29 paź 2017

Vogel C.D Smiley

Patrzyłem na nią z zainteresowaniem, a następnie uśmiechnąłem się do niej ciepło.
- Czemu nie? -odrzekłem, przechylając delikatnie głowę.
Dziewczyna również się uśmiechnęła, po czym ponownie zrównała ze mną kroku. Założyłem ręce za głową, wzdychając przy tym.
- Przed występem naprawdę przydałby mi się jakiś porządny wycisk, więc dzięki, że z tym wyskoczyłaś.
- Do usług -zaśmiała się, na co odpowiedziałem tym samym.
Minęło kilka minut, aż w końcu trafiliśmy do jej namiotu. Wchodząc, już z przyzwyczajenia powiedziałem "przepraszam za najście", na co się zaśmiałem. Przechodząc wraz ze Smiley do kuchni, przywitałem się z Biscą i Yukim, którzy wesoło do mnie podbiegli. Wchodząc do wnęki, ujrzałem Smiley, która zaczęła już przygotowywać kubki na herbatę. Przeszedłem obok niej i zatrzymałem się przed małymi szafkami. Łapiąc się za podbródek, zacząłem myśleć nad posiłkiem, który mogłem przygotować. Nie wiedząc, co mógłbym zorganizować, spojrzałem się na Smiley, która zaczęła już zalewać nasze herbaty. Nadąłem policzki, opierając się przy tym tyłem o blaty. Wtedy niebieskooka spojrzała się na mnie z pytającym wyrazem twarzy. Złożyłem ręce na piersi i westchnąłem. Szybko mogłem usłyszeć jej cichutki śmiech. Niosąc obydwa kubki, podeszła do mnie i podała mi jeden z nich, który ochoczo przyjąłem. Upiłem z niego trochę cieczy, nadal myśląc nad daniem.
- Wymyśliłeś już coś? -zapytała, również opierając się o szafki.
Pokręciłem głową i spojrzałem na nią. Wtedy pomyślałem, że takim szybkim, a pożywnym daniem jest omlet. Odstawiłem kubek i z uśmiechem zwróciłem się do dziewczyny.
- Mogłabyś podać mi kilka jajek, olej i jakieś dodatki, które ty lubisz? -zapytałem, otwierając szafkę, z której wyciągnąłem patelnię i małą miseczkę.
Dziewczyna zaskoczona skinęła głową, po czym odstawiając kubek obok mojego, podeszła do lodówki. Minęło kilka chwil, aż w końcu podała mi wszystkie składniki. Z uśmiechem zabrałem się za ich wymieszanie w misce, a Smiley poprosiłem, aby rozgrzała już niewielką ilość oleju na patelni. Chwila moment, a już wymieszane produkty wlewałem do nagrzanego naczynia. Czekając, zacząłem nieświadomie nucić jakąś starą piosenkę, którą podłapała Smiley, przez co czas oczekiwania minął nam bardzo miło. Gdy wyłączyłem już palnik, na poprosiłem, aby podała mi największy talerz, jaki ma, po czym nałożyłem na niego omlet, który praktycznie pokrywał całą jego powierzchnię. Uśmiechnięty ruszyłem w stronę głównego pokoju, w którym to odstawiłem, a następnie wróciłem się po widelce i noże oraz mniejsze talerzyki. Siadając naprzeciw dziewczyny, podałem jej sztućce i talerz, aby mogła sobie trochę nałożyć. Gdy zacząłem już kroić niewielką część, aby przełożyć ją na swoje naczynie, usłyszałem jej cichy głos.
- Może zjemy z jednego?
Spojrzałem na nią, uśmiechając się przy tym. W sumie, po co brudzić inne rzeczy. Ze skinieniem wziąłem pierwszy kęs. Choć dawno już tego nie robiłem, to było dość dobre. Patrząc na Smiley, oczekiwałem jej reakcji, która również była pozytywna, z czego się bardzo ucieszyłem. Po skończonym posiłku pomogłem jej posprzątać, po czym wyszliśmy z jej namiotu, kierując się do miejsca treningowego. Będąc na miejscu, westchnąłem ciężko. Podszedłem do kurtyn, gdzie kryły się akcesoria na występy, wyciągając przy tym potrzebną do moich ćwiczeń skrzynię. Położyłem ją przed Smiley. Otwierając ją, zacząłem ponowną rozmowę.
- Tylko się nie zdziw, kiedy coś mi nie wyjdzie -zaśmiałem się -miałem dość długą przerwę i mogę robić pomyłki -rzekłem, wyciągając jak na razie trzy kolorowe maczugi.
Odchodząc trochę do tyłu, nabrałem dużo powietrza w płuca i spojrzałem się w górę, zamykając przy tym oczy. Rozluźniłem mięśnie, a następnie podrzuciłem pierwszą maczugę, za którą powędrowała kolejna i kolejna. Czułem, że źle je chwytam, dlatego ciągle się krzywiłem. Niekiedy prawie mi wypadały, lecz to było mi nawet na rękę, bo mogłem je poczuć. Z każdym nieudanym posunięciem, słyszałem doping Smiley, na który cały czas się uśmiechałem. Kiedy w końcu poczułem te trzy, poprosiłem, aby dorzuciła mi kolejną, a za dwie minuty jeszcze jedną. Jak powiedziałem, tak zrobiła, choć nie była do tego zbyt przekonana. Było to jednak zabawne, przez co chciałem jeszcze więcej. Żonglując, przerzucałem maczugi za sobą, pod nogami, a nawet kiedy się obracałem, ponownie zacząłem mówić.
- Smiley, mogę się o coś zapytać?
- J-jasne. Co takiego? -oddała pytaniem za pytanie.
Zrobiłem kolejny obrót, zbliżając się przy tym do niej, bym nie musiał skupiać się na tylu rzeczach, jak żonglowanie, robienie sztuczek, jak i unoszenie głosu.
- My to chyba się jeszcze nie przedstawiliśmy, chociaż, że znamy się już tyle -powiedziałem, przypominając sobie nasze pierwsze spotkanie -I nie chodzi mi tutaj o pseudonimy, Smiley -dodałem, łapiąc w ręce maczugi, dzięki czemu mogłem na nią spojrzeć.
Szybko uśmiechnąłem się do niej, podchodząc przy tym do kufra, do którego schowałem dotychczasowe przyrządy, po czym wyjąłem obręcze. Zakładając po trzy na rękę, zacząłem nimi kręcić, nie spuszczając dziewczyny z oczu.
- Przedstawię się pierwszy -rzekłem, podrzucając obręcze -Moje prawdziwe imię to Mikaela Langdon.
Dziewczyna przez chwilę wyglądała na nieobecną, tak jakby pochłonęły ją jej własne myśli.
<Smiley?>

28 paź 2017

Midas CD Le Bleuet

Montgomery wpadł do swojego namiotu niczym burza, na wejściu o mały włos nie przewracając się przez zabawkę Aurum. Zaklął szpetnie i omiótł wzrokiem pomieszczenie. Tygrysica wskoczyła na łóżko, tylko po to aby chwilę później z niego zeskoczyć. Miotała się niespokojnie po domu, to powarkując to ocierając się o swojego właściciela. Zwierze nie nawykło do sytuacji w którym jego pan bywał tak rozchwiany emocjonalnie, zresztą nie było czemu się dziwić. Sam Midas czuł że wszystko wymyka się mu z pod kontroli, szczerze mówiąc, miał wrażenie że się topi.
Jenna, Jenna, Jenna.
To niepozorne imię pustoszyło jego poukładany światek, bębniło w głowie i z pasją rozwalało całe to nikłe poczucie bezpieczeństwa jakie sobie wypracował. Bo, dobry boże, jakim prawem sobie na coś takiego pozwolił? Gorycz podeszła mu do gardła ze zdwojoną siłą. Och, tracił głowę i kręgosłup jednocześnie, w dodatku bał się że pociągnie za sobą w to wszystko Eda. Absolutnie nie chciał skrzywdzić chłopaka, który okazał się mu tak bliski, ale przekonanie że dzieli go krok od kompletnej katastrofy nie dawała mu spokoju.
Schemat działania był w zasadzie bardzo prosty – spakowałby najpotrzebniejsze rzeczy, wziął Aurum i jeszcze tego samego dnia wyjechałby z kraju. Problemów z pieniędzmi nie miał nigdy, a odpowiednia ilość złota przynajmniej na jakiś czas kupiłaby i jemu i tygrysowi nieco dyskrecji. Czuł się jednak podle, rozważając tak haniebną ucieczkę, zresztą nie sądził by zdołał się do niej tak łatwo zmusić. Jeśli miał być szczery, gdyby tylko mógł zabrać Le Bleueta ze sobą, nawet się by nie obejrzał. Nie mógł jednak prosić o to młodego krawca, w zasadzie nic nie mógł.
Opadł na łóżko i ukrył twarz w dłoniach. Nie zbyt długo mógł jednak pozostać w tej pozycji, duży łeb tygrysa siłą wepchnął się mu na kolana, domagając się natychmiastowej uwagi. Midas pogładził głowę futrzastej towarzyszki, powoli uspakajając własny oddech.
Położył się niedługo potem, dla pewności zażywając tabletki na senne. Trzymał je zawsze w pogotowiu, a teraz zdecydowanie nie miał ochoty ani na bezsenność ani na żadne jawy senne. Przynajmniej chwilowe odcięcie się od rzeczywistości było jednak niezwykle kuszące.
~~~
Poranek należał zdecydowanie do tych cięższych i jeśli jasnowłosy miał być szczery, wolałby dzisiaj w ogóle nie wyściubiać nosa z namiotu. Aurum wychynęła się na zewnątrz o świcie, żeby rozruszać kości. Nie oddalała się jednak zbyt daleko, co jakiś czas przy materiale pojawiała się jej pokrzepiająca sylwetka. Wielki kot czaił się gdzieś w pobliżu, najwyraźniej pilnując namiotu i jego właściciela.
Długowłosy przetarł oczy, starając się jakoś zapanować nad denerwującą gonitwą myśli. Wiedział że powinien jak najszybciej porozmawiać z ciemnowłosym, który zasługiwał zarówno na wyjaśnienie jak i na przeprosiny. Czuł jednak jak pod jego gardło podchodzi dławiąca gula, a wnętrzności zwijają się w nerwowy supeł. Machinalnie pogładził podłużne blizny na rękach, beznamiętnie dochodząc do wniosku że jeśli przed laty nikt by go nie ocalił, nie byłoby żadnego problemu.
Odetchnął, a zaraz potem poderwał głowę, zaalarmowany wściekłym warczeniem Aurum. Usłyszał zaniepokojone głosy, a niedługo potem dźwięki jego zwierzęcia przekształciły się w złowieszczy ryk.
Skoczył na równe nogi, bez zastanowienia wypadając na dwór. Pobladły Edward stał kilka kroków przed tygrysicą, jednak nie na niego skierowana była jej furia. Większy problem miała Jenna, która najwyraźniej zakodowała się w głowie wielkiego kota jako zmartwienie i powód stresu właściciela, a co za tym idzie – obiekt zdecydowanie nie pożądany na tygrysim terytorium.
Zanim zdążył jakkolwiek zareagować, tygrysica skoczyła do przodu, swoim impetem zbijając z nóg o wiele drobniejszą dziewczynę. Ta wrzasnęła urywanie, zwalając się ciężko na ziemię.
- Aurum! – krzyknął mężczyzna, ze zgrozą zauważając iż rozeźlona kocica nie reaguje na jego głos. Doskoczył do futrzastej towarzyszki, chwytając ją stanowczo za luźną skórę na karku. Parsknęła niezadowolona, jednak zachowanie Midasa zdołało wyrwać ją z największego amoku. Powoli skupiła na właścicielu swoją uwagę, posłusznie złażąc z dziewczyny. Montgomery trzymał ją jeszcze przez chwilę, w czasie gdy Le Bleuet pomagał wstać i dojść do siebie roztrzęsionej ofierze, która na szczęście wyszła z całej sytuacji bez szwanku.
Zdenerwowana Aurum ułożyła się przy nogach długowłosego, nadal spięta i gotowa powtórzyć swój wyczyn z o wiele większą skutecznością.
Jenna odgarnęła włosy z pobladłej twarzy, wbijając wzrok w złotookiego. Przez chwilę wydawała się całkowicie zatopiona we własnych myślach, jednak kiedy z jej kredowego oblicza odpłynęła reszta kolorów, miał pewność że go poznała.
- Montgomery? – zapytała ostrożniej, unosząc drżącą dłoń do ust. Midas skrzywił się odruchowo na ton jej głosu i odwrócił wzrok. Nie miał zamiaru zachowywać się nerwowo, bo to jedynie dodatkowo zaniepokoiłoby tygrysicę.
- Kopę lat – mruknął tylko niechętnie. Edward poruszył się niespokojnie, a dziewczyna zrobiła kilka kroków w tył. Zobaczył jak jej oczy rozszerzają się na wskutek silnych emocji.
- Jak mogłeś wtedy odejść – syknęła do niego, nie wykonując jednak gwałtownych ruchów. Najwyraźniej nadal bała się obecności tygrysa. – Wszyscy cię tak cholernie potrzebowali – warknęła. Aurum prychnęła i uniosła się lekko w ostrzegawczym geście.
- Nie, zdecydowanie nie. I lepiej by było gdybyś na razie stąd znikła – dodał. Jenna zacisnęła usta i odwróciła się na pięcie, odchodząc z zaciśniętymi pięściami. Cóż, Midas wiedział iż absolutnie sobie nie odpuściła, nie mogła jednak nic zrobić kiedy Aurum przy nim warowała. Długowłosy spojrzał bezradnie na ciemnowłosego.
- Możemy porozmawiać? – zapytał ostrożnie, na co ten powoli pokiwał głową. Weszli do namiotu w dziwnie nieprzyjemnym milczeniu.
- Znasz tę dziewczynę – bardziej stwierdził niż spytał krawiec. Midas oparł się ciężko o szafkę i nerwowo przeczesał dłonią włosy.
- Tak. To stare dzieje – zaczął powoli. Le Bleuet spojrzał na niego smutno.
- Przyjechała tu bo jej kuzynka zmieniła się w złoto – wyjaśnił chłopak. – Myślałem, że możesz pomóc w tym temacie. Wujek Pik jeszcze bada tę sprawę, ale Jenna strasznie upierała się, żeby cię poznać – wyjaśnił. – Nie wiem czemu tak jest, być może to jakiś nowy podgatunek potwora, który ma podobne moce co ty, albo jakoś je skopiował – krawiec bezradnie rozłożył ręce. Midas poczuł się jakby ktoś uderzył go w twarz. Poruszył się nerwowo, spuszczając wzrok na ziemię i maniakalnie pocierając blizny, jakby to w jakiś magiczny sposób miało przegnać jego strach. Desperacko próbował zebrać sensowne myśli jednak im bardziej się starał tym bardziej mu one umykały. Opuścił lekko głowę, pozwalając włosom opaść i zakryć jego twarz. Czuł, że złote oczy wzbierają łzami, których wstydził się i zdecydowanie nie chciał pokazać światu.
- Potwór… - powtórzył głucho, jakby z zamyśleniem. Nieprzyjemna strzała bólu przemknęła przez jego serce, wywołując lekki grymas na jego twarzy.
- Monty? Wszystko w porządku? – zapytał Edward niepewnie, robiąc kroczek w jego stronę. Midas parsknął niewesoło, zmuszając się do uniesienia głowy. Potarł twarz drżącą dłonią, starając się ukryć łzy.
- Nie, oczywiście, że nie jest w porządku – odparł, wykonując nieartykułowany ruch dłonią. Odwrócił się w końcu w stronę krawca.
- To całe przekleństwo ze złotym dotykiem zaczęło się kiedy byłem dzieckiem. Kiedy zmieniłem moją mamę – zaczął głosem nieco wyzutym z emocji. – Ojciec wykorzystał mnie jak kurę znoszącą złote jaja. A potem inni i kolejni – nakreślił ostrożnie. Wbił pusty wzrok w tygrysicę która zaczęła kręcić się po namiocie.
- W końcu uciekłam, ale w zasadzie nie widziałem w niczym zbyt wielkiego sensu – mówił dalej, przesuwając palcami po jednej z blizn – Moja śmierć nic dla nikogo nie znaczyła. Ale zanim się wykrwawiłem znalazła mnie Harlow i jej ojciec. Zaopiekowali się mną, opatrzyli, dali normalny dom. Jakoś doszedłem do siebie, zacząłem panować nad sytuacją. I jakoś tak wyszło, że ja i Harlow byliśmy razem. Oświadczyłem się jej – dokończył.
- Nie mam pojęcia jak to się stało, chyba byłem zbyt rozemocjonowany. To była tylko chwila kiedy zmieniła się w złoto. Następnego dnia uciekłem. Tułałem się przez jakiś czas, potem dołączyła Aurum i znaleźliśmy się w cyrku – dodał, spuszczając wzrok.
- A teraz wróciła Jenna, chociaż nie mogę z tym nic zrobić – uśmiechnął się krzywo i niewesoło. W końcu odważył się podnieść wzrok na nieco pobladłego Edwarda.
- Kocham cię, ale widocznie wszystko na czym mi zależy prędzej czy później przez to ginie. Nie chcę ściągnąć cię na dno, zrozumiem jeśli nie będziesz chciał mieć ze mną nic wspólnego. Po prostu to powiedz, a zniknę – powiedział Monty, czując jak w złotych oczach ponownie zagnieżdżają się łzy.

<Słońce? >



26 paź 2017

Rue CD Akuma

Chrzęst łańcuchów wybudził mnie z ciężkiego snu, w którym po otrzymaniu tajemniczej paczki, wraz z Akumą wylądowaliśmy w dziwnej grze, gdzie na każdym kroku musieliśmy walczyć o życie. Po otwarciu oczu sądziłam, że będę się znajdować w swoim namiocie, ewentualnie w jego, jeśli przypadkiem zasnęłam. Zobaczę śpiącego Heddo, obok niego moją Mike. Ale zamiast tej pięknej sceny, przywitały mnie kamienne ściany, które na gołe oko się lepiły. Było tu ciemno, ale zachodzące słońce wpadające przez jedną dziurę w tym... pomieszczeniu, jeśli można to tak nazwać, oświetliło mi łańcuchy. Leżały one na całej powierzchni, każdy był zakończony czarną kulą, przypominającą tą, którą gra się w kręgle. Coś ściskało moje dłonie, czułam na nich zimny metal, a kiedy zniżyłam wzrok, okazało się, że miałam na sobie kajdanki. Było już stare, nieco wyszczerbione. Po takim widoku nie było mowy na senne czy sklejone oczy, a tym bardziej zmęczoną twarz. Po prostu się przeraziłam. Poruszyłam rękoma, czując na nadgarstek ucisk zimny jak lód. Wiedziałam, ze po ich zdjęciu zostaną mi czerwone ślady. Wstałam niosąc za sobą to samo dzwonienie łańcuchów, które wybudziło mnie ze snu, w którym jednak walałbym zostać. Czułam się ociężała, jakby coś mnie przygniatało do ziemi, a w rzeczywistości były to kolejne łańcuchy i kajdany, tym razem na moich nogach. Potrząsnęłam lewą nogą, tutaj kajdan był luźniejszy, przez co latał w powietrzu, uderzając o moją kostkę. Natychmiast zaprzestałam tej czynności rozglądając się po tym miejscu. Dopiero teraz poczułam ostry zapach potu, krwi i stęchlizny. No i czegoś, co musiało tu gnić i się rozkładać przez lata, jak jakiś przejechany borsuk. Nie było tu nikogo prócz mnie. Zrobiłam parę kroków do przodu, napotykając zamknięte drzwi. Nawiedziło mnie okropne uczucie śmierci i strachu. Znałam już to uczucie i nigdy go nie zapomnę; jest prawie tak samo jak z Tobias'em. Zamknięta w piwnicy, tyle, że tutaj przykuta do łańcuchów, abym w żaden sposób nie mogła uciec, z odrobiną światła wpadającego przez małe okienko, które było po prostu dziurą, przez które za żadne skarby się nie zmieszczę. A nawet jeśli, te kule nie przejdą. Nie dość, że są ciężkie, to do tego dziura jest dość wysoko. Podeszłam do jednej czarne kuli i próbowałam jak popchać nogą, ale tylko zmiażdżyłam sobie palce. Spróbowałam więc ręką; były ciężkie. I raptownie nawiedziła mnie panika. Zaczęłam walić w drzwi pięściami, ale one nawet nie drgały. Nie były zrobione z drewna jak wcześniej sądziłam, tylko z metalu, od którego napuchły mi dłonie. Odsunęłam się od drzwi i podeszłam do okna. Stanęłam na palcach, a i tak nie zobaczyłam niczego, prócz gór. Usłyszałam głuche kroki rozlegające się za drzwiami. Ktoś szedł korytarzem, szybko i nerwowo. Odsunęłam się jak najdalej od drzwi, przylegając do mokrych kamiennych ścian. Obserwowałam nieruchome drzwi; ktoś wsadził klucz w zamek i go przekręcił z głośnym łoskotem. Drzwi tworzyły się skrzypiąc, pojawił się w nich potężny mężczyzna, którego twarzy nie widziałam, gdyż stał w mroku. Nie przypominał człowieka.
- Już się obudziłaś. Świetnie, jeszcze zdążysz - po tych słowach podszedł do mnie ukazując swą zdeformowaną twarz; wcześniej sądziłam, że to nie człowiek, ale ostatecznie to była okropna szrama rozpoczynając się od skroni, a kończąca na szyi po drugiej stronie. Nie miał jednego oka, czarne kosmyki wystawały mu spod opierzonego kaptura, a szkarłatne oko obserwowało mnie uważnie. Był ubrany w gruby brązowy płaszcz i czarne glany. Dotknął mojego policzka przejeżdżając po nim lodowatym i szorstkim palcem.
- Kim jesteś? Gdzie ja jestem? - wydusiłam. Czułam się, jakby jego wzrok zatrzymał się na mojej szyi i zaczął mnie dusić bez dotknięcia. Ale on patrzył mi w oczy, nie było to zwyczajne spojrzenie, widziałam w nim szaleństwo zmieszaną z radością.
- To nie ważne. Ważne jest to, ile za ciebie dostanę. Za taką ładną, nienaruszoną buźkę - uśmiechnął się, a w jego wykonaniu było to równie ohydne, jak wygląd jego twarzy. Przez chwilę zastanawiałam się kto mu to zrobił, ale nie zdążyłam znaleźć odpowiedzi. Mężczyzna wsadził kluczyk w moje kajdanki, ale one nie puściły; odpadły tylko łańcuchy. To samo zrobił z tymi na nogach, a kiedy odłączał ostatni, miałam zamiar kopnąć go w twarz. Ale on jakby czytając mi w myślach złapał ją, lekko wykręcił w bok, na co zwalił mnie z nóg. - Niewolników za takie rzeczy każę się gorzej, jak biczowaniem. Ale spokojnie, po jednym razie się uspokoisz i nauczysz, aby słuchać się swojego pana - poklepał mnie po głowie jak małe dziecko, po czym podniósł i zawlókł za drzwi. Nie zamknął ich, zostawił otwarte. Trzymając za ubranie zaciągnął mnie na górę po schodach, a kiedy próbowałam nastąpić na skręconą nogę, poczułam lekki ból. Nie była skręcona, po prostu bolała, za parę minut powinno przejść. Ale w ten sposób się raczej tylko pogorszy. Musiałam w większości dać mu się ponieść, chociaż to nie było miłe, kiedy własne ubranie wrzynało ci się w całe ciało. Ale on się nie odezwał, ciągnął bez opamiętania, aż doszliśmy do kolejnych drzwi, za nimi był długi korytarz. Przeszliśmy przez jeszcze dwie pary, póki nie znaleźliśmy się na zewnątrz. Śnieg raził mnie w oczy, były niczym blask reflektora w nocy. Znowu poczułam zimno i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mam na sobie butów. Na gołych nogach miałam zakute kajdanki, które ograniczyły moje ruchy. - Ej! Jim! - krzyknął do jakiegoś chłopaka stojący za furgonetką. Odwrócił się i spojrzał na nas. - Weź jeszcze ją, tylko niech nie zamarznie, bo jej nie kupią - popchnął mnie w stronę faceta, który szybkim krokiem znalazł się przed nami. Skinął głową i bez słowa biorąc mnie za ramię pociągnął do auta. Tak kazał mi wejść do furgonetki.
- Okryj się - wskazał na parę koców leżących w kącie, po czym zatrzasnął drzwi. Nie byłam tu sama, w środku znajdowały się jeszcze cztery kobiety i dwoje mężczyzn. Do tego jedno dziecko, które na oko miało jakieś trzynaście lat.
- Gdzie nas wiozą? - zapytałam przerażona, natychmiast chwytając koc, którym okrycie się było trudniejsze niż mogło się wydawać.
- Jak to gdzie - prychnął chłopak. - Na targ niewolników.

<Akuma? Ty lubisz gejów, a ja dręczyć swe postacie xd>

Smiley CD Vogel

Co prawda nie byłam na samym początku z tematem, ale potem się domyśliłam. Jedynek co nie potrafiłam zrozumieć w ludziach to tego dlaczego oni się zawsze o mnie martwią. Ja co prawda o nich się również martwię, no ale bez przesady. Nie jestem kimś ważnym w ich życiu, aby aż tak się o nich martwić. Moje myśli powędrowały jednak w stronę listu i informacji, których dostałam od Pik'a. Odpowiedziałam pomrukiem w stronę Vogel'a i nic więcej. Chciałam być obecna i rozmawiać na jakieś tematy wraz z towarzyszem, ale nie potrafiłam. Zastanawiałam się nad tym co by było gdyby...? Jak powinnam się zachować teraz...? Przerwałam swoje myślenie. Smiley opanuj się! Czas o tym zapomnieć! - powiedziałam w myślach.
- Vogel ty chyba powinieneś trochę poćwiczyć co nie?! - odezwałam się wreszcie, przerywając swoje myślenie i trzymając się tego, aby wreszcie o tym nie myśleć podczas obecności z kimś już zwłaszcza z Vogel'em.
Spojrzałam się na chłopaka, wyglądał na zamyślonego i jakby trochę głodnego. Rozumiałam go, bo również sama głodna byłam.
- Tak - odpowiedział, patrząc na mnie zaskoczonym wzrokiem. Chyba i ja go wyrwałam z myślenia.
- No to pokażesz mi jak się przygotowałeś... Wiesz muszę mieć pewność, że wszystko będzie dobrze. No i specjalnie przyjdę na ten występ - uśmiechnęłam się, wybierając w przód niego, a mówiąc szłam tyłem przez co nie widziałam co jest na drodze.
- Nie mniej jednak przed twoimi ćwiczeniami musimy coś zjeść. Możemy zrobić u mnie coś na ciepło. Ty przygotujesz jedzenie, a ja śniadanie. Co ty na to? - dodałam zanim on zdążył coś powiedzieć na temat ćwiczeń.

<Vogel?>

22 paź 2017

Akuma CD Rue

Czuł, że już kompletnie jego życie się zawaliło. Miał ochotę się pociąć, na krótki moment na jego usta wpełzł uśmiech, gdy przypomniał sobie o tych wszystkich memach z podpisem podobnym do "Pociąć się? Dam ci gratis mydło!", jednak szybko uświadomił sobie na powrót z beznadziejności obecnej sytuacji. Leżał na ziemi, nie potrafiąc się ruszyć. Śnieg zasypywał go z każdą chwilą coraz bardziej, zaczął trafiać do nozdrzy i zatykać je, poczuł, jak krztusi się chłodną wodą, rozpuszczającą się niezwykle powoli. Próbował podnieść nogę, potem rękę, ale nic nie wychodziło. Nawet poruszenie chociażby jednym palcem przechodziło jego możliwości. Może i mu się to udało, ale nawet nie wiedział, czy to prawda. Czuł się okropnie, nie dość, że wszędzie panował chłód i świadomość, że drgawki już minęły, zaczęła go przerażać. Ciało w ten sposób oszczędza energię. Czyli jest już bardzo źle. Do tego nie ma bladego pojęcia, co z Rue. Czy jest gdzieś obok w podobnym stanie? Nie potrafił się odezwać. Sprawdzić. I czuł się z tym tak bardzo źle. Być może leży nieprzytomna. Wykrwawia się na śmierć, bo złamała sobie kość, która przebiła skórę na  tętnicy ( czy to w ogóle możliwe? Nie był pewien, ale najgorsze scenariusze zdążył już sobie przedstawić ). Nawet pojedyncza łza zdążyła zamarznąć na jego policzku, a przynajmniej stanęła w miejscu i czuł się tak, jakby polał policzek stróżką wosku, który zaschnął. Zaczął odczuwać coraz to silniejsze obawy, zmęczenie, poczucie winy i strach. Za to jedyną rzeczą, jaka z każdą chwilą wręcz malała, to świadomość. Przytomność. Zamykając oczy widział wciąż świat go otaczający. To nie jest normalne, ale nie zwrócił na to uwagi. Przecież to przez niego się tutaj znaleźli, gdyby jak jakiś skończony idiota nie otrzymał tej paczki i jak dziecko nie otwarł jej od razu, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Mógł od razu zauważyć kartkę. Mógł odpowiednio zareagować, spalić ją, pudełko wyrzucić, naszyjniki zakopać. Talizman. Czuł jedyne ciepło emanujące od niego,. Aż dziwne, że się nie zerwał podczas lotu. O tak, leciał, i to przez dobrą minutę. Porwany przez wiatr, ciśnięty o skały wraz z wichurą, musiał coś sobie zrobić. Albo po prostu ta cholernie śmieszna gra mu coś zrobiła. Nie potrafił się ruszyć. Odezwać. Przełknąć śliny, która z rozchylonych w z początku bolesnym, później już coraz bardziej desperackim i depresyjnym grymasie, skapywała na śnieg, którego warstwa wciąż się zwiększała. Niektóre płatki topiły się w kontakcie ze skórą Akumy, ale i tak cała byłą pokryta białym puchem. Jeśli nic nie zrobi, udusi się. I w tej samej chwili poczuł, że traci siły. Chciał umrzeć, doczekać swojego końca w tej samej minucie. Uświadomił sobie, jak wiele zła czynił. Zabił ludzi, sprowadził śmiertelne niebezpieczeństwo ja swoją przyjaciółkę, tak wielu znienawidził i nienawiścią obdarzył. Czy ktoś kiedykolwiek usłyszał z jego ust miłe słowa? Te czyste, pochodzące z głębi serca, a nie z rozumu? Nie. I właśnie to bolało najbardziej. Poczuł silną potrzebę wyznania Rue tego, co do niej czuje. Że gdyby nie ona, wielokrotnie już by zginął. Że stałą się dla niego wszystkim, młodszą siostrą, którą ktokolwiek tknie, jest już na celowniku. Takim oczkiem w głowie, którego należy strzec. Delikatną różą podobnej do tej z Małego Księcia, ale po stokroć piękniejszej i bardziej wartościowej. Spróbował rozszerzyć wargi, ale nie był w stanie. Czucie żałości stało się dla niego tak głębokie, że zatopił się w nim całkowicie zaraz przed tym, jak wszystko stało się jednym.
Obudziła go silna woń dymu i ziół, jakby ktoś podpalił kadzidło i ustawił obok niego. Ból głowy doskwierał mu tak bardzo, że zamiast otworzyć oczy, by zobaczyć to, co kryje się za powiekami, zacisnął je, sycząc cicho. Jego pięści również się zamknęły, jakby trzymał w nich swój cały dobytek, którego nigdy nie odda. Miał wrażenie, że jego mózg kurczy się i rozszerza na zmianę, jakby w tak poloneza.
- Budzi się - usłyszał głos. Nieznany, szorstki, jakby niezadowolony ze stwierdzenia właśnie wypowiedzianego na głos. Wyczuł w nim tyle wyrzutu i chłodu, że natychmiast przypomniał sobie, że już go nie odczuwa. Nie fizycznie. Jest w ciepłym miejscu. A więc ktoś go uratował. Czy to jest ta sama osoba, którą przed chwilą usłyszał?
- Tak, masz rację, Logan - usłyszał. A więc ten ktoś to Logan. Poczuł, jak tajemnicze ciepło zbliża się do jego nosa, wchłonął przyjemny i wręcz kojący zapach całym sobą. Nieprzyjemne pulsowanie znacznie się zmniejszyło, ale przez jeszcze paręnaście sekund nie przestawał kuracji. W końcu, gdy niemal całkowicie czuł się NORMALNIE, rozchylił powieki. Rue. Musi ją znaleźć.
- Witaj wśród żywych - powitał go mężczyzna około pięćdziesiątki, z czarnymi włosami przyprószonymi siwizną, spiętymi w niski kucyk i zarostem, który przycinał chyba sam, najprawdopodobniej nożem myśliwskim. Skąd te podejrzenia? To mu właśnie masowało.
- Dzięki - jedynie te słowa wydostały się z jego gardła, ciche, niemrawe, szorstkie w wymowie, nawet przyjazne w znaczeniu. Rozejrzał się, podnosząc się do pozycji siedzącej. Może się ruszać! Jakim cudem? I... - Kto mi pomógł? - spytał, mając lekkie wyrzuty do tego kogoś. Powinien go zostawić.
- Ja - odezwał się blondyn z nieco dłuższymi złocistymi włosami ( dałby głowę, że farbowane ), wciśniętymi za uszy. Jego głębokie, srebrne oczy lustrowały chłopaka całą swoją mocą, kości policzkowe były wyraźne, usta pełne, choć tego samego koloru co cała reszta ciała, szczęki zaciskały się i rozluźniały zupełnie tak, jak jego głowa wcześniej. Zamurowało go, po raz pierwszy pomyślał o chłopaku, że jest przystojny. Boże, dlaczego??? I dlaczego LOGAN?
- Gdyby nie on, umarłbyś. Mogłeś zostać w stanie śpiączki na zawsze - wyjaśnił starszy mężczyzna. - Jestem Blair, można by powiedzieć, że medyk - oznajmił.
- Podziękujesz później. A teraz wstawaj, musisz coś zobaczyć - rozkazał blondyn. Akuma spoliczkował się w myślach gdy stwierdził, że uroczo mu w czarnej skórzanej kurtce, czarnych jeansach, czarnej bluzce bez żadnego nadruku i czarnych butach. Po prostu czerń.

< Rue? Noże, ja nie wiem, co ja mam do gejów <3 >

21 paź 2017

Rue CD Akuma

Przed chwilą igrałam sobie ze śmiercią, a teraz, kiedy doszło do mnie, że jednak mam szansę przeżyć, gdy skoczyłam z klifu, on mi każe spoważnieć? cóż, może ma rację, ale w tej chwili jestem okropnie radosna. W końcu zamiast lądując między zębami tych stworów, albo w lawie, leże sobie na śniegu, mięciutkim jak poduszeczki. Pomijając fakt, że powoli zamarzałam, było cudownie.
- Jak na razie, nie czuje nóg. I dziwie się, że ty też - odpowiedziałam czując, jak promienie słońca odbijające się od śniegu rażą mnie w oczy. Spojrzałam w niebo, teraz nad nami było czyste niebieskie niebo, z ostro rażących słońcem, które wcale nie grzało.
- Bo przed oczami dalej mam wizje śmierci - podał mi rękę i pomógł mi wstać.Przez chwilę czułam się, jakby stała po uda w lawie. Kiedy jednak mrowienie i paraliż zniknęły, zdołałam zrównać z chłopakiem kroku, który ruszył już przed siebie, zostawiając za sobą głębokie ślady.
Przed nami nic nie było, tak jak wcześniej rozciągał się las, teraz widzieliśmy tylko pustynie śniegu. Zamknęłam oczy i zaczęłam iść na ślepo, parę razy wpadając na Akumę lub wywracając się na śnieg.
- Czemu zamknęłaś oczy? - zapytał zdziwiony.
- Bo mnie bolą od tego śniegu - mruknęłam głośno machając rękami w górę i w dół razem z nogami, ponieważ wchodziłam w coraz większe zaspy, w której całkowicie się zapadałam. Po chwili ciszy śniegu było jeszcze więcej, miałam go po pas, a stopy całkowicie mi zamarzły. Otworzyłam oczy. - Nigdzie nie dojdziemy - oznajmiłam patrząc w stronę chłopaka. W ciągu jednej sekundy zaczął wiać mocny wiatr, a razem z nim śnieg. Zakryłam twarz i się nieco skuliłam. Czułam, jak wiatr mnie odrzuca do tyłu. Złapaliśmy się za ręce, aby żadne z nas nie odleciało, ale skutek był całkowicie inny. Czułam tylko jak jego palce się wyślizgują i nagle znika. Po wykrzyczeniu naszych imion wiatr ustał, a Akumy nie było. Ponad to już nie stałam w zaspie sięgającej mi do pasa, ale jedynie do kostek. - Akuma! - zaczęłam wołać przyjaciela, ale nikogo nie było w pobliżu. Zaczęłam się wracać, biegnąć w stronę, w którą zapewne odleciał mój przyjaciel, ale gdy dobiegłam na szczyt górki, wiedziałam, że go nie znajdę. Pustynia śniegu, nic więcej. Żadnej roślinki, drzewka, gałązki. Była tylko rażąca biel, a jego nigdzie... Zaczęłam panikować. Czyli teraz ktoś, kto "włada" tą grą, pozbędzie się nas osobno, czy jak?! Ale najgorsze było to, że nie wiedziałam gdzie był towarzysz, całkowicie zniknął, śladu po nim nie było. Gdy wykrzyczałam jego imię usłyszałam tylko trzepot skrzydeł z tyłu. Odwróciłam się i zamiast śnieżnej pustyni, przede mną rozciągała się wioska.
Czułam się jak w śnie. Na prawdę. W jednej chwili otoczenie się zmienia, a ty nie możesz zrobić czegoś, co byś normalnie zrobił. Widziałam ogniska, ludzi. Chciałam zbiec do nich, ale coś mnie przygniatało do ziemi, nie pozwalając wykonywać jakichkolwiek gwałtownych ruchów.
- Co się dzieje panienko? - usłyszałam głos z tyłu. Odwróciłam się powoli i zobaczyłam wysokiego chłopaka, był podobny do Eskimosów. Patrząc na jego grube ubranie przypomniało mi się, jak bardzo byłam zmarznięta. - Wyglądasz jak kostka lodu - kiedy tylko do mnie podszedł coś mnie pociągnęło do tyłu i zwaliło z nóg. Poczułam jak ktoś mnie łapie za ręce, wykręca je, a obcy uśmiecha się dziwnie. Potem było mocne uderzenie w głowę i ciemność.

<Akuma? Sadziliśmy czosnek, więc dopiero teraz odpisuje. No i wyszło takie krótkie...>

20 paź 2017

Vogel CD Smiley

Wstałem coś koło ósmej godziny. Nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić, nie rozstawałem się z łóżkiem przez następne dwie godziny. W końcu jednak musiałem wstać, gdyż odgłosy z zewnątrz nie dawały mi tej przyjemności, jaką miałem nadzieję, że nacieszę się do końca dzisiejszego dnia. Wstałem leniwie, przeczesując swoje lekko już skołtunione włosy. Kierując się do łazienki, ziewnąłem przeciągle, zabierając przy tym kremowe spodnie, białą koszulę i ciemnoniebieski sweter. Po porannym oporządzeniu się wyszedłem z łazienki i podszedłem do lodówki. Gdy ją otworzyłem, o mało co się nie przewróciłem, gdyż fala pustki walnęła we mnie z ogromną siłą. Westchnąłem zrezygnowany i powolnym ruchem ręki zamknąłem lodówkę, mając jeszcze nadzieję, że jakimś magicznym sposobem znajdzie się tam jakieś jedzenie. Tak jednak się nie stało. Przeciągnąłem swoje jeszcze nie do końca obudzone ciało, po czym wyjrzałem na zewnątrz. Nadal było zimno, lecz nie tak, jak przez ostatnie dni. Wróciłem więc do środka, poszukując wśród wszystkiego jakieś jesiennej kurtki. Po kilku minutach w końcu ją odnalazłem, zgniłozieloną kurtkę z kapturem, który miał przyszyty jasne futerko. Wydychając zmęczony powietrze, wyszedłem z namiotu, a następnie stanąłem tuż przed nim, rozglądając się przy tym. Wtedy właśnie przypomniało mi się, że miałem spotkać się z Pikiem, gdyż miał mi dać plan moich przyszłych występów. Nie myśląc dłużej, poszedłem do niego. Będąc przy jego mieszkaniu, akurat skądś przychodził. Przywitałem się i powiedziałem, po co przyszedłem, na co ten uradowany, od razu wręczył mi kartkę. Nawet na nią nie spoglądając, odszedłem, machając do niego. Schowałem ją do kieszeni, nie myśląc o niej zbytnio. Jakoś nie miałem ochoty psuć sobie tego dnia. Zaśmiałem się sam do siebie, wchodząc do lasu. Taki spacer bardzo był mi potrzebny, w końcu, to bardzo uspokaja. Idąc przed siebie, po krótkim czasie ujrzałem jakąś postać. Lekko zdenerwowany zwolniłem kroku, myśląc, że jest to jakiś nieznajomy, lecz po przypatrzeniu się, ujrzałem, że była to Smiley. Od razu do niej podszedłem, rozpoczynając rozmowę. Po tym, co powiedziała, zacząłem się trochę zastanawiać. W takim stanie i już myśli o występach? To trochę nierozsądne.
- Nie powinnaś teraz o nich myśleć, a o tym, aby wrócić do normy.
Dziewczyna patrzyła na mnie z delikatnie wymuszonym niezadowoleniem.
- Czyli ty także we mnie nie wierzysz? -zapytała z przekąsem, na co żywo pokręciłem głową.
- Wierzę, ale wierzę również w to, że gdy zaczniesz występować w obecnym stanie, to ci się pogorszy, no i chyba lepiej czasem poczekać, by móc wyłonić się w większym blasku, prawda? -zaśmiałem się, na swoje słowa.
Smiley chwilę myślała, po czym mruknęła coś pod nosem i zaczęła znowu iść. Podszedłem do niej z zaciekawieniem.
- Coś nie tak?
- Nie wiem -rzekła, po czym dodała -nie chcę już tkwić w tej bezczynności. To jest...
- Nudne? -zapytałem, tym samym dokończając jej słowa.
Skinęła twierdząco głową, wzdychając głęboko na sam koniec. Ponownie cicho prychnąłem. Zabawne, że tak myślała.
- Oj już, nie zamartwiaj się tak, tym bardziej że tę rolę już ktoś przejął.
Odwracając głowę w moją stronę, zmarszczyła swoje brwi. Zapewne nie do końca wiedziała, co powiedziałem. No cóż, nie dziwię się, bo czasem nawet sam siebie nie rozumiem. Przymknąłem oczy, zwracając twarz w jej stronę.
- Już inni martwią się za ciebie -wyprostowałem się, zakładając ręce za głową -W tym oczywiście ja.
Usłyszałem cichy pomruk z jej strony i nic więcej. Pewnie nadal myślała. Zrobiłem to samo.
<Smiley?>

17 paź 2017

Akuma CD Rue

Uśmiechnął się krzywo, w końcu śmiejąc. Spoglądał w dół nie dowierzając, że spotkało ich tak wielkie szczęście. Spotkali się z parometrową warstwą śniegu, nie łamiąc przy tym kości, a upadali z paruset ( a przynajmniej takie miął wrażenie ) metrów. Lot był okropny. Chociaż adrenalina i w pewnym sensie frajda doznawana przy nim to nieporównywalne doświadczenie, to jednak bał się tak bardzo, że chyba na moment zemdlał, gdyż czując niezwykle nieprzyjemne zimno na całym ciele, miał wrażenie, jakby wybudzał się z niespokojnego snu. Otóż, obawy dotyczące zdrowia, a nawet i życia Rue oraz jego samego sprawiały, że panika to mało powiedziane odwzorowanie tego, co miało miejsce w jego umyśle i ogółem, całym ciele, wpadającym z nieprzyjemnych myśli w drgawki. A może to z chłodem? Uczucie śniegu pod ubraniem, na karku i klatce piersiowej dokuczało mu niemiłosiernie - miał ochotę zedrzeć z siebie skórę, by tego nie odczuwać. A jednak, wracając do lotu, nigdy nie doznał czegoś podobnego. Jakby wyprzedzał samo światło, jakby niczym w bajce Piotruś Pan miał po prostu unieść się zaledwie parę centymetrów nad ziemią i poszybować w przeciwnym do wcześniejszego, kierunku. Świetne zatrważające jednocześnie. Super. 
- Nienawidzę tej czapki, może nawet spłonąć, jeśli nią chodzi - powiedział niezwykle radośnie jak na to wyznanie, ale cóż poradzić, gdy cieszył się jak dziecko posiadające same jedynki, a z najtrudniejszego dla niego przedmiotu wychodzi na szóstkę. Usłyszał śmiech. Czy to jego wypowiedź go spowodowała, czy też głupawka nawiedzająca w tej chwili również i jego towarzyszkę, nie obchodziło go to - wciąż kręciło mu się w głowie, uszy bolały, chyba zawiane. Jeśli za dziesięć minut nie ogłuchnie, postawi kaktusowi na Saharze drinka, po czym się oświadczy.
- Nosiłeś ją przez połowę czasu, CO NAJMNIEJ - klepnęła go lekko w czoło.
- Bo mi w niej ładnie - oddał ze śmiechem, tyle, że śnieżką. Wielką śnieżką, która trafiła prosto w twarz rozmówczyni. Zaśmiał się jeszcze głośniej, tego jeszcze nie było. Chyba, a przynajmniej nie pamięta.
- Faktycznie, zasłaniała przynajmniej część twojej twarzy. O, patrz! W tym też ci ładnie! - wydał z siebie zduszony jej dłonią krzyk - masełko. Potocznie zwana zabawa polegająca na wcieraniu śniegu w twarz przeciwnika. Boże, jak on tego nienawidzi. Ale przyjemnie jest karać innych w ten sposób.
- To najmilsza rzecz, jaką od ciebie dzisiaj usłyszałem - mruknął z udawanym oburzeniem i niezadowoleniem, dłonią strzepując z włosów, nosa i ogólnie całej głowy pozostałości po wyczynie przyjaciółki. Jak jej odda to do końca życia z paraliżem twarzy będzie chodzić.
- Ciesz się że nie słyszysz tego, co myślę - droczyła się. Aż dziwne, jak szybko potrafi się dojść do siebie w dobrym towarzystwie. Nawet jeśli jest się na skraju wyczerpania, w miejscu, gdzie nawet krzaki na ciebie polują, a lawa wydobywa się z pękającej pod tobą ziemi.
- Jeszcze bym się zakochał - skwitował, dostał białym, rozproszonym puchem w twarz, i ogólnie całą sylwetkę. Westchnął, ruchami prawdziwej gwiazdy wśród aktorów i piosenkarzy pozbywając się śniegu. Robiło mu się coraz zimniej, w powietrzu pozostawały smugi po jego nerwowym oddechu. Powinni znaleźć schronienie na odpoczynek, czy jakiekolwiek miejsce, gdzie mogliby zyskać choć trochę ciepła.
- Jestem bardziej urocza niż ty - gdy się nie odezwał, zaśmiała się głośno, uderzając dłonią w swoje udo - Ha, wygrałam! - krzyknęła triumfalnie. Pokręcił przecząco głową na znak,ze trzeba spoważnieć. 
- Tu nie jest dobrze zostać. Jesteśmy na widoku, jest zimno, dostaniemy jeszcze hipotermii - nie był pewien, czy to, co powiedział, to prawdziwe i racjonalne stwierdzenie. Hipotermia? Chyba tak to szło.

< Rue? >
 

Smiley CD Vogel

Nasz wspólny dzisiejszy dzień, był przyodziany w różne uczucia oraz sytuacje. Nie mniej jednak nie zmieniało to tego, iż się kiedyś musi skończyć. Zasmucona lekko tym wszystkim, przez chwilę się zamyśliłam. Ale była to krótka chwila, abym mogła odetchnąć. W drodze powrotnej do cyrku, ostatnie chwile spędzone wraz z Vogel'em dzisiejszego dnia nasz temat rozmów jakby nie miał końca, co mi się podobało. Stąpając po ulicach miasta powolnym krokiem, spojrzałam się na krótką chwilę miejsca od którego się oddalaliśmy się. Wciąż kątem oka potrafiłam zobaczyć diabelski młyn. Sama nie wiem, ale ta atrakcja jakoś wzbudzała we mnie smutek oraz strach, ale wciąż nie potrafiłam o niej zapomnieć oraz podziwiać. Taka karuzela ale potrafiła zawrócić mi w głowie. Ten czas ostatnio tak szybko leci, że nim się spojrzałam, byliśmy już na terenach cyrku. Nie chciałam fatygować Vogel'a, aby mnie odprowadził, wreszcie i on był zmęczony. Ostatecznie chłopak poszedł wraz ze mną. Na pożegnanie powiedział kilka miły słów, które zapamiętałam każde jedno, słowo w słowo. Na pożegnanie dzisiejszego dnia chłopak pogłaskał mnie po głowie oraz pomachał. Wchodząc do swojego namiotu spojrzałam się na swoje zwierzaki, które zaspanymi oczyma spojrzały się na mnie. Odeszłam do nich, zdejmując wcześniej buty oraz płaszcz.
- Dlaczego uczucia są takie trudne do zrozumienia, a wyrażenie ich jeszcze trudniejsze? - położyłam się na kanapie, a Bisca i Yuki położyli się blisko mnie. Sama nie wiem kiedy zasnęłam, ale obudziłam się o poranku. Dokładnie mówiąc to obudził mnie Pik, ale nie miałam mu tego za złe.
- Witaj śpiąca księżniczko! - uśmiechnęłam się na jego widok.
- Miło mi ciebie widzieć! Poczekasz chwilkę to oporządze się oraz zrobię nam coś do picia - uśmiechnęłam się, a Pik przytakną, że się zgadza z tym co powiedziałam.
Pięć minut później ja byłam już przebrana, a woda zaczęła powoli bulgotać. Zrobiłam kilka kanapek. Wszystko co przygotowałam przyniosłam do pokoju obok, gdzie Pik siedział przy stole.
- Proszę bardzo! - uśmiechnęłam się delikatnie.
Skoro Pik przyszedł tak wcześnie to musiał mieć do mnie ważną sprawę. Zaczęłam się powoli denerwować.
- Dziękuję - odparł, a ja się spojrzałam na niego.
- Smiley powinnaś pójść na badania do szpitala, a nie wciąż leczyć się u naszych lekarzu. W szpitalu powinni ci pomóc. Jednak ja nie z tym przychodzę do ciebie... - wziął łyk gorącej cieczy, a ja spojrzałam się na niego uważniej. Na pewno nie było to nic dobrego. - Dostałem wczoraj list skierowany do ciebie. Otworzyłem go przez przypadek. Jak się okazało to list jest z twojego sierocińca. Ktoś napisał, że twój brat był po ciebie tam w poszukiwaniu ciebie - powiedział ciszej, a ja zacisnęłam swoje dłonie mocniej na kubku. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć.
- Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś - uśmiechnęłam się, nie mogłam pokazać, że się tym martwię czy przejmuje. Dla mnie rodzina były osoby w cyrku i to mi wystarczyło. Przynajmniej tak sądziłam. Zamieniłam jeszcze kilka słów z Pik'iem, a on musiał już iść sobie. Wyszłam z namiotem coś po dwunastej, popołudniu. Poszłam na spacer sama, Yuki i Bisca zostali w namiocie. Nie wiedziałam co mam myśleć o całej tej sytuacji oraz tym wszystko. Ze zamyśleń wyrwał mnie znajomy głos. Odwróciłam się za siebie a moim oczom ukazał się Vogel.
- Wybacz nie usłyszałam ciebie - uśmiechnęłam się delikatnie w jego stronę. Nie miałam zamiaru nic mówić Vogel'owi o tych badaniach a już zwłaszcza o swoim bracie.
- Nic nie szkodzi. Nad czym się tak zamyśliłaś? - spojrzał na mnie, a ja się głupio uśmiechnęłam.
- Wiesz, ja... ja się zastanawiałam nad tym kiedy będę mogła wrócić do swoich obowiązków. Szykuje słowa, aby przekonać Pik'a do tego - wymyśliłam coś na szybko. Jakoś nie potrafiłam na coś innego wpaść.

<Vogel?>

Vogel CD Smiley

Zamyśliłem się na chwile, po czym odwzajemniłem uśmiech.
- Nie mam żadnych większych planów, oprócz tego, aby w końcu iść do Pika -złapałem się za brodę, drugą ręką oplatając swój brzuch -zapewne pójdę tam rano i będę tam siedział i się tłumaczył do południa, albo i nawet dłużej -westchnąłem zrezygnowany.
Dziewczyna zaśmiała się cicho, co skutkowało moim uśmiechem. Po kilkunastu minutach wyszliśmy w końcu na tereny miasta. Będąc tu, nie czułem już takiego zagrożenia, jak było to w dzielnicy gier. Nadal jednak nie mogłem domyślić się, dlaczego tak barwne i wspaniałe miejsce zmienia się wraz z nadejściem mroku, w okropną melinę, do której lepiej nawet nie zaglądać. Przynajmniej tak mówił ten mały szkrab, Jean, który wraz z rodziną mieszka nieopodal tego miejsca. Skrzywiłem się na samą tę myśl.
Droga do cyrku była spokojna. Rozmawiałem wraz ze Smiley w najlepsze. Opowiadaliśmy sobie nasze przeżycia z dzisiejszego dnia. Wiele razy wybuchaliśmy gromkim śmiechem, co niekiedy zwracało na nas uwagę. Wciąż jednak widziałem w jej oczach coś podobnego do smutku. Nie wiedziałem, czy to dokładnie to, więc o nic się nie pytałem, lecz przez całą drogę mnie to zadręczało. W końcu dotarliśmy do terenów cyrku. Stanąłem na chwilę, rozglądając się dookoła. Mimo iż była dość późna pora, na dworze wciąż było dużo ludzi. Westchnąłem cicho, po czym spojrzałem na Smiley. Chwilę myślałem, aż w końcu rzekłem.
- Odprowadzę cię.
Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwiona, lecz szybko spojrzała przed siebie, częściowo zakrywając swoją twarz włosami.
- Nie trzeba -odpowiedziała najwyraźniej speszona, na co się uśmiechnąłem.
Zacząłem iść przed siebie, wyglądając z daleka jej namiotu. Po krótkiej chwili dobiegła do mnie.
- Naprawdę nie musisz -mruknęła, na co skinąłem głową.
Wtedy Smiley się uciszyła. Wyrównała ze mną krok, idąc w zupełnej ciszy. Nie powiem, trochę mnie ten dzień zmęczył, tak jak i pewnie ją, dlatego nie chciałem niepotrzebnie jeszcze bardziej nadwyrężać jej głosu. Podchodząc pod jej lokum, zatrzymałem się i spojrzałem się na nią. Dziewczyna postąpiła tak samo. Staliśmy tak chwilę, aż w końcu się odezwałem.
- Dziękuję za ten czas, który ze mną spędziłaś. Liczę na więcej takich oraz innych wrażeń -mówiąc to, położyłem swoją dłoń na jej włosach, mierzwiąc je trochę.
Zaczęła mnie odganiać trochę chaotycznymi ruchami rąk, na co zacząłem się śmiać. Uznając, że już się nabawiłem, ruszyłem się z miejsca, machając jej dłonią na pożegnanie. Po kilku chwilach znalazłem się pod swoim namiotem, lecz nawet mnie nie korciło, aby do niego wejść. Bardziej rozmyślałem na temat mojego spotkania z Pikiem. Spojrzałem w prawo, gdzie docelowo znajdywał się jego „zamczysko". Przełknąłem z trudem ślinę, a następnie ruszyłem w tamtym kierunku.
- Lepiej mieć to już za sobą -mruknąłem do siebie, pocierając przy tym nos.
Gdy już byłem przed jego domem, obejrzałem go od góry, do dołu i odwrotnie, głęboko zastanawiając się, czy aby na pewno będzie to dobra decyzja. Kiedy już chciałem z tego pomysłu zrezygnować, czyiś, bardzo mi znany głos, zatrzymał mnie. Ze strachem spojrzałem za siebie, gdzie ujrzałem jego postać. Lekko przygarbiony zacząłem do niego machać dłonią, uśmiechając się przy tym blado.
- Cześć Pik...! -próbowałem być jak najbardziej pozytywny.
- Witaj. Może wejdziemy? -zapytał, otwierając dla mnie przejście.
Niemrawo skinąłem głową, wchodząc do środka. Tam uderzyła mnie fala przyjemnego ciepła i specyficznego zapachu ziół. Rozejrzałem się dookoła, a gdy tylko zobaczyłem, że siada na swoim honorowym miejscu, postąpiłem tak samo, biorąc sobie za cel krzesło naprzeciw jego biurka.
- Powiesz mi, po co przyszedłeś? -zapytał, łącząc przy tym polce u dłoni.
Skinąłem głową i zacząłem się tłumaczyć, dlaczego tak długo się nie pokazywałem w cyrku, a gdy już byłem, dlaczego nic nie powiedziałem. Również wytłumaczyłem się z tego, że mimo iż nie brałem udziału w występach trupy, działałem sam w dzielnicach, tak jak to zazwyczaj robię. Nie powiem, jego wyraz twarzy przysporzył mnie o zimny pot, jednakże zrozumiał mnie. Chwilę był wściekły, jak zresztą zawsze, kiedy się spotykamy, lecz zakończył tę rozmowę tym samym tekstem.
- Mam nadzieję, że będzie to ostatni raz -rzucił mi poważne spojrzenie, a gdy tylko skinąłem twierdząco głową, uśmiechnął się promieniście.
Wstał znad biurka i podszedł do ogromnego regału z kolorowymi arkuszami, w których zapewne były zapisane sprawy finansowe cyrku, jak i każdego członka tutaj. Wziął jeden z nich, po czym wrócił do stolika. Siadając, wyjął z niego plik kartek, a następnie zaczął je uzupełniać. Były niemalże puste w porównaniu do innych w arkuszu.
- Masz zamiar patrzeć tak, jak pracuję, czy w końcu się ruszysz i pójdziesz stąd. Rozpraszasz mnie trochę -powiedział bez krzty sarkazmu, czy złości. Jedyne co mu towarzyszyło, to nuta rozbawienia.
Czym prędzej wstałem z krzesełka i ruszyłem w stronę wyjścia, lecz ten pod sam koniec jeszcze mnie zatrzymał.
- Mam nadzieję, że jutro cię gdzieś znajdę -powiedział lekko obruszony -chcę dać ci plan występów.
- Oczywiście -odrzekłem, wychodząc z namiotu.
Będąc na zewnątrz, odetchnąłem z ulgą. Z czystym sumieniem ruszyłem do swojego namiotu, tym razem nie napotykając żadnego z przedstawicieli ogromnej, cyrkowej rodziny. Będąc w swoim mieszkaniu, poszedłem pod szybki prysznic, po czym rzuciłem się na łóżko, nie wiedząc, kiedy sen zastąpił rzeczywistość.
<Smiley?>