8 sty 2019

Ace CD Shu⭐zo

Chłopiec się wzdrygnął.
- A no wiesz... - Urwał i się zamyślił. - Eehm... Dobry magik nigdy nie zdradza swoich sztuczek! - Szybko odpowiedział nie robiąc sobie nic z miny psiaka. 
Szedł przed siebie. Szybkim, nerwowym krokiem. Pies obserwował blondyna zmieszany.
- No okej mówić nie musisz... - Zaczał niezadowolony lizać miejsce nad gipsem.
- Przestań to lizać bo coś popsujesz.
- Ale to okropne uczucieee....
Titus przewrócił oczami słysząc jojczenie psa. 
- Uszy mnie już bolą więc zamilknij... Możesz się dopiero odzywać jak wrócimy do cyrku. 
Reszta drogi zeszła im w bardzo nieprzyjemnej ciszy. Młody arystokrata myślami był bardzo daleko od rzeczywistości. Myślamk właśnie błądził po uliczkach uroczego miasteczka znajdującego się we Francji. Nigdy by nie przyznał ,że tęskni za rodziną. Ale fakt był faktem. Z zamyślenia wyrwało go dopiero ugryzienie w ręke. 
- Łazisz jak lunatyk! - Skarcił go piesek. - Zaraz wleziesz pod jakiś samochód! 
Otrząsnął się szybko. Ah wybacz! Odsunął się na bok schodząc z jezdni. 
- Uważaj na siebie naprawdę.
Piętnaście minut później byli na miejscu. Młodzieniec posadził psa na łóżku w swoim namiocie. 
- Ahm to możesz tu narazie zostać... Wolałbym cię mieć na oku i wogóle.
Piesek skinął głową zwijając się w kłębek na łóżku. Ace spojrzał na zegarek. Było już późno i sam czuł się totalnie wyczerpany. Ostrożnie sie położył przy piesku delikatnie go gładząc po głowie. Długo nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok. Ale sen jakoś nie chciał przyjść. Gdy udało mu się zasnąć zaczeły go dręczyć koszmary. W środku nocy obudził się z krzykiem na ziemii. Przerażony się rozgladnął , szybko przy tym oddychając. Moment później padł na ziemię starając się uspokoić.
- To tylko sen... Tylko sen... Nic mi nie będzie. Nie mam się czego bać... 
Ostrożnie wstał z ziemii masując sobie głowę. Wtedy przypomniał sobie o psie. Zaniepokojony spojrzał na łóżko. Jednak piesek jak leżał tak leżał. Widocznie nic mu się nie stało. Odetchnął głeboko. Już mu jedną nogę złamał! Co mogłoby się tym razem stać. Usiadł przy biurku wpatrując się tępo w jakieś porozrzucane na nim kartki. Czuł się samotny, nie chciany... Nagle poczuł rękę na ramieniu.
- Już dobrze? 
Podskoczył omały włos nie spadając z krzesła. Zobaczył za sobą blondyna z tęczowymi pasemkami.
- Oh... P...przepraszam nie chciałem pana obudzić. 
- Eee tam... 
Pół pies pogładził chłopca po głowie. 
- Oui... Oui... (Tak) Już mi lepiej - pomasował sobie skronia.

<Shu⭐zo?>

7 sty 2019

Robin CD Vivi

Nie odzywał się, miał mieszane uczucia. Nie dał się dotknąć człowiekowi, a gdy ta osoba zamieniła się w zwierzę, pozwolił. Gdy wrócił do dwunogiej postaci, Robin dziwnie się czuł. Jeszcze nigdy nie spotkał kogoś takiego i nie wiedział, co robić. Z jednej strony bał się jego ludzkiej natury, a z drugiej kochał go w postaci lisa (jak każde zwierzę). Przez cała drogę próbował to sobie poukładać, przy okazji starając się zachowywać normalnie. Szedł na dwóch nogach, nieco zgarbiony, a spod włosów przyglądał się każdego. Do tej pory Pik nie zabrał go do miasta, a Robin nie prosił o to, było tu w końcu więcej dwunożnych, niż w cyrku. Jednak słuchając nowego "mentora" musiał tu przyjść...
- Hmm. Teraz pytanie czy o niczym nie zapomniałem - Vivi wyrwał go z zamyślenia, gdy stanęli. Spojrzał na Robina, po czym usiadł na moście. Chłopaczyna nie pewnie ruszył za nim, siadając cztery metry od niego. - Może ty mnie olśnisz hm? - nie odzywał się. - Jakoś mało mówisz... Co jest, połknąłeś język, a może jestem zwyczajnie niesympatyczny - słysząc jego słowa, David w myślach stwierdził, że tak było. Każdy człowiek był dla niego niesympatyczny. - Słyszałem, że lubisz zwierzęta, może tak jest lepiej - gdy to powiedział, Robin zobaczył, że Vivi ponownie przemienił się w lisa. Cały jego stres nagle gdzieś odpłynął. Zaśmiał się cicho, gdy zwierzę wskoczyło na jego głowę.
- Jesteś słodki - stwierdził cichym głosem, głaszcząc lisa. - Nie kupiłeś tylko gazy - odpowiedział w końcu na jego wcześniejsze pytanie.
- Na prawdę? - zwierzę zeskoczyła z jego głowy i podeszła do torby. Zajrzało do środka. - Rzeczywiście... - mruknął, po czym wrócił na most i usiał na przeciwko Robina. Nagle na jego ramieniu usiadł mały ptaszek, do którego zagwizdał, a on mu odpowiedział. To była ich rozmowa, której lis nie mógł zrozumieć, ponieważ była przeprowadzana w ptasim języku. - Rozmawiasz ze zwierzętami? - zapytał Vivi, na co chłopak pokiwał twierdząco głową, ale informację, która przekazała mu Shani, zostawił dla siebie.
- To Shani, moja przyjaciółka - przedstawił i podrapał pupila po główce. - Każdy człowiek potrafi zamienić się w zwierzę? - zapytał ciekawy, chcąc poznać tajemnice, jakie rządziły tym światem. 
- Nie.
- A ty dlaczego potrafisz? - zadał kolejne pytanie. 

<Vivi?>

Lennie CD Shu⭐zo

Nie potrafiłem tego pojąć. Owszem, słyszałem kiedyś o dwóch osobach w jednym ciele, ale nie sądziłem, że kiedyś zdarzy mi się poznać takiego osobnika, a tym bardziej polubić jego jedną ze stron. W takim razie... co z drugą? Powinienem zareagować, czy go zostawić i pozwolić losowi samemu działać? Niestety myśl, że ten pesymista zawładnie całkowicie ciałem blondynka mnie nieco dobijała. Może i nie mam prawa wtrącać się w to, jaki kto jest, ale za tym miłym Shuzo będę tęsknił.
- A możesz mi wpierw wytłumaczyć, co co tu chodzi? Dlaczego... was jest dwóch w jednym ciele? - zdecydowałem się najpierw poznać sprawę, a potem myśleć, czy coś zrobić. Chłopak wyglądał na zirytowanego moim pytaniem.
- Powiem ci tak: to ja byłem pierwszy - zaczął. - Miałem super życie, najlepszego kumpla i zespół muzyczny. Z czasem jakoś mi się zaczęło to nudzić i powstał ten pajac, który mi doszczętnie życie rozwalił, dla jakiś głupich ciuszków. Skończyło się na tym, że dzielimy jedno ciało. Sam nie wiem jakim cudem. Chcę żeby było jak po staremu, a tamten zniknął i już nie wrócił - słuchając jego słów, zacząłem się bać, że miły blondasek nie istnieje i jest on tylko wymysłem. Ale skoro powstał... to musiało mieć jakiś cel. Jeśli mówi, że się znudził, to może jego umysł wyimaginował jego przeciwieństwo, by jego nudne życie się zmieniło?
- Chcesz się go pozbyć... ale może dobrze, że powstał? - stwierdziłem, a on nagle wybuchnął śmiechem.
- Ale z ciebie idiota! - wyzwał mnie. - Źle, że powstał. On musi zniknąć. To masz tę czarną farbę? - zmienił temat, na co westchnąłem i pokiwałem głową. Zdjąłem kapelusz i wyciągnąłem z niej czarną saszetkę z farbą do włosów. Dałem mu ją, na co stwierdził, że strasznie długo z tym czekałem i odszedł. Ja za to popędziłem do biblioteki, w poszukiwaniu jakichś informacji. Musiałem się dowiedzieć o zaburzeniach tożsamości, to musiało mieć drugie dno...
Po dotarciu na miejsce, by nie tracąc czasu, zapytałem się bibliotekarki o dział... nie wiedziałem, czego szukać. Dział medycyny, filozofii, czy czegoś innego. Wytłumaczyłem jej swój problem, a ona zaprowadziła mnie do odpowiedniego regału. Stamtąd wyciągnęła grubą księgę.
- Może poszukaj w zaburzeniach dysocjacyjnych - poradziła z miłych uśmiechem i odeszła, a ja stałem jak głupi, nie wiedząc, co oznaczają ostatnie słowo. W końcu usiadłem do stołu i znalazłem spis treści. Szybko wychwyciłem o dziwne słowo i przerzuciłem na 129 stronę. Zacząłem czytać.
Traumatyczne i bolesne przeżycia mogą doprowadzić do powstania nowej osoby o innej tożsamości, wspomnieniach, myślach i charakterze. Wszystko, co przeczytałem, pasowało do mojego Shuzo. Ale... czy da się to wyleczyć? A jeśli tak, czy to nie sprawi, że miły blondasek... całkowicie zniknie?

<Shuzo? ach, te rozterki>

5 sty 2019

Shu⭐zo CD Lennie

- Wiesz coś na ten temat? - zmierzyłem rudzielca wzrokiem. Wiadome, że nic nie wie. Więc jego odpowiedź jest oczywista. No bo skąd by miał? To ten gamoń się do niego przymila i siedzi w tym durnym cyrku, zamiast wracać do domu. Marnuje MÓJ potencjał i tworzy jakieś szmaty zwane ubraniami, czy tam kostiumami. Czemu mu nikt prosto z mostu nie powie, że wyglądają jak wymiociny jednorożca? Żaden człowiek o zdrowych zmysłach by tego nie ubrał. Skoro on sam nic takiego dzisiaj nie założył. To pewnie znaczy, że normalnieje. Oby się kiedyś jakiś cud stał i ten pajac zniknął. W sumie ten magik może by to zrobił... Niestety prędzej mi przyłoży, niż pomoże. To może tamta wiedźma by to zrobiła. Tylko, gdzie ona polazła? Spojrzałem na rudzielca dość niezadowolonym wzrokiem. Przepędził ją gdzieś czy coś przecież. - Nawet nie myśl, że zapomniałem o akcji z talerzem. Ciekawe, czym tym razem mi przyłożysz. - mruknąłem z założonymi rękami.- Jakbyś miał, chociaż pojęcie o tej sprawie inaczej by to wszystko wyglądało. To ja mam mieć szczęśliwe życie. Nie ten pajac, który nie powinien w ogóle istnieć. Chyba że... - zmrużyłem oczy z lekkim, wrednym uśmieszkiem na twarzy. Chłopak totalnie już nie kumał, co ja wygaduje. Gapił się na mnie, jakbym był jakimś świrem.- A w sumie mniejsza. Zachowam to dla siebie.- skończyłem, robiąc krok w tył. To wręcz oczywiste. Może zwyczajnie Shuzo znalazł sobie zastępstwo po pierwszej miłości. Odwróciłem się na pięcie i skierowałem się bez słowa do cyrku. Po moim trupie. Nie zgadzam się na coś takiego. Okej. Rudy koleś nie powinien się za bardzo mnie czepiać. Przynajmniej przez jakiś czas. Dlatego zajmę się tym, co najważniejsze — pora przefarbować włosy. Ach i rzecz jasna opuścić to miejsce pełne idiotów i kolorów. Jednak włosy najważniejsze. Niedobrze mi od tego blondu.
- Chwila moment.- stanąłem i odwróciłem się, zerkając na rudzielca. Nie odszedłem za daleko.- Ej to, co z tym lusterkiem? Plus potrzebuje też czarnej farby. Weź, mi też powiedz, jak stąd się najszybciej dostać do Japonii. O albo od razu wyciągnij jakiś samolot z tego kapelusika i stewardessę. Najpierw jednak farba do włosów. Blond jest jedynie dla przygłupów, którym zresztą jest ten pajac... Tak zauważając, już mi się udziela to jego paplanie. Masakra. Kim ja się przez niego staję?

(Lennie~?)

Vivi CD Robin

Mężczyzna wyszedł widocznie niezadowolony. Z jakiego powodu miał się zajmować tym małym dzikusem. No cóż coś jednak ustalił z Pikiem... Musiał jeszcze wyjść po leki i zrobić parę innych sprawunków. Jak miał to zrobić z dzieciakiem pałętającym się pod nogami. No cóż, był za niego odpowiedzialny i nie było już odwrotu. Po drodze zajrzał jeszcze do Cal'a, książę jeszcze słodko spał. Po chwili przypomniał sobie, że wcale nie zabrał ze sobą pieniędzy. A więc musiał się wrócić do przyczepy. Gdy wszedł do środka z zaskoczeniem zauważył stertę bandaży na ziemi. Kucnął niezadowolony zaczynając zbierać biały materiał. 
- I gdzie on się zaś podział...
Przerwał mu krzyk i sterta bandaży odskoczyła.
- Aaaah no proszę znalazł się. - Podniósł się. - No już spokojnie. Nie płacz... Jakoś to naprawimy - Starał się mówić łagodnie powoli sięgając po bandaże. 
Gdy znowu już prawie chwycił materiał, owinięty bandażami chłopak się odsunął. Brunet przygryzł wargę. Tak z tego nic nie wyjdzie, a więc co teraz. Zrobił krok w tył. 
- Wiesz, jeżeli nie dasz mi sobie pomóc, to cię tak zostawię, a muszę zaraz wyjść.
Dobrze wiedział, że słowa nie podziałają na małego dzikusa. Więc nie zostało mi nic innego niż... Pstryknął palcami, a jego sylwetkę zakryła mgła. Gdy się rozwiała, w miejscu w którym przed chwilą stał mężczyzna, był lis ze srebrzystą sierścią. Otrząsnął się po czym zbliżył się do bandaży i nie specjalnie się śpiesząc zaczął je z minimalnym wysiłkiem rozrywać. 
Gdy skończył wycofał się na drugi koniec pomieszczenia i usiadł obserwując Robina, który powoli się podniósł. 
- No widzisz, da się. - Wskoczył na krzesło i chwycił portfel po czym zeskoczył znowu na ziemię kierując się do wyjścia. 
- To musisz iść ze mną po tym co zobaczyłem, wolę ciebie nie zostawiać samego... 
Pokiwał głową i po chwili wyszedł z nim. Na zewnątrz mężczyzna już czekał na niego w swojej bardziej ludzkiej formie. 
- No to co. Idziemy! Tylko proszę cię, zachowuj się jakoś...
Chłopak zamrugał i skinął głową. 
- - - - - - - - - - - - - - - - 
Po paru godzinach w mieście, Vivi się zatrzymał i rozglądnął.
- Hmm. Teraz pytanie czy o niczym nie zapomniałem. - Zamyślony spojrzał na chłopaka po czym usiadł na moście. - Może ty mnie olśnisz hm? Jakoś mało mówisz... Co jest, połknąłeś język, a może jestem zwyczajnie niesympatyczny. - Postawił torbę na ziemię i moment później na barierce siedział lis. - Słyszałem, że lubisz zwierzęta, może tak jest lepiej.
Wskoczył na głowę chłopaczka.

(Robin?)

Rose CD Cal & Vivi

Pierwszy raz użyłam teleportacji na dwóch osobach. Nie byłam pewna czy to zadziała i czy powinnam mu to w ogóle proponować. Zauważyłam, że Cal nie jest chętny na ludzki dotyk. Na moje nieszczęście nie pomyślałam o skutkach. Kiedy trafiliśmy tam, gdzie chciałam, czyli przy namiotach przestałam widzieć. Mogłam w sumie o tym pomyśleć, Ale wtedy nie miało jakiegoś wielkiego znaczenia. Stałam w bezruchu i poczułam, jak chłopak momentalnie puszcza moją rękę. Przez chwilę słyszę jego kroki, jak mnie okrążają. Próbuję udawać, że nic mi się nie stało, ale nie wiem, czy on na to się nabiera. Delikatnie ruszałam oczami w różne strony i skrzyżowałam ręce. 
- Och Rose, Rose. Niech to zostanie między nami. Nie pragnę żadnego rozgłosu.- powiedział, jakby chciał mnie ostrzec przed samym sobą. Nadal pamiętałam, jak mi groził, jeśli z nim będę rozmawiała. Chyba o tym zapomniał, bo sam tego nie przestrzega. Westchnęłam. Nie będę histeryzować, czy co. Na początku byłam zdziwiona, że ten Egoista, który sam sobie w lesie nie może poradzić jest prawowitym władcą w Luksemburgu. Brakuje mu zaradności.
-Jak nie chcesz to nic nie powiem- odpowiedziałam, starając się zabrzmieć obojętnie. Nie mam zamiaru mieć z nim nic wspólnego. Nawet nie odczuwam radości tak, jak przy każdej poznanej tajemnicy. Usłyszałam, jak powoli Cal odchodzi w swoją stronę. Nie może mnie tak zostawić. Tym bardziej, że nie wiem, gdzie do końca jest mój namiot. Straciłam poczucie orientacji, po tym jak Egoista mnie okrążał.
-Zaczekaj!- krzyknęłam, wymachując rękami. Nie chcę sama próbować jeszcze się wywrócę, coś zrobię i czeka mnie pielęgniarz. Nie mam najmniejszej ochoty tam wracać, po tym, jak mnie zabrał na jakieś wielkie pole z ruinami.
-Co chcesz?- zapytał, wyraźnie zdenerwowany.
-Musisz mi pomóc...
-W czym, niby mam pomagać. Za co?
Jak on śmiał!? Za co? Chyba naprawdę chce, żebym wykrzyczała, jak on nago leżał w lesie i chciał, abym mu przyniosła jakieś ubrania, aż na samo wspomnienie się lekko uśmiechnęłam.
-Niech będzie...- rzekł zrezygnowany, powoli do mnie podchodząc.
-Możesz mnie zaprowadzić do mojego namiotu? Kompletnie nic nie widzę...
<Cal? Vivi?>

Odchodzi!

RAION


JASKIER
Zdjęcie zepsute

#Powód: Decyzja właściciela - brak czasu

Cal CD Rose & Vivi

- Moja rodzina należy już do przeszłości. Zostałem sam. Nie ukrywam, że twój monolog wręcz chwycił mnie za serce. Jednakże musisz zrozumieć jedną rzecz.- odparłem spokojnym tonem, ignorując tego kota, który się ciągle na mnie gapił.- Mi się nigdzie nie śpieszy. Nie życzę sobie nazywania mnie tchórzem. Zwyczajnie nie mam czasu, a ty jeszcze bardziej odciągasz mnie od tej zemsty. Nie będę nic ci tu obiecywał. Szczerze nie obchodzi mnie twoje zdanie na mój temat. Mów se co chcesz. Moja przykrywka ma zostać nietknięta, dopóki nie skończę planu.
- Ależ Tyberiaszu tu nie ma czego planować. Musisz się stawić na zamku.
- Nie chce tego zrobić byle jak. Chcę wszystkim udowodnić, jaka jest prawda i odzyskać honor oraz dobre imię. Zabierz stąd tego pchlarza i nie życzę sobie więcej już takich akcji.- skończyłem i zwyczajnie poszedłem przed siebie z dumnie uniesioną głową.
- Tak jest wasza wysokość.- ukłonił się, gdy tylko koło niego przechodziłem. Potem już zajął się kotem. Ja natomiast planowałem opuścić te ruiny i w spokoju się nad tym wszystkim zastanowić. Niestety nie było mi dane tego zrobić. Na mojej drodze pojawiła się Rose.
- No proszę. Jednak Cię to kocisko nie zjadło.- odezwała się jako pierwsza.
- Z tego, co widzę, tobie się niestety oberwało.- spojrzałem na jej ramię. Szkoda, że moja moc jeszcze nie działa. Ciekawe odkąd już tu jest.
- O dziwo ty jesteś cały.
- Nie mam już w planach być niczyją ofiarą. Nic mnie już nawet palcem nie tknie. Poza tym myślałem, że zostaniesz w cyrku.- minąłem ją i poszedłem dalej.
- Niestety musiałam się wrócić.- ruszyła za mną.
- Nawet nie pytam czemu. Nie interesuję mnie to.- zamilkłem. Ona z resztą też. Po paru chwilach już opuściliśmy ruiny. Kompletnie nie wiedziałem, gdzie jesteśmy.
- To mogę nas już zabrać do cyrku. Złap mnie za rękę.- odezwała się, wyciągając rękę w moją stronę. Spojrzałem na dziewczynę, a potem na jej rękę. Nie była to za bardzo kusząca propozycja. Jednak koniec z końców złapałem jej rękę. Na szczęście miałem rękawiczki. Nie minęła nawet sekunda, a my już staliśmy przy namiotach. Od razu puściłem jej rękę.
- To by było na tyle.- poprawiłem rękaw koszuli. Przy okazji spojrzałem na nią. W momencie wniknąłem w jej myśli i wspomnienia. Słyszała wszystko. Pokręciłem jedynie głową i westchnąłem.- Och Rose, Rose. - okrążyłem ją.- Niech to zostanie między nami. Nie pragnę żadnego rozgłosu.

(Rose?Vivi?)

3 sty 2019

Robin DO Vivi

Otworzył powoli zaspane oczka, podnosząc się do siadu. Podrapał się po plecach i szeroko ziewnął. Parę razy zamrugał, aż w końcu zeskoczył z gałęzi, na której przespał noc. Na drganie gałęzi zareagowała jego ptaszyna, która podążyła za nim. Podleciała do jego głowy i usiadła mu na włosach, a przez zmęczenie zrobiło sobie na jego czuprynie małe gniazdko i na chwilę przysnęła. Chłopiec nie przejmując się zwierzątkiem, wyciągnął się i spojrzał na niebo. Słońce powoli wstawało, tak więc cyrk też pewnie powoli budził się do życia. Kucnął, oparł rękami o ziemię i na czworaka, powolnym krokiem szedł w kierunku obozowiska. Nie śpieszyło mu się do ludzi. 
Zajrzał do Pika. Był w swoim namiocie i czytał książkę. Robin cichutko wtargnął się do środka i usiadł na podłodze, patrząc na to, co trzymał. Książka miała czerwoną okładkę, niestety nie potrafił przeczytać tytułu, gdyż był schowany. 
- O, nie zauważyłem cię – odparł po chwili ciszy, kiedy mały paszek siedzący na ramieniu chłopca postanowił się odezwać. Mężczyzna zamknął książkę i położył ją na biurku, następnie zerknął na zegarek, który nosił na nadgarstku. - Późno już, muszę się zbierać – stwierdził. - Dzisiaj ktoś inny się tobą zajmie – oznajmił wstając. Gdy zrobił parę kroków stronę chłopca, ten się podniósł i na czworaka odsunął do wyjścia.
- Kto? - zapytał lekkim głosem, po czym oboje wyszli z namiotu. Dopiero wtedy Robin stanął na dwóch nogach i się rozejrzał.
- Nazywa się Vivi, jest pielęgniarzem – pokiwał głową. Ruszyli w kierunku przyczep dla pracowników. Podeszli, a Pik zapukał. Po chwili ze środka wyszedł wysoki… lisowaty człowiek. David patrzył na niego z zaciekawieniem, nigdy nie widział pół ludzi, pół zwierząt.
- Vivi, to jest Robin. Tak jak się wczoraj umawialiśmy, zostawiam go pod twoją opieką – powiedział, po czym się pożegnał. Gdy odchodził, Robin go wyminął, po czym stanął przed drzwiami.
- Wchodzisz? - usłyszał pytanie. Jego głos był nieprzyjemny, a radość, jaka w nim zagościła, gdy zobaczył jego zwierzęta atrybuty, momentalnie zgasła. Mimo to wszedł do środka, rozglądając się po przyczepie. - Muszę coś zrobić. Żebyś się nie nudził, ułóż mi bandaże – wskazał na pudełko z białym materiałem, po czym bez słowa wyszedł. Robin przez chwilę patrzył na drzwi ciesząc się, że wyszedł. Następnie podszedł do pudełka i wyjął pierwszy materiał. Nie miał pojęcia, jak „układa się” bandaże, a jego wszelkie próby skończył się… bardzo źle.
Jakimś cudem owinął samego siebie wszystkimi bandażami, co jeszcze bardziej zniszczyło jego humor tego dnia. Bez rezultatów próbował się wygrzebać, ale nie szło mu to ani trochę. Shani w tym czasie siedział na oknie i obserwowała, jak jej przyjaciel stał się żywą mumią. 

<Vivi?>

1 sty 2019

Lennie CD Shu⭐zo

Jak można rzucać kamieniami w żywe stworzenie? Czy ona była opętana?! Czy po prostu zwariowała na starość? 
- Niech pani przestanie! - nie słuchała, dalej rzucała kamieniami, przez co musiałem stanąć przed nią, by Shuzo już więcej nie dostał. Ja sam oberwałem dwa razy, raz w nogę, a drugi w klatkę piersiową. Miałem dość, zdjąłem kapelusz, wsadziłem w niego rękę, a gdy ją wyciągnąłem, sypnąłem zielonym proszkiem na staruszkę. Momentalnie się uspokoiła, lekko się uśmiechnęła i zapominając o tym, co właśnie robiła, poszła w swoją stronę, jakby nie widząc nas. Odetchnąłem i odwróciłem się do psa, który zmienił się już w człowieka. Masował obolałe miejsce na głowie, podszedłem do niego. - Nic ci nie jest? - zapytałem przyglądając mu się. Otworzył oczy i spojrzał na mnie, zmarszczył brwi, a jego usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia.
- Znowu ty? - zapytał posępnie. - Czego ciągle z nim łazisz? - zadał kolejne pytanie. Uniosłem do góry jedną brew, nie wiedząc o co chodzi.
- Chyba to uderzenie ci zaszkodziło – stwierdziłem, gdy zacząłem sobie przypominać co się stało z blondynem, gdy dostać talerzem.
- Albo wręcz przeciwnie. W końcu mam kontrolę – odburknął. Westchnąłem. Przez chwilę miałem ochotę go uderzyć, naprawdę. Wyjął z kapelusza jakąś maczugę czy kij baseballowy, albo ewentualnie zawołać tu staruszkę i przypomnieć jej, co robiła. Niech kontynuuje, a gdy Shuzo wróci do siebie…
Ale jak bym mógł decydować, który z nich ma przejąć władzę nad ciałem? Chociaż tego nie rozumiem, dwie różne osoby, to samo ciało… nawet, jeśli wolałem tego miłego i uśmiechnięta chłopaczka, nie mogłem usunąć tego drugiego. Tylko… co ja mam teraz zrobić?
- Masz lusterko? Ten gamoń pewnie znowu się pomalował – mruknął, a następnie spojrzał na swój ubiór. Wziął w dłonie kawałek swetra, przyjrzał się spodniom. - A jemu co się stało? Pierwszy raz ubrał się jak człowiek – potem spojrzał na mnie.

<Shuzo?>