31 sie 2018

INFORMACJA

Kochane moje małe kruszynki, dzisiaj zrobiłam krótką ankietę, więc mam nadzieję, że ją wypełnić, a ja zakończę swoje wakacje i będę mogła wziąć się od razu do pracy na blogu.

Link znajdziecie --> TUTAJ <--- wystarczy kliknąć
Ankieta również otwiera się automatycznie na blogu jeżeli wchodzicie. Dziękuję za waszą uwagę i do zobaczenia wkrótce ^-^

P.S co do tego, czy pokażę odpowiedzi to się nad tym zastanowię, więc no...

Shu⭐zo CD Ace

Jak się okazuje. Nigdzie nie można być bezpiecznym. Nawet jako mały piesek na spacerze w piękny słoneczny dzień. Shu się o tym przekonał. Jakiś nieodpowiedzialny dzieciak spadł na niego z jakiegoś tam murka! Łapka go strasznie bolała. Ace niósł go do jakiegoś weterynarza. Szczerze piesek się obawiał tej wizyty. W życiu jeszcze nie był u lekarza. Słyszał jedynie, że podobno są strasznie nie delikatni i ogółem że to wredoty. Chciał się jakoś wykręcić, ale ten iluzjonista nawet nie zwracał na niego uwagi. Po chwili już byli w mieście. Blondasek szukał jakiegoś weterynarza, a piesek co raz bardziej się stresował tą wizytą. Miał nadzieję, że Ace nic nie znajdzie. Chciał wrócić do cyrku. Jednak iluzjonista znalazł tego weterynarza. Lekarz przyjął ich od razu. Nie wyglądał na złego gościa. Może to nie będzie takie straszne? Shuzo miał wielką nadzieję, że tak będzie. Po chwili siedział już na dziwnym stoliku. Dookoła było jasno, różne dziwne obrazki wisiały na ścianach, a w kącie leżały jakieś klatki dla zwierząt. Po za tym były też różne pułki i szafki. Ace rozmawiał chwilę sam na sam z lekarzem. Pies starał się uspokoić, ale za bardzo mu to nie wychodziło. W końcu lekarz podszedł do tego stołu na którym siedział i zaczął oglądać jego łapkę.
- Nie chce żadnych zastrzyków ani lekarstw. Będzie strasznie boleć? Jeśli tak to ja nie chcę.- odezwał się Shu. Weterynarz spojrzał na psa zdziwiony.
- Wie pan jestem iluzjonistą i mogę sprawić, żeby mówił. To nic takiego. Zwykle psy nie gadają.- gdy wypowiedział ostatnie zdanie, spojrzał zirytowany na psa. Shu położył po sobie uszy. Widocznie był niezadowolony tą całą sytuacją.
- To już zwyczajnie spytać nie wolno?- doktor jakoś starał się na to nie zareagować. Ace był już widocznie wkurzony i jakimś dziwnym sposobem sprawił, że Shu nie mógł już otworzyć pyszczka. Wszystko przebiegało spokojnie. Okazało się, że piesek ma złamaną łapkę i przez jakiś tydzień. Może dwa. Nie będzie mógł za bardzo chodzić. Kostiumograf był załamany tym faktem. Nawet temu chłoptasiowi zrobiło się trochę przykro, ale pewnie głównie był niezadowolony z faktu, że jest skazany na opiekowanie się tym kundlem. Doktor zajął się tą łapka. Opatrzył ją. Wytłumaczył blondaskowi, jak ma się opiekować psem i co zrobić. Parę minut później ich wizyta u weterynarza się skończyła. Shu nie ukrywał swojego zdziwienia, gdy już chłopak wyszedł z nim na ulicę.
- Jakim cudem zrobiłeś, że nie mogłem nic powiedzieć?

<Ace?> Nie wyszło to tak super jak chciałam

Rose CD Cal

Od kiedy ten egoista powiedział, że mam się trzymać od niego z daleka, czułam się trochę rozkojarzona.
O co mu chodziło? Widząc go na stołówce przypomniało mi się wydarzenie z wczoraj. Pewnie nadal jest zły za te pieniądze. Westchnęłam i pokręciłam głową, trzymając kubek ciepłej herbaty. Jedna rzecz mnie zastanawiała. Skąd on wiedział, że boję się motyli? Nadal czułam ból w biodrze po upadku z krzesła. Popatrzyłam na niedokończone jedzenie na talerzu. Przez niego straciłam apetyt, więc oddałam tackę z brudnym naczyniem do jednej z kucharek. Wychodząc ze stołówki w głowie układałam plan dnia. W sumie nie miałam zbyt wielu rzeczy do roboty. Na skrzyniach zobaczyłam chłopaka masującego kostkę. Wahałam się, czy pójść i mu pomóc czy zostawić go z problemem. W końcu sam zaznaczył, że nie chce mieć nic ze mną do czynienia. Ale... Nie mogłam się powstrzymać. Nie zostawia się ludzi w potrzebie. Podeszłam do niego, przyglądając się się jego dłoni w rękawiczce, jak masuje obolałe miejsce. Po kilku sekundach kucnęłam obok nastolatka, podnosząc nogawkę. Nagle przypomniałam o laseczce, więc wyprzedzając poszkodowanego, chwyciłam przedmiot i delikatnie rzuciłam za plecy. Jedyne czego by mi brakowało to wielki guz na głowie. Uśmiechnęłam się, wyobrażając ten widok.
-Nie dotykaj mnie!- krzyknął chłopak, machając nogami we wszystkie strony. Zaskoczona jego reakcją, odskoczyłam do tyłu. Czemu jest taki wrażliwy na dotyk?
- Próbuję ci tylko pomóc, jak zwykłemu pracownikowi cyrku, gdybyś był moim koszmarem zostawiłabym cię tu z...- przerwałam na moment, badając nogę- skręconą i potłuczoną kostką.- dokończyłam wypowiedź, czekając, aż się trochę uspokoi. Potrzebny będzie mi bandaż, chusteczki i krem na opuchlizny. Mogę się z teleportować do swojego namiotu, aby zabrać apteczkę, lecz dziś miałam zamiar nie korzystać z mocy. Ułatwia bardzo życie, lecz jest bardzo uzależniająca. Czasami zdarzy mi się jej nadużyć.
-Masz dwie opcje do wyboru: pomogę ci się przemieścić do twojego namiotu i tam ci nałożę opatrunek albo pójdę po pielęgniarza- powiedziałam, oczekując odpowiedzi.

<Cal?>

Mefoda CD Akuma

Czułem dumę z chłopaka, który właśnie zrobił ogromny krok do przodu. Musiało go to wiele kosztować, zwłaszcza że tak naprawdę to sam zrobił ten oto krok. Przypuszczałem, że będę musiał go namawiać wręcz siłą do jakiegokolwiek kęsa. Uśmiechnąłem się szeroko, po czym wciąż się szczerząc ugryzłem swoją bagietkę. Może i to nie jest pokarm bogów, ale i tak gdy jest się głodnym, smakuje. Chciałbym, żeby pierwszy porządny posiłek Akumy był wyższego poziomu - pierogi ( rzecz jasna polskie! ), spaghetti, pizza, kebab,... Nie, no żart. Te rzeczy są po prostu pyszne, jemu na pewno też by zasmakowały. Na pewno kiedyś je jadł. No, chyba że jego problemy ciągną się nie pierwszy rok... Miałem nadzieję, że kiedykolwiek mi o nich powie. Lepiej prędzej, niż później. To sprawa osobista, jednak zaufanie chłopaka byłoby naprawdę miłą odmianą. Co prawda ostatnio zaczął się przede mną otwierać, i to nawet bardzo. Nie mam pewności, czy ktokolwiek wie o nim tyle, co ja. No, i oczywiście on sam. To naprawdę wręcz zaszczyt móc widzieć go obok siebie, gdy mówi ci o swoich problemach i zwierza się z najgorszych myśli. Chociaż to wciąż pozostawił dla siebie. Nie na długo. Mam nadzieję...
- I jak? - spytałem, gdy przełknął zawartość ust. Był bardziej blady niż zwykle, nie miałem pojęcia, co sobie w tej chwili myśli. Spojrzał na mnie niepewnie, z jakby przestrachem w oczach. Poczułem mimo wszystko ukłucie w sercu, dziwny ścisk w jego okolicach. Przecież to tylko bułka, to nie jest jakoś mega kaloryczne... Co prawda kajzerka ma około trzysta kalorii, więc ile będzie mieć takie coś? Mimo wszystko, to i tak nie jest dużo. Miałem nadzieję, że on to dostrzega i postanowi zjeść dalej.
- To skomplikowane - oznajmił, a ja nie wiedziałem, że zawsze gdy to mówił, było z nim źle. Uśmiechnąłem się więc delikatnie, patrząc prosto w jego złote oczy, teraz jakby nieco wyblakłe. Nie wiem, skąd to podejrzenie, nie widziałem go nigdy wcześniej. Czy możliwe, że jego stan zdrowia pogorszył się do tego stopnia,że nawet oczy zmatowiały, poszarzały i straciły swój odwieczny blask?
- Naprostujmy sprawę, zjedz jeszcze trochę. Teraz, za minutę, czy tam pięć. Po prostu masz wziąć gryza. Naprawdę dobrze ci idzie i możesz być pewny, że jestem z ciebie dumny. Będę jeść razem z tobą, zrób to wtedy, gdy będziesz gotów -  powiedziałem, ostatnie zdanie mówiąc z jakby... wahaniem? Tak, chyba tak. Być może świadomość, że będziemy jeść razem, w dokładnie tym samym czasie, go nieco uspokoi? Pokiwał głową na potwierdzenie, oddalając jedzenie od twarzy i opuszczając je do lewej ręki. Poczucie żalu zdominowało mnie całego widząc, jak łatwo odpuścił. Miałem chociaż lekkie nadzieje, że będzie lepiej. Liczyłem na chociaż trzy gryzy na początek, ale to chyba za wiele. Chyba jest gorzej, niż myślałem... Cóż, nie będę go przecież pośpieszał, jeszcze by się zamknął w sobie, stracił moje zaufanie. Nie będę jak typowy tyran, mam zamiar obchodzić się z nim jak z jajkiem z głupią nadzieją, że to doceni.
Doceni?
Tak, chyba również i o to bi chodzi przez ten cały czas. Chciałbym zdobyć jego sympatię, chociaż chłopak chyba mnie już trochę polubił. A co, jeśli przez cały ten czas udaje? Jeśli mnie wykorzystuje? Zacisnąłem szczęki na tę możliwość. Cóż, i tak go nie zostawię. Ważne jest dla mnie jego dobro, a nie moje samopoczucie. Jeśli chciały mnie zmieszać z błotem, zgnoić, ośmieszyć przed całym światem, kopnąć gdy będę leżał, zranić, okłamać, zdradzić, wykorzystać - bardzo proszę. Niech tylko się wyleczy z tego cholerstwa. Anoreksja? Prawdopodobnie. Często w parze z bulimią. No, może nie często. Nie znam się na tym.
Czy ja się w nim zakochałem?
< Akuma? UA, przepraszam że dopiero teraz, nie zauważyłam posta ehh >

30 sie 2018

Lennie CD Shu⭐zo

Zrobiłem tak, jak kazał, chociaż przez chwilę obserwowałem jak odchodzi, po czym wszedłem do namiotu i zdjąłem z siebie mokre ubrania. Przetarłem się ręcznikiem i nałożyłem świeży materiał, nim wrócił Shuzo. Słuchałem go i jednocześnie mu się przyglądałem. Byłem ciekaw, po co używa eyelinera; nie chodziło tylko o to, że był facetem, ale bez niego też wyglądał dobrze. Drugą rzeczą, jaka mnie ciekawiła, była jego samokrytyka na temat gadania. Lubiłem go słuchać, nie zanudzał mnie i nie przeszkadzało mi to, że jego buzia się nie zamykała.
Zareagowałem dopiero gdy wstał z krzesła. Złapałem go za rękę, spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie ładnie wychodzić w środku rozmowy – uśmiechnąłem się lekko i pociągnąłem go w swoim kierunku, by usiadł obok mnie. - Jesteś zmęczony tak samo jak ja, a widzę, że trzymasz się na nogach.
- Tak, ale…
- Ciekniesz, a wiem, że jeśli wyjdziesz, raczej nie wrócisz – zauważyłem. Wstałem i chwyciłem ręcznik, mówiąc mu, by zdjął chociaż bluzę (nie wiedziałem, jak inaczej mam nazwać jego odzienie, gdyż bardziej przypominało ono eleganckie szaty króla). Rzuciłem mu na łeb ręcznik i potarłem jego włosy, po chwili oddając mu materiał, by się nim chodź trochę wytarł.
- Dzięki. Szkoda, że mój namiot jest po drugiej stronie – stwierdził Shuzo, na co przytaknąłem.
- Wiesz, co do twoich włosów, to dla mnie to obojętne, ale zawsze byłem przeciw farbowaniu włosów z tego względu, że się niszczą.
- Czyli wolisz, żeby był czarne?
- Po pierwsze, to twoje włosy, nie moja wola. Po drugie, raczej chodzi mi o to, byś ich tak nie zmieniał. Musisz wybrać jeden kolor – stwierdziłem. - Może coś pomiędzy… brąz? Ciemny brąz? Ciemny blond? Nie znam się na kolorach, ale czarny wcale nie musi być przygnębiający – czułem, że teraz to ja się rozgadam. - Spójrz, rude osoby zazwyczaj są wredne, a ja jestem przemiłym i zabawnym gościem – uśmiechnąłem się szeroko, czarnowłosy to odwzajemnił.
- Chyba muszę to przemyśleć – stwierdził. - No, ale nie ważne. Opowiedz coś o sobie, bo cały czas to ja gadam – przez chwilę milczałem zastanawiając się, co ja takiego mam mu powiedzieć. Historię życia? Dzień narodzin?
- Uwielbiam zwierzęta, małe, duże, puszyste czy łyse. Czasem marzy mi się posiadanie takiego kotka lub pieska, niedużego, ale bardzo miękkiego, puszystego, bym mógł z nim spać.
- A co cię powstrzymuje?
- Nie czuje się odpowiedzialny, by opiekować się takim słodkim stworzeniem. Jeszcze zapomniałbym go nakarmić, albo gorzej! Zasnąłbym i ubzdurał sobie, że mi się śnił i o nim zapomnę! - na tą myśl, przeszły mnie ciarki, bo wierzyłem w to, że to jest możliwe i mógłbym to zrobić. Z drugiej strony chciałbym mieć takiego pupilka, pieska, małego, puszystego… jak Shuzo…
Na tą myśl nagle poczułem, jak poliki zaczynają płonąć, dlatego by to ukryć, położyłem głowę na poduszce, twarzą do sufitu. - A ty? Miałeś jakiegoś zwierzaka? - zapytałem nie zdając sobie sprawy, że chłopak jest psem.

<Shuzo?> Powoli się rozkręcam

Vivi DO Cal

Był to taki sam poranek jak każdy. Dalej nie miałem swojego upragnionego wolnego. O nieee... Musiałem się męczyć z tym małym szczurem. A on znowu swoje ,że się nie zemścił więc jeszcze nie jest zobowiązany mi duszę oddawać. Też coś... Dzieciak po prostu dostał cykora. Trzeba było nie robić paktów z demonami. Co do zemsty zwątpiłem ,że kiedyś ją wykona. Pokręciłem głową i podniosłem się siadając na gałęzi ,na której przed chwilą leżałem. Musiałbym go zabić a jednak kontrakt z nim zabrania mi to zrobić do czasu aż się nie zemści... Fuknąłem niezadowolony, zeskakując przy tym na ziemię. Przemieniłem się w najzwyklejszego białego kota i lekkim krokiem ruszyłem z powrotem do cyrku. Usiadłem przy namiocie chłopaka upewniając się ,że nie wyszedł i ostrożnie przecisnąłem się pod materiałem. Wskoczyłem na jakąś szafkę siadając na niej. Zajęty liczeniem monet nawet nie zauważył mojej obecności. Polizałem zmierzwione futro na barkach. Jak mogłem mu dać nauczkę za zbywanie mnie przez ten cały czas... Wymyślenie czegoś satysfakcjonującego mnie nie zajęło mi zbyt długo. Moment później zrzuciłem z siebie kocią powłokę ,a że dzięki naszej umowie miałem dostęp do jego głowy tam się znalazłem. Uśmiechnąłem się zadowolony patrząc przez oczy chłopca. Ostrożnie zmusiłem go do wyjścia z namiotu i udania się do lasu. Wyczuwałem jego zdziwienie. Jednak długo nie myślał o tej sytuacji znajdując dla siebie racjonalne wytłumaczenie. Gdy stanął przed lasem momentalnie przejąłem kontrolę. Teraz już czułem jego przerażenie w momencie gdy poczuł jak jego kości się przesuwają i zmieniają miejsca oraz położenie. Chwilę później można było słyszeć trzask łamiących się kości i chłopak upadł na ziemię. Gdy się znowu podniósł nie wyglądał już jak człowiek. Był wielkim śnieżno-białym lisem posiadającym wspaniałych 9 ogonów. Chciał krzyknąć ,ale jedyny dźwięk ,który z siebie wydał brzmiał raczej jak zawodzenie rannego zwierzęcia. Ruszyłem w przód uzyskując całkowitą kontrolę nad ciałem. Oj ciekawe jak Cal się czuł w roli pasażera ,który jedynie może bezsilnie patrzeć na to co się dzieje dookoła niego. Przyśpieszyłem kroku nieopodal wyczuwając zapach ludzi.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

"Nasza" wycieczka po lesie skończyła się dokładnie o północy. Do tego czasu zdążyłem rozprawić się z przynajmniej 5-osobami i jeszcze paroma zwierzętami leśnymi. Usiadłem koło trupa sarny nie planując się wylizywać. W końcu to nie było moje ciało. Gdy uznałem ,że mogę go tu tak zostawić na pastwę losu opuściłem jego umysł a jego ciało po chwili wróciło do normy. Jedynym mankamentem był fakt iż było one obryzgane krwią ,która też znajdowała się w ustach jak i na rękach, całe posiniaczone, pocięte iii brakowało ubrań. Usunąłem się do cienia nadal nie przyjmując żadnej fizycznej formy i obserwowałem co się teraz wydarzy. 

<Caaal?> No hej ostrzegłam cię, że ten twój pomysł był fatalny

Zawsze, kiedy wydaje ci się, że będzie dobrze...

...kompletnie się mylisz


Vogel DO Smiley

Było już późne popołudnie, a ja jak ten głupi siedziałem w namiocie tego całego Pika, który przed chwilą wyszedł, zostawiając mnie przy tym samego ze sobą. Przeciągnąłem się na fotelu, na którym nakazał mi usiąść. Chciał o czymś porozmawiać i widziałem po nim, kiedy to wpadł na mnie, gdy zmierzałem w kierunku bufetu, że był czymś mocno podekscytowany. Nie zdążyłem wtedy nawet zaprotestować, a kiedy mnie już tu przyciągnął i zaczął rozwijać swój temat, nagle przyszła jakaś kobieta, wołając go do siebie. Westchnąłem głośno, odchylając się delikatnie do tyłu, przez co czułem, jak oparcie jasnego fotela wbija się w moje łopatki, co nie było zbyt miłe. Po kolejnych minutach czekania i słuchania dziwnych dźwięków wydobywających się z mojego brzucha uniosłem głowę w poszukiwaniu czegoś, co by choć na chwilę mnie zajęło. Moją uwagę przyciągnęła malutka, lecz wypełniona po brzegi, półka na książki, która przez ich okładki wydawała się taka kolorowa. Nie zastanawiałem się zbyt długo i już po chwili stałem przy niej. Przetarłem palcami po jej brzegu, zauważając, że nie ma na niej żadnego kurzu, po czym pochyliłem się nad nią, oglądając tytuły. Nie były zbyt wyszukane, stwierdzając po tytułach, były to jakieś kryminały, opowieści przygodowe oraz tanie wątki romansów, widziałem jednak niektóre tytuły publicystyczne i już miałem za nie sięgnąć, lecz w tym momencie ktoś, wchodząc, odwiódł mnie od tego pomysłu.
- Och! Czyli jeszcze tu jesteś. Bardzo się cieszę -usłyszałem cichy śmiech na końcu jego słów, na co zwróciłem głowę w jego stronę.
- Przecież mnie tu wezwałeś, więc dlaczego miałbym stąd wyjść? -zapytałem, nie mając zbytnio pojęcia, o czym mówił.
Ten w odpowiedzi znów się zaśmiał, tym razem głośniej, podchodząc bliżej mnie. Kiedy był wystarczająco blisko, wyprostowałem się, a ten spojrzał na mnie zaciekawionym wzrokiem.
- A więc? -zacząłem. Nie to, że byłem zły na niego, że przyprowadził mnie tu, a teraz nie chce mówić. Bardziej byłem zły na to, że byłem coraz bardziej głodny -Co miałeś mi takiego do powiedzenia? -oparłem się o ciemną półkę, której jeszcze chwilę temu się przyglądałem.
- Ach tak -klasnął szybko w dłonie, jakby przypomniał sobie o czymś ważnym -Chodzi o to, że...
Już byłem ucieszony, że to spotkanie zaraz dobiegnie końca, lecz w tym momencie ponownie ktoś wszedł do środka, przerywając mu w połowie zdania. Przekręciłem oczami, odwracając przy tym głowę.
- Pik!... Och -najwidoczniej ten ktoś zauważył mnie -Bardzo przepraszam, czy przeszkadzam? -poczułem na sobie wzrok nieznajomej.
Pokręciłem głową i spojrzałem szybko na Pika, po czym oddalając się od niego, rzuciłem na odchodne.
- Widzę, że dzisiaj sobie nie pogadamy, dlatego zaczekajmy na inną okazję. Do zobaczenia! -przeszedłem obok niskiej dziewczyny, która skinęła do mnie głową. Gdy tylko wyszedłem na zewnątrz, niemalże od razu usłyszałem, jak zaczynają rozmawiać. Pokręciłem głową, głośno wzdychając. Spojrzałem przed siebie i stwierdziłem, że po tak długim czekaniu, już pewnie nie ma niczego w cyrkowym bufecie. Sięgnąłem do tylnej kieszeni, wyciągając przy tym brązowy, skórzany portfel i gdy miałem pewność, że mam przy sobie jakieś grosze, postanowiłem przejść się do miasta. Zanim jednak rozpocząłem swoją podróż, usłyszałem za sobą głos Pika. Odwróciłem się w jego stronę z pytaniem wymalowanym na twarzy. Podszedł do mnie, uśmiechając się przy tym, po czym podał mi jakąś torbę. Nie wiedząc, co w niej jest, czekałem, aż zacznie to wyjaśniać.
- Już nie bądź taki podejrzliwy, Vogel! -zaśmiał się, wciskając przy tym do mojej dłoni beżową torbę. Od niechcenia złapałem za nią -Są tam papiery opisujące sytuacje, które działy się w cyrku. Pomyślałem, że kiedy je przeczytasz, może coś ci się przypomni.
W końcu go rozumiejąc, przewiesiłem torbę przez ramię, kiwając przy tym głową w geście podziękowania. Po tym, jak w końcu pozbył się zbędnego bagażu, klepną mnie w ramię, puszczając mi przy tym oczko, a następnie zawrócił do swojego namiotu. Spojrzałem raz jeszcze w stronę swojego nowego pakunku i westchnąłem zrezygnowany. Nie czekając już ani chwili dłużej, ruszyłem w stronę miasta.
Po dwóch godzinach wyszedłem w końcu z kawiarenki, mając przy sobie woreczek z zamówioną przez siebie słodyczą. Uśmiechnąłem się do siebie i zdeterminowany ruszyłem w stronę cyrku, ciesząc się z tego, że gdy tylko przyjdę do swojego skromnego mieszkanka, będę mógł skonsumować swoje upragnione ciasto. Szybko schowałem prześwitujący worek z ciastkiem w środku do torby z papierami i ruszyłem w drogę powrotną. Przechodząc przez las, zorientowałem się, że zaczęło się już ściemniać, przez co na niebie można było zobaczyć już pierwsze gwiazdy.
Po około godzinnej wędrówce, w której to bacznie obserwowałem naturę wokół siebie, rozmyślałem nad tym, czy kiedyś też tędy przechodziłem. Nic jednak mi nie świtało, a kiedy już podszedłem do swojego skromniutkiego mieszkanka, zapomniałem o tej myśli.
Wszedłem do środka, cicho witając się z panującą tam pustką. Dlaczego tak zrobiłem? Może przyzwyczajenie? Albo jakiś impuls? Coś na pewno. Podszedłem do brązowego stolika, na którym ostrożnie postawiłem bagaż, po czym cofnąłem się do wyjścia. Miałem zamiar wziąć szybką kąpiel przed rozpoczęciem swojej pracy, którą polecił mi mężczyzna. Tak jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Wchodząc do środka łaźni, słyszałem dosyć głośne rozmowy siedzących tam mężczyzn. Przebrałem się w ręcznik i wszedłem do środka, nie zważając przy tym na spojrzenia innych zgromadzonych. Usiadłem przy brzegu z dala od nich i zamykając oczy, momentalnie odpłynąłem. Nie wiedząc, ile czasu już minęło, otworzyłem oczy i leniwie rozejrzałem się po pomieszczeniu. Szybko mogłem stwierdzić, że już nikogo ze mną nie ma, co mnie bardzo zrelaksowało. Ułożyłem się wygodniej na swoim miejscu, po czym położyłem głowę na podłodze, wzdychając przy tym radośnie. Ponownie przymknąłem oczy, rozkoszując się ciepłą wodą oraz tym, że ból stóp, którego nabyłem po przejściu takiego dystansu, zaczął odchodzić. Po jakiś kolejnych piętnastu minutach w końcu wynurzyłem się z wody i skierowałem się w stronę wyjścia. Otwierając drzwi do szatni, złapałem się za ramiona z powodu zimna, które przedzierało się przez niedomknięte drzwi. Warknąłem krótko, a następnie podszedłem do szarej szafki, w której schowałem swoje ubrania. Kiedy już je na siebie nałożyłem, wróciłem do mieszkania. Zmęczony, przewiesiłem przez uchwyt szafy swój płaszcz, od razu kierując się do stolika, na którym czekały już na mnie dokumenty. Rozpakowałem je wszystkie i patrząc na nie z daleka, konsumowałem ostatni kawałek truskawkowego ciasta. Oblizując swoje wargi i zakładając zniszczone okulary na nos, sięgnąłem za pierwszy plik.
Nie wiedziałem, ile już minęło od początku przeglądania, tylko po dźwiękach świerszczy, zorientowałem się, że był już późny wieczór, a ja siedząc przy drewnianym biurku, przepełnionego stertami papierów, które zabrałem od Pika, czytałem kolejną linijkę czarnego jak smoła tekstu na białej kartce. Przewróciłem na następną stronę, poprawiając nieco głowę na opartej na blacie ręce. Kiedy każde nowe słowo nie dawało mi nic ciekawszego do rozmysłu, zacząłem przecierać dwoma palcami swoje brwi, zamykając przy tym już i tak opadające ze zmęczenia powieki. Chwilę trwało, kiedy w końcu je otwarłem, bym mógł przenieść wzrok na stojącą przy samej krawędzi blatu, czarną lampkę. Oświetlała ona dawno już przeczytane zapiski, które mówiły o historii cyrku. Pik stwierdził, że może, kiedy przeczytam te kroniki, które są aktualizowane co jakiś czas, zacznę sobie coś, cokolwiek przypominać. Było to jednak działanie zmierzające w jedną stronę. Nic się nie poprawiało, a tylko mnie bardziej zmęczyło. Odrzuciłem od siebie plik papierków, po czym odepchnąłem się nogami, przez co fotel na kółkach przemieścił się o trochę. Rozejrzałem się po cienkich ścianach pokoju, po czym mój wzrok padł na łóżko. Niby zmęczenie dopadało mnie już od jakiegoś czasu, to teraz, gdy już bym chciał pójść się położyć, coś jakby mi na to nie pozwalało. Przeciągnąłem się więc na krześle, bujając się na nim trochę, po czym wstałem z niego, zakręcając go przy tym odrobinę. Podszedłem do wyjścia, łapiąc przy tym za ciemnoszary płaszcz wiszący na rączce od szafy, pociągnąłem drzwi i wyszedłem przez nie, łapiąc do swoich nozdrzy ciężkie i zimne powietrze późnego lata. Poprawiłem kołnierz i ruszyłem na lewo, w kierunku głównego namiotu, w którym to odbywają się przedstawienia. Chowając dłonie do głębokich kieszeni, wyłożonych w środku jakimś puszkiem, wypuściłem biały, choć ledwo widoczny obłok. Na sam jego widok, przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz. Drepcząc naprawdę leniwym krokiem w kierunku głównego budynku, ziewnąłem trzy razy, zastanawiając się przy tym, czy dokończyć czytanie tych papierów, czy jednak dać sobie z nimi spokój i po prostu oddać je jutro Pikowi. Rozmyślenie przerwało mi niewiadomego pochodzenia dźwięki. Nastawiając uszy, wiedziałem już, że odgłosy pochodzą z ogromnego namiotu, który o ile dobrze pamiętałem z obchodu, które zagwarantował mi Pik w ten sam dzień, kiedy tu dołączyłem, był przeznaczony do treningów. Zaciekawiony, zacząłem do niego podchodzić, a gdy tylko byłem już przy wejściu, gdzie słyszałem już wyraźniej, mogłem łatwo stwierdzić, że przebywała tam jakaś kobieta, która do kogoś mówiła. Rozsunąłem wiszący przede mną materiał, który imitował drzwi, i zajrzałem do środka, w którym jarzyło się blade światło. Nie mogłem jednak niczego dostrzec, dlatego miałem już przetrzeć oczy, ale wtedy zorientowałem się, że nie zdjąłem okularów. Przeklinając pod nosem, chciałem się już cofnąć, lecz usłyszałem szczekanie dochodzące z wnętrza. Podniosłem wzrok w kierunku sterty rekwizytów, a tam spostrzegłem małego psa, który bacznie mnie obserwował. Zmarszczyłem brwi, nie wiedząc za bardzo, jak mam się w tej chwili zachować. Wtedy znów usłyszałem głos kobiety, przez który ponownie spojrzałem w kierunku światła. Stała tam, patrząc na mnie dosyć podejrzliwym wzrokiem, trzymając w ręku jakąś tyczkę, zapewne potrzebnej w jej ćwiczeniach. Puściłem trzymany przeze mnie materiał i odwróciłem się przodem do niej, przez co zrobiła krok do tyłu. Staliśmy tak w bezruchu, obserwując siebie nawzajem, od dobrych kilku minut, aż w końcu coś do mnie podleciało, coś białego, co zaczęło ocierać się o moje nogi. Spojrzałem w dół, a tam dojrzałem lisa, który przechodził z nogi do nogi, a gdy tylko napotkał mój wzrok, odskoczył jak poparzony, podbiegając przy tym do dziewczyny. Chrząknąłem dosyć głośno, zakrywając przy tym usta dłonią.
- Przepraszam, chyba Ci... znaczy się wam, przeszkadzam -powiedziałem, odwracając od niej wzrok, ponownie kierując się do wyjścia - Miłej nocy -rzuciłem ozięble, mając już zamiar wyjść, lecz wtedy usłyszałem za sobą pisk.
Matko, co znowu? Czy naprawdę tak trudno dać komuś odejść, tym bardziej że ta osoba przerwała twoje zajęcia? Lekko już zdenerwowany, ponownie obejrzałem się za siebie, a wtedy to, co ujrzałem, zaskoczyło mnie mocno. Dziewczyna... trzymała się za usta obiema rękoma, trzęsąc się przy tym delikatnie, a po jej policzkach, powoli spływały pojedyncze łzy. Widząc to, rozwarłem szeroko oczy, a wtedy poczułem nieprzyjemne ukłucie nie tylko w myślach, ale również w sercu. Złapałem się za głowę, sycząc cichutko, po czym zacząłem osuwać się na nogach, gdyż zawroty głowy były bardzo nieznośne. Na szybko wyszukałem obok siebie jakiegoś pudła, na które zasiadłem i nawet na moment nie spojrzawszy na nią czy na zwierzaki, siedziałem zgarbiony, trzymając się za głowę, patrząc tępo na podłoże. Chciałem, żeby już przeszło, zawsze ból odchodził po chwili, a teraz? Nie dość, że jest o wiele większy, to jeszcze o wiele dłużej się trzyma. Co jest do cholery?! Jęknąłem cicho i przycisnąłem czoło do kolana, by choć trochę stłumić te impulsy. Na nic.
W końcu zaczęło się uspokajać. Nie wiem do końca, ile to trwało, lecz wiedziałem, że mogłem to zapisać jako nowy rekord. Przeczesałem włosy dłonią i powoli podniosłem głowę, odwracając się przy tym w stronę dziewczyny, która nadal stała w tej samej pozycji. Co jest z nią nie tak? Zmarszczyłem brwi i uniosłem delikatnie wargi, pokazując przy tym zęby.
- Czemu mnie tak obserwujesz, nic nie mówiąc? Wyglądasz, jakbyś widziała ducha -odezwałem się z wyraźnym przekąsem w głosie.
Kiedy jednak nie dostałem odpowiedzi, wypuściłem przez usta nagromadzone w płucach powietrze, chcąc po prostu z tego miejsca zniknąć. Odruchowo poprawiłem spadające już z nosa okulary, popychając do góry sklejony białą taśmą mostek. Muszę je zmienić, ale nie mam gdzie i kiedy. Kątem oka znów spojrzałem na nią, kiedy tylko usłyszałem zbliżające się do mnie kroki. Była jakieś dwa metry przede mną, pochyliła się nieznacznie, przyglądając mi się jeszcze uważniej, niż wcześniej. Kiedy trwało to już o wiele za długo, niż bym przewidywał, ponownie się odezwałem.
- Możesz już przestać tak mi się przyglądać? Trochę to dziwne i niemiłe, tym bardziej że jeszcze się nie znamy -po tych słowach, ujrzałem na jej twarzy wyraźne zakłopotanie, niezrozumienie oraz ból.
Wiedziałem, że powiedziałem coś nie tak, lecz nie mogłem odgadnąć co dokładnie, co jeszcze bardziej zakręcało moje myśli.

<Smiley?> Oto mój powrót i tak jak chciałaś, opowiadanie specjalnie dla ciebie! ^^

Vogel - powrót

 "Straszność wilka jest wprost proporcjonalna do strachliwości kapturka."

Husky CD Smiley

Widząc w jak złym stanie, zarówno fizycznym jak i pewnie psychicznym, znajduje się Smiley, postanowiłem dać jej odrobinę prywatności, by mogła w spokoju odpocząć. Nie musiałem się o nią martwić, była w dobrych rękach. Mimo wszystko jakaś część mnie kazała mi biec do jej namiotu i chociażby skulić się w jego rogu, by mieć pewność, że dziewczyna będzie bezpieczena.
Pokreciłem głową, jakby w nadziei, że w ten sposób wylecą z niej te nierozsądne pomysły. Smiley musi odpocząć. Nie powinienem jej nachodzić.
Po powrocie wziąłem szybki prysznic i przebrałem się w czyste ubrania. Przywitałem też stęsknionego za mną Amadeusza, który natychmiast wpakował się do kieszeni dresowych spodni, które miałem na sobie.
Wyszedłem z namiotu na świeże powietrze i niemal od razu wpadłem na Mischę.
- Oh -krzyknął zaskoczony omal na mnie nie wpadając- Wybacz. Pik chciał się upewnić, że wszystko z tobą w porządku.
Zmierzyłem go uważnie wzrokiem. On również zdążył się już ogarnąć, choć nie potrzebował tego tak bardzo jak my. Warunki mieszkaniowe u Lucasa były dobre. Spojrzałem mu w oczy. Wydawał się być spięty.
- Co teraz z tobą będzie? -spytałem
Ściągnął brwi. Zaskoczyło go to pytanie i jak widać nie rozmyślał wcześniej nad tą kwestią, bo zaczął się zastanawiać.
- Cóż... Luca nie odpuści. Chyba będę musiał wró...
- Co? -przerwałem- Chcesz do niego wracać? Po tym wszystkim? -nie kryłem zawodu jaki pojawił się w moim głosie.
A już zacząłem lubić Mischę.
- Nie rozumiesz -westchnął- Groził mojej siostrze, nie pamiętasz? Muszę wrócić.
- I co? Pozwolisz żeby dalej kradł i znęcał się nad ludźmi? -prychnąłem
Mischa wyraźnie poddenerwowany kopnął w pobliski kamień. Patrzyłem jak odłamek turla się po ścieżce aż w końcu zatrzymuje, dokładnie w tym samym momencie, w którym odezwał się mężczyzna.
- Pik proponował bym został w cyrku -wypalił- Mógłbym być kimś w rodzaju ochroniarza.
Poczułem jak gniew trochę ze mnie opada.
- Więc czemu chcesz wracać do tego parszywca?
- Bo to dalej nie rozwiązuje sprawy mojej siostry -burknął
Zawachałem się ale po chwili odezwałem  nadal nie do końca rozumiejąc Mischę.
- Może przecież zostać w cyrku z na...
- I co jej to da? -warknął- Luca to pojeb, on tu wróci. Wróci po Smiley, po moją siostrę, po ciebie -zrobił chwilę przerwy by wziąć kilka głębszych oddechów- Po mnie też. On tak łatwo nie odpuszcza. Upokorzyliśmy go, poczuł się przegrany.
A Luca nie znosi przegrywać.

<Smiley?>