5 lis 2017

Akuma CD Rue

Zastanawiał się, o co chodzi blondynowi. Wpatrzony w złociste kosmyki swobodnie opadające teraz na twarz chłopaka myśli dotyczące pierwotności ich koloru.
- Gdzie idziemy? - spytał w końcu, na co musiał dość długo się przygotowywać. Stalowe wręcz spojrzenie oferowane mu przez Ligana sprawiło, że poczuł dreszcze przebiegające przez całą długość jego kręgosłupa. Nieprzyjemny wzrok wprawił go w lekkie zakłopotanie, ale zdał sobie sprawę, że przez cały czas pqtrzył na niego w dokładnie taki sam sposób. Nie otrzymał odpowiedzi, nieznajomy jedynie zacisnął szczęki i odwrócił się, kontynuując marsz przez pokryte śniegiem miasto. Zwstanowił się, co by się stało, gdyby po prostu rzucił się do ucieczki. I tak jego kompan poruszał się tyłem do niego, jeśli przez parę następnych minut poruszałby się coraz ciszej, mogłoby się udać. Ponad to, na ulicach panował spory ruch. I pieszych, i samochodów. Chociaż niewieku było ubranych całkowicie na czarno, styl ubioru panował ten sam - każdy chciał wyglądać na takiego, z którym się nie zadziera lub takiego, który potrafi znacznie więcej, niż mogłoby się po nim spodziewać. Doszedł do wniosku, że ten pomysł nie wypali. Chociaż ubrany w kurtkę skórzaną, jego mięśnie pozostawały wyraźne, szerokie ramiona pewnie były skutkiem lat treningu, a nie sterydów i innych tego typu pierdół. Wzrostem mimo wszystko nie dorównywał Akumie, ale wiedział, że to tylko około pięć centymetrów różnicy. I dopiero teraz zdał sobie sprawę z pewnego istotnego szczegółu. Wygląda jak każdy tutaj. Zacisnął szczęki z gniewu, ostatnio ma problemy  kontrolowaniem go.
- Kto mnie przebrał? - spytał.
- Ja - bez wahania odparł chłodno. Zaskoczyło go to, ani razu wcześniej nie odpowiedział. No, prawie. Ale jak to w ogóle on? I po co? Nie mógł zostać we własnych ubramiach?!
- Dlaczego? - odezwał się ponownie, całym sobą hamując emocje. No i pięść, już zaciśniętą i czekającą na rozkaz pochodzący od mózgu chłopaka.
- Wszystkich to peszyło - jego ton stał się obojętny, z podobnymi uczuciami poruszył ramionami, na moment odwracając głowę na bok i z tej oozycji mierząc wzrokiem białowłosego.
- Mniejsza z tym. To gdzie idziemy? - spytał, by odwrócić uwagę typa od rumieńców wkradających się na jego twarz.
- Potrafisz wytrzymać dziesięć minut bez gadania? - odpowiedział pytaniem. Unika odpowiedzi, pomyślał białowłosy. Nie chce jej udzielić, ale dlaczego? Kolejne śledztwo go zirytowało, ale starał się zbytnio nie zwracać uwagi na obecną sytuację. Która za fajna nie jest.
- A zdziwiłbyś się - powiedział machinalnie, niemalże zapominając, że dodanie na koniec obraźliwego stwierdzenia to nie za dobry pomysł.
- Po prostu siedź cicho, dobra? - spytał, nawet nie siląc się na krótkie odwrócenie głowy.
Będąc już na miejscu, poczuł senność. Głowa momentami przechylał mu się na boki, oczy automatycznie zamykały. Zgromadzeni wokół ludzie patrzyli w jedno i to samo miejsce. W tej samej chwili wszystkie szepty ucichły. Na drewnianym podwyższeniu stanął wysoki brodacz, około czterdziestki. Ubrany w czarne glany, których cena musiała być większa od wszystkich moich pieniędzy razem wziętych. Patrzył wyzywająco na każdego z zgromadzonych. Nagle coś do mnie dotarło. Kiwa nieznacznie głową w stronę mojego towarzysza. Odwdzięczył się tym samym. Znają się? To niezbyt mnie zdziwiło. Obaj nadziani, tacy trzymają razem.
- A więc, witam was wszystkich. Bez niepotrzebnych słów, zaczynajmy. Pierwszy to choć mizernie wyglądający, to bardzo m mądry i sumienny chłopak. Zna się na gotowaniu, wcześniej pomagał przy dzieciach i z tego co wiem, właściciele go chwalili - Akuma nie mógł zrozumieć tego, co usłyszał. To jakiś pokaz mody? I jak to właścicieli? Nagle wszystko do niego dotarło.
- Dam trzydzieści! - odezwał się ktoś z tłumu, podnosząc dłoń z pieniędzmi i nią wymachując.
- Pan w czerwonej bluzce daje trzydzieści! Kto da trzydzieści pięć??? - poczuł obrzydzenie. Licytacja? Tutaj ludzi się kupuje? Milczał przez dłuższy czas, ostatecznie chłopak został wykupiony za dwieście... Czegoś. Nazea trudna do zapamiętania. Kolejna postać została wyrzucona na podwyższenie. Zacisnął pięści widząc zrozpaczoną minę starszej kobiety.
- Kto da dziesięć? - spytał licytator. Cisza. Przestąpił z nogi na nogę, niecierpliwiąc się.
- To bardzo dobra cena! - dodał, robiąc parę kroków w tył. Zacmokał tylko, kręcąc głową na boki.
- Nie, proszę, nie... - błagalny głos staruszki dobiegł do uszu chłopaka. Obok Logan stał z rękoma założonymi na piersi, lekkim rozkroku, z nie wyrażającą nic miną i przerwżająco obojętnym spojrzeniem.
- O co chodzi? - spytał tajemniczego blondyna. Ten nawet na niego nie spojrzał. Milczał. Żaden szczegół jego postawy się nie zmienił. Na "scenie" staruszka został rzucona na kolana przez mężczyznę. Akuma odruchowo wstrzymał oddech i zrobił krok do przodu, mierząc groźnym spojrzeniem towarzysza, który położył rękę na jego obojczykach i tym samym uniemożliwił mu jakikolwiek ruch do przodu.
- On zaraz coś jej zrobi - wycedził przez zaciśnięte zęby i w tej samej chwili usłyszał wystrzał. Aż podskoczył, rozszerzając powieki i spojrzał ponownie lrzed siebie. Ubranaw szmaty kobieta leżała na ziemi, krew skapywała z drewnianych desek. Zszokowany nie mógł uwierzyć własnym oczom.
- Dlaczego na to pozwolili?! - warknął, wściekły na swojego "wybawcę".
- Takie jest prawo. Siedź cicho i patrz - rozkazał. Białowłosy z ledwością opanował emocje i zmusił już podnoszoną rękę do zostqnia w spoczynku. Jednak na zmiqnę rozwierał ją i zaciskał w pięść. Terwz jego oczom ukwzała się znajoma twarz. Zaniemówił widząc ją. Je twwrz wydałw mu się  zmęczona, wyrażała strach, ale i wielką determinację. Niczym tygrys zakuty w kajdany, wkroczyła utykając na wyznaczone jej miejsce.
- Licytuj - powiedział bez tchu. Logan obdarzył go spojrzeniem mówiącym "Zwariowałeś???".
-Na co czekasz, licytuj! - powtórzył, rzucając mu ostre spojrzenie. Blondyn zmierzył wzrokiem od stóp do głów chłopaka. Jeśli zaraz czegoś nie zrobi, rozkwqsi mu twarz.
- Czemu? - ponownie splótł ramiona na piersi, odezajemniając spojrzenie. Poczuł, jak zalewa go gorąca fala furii.
- Licytuj - wycedził twardym głosem nieznoszącym sprzeciwu. - No dalej! - Warknął. Blondyn przewrócił oczyma.
- Jeżeli mi powiesz, czemu.
- Pośpiesz się, czas ucieka - przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Ten tylko uniósł brwi.
- Znam ją. Jedt dla mnie ważna. Jak nie zalicytujesz zabiję cię - odpowiedział mu śmiech.
- Nie zdołałbyś nawet spróbować ode mnie uciec - jego kpiący ton głosu na maksa go wkurzył. Już miał zamiar mu zdrowo przypierdzielić, ale powstrzymał go jego głos.
- Sto! - zawołwł, podnosząc rękę wysoko.
< Yey, wróciłam xd >

4 lis 2017

Vogel CD Smiley

Po jej pytaniu spojrzałem się na obręcze. Chwilę się zastanowiłem, po czym odkładając dwie obręcze, zacząłem pozostałymi czterema żonglować. Dokładniej wykonywałem trik fontanny asynchronicznej. Starając się wykonywać płynne ruchy. Gdy już tego dokonałem, spojrzałem kątem oka na dziewczynę, która z zainteresowaniem obserwowała każdy podrzut. Na ten widok prychnąłem cichym śmiechem, trochę wytrącając się z równowagi. Szybko jednak ją przywróciłem.
- Ten trik nazywany jest fontanną asynchroniczną i jest dość problematyczna, lecz ten -mówiąc to, zacząłem wykonywać inny trik, wyrzucając w powietrze jeszcze jedną obręcz -to Georgian Shuffle. Pamiętam, jak praca nad opanowaniem tego była trudna -kończąc wypowiedź, popełniłem błąd w chwycie, przez co przerwałem.
Westchnąłem ciężko, zbierając z ziemi przyrządy. Wstając, skierowałem się do kufra. Spojrzałem na Smiley, uśmiechając się do niej.
- Może teraz ty coś dla mnie wybierzesz? -zapytałem, ruchem ręki przywołując ja do siebie.
Akane podeszła do mnie i spoglądając do środka kufra, zaczęła się zastanawiać. Stojąc tak dłuższą chwilę, w końcu ze środka wyciągnęła dwie pałki połączone łańcuchem. Przekazała mi je z widocznym na jej twarzy pytaniem "Co to jest?". Zaśmiałem się, odbierając od niej sprzęt.
- Poikopałka -powiedziałem, co niewiele tłumaczyło. Pokręciłem głową, zdając sobie z tego sprawę dopiero po chwili -są to połączone pochodnie, które można w bardzo efektywne sposoby manipulować -chwyciłem się za brodę -te triki, choć wyglądają zjawiskowo, są dość trudne. Znam takiego, który z dwiema oddzielnymi pochodniami przypadkowo podpalił kogoś z widowni.
Zaczynając nimi powoli kręcić, uspokoiłem dziewczynę, która po usłyszeniu tej historii o podpaleniu chciała mi je zabrać. Nadal się z tego śmiejąc, sam odłożyłem sprzęt, uznając, że tyle na dzisiaj wystarczy. Przeciągając się, zacząłem błądzić wzrokiem po całym namiocie, zatrzymując swoje spojrzenie na dziewczynie. Łapiąc się za tył głowy, zapytałem ją.
- I jak ci się podobał trening? Był krótki i dość nudny, ale przypomniałem sobie co nieco. Nie chcę cię jednak dłużej tutaj trzymać, jeżeli nie chcesz...
W tym momencie, kiedy skończyłem, Akane pisnęła, kręcąc przy tym energicznie głową.
- Wcale się nie nudzę! To, co robiłeś, to było naprawdę cudowne! -odpowiedziała z wielkim zachwytem, na który się ucieszyłem.
Skinąłem głową i wziąłem skrzynię w ręce. Nawet jeżeli tak mówiła, nie chciałem już dłużej tego robić. Zbyt długie ćwiczenia po takiej przerwie są wręcz niedozwolone. Wpierw trzeba się do wszystkiego przyzwyczaić, by móc manewrować sprzętem na wysokim poziomie. Odkładając skrzynię na swoje miejsce wśród innych rekwizytów cyrkowców, spojrzałem się z powrotem na Akanę, która nie spuszczała ze mnie wzroku. Uśmiechnąłem się do niej, wyprostowując się przy tym. Wyglądała na zamyśloną, lecz szybko odwzajemniła uśmiech. Podchodząc do niej, zaczęła rozmowę.
- Może coś porobimy?
- To na pewno -odpowiedziałem, stając przy niej -tylko co? -dodałem, wychodząc z nią na zewnątrz, gdzie przywitał nas mocny podmuch zimnego wiatru.
Wypuściłem ze świstem powietrze i spojrzałem na nią.
- Może znowu gdzieś pójdziemy? -zaproponowałem.
Dziewczyna skinęła głową, przez co od razu ruszyliśmy przed siebie. Obserwując powoli zasypiającą przez zimę naturę, w głowie budowałem obraz swojego najbliższego występu.
<Smiley?>

3 lis 2017

Le Bleuet CD Midas

Słuchałem go. Cały czas. Każde jego słowo odbijało się echem w mojej głowie, co nie pozwalało na to, aby jakikolwiek szczegół zdołał mi umknąć. Każda kolejna prawda jaka do mnie docierała była jak dodatkowy gwóźdź, który wbijał się w moje serce. Czułem, jak oddech płycieje, oczy stają się wilgotne, a powietrze coraz cięższe. Całe moje ciało zaczęło drżeć... nie wiem, czy ze strachu czy ze stresu. Mimo to stałem i słucham wszystkiego z uwagą i powagą. Nie dodawałem żadnych komentarzy. Odebrało mi mowę.
Skończył i stało się to, co się stać musiało. W powietrzu zawisła ta cisza, która jest w stanie sama w sobie zabić relacje, które budują się latami, ale zbyt często miałem z nią do czynienia, by nie wiedzieć, jak sobie z nią radzić. Wziąłem głęboki oddech, by dać znak, że jeszcze nie uciekłem jak tchórz. Montgomery miał głowę nisko spuszczoną i milczał. Ja zacząłem głęboko oddychać. Nie mogłem postępować pochopnie, mimo że coś kusiło mnie srodze do tego, aby naubliżać jasnowłosemu jak tylko się da, ale... ta strona, której należało się słuchać mówiła z goła co innego. Nakazywała spokój, zastanowienie i analizę wszystkich możliwości. Postarałem się więc rozluźnić i uspokoić. Opanowałem drżenie ciała. Podszedłem do ukochanego. Był moim pierwszym prawdziwym partnerem, który chciał być ze mną i z którym ja chciałem być. Mimo swojego strachu nie mogłem go źle potraktować ani porzucić. Moje uczucia zawsze można jakoś nakierować, zaś Midas... Midas był posypany, pokruszony jak wazon byle jak posklejany taśmą klejącą. Wystarczyło jedno szturchnięcie łokciem, żeby wszystko znów stało się gruzem. Ująłem delikatnie jego dłoń. Na początku nie wiedział, jak ma zareagować. Czy się wyrwać czy poddać, ale koniec końców poddał się. Wziąłem go ze sobą i usadziłem na łóżku. Usiadłem obok niego. Nadal na mnie nie spojrzał. Nie wiedziałem kompletnie, co powinienem mu powiedzieć... nie! Ja nie wiedziałem od czego mam zacząć, bo... tylu rzeczom należało zaprzeczyć, że nie wiedziałem, co powinno być pierwsze. Sam czułem, że się gdzieś tam znowu sypię, że to dla mnie za dużo i najchętniej zająłbym się sobą i swoimi uczuciami, ale... kiedy pojawia się silne uczucie do drugiego człowieka to pragniemy zrobić wszystko, aby był z nami szczęśliwy.
Zbliżyłem się do niego najbliżej jak tylko mogłem, ale on na to nie zareagował nawet najmniejszym westchnięciem czy pomrukiem. Jedną dłonią trzymałem jego dłoń, a drugą sięgnąłem do jego głowy. Delikatnie przejechałem po jego delikatnych, aksamitnych włosach. Były takie miłe w dotyku...i zawsze przyjemnie mnie łaskotały, kiedy mężczyzna był blisko mnie. Zaczesałem je do tyłu i zobaczyłem jego bladą, spuchniętą twarz. Na sam ten widok zachciało mi się płakać, ale zagryzłem wargi i postanowiłem, że muszę być dla niego silny. On potrzebował pomocy bardziej niż ja. Nie mogłem go zawieźć. Tak dużo już dla mnie zrobił i tak wiele już o mnie wiedział...można z łatwością powiedzieć, że był pierwszym mężczyzną, z którym odbyłem swego rodzaju bardzo intymny stosunek, który... bardzo mi się podobał. Nigdzie na świecie nie znalazłbym już takiego wspaniałego partnera jak on...nie mogłe go porzucić za żadne skarby świata.
Przejechałem dłonią po jego wilgotnych policzkach. Zdenerwowałem się na siebie. Schowałem honor w buty i postanowiłem. Jednym zgarbnym ruchem wpakowałem mu się okrakiem na kolana. Spojrzał na mnie przerażony.
- Co ty... - zaczął, ale nie dałem mu skończyć. Spokojnie... wcale nie miałem nastroju na pieszczoty ani tym bardziej odwagi, ale wiedziałem, że bliskość to najlepsze, co mogłem mu dać. Przytuliłem jego głowę do swojej klatki piersiowej, a swoją oparłem o jego. Przez kilka sekund był sztywny jak beton, ale po chwili jego ciało się rozluźniło, poczułem jego ciepły oddech grzejący moją klatkę piersiową, a także dłonie sunące od moich ud przez pośladki i wkrótce oplatające się nisko w moim pasie. Mruknął cichutko i wtulił się bardziej w moje ciało. Zacząłem czule gładzić go po plecach. Byłem zupełnie rozluźniony, mimo że cały czas łzy spływały mi po policzkach. Zupełnie nie wiedziałem, co mam robić, jak mu pomóc i co może się jeszcze wydarzyć. W głowie biło mi się mnóstwo myśli i mnóstwo trosk, na które szukałem rozwiązań.
- Nie poddam się – pomyślałem – Po moim trupie.
Egzystowaliśmy tak bardzo długą chwilę. A może to były długie minuty, godziny... straciłem rachubę czasu od kotłujących się w głowie myśli, jednak obecność partnera motywowała mnie do tego, aby wszystko przemyśleć, o wszystkim pomyśleć i na wszystko wymyślić rozwiązanie.
- Jest już późno... - zaczął słabym głosem Midas i podniósł swój wzrok na moją twarz i dodał - ... skarbie... - och, aż mi się zakręciło w głowie, kiedy to jedno wspaniałe słowo zostało skierowane w tak czuły sposób. Mimowolnie uśmiechnąłem się wdzięcznie. Wciąż każdy komplement z ust jasnowłosego wywoływał u mnie przyjemne dreszcze.
- Idziemy spać? - szepnąłem. Mężczyzna mruknął z aprobatą i pociągnął mnie za sobą na łóżko. Zachichotałem, kiedy zaczął mnie miziać noskiem po szyi. Zaraz potem zaciągnął na nasze ciała ciepły koc i przyciągnął mnie mocno do siebie. Kąciki jego ust były uniesione w lekkim, sympatycznym uśmiechu. Cieszyłem się. Bardzo. Zaraz potem pod wpływem ciepła i bliskości zasnąłem, jednak nie zapomniałem o tym, że muszę przejąć pałeczkę, żeby nic złego nie spotkało mojego misiaczka.

Obudziłem się niechętnie. Coś absolutnie niepokojącego wybiło mnie ze snu. Wokół panowała absolutna cisza, a ciemność nie pozwalała mi zobaczyć nawet własnej dłoni, więc... można powiedzieć, że obudziłem się w zupełnie dziwny i niezrozumiały sposób. Posnułem dłonią obok mojego miejsca, ale nie wyczułem żadnego ciała obok. Midasa nie było obok mnie. Podniosłem się do siadu i rozejrzałem, ale nic nie zauważyłem poza ciemnością. Moje oczy mimo długiego okresu nie przyzwyczaiły się do ciemności, co mnie zaniepokoiło, ale mimo to podniosłem się zupełnie z łóżka. Szedłem bardzo powoli i po omacku, ale... dosyć długo zmagałem się z dojściem do wyjścia. W końcu kiedy poczułem materiał kotary ulżyło mi, ale nadal nie mogłem wyjść. Szedłem jej śladem wspak do ruchu wskazówek zegara, aż natrafiłem na otwór. Wyszedłem. Uderzył mnie bardzo dziwny aromat powietrza. W sumie... nie wiedziałem nawet czy to powietrze ma jakikolwiek aromat. Nie wiał żaden wiatr. Panowała absolutna cisza. Na niebie nie było widać ani księżyca ani gwiazd. Zupełna pustka na nieboskłonie i na ziemskim padole. Mimo to widziałem krajobraz wokół mnie, choć ficzynie było to nie możliwe. Brak lamp i księżyca sprawiał, że ziamia spowita była ciemnością. Na bosaka wszedłem w las, jakby coś nakierowało mnie właśnie tam z jakiegoś powodu. Zaufałem swojemu instynktowi. Nie wiem, jak długo kuśtykałem słabo wydeptaną ścieżką. Wiem, że po drodze nie natrafiłem na żadne gałązki ani inne przeszkody. W końcu drzewa zaczęły rzednieć, aż w końcu ukazała mi się leśna polana, na której ktoś był. Coś robił, lecz polana była tak duża, że nie byłem w stanie zidentyfikować czegokolwiek. Bez zastanowienia poszedłem więc dalej. Postać stawała się przerażająco podobna i znajoma. Skakała wesoło w kółko wspak wskazówkom zegarka. Rzucała coś na ziemie. Za nią szedł ten znajomy tygrys, lecz... szedł bardzo nienaturalnie jak na czworonożne zwierzę. Podchodziłem powoli coraz bliżej. W końcu zauważyłem obiekt wokół którego postać wesoło skakała. Była to kupa nieokreślonych obiektów. Zatrzymałem się i przyglądałem z zaciekawieniem, co robi mój partner.

Złoto to środek do celu,
złoto to cel sam w sobie,
złoto nauczyło wielu,
złoto też pokaże tobie,
złoto daje poziomem damom rozkosz,
złoto daje pozory władzy bożkom,
złoto ma moc, przyciąga jak magnes,
złoto jest piękne,
złoto jest powabne,
złoto sprawi, że będzie Ci łatwiej,
złoto idiotom pobudza wyobraźnię do pragnień,
złoto ma moc gdy mgła zaćmiewa umysł,
wściekły blask rozjaśnia noc,
złoto to cios,
jedne serca kamienieją inne broczą krwią,
złoto, złoto, złoto, złoto ...

Zaczął śpiewać. Nadal nic mi to nie powiedziało. Podszedłem bliżej i w końcu udało mi się rozpoznać obiekty tworzące stos. Jedyne, co poczułem to to, jak powietrze ze świstem dostaje się do moich płuc, a potem... nie mogę oddychać. Nie mogę złapać oddechu. Czułem, że zaraz zacznę się dusić. Na środku było mnóstwo ciał pokrytych złotą poświatą, z których wylewała się złota, czerwona i czarna ciecz. Spojrzałem pod swoje nogi i zobaczyłem rozsypane palce, uszy, języki, nosy i oczy. Wszystkie były zamienione w lśniący metal. Podniosłem głowę, a przede mną pojawiła się twarz Monty'ego. Uśmiechał się do mnie nienaturalnie. W oczodołach nie miał oczu. Jedynie pustkę, zaś usta pozbawione były zębów i języka. Próbowałem krzyczeń, ale straciłem również głos. Powietrza brakowało mi coraz bardziej. Dusiłem się, a jego twarz zbliżała się coraz bardziej. Nagle została pociągnięta w górę jakby za pomocą magicznego sznurka i dopiero wtedy zobaczyłem, że na szyi mojego ukochanego był sznur, który niewidzialna siła szarpnęła do góry. Jego ciało zadrżało nienaturalnie. Z całych swoich sił próbowałem krzyczeć i złapać choć trochę powietrza.
Ocknąłem się. Nadal nie mogłem złapać powietrza, lecz byłem już w namiocie Midasa. Dotknąłem go ręką, żeby mi pomógł, gdy nagle spod koca wyszła ta sama postać, która w moim śnie zawisła. Puste oczodoły i usta wywołały u mnie tak niesamowity spazm strachu, że moje ciało zaczęły wykonywać absolutnie nienaturalne ruchy. Stwór zaczął mnie dotykać chudymi, zimnymi palcami i czułem, że za chwile mnie zabije. Jedyne co mogłem robić to rzucać się w niepochamowanym szale. Tak bolały mnie płuca...

- ED!!! ED, OBUDŹ SIĘ DO CHOLERY! - obudziły mnie krzyki i mocne bóle na całym ciele. Gdy tylko otwarłem oczy, zerwałem się do siadu i wziąłem pierwszy porządny wdech. Moje ciało opanowały spazmy duszności, zacząłem kaszleć, jakbym co najmniej umierał z powodu raka płuc. Nie mogłem w ogóle opanować swojego ciała, ale z czasem wszystko zaczęło słabnąć. Nadal mną rzucało jak lalką, ale powietrze zaczęło docierać do wszystkich komórek, a ciało zaczęło powracać z krainy mar. Spojrzałem umęczonym spojrzeniem na Midasa. Z jednej strony czułem ulgę, a z drugiej przerażenie. Widziałem go już normalnie, a to znaczyło, że się obudziłem, ale jego twarz nie wyglądała wiele lepiej od tej z koszmaru. Była blada, jakby w jednej chwili ktoś zassał całe życie z mężczyzny, oczy były wilogtne od łez, a ciało drżało, jak jeszcze nigdy. Cały chodził z nerwów.
- Midas... - zacząłem i od razu wybuchnąłem tak przeraźliwym szlochem, że chyba w życiu jeszcze nigdy tak nie wyłem, jak właśnie wtedy. Kiedy sobie uświadomiłem te wszystkie przerażające rzeczy, rzuciłem się na niego drapieżnie i oplotłem tak szczelnie, że nie miał absolutnie żadnej możliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu.
- Nie popełniaj samobójstwa! Nie rób mi tego! Nie zostawiaj mnie! Bo... bo...bo ja wtedy też umre, też się zabije! Coś się stanie! Ja to wiem! Coś okropnego, ale nie wiem, co! Ja Cię nie zostawie! Nikt mi Cię nie zabierze! Nikt, rozumiesz?! - zacząłem rzucać wiązką zupełnie przypadkowych słów i stwierdzeń. Byłem tak roztrzęsiony, że nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Przylegałem tylko coraz mocniej do mężczyzny, jakbym się bał, że zaraz zupełnie zniknie. Zamilkłem. Oddychałem szybko i wydawałem zupełnie nie ludzkie dźwięki. Ni to do szlochu podobne ni do jęku. Czułem się trochę jakbym był nienormalny.
- Tak się cieszę, że żyjesz – wydusił jedynie, a ja poluźniłem uścisk. On od razu to wykorzystał i objął mnie mocno swoimi silnymi rękami. Teraz to on mnie przyciskał do siebie, jakby się bał, że zniknę – Tak się bałem, że umrzesz. Dusiłeś się i nie mogłem się dobudzić – dodał pełnym ulgi głosem.


< Misiek? Trochę nie konkretnie, ale... na dalsze przygody ty możesz dać śmiało pomysł ;) >

2 lis 2017

Smiley CD Vogel'a

Szybko, sprawnie i precyzyjnie zrobił Vogel jedzenie, które smakowicie pachniało oraz wyglądało. Zasiedliśmy do stołu, a że do głowy wpadł mi pomysł zjedzenia razem z jednego talerza, zaproponowałam ten pomysł chłopakowi, na co ten się zgodził. Po zjedzeniu pysznego jedzenia, udaliśmy się w kierunku namiotu, gdzie chłopak miał zamiar ćwiczyć. Myślałam, że atrybutów jakich to będzie potrzebował nie będzie dużo, ale myliłam się. Vogel miał ogromny kufer, co zaskoczyło mnie i to bardzo. Porównując to z moim ekwipunkiem jakiego to ja używam, to mój się umywał przy tym wszystkim. Potrzebne mi rzeczy potrafiłam zliczyć na palcach moich dłoni może i nawet jednej. Chłopak zaczął od żąglerki maczugami. Dobra rozumiałam trzema czy iloma, ale nie sześcioma. Szarooki przyjaciel zaczął mi imponować i to z każdej jednej perspektywy. Byłam tak skupiona na podziwianiu jego żąglerki, że za bardzo nie skupiłam się na tym co do mnie powiedział. Po krótkiej chwili odpowiedziałam mu, jednak wciąż nie odrywałam wzroku od niego. Jednak jego pytanie mnie zdziwiło i w dodatku pogubiłam się przez nie. Vogel stanął tuż przy mnie, a mój wzrok zawisł na jego twarzy. Gdy rozwinął swoje zdanie wiedziałam już o co mu chodzi. Szarooki podszedł do swojego magicznego kufra wyciągając obręcze uprzednio chowając swoje maczugi na miejsce. Gdy usłyszałam jego prawdziwe imię, zawstydziłam się. Sama nie wiedziałam dlaczego, ale pewnie było to spowodowane tym że moje imię czy też nazwisko nie były tak ładne jak w przypadku chłopaka.
- Ja... ja jestem Akane Phantonimes - odpowiedziałam ciszej. Jakoś nigdy wcześniej nie przedstawiałam się swoim imieniem nadanym przez rodziców.
- Miło mi - uśmiechnął się szczerym uśmiechem, zginając się przy tym w pół. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Zapamiętam twoje imię, paniczu Mikael- zaśmiałam się.
- A ja zapamiętam twoje, panienko Akane - chłopak przyłączył się wraz ze na do śmiechu. Po kilku minutach przestaliśmy.
- Vogel co masz zamiar zrobić z tymi obręczami? - podeszłam bliżej zmieniając temat oraz aby dokładnie wszystko przeanalizować co i jak będzie robił.

<Vogel?>

Event, event, event....!

Czas wziąć się w garść i zrobić jakiś event. Event będzie tradycyjny dla co niektórych, a dla niektórych nie! Halloween minęło więc eventu nie będzie z tej okazji, o świętach w grudniu już nie wspomnę, gdyż to jest za wcześnie. Dlatego ten event powstał tak sam od siebie. I będzie łatwy! 
Poniżej będą pytania na które wy będziecie musieli odpowiedzieć o ile będziecie chcieli wziąć udział. Event zaczyna się od dzisiaj (02/11/2017r.) a na zgłoszenie się macie czas do niedzieli (12/11/2017r do godz. 23:59:59 xD ) 
Wtedy osoby zgłoszone dostaną swoje zadania do wykonania tego eventu. Pierwsza osoba, która się zgłosi, będzie mogła wymyślić zadanie dla mnie. Mam nadzieję, że wam to odpowiada.
A oto tajemnicze pytania: 
1. Co lubicie robić we wolne chwile?
2. Jakie jest wasz ulubiony zwierzak?
3. Czego się boicie?
4. Kto jest waszym ulubieńcem na blogu?

Na pytania możecie odpowiadać na Discordzie w przeznaczonej do tego zakładce, w komentarzach czy też na howrse :)

29 paź 2017

Vogel C.D Smiley

Patrzyłem na nią z zainteresowaniem, a następnie uśmiechnąłem się do niej ciepło.
- Czemu nie? -odrzekłem, przechylając delikatnie głowę.
Dziewczyna również się uśmiechnęła, po czym ponownie zrównała ze mną kroku. Założyłem ręce za głową, wzdychając przy tym.
- Przed występem naprawdę przydałby mi się jakiś porządny wycisk, więc dzięki, że z tym wyskoczyłaś.
- Do usług -zaśmiała się, na co odpowiedziałem tym samym.
Minęło kilka minut, aż w końcu trafiliśmy do jej namiotu. Wchodząc, już z przyzwyczajenia powiedziałem "przepraszam za najście", na co się zaśmiałem. Przechodząc wraz ze Smiley do kuchni, przywitałem się z Biscą i Yukim, którzy wesoło do mnie podbiegli. Wchodząc do wnęki, ujrzałem Smiley, która zaczęła już przygotowywać kubki na herbatę. Przeszedłem obok niej i zatrzymałem się przed małymi szafkami. Łapiąc się za podbródek, zacząłem myśleć nad posiłkiem, który mogłem przygotować. Nie wiedząc, co mógłbym zorganizować, spojrzałem się na Smiley, która zaczęła już zalewać nasze herbaty. Nadąłem policzki, opierając się przy tym tyłem o blaty. Wtedy niebieskooka spojrzała się na mnie z pytającym wyrazem twarzy. Złożyłem ręce na piersi i westchnąłem. Szybko mogłem usłyszeć jej cichutki śmiech. Niosąc obydwa kubki, podeszła do mnie i podała mi jeden z nich, który ochoczo przyjąłem. Upiłem z niego trochę cieczy, nadal myśląc nad daniem.
- Wymyśliłeś już coś? -zapytała, również opierając się o szafki.
Pokręciłem głową i spojrzałem na nią. Wtedy pomyślałem, że takim szybkim, a pożywnym daniem jest omlet. Odstawiłem kubek i z uśmiechem zwróciłem się do dziewczyny.
- Mogłabyś podać mi kilka jajek, olej i jakieś dodatki, które ty lubisz? -zapytałem, otwierając szafkę, z której wyciągnąłem patelnię i małą miseczkę.
Dziewczyna zaskoczona skinęła głową, po czym odstawiając kubek obok mojego, podeszła do lodówki. Minęło kilka chwil, aż w końcu podała mi wszystkie składniki. Z uśmiechem zabrałem się za ich wymieszanie w misce, a Smiley poprosiłem, aby rozgrzała już niewielką ilość oleju na patelni. Chwila moment, a już wymieszane produkty wlewałem do nagrzanego naczynia. Czekając, zacząłem nieświadomie nucić jakąś starą piosenkę, którą podłapała Smiley, przez co czas oczekiwania minął nam bardzo miło. Gdy wyłączyłem już palnik, na poprosiłem, aby podała mi największy talerz, jaki ma, po czym nałożyłem na niego omlet, który praktycznie pokrywał całą jego powierzchnię. Uśmiechnięty ruszyłem w stronę głównego pokoju, w którym to odstawiłem, a następnie wróciłem się po widelce i noże oraz mniejsze talerzyki. Siadając naprzeciw dziewczyny, podałem jej sztućce i talerz, aby mogła sobie trochę nałożyć. Gdy zacząłem już kroić niewielką część, aby przełożyć ją na swoje naczynie, usłyszałem jej cichy głos.
- Może zjemy z jednego?
Spojrzałem na nią, uśmiechając się przy tym. W sumie, po co brudzić inne rzeczy. Ze skinieniem wziąłem pierwszy kęs. Choć dawno już tego nie robiłem, to było dość dobre. Patrząc na Smiley, oczekiwałem jej reakcji, która również była pozytywna, z czego się bardzo ucieszyłem. Po skończonym posiłku pomogłem jej posprzątać, po czym wyszliśmy z jej namiotu, kierując się do miejsca treningowego. Będąc na miejscu, westchnąłem ciężko. Podszedłem do kurtyn, gdzie kryły się akcesoria na występy, wyciągając przy tym potrzebną do moich ćwiczeń skrzynię. Położyłem ją przed Smiley. Otwierając ją, zacząłem ponowną rozmowę.
- Tylko się nie zdziw, kiedy coś mi nie wyjdzie -zaśmiałem się -miałem dość długą przerwę i mogę robić pomyłki -rzekłem, wyciągając jak na razie trzy kolorowe maczugi.
Odchodząc trochę do tyłu, nabrałem dużo powietrza w płuca i spojrzałem się w górę, zamykając przy tym oczy. Rozluźniłem mięśnie, a następnie podrzuciłem pierwszą maczugę, za którą powędrowała kolejna i kolejna. Czułem, że źle je chwytam, dlatego ciągle się krzywiłem. Niekiedy prawie mi wypadały, lecz to było mi nawet na rękę, bo mogłem je poczuć. Z każdym nieudanym posunięciem, słyszałem doping Smiley, na który cały czas się uśmiechałem. Kiedy w końcu poczułem te trzy, poprosiłem, aby dorzuciła mi kolejną, a za dwie minuty jeszcze jedną. Jak powiedziałem, tak zrobiła, choć nie była do tego zbyt przekonana. Było to jednak zabawne, przez co chciałem jeszcze więcej. Żonglując, przerzucałem maczugi za sobą, pod nogami, a nawet kiedy się obracałem, ponownie zacząłem mówić.
- Smiley, mogę się o coś zapytać?
- J-jasne. Co takiego? -oddała pytaniem za pytanie.
Zrobiłem kolejny obrót, zbliżając się przy tym do niej, bym nie musiał skupiać się na tylu rzeczach, jak żonglowanie, robienie sztuczek, jak i unoszenie głosu.
- My to chyba się jeszcze nie przedstawiliśmy, chociaż, że znamy się już tyle -powiedziałem, przypominając sobie nasze pierwsze spotkanie -I nie chodzi mi tutaj o pseudonimy, Smiley -dodałem, łapiąc w ręce maczugi, dzięki czemu mogłem na nią spojrzeć.
Szybko uśmiechnąłem się do niej, podchodząc przy tym do kufra, do którego schowałem dotychczasowe przyrządy, po czym wyjąłem obręcze. Zakładając po trzy na rękę, zacząłem nimi kręcić, nie spuszczając dziewczyny z oczu.
- Przedstawię się pierwszy -rzekłem, podrzucając obręcze -Moje prawdziwe imię to Mikaela Langdon.
Dziewczyna przez chwilę wyglądała na nieobecną, tak jakby pochłonęły ją jej własne myśli.
<Smiley?>

28 paź 2017

Midas CD Le Bleuet

Montgomery wpadł do swojego namiotu niczym burza, na wejściu o mały włos nie przewracając się przez zabawkę Aurum. Zaklął szpetnie i omiótł wzrokiem pomieszczenie. Tygrysica wskoczyła na łóżko, tylko po to aby chwilę później z niego zeskoczyć. Miotała się niespokojnie po domu, to powarkując to ocierając się o swojego właściciela. Zwierze nie nawykło do sytuacji w którym jego pan bywał tak rozchwiany emocjonalnie, zresztą nie było czemu się dziwić. Sam Midas czuł że wszystko wymyka się mu z pod kontroli, szczerze mówiąc, miał wrażenie że się topi.
Jenna, Jenna, Jenna.
To niepozorne imię pustoszyło jego poukładany światek, bębniło w głowie i z pasją rozwalało całe to nikłe poczucie bezpieczeństwa jakie sobie wypracował. Bo, dobry boże, jakim prawem sobie na coś takiego pozwolił? Gorycz podeszła mu do gardła ze zdwojoną siłą. Och, tracił głowę i kręgosłup jednocześnie, w dodatku bał się że pociągnie za sobą w to wszystko Eda. Absolutnie nie chciał skrzywdzić chłopaka, który okazał się mu tak bliski, ale przekonanie że dzieli go krok od kompletnej katastrofy nie dawała mu spokoju.
Schemat działania był w zasadzie bardzo prosty – spakowałby najpotrzebniejsze rzeczy, wziął Aurum i jeszcze tego samego dnia wyjechałby z kraju. Problemów z pieniędzmi nie miał nigdy, a odpowiednia ilość złota przynajmniej na jakiś czas kupiłaby i jemu i tygrysowi nieco dyskrecji. Czuł się jednak podle, rozważając tak haniebną ucieczkę, zresztą nie sądził by zdołał się do niej tak łatwo zmusić. Jeśli miał być szczery, gdyby tylko mógł zabrać Le Bleueta ze sobą, nawet się by nie obejrzał. Nie mógł jednak prosić o to młodego krawca, w zasadzie nic nie mógł.
Opadł na łóżko i ukrył twarz w dłoniach. Nie zbyt długo mógł jednak pozostać w tej pozycji, duży łeb tygrysa siłą wepchnął się mu na kolana, domagając się natychmiastowej uwagi. Midas pogładził głowę futrzastej towarzyszki, powoli uspakajając własny oddech.
Położył się niedługo potem, dla pewności zażywając tabletki na senne. Trzymał je zawsze w pogotowiu, a teraz zdecydowanie nie miał ochoty ani na bezsenność ani na żadne jawy senne. Przynajmniej chwilowe odcięcie się od rzeczywistości było jednak niezwykle kuszące.
~~~
Poranek należał zdecydowanie do tych cięższych i jeśli jasnowłosy miał być szczery, wolałby dzisiaj w ogóle nie wyściubiać nosa z namiotu. Aurum wychynęła się na zewnątrz o świcie, żeby rozruszać kości. Nie oddalała się jednak zbyt daleko, co jakiś czas przy materiale pojawiała się jej pokrzepiająca sylwetka. Wielki kot czaił się gdzieś w pobliżu, najwyraźniej pilnując namiotu i jego właściciela.
Długowłosy przetarł oczy, starając się jakoś zapanować nad denerwującą gonitwą myśli. Wiedział że powinien jak najszybciej porozmawiać z ciemnowłosym, który zasługiwał zarówno na wyjaśnienie jak i na przeprosiny. Czuł jednak jak pod jego gardło podchodzi dławiąca gula, a wnętrzności zwijają się w nerwowy supeł. Machinalnie pogładził podłużne blizny na rękach, beznamiętnie dochodząc do wniosku że jeśli przed laty nikt by go nie ocalił, nie byłoby żadnego problemu.
Odetchnął, a zaraz potem poderwał głowę, zaalarmowany wściekłym warczeniem Aurum. Usłyszał zaniepokojone głosy, a niedługo potem dźwięki jego zwierzęcia przekształciły się w złowieszczy ryk.
Skoczył na równe nogi, bez zastanowienia wypadając na dwór. Pobladły Edward stał kilka kroków przed tygrysicą, jednak nie na niego skierowana była jej furia. Większy problem miała Jenna, która najwyraźniej zakodowała się w głowie wielkiego kota jako zmartwienie i powód stresu właściciela, a co za tym idzie – obiekt zdecydowanie nie pożądany na tygrysim terytorium.
Zanim zdążył jakkolwiek zareagować, tygrysica skoczyła do przodu, swoim impetem zbijając z nóg o wiele drobniejszą dziewczynę. Ta wrzasnęła urywanie, zwalając się ciężko na ziemię.
- Aurum! – krzyknął mężczyzna, ze zgrozą zauważając iż rozeźlona kocica nie reaguje na jego głos. Doskoczył do futrzastej towarzyszki, chwytając ją stanowczo za luźną skórę na karku. Parsknęła niezadowolona, jednak zachowanie Midasa zdołało wyrwać ją z największego amoku. Powoli skupiła na właścicielu swoją uwagę, posłusznie złażąc z dziewczyny. Montgomery trzymał ją jeszcze przez chwilę, w czasie gdy Le Bleuet pomagał wstać i dojść do siebie roztrzęsionej ofierze, która na szczęście wyszła z całej sytuacji bez szwanku.
Zdenerwowana Aurum ułożyła się przy nogach długowłosego, nadal spięta i gotowa powtórzyć swój wyczyn z o wiele większą skutecznością.
Jenna odgarnęła włosy z pobladłej twarzy, wbijając wzrok w złotookiego. Przez chwilę wydawała się całkowicie zatopiona we własnych myślach, jednak kiedy z jej kredowego oblicza odpłynęła reszta kolorów, miał pewność że go poznała.
- Montgomery? – zapytała ostrożniej, unosząc drżącą dłoń do ust. Midas skrzywił się odruchowo na ton jej głosu i odwrócił wzrok. Nie miał zamiaru zachowywać się nerwowo, bo to jedynie dodatkowo zaniepokoiłoby tygrysicę.
- Kopę lat – mruknął tylko niechętnie. Edward poruszył się niespokojnie, a dziewczyna zrobiła kilka kroków w tył. Zobaczył jak jej oczy rozszerzają się na wskutek silnych emocji.
- Jak mogłeś wtedy odejść – syknęła do niego, nie wykonując jednak gwałtownych ruchów. Najwyraźniej nadal bała się obecności tygrysa. – Wszyscy cię tak cholernie potrzebowali – warknęła. Aurum prychnęła i uniosła się lekko w ostrzegawczym geście.
- Nie, zdecydowanie nie. I lepiej by było gdybyś na razie stąd znikła – dodał. Jenna zacisnęła usta i odwróciła się na pięcie, odchodząc z zaciśniętymi pięściami. Cóż, Midas wiedział iż absolutnie sobie nie odpuściła, nie mogła jednak nic zrobić kiedy Aurum przy nim warowała. Długowłosy spojrzał bezradnie na ciemnowłosego.
- Możemy porozmawiać? – zapytał ostrożnie, na co ten powoli pokiwał głową. Weszli do namiotu w dziwnie nieprzyjemnym milczeniu.
- Znasz tę dziewczynę – bardziej stwierdził niż spytał krawiec. Midas oparł się ciężko o szafkę i nerwowo przeczesał dłonią włosy.
- Tak. To stare dzieje – zaczął powoli. Le Bleuet spojrzał na niego smutno.
- Przyjechała tu bo jej kuzynka zmieniła się w złoto – wyjaśnił chłopak. – Myślałem, że możesz pomóc w tym temacie. Wujek Pik jeszcze bada tę sprawę, ale Jenna strasznie upierała się, żeby cię poznać – wyjaśnił. – Nie wiem czemu tak jest, być może to jakiś nowy podgatunek potwora, który ma podobne moce co ty, albo jakoś je skopiował – krawiec bezradnie rozłożył ręce. Midas poczuł się jakby ktoś uderzył go w twarz. Poruszył się nerwowo, spuszczając wzrok na ziemię i maniakalnie pocierając blizny, jakby to w jakiś magiczny sposób miało przegnać jego strach. Desperacko próbował zebrać sensowne myśli jednak im bardziej się starał tym bardziej mu one umykały. Opuścił lekko głowę, pozwalając włosom opaść i zakryć jego twarz. Czuł, że złote oczy wzbierają łzami, których wstydził się i zdecydowanie nie chciał pokazać światu.
- Potwór… - powtórzył głucho, jakby z zamyśleniem. Nieprzyjemna strzała bólu przemknęła przez jego serce, wywołując lekki grymas na jego twarzy.
- Monty? Wszystko w porządku? – zapytał Edward niepewnie, robiąc kroczek w jego stronę. Midas parsknął niewesoło, zmuszając się do uniesienia głowy. Potarł twarz drżącą dłonią, starając się ukryć łzy.
- Nie, oczywiście, że nie jest w porządku – odparł, wykonując nieartykułowany ruch dłonią. Odwrócił się w końcu w stronę krawca.
- To całe przekleństwo ze złotym dotykiem zaczęło się kiedy byłem dzieckiem. Kiedy zmieniłem moją mamę – zaczął głosem nieco wyzutym z emocji. – Ojciec wykorzystał mnie jak kurę znoszącą złote jaja. A potem inni i kolejni – nakreślił ostrożnie. Wbił pusty wzrok w tygrysicę która zaczęła kręcić się po namiocie.
- W końcu uciekłam, ale w zasadzie nie widziałem w niczym zbyt wielkiego sensu – mówił dalej, przesuwając palcami po jednej z blizn – Moja śmierć nic dla nikogo nie znaczyła. Ale zanim się wykrwawiłem znalazła mnie Harlow i jej ojciec. Zaopiekowali się mną, opatrzyli, dali normalny dom. Jakoś doszedłem do siebie, zacząłem panować nad sytuacją. I jakoś tak wyszło, że ja i Harlow byliśmy razem. Oświadczyłem się jej – dokończył.
- Nie mam pojęcia jak to się stało, chyba byłem zbyt rozemocjonowany. To była tylko chwila kiedy zmieniła się w złoto. Następnego dnia uciekłem. Tułałem się przez jakiś czas, potem dołączyła Aurum i znaleźliśmy się w cyrku – dodał, spuszczając wzrok.
- A teraz wróciła Jenna, chociaż nie mogę z tym nic zrobić – uśmiechnął się krzywo i niewesoło. W końcu odważył się podnieść wzrok na nieco pobladłego Edwarda.
- Kocham cię, ale widocznie wszystko na czym mi zależy prędzej czy później przez to ginie. Nie chcę ściągnąć cię na dno, zrozumiem jeśli nie będziesz chciał mieć ze mną nic wspólnego. Po prostu to powiedz, a zniknę – powiedział Monty, czując jak w złotych oczach ponownie zagnieżdżają się łzy.

<Słońce? >



26 paź 2017

Rue CD Akuma

Chrzęst łańcuchów wybudził mnie z ciężkiego snu, w którym po otrzymaniu tajemniczej paczki, wraz z Akumą wylądowaliśmy w dziwnej grze, gdzie na każdym kroku musieliśmy walczyć o życie. Po otwarciu oczu sądziłam, że będę się znajdować w swoim namiocie, ewentualnie w jego, jeśli przypadkiem zasnęłam. Zobaczę śpiącego Heddo, obok niego moją Mike. Ale zamiast tej pięknej sceny, przywitały mnie kamienne ściany, które na gołe oko się lepiły. Było tu ciemno, ale zachodzące słońce wpadające przez jedną dziurę w tym... pomieszczeniu, jeśli można to tak nazwać, oświetliło mi łańcuchy. Leżały one na całej powierzchni, każdy był zakończony czarną kulą, przypominającą tą, którą gra się w kręgle. Coś ściskało moje dłonie, czułam na nich zimny metal, a kiedy zniżyłam wzrok, okazało się, że miałam na sobie kajdanki. Było już stare, nieco wyszczerbione. Po takim widoku nie było mowy na senne czy sklejone oczy, a tym bardziej zmęczoną twarz. Po prostu się przeraziłam. Poruszyłam rękoma, czując na nadgarstek ucisk zimny jak lód. Wiedziałam, ze po ich zdjęciu zostaną mi czerwone ślady. Wstałam niosąc za sobą to samo dzwonienie łańcuchów, które wybudziło mnie ze snu, w którym jednak walałbym zostać. Czułam się ociężała, jakby coś mnie przygniatało do ziemi, a w rzeczywistości były to kolejne łańcuchy i kajdany, tym razem na moich nogach. Potrząsnęłam lewą nogą, tutaj kajdan był luźniejszy, przez co latał w powietrzu, uderzając o moją kostkę. Natychmiast zaprzestałam tej czynności rozglądając się po tym miejscu. Dopiero teraz poczułam ostry zapach potu, krwi i stęchlizny. No i czegoś, co musiało tu gnić i się rozkładać przez lata, jak jakiś przejechany borsuk. Nie było tu nikogo prócz mnie. Zrobiłam parę kroków do przodu, napotykając zamknięte drzwi. Nawiedziło mnie okropne uczucie śmierci i strachu. Znałam już to uczucie i nigdy go nie zapomnę; jest prawie tak samo jak z Tobias'em. Zamknięta w piwnicy, tyle, że tutaj przykuta do łańcuchów, abym w żaden sposób nie mogła uciec, z odrobiną światła wpadającego przez małe okienko, które było po prostu dziurą, przez które za żadne skarby się nie zmieszczę. A nawet jeśli, te kule nie przejdą. Nie dość, że są ciężkie, to do tego dziura jest dość wysoko. Podeszłam do jednej czarne kuli i próbowałam jak popchać nogą, ale tylko zmiażdżyłam sobie palce. Spróbowałam więc ręką; były ciężkie. I raptownie nawiedziła mnie panika. Zaczęłam walić w drzwi pięściami, ale one nawet nie drgały. Nie były zrobione z drewna jak wcześniej sądziłam, tylko z metalu, od którego napuchły mi dłonie. Odsunęłam się od drzwi i podeszłam do okna. Stanęłam na palcach, a i tak nie zobaczyłam niczego, prócz gór. Usłyszałam głuche kroki rozlegające się za drzwiami. Ktoś szedł korytarzem, szybko i nerwowo. Odsunęłam się jak najdalej od drzwi, przylegając do mokrych kamiennych ścian. Obserwowałam nieruchome drzwi; ktoś wsadził klucz w zamek i go przekręcił z głośnym łoskotem. Drzwi tworzyły się skrzypiąc, pojawił się w nich potężny mężczyzna, którego twarzy nie widziałam, gdyż stał w mroku. Nie przypominał człowieka.
- Już się obudziłaś. Świetnie, jeszcze zdążysz - po tych słowach podszedł do mnie ukazując swą zdeformowaną twarz; wcześniej sądziłam, że to nie człowiek, ale ostatecznie to była okropna szrama rozpoczynając się od skroni, a kończąca na szyi po drugiej stronie. Nie miał jednego oka, czarne kosmyki wystawały mu spod opierzonego kaptura, a szkarłatne oko obserwowało mnie uważnie. Był ubrany w gruby brązowy płaszcz i czarne glany. Dotknął mojego policzka przejeżdżając po nim lodowatym i szorstkim palcem.
- Kim jesteś? Gdzie ja jestem? - wydusiłam. Czułam się, jakby jego wzrok zatrzymał się na mojej szyi i zaczął mnie dusić bez dotknięcia. Ale on patrzył mi w oczy, nie było to zwyczajne spojrzenie, widziałam w nim szaleństwo zmieszaną z radością.
- To nie ważne. Ważne jest to, ile za ciebie dostanę. Za taką ładną, nienaruszoną buźkę - uśmiechnął się, a w jego wykonaniu było to równie ohydne, jak wygląd jego twarzy. Przez chwilę zastanawiałam się kto mu to zrobił, ale nie zdążyłam znaleźć odpowiedzi. Mężczyzna wsadził kluczyk w moje kajdanki, ale one nie puściły; odpadły tylko łańcuchy. To samo zrobił z tymi na nogach, a kiedy odłączał ostatni, miałam zamiar kopnąć go w twarz. Ale on jakby czytając mi w myślach złapał ją, lekko wykręcił w bok, na co zwalił mnie z nóg. - Niewolników za takie rzeczy każę się gorzej, jak biczowaniem. Ale spokojnie, po jednym razie się uspokoisz i nauczysz, aby słuchać się swojego pana - poklepał mnie po głowie jak małe dziecko, po czym podniósł i zawlókł za drzwi. Nie zamknął ich, zostawił otwarte. Trzymając za ubranie zaciągnął mnie na górę po schodach, a kiedy próbowałam nastąpić na skręconą nogę, poczułam lekki ból. Nie była skręcona, po prostu bolała, za parę minut powinno przejść. Ale w ten sposób się raczej tylko pogorszy. Musiałam w większości dać mu się ponieść, chociaż to nie było miłe, kiedy własne ubranie wrzynało ci się w całe ciało. Ale on się nie odezwał, ciągnął bez opamiętania, aż doszliśmy do kolejnych drzwi, za nimi był długi korytarz. Przeszliśmy przez jeszcze dwie pary, póki nie znaleźliśmy się na zewnątrz. Śnieg raził mnie w oczy, były niczym blask reflektora w nocy. Znowu poczułam zimno i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mam na sobie butów. Na gołych nogach miałam zakute kajdanki, które ograniczyły moje ruchy. - Ej! Jim! - krzyknął do jakiegoś chłopaka stojący za furgonetką. Odwrócił się i spojrzał na nas. - Weź jeszcze ją, tylko niech nie zamarznie, bo jej nie kupią - popchnął mnie w stronę faceta, który szybkim krokiem znalazł się przed nami. Skinął głową i bez słowa biorąc mnie za ramię pociągnął do auta. Tak kazał mi wejść do furgonetki.
- Okryj się - wskazał na parę koców leżących w kącie, po czym zatrzasnął drzwi. Nie byłam tu sama, w środku znajdowały się jeszcze cztery kobiety i dwoje mężczyzn. Do tego jedno dziecko, które na oko miało jakieś trzynaście lat.
- Gdzie nas wiozą? - zapytałam przerażona, natychmiast chwytając koc, którym okrycie się było trudniejsze niż mogło się wydawać.
- Jak to gdzie - prychnął chłopak. - Na targ niewolników.

<Akuma? Ty lubisz gejów, a ja dręczyć swe postacie xd>

Smiley CD Vogel

Co prawda nie byłam na samym początku z tematem, ale potem się domyśliłam. Jedynek co nie potrafiłam zrozumieć w ludziach to tego dlaczego oni się zawsze o mnie martwią. Ja co prawda o nich się również martwię, no ale bez przesady. Nie jestem kimś ważnym w ich życiu, aby aż tak się o nich martwić. Moje myśli powędrowały jednak w stronę listu i informacji, których dostałam od Pik'a. Odpowiedziałam pomrukiem w stronę Vogel'a i nic więcej. Chciałam być obecna i rozmawiać na jakieś tematy wraz z towarzyszem, ale nie potrafiłam. Zastanawiałam się nad tym co by było gdyby...? Jak powinnam się zachować teraz...? Przerwałam swoje myślenie. Smiley opanuj się! Czas o tym zapomnieć! - powiedziałam w myślach.
- Vogel ty chyba powinieneś trochę poćwiczyć co nie?! - odezwałam się wreszcie, przerywając swoje myślenie i trzymając się tego, aby wreszcie o tym nie myśleć podczas obecności z kimś już zwłaszcza z Vogel'em.
Spojrzałam się na chłopaka, wyglądał na zamyślonego i jakby trochę głodnego. Rozumiałam go, bo również sama głodna byłam.
- Tak - odpowiedział, patrząc na mnie zaskoczonym wzrokiem. Chyba i ja go wyrwałam z myślenia.
- No to pokażesz mi jak się przygotowałeś... Wiesz muszę mieć pewność, że wszystko będzie dobrze. No i specjalnie przyjdę na ten występ - uśmiechnęłam się, wybierając w przód niego, a mówiąc szłam tyłem przez co nie widziałam co jest na drodze.
- Nie mniej jednak przed twoimi ćwiczeniami musimy coś zjeść. Możemy zrobić u mnie coś na ciepło. Ty przygotujesz jedzenie, a ja śniadanie. Co ty na to? - dodałam zanim on zdążył coś powiedzieć na temat ćwiczeń.

<Vogel?>

22 paź 2017

Akuma CD Rue

Czuł, że już kompletnie jego życie się zawaliło. Miał ochotę się pociąć, na krótki moment na jego usta wpełzł uśmiech, gdy przypomniał sobie o tych wszystkich memach z podpisem podobnym do "Pociąć się? Dam ci gratis mydło!", jednak szybko uświadomił sobie na powrót z beznadziejności obecnej sytuacji. Leżał na ziemi, nie potrafiąc się ruszyć. Śnieg zasypywał go z każdą chwilą coraz bardziej, zaczął trafiać do nozdrzy i zatykać je, poczuł, jak krztusi się chłodną wodą, rozpuszczającą się niezwykle powoli. Próbował podnieść nogę, potem rękę, ale nic nie wychodziło. Nawet poruszenie chociażby jednym palcem przechodziło jego możliwości. Może i mu się to udało, ale nawet nie wiedział, czy to prawda. Czuł się okropnie, nie dość, że wszędzie panował chłód i świadomość, że drgawki już minęły, zaczęła go przerażać. Ciało w ten sposób oszczędza energię. Czyli jest już bardzo źle. Do tego nie ma bladego pojęcia, co z Rue. Czy jest gdzieś obok w podobnym stanie? Nie potrafił się odezwać. Sprawdzić. I czuł się z tym tak bardzo źle. Być może leży nieprzytomna. Wykrwawia się na śmierć, bo złamała sobie kość, która przebiła skórę na  tętnicy ( czy to w ogóle możliwe? Nie był pewien, ale najgorsze scenariusze zdążył już sobie przedstawić ). Nawet pojedyncza łza zdążyła zamarznąć na jego policzku, a przynajmniej stanęła w miejscu i czuł się tak, jakby polał policzek stróżką wosku, który zaschnął. Zaczął odczuwać coraz to silniejsze obawy, zmęczenie, poczucie winy i strach. Za to jedyną rzeczą, jaka z każdą chwilą wręcz malała, to świadomość. Przytomność. Zamykając oczy widział wciąż świat go otaczający. To nie jest normalne, ale nie zwrócił na to uwagi. Przecież to przez niego się tutaj znaleźli, gdyby jak jakiś skończony idiota nie otrzymał tej paczki i jak dziecko nie otwarł jej od razu, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Mógł od razu zauważyć kartkę. Mógł odpowiednio zareagować, spalić ją, pudełko wyrzucić, naszyjniki zakopać. Talizman. Czuł jedyne ciepło emanujące od niego,. Aż dziwne, że się nie zerwał podczas lotu. O tak, leciał, i to przez dobrą minutę. Porwany przez wiatr, ciśnięty o skały wraz z wichurą, musiał coś sobie zrobić. Albo po prostu ta cholernie śmieszna gra mu coś zrobiła. Nie potrafił się ruszyć. Odezwać. Przełknąć śliny, która z rozchylonych w z początku bolesnym, później już coraz bardziej desperackim i depresyjnym grymasie, skapywała na śnieg, którego warstwa wciąż się zwiększała. Niektóre płatki topiły się w kontakcie ze skórą Akumy, ale i tak cała byłą pokryta białym puchem. Jeśli nic nie zrobi, udusi się. I w tej samej chwili poczuł, że traci siły. Chciał umrzeć, doczekać swojego końca w tej samej minucie. Uświadomił sobie, jak wiele zła czynił. Zabił ludzi, sprowadził śmiertelne niebezpieczeństwo ja swoją przyjaciółkę, tak wielu znienawidził i nienawiścią obdarzył. Czy ktoś kiedykolwiek usłyszał z jego ust miłe słowa? Te czyste, pochodzące z głębi serca, a nie z rozumu? Nie. I właśnie to bolało najbardziej. Poczuł silną potrzebę wyznania Rue tego, co do niej czuje. Że gdyby nie ona, wielokrotnie już by zginął. Że stałą się dla niego wszystkim, młodszą siostrą, którą ktokolwiek tknie, jest już na celowniku. Takim oczkiem w głowie, którego należy strzec. Delikatną różą podobnej do tej z Małego Księcia, ale po stokroć piękniejszej i bardziej wartościowej. Spróbował rozszerzyć wargi, ale nie był w stanie. Czucie żałości stało się dla niego tak głębokie, że zatopił się w nim całkowicie zaraz przed tym, jak wszystko stało się jednym.
Obudziła go silna woń dymu i ziół, jakby ktoś podpalił kadzidło i ustawił obok niego. Ból głowy doskwierał mu tak bardzo, że zamiast otworzyć oczy, by zobaczyć to, co kryje się za powiekami, zacisnął je, sycząc cicho. Jego pięści również się zamknęły, jakby trzymał w nich swój cały dobytek, którego nigdy nie odda. Miał wrażenie, że jego mózg kurczy się i rozszerza na zmianę, jakby w tak poloneza.
- Budzi się - usłyszał głos. Nieznany, szorstki, jakby niezadowolony ze stwierdzenia właśnie wypowiedzianego na głos. Wyczuł w nim tyle wyrzutu i chłodu, że natychmiast przypomniał sobie, że już go nie odczuwa. Nie fizycznie. Jest w ciepłym miejscu. A więc ktoś go uratował. Czy to jest ta sama osoba, którą przed chwilą usłyszał?
- Tak, masz rację, Logan - usłyszał. A więc ten ktoś to Logan. Poczuł, jak tajemnicze ciepło zbliża się do jego nosa, wchłonął przyjemny i wręcz kojący zapach całym sobą. Nieprzyjemne pulsowanie znacznie się zmniejszyło, ale przez jeszcze paręnaście sekund nie przestawał kuracji. W końcu, gdy niemal całkowicie czuł się NORMALNIE, rozchylił powieki. Rue. Musi ją znaleźć.
- Witaj wśród żywych - powitał go mężczyzna około pięćdziesiątki, z czarnymi włosami przyprószonymi siwizną, spiętymi w niski kucyk i zarostem, który przycinał chyba sam, najprawdopodobniej nożem myśliwskim. Skąd te podejrzenia? To mu właśnie masowało.
- Dzięki - jedynie te słowa wydostały się z jego gardła, ciche, niemrawe, szorstkie w wymowie, nawet przyjazne w znaczeniu. Rozejrzał się, podnosząc się do pozycji siedzącej. Może się ruszać! Jakim cudem? I... - Kto mi pomógł? - spytał, mając lekkie wyrzuty do tego kogoś. Powinien go zostawić.
- Ja - odezwał się blondyn z nieco dłuższymi złocistymi włosami ( dałby głowę, że farbowane ), wciśniętymi za uszy. Jego głębokie, srebrne oczy lustrowały chłopaka całą swoją mocą, kości policzkowe były wyraźne, usta pełne, choć tego samego koloru co cała reszta ciała, szczęki zaciskały się i rozluźniały zupełnie tak, jak jego głowa wcześniej. Zamurowało go, po raz pierwszy pomyślał o chłopaku, że jest przystojny. Boże, dlaczego??? I dlaczego LOGAN?
- Gdyby nie on, umarłbyś. Mogłeś zostać w stanie śpiączki na zawsze - wyjaśnił starszy mężczyzna. - Jestem Blair, można by powiedzieć, że medyk - oznajmił.
- Podziękujesz później. A teraz wstawaj, musisz coś zobaczyć - rozkazał blondyn. Akuma spoliczkował się w myślach gdy stwierdził, że uroczo mu w czarnej skórzanej kurtce, czarnych jeansach, czarnej bluzce bez żadnego nadruku i czarnych butach. Po prostu czerń.

< Rue? Noże, ja nie wiem, co ja mam do gejów <3 >