, wyszliśmy z namiotu, a główne pytanie było takie "Co teraz?" Skierowałyśmy się w stronę miasta. Vogel się zamyślił, a ja nim zrobiłam to co chłopak walnęłam się rękoma w policzki.
- Smiley czas się obudzić! - powiedziałam pod nosem, a gdy skierowałam swój wzrok na chłopaka on patrzał się na mnie pytającym wzrokiem "Co ty robisz?" - To nic takiego... - zaśmiałam się nerwowo, uśmiechając się przy tym delikatnie.
- Patrz tam będzie organizowany festiwal i to dzisiaj! Idziemy? - usłyszałam głos przed siebie. Skierowałam swój wzrok na osoby. Była to grupka młodych ludzi z których jeden z nich trzymał jakąś ulotkę.
- Hej dzieci, czy mogłabym się zapytać gdzie jest ten festiwal? - podeszłam do nich zostawiając Vogel'a za sobą.
- Musicie się kierować zachodu słońca, a potem dotrzecie tam dzięki lampionom - dostałam odpowiedź, a w nagrodę dałam każdemu z nich małe co nie co.
- Vogel, wiem co będziemy robić! - byłam radosna.
- Jestem ciekaw. Słucham cię - spojrzał na mnie.
- Co powiesz na to, abyśmy na sam początek zmienili swoje ubrania na takie w stylu japońskim? Wiesz z tego co usłyszałam to z jakiejś okazji, nie wiem dokładnie jakiej został zorganizowany festiwal w stylu japońskim. To co ty na to? - spojrzałam się na niego, wskakując przy tym na murek, który był blisko nas.
Chcąc coś odpowiedzieć, nie było miło dane, gdyż stawiając krok mój pech dał sobie we znaki oraz to, że nie pomyślałam, że murek jest mokry, poślizgnęłam się. Nie chcąc widzieć zakończenia po próbie utrzymania równowagi, zamknęłam oczy...

<Vogel?>

6 lis 2017

Akuma CD Rue

- Porypało cię?! No licytuj dalej! - szarpnął za ramię chłopaka, patrząc prosto w jego oczy, niczym wykute z żelaza. Twarz wykazywała szczere rozbawienie wymieszane z pogardą, choć wzrok pozostał taki sam. Mrożący krew w żyłach, poważny, krwiożerczy, wzbudzający niepokój. Akuma aż poczuł, jak krew w jego żyłach się gotuje, gdy blondyn zepchnął jego dłoń energicznym ruchem, powodując zachwianie się na parę chwil.
- A co z tego będę mieć? - pyta. Szarowłosy zacisnął szczęki. Skończyły mu się argumenty, gdy poprzednie odtrącił. Nie przystał na obietnicę mycia podług do końca życia, wszelaką pomoc, choć wciąż licytował.
- Dziesięć... - zaczęło się odliczanie. Gorączkowo spojrzał w kierunku Rue, ich spojrzenia na chwilę się złączyły, gdy wpadł na pewien pomysł. Jeśli nie wypali, ten idiota zrujnuje szansę na uratowanie jej, nie podnosząc ręki i nie mówiąc jakiejś kwoty, która i tak jest bezwartościowa, gdy w grę wchodzi życie kogoś tak ważnego.
- Słuchaj, ona zna się na wielu rzeczach,. Jest akrobatką. Nauczyłaby ciętych wszystkich salt, skoków i innych pierdół. Potrafi jeździć konno, obezwładnić człowieka paroma dotknięciami,...- zaczął wymieniać jej cechy pozytywne. Lub te, które mogłyby mu przypaść do gustu - jest bardzo odważna, waleczna, wytrzymała. Na pewno się odwdzięczy, tylko musisz DAĆ JEJ SZANSĘ - ostatnie słowa wycedził w taki sposób, że zagłuszył odgłos wymawianej siódemki. Tylko tyle dzieli go od stracenia wszystkiego, a jednocześnie odzyskania tego, co najważniejsze.
- Dwieście! - niezbyt wiedział, czym tak naprawdę przekonał tego wielkoluda, ale miał ochotę rzucić się na niego i mocno przytulić, a jednocześnie rzucić na niego i zacząć okładać seriami pięści. No i kopać. Tego też nie można pominąć. Patrząc na jego twarz widział lekkie znużenie, rozbawienie i pogardę. Jakby chciał się spytać "Ale co ona mi może dać, czego ja nie mam?".
- Więcej nie licytuję - powiedział półszeptem. Akuma spiorunował go wzrokiem. Dlaczego to nie? Przewrócił oczyma - Tylko mi się tutaj zaraz nie popłacz - mruknął, ponownie przybierając zbudzony wyraz. Pięści cyrkowca się zacisnęły tak bardzo, że niemal przed oczyma miał obraz swoich  białych kostek. Jego oddech stał się płytki, poczuł, że zaczyna brakować mu powietrza. Zakaszlał parę razy, przykładając wciąż zaciśniętą pięść do ust. Zrobił to jeszcze parę razy, aż w końcu kłucie przeszło. Miał nadzieję, że przynajmniej na jakiś czas. Na razie nie mógł odwrócić myśli od jednego - odliczanie zaczęło się na nowo. Wypowiadane cyfry już sięgały czterech. Jeszcze tylko trochę, a będzie super. Będzie dobrze, będzie zniewalająco fajnie, będzie genialnie, będzie niewyobrażalnie wspaniale, będzie "po staremu".
- Sprzedana dla pana w skórzanej kurtce! - albo mu się zdawało, albo też gość ze sceny mrugnął do jego towarzysza. W każdym razie otrząsnął się, używając do tego dosłownie ruchów głowy.
- Dzięki - mruknął tylko i już zaczął przeciskać się przez tłum. Nadepnął komuś na nogę, i to chyba parę razy, ale się tym nie przejął, kontynuując przebywanie wymierzonej sobie drogi. Kątem oka dostrzegł, że Rue została już sprowadzona po stopniach. Przyśpieszył, nie zwracając uwagi na nic innego. Po prostu gdy okazała się już w zasięgu, objął ją w niedźwiedzim uścisku, niczym troskliwa mamusia, a raczej tatuś, jak na każdego osobnika płci męskiej przystało, zaczął kołysać się na boki.
- Tak się bałam - wyznała. Kciukiem gładził jej plecy.
- Ja też -  powiedział, ostatecznie puszczając ją - potem wszystko mi opowiesz, na razie chodźmy.
- Zaraz. Chcesz wziąć ją w łańcuchach, czy bez? - odezwał się mężczyzna stojący obok. Z początku myślał, że tylko sobie żartował, ale w końcu pojął, że powiedział to na serio.
- Oczywiście, że bez, idioto - Akuma usłyszał głos za sobą. Logan. Jeszcze tego brakowało. Chociaż to chyba dobrze. To on jest tutaj nadziany.

< Rue? >

5 lis 2017

Rue CD Akuma

Całą drogę okropnie nami rzucało. Raz nawet uderzyłam głową w twardą furgonetkę, przez co byłam zmuszona "mocniej się trzymać", chociaż w rzeczywistości było to niemożliwe i rzucało nami jak szmatami. Trwało to wieki, nim dojechaliśmy na miejsce. Samochód powoli wyhamował, ale drzwi otwarły się szybko i z głośnym chrzęstem, jakby zaraz miały wypaść.
- Wychodzisz - rozkazał chłopak z bronią w dłoni. Kiedy nikt się nie ruszył, wycelował ją w stronę dzieciaka. Byliśmy zmuszeni wyjść z furgonetki jak najszybciej, ale dziecko zostało w środku. Słyszałam słowa mężczyzny: "Ty zostaniesz ze mną. Nie będę wydawał pieniędzy na jakieś chude baby". Poczułam gniew rozchodzący się po całym ciele, kiedy wyobraziłam sobie, co może mu zrobić. Chciałam się odwrócić i kopnąć go w nogę, ale on zdążył podejść do mnie od tyłu i pchnąć do przodu, aby szła szybciej. Drzwi się zamknęły, ostatni raz widziałam tak przerażoną i bladą twarzyczkę. Miałam nadzieję, że jakoś ucieknie, albo chociaż nie będzie długo się męczył. Miałam ochotę płakać, albo rozerwać kajdany, ale to drugie było niemożliwe. Zacisnęłam szczękę, kiedy wprowadzili nas do jakiegoś budynku. Był on nie duży, śmierdziało w nim potem i odchodami. Za grubymi kratami znajdowali się ludzie; od dzieci po staruszki. Każdy z nich był związany, nie patrzył na to, kto idzie. Każdy miał spuszczone głowy, milczeli, panowała tutaj grobowa cisza. Otworzyli jedną pustą kratę do której wrzucili naszą siódemkę. Zdążyłam złapać równowagę i nie upaść na ziemię, reszcie jednak to się nie udało. Kobieta o blond włosach połamała sobie przez to nos. Spojrzałam w kierunku zamykanych krat. Mężczyzna spojrzał na nas z dziwnym uśmiechem, zmierzył wzrokiem tę, której krew leciała z nosa, po czym kręcąc kluczami na jednym palcu odszedł.
Długo siedzieliśmy w bezruchu. Gdy próbowałam zrobić cokolwiek, chociażby spróbować kością otworzyć zamek. Tak, kością. W ciemnym rogu więzienia znajdował się szkielet, który w dalszym ciągu miał na sobie kajdanki. Zastanawiałam się, dlaczego go tu zostawili, chociaż bardziej wierzyłam w to, że sam się schował. Widząc to przed oczami wróciło wspomnienie ciemnej piwnicy, do której wraz z Akumą zostaliśmy wepchnięci przez ludzi Tobiasa.
Minęło parę godzin, nim przyszedł jakiś człowiek i wyprowadził nas wszystkich. Była nas masa i jestem pewna, że gdyby nie to, że każdy był już załamany i wierzył, że nic nie zrobi, że to koniec, udało by się nam. Nas było ponad trzydziestu, a ich tylko pięciu. Z tym, że oni mieli broń, a my kajdany na rękach.
Zatrzymaliśmy się w czymś, co przypominało stajnie dla koni, ale miało kraty w każdym możliwym wyjściu. Najpierw wyszedł mężczyzna, nie trudno było się domyślić co je w tym wszystkim grane; tak jak powiedziano mi wcześniej, my jesteśmy niewolnikami, a oni chcą nas kupić. Raptownie zaczęłam kręcić głową na boki szukając wyjścia, ale nim zdążyłam cokolwiek wymyślić, usłyszałam strzał, a na podeście, na którym mieliśmy się prezentować, leżał martwy człowiek. Kobieta, której nikt nie kupił. Na ten widok zamarłam, jeszcze bardziej chciałam znaleźć jakiegokolwiek wyjście, ale nie potrafiłam się ruszyć, bo na jej miejscu widziałam siebie.
Przyszli po mnie. Zaciągnęli trzymając za kajdany, a z tyłu popychając jakimś kijkiem. Chociaż zapierałam się nogami, coś, co wbijało mi się w kręgosłup zmusiło mnie do pójścia. Stanęłam na podwyższeniu, widząc z góry samych mężczyzn. Każdy miał taki sam styl i wszyscy patrzyli tym samym wzrokiem pełnym pogardy i wyższości. Znienawidziłam ich wszystkich w ciągu sekundy. Kiedy mężczyzna w długiej brodzie przedstawił mnie jako "idealną pomoc domową jak i wspaniałą robotnicą w polu", w tłumie usłyszałam szelesty, ale nikt się nie odzywał. Tak, zaraz skończę jak tamta staruszka. Padnę na kolana, poczuje tylko ukłucie bólu przeszywające moje całe ciało i umrę.
Ale nagle ktoś krzyknął "sto". Spojrzałam w kierunku wystawionej ręki. Nie obchodził mnie jej właściciel tylko osoba stojąca obok. Widząc Akume miałam wrażenie krzyknąć do niego i uciec z tego podestu.
- Sto od pana w skórzanej kurtce! Kto da więcej! Jestem pewien, że nikt nie będzie narzekał na tę pannę. Będzie idealna do robienia dzieci - słysząc to spojrzałam na niego z potępieniem, po czym nie myśląc nad tym co robię podniosłam nogę i kopnęłam go w tę wielką dupę. Poleciał do przodu lądując na twarzy. Przez sekundę miałam z tego satysfakcję, ale czując jak ktoś przykłada ostrze do mojej szyi, przeraziłam się, ale nie żałowałam tego.
- Ty mała dziw*o - powiedział przez zaciśnięte żeby wstając z ziemi. Zmierzyłam go wzrokiem kryjąc strach, który grał w moim sercu jak na pianinie. Zaraz mi poderżną gardło. Zaraz zginę.
- Sto dwadzieścia! - krzyknął ktoś z tłumu. Spojrzałam na kolejną wysuniętą rękę do góry. Jej właścicielem był młody chłopak o potężnej budowie. Słysząc to brodaczowi automatycznie minęła złość i uśmiechnął się szeroko do klientów.
- Sto dwadzieścia! - powtórzył. - Kto da więcej? - pognałam wzrokiem do Akumy, który zaczął coś mówić do chłopaka obok niego. To on chciał mnie kupić za sto... czegoś tam, ale teraz mierzył mnie wzrokiem dając mi do zrozumienia, ze wszystko zależy od niego. Jego usta także się poruszały, aż w końcu wykrzyczał "sto pięćdziesiąt", po chwili mówić coś do Akumy. Czułam, jak serce staje mi w gardle. Chciałam, żeby już nikt nie podwyższał tej ceny. Nie ważne kim się okaże ten mężczyzna i co się ze mną stanie, chce po prostu być przy Akumie.
- Sto dziewięćdziesiąt! - znowu ten chłopak. Serce mi się zatrzymało, przez chwile nie oddychałam nienawidząc go. Dziwne, ze akurat po usłyszeniu o dzieciach zaczął się licytować. A niech mnie pocałuje w dupę! Za żadne skarby nigdzie się z nim nie ruszę! Spojrzałam błagalnie na tego, który stał obok Akumy i był moją ostatnią deską ratunku. W myślałam błagałam go o zgłoszenie się z wyższą ceną, gdyby to zrobił, zrobiłabym dla niego chyba wszystko. Tak jakby, nie popadajmy w paranoje. Po prostu chce być z przyjacielem, z kimś, kto mnie nie zabije kiedy odwrócę do tyłem, a wręcz przeciwnie.

<Akuma?>

Akuma CD Rue

Zastanawiał się, o co chodzi blondynowi. Wpatrzony w złociste kosmyki swobodnie opadające teraz na twarz chłopaka myśli dotyczące pierwotności ich koloru.
- Gdzie idziemy? - spytał w końcu, na co musiał dość długo się przygotowywać. Stalowe wręcz spojrzenie oferowane mu przez Ligana sprawiło, że poczuł dreszcze przebiegające przez całą długość jego kręgosłupa. Nieprzyjemny wzrok wprawił go w lekkie zakłopotanie, ale zdał sobie sprawę, że przez cały czas pqtrzył na niego w dokładnie taki sam sposób. Nie otrzymał odpowiedzi, nieznajomy jedynie zacisnął szczęki i odwrócił się, kontynuując marsz przez pokryte śniegiem miasto. Zwstanowił się, co by się stało, gdyby po prostu rzucił się do ucieczki. I tak jego kompan poruszał się tyłem do niego, jeśli przez parę następnych minut poruszałby się coraz ciszej, mogłoby się udać. Ponad to, na ulicach panował spory ruch. I pieszych, i samochodów. Chociaż niewieku było ubranych całkowicie na czarno, styl ubioru panował ten sam - każdy chciał wyglądać na takiego, z którym się nie zadziera lub takiego, który potrafi znacznie więcej, niż mogłoby się po nim spodziewać. Doszedł do wniosku, że ten pomysł nie wypali. Chociaż ubrany w kurtkę skórzaną, jego mięśnie pozostawały wyraźne, szerokie ramiona pewnie były skutkiem lat treningu, a nie sterydów i innych tego typu pierdół. Wzrostem mimo wszystko nie dorównywał Akumie, ale wiedział, że to tylko około pięć centymetrów różnicy. I dopiero teraz zdał sobie sprawę z pewnego istotnego szczegółu. Wygląda jak każdy tutaj. Zacisnął szczęki z gniewu, ostatnio ma problemy  kontrolowaniem go.
- Kto mnie przebrał? - spytał.
- Ja - bez wahania odparł chłodno. Zaskoczyło go to, ani razu wcześniej nie odpowiedział. No, prawie. Ale jak to w ogóle on? I po co? Nie mógł zostać we własnych ubramiach?!
- Dlaczego? - odezwał się ponownie, całym sobą hamując emocje. No i pięść, już zaciśniętą i czekającą na rozkaz pochodzący od mózgu chłopaka.
- Wszystkich to peszyło - jego ton stał się obojętny, z podobnymi uczuciami poruszył ramionami, na moment odwracając głowę na bok i z tej oozycji mierząc wzrokiem białowłosego.
- Mniejsza z tym. To gdzie idziemy? - spytał, by odwrócić uwagę typa od rumieńców wkradających się na jego twarz.
- Potrafisz wytrzymać dziesięć minut bez gadania? - odpowiedział pytaniem. Unika odpowiedzi, pomyślał białowłosy. Nie chce jej udzielić, ale dlaczego? Kolejne śledztwo go zirytowało, ale starał się zbytnio nie zwracać uwagi na obecną sytuację. Która za fajna nie jest.
- A zdziwiłbyś się - powiedział machinalnie, niemalże zapominając, że dodanie na koniec obraźliwego stwierdzenia to nie za dobry pomysł.
- Po prostu siedź cicho, dobra? - spytał, nawet nie siląc się na krótkie odwrócenie głowy.
Będąc już na miejscu, poczuł senność. Głowa momentami przechylał mu się na boki, oczy automatycznie zamykały. Zgromadzeni wokół ludzie patrzyli w jedno i to samo miejsce. W tej samej chwili wszystkie szepty ucichły. Na drewnianym podwyższeniu stanął wysoki brodacz, około czterdziestki. Ubrany w czarne glany, których cena musiała być większa od wszystkich moich pieniędzy razem wziętych. Patrzył wyzywająco na każdego z zgromadzonych. Nagle coś do mnie dotarło. Kiwa nieznacznie głową w stronę mojego towarzysza. Odwdzięczył się tym samym. Znają się? To niezbyt mnie zdziwiło. Obaj nadziani, tacy trzymają razem.
- A więc, witam was wszystkich. Bez niepotrzebnych słów, zaczynajmy. Pierwszy to choć mizernie wyglądający, to bardzo m mądry i sumienny chłopak. Zna się na gotowaniu, wcześniej pomagał przy dzieciach i z tego co wiem, właściciele go chwalili - Akuma nie mógł zrozumieć tego, co usłyszał. To jakiś pokaz mody? I jak to właścicieli? Nagle wszystko do niego dotarło.
- Dam trzydzieści! - odezwał się ktoś z tłumu, podnosząc dłoń z pieniędzmi i nią wymachując.
- Pan w czerwonej bluzce daje trzydzieści! Kto da trzydzieści pięć??? - poczuł obrzydzenie. Licytacja? Tutaj ludzi się kupuje? Milczał przez dłuższy czas, ostatecznie chłopak został wykupiony za dwieście... Czegoś. Nazea trudna do zapamiętania. Kolejna postać została wyrzucona na podwyższenie. Zacisnął pięści widząc zrozpaczoną minę starszej kobiety.
- Kto da dziesięć? - spytał licytator. Cisza. Przestąpił z nogi na nogę, niecierpliwiąc się.
- To bardzo dobra cena! - dodał, robiąc parę kroków w tył. Zacmokał tylko, kręcąc głową na boki.
- Nie, proszę, nie... - błagalny głos staruszki dobiegł do uszu chłopaka. Obok Logan stał z rękoma założonymi na piersi, lekkim rozkroku, z nie wyrażającą nic miną i przerwżająco obojętnym spojrzeniem.
- O co chodzi? - spytał tajemniczego blondyna. Ten nawet na niego nie spojrzał. Milczał. Żaden szczegół jego postawy się nie zmienił. Na "scenie" staruszka został rzucona na kolana przez mężczyznę. Akuma odruchowo wstrzymał oddech i zrobił krok do przodu, mierząc groźnym spojrzeniem towarzysza, który położył rękę na jego obojczykach i tym samym uniemożliwił mu jakikolwiek ruch do przodu.
- On zaraz coś jej zrobi - wycedził przez zaciśnięte zęby i w tej samej chwili usłyszał wystrzał. Aż podskoczył, rozszerzając powieki i spojrzał ponownie lrzed siebie. Ubranaw szmaty kobieta leżała na ziemi, krew skapywała z drewnianych desek. Zszokowany nie mógł uwierzyć własnym oczom.
- Dlaczego na to pozwolili?! - warknął, wściekły na swojego "wybawcę".
- Takie jest prawo. Siedź cicho i patrz - rozkazał. Białowłosy z ledwością opanował emocje i zmusił już podnoszoną rękę do zostqnia w spoczynku. Jednak na zmiqnę rozwierał ją i zaciskał w pięść. Terwz jego oczom ukwzała się znajoma twarz. Zaniemówił widząc ją. Je twwrz wydałw mu się  zmęczona, wyrażała strach, ale i wielką determinację. Niczym tygrys zakuty w kajdany, wkroczyła utykając na wyznaczone jej miejsce.
- Licytuj - powiedział bez tchu. Logan obdarzył go spojrzeniem mówiącym "Zwariowałeś???".
-Na co czekasz, licytuj! - powtórzył, rzucając mu ostre spojrzenie. Blondyn zmierzył wzrokiem od stóp do głów chłopaka. Jeśli zaraz czegoś nie zrobi, rozkwqsi mu twarz.
- Czemu? - ponownie splótł ramiona na piersi, odezajemniając spojrzenie. Poczuł, jak zalewa go gorąca fala furii.
- Licytuj - wycedził twardym głosem nieznoszącym sprzeciwu. - No dalej! - Warknął. Blondyn przewrócił oczyma.
- Jeżeli mi powiesz, czemu.
- Pośpiesz się, czas ucieka - przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Ten tylko uniósł brwi.
- Znam ją. Jedt dla mnie ważna. Jak nie zalicytujesz zabiję cię - odpowiedział mu śmiech.
- Nie zdołałbyś nawet spróbować ode mnie uciec - jego kpiący ton głosu na maksa go wkurzył. Już miał zamiar mu zdrowo przypierdzielić, ale powstrzymał go jego głos.
- Sto! - zawołwł, podnosząc rękę wysoko.
< Yey, wróciłam xd >

4 lis 2017

Vogel CD Smiley

Po jej pytaniu spojrzałem się na obręcze. Chwilę się zastanowiłem, po czym odkładając dwie obręcze, zacząłem pozostałymi czterema żonglować. Dokładniej wykonywałem trik fontanny asynchronicznej. Starając się wykonywać płynne ruchy. Gdy już tego dokonałem, spojrzałem kątem oka na dziewczynę, która z zainteresowaniem obserwowała każdy podrzut. Na ten widok prychnąłem cichym śmiechem, trochę wytrącając się z równowagi. Szybko jednak ją przywróciłem.
- Ten trik nazywany jest fontanną asynchroniczną i jest dość problematyczna, lecz ten -mówiąc to, zacząłem wykonywać inny trik, wyrzucając w powietrze jeszcze jedną obręcz -to Georgian Shuffle. Pamiętam, jak praca nad opanowaniem tego była trudna -kończąc wypowiedź, popełniłem błąd w chwycie, przez co przerwałem.
Westchnąłem ciężko, zbierając z ziemi przyrządy. Wstając, skierowałem się do kufra. Spojrzałem na Smiley, uśmiechając się do niej.
- Może teraz ty coś dla mnie wybierzesz? -zapytałem, ruchem ręki przywołując ja do siebie.
Akane podeszła do mnie i spoglądając do środka kufra, zaczęła się zastanawiać. Stojąc tak dłuższą chwilę, w końcu ze środka wyciągnęła dwie pałki połączone łańcuchem. Przekazała mi je z widocznym na jej twarzy pytaniem "Co to jest?". Zaśmiałem się, odbierając od niej sprzęt.
- Poikopałka -powiedziałem, co niewiele tłumaczyło. Pokręciłem głową, zdając sobie z tego sprawę dopiero po chwili -są to połączone pochodnie, które można w bardzo efektywne sposoby manipulować -chwyciłem się za brodę -te triki, choć wyglądają zjawiskowo, są dość trudne. Znam takiego, który z dwiema oddzielnymi pochodniami przypadkowo podpalił kogoś z widowni.
Zaczynając nimi powoli kręcić, uspokoiłem dziewczynę, która po usłyszeniu tej historii o podpaleniu chciała mi je zabrać. Nadal się z tego śmiejąc, sam odłożyłem sprzęt, uznając, że tyle na dzisiaj wystarczy. Przeciągając się, zacząłem błądzić wzrokiem po całym namiocie, zatrzymując swoje spojrzenie na dziewczynie. Łapiąc się za tył głowy, zapytałem ją.
- I jak ci się podobał trening? Był krótki i dość nudny, ale przypomniałem sobie co nieco. Nie chcę cię jednak dłużej tutaj trzymać, jeżeli nie chcesz...
W tym momencie, kiedy skończyłem, Akane pisnęła, kręcąc przy tym energicznie głową.
- Wcale się nie nudzę! To, co robiłeś, to było naprawdę cudowne! -odpowiedziała z wielkim zachwytem, na który się ucieszyłem.
Skinąłem głową i wziąłem skrzynię w ręce. Nawet jeżeli tak mówiła, nie chciałem już dłużej tego robić. Zbyt długie ćwiczenia po takiej przerwie są wręcz niedozwolone. Wpierw trzeba się do wszystkiego przyzwyczaić, by móc manewrować sprzętem na wysokim poziomie. Odkładając skrzynię na swoje miejsce wśród innych rekwizytów cyrkowców, spojrzałem się z powrotem na Akanę, która nie spuszczała ze mnie wzroku. Uśmiechnąłem się do niej, wyprostowując się przy tym. Wyglądała na zamyśloną, lecz szybko odwzajemniła uśmiech. Podchodząc do niej, zaczęła rozmowę.
- Może coś porobimy?
- To na pewno -odpowiedziałem, stając przy niej -tylko co? -dodałem, wychodząc z nią na zewnątrz, gdzie przywitał nas mocny podmuch zimnego wiatru.
Wypuściłem ze świstem powietrze i spojrzałem na nią.
- Może znowu gdzieś pójdziemy? -zaproponowałem.
Dziewczyna skinęła głową, przez co od razu ruszyliśmy przed siebie. Obserwując powoli zasypiającą przez zimę naturę, w głowie budowałem obraz swojego najbliższego występu.
<Smiley?>

3 lis 2017

Le Bleuet CD Midas

Słuchałem go. Cały czas. Każde jego słowo odbijało się echem w mojej głowie, co nie pozwalało na to, aby jakikolwiek szczegół zdołał mi umknąć. Każda kolejna prawda jaka do mnie docierała była jak dodatkowy gwóźdź, który wbijał się w moje serce. Czułem, jak oddech płycieje, oczy stają się wilgotne, a powietrze coraz cięższe. Całe moje ciało zaczęło drżeć... nie wiem, czy ze strachu czy ze stresu. Mimo to stałem i słucham wszystkiego z uwagą i powagą. Nie dodawałem żadnych komentarzy. Odebrało mi mowę.
Skończył i stało się to, co się stać musiało. W powietrzu zawisła ta cisza, która jest w stanie sama w sobie zabić relacje, które budują się latami, ale zbyt często miałem z nią do czynienia, by nie wiedzieć, jak sobie z nią radzić. Wziąłem głęboki oddech, by dać znak, że jeszcze nie uciekłem jak tchórz. Montgomery miał głowę nisko spuszczoną i milczał. Ja zacząłem głęboko oddychać. Nie mogłem postępować pochopnie, mimo że coś kusiło mnie srodze do tego, aby naubliżać jasnowłosemu jak tylko się da, ale... ta strona, której należało się słuchać mówiła z goła co innego. Nakazywała spokój, zastanowienie i analizę wszystkich możliwości. Postarałem się więc rozluźnić i uspokoić. Opanowałem drżenie ciała. Podszedłem do ukochanego. Był moim pierwszym prawdziwym partnerem, który chciał być ze mną i z którym ja chciałem być. Mimo swojego strachu nie mogłem go źle potraktować ani porzucić. Moje uczucia zawsze można jakoś nakierować, zaś Midas... Midas był posypany, pokruszony jak wazon byle jak posklejany taśmą klejącą. Wystarczyło jedno szturchnięcie łokciem, żeby wszystko znów stało się gruzem. Ująłem delikatnie jego dłoń. Na początku nie wiedział, jak ma zareagować. Czy się wyrwać czy poddać, ale koniec końców poddał się. Wziąłem go ze sobą i usadziłem na łóżku. Usiadłem obok niego. Nadal na mnie nie spojrzał. Nie wiedziałem kompletnie, co powinienem mu powiedzieć... nie! Ja nie wiedziałem od czego mam zacząć, bo... tylu rzeczom należało zaprzeczyć, że nie wiedziałem, co powinno być pierwsze. Sam czułem, że się gdzieś tam znowu sypię, że to dla mnie za dużo i najchętniej zająłbym się sobą i swoimi uczuciami, ale... kiedy pojawia się silne uczucie do drugiego człowieka to pragniemy zrobić wszystko, aby był z nami szczęśliwy.
Zbliżyłem się do niego najbliżej jak tylko mogłem, ale on na to nie zareagował nawet najmniejszym westchnięciem czy pomrukiem. Jedną dłonią trzymałem jego dłoń, a drugą sięgnąłem do jego głowy. Delikatnie przejechałem po jego delikatnych, aksamitnych włosach. Były takie miłe w dotyku...i zawsze przyjemnie mnie łaskotały, kiedy mężczyzna był blisko mnie. Zaczesałem je do tyłu i zobaczyłem jego bladą, spuchniętą twarz. Na sam ten widok zachciało mi się płakać, ale zagryzłem wargi i postanowiłem, że muszę być dla niego silny. On potrzebował pomocy bardziej niż ja. Nie mogłem go zawieźć. Tak dużo już dla mnie zrobił i tak wiele już o mnie wiedział...można z łatwością powiedzieć, że był pierwszym mężczyzną, z którym odbyłem swego rodzaju bardzo intymny stosunek, który... bardzo mi się podobał. Nigdzie na świecie nie znalazłbym już takiego wspaniałego partnera jak on...nie mogłe go porzucić za żadne skarby świata.
Przejechałem dłonią po jego wilgotnych policzkach. Zdenerwowałem się na siebie. Schowałem honor w buty i postanowiłem. Jednym zgarbnym ruchem wpakowałem mu się okrakiem na kolana. Spojrzał na mnie przerażony.
- Co ty... - zaczął, ale nie dałem mu skończyć. Spokojnie... wcale nie miałem nastroju na pieszczoty ani tym bardziej odwagi, ale wiedziałem, że bliskość to najlepsze, co mogłem mu dać. Przytuliłem jego głowę do swojej klatki piersiowej, a swoją oparłem o jego. Przez kilka sekund był sztywny jak beton, ale po chwili jego ciało się rozluźniło, poczułem jego ciepły oddech grzejący moją klatkę piersiową, a także dłonie sunące od moich ud przez pośladki i wkrótce oplatające się nisko w moim pasie. Mruknął cichutko i wtulił się bardziej w moje ciało. Zacząłem czule gładzić go po plecach. Byłem zupełnie rozluźniony, mimo że cały czas łzy spływały mi po policzkach. Zupełnie nie wiedziałem, co mam robić, jak mu pomóc i co może się jeszcze wydarzyć. W głowie biło mi się mnóstwo myśli i mnóstwo trosk, na które szukałem rozwiązań.
- Nie poddam się – pomyślałem – Po moim trupie.
Egzystowaliśmy tak bardzo długą chwilę. A może to były długie minuty, godziny... straciłem rachubę czasu od kotłujących się w głowie myśli, jednak obecność partnera motywowała mnie do tego, aby wszystko przemyśleć, o wszystkim pomyśleć i na wszystko wymyślić rozwiązanie.
- Jest już późno... - zaczął słabym głosem Midas i podniósł swój wzrok na moją twarz i dodał - ... skarbie... - och, aż mi się zakręciło w głowie, kiedy to jedno wspaniałe słowo zostało skierowane w tak czuły sposób. Mimowolnie uśmiechnąłem się wdzięcznie. Wciąż każdy komplement z ust jasnowłosego wywoływał u mnie przyjemne dreszcze.
- Idziemy spać? - szepnąłem. Mężczyzna mruknął z aprobatą i pociągnął mnie za sobą na łóżko. Zachichotałem, kiedy zaczął mnie miziać noskiem po szyi. Zaraz potem zaciągnął na nasze ciała ciepły koc i przyciągnął mnie mocno do siebie. Kąciki jego ust były uniesione w lekkim, sympatycznym uśmiechu. Cieszyłem się. Bardzo. Zaraz potem pod wpływem ciepła i bliskości zasnąłem, jednak nie zapomniałem o tym, że muszę przejąć pałeczkę, żeby nic złego nie spotkało mojego misiaczka.

Obudziłem się niechętnie. Coś absolutnie niepokojącego wybiło mnie ze snu. Wokół panowała absolutna cisza, a ciemność nie pozwalała mi zobaczyć nawet własnej dłoni, więc... można powiedzieć, że obudziłem się w zupełnie dziwny i niezrozumiały sposób. Posnułem dłonią obok mojego miejsca, ale nie wyczułem żadnego ciała obok. Midasa nie było obok mnie. Podniosłem się do siadu i rozejrzałem, ale nic nie zauważyłem poza ciemnością. Moje oczy mimo długiego okresu nie przyzwyczaiły się do ciemności, co mnie zaniepokoiło, ale mimo to podniosłem się zupełnie z łóżka. Szedłem bardzo powoli i po omacku, ale... dosyć długo zmagałem się z dojściem do wyjścia. W końcu kiedy poczułem materiał kotary ulżyło mi, ale nadal nie mogłem wyjść. Szedłem jej śladem wspak do ruchu wskazówek zegara, aż natrafiłem na otwór. Wyszedłem. Uderzył mnie bardzo dziwny aromat powietrza. W sumie... nie wiedziałem nawet czy to powietrze ma jakikolwiek aromat. Nie wiał żaden wiatr. Panowała absolutna cisza. Na niebie nie było widać ani księżyca ani gwiazd. Zupełna pustka na nieboskłonie i na ziemskim padole. Mimo to widziałem krajobraz wokół mnie, choć ficzynie było to nie możliwe. Brak lamp i księżyca sprawiał, że ziamia spowita była ciemnością. Na bosaka wszedłem w las, jakby coś nakierowało mnie właśnie tam z jakiegoś powodu. Zaufałem swojemu instynktowi. Nie wiem, jak długo kuśtykałem słabo wydeptaną ścieżką. Wiem, że po drodze nie natrafiłem na żadne gałązki ani inne przeszkody. W końcu drzewa zaczęły rzednieć, aż w końcu ukazała mi się leśna polana, na której ktoś był. Coś robił, lecz polana była tak duża, że nie byłem w stanie zidentyfikować czegokolwiek. Bez zastanowienia poszedłem więc dalej. Postać stawała się przerażająco podobna i znajoma. Skakała wesoło w kółko wspak wskazówkom zegarka. Rzucała coś na ziemie. Za nią szedł ten znajomy tygrys, lecz... szedł bardzo nienaturalnie jak na czworonożne zwierzę. Podchodziłem powoli coraz bliżej. W końcu zauważyłem obiekt wokół którego postać wesoło skakała. Była to kupa nieokreślonych obiektów. Zatrzymałem się i przyglądałem z zaciekawieniem, co robi mój partner.

Złoto to środek do celu,
złoto to cel sam w sobie,
złoto nauczyło wielu,
złoto też pokaże tobie,
złoto daje poziomem damom rozkosz,
złoto daje pozory władzy bożkom,
złoto ma moc, przyciąga jak magnes,
złoto jest piękne,
złoto jest powabne,
złoto sprawi, że będzie Ci łatwiej,
złoto idiotom pobudza wyobraźnię do pragnień,
złoto ma moc gdy mgła zaćmiewa umysł,
wściekły blask rozjaśnia noc,
złoto to cios,
jedne serca kamienieją inne broczą krwią,
złoto, złoto, złoto, złoto ...

Zaczął śpiewać. Nadal nic mi to nie powiedziało. Podszedłem bliżej i w końcu udało mi się rozpoznać obiekty tworzące stos. Jedyne, co poczułem to to, jak powietrze ze świstem dostaje się do moich płuc, a potem... nie mogę oddychać. Nie mogę złapać oddechu. Czułem, że zaraz zacznę się dusić. Na środku było mnóstwo ciał pokrytych złotą poświatą, z których wylewała się złota, czerwona i czarna ciecz. Spojrzałem pod swoje nogi i zobaczyłem rozsypane palce, uszy, języki, nosy i oczy. Wszystkie były zamienione w lśniący metal. Podniosłem głowę, a przede mną pojawiła się twarz Monty'ego. Uśmiechał się do mnie nienaturalnie. W oczodołach nie miał oczu. Jedynie pustkę, zaś usta pozbawione były zębów i języka. Próbowałem krzyczeń, ale straciłem również głos. Powietrza brakowało mi coraz bardziej. Dusiłem się, a jego twarz zbliżała się coraz bardziej. Nagle została pociągnięta w górę jakby za pomocą magicznego sznurka i dopiero wtedy zobaczyłem, że na szyi mojego ukochanego był sznur, który niewidzialna siła szarpnęła do góry. Jego ciało zadrżało nienaturalnie. Z całych swoich sił próbowałem krzyczeć i złapać choć trochę powietrza.
Ocknąłem się. Nadal nie mogłem złapać powietrza, lecz byłem już w namiocie Midasa. Dotknąłem go ręką, żeby mi pomógł, gdy nagle spod koca wyszła ta sama postać, która w moim śnie zawisła. Puste oczodoły i usta wywołały u mnie tak niesamowity spazm strachu, że moje ciało zaczęły wykonywać absolutnie nienaturalne ruchy. Stwór zaczął mnie dotykać chudymi, zimnymi palcami i czułem, że za chwile mnie zabije. Jedyne co mogłem robić to rzucać się w niepochamowanym szale. Tak bolały mnie płuca...

- ED!!! ED, OBUDŹ SIĘ DO CHOLERY! - obudziły mnie krzyki i mocne bóle na całym ciele. Gdy tylko otwarłem oczy, zerwałem się do siadu i wziąłem pierwszy porządny wdech. Moje ciało opanowały spazmy duszności, zacząłem kaszleć, jakbym co najmniej umierał z powodu raka płuc. Nie mogłem w ogóle opanować swojego ciała, ale z czasem wszystko zaczęło słabnąć. Nadal mną rzucało jak lalką, ale powietrze zaczęło docierać do wszystkich komórek, a ciało zaczęło powracać z krainy mar. Spojrzałem umęczonym spojrzeniem na Midasa. Z jednej strony czułem ulgę, a z drugiej przerażenie. Widziałem go już normalnie, a to znaczyło, że się obudziłem, ale jego twarz nie wyglądała wiele lepiej od tej z koszmaru. Była blada, jakby w jednej chwili ktoś zassał całe życie z mężczyzny, oczy były wilogtne od łez, a ciało drżało, jak jeszcze nigdy. Cały chodził z nerwów.
- Midas... - zacząłem i od razu wybuchnąłem tak przeraźliwym szlochem, że chyba w życiu jeszcze nigdy tak nie wyłem, jak właśnie wtedy. Kiedy sobie uświadomiłem te wszystkie przerażające rzeczy, rzuciłem się na niego drapieżnie i oplotłem tak szczelnie, że nie miał absolutnie żadnej możliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu.
- Nie popełniaj samobójstwa! Nie rób mi tego! Nie zostawiaj mnie! Bo... bo...bo ja wtedy też umre, też się zabije! Coś się stanie! Ja to wiem! Coś okropnego, ale nie wiem, co! Ja Cię nie zostawie! Nikt mi Cię nie zabierze! Nikt, rozumiesz?! - zacząłem rzucać wiązką zupełnie przypadkowych słów i stwierdzeń. Byłem tak roztrzęsiony, że nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Przylegałem tylko coraz mocniej do mężczyzny, jakbym się bał, że zaraz zupełnie zniknie. Zamilkłem. Oddychałem szybko i wydawałem zupełnie nie ludzkie dźwięki. Ni to do szlochu podobne ni do jęku. Czułem się trochę jakbym był nienormalny.
- Tak się cieszę, że żyjesz – wydusił jedynie, a ja poluźniłem uścisk. On od razu to wykorzystał i objął mnie mocno swoimi silnymi rękami. Teraz to on mnie przyciskał do siebie, jakby się bał, że zniknę – Tak się bałem, że umrzesz. Dusiłeś się i nie mogłem się dobudzić – dodał pełnym ulgi głosem.


< Misiek? Trochę nie konkretnie, ale... na dalsze przygody ty możesz dać śmiało pomysł ;) >

2 lis 2017

Smiley CD Vogel'a

Szybko, sprawnie i precyzyjnie zrobił Vogel jedzenie, które smakowicie pachniało oraz wyglądało. Zasiedliśmy do stołu, a że do głowy wpadł mi pomysł zjedzenia razem z jednego talerza, zaproponowałam ten pomysł chłopakowi, na co ten się zgodził. Po zjedzeniu pysznego jedzenia, udaliśmy się w kierunku namiotu, gdzie chłopak miał zamiar ćwiczyć. Myślałam, że atrybutów jakich to będzie potrzebował nie będzie dużo, ale myliłam się. Vogel miał ogromny kufer, co zaskoczyło mnie i to bardzo. Porównując to z moim ekwipunkiem jakiego to ja używam, to mój się umywał przy tym wszystkim. Potrzebne mi rzeczy potrafiłam zliczyć na palcach moich dłoni może i nawet jednej. Chłopak zaczął od żąglerki maczugami. Dobra rozumiałam trzema czy iloma, ale nie sześcioma. Szarooki przyjaciel zaczął mi imponować i to z każdej jednej perspektywy. Byłam tak skupiona na podziwianiu jego żąglerki, że za bardzo nie skupiłam się na tym co do mnie powiedział. Po krótkiej chwili odpowiedziałam mu, jednak wciąż nie odrywałam wzroku od niego. Jednak jego pytanie mnie zdziwiło i w dodatku pogubiłam się przez nie. Vogel stanął tuż przy mnie, a mój wzrok zawisł na jego twarzy. Gdy rozwinął swoje zdanie wiedziałam już o co mu chodzi. Szarooki podszedł do swojego magicznego kufra wyciągając obręcze uprzednio chowając swoje maczugi na miejsce. Gdy usłyszałam jego prawdziwe imię, zawstydziłam się. Sama nie wiedziałam dlaczego, ale pewnie było to spowodowane tym że moje imię czy też nazwisko nie były tak ładne jak w przypadku chłopaka.
- Ja... ja jestem Akane Phantonimes - odpowiedziałam ciszej. Jakoś nigdy wcześniej nie przedstawiałam się swoim imieniem nadanym przez rodziców.
- Miło mi - uśmiechnął się szczerym uśmiechem, zginając się przy tym w pół. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Zapamiętam twoje imię, paniczu Mikael- zaśmiałam się.
- A ja zapamiętam twoje, panienko Akane - chłopak przyłączył się wraz ze na do śmiechu. Po kilku minutach przestaliśmy.
- Vogel co masz zamiar zrobić z tymi obręczami? - podeszłam bliżej zmieniając temat oraz aby dokładnie wszystko przeanalizować co i jak będzie robił.

<Vogel?>

Event, event, event....!

Czas wziąć się w garść i zrobić jakiś event. Event będzie tradycyjny dla co niektórych, a dla niektórych nie! Halloween minęło więc eventu nie będzie z tej okazji, o świętach w grudniu już nie wspomnę, gdyż to jest za wcześnie. Dlatego ten event powstał tak sam od siebie. I będzie łatwy! 
Poniżej będą pytania na które wy będziecie musieli odpowiedzieć o ile będziecie chcieli wziąć udział. Event zaczyna się od dzisiaj (02/11/2017r.) a na zgłoszenie się macie czas do niedzieli (12/11/2017r do godz. 23:59:59 xD ) 
Wtedy osoby zgłoszone dostaną swoje zadania do wykonania tego eventu. Pierwsza osoba, która się zgłosi, będzie mogła wymyślić zadanie dla mnie. Mam nadzieję, że wam to odpowiada.
A oto tajemnicze pytania: 
1. Co lubicie robić we wolne chwile?
2. Jakie jest wasz ulubiony zwierzak?
3. Czego się boicie?
4. Kto jest waszym ulubieńcem na blogu?

Na pytania możecie odpowiadać na Discordzie w przeznaczonej do tego zakładce, w komentarzach czy też na howrse :)