28 maj 2018

Nice CD Lennie

Cieszyłam się, iż chłopak chociaż odrobinę wyspał się i nie był już tak bardzo śpiący jak wcześniej. Jedzenie smakowało mu co było kolejnym powodem do uciechy. Zastanawiałam się nad pewna rzeczą. Chciałam się zapytać chłopaka o coś. Jednak problem tkwił w tym, że kompletnie zapomniałam pytania! Jaka ze mnie zapominialska - pomyślałam w duchu.
Lennie chciał oddać mi pieniądze, ale zaprzeczałam, wypierdalam się ich jak tylko mogłam i udało mi się. Tak, udało mi się go nakłonić, że nie ma oddawać mi pieniędzy.
- Opowiedz o swoim ciekawym wspomnieniu - usłyszałam z ust chłopaka ciche wypowiedziane słowa.
- Wiem chyba już o jakim wspomnieniu mogę ci opowiedzieć! - po chwili ciszy, wyskoczyłam energicznie że swoimi słowami.
- No to słucham - uśmiechnął się delikatnie chłopak. Nie potrafiłam się oprzeć jego uśmiechowi. Wyglądał z nim tak uroczo.
- Ale po mnie nadejdzie czas na ciebie, co nie? - chciałam się upewnić, aby nie zabierać jako jedyna głosu.
- Tak - odparł krótko, a ja siadając w siadzie tureckim spojrzałam się na niego.
- Poznałeś już Mirai, więc moje najciekawsze wspomnienie będzie właśnie o niej - zaśmiałam się wracając tym samym do tamtego dnia. - Zacznijmy może od tego w jaki sposób to znalazłam moją kotkę. A więc, będąc małym dzieckiem zawsze wymykałam się z domu przed swoim rodzeństwem. Nie wiem czy to zauważyli, ale mniejsza o to. Kochałam i wciąż kocham odkrywać nowe miejsca. Tamtego dnia wyruszyłam w stronę rzeki do której zabronione było mi się zbliżać - odrobinkę się zakłopotałam, ale nie miałam się czego obawiać. Wreszcie już taka byłam i zmienić się nie mogłam. - Przez kilka dłuższych minut biegnąc wzdłuż rzeki usłyszałam ciche miauczenie kota. Na samym początku myślałam, że to mały kotek, który został porzucony. Pobiegłam więc za odgłosem małego kotka, aż do momentu w którym nie napotkałam się na skrzynkę, która dryfowała po wodzie. Po środku rzeki, był stary pień przez co skrzynka zaczepiła się i nie popłynęła dalej. Wskoczyłam do rzeki, aby uratować kociaka. Wzięłam tego małego kotka wraz ze skrzynią do domu. Tam każdy się przestraszył i zaczął wypytywać się co mi się stało. Gdy im powiedziałam, że ratowałam małego kotka i jest w skrzyni nie chcieli mi uwierzyć. Mój brat spojrzał od razu do skrzyni, biorąc ja w swoje ręce. Od razu ją wypuścił, gdy zobaczył co w niej było. W ostatniej chwili udało mi się ją złapać. Nie dałam na siebie walczyłam o toż aby Mirai mogła zostać ze mną. Moi rodzicie oraz rodzeństwo byli przeciwko. Dlatego też wzięłam Mirai i się "wyprowadziłam" z nią z domu - na samą myśl o mojej wyprowadzce śmiać mi się chciało. - Wiesz moja wyprowadzka była poważna, gdyż wyprowadziłam się aż pod pobliski most. Co prawda przez te kilka dni przez które namawiałam ich, abym mogła ją zostawić budowlaną więź z kotka. Co jak co, ale uparta była. Nie chciała mi zaufać. Podczas naszej "wyprowadzki" zaufała mi, gdy to jacyś bezdomni ludzie chcieli mi ją odebrać, aby sprzedać. Ucieknie mi z nią na rękach nic nie pomogło, bo jak na tygrysa była odrobinkę, ale tylko odrobinkę ciężka. Skończyło się to wreszcie tym, że upadłam na ziemię i pokaleczyłam sobie dłonie oraz kolana w dodatku porwałam swoje ubrania. Mirai stanęła w mojej obronie, a ja cała zapłakana po raz pierwszy i ostatni wolałam o pomoc swojego opiekuna... Po dziś dzień nie wiem jak to się stało, ale on przyszedł mi z pomocą. Wróciłam do domu wraz z nim. Po kilku dniach później rodzice zgodzili się na to, abym mogła zatrzymać Mirai. Każdy dzień po dzisiejszy dzień spędzamy ze sobą. Będąc jeszcze mała zawsze ucinałam sobie z nią drzemki w jakimś spokojnym miejscu - zaśmiałam się na samą myśl o tamtych dniach. - To chyba moje jedyne miłe wspomnienie. Resztę wspomnień najlepiej chciałabym wymazać, a stracony czas odnowić - powiedziałam ciszej. - To teraz czas na ciebie - nie mogłam się doczekać jego historii.

<Lennie?> ^ω^

27 maj 2018

Mefoda CD Akuma

Poluźniłem lonżę, oddalając się od klaczy na odpowiednią odległość. Następnie zacmokałem, długim batem nieznacznie poruszając przy niej. Ruszyła do przodu, powolnym i leniwym krokiem. Okay, dam jej tak dwa kółka, potem niech się kobyłą trochę wysili, bo się spasie.
- Nie wolałbyś na niej jeździć? - spytał Akuma, a ja spojrzałem na niego ukradkiem. Wyglądał uroczo, gdy podczas zadawania pytania przestał głaskać psa, który wepchnął mu nos w policzek. Uroczo? Serio, Antek? Serio??? Odwróciłem wzrok, by ukryć lekkie zakłopotanie. Jak na złość byłem teraz przodem do niego. Dalej, Wołga, pośpiesz się...
- Na razie ją lonżuję. Po pierwsze, nie chce mi się, po drugie ostatnio ciągle coś jej odwala podczas jazdy i chcę poćwiczyć, a po trzecie, lonżowanie też jest potrzebne od czasu do czasu koniowi - wytłumaczyłem, a on pokiwał głową. Po chwili jednak postanowiłem zadać pewne pytanie. Czerwonowłosy wydawał się niezwykle zżyty z jego psem. Jakby łączyła ich jakaś niewidzialna, wyjątkowa więź. Nie wiem, czy to dlatego że znają się od dawna, czy razem dużo przeszli, być może po prostu rozwinęła się i nich taka więź. Ale być może mógłby mi pomóc. Tak bardzo nienawidzę prosić o coś kogokolwiek... Prawie nigdy tego nie robiłem. Ale tłumaczyłem się teraz tym, że tak naprawdę proszę o radę, a nie pomoc. Tak, dokładnie tak.
- Wiesz, wydajesz się niezwykle zżyty z...- ponownie zapomniałem imienia jego psa. Niewypowiedzialne. -...z twoim psem. Jak ty to zrobiłeś? Wiesz, chodzi mi o to, że mam Wołgę od niedawna. Góra tydzień. Chciałbym się do niej zbliżyć, ale ona ciągle mnie nie słucha, nie wykonuje poleceń, często też zachowuje się naprawdę chamsko, przykładowo gryzie mnie w ramię, nie daje się osiodłać, podczas jazdy stara się mnie zrzucić... - wytłumaczyłem mniej więcej sytuację, mając nadzieję, że Akuma mógłby mi jakoś doradzić. Co prawda to ja tutaj znam się na koniach, ale to on zdaje się znać na zwierzętach i ich uczuciach. Zamyślił się na chwilę, odwróciłem się, by na niego spojrzeć - mrużył oczy, zastanawiając się nad odpowiedzią. Spojrzał na mnie niepewnie.
- Wiesz, moja znajomość ze Shiro nie jest typowa. Zaczynałem z nim bardzo ostrożnie, musiałem na nowo nauczyć go zaufania. Spędzałem z nim mnóstwo czasu. Załóżmy, że Shrio to koń. Nie wsiadałbym na niego od razu. Najpierw posiedziałbym z nim na jednym pastwisku, chodził na spacery, starał się zdobyć zaufanie. Robiłbym tak, by chodził za mną bez tego całego kantara, by w końcu na mój widok sam do mnie podchodził, bo wiedziałby, że wypłyną z tego korzyści - czy to jedzenie, czy to głaskanie, czy też po prostu ciekawe towarzystwo. Więź polega na zaufaniu i przyjaźni, jeśli tego nie zbudujesz, nie masz co liczyć na to, że koń będzie cię słuchać. Możesz też przejażdżki zaczynać stopniowo. Najpierw sam stęp i kłus, na następnej dołączasz galop, na jeszcze następnej jakieś przeszkody, potem mógłbyś pojechać w teren...- słuchałem jego słów uważnie. Miał chyba rację... Nie zyskam niczego, jeśli nie dam czegoś od siebie. Że też o tym nie pomyślałem. Jednak nie potrafiłem mu przyznać racji. Zamiast tego zaśmiałem się głośno.
- Wow, nie wiedziałem, że znasz takie słowa jak stęp, kłus, galop, czy przeszkody lub teren - kpiłem sobie z niego. Wiem, jestem okropny. Ale nie potrafię dziękować. Pokazał mi środkowy palec, parsknąłem śmiechem. Nakazałem Wołdze przejść do kłusa, ta zrobiła to, ale z ociąganiem. Jakby miała zaraz podejść, kopnąć mnie, po czym odbiec i dalej żreć sobie trawę. Je*ana krowa.
< Akuma? Aha, to teraz wolisz konika od mefody? A będziesz czegoś chciała ;-; >

Smiley CD Ace

Chłopak mnie mile zaskoczył. Już myślałam, że jest bardziej samotnikiem i nie jest za bardzo zadowolony, aby być wraz ze mną. On jakby nigdy nic zaczął bardzo energicznie na wszystko reagować. Chyba Bisca i Yuki mi pomogli, aby go obudzić i doprowadzić go do takiego stanu z dużą ilością energii. W pewien sposób mnie to ucieszyło. Co prawda pytanie o tym czy nie oddałabym jednego ze zwierzaczków zbiła mnie z tropu, ale nie miałam o co się gniewać.
- Przykro mi, ale nie są one do oddania jednak o ile ci nie przeszkadza to mogą ciebie odwiedzać - uśmiechnęłam się, a w jego oczach zaczęły się jarzyć małe, wesołe iskierki.
- Naprawdę? - zapytał się zaskoczony, a ja nie potrafiłam się oprzeć i wybuchnęłam śmiechem.
- Tak. Jak coś to się nie gniewam, że się mnie o to zapytałeś. Dużo osób się pyta czy nie chciałabym jednego z nich oddać. Nie jestem w stanie tego zrobić. Za bardzo je kocham. Poza tym moje występy bez nich nie miałby już takiego uroku - skierowałam sobie na zwierzaki. Wzięłam Yuki'ego na kolana. On ułożył się we wygodny dla niego sposób i zamknął swoje urocze oczka.
- Dlaczego nie weźmiesz pod opiekę jakiegoś zwierzaka? - zapytałam się z ciekawości.
- Rodzice mi nie pozwalali - odpowiedział upijając kolejny łyk ciepłej herbaty.
- Mieszkasz teraz w naszym cyrku co nie? - zapytałam się bez zastanowienia. Po dłuższym przyglądaniu się chłopakowi, pasował mi do chłopaka opisywanego przez wszystkie osoby z cyrku, które rozmawiały o nowej osobie w naszej rodzinie.

<Ace?>

Akuma CD Mefoda

Spojrzałem na parujący kubek. Poczułem momentalnie mdłości, czując zapach tejże herbaty. Odstawiłem go na blat, jeszcze chwila a zwymiotuję. Chociaż zbytnio nie mam czym. Stłumiłem ziewnięcie, nadal opierałem się o blat. Nie wiem, dlaczego nie usiedliśmy. W sumie chyba nam obojgu nie przeszkadzał fakt, iż nie zajęliśmy żadnego miejsca przy stole spośród tylu dostępnych. No tak, postoimy sobie objadając się, na pewno będziemy fit. No bo przecież stoimy, a nie siedzimy - spalamy kalorie. Boże, zaczynam myśleć jak typowy anorektyk.
- Aż tak nie lubisz zielonej herbaty? - spytał z lekkim uśmiechem, pokiwałem głową.
- Ja nie wiem jak ty to możesz pić - prychnąłem, patrząc się na parującą zawartość naczynia. -  Gościu, ty mnie chyba tym otruć chciałeś... - dodałem po chwili czując, że mój żołądek niebezpiecznie się skręca. Od tego zapachu nawet zaczęła mnie boleć głowa. Ewentualnie od tego, że nie palę prawie tydzień, a wcześniej paliłem codziennie. Aż tak ze mną źle? Zaśmiałem się w duchu. Zabawne.
- Mam taki pomysł, pójdziesz teraz spać, odpoczywać czy coś, a wieczorem znowu się spotkamy i pójdziemy coś zjeść. Naprawdę zasypiasz na stojąco - zaśmiał się, również parsknąłem śmiechem, nie wiedziałem, że tak to wygląda. No ale nie będę ukrywać, naprawdę jestem zmęczony. Nie wiem jakim cudem wcześniej tego nie zauważyłem.
- Dobra, może być. To ja chyba już pójdę... - oznajmiłem. Byle jak najdalej od tej obrzydliwej herbaty! Poszedłem wolno przed siebie, po czym przy drzwiach odwróciłem się i pomachałem do Mefody. Uśmiechnął się do mnie, pijąc kawę. Moją kawę. Z mojego kubka. Nikomu wcześniej nie dałem się z niego napić. Nikomu. Pasuje mu mój kubek.
Shiro szedł obok mnie. Muszę przyznać, wygląda groźnie nawet wtedy, gdy po prostu się przechadza. Jego smukłe ciało, całe pokryte bliznami, daje do myślenia. Bystre, jasne oczy ciągle błądzą po terenie. Mięśnie gotowe do rzucania się na swoją "ofiarę". Uszy postawione do góry, jakby ciągle czegoś nasłuchiwał - być może też tak było. Był dość wysoki, być może nie jest czystej krwi, że tak powiem. Wzrostem różni się o dobre 10-15 centymetrów od przeciętnego dobermana. Być może to też jakąś choroba lub po prostu taki wzrost - czy to w ogóle możliwe?
Nie myślący nad tym dłużej, poszedłem do swojego namiotu. Pierwsze co zrobiłem, to sen.  Dosłownie, rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. Nie byłem pewien, ale obok chyba położył się Shiro. Taki mój anioł stróż.
Obudziłem się po jakimś czasie. Nie byłem w stanie stwierdzić jakim, a na telefon nadal nie było mnie stać. Poszedłem się umyć, zostawiając psa w namiocie. Nie żebym się przy nim krępowałz no ale błagam - chodzić z psem pod prysznic? To prawda, jesteśmy do siebie przywiązani, ale nie aż tak. Wszystkie czynności higieny osobistej zajęły mi najwyżej dwadzieścia minut. Odświeżony, w czystych ubraniach, postanowiłem się przejść. Słońce nadal było wysoko na niebie, gorąc chyba opanował cały świat. Nie licząc tych miejsc, gdzie nie dotarł. Czekaj, co?
Idąc z Shiro wśród namiotów, stwierdziłem, że sen i prysznic wiele mi dały. Czułem się świeżo i bardziej wypoczęty. Ból głowy jednak nie zniknął, po raz kolejny jednak pojawiła się chęć zapalenia. Wiem, że tylko przez to podupadam na zdrowiu, ale bądźmy szczerzy - i tak umrę młodo. Astma, całe życie przy sumie, podejrzenie raka płuc... To nie potrwa długo. I to na moje własne życzenie. Eh.
Przechodząc obok pastwiska zauważyłem, że na łące za nim jest Wołga oraz Mefoda. Uniosłem brwi. Chce mu się? Zacząłem iść w ich kierunku, miałem zamiar poinformować o moim przybyciu jakimś fajnym tekstem, ale oczywiście ten mały małpiszon mnie wyprzedził i podbiegł do ich dwójki. Mefoda od razu zareagował - zaczął rozglądać się na boki, aż w końcu odwrócił się. Widząc mnie uśmiechnął się szeroko.
- Długo to ty nie spałeś - oznajmił, uśmiechnąłem się jedynie. Promienie słoneczne raziły mnie w oczy, przez co musiałem je przymknąć. Podszedłem, obserwując poczynania chłopaka. Nadal nie wiedziałem ile na lat. Postanowiłem przeczekać ten temat.
- Co robisz? - spytałem, a on pokazał mi naprawdę długą linę. Ma zamiar powiesić tego konia, czy jak? Popatrzyłem na niego z niezrozumieniem, gdy przewrócił oczami, ja jedynie uśmiechnąłem się niewinnie i wręcz promiennie, po czym poruszyłem ramionami w geście "No to mnie naucz, profesorze".
- To jest lonża. Przypinam ją tutaj - pokazał gdzie, po czym właśnie ja podpiął - i lonżuję konia. Biega on sobie po prostu w kółku. - Pokiwałem głową na znak, że rozumiem. W prawdzie widziałem parę razy jak lonżuje się konia, ale nie wiedziałem, że on ma zamiar to zrobić. - Chcesz to możesz zostać i popatrzeć, bo dopiero zaczynam i nie mogę jej dzisiaj odpóścić - zaproponował.
- Czemu nie - powiedziałem, po czym zastanowiłem się na moment. - To co ja mam robić? - spytałem, nie wiedząc zbytnio, gdzie powinienem się udać, by nie przeszkadzać.
- Możesz usiąść tam na trawie. Chyba że chcesz stać obok i kręcić się w kółko, bi jakbyś siedział to bym cię podeptał. Chociaż...nie ważne z kusząca propozycja - pokazałem mu środkowy palec, udając się we wcześniej wskazanym kierunku. Shiro przyszedł po chwili do mnie z przestając wąchać nowego przyjaciela. A raczej przyjaciółkę.
 <Mefoda? Wracamy do konika <333 >

Ace CD Smiley

- Niee, nie mam uczulenia - urwałem zerkając na futrzaki.
Zamrugałem, a na moje oblicze mimowolnie wkradł się uśmiech.
- One są takie urooocze!
Zanim się obejrzałem już klęczałem przy zwierzakach. Ostrożnie podrapałem pieska za uchem. Był taaaki puszysty... Pomachał ogonem. Moją uwagę jednak przykuł lis. Powoli wyciągnąłem do niego rękę. Jednak śnieżno-biały lis zdawał się nie ufny więc ją cofnąłem.
- To są dwie one prawda? - Spojrzałem na dziewczynę podekscytowany.
- Uh... Yuki to lis, ale Bisca to sunia.
Gdy się bardziej przyjrzałem dziewczynie wydawała się zbita z tropu moją nagłą reakcją. Ostrożnie podniosłem suczkę i posadziłem ją sobie na kolanach.
- A jaka to rasa? - Ponownie zerknąłem na dziewczynę.
- Ona jest psem pasterskim.
- Ooh no kto jest najśliczniejszym piesiem na świecie no kto? - Cały czas głaskałem psinke.
Nie mogłem inaczej. Miałem słabość do małych i uroczych zwierząt. Takich jak kotki, pieski nawet lisy czy inne zwierzęta. Własnego nigdy nie posiadałem, ponieważ moi rodzice zawsze byli na nie.. Jednak przecież teraz nie mieli mi nic do powiedzenia... Spojrzałem pieskowi w oczy. Sunia przechyliła głowkę mrugając przy tym.
- Nie mam pojęcia gdzie ty znalazłaś takie słodziaki... - Zaśmiałem się i ściągając psa z kolan i wstając. - Aż ci ich zazdroszczę.
Pokręciłem głową i akurat zauważyłem tacę z ciastkami, herbatą i kakaem.
- No popatrz nawet nie zakodowałem, że już je przyniosłaś... Dzięki - wziąłem sobie filiżankę z herbatą i przysiadłem na podłokietniku fotela.
Spojrzałem na parująca ciecz. Westchnąłem zamykając oczy i upijając łyka. Moim zdaniem herbata była dobra, chociaż może bym ją odrobinę dosłodził...
- I jak? - głos Smiley wyrwał mnie z zadumy.
- Hm... Co jak... A herbata! Dobra bardzo dobra. Serio. Eeej swoją drogą nie wiem czy wypada mi się zapytać, ale czy mógłbym wziąć jednego z twoich zwierzaków?
Spojrzała na mnie zszokowana.
Spuściłem wzrok na herbatę. Nie byłem tak zdesperowany... Jakoś mi się tak wymsknęło. Jednak teraz żałowałem, że w ogóle otworzyłem usta.

<Smiley?> Sorki ,że późno i ja wiem to nie jest arcydzieło ,niestety miałam zabiegany tydzień

26 maj 2018

Mefoda CD Akuma

Martwiłem się o niego, nie da się ukryć. Nie wiem jakim cudem, ale tak było. Być może i znamy się krótko, ale mam serce, a do tego polubiłem tego czerwonowłosego cymbała. W każdym razie, mam zamiar dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Odkryć prawdę - co kryje się za jego postacią, dlaczego jest taki a nie inny, co ukrywa. Być może potrzebuje pomocy, ale nie ma od kogo jej otrzymać, gdyż po prostu nie ma kogo o nią poprosić.
Nie znalazłem jeszcze żadnego kompana w cyrku. Być może mógłbym spędzać czas z nim, wydaje się naprawdę spoko i w dodatku dowiedziałbym się o nim nieco więcej. W każdym razie, nic na siłę. Jakoś też nie jestem ogromnie dobroduszny i jeśli nie bezie chciał, to nie będę w to brnąć za wszelką cenę. Jak na razie jeszcze nie nakręciłem się na tyle, by tak postąpić.
- A więc, jeśli ty nie chcesz jeść, to może skołujemy coś dla twojej bestii? - spytałem z nadzieją, że nie odbierze tego jako zaczepki. On jednak spojrzał na psa, który wyglądał, jakby dopiero co wyszedł z Auschwitz.
Akuma poszedł w stronę jakichś drzwi. Jeszcze tam nie wchodziłem. Poszedłem za nim, woda jeszcze się nie zagotowała. Postanowiłem zapytać o psa, który dreptał obok swojego właściciela.
- Mam takie pytanie - co się stało twojemu psu, że ma tyle blizn? Był bezpański, wziąłeś go ze schroniska, wdał się w bójkę, czy jak? - zadałem pytanie, które odbijało się w mojej głowie echem od początku naszej znajomości.
Akuma nawet się ni odwrócił, tylko machnął ręką na znak, że to temat do zbycia.
- Szkoda strzępić ryja - oznajmił, a ja parsknąłem śmiechem. Nie wiem, co było zabawnego w jego wypowiedzi, ale cóż...mam porąbane poczucie humoru. Znaleźliśmy się w jakimś pomieszczeniu pełnym przypraw, owoców, warzyw i innych tego typu rzeczy. Naszym oczom ukazała się półka z wędlinami, kiełbasami i wszystkim, co mogłoby zasmakować psu. Akuma wziął do ręki długą kiełbasę, Shi-cośtam podszedł i od razu zrozumiał, że jest przeznaczona dla niego. Zdziwiło mnie to, z jaką łatwością porozumiewa się on ze swoim zwierzęciem. Jakby między nimi istniała jakaś wyjątkowa więź. Dałbym wiele, żeby było tak ze mną i z Wołgą, ale posiadam ją od niedawna i w dodatku jest ona wręcz dzika. Wstyd przyznać, ale spadłem z niej podczas każdej jazdy. Czasem nawet nie tylko raz. Co prawda słucha poleceń, chodzi poprawnie, ale w pewnym momencie jej odbija, nie wykonuje poleceń, dwa razy próbowała mnie zrzucić. Próbowałem zrozumieć o co chodziło, nawet dzwoniłem do stadniny, w której spędziła sześć lat swojego życia, jednak nie dowiedziałem się niczego przydatnego.
Chłopak zabrał jeszcze jedną taką samą kiełbasę, pewnie na zapas, po czym wyszliśmy z pomieszczenia. Po drodze złapałem jeszcze gruszkę.
- Jabłka lepsze - oznajmił, wymijając mnie. I kosz pełen jabłek. Ten człowiek naprawdę robi się coraz dziwniejszy. - Zwłaszcza zielone - dodał po chwili, gdy przechodził już przez drzwi. Rozejrzałem się na boki. Nigdzie nie widziałem zielonych jabłek. Albo je tylko jedno, albo też naprawdę nie ma apetytu.
- Ja tam jem wszystko pod ręką - wzruszyłem ramionami, wgryzając się w twardy owoc. Soczysty, chłodny, słodki - perfekcyjny smak. Podszedłem do czajnika, który właśnie się wyłączył, po czym zalałem oba kubki do nieco ponad połowy wrzątkiem. Wymieszałem łyżką ( łyżeczka by się utopiła ) zawartość dzbana i dolałem mleka. Piję kawę tylko z mlekiem.
- Z mlekiem najlepsza - powiedział Akuma, obserwując moje ruchy oparty tyłem o blat stołu. Wyglądał na wyczerpanego życiem. Chyba naprawdę sen dobrze mu zrobi.
- Zdecydowanie - przytaknąłem, po czym spróbowałem napoju. Uniosłem brwi. Boże, jakie to dobre! Nigdy nie piłem podobnej kawy. Spojrzałem znacząco na Akumę, który wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą. Znowu odpadł? Spojrzałem na jego psa. Wysoki, dobrze zbudowany, a tak okropnie oszpecony. Przypominał mi Azoga z Hobbita.
< Akuma? >

Akuma CD Mefoda

Westchnąłem tylko. Nie jestem głodny. W ogóle odkąd tak schudłem, nie jem prawie w ogóle. Gdy jem jabłko, nie potrafię dojeść nawet połowy, bo zbiera mi się na wymioty. To już może podchodzić pod jakąś chorobę, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Przeczesałem włosy zastanawiając się nad wyborem. Zgodzić się, czy nie? Pewnie skończy się na tym, że będę klęczał nad kiblem i wywoływał wymioty, bo będę się czuł tak źle po posiłku.
- Kawa wystarczy - powiedziałem zgodnie z prawdą. Pewnie i tak ją wyleję. Za duży kubek. Z przyzwyczajenia już go wziąłem, zapominając o tym, że już nie odżywiam się tak jak kiedyś. Ale kawy nie piłem od ponad połowy roku. PONAD POŁOWY ROKU. A kiedyś piłem ją codziennie. To naprawdę dołujące, jak bardzo wszystko się zmieniło. Jak bardzo zmieniłem się ja, przede wszystkim. Inaczej spoglądam na świat, inaczej się zachowuję, nawet inaczej wyglądam. Gdy zobaczył mnie Pik, nie poznał mnie. I nie chciał uwierzyć, że jestem tym, kim jestem. Dopiero teraz moja ksywka zaczyna mi pasować. Akuma, czyli demon. Kiedyś chciałem być fajny, i dlatego nadałem sobie taki pseudonim. Odkąd jednak zacząłem stawać się tym demonem, już nie było tak fajnie. To jeszcze bardziej mnie dołuje - powoli staję się tym, za kogo się uważam.
- EJ- odezwał się, machając mi dłonią przed nosem. Odruchowo odchyliłem głowę, przestraszony tym gestem. Zamrugałem wielokrotnie powiekami. Co??? - Mówiłem coś do ciebie. Czy ty w ogóle mnie słuchasz? - spytał oburzony Mefoda. Spuściłem wzrok.
- Wybacz, zamyśliłem się. Co mówiłeś? - przybrałem pogodny wyraz twarzy. Zmierzył mnie wzrokiem. Jego spojrzenie wręcz wypalało we mnie dziurę. Niczym jakiś laser.
- Mówiłem, żebyś coś zjadł bo jakiś blady jesteś. W każdym razie, wszystko okay? - spytał, a ja się zdziwiłem. A dlaczego miałoby nie być okay? Dobra, może i nie jest, ale no przecież on nic nie wie, nic mu nie powiedziałem... Aż tak źle wyglądam? Albo zachowuję się zbyt podejrzanie? Sam nie wiem.
- No tak, po prostu chyba jestem zmęczony. Ostatnio kiepsko sypiam - oznajmiłem.
- To po jakiego ci ta kawa? Gówno ci to da, idź się wyśpij - powiedział, wzruszając obojętnie ramionami. Westchnąłem, gdyby to było takie proste... Nagle naprawdę poczułem się zmęczony. Czy to tak będzie działać? Wyobrażam coś sobie, a to się dzieje po jakimś czasie? Zabawne, doprawdy.
- Zjedz coś, serio mówię. I wypij coś, ale normalnego. Kawa odwadnia, wypij wodę - poczujesz się lepiej, serio. Będziesz lepiej funkcjonował. Albo się zamieńmy - ja wypiję kawę, ty moją herbatę. Wiesz, zielona herbata nawadnia lepiej niż woda - wyjawił, a ja tylko pokiwałem głową. Poczułem skurcz w żołądku. Nienawidzę zielonej herbaty. Ale po kawie bym wymiotował. Dlaczego muszę odkładać coś przyjemnego na rzecz tego, co mi nie pasuje? To naprawdę niedorzeczne i denerwujące. Współczuję ludziom, którzy przeżywają podobne chwile. Szczere kondolencje.
- Nie zjem nic, nie jestem głodny - powiedziałem twardo. Nie mam zamiaru jeść tylko dlatego, że komuś się tak uwidziało. Usłyszałem głębokie westchnięcie. Naprawdę? Jeszcze będzie się fochać o to, że nie robię tego, co mi każe? Świetnie, po prostu zajebiście. Gościu, lubię cię, ale jeśli będziesz się tak dalej zachowywać, to się wypchaj. Poczułem narastającą irytację, tak naprawdę bez większego powodu. Ostatnio łatwo mnie wyprowadzić z równowagi.
- Dlaczego nie chcesz jeść? - spytał.
- A po co ci to wiedzieć? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie, nie siląc się na coś innego niż szorstką odpowiedź. Popatrzył na mnie również zdenerwowany. Nie lubię rozmawiać o swoich problemach. No, może nie tyle nie lubię, co nie potrafię o nich mówić.
Ponownie westchnął.
 - Dobra, sorry. To nie moja sprawa. Po prostu wyglądasz naprawdę kiepsko. Cały czas tracisz koncentrację i wyglądasz jakbyś zaraz miał zemdleć - powiedział. Przewróciłem oczami.
- Jestem taki blady z wyglądu - oznajmiłem, a on spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Wydajesz się wręcz biały - oznajmił. Wzruszyłem ramionami.
- Taki już mój los - skończyłem temat, a przynajmniej taką miałem nadzieję.
< Mefoda? Lol, nie chciało mi się pisać o jedzeniu XDD >

Mefoda CD Akuma

Westchnąłem jedynie na koniec. Wydawał się faktycznie żałować swojej pewności. Ale to, co powiedział potem, totalnie zbiło mnie z tropu.
- Dzieciaczku? Jestem od ciebie starszy, kretynie - powiedział naburmuszony. Podniosłem wysoko brwi. Ach tak? Prychnąłem pod nosem.
- Na ile ci niby wyglądam? - spytałem, oczekując odpowiedzi z założonymi na piersi rękoma. Zmierzył mnie od stóp do głów. Skanował mnie wzrokiem jeszcze parę sekund, aż w końcu udzielił i odpowiedzi, które już kompletnie mnie zaskoczyła:
- Max. dwadzieścia dwa lata - kopara mi opadła. Maksymalnie dwadzieścia dwa? To ile on ma, że wciąż uważa się za starszego??? Ja bym mu dał osiemnaście, a nawet i siedemnaście lub szesnaście! Chyba pobladłem na twarzy, poczułem się dziwnie.
- To ile ty masz lat? - spytałem, oczekując odpowiedzi. Spojrzał na mnie wyniośle. Poczułem się dziwnie mały, przytłoczony i...młody? Chyba tak. Zwykle przebywałem w towarzystwie w swoim wieku, trochę lub bardzo młodszym i nieco starszym - dużo starszych było mało.
- Dwadzieścia pięć - odpowiedział. Zatkało mnie. Dwadzieścia pięć? Czy ja dobrze usłyszałem??? Dobra, może i jest wysoki, ale przecież on jest dwa razy chudszy ode mnie! Dobra, może i kiedyś trenowałem i nabyłem trochę mięśni, no ale błagam! On ma przecież niedowagę... Poczułem się strasznie, przez co on musiał przechodzić, że się doprowadził do takiego stanu? Być może to też wina choroby... W każdym razie, przecież gdybym objął jego ramę w miejscu przy obojczyku, zostałoby mi chyba z trzy centymetry wolnego miejsca! - A tobie co? - spytał, marszcząc czoło.
- O ja pierdo*ę - powiedziałem na jednym wdechu, cofając się. Po chwili jednak podszedłem do przodu, zbliżając się do niego. Ściągnął brwi, patrząc się na mnie intensywnie. Zastanawiał się o co mi chodzi. Ile on mógł ważyć? Sześćdziesiąt kilo?
- O ch*j ci chodzi? - spojrzał na mnie zirytowany. Opuściłem wzrok. Nie będę nic mówić. A jeśli choruje na jakąś chorobę psychiczną i swoimi komentarzami tylko pogorszyłbym jego stan? Może ma anoreksję? Może nie akceptuje siebie i gdybym powiedział to, co myślę, załamałby się?
- Po prostu wyglądasz na dużo młodszego i tak też się zachowujesz - odparłem. - Mniejsza z tym. Zgłodniałem. Wyprowadzamy ją i idziemy coś zjeść? - spytałem. Spojrzał na mnie podejrzliwie, aż tak było widać, że kręcę? Mam zamiar wepchać coś w niego na siłę, nawet jeśli nie miałby apetytu. Przecież moja ręka to jego łydka, a nawet i udo...
- Bez czyszczenia kopyt? - spojrzał na mnie zmieszany. Poczułem się pod jego spojrzeniem nieswojo, odwróciłem wzrok. Potruchtał do nas jego pies, jak on tam miał? Shibo? Sheba? Mniejsza. Wołga opuściła łeb na tyle, na ile pozwalał jej sznur. Pies wyciągnął głowę do góry, zwierzęta zetknęły się "nosami", po czym doberman usiadł. Nadal jego blizny były dla mnie ogromną zagadką.
- Bez - oznajmiłem.
Wyprowadziliśmy klacz na ogrodzone pastwisko. Koń od razu zaczął biegać i wierzgać, galopować i kłusować - korzystał z wolności.
- Ona tak zawsze? - spytał Akuma, naprawdę mało wie o koniach. Pokiwałem głową.
- Po całym dniu w małym pomieszczeniu zachowywałbyś się podobnie - wyjaśniłem, a on tylko skinął głową z półuśmiechem. Skierowaliśmy się do jadalni. Weszliśmy do namiotu, skierowaliśmy się w stronę wielu szafek. Pierwsze, co zrobił chłopak, to wyjął mleko, kawę, cukier oraz wygrzebał z szafki kubek.
- Mój ukochany - przytulił się do przedmiotu, a ja parsknąłem. Nadal miał tu swój kubek? W dodatku tak się stęsknił? Dlaczego go ze sobą nie wziął? Tyle pytań, a szkoda ich zadawać. Włączył wodę, ja także wyjąłem kubek, pierwszy z brzegu. Jego był ogromny. Dwa razy większy od mojego. Być może nawet i trzy... Zaczął szykować sobie napój, ja po prostu wrzuciłem torebkę z zieloną herbatą.
- Jaja sobie robisz? - spytał, wskazując głową na mój kubek. O co mu chodziło? - Przecież to jest obrzydliwe.
- Obrzydliwa to jest twoja twarz - wypaliłem, nim zdążyłem się powstrzymać. Rozszerzyłem nieco powieki zdając sobie sprawę z tego, co zrobiłem. Brawo! Ty idioto, czy ty w ogóle myślisz??? Gadasz z chłopakiem, który może mieć anoreksję, problemy ze sobą, a jeszcze mu ich dokładasz! - Żartowałem tak tylko - powiedziałem szybko, gdy opuścił wzrok. Pokazał mi środkowy palec. Uff, co za ulga.
- Wiesz, nie bierz mnie na poważnie, często mówię głupoty, zanim pomyślę - oznajmiłem. Pokiwał głową, patrząc przed siebie. Ponownie poczułem się nieswojo, to naprawdę okropne uczucie. - Ale teraz możesz wziąć mnie zupełnie poważnie. Co jemy? - spytałem z szerokim uśmiechem, by poprawić dodatkowo atmosferę. I chyba mi się udało, gdyż zaśmiał się lekko.
< Akuma? Mefoda wciśnie ci wszystko xdd >

Akuma CD Mefoda

Poczułem narastającą panikę. Co robić, co robić, co robić??? Ból był duży, ale nie jakiś niewyobrażalnie ogromny. Szczypanie roznosiło się po całej długości ręki, nawet tam, gdzie nie było ran. A co, jeśli on każe mi faktycznie zdjąć bandaż? Cały posrany schowałem ręce za siebie widząc, że bandaż na lewej ręce przybrał w paru punktach czerwony odcień. Błagam, żeby plamy się nie rozrosły! Jak on to zauważy to już na bank mi nie opuści... W ogóle co on się tak dziwnie zachowywał? Pierw to podejście od tyłu, teraz ta ogromna troska czymś tak błahym?
- Już nie boli - skłamałem.
- Nie potrafisz kłamać - powiedział prawdę. Potrafię kłamać, ale ostatnio mi to w ogóle nie wychodzi. Czyli potrafiłem kłamać, ale już nie? Chyba tak, właśnie tak.
- Nie chcę - powiedziałem czując, że zaraz się chyba popłaczę. Jaki normalny dwudziestopięciolatek płacze z takiego powodu? Zacząłem drżeć na całym ciele, wszystkie wspomnienia zaczęły wracać. Każde spojrzenie pogardy rzucane w moją stronę, każde słowo zapewniające mnie w przekonaniu, że jestem nikim. NIKIM. Nigdy nie byłem kimś, a jak mi się tak wydawało, to było to zwykłe złudzenie, nic więcej. Jakim cudem dostrzegłem to stosunkowo tak niedawno?
- Dobra, skoro nie chcesz, to nie naciskam, już jest dobrze - spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Już jest dobrze? On nic o mnie nie wie. Nie ma prawa mówić, czy jest dobrze, czy nie. Zacisnąłem szczęki, próbując się opanować. Uśmiechnąłem się blado.
- To ja wyczyszczę ci konia - powiedziałem, a on uśmiechnął się z ulgą.
- Mój koń jest zaszczycony - poszerzyłem uśmiech, sprawa wyglądała już dobrze.
Mefoda pokazał mi, jak mam zająć się jego wierzchowcem, by był czysty. Jaka szczotka do czyszczenia przykładowo błota, a jaka do kurzu. On tak rzadko czyści konia, że on jest zakurzony? Czy jak? Bo nie rozumiałem tego w ogóle... Czy to jest w ogóle możliwe, żeby zwierzę było pokryte kurzem? Maskra, współczuję mu tego wszystkiego. I Wołdze i Mefodzie. Ja bym tak chyba nie wytrzymał, naprawdę.
Wracając do kwestii krwawiących rąk - chyba nie zauważył plam wielkości jadalnej części orzecha ziemnego, które po jakimś czasie już się nie rozrastały. Ewentualnie udawał, że ich nie widzi. W każdym razie, olał sprawę, jak go prosiłem. Byłem mu za to naprawdę wdzięczny, tłumaczenie tego wszystkiego przerosłoby mnie.
- Skończyłem - zawołałem, gdy klacz aż lśniła. Po paru sekundach ujrzałem uśmiechającego się od ucha do ucha chłopaka, z sianem ( albo słomą? ) w kształcie prostopadłościanu w rękach. To chyba musiało być ciężkie... Wrzucił to siano ( słomę? ) do boksu, po czy, podszedł. Zacmokał parę razy językiem.
- Wow, nieźle. Gdyby mi się tak chciało... Zaraz... czy ty wyczyściłeś jej kopyta? - spytał, patrząc na ziemię ,gdzie mieściły się wyciągnięte z pudełka przyrządy. Skrzywiłem twarz.
- Nie - wyznałem zgodnie z prawdą. - Nie potrafię podnosić nogi - dodałem po chwili, kładąc dłoń z zakłopotaniem na tył głowy. Uśmiechnął się lekko.
- Nie szkodzi. Patrz, musisz zrobić tak - ustawił się tyłem do konia. W sensie bokiem. Ale jednocześnie tyłem. Nie ważne... Następnie położył dłoń około dziesięć centymetrów nad kopytem i lekko popchał, przynajmniej tak mi się zdawało. Ku mojemu zdziwieniu, klacz posłusznie podniosła nogę. Jak go kopnie to ja stąd uciekam do Ameryki.
- Dzięki - mruknął, udając oburzenie. Co? Powiedziałem to na głos? Ocholerajasna.
- Nie ma sprawy. To teraz odsuń się, ja też chcę - powiedziałem pewnie siebie. Wykonał moją "prośbę", po czym to ja zająłem jego miejsce. Zacząłem naśladować jego ruchy.
 - Jeśli go kopnie, to uciekam do Afryki - powiedział, a ja parsknąłem śmiechem. Jego wersja lepsza, zdecydowanie. W pewnej chwili kobyła podniosła kopyto. PODNIOSŁA TO ZASRANE KOPYTO.
- Podaj szczotkę - powiedziałem, udając, że noga nie jest za ciężka. Jakim cudem on ją potrafił utrzymać???
- Co? - dławił się śmiechem. O co mu chodzi?
- Podasz czy nie? - niecierpliwiłem się. Ręka mi odpadała. Wybuchnął śmiechem.
- Szczotkę? Naprawdę? Szczotkę? - nie wytrzymał. Spiorunowałem go spojrzeniem, znawca koni się znalazł.
- Zamknij się i podaj mi to czyścidło - syknąłem w jego stronę, ponownie odwracając do niego wzrok. Gościu, zabiję cię zaraz i ten twój środek transportu ci już nie pomoże.
- Czyścidło? To takie słowo istnieje? Już wiem co ci kupię na urodziny - słownik - droczył się. No nie, zaraz mi ręka odpadnie. Jednak bardzo musiałem schudnąć, skoro nie potrafię zrobić czegoś tak błahego jak utrzymanie nogi konia. Chociaż te zwierzęta ważą nieraz po pół tony... Niosę właśnie pół tony. Ocholerajasna.
- Chodziło ci o kopystkę? - spytał, gdy nie odpowiadałem. No tak, zamyśliłem się. Co? Kopystkę? A co to? Przecież ja nawet tego wymówić nie potrafię...
- Tak, właśnie tak, wyleciało mi z głowy - powiedziałem. Prychnął tylko, podając mi jakiś przedmiot. Podał mi coś przypominającego grzebień. Przybliżyłem to do do kopyta.
- Nie! - złapał mnie za rękę, a ja miałem chyba zawał. Upuściłem niezdarnie kopyto na ziemię. Co tym razem?
- Po pierwsze, dałem ci dla jaj grzebień. Grzebień, powtarzam! Ty chyba nie wiesz co robisz, dzieciaczku. Po drugie - gdybyś przejechał jej po TEJ części kopyta, zabolałoby ją - wytłumaczył. Och.
< Mefoda? >

Mefoda CD Akuma

- Jestem pierwszy w kolejce, okay skarbie? - spytałem, poruszając sugestywnie brwiami.
- Oczywiście kochanie - odparł, wysyłając mi całusa w powietrzu. Gdy się odwrócił, pozwoliłem sobie na otworzenie szeroko oczu i ust. Albo udaje geja, albo też nim jest. Mniejsza z tym, jeszcze chwila, a się zakocham. Głośny śmiech. 
- A więc, trzeba wyczyścić Wołgę, boks oraz wyprowadzić ją na pastwisko, dać siano, słomę i wymienić wodę. Bo ta jest dziwnie zielona - powiedziałem.
- Wyrwę ci jaja, jeśli ją otrułeś - przytulił się do końskiej szyi. - Ja cię nie zostawię z tym złym panem, kochanie - przybrałem rozgniewaną minę. Powstrzymałem śmiech, ten widok naprawdę mnie rozwalał. Zakład o ile, że konia na żywo widzi pierwszy raz w życiu?
- Ej, jeszcze przed chwilą to ja byłem twoim kochaniem!- zawołałem, starając się zabrzmieć jak najbardziej zazdrośnie.
- Kobiety są zmienne - odparł, trzepocząc rzęsami. Je*nę przy nim.
- Mniejsza z tym, do roboty - powiedziałem, a on otworzył zamknięte na moment oczy. Popatrzył się na mnie zabójczo.
- Nie przeszkadzaj nam w takiej chwili - prychnąłem. On także. - Nigdy nie zrozumiesz naszej miłości. Choć kochanie, wyczyścimy cię - powiedział. Podniosłem wysoko brwi. Zagrodziłem mu drogę, uśmiechając się sprytnie.
- Po pierwsze, kto powiedział, że to ty będziesz ją czyścić? Po drugie, jakim cudem chcesz ją wyprowadzić, skoro nawet nie ma kantara? - spytałem, a on otworzył szeroko usta. Spodziewałem się wszystkiego, ale nie takiej odpowiedzi:
- Co to kantar? - wybuchnąłem śmiechem. Jaki debil! I on nazywa Wołgę swoim kochaniem? Przecież on nawet nie potrafiłby jej z boksu wyprowadzić! - I z czego rżysz? - jego niski, obrażony głos rozbawił mnie jeszcze bardziej, powodując wciąż nasilający się rechot. Otarłem łzy.
- Chodź, pokażę ci - powiedziałem, łapiąc za przedmiot wiszący na gwoździu przybitym do desek zamkniętego wejścia do boksu. Akuma zbliżył się, powiedziałem mu, żeby patrzył się na to, co robię. Powoli, aczkolwiek pewnie siebie, zacząłem zakładać na koński łeb kantar. Starałem się robić to tak, żeby wszystko zobaczył. Gdy skończyłem, odezwałem się:
- Potem przypinasz tutaj - pokazałem na metalowy okrąg - taki fajny sznur, dzięki czemu możesz konia potem podpiąć gdziekolwiek i zacząć go czyścić. - Ściągnąłem kantar, przekazałem go czerwonowłosemu. Kocham farbowane włosy, dlaczego ja takich nie mam?
 - Teraz ty - oznajmiłem. Odwrócił się do mnie gwałtownie.
- Ja nie potrafię - wyjąkał. - A co jak mnie ugryzie? - spytał, a ja powstrzymałem śmiech. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Wtedy będę się śmiał - zgromił mnie spojrzeniem. Podniosłem ręce w obronnym geście - no dobra, dobra już...upie*doli palce - uśmiechnąłem się cwanie, na co on pokazał mi środkowy palec. Jeśli dalej będzie tak robił, naprawdę koń go ugryzie. Boże, ale bym się śmiał, o jaaa... Zaczął powoli, starając się naśladować moje wcześniejsze ruchy. Klacz jednak podniosła łeb do góry, unikając zwinnie małego więzienia. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy powtórzyło się to kolejne trzy razy. Podszedłem do niego od tyłu, łapiąc za nadgarstki. Zabijałem się w myślach za nieczyste wyobrażenia, gdy cały spiął się pod moim dotykiem. Nienawidzę swojej orientacji.
- Spokojnie, nie zgwałcę cię - zaśmiałem się mimo wszystko. Pokiwał jedynie głową, widziałem kątem oka jak przełyka ślinę. Zacząłem delikatnie kierować jego dłońmi, tak, by nie zrobić mu krzywdy moim dotykiem. Z jakiegoś powodu jednak te bandaże nosił, prawda? Wykonując odpowiednie ruchy, udało mi się nałożyć koniowi "ubranie" na pysk.
- Mówiłem, że dam sobie radę - powiedział radośnie i  odwrócił się szybko, puściłem go, na co koń zarżał. Spojrzałem na niego surowo widząc, że syczy z bólu. Ja mu to zrobiłem?
- Nie tak prędko, straszysz konia - oznajmiłem już łagodniej, wyciągając rękę przed siebie. - Pokaż - zażądałem, a on spojrzał na mnie jak na idiotę. Odruchowo czy też nie, schował ręce za siebie. Westchnąłem, zachowywał się jak dziecko.
- No pokaż, mogłem ci coś zrobić - oznajmiłem, czując wyrzuty sumienia, że przeze mnie chłopak cierpi. Co prawda to on się odwrócił, ale to ja nie poluźniłem uścisku.Tkwił w bezruchu, patrząc na mnie niczym osaczone zwierze. - Nie zachowuj się jak dziecko, pokaż to - zażądałem. Zero reakcji. Miałem ochotę uderzyć w coś pięścią. Co on odwala?! Jeśli to faktycznie poparzenia, to przecież mógł się zranić. Zwłaszcza, jeśli są świeże.
< Akuma? >