Volante
31 lip 2017
10 lip 2017
Volante CD Lunativ
Opanował żywioł, który wzbudzał strach u młodszego. Który pozbawił życia wiele osób, który niszczył, a jednocześnie był źródłem ciepła, opieki. Można rzec, że był swego rodzaju panem życia i śmierci. Niesamowite. Metafora ma jednak swoją moc.
Chciałem na niego nawrzeszczeć. Nakrzyczeć, wygarnąć to co myślę o nim w tej właśnie chwili, ale jedyne na co było mnie stać to na ciche "zaczekaj" i opadnięcie z sił przy przyjacielu, który jęczał z powodu purpurowego już policzka, który kilka chwil temu otrzymał prostą lepę. Wydyszałem tylko "przepraszam" i po przetarciu twarzy odszedłem w zupełnie innym kierunku. Nie umiem się nie przejmować. Po prostu nie potrafię, a każde takie wydarzenie tak dramatycznie odbija się na mojej pamięci. Przypominam sobie o nich przed snem.
Babciu, proszę, nie.
Słyszałem płacz. Słyszałem krzyk, słyszałem wycie, nieludzkie, podobne do wilczego, lecz trzy razy bardziej doniosłe i przerażające.
Babciu, babciu.
Widziałem czarny deszcz. Gorący, wypalający. Popiół.
I Skóra.
Nadziejo.
Słyszałem ostanie słowa, które padły z wykrojonych ust, które co wieczór całowały me czoło, uspokajały myśli, opowiadały bajki.
"Feliksie!"
Odeszła, wraz z ogniem, wraz z budynkiem. Został tylko węgiel, popiół i słone łzy.
Chwila, dwie, trzy. Zaniepokojenie, brak zrozumienia, orientacji co się dzieje.
Było gęsto. Bardzo gęsto.
Oprzytomniałem, na moje szczęście i jeszcze szybciej niż wparowałem do sali namiotu, uciekłem stamtąd, pozostawiając go samego.
Spietrałem, jak zawsze.
17 maj 2017
Volante CD Lunativ
Feliksie taki jest świat i tego nie zmienisz. Nie każdy stara się dbać o chociażby motylka, tak jak ty to robisz. Ludzie to potwory. Chcą zniszczyć wszystko, czego tylko mogą dotknąć. Chcą zawładnąć nad światem. Chcą być władcami, tego, co uprzednio zrównają z ziemią. To bez sensu, ale taki jest sens ich istnienia. Cóż im z tego, że sami zginą, skoro będą mieli chorą satysfakcję z zabicia wroga?
Cóż, ze wszystkich emocji sam nie wiem jak to się stało, że po chwili stałem przytulając niższego mężczyznę. Ujmowałem jego twarz w dłoniach, gładziłem jego policzki. Wpatrywałem się w niego smutno, czując rozżalenie płynące z tej sytuacji. Gładziłem delikatnie jego włosy, które były nieco sztywniejsze od moich, muskałem miękką skórę na jego szyi. Błądziłem wzrokiem po jego twarzy, która wyrażała szczególnie zdziwienie, ale jednocześnie dziwną ulgę. Zaciekawiony zacząłem zbliżać się ku niej. Delikatnie przekrzywiałem głowę, spoglądałem to na jego usta, to w jego oczy. Czułem jego oddech na moich wargach. Ciężki, gorący, zdenerwowany.
Trzask.
Jak spłoszona sarna odskoczyłem od towarzysza i wbiłem rozbiegane spojrzenie w krzaki, z których można było usłyszeć owy dźwięk. Zmarszczyłem brwi. Ruch w zaroślach dodatkowo mnie zaniepokoił, więc nie wahając się długo, ruszyłem w tamtą stronę, wcześniej jeszcze zerkając na chłopaka i ponownie zbliżając się do niego niebezpiecznie blisko. Odsunął nieznacznie głowę.
- Masz rzęsę na policzku. - Strzepnąłem włosek i uśmiechnąłem się ku niemu. Otworzył szerzej oczy, lecz nic nie dopowiedział. Wyskoczyłem więc z wody i założyłem spodnie, by zwisały luźno na biodrach. Nie bałem się o moje bezpieczeństwo, w razie ataku mogłem przecież odskoczyć do tyłu, bądź na drzewo.
Cóż, gdy byłem już przy zagajniku dostrzegłem, że nie miałem się czego bać.
Zitao.
Ten azjatycki idiota siedział schowany w krzakach i przypatrywał nam się, uśmiechając przy tym głupio. Nie namyślając się złapałem go za szmaty i wytargałem z roślin, rzucając przy tym na piasek przy jeziorku. Podpierając boki zerknąłem na zawstydzonego Lónga, a po chwili z powrotem na drżącego ze śmiechu podglądacza. Przewróciłem znudzony oczami, bo leżący nie mógł powstrzymać się od mówienia jacy to my nie jesteśmy zakochani. Czarnowłosy palił buraka, zasłaniając ciało, gdy dalej siedział w wodzie, ja tymczasem jedynie delikatnie kopnąłem Zitao w tyłek.
- Ał? - Mruknął patrząc na mnie.
- Błagam cię, zachowuj się. - Ciche westchnięcie z mojej strony i usadowienie się na kamieniu pokrytym mchem. Odgarnąłem mokre włosy do tyłu, przy czym musiałem wyglądać jak jeden z tych ulizanych casanova, którzy znacząco przesadzają z ilością żelu na włosach. Lepsze to niż lekko wilgotne włosy. Jak te kudły lekko podeschną będę wyglądał jak rozczochrany pudel, którego właścicielka nie wie co to szczotka do włosów bądź też sierści.
- Przepraszam. - Powiedział, gdy już się uspokoił i wstał otrzepując spodnie oraz koszulkę. Kiwnąłem głową, na znak, że nie mam mu tego za złe. Zerknąłem jeszcze na Lónga, który.
No...
Dalej siedział po szyję w wodzie, mając przy tym twarz tak czerwoną jak dorodny pomidorek. Uśmiechnąłem się ciepło na jego widok, bo był co najmniej uroczy. Kiwnąłem głową na znak, by przyszedł tu do nas, on jednakże odpowiedział tylko pokręceniem swojej.
- Zitao, odwróć się. - Powiedziałem do towarzysza, który szybko poczynił to, o co prosiłem.
Szum wody, muskanie materiału, wsuwanie go na ciało. Krótka informacja o gotowości. Stał już w tym swoim mundurze, poprawiając przy tym kołnierz. Zagryzłem delikatnie wargę, bo wyglądał dobrze. Wyjątkowo dobrze. Do tego mokre kosmyki, które okalały jego twarz. Jej dobry kształt. Ładne oczy. Pełne usta. Elegancki ubiór.
"Za mundurem panny sznurem..."
Cóż, panowie też.
21 kwi 2017
Volante CD Lunativ
- Hej wielki... - Mruknąłem cicho. Zwierzę jak zaczarowane zaczęło się wręcz łasić i spędziłem kolejne minuty na gładzeniu i klepaniu grubej, pokrytej szorstkim włosiem skóry. Ciepło jakie od niego biło było miłe. Nawet bardzo.
Lóng zaczął oporządzać swojego wierzchowca, podczas gdy ja w ciszy się temu przyglądałem. A raczej jemu, mężczyźnie, który stawiał stanowcze kroki, dumnie napinał mięśnie podczas szczotkowania i wyglądał jak szlachta. Polubiłem obserwowanie go, nawet przy takich prostych czynnościach, wszystko co robił wydawało się zaplanowane i przemyślane. Mimowolnie zagryzałem wargi, gdy zaciskał mocniej szczękę, czy poprawiał włosy, które spadały mu na twarz.
Nim się spostrzegłem, wyprowadzał już Abla z boksu, więc ruszyłem za nimi. Dosiadł konia, przyszła kolej na mnie. Zrobiłem to niepewnie, ale udało mi się i za chwilę siedziałem tuż za Lóngiem.
- Prowadź. Wskazuj mi, jak mam jechać. - Powiedział krótko, po czym nakazał wierzchowcowi ruszyć. Poleciałem lekko do tyłu, jednak uchroniłem się od upadku, łapiąc się kurczowo bioder mężczyzny przede mną. Spojrzał na mnie przed ramię. Prawdopodobnie wyglądałem jak duch. Blady, przerażony, ciężko oddychający. Uniósł nieznacznie brwi, a ja podciągnąłem się do dawnej pozycji.
- Mogę Cię objąć? - Spytałem będąc dalej w lekkim szoku. Przewrócił oczami, jednak kiwnął głową i ponownie skierował wzrok przed siebie. Zrobiłem to, o co pytałem, przylegając mocno do jego pleców. Momentalnie poczułem się bezpieczniej, jakby cały stres i zdenerwowanie uciekło wraz z nawiązaniem z nim kontaktu fizycznego. Patrzyłem nad jego ramieniem i co jakiś czas dawałem wskazówki co do kierunku, w którym ma się udać. Jechał dosyć wolno, co i tak nie dawało mi całkowitej pewności co do mojego bezpieczeństwa, więc nie poluźniałem uchwytu.
No, było to też spowodowane tym, że najzwyczajniej nie chciałem się od niego odsuwać, co było dosyć. Dziwne. Tak, dziwne. No ale cóż.
- To tu? - Przerwał nagle moje zamyślenie. Nawet nie zorientowałem się, że w pewnym momencie zacząłem wdychać jego zapach, który wydawał się mieszanką męskich perfum, konia i... wanilii? Mimo wszystko, ten nietypowy miks był przyjemny dla nozdrzy, więc z radością go... uch obwąchiwałem.
Rozglądnąłem się. Dojrzałem znajomy mi strumyk i polankę. Pokiwałem głową i zsunąłem się z konia, rozprostowując przy tym kości. Po wycieczce bolał mnie tyłek, ale to chyba normalne po pierwszej prawdziwej jeździe. Przeciągnąłem się, wypychając mocno biodra do przodu i stękając cicho. Zamlaskałem.
- No, to tu. - Uśmiechnąłem się do chłopaka, który stał już przy mnie.
Gdy ten przywiązywał Abla do drzewa, ja już pluskałem się w wodzie, nie przejmując się moimi rzeczami, które leżały wyjątkowo blisko brzegu. Rzuciłem je tam nieuważnie, pragnąc tylko rzucić się do odświeżającego toni. Uśmiechałem się, wyciągając buzię do słońca, które dzisiaj wyjątkowo mocno grzało. Było ciepło i to chyba było największym szczęściem jakie ostatnimi czasy mnie spotkało.
Poczułem na sobie wzrok. Otworzyłem leniwie oczy i spojrzałem na stojącego na trawie Lónga, który stał z założonymi na piersi rękami. Pomachałem do niego, a on uniósł brwi. Zaśmiałem się.
- Wskakujesz, czy masz zamiar tam zostać i śmierdzieć do końca dnia? - Zamachałem mocniej nogami, aby popłynąć nieco wyżej. Westchnął i zaczął rozpinać tę swoją marynarkę, następnie koszulę. W przeciwieństwie do mnie wszystko dokładnie składał i odkładał w jedno miejsce. Ja natomiast wpatrywałem się w jego ciało. Czułem się nieco zawstydzony. Był dobrze zbudowany, nawet bardzo, podczas gdy ja przypominałem tego dryblasa, którego każdy miał kiedyś w klasie. Chudy, wysoki, no cóż, może miałem jakieś tam mięśnie, ale i tak nie były porównywalne do tych jego. Jednakże on był w armii przez kilka dobrych lat, podczas gdy ja skaczę po drzewach i wieszam się na trapezie.
Nie wskoczył do wody tak jak ja. Wszedł do niej powoli, przyzwyczajając ciało do chłodniejszej temperatury. Był ostrożny i spokojny. Przeciwieństwo mnie, nieco narwanego romantyka, który błądzi głową w chmurach. Podobała mi się ta jego stałość, stabilność. Czułem się jakby był swego rodzaju kotwicą. Kotwicą, która przez te dwa dni pozwoliła mi się jej złapać i nieco uspokoić oddech, który dotąd był nierówny.
Powoli obmywał ramiona, zanim zanurzył się po szyję. Gładził spięte ciało, chcąc je nieco rozmasować, rozluźnić.
W wodzie, mimo, tego jak chłodna było, nagle zrobiło mi się gorąco. Zanurkowałem, odsuwając "latające" włosy do tyłu. Rzeka była mętna, przez nurt, który ciągle podbijał muł i piach z dna. Potrzebowałem chwili ciszy i spokoju. Woda mi ją dawała, nie oczekując nic w zamian.
Wynurzyłem się i zerknąłem na chłopaka, który przemywał nieco zmęczoną twarz, która spotykała się już z licznymi uderzeniami, ranami, poparzeniami słonecznymi. Przeżył o wiele więcej ode mnie, a czas odbił się znacząco na jego skórze. Szczególnie na prawym boku, gdzie tkwiła ogromna blizna, której jak dotąd nie zauważyłem. Zmrużyłem oczy i wskazałem na ślad.
- Skąd to masz? - Spytałem bez skrupułów.
16 kwi 2017
Volante CD Pistachio
Czuł chorą satysfakcję, gdy wiedział, że wzrok wszystkich był skupiony na nim. Uśmiechał się sam do siebie, lecąc tak, wydając się łamać prawa fizyki, chociaż tak naprawdę z nimi współpracował. Potrzebował świadomości, że wygląda pięknie, że ludzie się nim zachwycają, podziwiają. Gdy ta świadomość do niego docierała, jego ego rosło, napawając go dumą i zadowoleniem z tego, co robi, a jednocześnie pchało go do dalszego działania. Do dalszego doskonalenia się i dążenia do perfekcji, której nigdy nie osiągnie. To bolało najbardziej. Wiedział, że to niemożliwe, a mimo wszystko ślepo w to brnął.
Widownia zaczęła klaskać, po tym jak z gracją wylądował ponownie na podeście. W czasie występu zachowywali ciszę, momentami gwizdali, albo wciągali powietrze z cichym westchnięciem. Na ich ciele wystąpiła gęsia skórka spowodowana emocjami, które zdawały się przelewać z jego ciała na ich, razem z kolejnymi kropelkami potu, które odrywały się od jego torsu.
Wdzięcznie opuścił scenę, zdzierając nieco głowę. Żegnali go okrzykami podziwu, gwizdaniem, oklaskami. Jego ego rosło i rosło i rosło...
Do momentu, gdy nie znalazł się poza areną. Wtedy wszystko pękło jak bańka z mydlin. Jakby ktoś drasnął go ostrym narzędziem, szpilką, czy nożem i zniszczył tą całą powłokę. Zadufany w sobie i swoich wyczynach Volante zniknął, ustępując miejsca temu właściwemu chłopakowi. Feliksowi, który dbał o wszystko i wszystkich. Lubił fakt, że umie jakoś rozdzielić karierę od swojego życia, że kiedy trzeba być pewnym siebie i nieco aroganckim to taki jest, ale potrafi stać się też wrażliwym chłopaczkiem z sąsiedztwa, który zawsze przychodził pomóc twoim rodzicom z pracami w ogrodzie.
Sięgnął po jeden z ręczników i z delikatnym uśmiechem na twarzy, zaczął wycierać zmarnowane i spocone dłonie. Pewne było, że na starość będzie miał problem ze zginaniem i otwieraniem palców, o ile w ogóle będzie w stanie to robić. Jednak nie przejmował się tym faktem, bo wiedział, że jego stara osoba nigdy tego nie pożałuje. Tego, co robił tam na górze, co to były za wyczyny, co za sztuka.
Stał tak spokojnie, oglądając otoczenie. Jakie było jego zdziwienie, gdy zobaczył obok tego chłopca, albinosa, którego kojarzył jedynie z widowni, gdy sprzedawał przekąski. Feliks wiedział o nim dość mało, jedynie, że nosi przydomek Pistachio i nie rozmawia zbyt często z innymi. Często widział jak przemyka się pomiędzy ludźmi z cyrku. Był jak cień, nie zauważano go, jednakże on istniał i jednak każdy zdawał sobie sprawę z jego obecności. Feliksa przerażała najbardziej jedna wiadomość, którą kiedyś od kogoś usłyszał. Chłopak wiedział podobno wszystko o każdym. Lubił śledzić ludzi, sam to doskonale zauważał.
Był ciekawy drobnego białowłosego Pistachio.
Rzeczy i istoty nieznane zawsze przykuwają uwagę i sprawiają, że chcemy rozwikłać ich tajemniczość.
- Em, szukasz kogoś, czegoś? -Spytał pogodnie, uśmiechając się delikatnie. Postanowił wziąć sprawę w swoje ręce i zagadać jako pierwszy. Zauważył, że dłonie, które chciał wsadzić do kieszeni ostatecznie wylądowały na tym śmiesznym trzymadełku na przekąski. Wyglądał jakby był nieco zestresowany, onieśmielony widokiem czarnowłosego. Przez chwilę milczał, po prostu się na niego patrząc.
- Właściwie, to ciebie. - Mruknął suchym, obdartym z emocji głosem. Polak uniósł brwi i obserwował młodszego, który to właśnie postanowił zdjąć swój przenośny stoliczek i odłożył je obok siebie. Nagle, niespodziewanie, wystawił przed siebie drobne, urocze kwiatuszki, wręcz wpychając je w twarz Volante. Na policzkach albinosa wystąpiły rumieńce, które było jeszcze lepiej widać, przez odcień jego skóry. Nieco oszołomiony chłopak przyjął podarek, nie ukrywając zdziwienia.
- Uznaj to za prezent od fana, czy coś. Byłeś niesamowity. W sensie, każdy twój występ jest świetny, niesamowicie mi się podoba i... - Urwał momentalnie, jakby próbował dobrać odpowiednie słowa, albo popełnił jakiś błąd, którego Feliksowi nie udało się odkryć. Zamiast skupiać się na takich rzeczach, podziwiał mimikę chłopaka, który krótko po tym posłał mu nieśmiały uśmiech. - Chciałbym tak potrafić, to co robisz jest magiczne. Może kiedyś... Em... Mógłbyś mnie nauczyć...? Wiem, to wymaga wielu lat praktyki, i... - Odwrócił głowę, a białe włosy delikatnie zafalowały, pociągnięte wraz z ruchem. Jego zawstydzenie wprawiło dwudziestoczterolatka w lekkie rozczulenie. Jednocześnie coś przyjemnie połechtało jego ego. No bo hej! Ten młodzieniec przyszedł do niego z prośbą o naukę. Nie poszedł do mistrzów tej sztuki, do osób kształconych, zdolnych, utalentowanych. Poszedł do Polaczka, który wcale nie był tak dobry w te klocki, bo sam niedawno nauczył się robić to wszystko w sposób poprawny. Poszedł do osoby z o wiele mniejszym doświadczeniem niż niektórzy tutaj. Znaczyło to, że Volante wprawiał ludzi w zachwyt, a to przecież miał na celu.
Roześmiał się wesoło, drapiąc przy tym po swędzącym go policzku, który już jakiś czas się tego domagał, ale dopiero teraz sobie o nim przypomniał. Poczuł lekką ulgę. Jednak przestał, gdy zobaczył, jak chłopak patrzy na niego z rozczarowaniem.
- Nie, nie, nie! Nie śmieję się z ciebie, spokojnie! - Zareagował prawie od razu, posyłając mu ciepły uśmiech. - Po prostu... to miłe, że mnie o to prosisz. Chyba mogę to traktować jako pewnego rodzaju komplement, prawda? - Przechylił głowę, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami. Dostał odpowiedź w postaci nieśmiałego kiwnięcia. - A co do pytania. Oczywiście, jeśli będziesz tylko chciał i miał czas, wpadaj kiedy wola! A co do tych lat praktyki, nie przesadzaj. Jak się uweźmiesz, to chwila i będziesz robił na tym drążku czego tylko dusza zapragnie. Potrzeba tylko treningu i trwania w postanowienia. - Mówił, a uśmiech nie schodził mu z ust. Cieszył się, że może nawiązać rozmowę z albinosem. Jego niebieskie oczy lśniły zachwycone tym, co mówił Feliks, jakby coś na nowo tchnęło w niego nadzieję i szczęście. Uśmiechał się nieśmiało, a na jego widok, Volante zrobiło się cieplej na sercu.
- Naprawdę? - Spytał się, a jego głos drżał czystym podekscytowaniem. Kiwnął głową. - Dziękuję, na wszystkie orzeszki solone w kraju, dziękuję! - Powiedział nieco głośniej niż zwykle. Ułożył dłoń na jego głowie i rozczochrał jego włosy, sam do końca nie wiedząc czemu to robi. Chciał dodać mu otuchy? Pokazać, że w niego wierzy? Czy po prostu, że nie wiedział jak ma skwitować tę wymianę zdań. Prawdopodobnie była to ostatnia z tych trzech opcji.
- A teraz pozwól, że oddalę się w celu dokładnego umycia i odświeżenia. - Uśmiechnął się już setny raz tego dnia i po krótkim kiwnięciu głowy, ruszył w stronę swojego namiotu, skąd miał wziąć ubrania na przebranie i ręcznik. Żwawym krokiem kierował się w stronę łaźni, gdzie zamierzał spędzić kilka zasłużonych godzin. Lubił odpoczywać w ten sposób, był on drugim, zaraz po skakaniu po drzewach, najulubieńszym zajęciem Polaka.
Pachnący, umyty, odświeżony, a przede wszystkim odprężony jak nigdy, siedział sobie właśnie przy wspólnym ognisku, zajadając przy tym kromki chleba upieczone nad ogniem. Pomyślał sobie, że byłyby o wiele smaczniejsze, gdyby dodać do nich cukru, albo chociaż masełka, tak jak robił to w rodzinnym domu. Tutaj jednak tego nie spotkał, sam nie wiedział dokładnie dlaczego. Mimo wszystko, obeszło się i bez dodatków, a chrupka skórka wynagradzała to wszystko. Skórki bowiem były według Feliksa najlepszą częścią chleba, szczególnie, gdy były chrupkie. Idealnie kontrastowały z miękkim miąższem, który z kolei najlepszy był w bułeczkach.
Zjadał już czwartą kromeczkę, lekko przypieczonego, gdzieniegdzie zwęglonego chlebka pełnoziarnistego. Przegryzał go na zmianę z surową kiełbasą. Nie lubił bowiem ten upieczonej, czy usmażonej.
Aktywnie udzielał się w rozmowie, którą zawiązał z grupką artystów. Wymieniali światopoglądy, opowiadali często nieśmieszne żarty i zachwycali nocnym niebem. Znad ogniska unosił się dym i płomyczki, które leciały wysoko w górę, by w pewnym momencie zniknąć. Czarna kopuła upstrzona była różnokolorowymi światełkami, małymi, dużymi, czasem nawet i spadającymi. Cóż tu dużo mówić, widok był oszałamiający. Nic dziwnego więc, że nawet nie zauważył, kiedy jego towarzysze go opuścili, a on został sam, dziubiąc powolutku chleb i podziwiając gwiazdy. Wyszukiwał konstelacji, chociaż nie znał ich nazw, doszukiwał się śladu jakiś dróg mlecznych, obserwował księżyc, który trwał w sierpie i powoli przesuwał się po niebie, zmierzając ku zachodowi.
Poczuł, że ktoś go obserwuje, więc na chwilę oderwał wzrok od nieba i rozglądnął się wokół siebie. W ciemności, która mimo wszystko nie była taka gęsta, jak się wydawało, dostrzegł nikogo innego, jak Pistachio'a, który spoglądał na niego z małej odległości. Posłał mu delikatny uśmiech, który widoczny był dzięki światłu, jakie dawało ognisko i poklepał dłonią miejsce obok siebie, zachęcając albinosa do dołączenia się.
19 mar 2017
Volante CD Lunativ
- ... puściła się z listonoszem. - Dokończył cicho, głosem, który już ledwo się trzymał. Mnie natomiast do oczu napłynęły łzy, czując smutek, a dodatkowo zdenerwowanie spowodowane czynami kobiety. Kim trzeba być, by tak ranić innych, by zdradzać je i jeszcza kłamać w żywe oczy. Było mi żal towarzysza, a zarazem nieco dobrze z powodu ich rozstania. Przynajmniej już więcej nie będzie raniony i oszukiwany.
Przełknąłem zalegającą w gardle ślinę i uniosłem się z miejsca, by odejść kawałek.
- Czyli wydusiłeś to ze mnie, a teraz po prostu mnie zostawisz tak? - Warknął gardłowo. Dalej nic nie odpowiadałem, jedynie usiadłem na trawie i po chwili położyłem się, wbijając wzrok w pasy gwiazd i wstęgi galaktyk, które rozlewały się na niebie, tworząc jeden z najpiękniejszych widoków na świecie. Między nami zapadła cisza, przerywana dźwiękami świerszczy, które właśnie dawały swój koncert, mimo, że inne stworzenia już spały. Trwałą długo i była nieprzyjemna. Atmosfera była gęsta, tak gęsta, że człowiek mógł zacząć się dusić.
- Dlaczego ludzie posyłają życzenia do spadających gwiazd? - Spytałem się, nie zwracając uwagi na to, co chłopak powiedział kilka chwil temu. Odparł krótkim "Co?". - Dlaczego posyła się życzenia do spadających gwiazd? Przecież spadają. Są jak samobójcy. Tyle, że one lecą w nieskończoność, prawda? Czy liczymy na to, że poślą nasze prośby do innej galaktyki, gdzie jest coś, co je spełni? Czy może to po prostu bajka dla dzieci, które były tego tak bardzo ciekawe. - Nie odpowiadał. Nie wiem, czy nie chciał, czy nie wiedział. Zamiast tego znowu zapadła martwa cisza.
Usłyszałem pociągnięcie nosem i szelest materiału. Po chwili to samo.
Płakał?
Raczej nie.
- Lóng? - Uniosłem się nieco, by ujrzeć zarys jego sylwetki, przy ognisku, które dalej delikatnie się tliło. - Lóng... przepraszam, ja... nie wiem co powiedzieć, jak zareagować. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji, nigdy nikt mnie nie zranił w ten sposób... albo przynajmniej nie wiem, że to zrobił. To trudny temat, jedyne, co mogę ci doradzić w tym momencie, to zamknąć za sobą ten rozdział. Całkowicie odciąć się od tego i zacząć od nowa.
- To raczej oczywiste, ale trudne. - Powiedział, już normalnym głosem. Podniósł się i ruszył w stronę przeciwną do tej, gdzie leżałem.
- Gdzie idziesz? - Spytałem, dalej oglądając galaktyki i drogi mleczne wymalowane na czarnym niebie. Nie odpowiedział. Spytałem się więc ponownie.
- Nie wiem. - Znowu był oschły i bez wyrazu.
- Masz zamiar się tak błąkać bez celu?
- Może. - Jakże zajmująca konwersacja, czyż nie drodzy towarzysze?
- Masz gdzie spać?
- Nie. - Kocham z nim rozmawiać, jest taki wylewny! Moje serce zadrżało i nim zdążyłem jakkolwiek zastanowić się nad zaistniałą sytuacją, wypaliłem.
- Śpij ze mną. - Powiedziałem szybko i dopiero po chwili dotarł do mnie sens wypowiedzianych słów. Zasłoniłem usta dłonią i uniosłem się do pozycji siedzącej. Kroki ucichły. Zatrzymał się niedaleko ode mnie. Myśli bębniły w moim umyśle, wrzeszczały na mnie i przyprawiały mnie o osłabienie ciała i ból głowy. Pierwsze co przyszło mi do głowy, to jakieś wyślizgnięcie się z zaistniałej sytuacji, albo przynajmniej wyjście na mniejszego dziwaka. - To znaczy... bo jest późno, nie masz gdzie spać, a nie masz swojego namiotu, no i... - Spojrzałem w jego kierunku. Jego lewa strona była oświetlona. Odwrócił się do mnie przodem. Nie widziałem wyrazu jego twarzy, musiałem domyślać się jak wygląda i co teraz myśli. Pewnie uważa mnie za całkowitego świra z obsesją na jego punkcie albo za przewrażliwioną, ciepłą kluchę. - Nie chcę, żeby coś ci się stało, nawet jakieś głupie przeziębienie... - Zamrugałem kilka razy.
- Możesz się odsunąć?
- Nie starczy wtedy koca. - Burknąłem, przyciskając czoło do karku chłopaka i kolana do jego łydek. Leżeliśmy ściśnięci na jednoosobowym łóżku, które jak sama nazwa wskazuje, mnie wystarczało, jednakże gdy znajdowały się w nim dwie osoby to robiło się nieco... ciasno.
- To weź drugi? Naruszasz moją przestrzeń osobistą! - Nie starał się szeptać, nie mieliśmy za bardzo sąsiadów, namioty były od siebie wystarczająco odsunięte, by nie było słychać co robią osoby obok.
- Nie mam drugiego... - Na to tylko westchnął.
Zamrugałem sennie. Ló odsunął się ode mnie delikatnie i wtedy właśnie, będąc całkowicie zrezygnowanym, odkryłem się, odwróciłem do niego plecami i przesunąłem się na skraj łóżka, mając nadzieję, że starczy dla niego miejsca. Ze względu na porę roku było zimno, szczególnie nocą, ale zawsze uczony byłem, że to gość jest na pierwszym miejscu, więc nie przejmowałem się faktem, że po chwili cały drżałem, kurczyłem się i zaciskałem pięści, które były już nieco odmrożone. Przynajmniej próbowałem się nie przejmować i chociaż udawać, że śpię.
- Volante? - Usłyszałem szept towarzysza, a po chwili poczułem ciało, które przewala się na drugi bok. - Vol...? - Jego głos zadrżał. - Śpisz? Vol? - Dotyk ciepłej dłoni, na zmarzniętym ramieniu odprężył mnie nieco. - Vol, przecież ty jesteś zimny jak lód... - Przesunął mnie delikatnie bardziej na środek łóżka, przytulił się do moich pleców i okrył nas obu grubym kocem. Miał wręcz gorący oddech, który powoli omiatał mój kark z każdym jego wydechem. Było to bardzo przyjemne i sprawiało, że czułem się bezpieczniej niż zwykle.
Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Ló należy do wiercipięt i w śnie udało mu się wdrapać na moją pierś, gdzie zastałem go tak, gdy poranne promienie słońca wdarły się przez poły namiotu. Leżeliśmy tak do czasu, gdzie chłopak nie zaczął się budzić, przy czym powoli mrugał zaspanymi ślepkami. Ziewnął przeciągle i oparł czoło o mój obojczyk, nie zadając sobie chyba sprawy, gdzie się znajduje. Był przykryty kocem po uszy, a jedyne co było widać, to burza czarnych jak noc włosów.
- Dzień dobry. - Powiedziałem niskim, mrukliwym głosem, układając przy tym dłonie na plecach mniejszego, ale za to starszego chłopaka. Spojrzał na mnie, nie dokońca rozumiejąc co się dzieje. Jego wzrok opadł w dół, znowu na moją twarz i znowu w dół, a kiedy zrozumiał co się dzieje, otworzył szeroko oczy i wręcz ze mnie spadł.
- Najmocniej za to przepraszam! - Pisnął. Tak. Pisnął.
Zaśmiałem się i uniosłem do pozycji siedzącej, spoglądając na chłopaka, który z kolei zachowywał się jak spłoszona sarenka. Odparłem radośnie "Nie ma sprawy!" i zwlokłem się z łóżka, w celu pójścia do prowizorycznej garderoby, czyli do rozwalonych przy ścianie namiotu ubrań. Zacząłem wertować je wzrokiem, całkowicie ignorując przy tym naszą Śpiącą Królewnę.
4 mar 2017
Volante CD Lunativ
Dopytałem się, czy jest pewny swojej decyzji, czy nie chce spróbować czegoś innego. Czułem, jak moje plecy są coraz bardziej mokre, podobnie jak czoło. Moje dłonie drżały, a kolana mimowolnie uginały się pod ciałem. Wiedziałem, że wyglądam jak spłoszona sarna, która widzi niebezpieczeństwo. Ona jednak mogła uciec. Ja musiałem trwać i dalej konwersować z towarzyszem.
- Czy ty próbujesz znaleźć mi inne zajęcie, bo martwisz się o to, bym nie zginął? - Usłyszałem ciepły głos mężczyzny. Te słowa jeszcze bardziej mnie sparaliżowały, by po chwili wprowadzić w panikę. Oddychałem szybko. Nie zachowywałem się jak ktoś złapany na gorącym uczynku. Zachowywałem się jak ktoś uciekający przed ostrzałem z armat. Postanowiłem wziąć kilka głębszych oddechów na uspokojenie umysłu. Pomogło, nieco wytrzeźwiałem. Spokojniejszy zebrałem się na odpowiedź.
- Tak. - Nie powiedziałem, że ta odpowiedź będzie wyczerpująca. Na twarzy Lónga pojawił się uśmiech z delikatnym rumieńcem. Teraz to on był zakłopotany. - Tak... po prostu... ogień jest niebezpieczny. Bardzo niebezpieczny.
- Boisz się go, prawda? - Wyczytał od razu z mojego zachowania. Nie zastanawiając się, pokiwałem głową. Chłopak oblał się jeszcze większym rumieńcem, po czym zaśmiał się, próbując rozluźnić sytuację. Po chwili jakby się zreflektował i na nowo przybrał kamienną twarz, a cała krew z niej popłynęła dalej, czyniąc jego skórę na nowo bladą. - Poradzę sobie, więc się nie martw. Jest to tak samo niebezpieczne jak twoje wyczyny tam w górze. - Wskazał na trapez. Pokiwałem głową i przeczesałem włosy dłonią. Uśmiechnąłem się, czując nadchodzące rozluźnienie i spokój.
- Przepraszam, że tak zareagowałem. Musiałem głupio wyglądać. - Posłałem mu delikatny uśmiech. - Nie ważne, zapomnijmy o tamtej sytuacji.
Ló nic nie odpowiedział, jedynie wpatrywał się we mnie, jakby oczekując czegoś więcej. Zmarszczyłem brwi będąc nieco zdezorientowany tą sytuacją. Dalej nic nie mówił, tylko dokładnie oglądał moją twarz.Jego wzrok zaczął zjeżdżać niżej i niżej. Zatrzymał się na moim kroczu. Został tam przez chwilę, po czym wrócił do mojej twarzy. Zamrugałem szybko, nie rozumiejąc do końca tego, co się stało. Próbowałem wykreślić to z mojej pamięci, jednak się nie udawało. Zdecydowałem więc szybko zarzucić jakiś temat, który odciągnie mnie od tej sytuacji.
- Uh.... to w końcu dołączysz do nas, czy nie?
11 lut 2017
Volante CD Lunativ
- Mama zawsze mnie uczyła, aby nie rozmawiać z nieznajomymi. - Ponownie zwrócił wzrok na siedzącego naprzeciwko chłopaka, którego oczy były znudzone i przepełnione irytacją, której poziom się podniósł wraz ze słowami Feliksa. Czarnowłosy zagryzł mocniej zęby i posłał wyższemu mordercze spojrzenie. Jednak drugi dalej był oazą spokoju, która z rozmarzeniem wpatrywała się w te groźne ślepka, których właściciel miał ochotę go zatłuc.
- W takim razie… nazywam się Zhou Lóng Mò, już nie jestem nieznajomym. Jak się nazywasz? - Powtórzył pytanie. To wszystko powiedział tak szybko, że Feliks odpowiedział tylko mrugnięciami i dopiero po pewnym czasie był w stanie coś powiedzieć.
- Volante. - Uśmiechnął się pogodnie, a towarzysz zmarszczył brwi.
- Jesteś Włochem? I czy nie masz nazwiska? - Spytał niepewnie. Dokładnie w tym momencie na ich stoliku zawitała pyszna, oblana sosem pieczeń ze świeżo gotowanymi ziemniakami. Feliks się oblizał i poprosił o drugi zestaw sztućców, na co Lóng wyprostował się i jeszcze bardziej zdenerwował. - Co ma znaczyć drugi zestaw sztućców?!
- Hej, też jestem głodny, dobrze? A co do pytania to nie jestem Włochem i mam nazwisko. Zmieniając obecny temat, twoje imię jest dziwne Lóng, pozwolisz, że będę Cię nazywał Lolo? O! Dziękuję. - Tym razem zwrócił się do młodego mężczyzny, który przyniósł mu właśnie nóż i widelec. Nie zastanawiając się długo wbił ząbki w młodego ziemniaczka i skierował go do ust. Lóng nic nie mówił, tylko wpatrywał się w chłopaka, zaciskając dłoń na swoim nożu. - Na co czekasz? Jedz. - Powiedział śmiało Volante, wskazując na pieczeń.
- Poproszę jeszcze o piwo. - Wyszeptał chłopak do tutejszego kelnera, który oddalił się w podskokach. Feliks wydawał się jakby wcale nie obchodziło go to, że irytuje mężczyznę, jednak miał w tym swój cel.
- Dobrze wiesz o tym, że Cię nie wypuszczę, prawda? Choćbym miał przebiec za tobą pół tego świata. - Zamrugał swoimi zielonymi oczkami, odkładając widelec. Stosował się do zaleceń kierownika, który nie wiedzieć czemu tak bardzo chciał, aby ten mężczyzna znalazł się w jego trupie. Miał uwodzić. Nie wychodziło mu, więc teraz starał się zdać na urok osobisty. - Pójdę za tobą wszędzie. Przepłynę morze jeśli będzie trzeba, a musisz wiedzieć, że boję się wody. Skoczę w przepaście, byle dotrzymać Ci kroku i nie stracić z oczu. - Mruczał nisko. Tę kwestię można by było podliczyć pod zapędy psychopaty, jednak z zachowaniem Feliksa brzmiały one miękko i delikatnie. Zdawały się nie mieć negatywnego wydźwięku. Włączył on swoją duszę romantyka, która każde słowo potrafiła zmienić w poezję na temat miłości i chęci do bliskości. - Będę twoim cieniem, jeśli będzie taka potrzeba… te ziemniaczki naprawdę są bardzo dobre, spróbuj! - Nagle zmienił ton, uśmiechając się teraz jak pięcioletnie dziecko, które odkryło coś zabawnego.
Zadowolony patrzył, jak chłopak rozgląda się po cyrku. Podpierał biodra dłońmi. Był przeszczęśliwy z powodu stróża, który postanowił wpierw się rozejrzeć, zrobić sobie dzień próbny i dopiero wtedy zadecydować o swoim losie. Wiedział, że zachował się wtedy jak psychopata, ale to psychopatyczne zachowanie widocznie wywarło jakiś wpływ na mężczyznę, który nagle złapał werwy do działania. Możliwe, że jedynie chciał się uwolnić od Feliksa, jednak ten miał nadzieję, że samo działanie cyrku jakoś go przekona.
- I jak? - Spytał zielonooki, zakładając przy tym dłonie na piersi. Jego usta znowu wykrzywione były w uśmiech, tym razem szczery i pełen radości. Puste oczy Lónga dziwnie się teraz mieniły i z czystą przyjemnością oglądały wnętrze namiotu. Nie odpowiedział, tylko okręcał się wokół, badając dokładnie wzrokiem każdą przestrzeń. Feliks nie potrzebował odpowiedzi, już ją znał. Nagle Lolo zatrzymał się, zwrócony prosto w stronę czarnowłosego.
- Pokaż mi to, co robisz. - Powiedział śmiało. Feliks otworzył szerzej oczy i jego uśmiech znowu przeinaczył się w ten zawadiacki grymas. Nie ociągając się dłużej po prostu wdrapał zgrabnymi susami na sam szczyt drabiny, gdzie znajdowała się kładka z trapezem. Nie był odpowiednio ubrany, ale to mu nie przeszkadzało. Jedyne czego potrzebował to impuls, który nastąpił w tej chwili. Złapał się mocno drążka i gładko zsunął się z podłogi, by zawisnąć w powietrzu. Sztuka się rozpoczęła, a Feliks był jedynie marionetką, która poruszała się w rytm sonaty zwanej miłością i sztuką. Jego ruchy były wyważone, dokładnie wyćwiczone. Widać było w nich doświadczenie. Wiedział czego się wystrzegać, a co robić. Zwisał właśnie na jednej nodze, prostując się niczym drut, a nawet wyginając swoje plecy w drugą stronę. Złapał się ponownie drążka i wspiął na niego, by usiąść na nim w szpagacie. Czuł na sobie wzrok Lo, który nie spuszczał z niego swoich oczu. W nich znowu coś zabłysnęło. Każdy taki przebłysk był czymś pięknym. Volante musiał to kiedyś głośno przyznać. Musiał przyznać, że na zabój zakochał się w zazwyczaj pustych ślepiach chłopaka, które i tak tętniły życiem bardziej niż jakiekolwiek inne. Widać w nich było wszystko, nie ważne jak puste by się wydawały. Ból, szczęście, entuzjazm, zdenerwowanie. Były jak książka, którą należy tylko czytać. Volante kochał fakt, że wydawał się tak tajemniczy, a tak naprawdę był tak prosty do zrozumienia.
Rozbujał się, aby znowu wylądować na platformie. Nie pamiętał tak właściwie niczego z tego występu. Był kukłą, która tańczyła do wytworzonej przez jego głowę muzyki. Jedyne co wiedział, to to, że była to piękna sztuka. Czuł to w kościach.
Volante CD Lunativ
Wypalał już drugiego papierosa, nie spuszczając przy tym wzroku z czarnowłosego. Nie palił często, ale jednak. Pijany i nieprzytomny mężczyzna leżał w namiocie już dobre dwie godziny i nie zapowiadało się na to, aby szybko się obudził. Do tego czasu Feliks miał tam siedzieć i pilnować stanu osobnika. Tak kazał Pik. Zielonooki natomiast nie miał siły się przeciwstawić, więc siedział tutaj obserwując rysy twarzy stróża prawa. Kiedy pierwszy raz zobaczył leżącego chłopaka od razu skojarzył, że skądś zna tę twarz i owszem, znał ją. Widział go już wcześniej, tego samego dnia. To on podjechał do jego grupy, to on był tym stróżem na koniu. Volante wpatrywał się w spokojną twarz, mając nadzieję ponownie ujrzeć to chłodne spojrzenie, którym został wcześniej obdarowany. Było w nim coś tajemniczego, a rozmarzona dusza chłopaka za wszelką cenę chciała odkryć tę tajemnicę, nie zważając na niebezpieczeństwa.
Odgarnął kosmyk włosów, który spadał leżącemu na nos. Miał bandaż, bo podobno dostał kuflem po głowie. Nie wiedział ile w tym prawdy, ale uwierzył w opowieści trupy. Oprzytomniał wraz ze skończeniem papierosa, więc wyszedł poza namiot i dokładnie go zgasił. Zaczął rozmyślać o mężczyźnie, jakby już wcześniej tego nie robił. Dlaczego go tu zatargano? Sam do końca nie znał odpowiedzi, jednak może przewodniczący cyrku mieli w tym jakieś zamiary. Wzruszył ramionami, sam do siebie, po czym wrócił do namiotu, gdzie zastał na wpół przytomnego chłopaka. Był bardzo otępiały i rozglądał się dookoła mrużąc oczy. Zielonooki nie spodziewał się tak wczesnej pobudki towarzysza, uśmiechnął się jednak i powoli do niego podszedł.
- Hej - Uśmiechnął się siadając przy mężczyźnie, który dalej był bardzo niewyraźny. Wbił wzroku w chłopaka i zmarszczył brwi starając się przy tym zrozumieć co on tu tak właściwie robi. Próbował coś powiedzieć, Volante jednak przerwał mu uniesieniem dłoni. - Nie przemęczaj się. - Mruknął, mrużąc oczy w szczerym uśmiechu. Kiwnął głową i rozglądnął się dokładniej. Prawdopodobnie dalej niczego nie rozumiał. - Jesteś w namiocie cyrkowym. - Powiedział poprzedzając pytanie, które zapewne i tak nie padłoby z przemęczonych ust gościa. - Trafił Pan tu po pewnej… Bójce.
W tym momencie zobaczył przebłysk w oczach mężczyzny. Nie był to dobry przebłysk, bo zaraz po nich pojawiły się w nich również żal, rozpacz i czysty ogień nienawiści. Jak dotąd puste ślepia teraz paliły się tysiącami negatywnych emocji. Powietrze zrobiło się nagle ciężkie, a oddech Volante nagle się spłycił. Czuł narastającą aurę pesymizmu wokół czarnowłosego. Miał wrażenie, że zaraz zabije go wzrokiem. Ametyst w jego tęczówce został nagle przełamany i stał się ciemniejszy niż zwykle. To wszystko zaczęło udzielać się Latającemu, który poczuł nagły przypływ smutku i zdołowania.
Mężczyzna nagle zerwał się z posłania, zrzucając przy tym miękką płachtę. Feliks od razu zasłonił oczy, czując nagły przypływ krwi do policzków. Był cały zarumieniony, twarz, uszy, a nawet szyja pokryły się czerwienią godną dorodnego pomidorka. Usłyszał krótkie "Co jest?". Zasłaniający twarz chłopak mruknął coś niezrozumiale pod nosem, po czym wskazał w jego kierunku, to znaczy miał nadzieję, że udało mu się wskazać w odpowiednim kierunku.
Otóż któryś z inteligentów postanowił rozebrać gościa. Co prawda do bielizny, ale nawet taki widok potrafił zawstydzić dwudziestoczterolatka. Wręcz zapadał się pod ziemię, a wraz z nim cały spokój ducha i duma. Mógł usłyszeć jak towarzysz przewraca oczami, po czym rusza po swoje ubranie, które złożone w kostkę leżało na drewnianej szafeczce.
- Możesz już odsłonić oczy. - Mruknął sucho, a Feliks niepewnie rozłożył palce, a gdy upewnił się, że wszystko jest już dobrze, całkowicie odsunął dłonie od twarzy, wzdychając lekko. Dopinał właśnie ostatni guzik w kołnierzu, po czym dokładnie poprawił swój mundur. Zielone ślepka zamrugały kilka razy, by skupić swoją uwagę na osobniku, który bardzo intrygował posiadacza. - To jestem w namiocie cyrkowym, tak? - Na to czarnowłosy szybko pokiwał głową. Stróż skierował się do wyjścia, a wyższy chłopak popędził za nim, chcąc mieć pewność, że nagle nie straci przytomności.
- Gdzie idziesz? - Spytał głupio. Gość był zdenerwowany, więc początkowo nic nie odparł, a za drugim pytaniem o tej samej treści, odburknął, że sam nie wie. Volante się zatrzymał, wbijając wzrok w oddalające się plecy. - Więc zostań tutaj.
Na te słowa zamarł w miejscu. Nie odwracał się, tylko stał oddalony od drugiego o pięć metrów. Zielonooki nie wiedział co się stanie, jak zareaguje. Przez chwilę poczuł dreszczyk strachu, który zaraz zniknął. Był wśród swoich, nic mu nie groziło, jednak ta niepewność siedziała gdzieś z tyłu jego zapełnionej pomysłami i romantycznymi historiami głowy.
Powoli się odwrócił i od razu wbił swoje znudzone ślepia w akrobatę.
- Kierujący mieli jakiś cel w przytarganiu Cię tutaj, więc… możesz spróbować, jeśli na czymś się znasz. Niczego nie stracisz, a możesz nawet zyskać. Poza tym… wolałbym, żebyś nie szlajał się już więcej po barach. - Mówił wolno, głośno i wyraźnie, odpowiednio akcentując. Starał się dotrzeć do mężczyzny. Ta tajemnica w jego oczach była silna. Zbyt silna i nie mógł się powstrzymywać. Miał nadzieję, że się zgodzi. Miał tak ogromną nadzieję, że nawet stary dąb w jego ogrodzie z dzieciństwa nie był aż tak wielki jak ona.
< HEJ LUNEK :) Sry, że krótko ;-;>
6 lut 2017
Volante
"I gdybym miał sobie podciąć żyły, to tylko kolcem róży, bo to ładnie brzmi: On podciął sobie żyły kolcem róży"
