Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lunativ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lunativ. Pokaż wszystkie posty

28 lip 2017

Odchodzi!

Lunativ 
#Powód: Decyzja właścicielki, brak pomysłu na postać

Lunativ CD Volante

Z Volante nie rozmawialiśmy do dłuższego czasu. Nadal byłem na niego zły o tą sytuację nad jeziorem. Cały cyrk już o tym wiedział. Nie mówię... nikt szczególnie się tym nie przejął, ponieważ nie takie plotki się słyszy wśród cyrkowców, ale... dałem się po prostu omotać i osłabić w oczach innych. Ponownie musiałem zapracować na szacunek – niestety siłą, za co często byłem upominany. " To nie było powiedziane w złym znaczeniu " , " Nikt nie chciał Cię urazić " , " To był żart " i wiele, wiele innych wymówek słyszałem na sytuacje, które często mnie dotykały. Może to prawda, że jestem drętwy i nie znam się na żartach, ale nie wiem, czego innego można się spodziewać po osobie ze środowiska wojskowego.
W każdym bądź razie efekt był taki, że kolejne dni spędzane w cyrku były dla mnie katorgą. Nie cieszył mnie już ten spokój od spraw wojskowych. Zacząłem wypominać sobie, że przecież miałem konia i mogłem pojechać przed siebie i dalej. Zupełnie sam. Pieniędzmi nie musiałbym się martwić. W każdym mieście i w każdej wiosce można zarobić parę groszy na nocleg i skromą strawę. Taki wojskowy kundel jak ja nie potrzebuje dużo. Coraz częściej wieczorami, kiedy większość była pogrążona w śnie, ja nie spałem i rozmyślałem o podróży w nieznane. Opuścić cyrk, by nie musieć już nigdy słyszeć upokarzających rzeczy na swój temat i by już nie widzieć Vol'a. Opuścić to miasto i wspomnienie o niej. Tylko ja i Abel. Może wyruszyłbym gdzieś na daleki wschód, tam gdzie moje korzenie? Być może tam byłoby mi lepiej. Albo odnaleźć się w Tybecie jako mnich? Często jednak rozmyślania przerywał mi sen...
Każdego kolejnego dnia zastanawiałem się coraz bardziej, co mam ze sobą robić. Wstawałem rano i... koniec pomysłów. Nie czułem żadnej motywacji do tego, aby nadal ćwiczyć, ale przecież musiałem coś robić. Czasami ćwiczyłem od niechcenia i byle jak, czasami kręciłem się po mieście bez celu. Pieszo czy konno... zupełnie bez znaczenia. Zaglądałem do ulubionej knajpy. Tam, gdzie znalazł mnie kiedyś Volante, ale już nie upijałem się do nieprzytomności. Zamawiałem jeden kufel na długie godziny rozmyślań samotnie przy stoliku w kącie – tak, jak zawsze.
Pewnego wieczoru, kiedy właśnie tak spędzałem swój wieczór, słuchając trochę śpiewu, trochę krzyków i zawodzenia i trochę szczęku naczyń, zauważyłem nietypową postać, która ową karczmę tego wieczoru odwiedziła. Prawdą jest, że to miejsce odwiedzali głównie ludzie z marginesu. Nie takiego konkretnego, ale... no, nie byli to ludzie nawet średniej klasy mieszczańskiej. Jegomość był w ciemnym płaszczu z kapturem nasuniętym na głowę. Wszedł po cichutku i w tym całym jazgocie nie było go ani słychać ani dobrze widać. Zaczął krążyć między stolikami, udając że szuka dla siebie miejsca. Obserwowałem go uważnie. Był podejrzany.
- Ech... i nawet teraz zachowuję się, jak wojskowy kundel – pomyślałem, ale zaraz przekląłem się w myślach. To nie była już moja sprawa. Wróciłem do sączenia trunku i rozmyślań. Chwilę po tym z zamyślenia wybił mnie szmer odsuwanego krzesła. Spojrzałem przed siebie i zobaczyłem dosiadającą się do mnie postać w kapturze. Od jakiegoś czasu byłem spokojniejszy niż zwykle, dlatego przyjąłem to bez mrugnięcia oka.
- Witaj, przyjacielu – zaczął i zdjął kaptur z głowy. Moim oczom ukazała się twarz mężczyzny w moim wieku. Miał lekko przyciętą brodę i gęste, krótkie włosy. Co bardziej charakterystyczne... był rudy – Wydajesz się być o wiele bardziej interesującym towarzyszem posiłku niż tamta zgraja – wskazał lekkim ruchem głowy w stronę głębi lokalu – Poza tym... siedzisz tu tak sam. Myślę, że nie przeszkadza Ci moje towarzystwo... - ostatnie zdanie zaakcentował bardziej jak pytanie.
- Nie, nie przeszkadza – odpowiedziałem, jak zwykle bardzo konkretnie.
- Wobec tego cieszę się, że nie jestem Ci przeszkodą – uśmiechnął się życzliwie i wygodniej usadowił na krześle. Nastała chwila ciszy, która wyraźnie ciążyła mężczyźnie – Przyjacielu... w zasadzie to... czemu siedzisz tutaj sam? Z tego, co widzę większość świetnie się bawi w gronie przyjaciół – stwierdził.
- No właśnie – westchnąłem ciężko – Większość. Problem w tym, że... ja się do tej większości nie zaliczam – powiedziałem smutnym tonem.
- Nie masz nikogo? - dopytał ze smutkiem rudzielec. Ja tylko pokiwałem przecząco głową.
- Nie żebym się żalił, ale... taki jest niestety stan rzeczy. Nie ma się co oszukiwać – mruknąłem biorąc kolejny, drobny łyk piwa.
- Nie wziąłem tego za użalanie się nad sobą, przyjacielu – zaśmiał się mężczyzna.
- Co Cię przywiało do tej rudery? - spytałem bardziej z poczucia utrzymywania płomienia rozmowy niż z czystej ciekawości.
- Ano, niska cena za nocleg. A ogólnie jeśli mówisz o mieście to jestem tu tylko i wyłącznie przejazdem. Nie szczególnie mnie urzekło – powiedział z grymasem – Za dużo tu dla mnie tej masonerii i szlachty – dodał.
- Wnioskuję z Twojej wypowiedzi, że podróżujesz – powiedziałem swoim normalnym tonem, czyli tym pozbawionym jakichkolwiek emocji.
- Tak – odpowiedział z radością – Nie przepadam za dużymi miastami, ale je też pasuje odwiedzić – westchnął. W tej właśnie chwili podeszła Grace i podała mojemu towarzyszowi posiłek. Powiem szczerze, że byłem zaszokowany porcją, jaką zamówił, ale... był mężczyzną o solidnej posturze, więc żołądek nie mógłby być mniejszy.
- Jak to jest? - spytałem. Rudzielec spojrzał na mnie pytającym spojrzeniem zaczynając właśnie solidną część pieczeni z kurczaka – Jak to jest być podróżnikiem?
- A co? - uśmiechnął się – Rozważasz tą opcję? - ja na to pytanie tylko pokiwałem głową – Cóż... zależy o co pytasz, bo to obszerny temat. Ogólnie moje wrażenia są dobre. Lubię swoje życie. Zawsze jest tak, że są lepsze i gorsze chwile, ale zdecydowanie więcej jest tych lepszych. Zimą jest najgorzej, choć zależy do jakiego miejsce trafisz. Podczas, gdy tu zimą pada mnóstwo deszczu i wieje zawierucha w Hiszpanii jest ciepło i przyjemnie. Idealne warunki na podróże. Ale pragnę Cię przestrzec... by podróżować musisz znać język natury. Musisz poznać kierunek bez kompasu, ocenić pogodę bez wróżbity i sprawdzać niebezpieczeństwo bez lunety. Gdy to wszystko umiesz, jesteś w raju, przyjacielu. Bo świat to istny raj, ale prawdą jest, że jest tym rajem dopóki nie zaszlamią go ludzie – westchnął między kartoflem, a skrzydełkiem z kurczaka. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać.
Towarzyszyłem podróżnikowi do końca jego posiłku. Między kęsami i łykami opowiadał mi różne historie o dalekich krajach, o których świat nawet nie słyszał. Ja tylko słuchałem i dopijałem swój trunek. Rozstaliśmy się późno, bo koło północy. Józef, tak miał na imię, pożegnał się ze mną serdecznie.
- Liczę na to, że jeszcze kiedyś się zobaczymy, przyjacielu.
- Również na to liczę – odrzekłem i opuściłem karczmę. Wróciłem do cyrku, aby się spakować. Kiedy pole namiotowe omotał sen, ja pakowałem się. Starałem się zmniejszyć swoje bagaże do możliwego minimum.
Wraz ze świtem poszedłem oznajmić Pikowi, że opuszczam cyrk. Byłem przygotowany na to, że to może być ciężka rozmowa, ale jak się okazało, myliłem się. Pik zwykle z rana nadzorował karmienie zwierząt cyrkowych. Poszedłem więc do powozów, gdzie były legowiska naszych pupili. Podszedłem do niego bez strachu. Przywitał mnie życzliwie i spokojnie. Zupełnie jak wtedy, kiedy przyjmował mnie do swojego zespołu, choć... w tamtym momencie nie byłem jeszcze pełnoprawnym członkiem.
- Muszę odejść – rzuciłem prosto z mostu z kamienną twarzą. On nadal był uśmiechnięty i spokojny.
- Nie musisz – zaprzeczył – Chcesz odejść – na te słowa posmutniałem i tylko pokiwałem twierdząco głową – Nie masz się czym martwić. To naturalne, że nie każdy odnajduje się w naszej społeczności. Tym bardziej osoba, która tyle lat przeżyła w zupełnie innym środowisku – cały czas mówił spokojnie i z życzliwością – Miło było Cię tutaj gościć – rzekł kładąc mi rękę na ramieniu – Byłbyś dla nas cennym nabytkiem, ale jeszcze cenniejsze jest dla nas Twoje szczęście – uśmiechnął się, a jego ręka osunęła się z mojego ramienia – Liczę na to, że się jeszcze kiedyś spotkamy – podał mi rękę, a ja ją uścisnąłem z wdzięcznością. Zabrałem Abla ze stajni, osiodłałem go i dosiadłem. Pik pomachał mi lekko na pożegnanie. Odpowiedziałem skinieniem głowy i ruszyłem w drogę. Nie pożegnałem się z nikim. Nawet z Volante. Myślę, że nie będzie za mną tęsknił.

18 cze 2017

Lunativ CD Volante

O niebiosa... było mi tak wstyd jak jeszcze chyba nigdy. Na zbyt wiele sobie pozwoliłem. Sam nie wiedziałem, co się ze mną dzieje i po stokroć pytałem się w myślach, co sprawia, że zaczynam zachowywać się jak jakaś panienka. Przecież nie po to cała moja praca, żeby się teraz dać zmienić w jakiegoś uroczego, nieporadnego i słabego nieudacznika.
Kiedy tylko byłem już ubrany, moja pewność siebie powróciła. A razem z nią poczucie dyshonoru i upokorzenia. Byłem wściekły. Co z tego, że coś w głębi mnie, prawdopodobnie rozsądek i logiczne myślenie, mówiło że to tylko moja wina i moja słabość. Nieważne to było w tamtym momencie. Chciałem się odegrać. Odzyskać swój honor. Poprawiłem swój kołnierz i dumnym krokiem podszedłem do przyjaciela Vola – Zitao. Nie dałem nic po sobie poznać. Stanąłem z nim twarzą w twarz. Jego mimika nie wykazywała żadnych oznak strachu czy jakiejkolwiek obawy. Nie spodziewał się odgryzienia. Nie bał się mnie. Zacisnąłem mocno zęby i przyłożyłem mu w twarz. Moja pięść odbiła się bordowym śladem na jego policzku, a siła była tak ogromna, że aż cherlak obrócił się i upadł na ziemię. Oszołomiony złapał się za bolące miejsce i spojrzał na mnie z wyrzutem, jakbym to ja był oprawcą. Uniosłem dumnie głową. Niech sobie nie myśli, że żałuję przez jego wielkie oczy, lekko załzawione.
- Lóng! - krzyknął Volante – Oszalałeś?! - podszedł do przyjaciela i przykucnął przy nim – Jak mogłeś? - powiedział przyciszonym głosem. Ja jedynie patrzyłem na ich dwójkę z wyższością. Nie miałem zamiaru niczego po sobie dać pokazać. Widać, że w cyrku mają ździebko lekkie obyczaje... i brak szacunku do siebie nawzajem. Obróciłem się na pięcie i pomaszerowałem do mojego wierzchowca pozostawionego na początku zagajnika. Koń podniósł głowę i zastrzygł uszami. Wyczuł mój nastrój i nie stawiał żadnego oporu. Wsiadłem na niego z trudem. Czułem się ogromnie ciężki. Jakby znów spadła na mnie tona obowiązków. Ale cóż... takie życie wybrałem. Pełne męskich problemów i męskiego cierpienia, z którym poradzę sobie sam.
- Lóng! Zaczekaj! Porozmawiajmy! - usłyszałem za sobą głos Volante, ale nie chciałem z nim rozmawiać ani na niego patrzeć. On nie czuł się urażony, a ja tak. Nie rozumiałem, co zrobiłem źle. Miałem prawo się zemścić, tak?! Nie myśląc, więc długo pogoniłem Abla do galopu i odjechałem nie oglądając się ani razu za siebie.
Kiedy wróciłem do cyrku słońce smażyło już nieźle. Wszyscy gdzieś się pochowali. Ja postanowiłem wykorzystać okazję i załatwić ostatnie formalności związane z moim uczestnictwem i przynależnością do trupy cyrkowej. Poszedłem więc do głównego namiotu, gdzie urzędowała prawa ręka głównego zarządcy cyrku. Przywitał mnie lekkim skinieniem głowy i uśmiechem. Odpowiedziałem samym skinieniem. Do końca dnia, a może i dłużej nie będzie mi zbytnio do śmiechu. Usiadłem przy jego biurku. Od razu wiedział w jakiej sprawie przychodzę. Omówił więc sprawę mojego mieszkania głównie. Mój namiot został już rozłożony, a moje rzeczy przeniesione. Ta informacje mnie bardzo ucieszyła. Nie mógłbym spędzić następnej nocy z Volante. Nie byłem na niego jakoś szczególnie obrażony, ale... nie, nie chciałem już zdawać się mocno na czyjąś łaskę. Załatwiłam jeszcze kilka ostatnich drobnych spraw, pożegnałem się i opuściłem namiot, zmierzając do własnego.
Mój namiot miał kolor granatowy w srebrne poziome pasy. Każdy namiot był inny, aby nie było problemu z rozróżnianiem. Wszedłem do środka i rzuciłem się na swój materac położony na ziemi. Obok były moje skromne bagaże i kilka drobiazgów, które dostałem od cyrku. Odpiąłem guzik od koszuli, żeby poluźnić uścisk. Leżałem tak chwilę i wpatrywałem się w górę. Minęła godzina... może dwie... może pięć. W każdym razie wiem, że się trochę ściemniło. Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Podniosłem się mozolnie i niechętnie, lecz czułem potrzebę zrobienia czegoś. Przebrałem się więc w czarne spodnie i białą koszulę. Postanowiłem trochę poćwiczyć na arenie. Wyszedłem spokojnie z namiotu i ruszyłem w stronę cyrku. Świerszcze zaczynały swój wieczorny koncert, mieszając się z ostatnimi aktami wykonywanymi przez ptaki. Spokój i cisza. Zapewne tylko w moim otoczeniu, ale nie obchodziło mnie to. Cieszyłem się obecną chwilą. Byłem sam. Mogłem rozluźnić spięte mięśnie. Szedłem rytmicznie, ale spokojnie. Nie spieszyło mi się. Można powiedzieć, że szedłem od niechcenia.
Za chwilkę byłem już przed wejściem, a po chwili na miękkim piasku. Ściągnąłem buty. Ziarenka wpychały się między moje palce. Czułem bardzo przyjemną miękkość. Musiałem jednak na chwilę z niej zrezygnować, by wyciągnąć z kantorka zestaw do tańca z ogniem. Chciałem sobie powtórzyć pewne triki, którymi zachwycałem publiczność mając nie więcej niż 5 lat. Wyciągnąłem więc parę łańcuszków z charakterystycznymi ciężarkami, zwane w moim środowisku poi. Ciężarki były nasączone łatwopalną oliwą, dzięki czemu przy odpaleniu, płonęły obfitym ogniem przez długi czas. Podpaliłem je jednak dopiero wtedy, kiedy znów byłem na piasku. Kiedy pierwsza zapałka zapłonęła, wpatrywałem się w nią przez chwilę. Ogień to był mój żywioł. Zrozumiałem, że... większość ludzi to woda, które może płomień ugasić, pozbawić go życia. Muszę więc bardziej na siebie uważać. Inaczej szybko zgasnę...
Odpaliłem ciężarki i znów poczułem tą dziwną siłę, która towarzyszyła mi przy każdym moim pokazie w dzieciństwie. Taka radość z tego, co się robi. Zacząłem od prostych obrotów przed sobą, nad głową, a później z dodatkowymi ruchami, obrotami i skokami. Poi wydawały się w tamtym momencie niewiarygodnie lekkie. To wszystko przez mój trening, wojsko, pracę... tak dawno tego nie robiłem, więc wtedy wydawało się łatwiejsze. Ćwiczyłem tak sobie przez chwilkę starając się ciągle przypominać nowe ruchy i triki. Zdarzało się, że płomienie przejechały tuż koło mojej skóry albo zaraz po niej, ale nie sprawiało mi to większego bólu. Od dziecka byłem do niego przyzwyczajony, więc każde bliskie spotkanie z ogniem było dla mnie jak muśnięcie. W pewnych momentach robiłem obroty o 360 stopni. Kiedy był jeden z takich momentów, zauważyłem jakąś zmianę w otoczeniu. Zatrzymałem się więc gwałtownie z myślą, że może ktoś również przyszedł na trening. Wtedy zapewne bym się ulotnił. Wolałem w tamtym momencie jeszcze nie ćwiczyć w czyjejś obecności. Nie chciałem przecież nikomu poparzyć. Moje uczucia były mieszane. Czułem rozżalenie, złość i niechęć, a jednocześnie radość i coś w rodzaju... nadziei? Sam nie wiedziałem wtedy, na co to miała być nadzieja. Patrzyłem na niego obojętnie. Staliśmy tak w ciszy i patrzyliśmy na siebie. Volante nie mierzył mnie już wzrokiem tylko wpatrywał się głęboko w moje oczy. Nie wiem w jakim celu... nie rozumiałem już niczego.

< Volante? Przepraszam za czas, ale... teraz mnóstwo się u mnie dzieje =D >

16 maj 2017

Lunativ CD Volante

Volante był moim przeciwieństwem do potęgi. Na jego twarz wiecznie widniał uśmiech, miał tendencję do figli i cieszyło go wszystko, co dla mnie nie miało zbytniego znaczenia, gdyś widziałem to codziennie. Co cudownego może być w słońcu, które świeci każdego dnia? Co wspaniałego we wodzie, która jest praktycznie wszędzie? Co pociągające w życiu, skoro i tak zaraz je stracimy? Nie wiedziałem czy te pytania kiedykolwiek przeszły przez myśl chłopaka. Zapewne nie. Wydawało mi się, że żył w jakiś innych kategoriach, które trudno było spotkać wśród mieszczan i dworzan gdzieś tam w mieście. I to... było inne, ale... tak niesamowicie cudowne. Ta różnica, to nowe spojrzenie na świat. Czułem, że... ta znajomość nie może być jednak tak bardzo bezwartościowa. Mogła mi dać naprawdę bardzo wiele...mogła mnie zmienić na lepsze. Ja... nie okazywałem tego, ale wiedziałem, że nie jestem idealny. Mało tego! Jestem straszny, wredny, czasami bezduszny i okrutny, mimo że nie i tak jestem w miarę dobrym człowiekiem. Ale to nie najdziwniejsze. Zagadką był dla mnie fakt, że Vol nadal mnie nie opuścił. Być może wtedy jeszcze się na mnie przysłowiowo " nie przejechał ".
Czarnowłosy tak cieszył się tym miejscem. Pluskał się w wodzie, jak małe dziecko. To był wspaniały widok. Tak mocno to cieszyło moje serce... sam nie wiedziałem czemu. Nie minęła chwila, kiedy namówił mnie do wspólnej zabawy. W tamtym momencie przypomniałem sobie o moich bliznach na ciele, które... no, powiedzmy sobie szczerze, nie wyglądały zbyt atrakcyjnie... a przynajmniej nie ma zbyt wielu ich zwolenników. Szpecą, mimo że często są znakiem siły i wytrzymałości. Pomimo tych wszystkich aspektów, zacząłem się rozbierać. Starannie składałem swoje ubrania i układałem w stos z dala od wody. Nadal coś w mojej głowie sprawiało, że nie czułem się zbyt komfortowo. Byłem skrępowany i zawstydzony. Starałem się odgonić te wszystkie myśli, ale nie potrafiłem. Sam nie wiem dlaczego... po prostu one nadal przeważały w mojej głowie. Ostrożnie wchodziłem do wody i liczyłem na to, że woda jakoś zmieni perspektywę i światło, zasłaniając choć odrobinkę wszystkie te pamiątki. Po chwili byłem już bliżej towarzysza, któremu nie umknęła uwadze moja największa blizna.
- Skąd to masz? - spytał chłopak, wskazując na szramę, która biegła od pośladka aż do piersi. Speszyłem się i odwróciłem na chwilę wzrok, by... no, ukryć się, nie owijajmy w bawełnę. Chciałem też ułożyć odpowiedź w głowie, by nie brzmiała, jak jakieś narzekanie czy żale.
- Po torturach. Raz mnie złapali i...chcieli wyciągnąć informacje – spojrzałem na jego twarz - W porę jednak zostałem uwolniony...tak jakoś wyszło – odpowiedziałem bez żadnych porównań homeryckich i ponownie odwróciłem głowę. Poczułem ruch w wodzie. Czarnowłosy podszedł do mnie. Poczułem jego oddech na moim karku. Podszedł jeszcze bliżej. Delikatnie położył dłoń na boku, na którym była blizna i oparł czoło na moim ramieniu. Był ode mnie wyższy. Odwróciłem głowę w jego stronę. Spojrzał na mnie oczami, które lśniły, jakby płakał. Wystraszyłem się. Przecież... nie chciałem mu sprawić bólu. Odwróciłem się do niego całym ciałem, nie lada przestraszony.
- Ej... ale to już było. To już mnie nie boli. Nawet nie pamiętam tego bólu...przeżyłem przecież i to jest ważne. Pal licho blizny... - Vol przerwał mi przyciągając mnie nagle do uścisku. Objął mnie szczelnie. Na początku byłem tym zaskoczony i zwyczajnie drętwy z tego zaskoczenia, ale po chwili się rozluźniłem i odwzajemniłem uścisk. W sumie... nie wiem dlaczego, ale czułem się wtedy zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy przytulałem moją narzeczoną. To ja ją zwykle przytulałem, a nie ona mnie. Starałem się zawsze być dla niej opoką i wsparciem. Moje problemy starałem się w miarę możliwości ukrywać. Wtedy, kiedy Volante mnie przytulił poczułem się taki... beztroski. To było cudowne. Staliśmy tak chwile, po czym poczułem jak jedna jego dłoń ląduje na moim policzku i zmusza do podniesienia na niego wzroku. Nasze spojrzenia spotkały się, jak jeszcze nigdy dotąd. Uśmiechnął się do mnie delikatnie, ale... tak uroczo i szczerze, że moje serce zaczęło bić tak szybko, jak jeszcze nigdy. Myślałem, że mi wyskoczy zaraz z klatki piersiowej. To naprawdę było aż przerażające. Przeczesał wilgotną dłonią po moich włosach kilka razy po czym zgrabnym ruchem przejechał na moją szyją. Jego twarz była coraz bliżej, a ja... nie mogłem się ruszyć i... nawet nie wiem czy chciałem. Nagle usłyszałem trzask dochodzący z zagajnika. Odsunęliśmy nasze twarze od siebie momentalnie i spojrzeliśmy w kierunku, z którego dochodził hałas.

< Volante... hehehehe [lenny] >

9 kwi 2017

Lunativ CD Volante

Przeszedłem zawał. Po prostu. Kurwa... budzę się w łóżku z mężczyzną, pół nagi... co ja mogłem sobie pomyśleć? Coś mi dosypali do jedzenia? Być może, ale...oprzytomniałem szybko i przypomniałem sobie, jak to wszystko leciało od późnego popołudnia do rana dnia następnego. Jak źle zachowałem się wobec Volante i... rozpanoszyłem się w jego łóżku. Pamiętam jedynie, że w pewnym momencie było mi o wiele cieplej niż pod samym kocem i...tyle w sumie. I tak jednak moje zachowanie uznałem na totalnie nie na miejscu. Siedziałem pół nagi na podłodze zawinięty w koc i patrzyłem, jak Volante podchodzi do sterty ubrań przy ścianie namiotu... choć nie wiem czy można to było nazwać ścianą. Jeszcze chyba nigdy nie byłem taki bezradny... nie mogłem dojść do siebie... do tego raczej nie zbyt miłego, lubiącego się drażnić Lónga.
- Twoje ubrania są tutaj – z zamyślenia wyrwał mnie łagodny głos Vola. Był zupełnie rozluźniony, jakby nic się nie stało albo... jakby zdarzenie zupełnie nie sprawiło, że zaczął o mnie myśleć w negatywny sposób – Spokojnie – uśmiechnął się szczerze – Naprawdę nic sobie o Tobie nie myślę ani nikomu nie powiem ani nic nie zaszło... nie wiem, co jeszcze mogłoby Ci wejść do głowy, ale cokolwiek by to nie było to wiedz, że nie stało się nic złego. I nie stanie – dodał z radością. Zastanawiałem się skąd on ją brał. Odetchnąłem głęboko, wstałem i ściągnąwszy z siebie koc podszedłem do wskazanego przez chłopaka miejsca. Było to krzesełko zaraz obok góry ubrań. Oczywiście jak zawsze idealnie poskładane. Sięgnąłem po swoją koszulę, zarzuciłem ją na siebie i zacząłem zapinać guziki.
- Swoją drogą... masz dobrze wyrzeźbione ciało. Widać, że nie dawali Ci wytchnienia w wojsku – przyznał zarzucając na siebie pierwszą lepszą wyłowioną koszulkę, która wtedy wydawała się na nim wisieć nie wciśnięta w spodnie.
- Tak – przyznałem – Bywało ciężko – dodałem po czym zrozumiałem, że wypowiedź ta była po części komplementem, a za komplement wypada podziękować – Dziękuję – dopowiedziałem już nieco ciszej. Nagle poczułem, że atmosfera nieco się rozluźniła... tak po prostu to poczułem.
- Nie chciałbyś się może odświeżyć? - zaproponował.
- O tej porze sporo ludzi jest w łaźni. Na dodatek obawiam się, że jest tam wielu ludzi, których znam. Na razie wolałbym się zupełnie odciąć od przeszłości... w miarę możliwości, oczywiście – dodałem. Volante zaśmiał się.
- Nie mówiłem o łaźni – oznajmił – Kilka minut stąd jest jezioro. Bardzo przyjemne miejsce. Trupa cyrkowa częściej korzysta z jego uroków – wyjaśnił. Ta propozycja nie wydała mi się podejrzana... tym bardziej, że obdarzyłem chłopaka zaufaniem. Jego oczy mówiły wszystko. Sam miałem również takie przeczucie, że w jego towarzystwie nic złego mi nie grozi. Czułem po prostu wiejącą od niego gwarancję bezpieczeństwa.
- Możemy się tam wybrać. Nie mam nic przeciwko – odpowiedziałem zakładając spodnie i zapinając pasek.
- Cudownie! - uśmiechnął się, cały w skowronkach. Ubraliśmy się i wyszliśmy z namiotu. Słońce od razu poraziło mnie w oczy. Świeciło bardzo jasno, co mogło oznaczać zapowiedź pogodnego i ciepłego dnia.
- Zapowiada się piękna pogoda – powiedział ciemnowłosy nastawiając twarz do słońca.
- Nie miałbyś nic przeciwko, żebyśmy wcześniej zajrzeli do Abla? Muszę się nim zająć z rana... i może pojechalibyśmy konno? Macie chyba więcej koni, prawda? - chłopak troszkę się zmieszał.
- Tak, oczywiście. Twój wierzchowiec wymaga porannej opieki, ale co to jazdy konnej... nie jestem w tym szczególnie dobry... nadal się uczę i mam obawy – przyznał z lekkim zakłopotaniem.
- Myślę, że możemy jechać wspólnie na Ablu – zaproponowałem - To bardzo silny koń... no i raczej nie ma nic przeciwko Tobie, więc myślę, że nie będzie miał nic przeciwko.
- No, dobrze. Jeśli tak mówisz, to musisz mieć rację. Jeździec sam zna swojego konia najlepiej – uśmiechnął się lekko – To co? Ruszamy do stajni, nie?
- Dokładnie – przyznałem i wspólnie ruszyliśmy w stronę mieszkania cyrkowych koni, w tym mojego kochanego Abelka.
O tej porze stajenni już zajmowali się cyrkowymi końmi. Dwóch udało mi się zauważyć przy czyszczeniu i jednego przy karmieniu. Mój wierzchowiec swoje miejsce znalazł na skraju, sąsiadując z jedną z klaczy. Było to dobre miejsce i przyjazna sąsiadka, więc mój czworonożny przyjaciel był bardzo zadowolony ze swojego nowego lokum. Co prawda stajnia była ciasna, bo była przecież dużym stalowym wozem na kółkach, ale było bardzo znośnie... tak myślę. Przywitałem mojego wierzchowca lekkim ruchem głowy, na co on odpowiedział tym samym. Otworzyłem boks, podszedłem do niego i pogłaskałem go po szyi. Spojrzałem na towarzysza i wskazałem na konia. Ciemnowłosy podszedł do zwierzęcia spokojnym krokiem.
- Hej, wielki – powiedział przyciszonym tonem i położył dłoń na chrapach Abla. Ten zaakceptował dotyk i już bez żadnych oporów pozwalał się głaskać i klepać. Ja w tym czasie, kiedy Vol dotrzymywał towarzystwa Ablowi, poszedłem po paszę, wodę i szczotkę. Nasypałem paszy, nalałem wody i zabrałem się za szczotkowanie. Trwała pomiędzy nami cisza, ale to nie była jakaś nie dająca spokoju cisza. To raczej był stan wyciszenia. Przynajmniej ja mogłem sobie poukładać w głowie pewne sprawy. Nadal coś nie dawało mi spokoju i nadal czułem się z pewnym faktem źle, ale co się stało, to się nie odstanie i nie miałem na to wpływu.
Sięgnąłem po uzdę i siodło. Kiedy Abel był już gotowy wyprowadziłem go z wozu robiącego za stajnię. Stwierdziłem też, że taka poranna przejażdżka dobrze mu zrobi. Volante również opuścił pomieszczenie. Wskoczyłem na grzbiet wierzchowca jako pierwszy i pozwoliłem, aby chłopak wskoczył na miejsce za mną.
- Prowadź – powiedziałem – Wskazuj mi, jak mam jechać.

< Volante? >

19 mar 2017

Lunativ CD Volante

Dokładnie zmierzyłem chłopaka od stóp do głów, a mówiąc bardziej po prawdzie to od krocza do głów. Spodziewałem się po nim czegoś innego... mówiąc szczerze. Nie wiem... oczekiwałem chyba większej pewności siebie choć... mój widok mógł go onieśmielać. Za mundurem panny sznurem w końcu, ale... ech, moja " skromność " zawsze była godna podziwu.
Mój wzrok przykuł szczególnie ten prawie niezauważalny namiocik w w dość luźnych spodniach mojego towarzysza. Cóż... nie śmiałem się na ten temat odezwać, bo sam jestem przecież facetem. Pokazałbym jedynie jaki jestem cholernie bezczelny i uszczypliwy. Poza tym... ten widok wcale nie był taki szkaradny. Wręcz przeciwnie. Sprawił, że we wnętrzu moja dusza krzyczała... czy z komiczności owej sytuacji czy ze słodkiego widoku mojego towarzysza... nie wiem sam. Niestety... zamyślenie sprawiło, że gapiłem się za długo tam, gdzie nie powinienem przez co chłopak zawstydził się i próbował na wszelakie sposoby wybrnąć z tej jakże niezręcznej sytuacji.
- Uh... - westchnął - ... to w końcu dołączasz do nas, czy nie? - spytał. Wydawało mi się, że w jego głosie wystąpiła lekka nutka niecierpliwości. Intrygowało mnie, czemuż tak bardzo zależy mu na tym, abym dołączył do trupy. Jak to mawiają ludzie... nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Może naprawdę zamiast narzeczonej, która jak się okazało, była mi nie wierna, zyskam przyjaciół, a może nawet i cenniejszą rodzinę od tej, którą sam mógłbym stworzyć z ukochaną.
Odwróciłem się plecami do chłopaka zamyślony. Panowała chwila ciszy.
- Sam nie wiem... zobaczymy czy komendant przyjmie moje odwołanie ze stanowiska – powiedziałem poważnym i może nieco zmartwionym tonem – Możliwe, że się nie uda. Szanse są równe w miarę – odwróciłem się twarzą do niego – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to nie omieszkam się poinformować Cię, że z wami zostaję – na te słowa Volante rozpromienił się. Jego twarz zyskała dawną ciepłą barwę, a z oczu zniknęły iskry zakłopotania – Jeśli jednak nie, będę musiał zostać i najwyżej odwoływać się kilka razy albo starać się o zwolnienie dyscyplinarne. Jednak zanim zostanie podjęta decyzja was tu może już nie być – ta opcja nieco zmartwiła chłopaka, ale był raczej typem optymisty, dla którego szklanka była zawsze w połowie pełna.
- Trzymam kciuki, żeby spełniła się ta pierwsza opcja – uśmiechnął się pokrzepiająco.
-" Ja też mam taką nadzieję..." - powiedziałem do siebie w myślach.
- A czy... - zaczął - ... dzisiaj musisz się zajmować tą papierkową robotą związaną z odwołaniem? - zapytał.
- Nie, na najbliższe dni to koniec jeśli chodzi o dokumenty. Pozostaje tylko czekać – odparłem – A co? Macie jakieś plany na dzisiaj? - zapytałem z ciekawością.
- Właściwie to tak. Co jakiś czas spotykamy się wszyscy wspólnie na czymś w rodzaju... kolacji? Nie wiem, jak Ci to wyjaśnić... - urwał - ... po prostu to ma służyć zaciśnięciu więzi. Każdy przychodzi i jest tyle, ile może. Tam jemy, rozmawiamy i bawimy się wspólnie. Pik powiedział, że jesteś bardzo mile widziany... nawet jeśli nie uda Ci się do nas dołączyć.
- Ahh... rozumiem. Coś w rodzaju biesiady? - dopytałem, na co ciemnowłosy pokiwał energicznie głową – Chętnie przyjdę – odparłem z lekkim uśmiechem na ustach – Kiedy się wszystko zaczyna?
- Chyba... jakoś teraz – zaśmiał się zakłopotany Volante. Zaskoczył mnie.
- O... to musimy się spieszyć. Dobrze, że wcześniej zająłem się Ablem – powiedziałem bardziej do siebie, niż do chłopaka.
- To jak? Idziemy razem? - zaproponował. Zgodziłem się od razu.
Po drodze Volante opowiedział mi o nowych osobach, które ostatnio dołączyły do cyrku. Byłem zadziwiony, jak ktoś daje radę zarządzać tym wszystkim tak dobrze. Dba, aby każdy miał ubranie, jedzenie, dach nad głową i był szczęśliwy. Ten główny zarządca cyrku, którego nazywają chyba Papą musiał mieć naprawdę niezły dryg do organizacji, ale robił kawał dobrej roboty. Takich ludzi, jak ten człowiek jest na świecie niestety coraz mniej. I to mnie w tym świecie dobija najbardziej.
Kiedy już zbliżaliśmy się do miejsca spotkania, dało się słyszeć wrzawę. Setki głosów mieszało się ze sobą wraz z muzyką, śpiewem, odgłosami z kuchni no i oczywiście z cudownymi zapachami. Miejscem spotkania okazała się ogromna polana za cyrkiem. Rozpalonych było na niej kilka ognisk, a wokół nich siedzieli ludzie w grupkach. Jedni na pniakach z powalonych drzew, a inni na kocach. Między tymi ogniskami krzątały się osoby niosące do swojej grupy jedzenie ugotowane w powozie na kółkach, który był kuchnią.
- Nie masz nic przeciwko towarzystwu moich najbliższych kolegów? - spytał.
- Nie, absolutnie nie – zaprzeczyłem – Ciebie jedynego dobrze znam... jakoś nie czuję się jeszcze na siłach, aby dosiadać się do ogniska innej grupy niż tej, w której jesteś ty.
- Czemu? - zdziwił się – Jesteśmy, jak rodzina. Nikt nie odgoniłby Cię od swojego ogniska. Tutaj tak nie ma – zapewnił.
- Rozumiem, ale... jestem specyficzną osobowością. Nie chcę już na wstępie zrażać do siebie ludzi. Poza tym... nie wiem, czy tak naprawdę będę należał do waszej rodziny, więc... nie chcę komuś robić jakiejś złudnej nadziei i rzucać słowa na wiatr – oznajmiłem, na co chłopak pokiwał głową ze spojrzeniem mówiącym " rozumiem ". Bez zwłoki udaliśmy się do ogniska, gdzie czekali na chłopaka jego najbliżsi koledzy, z którymi często trenował. Na nasz widok rozpromienili się. Zdziwiłem się, kiedy każdy z mężczyzn wstał i witał się ze mną. Imię i uścisk dłoni. Mond, Orchis, Kolf, Gaspar i Zitao, Każdy z nich innej narodowości, każdy z odmienną historią i odmiennym charakterem. Łączyła ich szóstkę miłość do akrobacji na wysokości. Zostałem przez nich ciepło przywitany, więc i ja postanowiłem to ciepło w moim zachowaniu, jak najbardziej ukazać.
Kiedy usadowiliśmy się przy ciepłym ogniu, Gaspar zaproponował, że przejdzie się po coś do jedzenia i picia. Razem z nim poszedł również Kolf, by mu pomóc. W końcu... przy ognisku była nas aż siódemka. Oczywiście to ja stałem się głównym obiektem zainteresowania, bo byłem nowy... tak jakby. Kim jestem? Skąd przybywam? Dlaczego chcę być w trupie? Tych pytań było mnóstwo... i szczerze powiedziawszy nie na wszystkie chciałem odpowiadać, lecz starałem się używać wymijających odpowiedzi, które były najzupełniej wystarczające dla moich towarzyszy. Oni sami przy okazji również opowiadali o sobie, żeby było sprawiedliwie. Mond był z pochodzenia Niemcem. Miał jasny odcień skóry, który na myśl przywodził mleczny krem do ciasta, zaś oczy nienaturalnie turkusowe. Na głowie swoje miejsce zajmowały czarne, rozczapirzone na wszystkie strony kosmyki żyjące własnym życiem. Bił od niego spokój, harmonia i cichość... nie wiem, jak mógłbym to określić. Zdecydowanie należał do tych delikatniejszych i wrażliwszych mężczyzn. Zawitał do cyrku objazdowego wraz z dniem, kiedy został wyrzucony z sierocińca po uzyskaniu pełnoletności. Jego również życie nie oszczędziło. Mogę sobie jedynie wyobrazić jakie męki musiał przeżywać w tym sierocińcu. No i... sam fakt, że nigdy w życiu nie widział swoich rodziców ani nie miał żadnych bliskich sprawiło, że nabrałem do niego podziwu. Przerzucił tą zbieraną w sobie miłość na cyrk. I to była naprawdę bardzo mądra postawa.
Orchis był zdecydowanie typem myśliciela i filozofa pochodzącego z Francji. Jego popielate włosy spięte w krótką kitkę, ciemny zarost i okrągłe binokle od razu przywoływały na myśl starożytnych myślicieli. Tym bardziej, że lubił tą charakterystyczną pozę przeznaczoną dla osób szczególnie rozpatrujących sens ludzkiej egzystencji. Jak już wspomniałem pochodził z Francji, ale do cyrku dołączył będąc w delegacji w Belgii. Mimo, że posiadał pracę dobrze płatną, to jednak nie był szczęśliwy. W końcu... takie już życie filozofa. Zawsze poddaje coś wewnętrznej dyskusji, więc i ten aspekt swojego życie poddał do rozpatrzenia i zadecydował rzucić to wszystko w cholerę i zająć się czymś bardziej ekscytującym. Tym bardziej, że nie tracił poznawania świata.
Kolf, czyli typowy Duńczyk, był młodym kapryśnym osobnikiem o zadziornym nosie i ogromnym uzależnieniu od wynalazku typu kawa. Również mógł się pochwalić szopą na głowie, jednak zarówno jego cera jak i oczy miały ciemniejsze barwy, co było dosyć dziwne. Jako Duńczyk powinien być bledszy, ale... on tłumaczył to genami. Że po ojcu Hiszpanie dostał ciemniejszą nieco skórę czy coś w ten deseń. Fakt jest jeden... kaprysy to on miał jak kobieta w ciąży. Jednak trzeba było przyznać, że absolutnie to do niego pasowało i nadawało mu oryginalnego charakteru.
Gaspar swe korzenie posiadał w Rosji, więc i jego uroda przywodziła na myśl ludność zamieszkującą te tereny. Włosy w kolorze mysiego blondu, oczy zielone, jak młoda trawa wiosną no i ten charakterystyczny nos i rysy twarzy. Był spośród nas najbardziej barczysty, jednak nie wywoływał u innych poczucia strachu. Wydawał mi się szczerym i raczej prostolinijnym gościem, co absolutnie nie było jego ujmą. Był po prostu w porządku gościem.
No i Zitao, czyli ten nie przeciętny Azjata. Wesołek, jakich mało. Powiedzmy sobie szczerze... dopóki on siedział przy naszym ognisku, to było nas słychać na dosyć sporą odległość. Opowiadał kawały i różne śmieszne historie, jedna po drugiej. Miałem wrażenie, że niektóre wymyślał, ale to jak najbardziej uważałem za atut. Wymyślanie na poczekaniu śmiesznych sytuacji to naprawdę nie mały talent. Hebanowe włosy i błyskające iskierkami oczy sprawiały, że od razu kojarzony był z osobą, z którą nie ma ciszy ani przy stole, ani przy pracy ani nawet na stypie. Chwalił się, że chce wprowadzić coś nowego do repertuary cyrku. Tak, chodziło mu właśnie o te śmieszne historie. Cóż... być może kiedyś będzie tu zupełnie odmienny rodzaj rozrywki.
To co mogłem to im o sobie opowiedziałem. Wymijałem temat narzeczonej. Powiedziałem im, że praca mnie dobiła i musiałem coś zmienić, bo bym się psychicznie wykończył. Oni w taką wersję uwierzyli na moje szczęście, więc najgorsze miałem za sobą. Poza tym... nie posiadałem żadnych ogromnych i strasznych tajemnic, więc nie bałem się odpowiadać na ich pytania dotyczące mojej młodości czy pobytu w wojsku.
Wieczór upłynął nam naprawdę bardzo sympatycznie. Nawet ja musiałem to przyznać, że przypomniały mi się czasy naszych wyjść w wojsku na przepustkę. Jednak tam zawsze alkohol uderzał ludziom do głowy. Na biesiadzie nie było alkoholu, a i tak zabawa była przednia. Kiedy zrobiło się już bardzo późno, przyjaciele czarnowłosego zaczęli się powoli zbierać. Jeden po drugim. Plac również zaczął pustoszeć. Pojedyncze osoby zostawały jeszcze przy ogniskach. No i tych osób zadaniem było później zgaszenie płomieni. Volante chciał, abym jeszcze z nim został. Tak po prostu. Nie miałem nic przeciwko, więc zostałem. Chwilę trwała cisza. Nie była ona jakaś taka niezręczna, ale... taka wyczekująca.
- Nie powiedziałeś całej prawdy – oznajmił. To zdanie zszokowało mnie, ale starałem się nie dawać tego po sobie poznać.
- Czemu tak uważasz? - spytałem spokojnym tonem.
- Czuję to – odpowiedział tym swoim rozmażonym tonem i spojrzał w górę. Na gwiazdy – Jeśli będziesz to trzymał w sobie też zwariujesz. Ja po prostu... po prostu czuję, że ktoś bardzo Cię skrzywdził.
- Masz rację – przyznałem. Co miałem mu odrzec? Nadal miałem się trzymać tego kłamstwa? - Jedynym miejscem, gdzie mogłem w pełni odpocząć było moje mieszkanie, gdzie czekała na mnie kochająca narzeczona. Pewnego wieczoru, kiedy wróciłem do domu zastałem ją w naszym łóżku z listonoszem. Jęczała i wiła się pod nim, jak jeszcze pode mną nigdy. Mówiła, że mnie kocha najbardziej i że to ze mną jest jej najlepiej. Nie była typową cukrową mademoiselle. Wypudrowaną, z peruką i pustym wnętrzem. Kochała książki, jazdę konną i gotowanie. Była dobrą córką, dokładną panią domu i kochającą narzeczoną... i nagle puff... puściła się z listonoszem – zadarłem szyję w górę, by zobaczyć czarny jedwab wyszyty w srebrne i złote punkty. Wspomnienia w jednej chwili odżyły, a myśli w głowie zaczęły dudnić. Wcale nie poczułem się o wiele lepiej, ale cóż... takie wyznania nigdy nie są łatwe.

< Volante? Przepraszam, że tak długo ;-; Starałam się bardzo napisać coś fajniutkiego :* >

22 lut 2017

Lunativ CD Volante

Kiedy Volante zaczął wspinać się po drabince na platformę osadzoną bardzo wysoko nad ziemią, Lóng Mó zdrętwiał. Nie przepadał za wysokością. Zawsze kręciło mu się od niej w głowie. Jednak to jeszcze nic. Kiedy chłopak z łatwością zsunął się z platformy i zaczął bujać się się na trapezie, a potem zaczął wykonywać różne figury na nim, Lóng Mó momentalnie stawał się sztywny, jak posąg. Nie wyobrażał sobie siebie na miejscu Volante. Przecież... to co robił młodszy chłopak było wręcz nieludzkie. Wyginał się na trapezie, jak guma i zachowywał się jakby w ogóle nie przejmował się wysokością. Widać było nawet amatorskim okiem, że nie uczył się tego przez krótki czas. To wymagało lat praktyki. Co prawda, Lóng Mó również był dobrze wytrenowany, ale przez tą swoją w większości siedzącą pracę, z pewnością jego umiejętności nieco spadły.
Kiedy wyższy chłopak w końcu powrócił na platformę, Chińczyk nabrał powietrza w płuca. Zrozumiał, że przestał oddychać wtedy, kiedy jego towarzysz robił mu pokaz na trapezie. Zaraz się otrząsnął i próbował pokazać, że nie zrobiło to na nim AŻ tak wielkiego wrażenia, jakie w rzeczywistości zrobiło.
- I jak się podobało? - spytał chłopak schodząc z drabiny. Wydawał się być bardzo dumny z tego, co właśnie przedstawił pułkownikowi. Mężczyzna nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie chciał pokazywać swoich emocji, ale też nie chciał robić przykrości chłopakowi.
- Ja bym tak w życiu nie zrobił – spojrzał na jeszcze chwiejący się samoistnie trapez. Wyczuł, że chłopak nie jest jakoś mega usatysfakcjonowany odpowiedzią – Dobra robota – dodał pułkownik i spojrzał na swojego towarzysza. Ten na te słowa rozpromienił się.
- A, dziękuję. A ty? Co będziesz u nas robił? - spytał z ciekawością zielonooki – Słyszałem coś o jakimś magicznym dymie, ale... nie zawsze wierzę plotkom. Wolę dowiedzieć się u źródła – Lunativ zastanowił się chwilkę po czym sięgnął do pochwy swojego miecza i zatrzymał na niej dłoń.
- Z pewnością nie raz spotkałeś się z pojęciem czegoś takiego jak fajerwerki lub sztuczne ognie, które są główną atrakcją w Chinach w czasie Nowego Roku – zaczął – Zwykle robią wrażenia bez żadnego specjalnego repertuaru, ale jeśli uważnie się wszystko zaplanuje można stworzyć wspaniałe widowisko. Jednak ogólnie proch jest wielkim wynalazkiem i pozwala na prawdziwe cuda – powiedział z nutką tajemniczości. Powoli wysunął swój legendarny miecz z pochwy. Zaraz oplótł go ciemny dym. Wydawało się, że miecz płonie. Po chwili przebywanie poza swoim miejscem spoczynku spowodowało kolejną zmianę w wyglądzie miecza. Jego środek wypełnił się czerwonym płynem przypominającym rtęć. Czarnowłosy obrócił jego rękojeść kilka razy w dłoni – Jednym słowem będę się zajmował dosyć niebezpieczną dziedziną związaną z prochem i ogniem.
- A-ale... jak to? - spytał łamiącym się głosem. Lóng Mó zdziwił się na tą zmianę i spojrzał na chłopaka – T-to... zbyt niebezpieczne, nie sądzisz? Wiesz... myślę, że możesz nauczyć się czegoś bardziej bezpiecznego. No nie wiem... akrobacji na koniu. To idealny pomysł! Masz nawet własnego konia...
- Czy ty próbujesz znaleźć mi inne zajęcie, bo martwisz się o to, bym nie zginął? - spytał prosto z mostu.

< Volante? Przepraszam, ale moja wena umarła za bardzo ;-; >

11 lut 2017

Lunativ CD Volante

Lóng Mò wysłuchał chłopaka do końca. Nie miał w zwyczaju ignorować kogokolwiek i odwracać się do niego plecami, kiedy mówi. Chłopak, którego spotkał dzień wcześniej podczas spontanicznego patrolu mówił sensownie. Co więcej, mówił z głębi serca, jakby... zależało mu na Chińczyku, co było oczywiście dosyć nietypowe. Ludzie z natury nie przejmują się ludźmi, których nawet nie znają. Szmaragdowooki należał jednak do tej nielicznej grupy ludzi, którzy żyli miłością do wszystkich i wszystkiego. Chińczyk jednak po zdarzeniach minionych dni zdecydowanie nie podzielał tej miłości do kogokolwiek i czegokolwiek... no, może z wyjątkiem jego konia, który należał w tamtej chwili do jednoosobowej grupy sprzymierzeńców. Poza tym... w głowie kłębiły mu się same pesymistyczne myśli i nie zamierzał ich szybko zmieniać. Był tym wszystkim totalnie zmęczony. Nie namyślając się więc dłużej odwrócił się w swoją stronę i bez słowa odszedł. Nie odwrócił się ani razu za siebie.

Pogoda była w miarę znośna jak na tą kapryśną Anglię. Świeciło słońce i wiał chłodny wietrzyk. Czarnowłosy zmierzał chodnikiem w stronę swojego mieszkania, ale tylko i wyłącznie po to, żeby się spakować. Kiedy się więc znalazł przed kamienicą, wszedł do niej pospieszne, wbiegł po skrzypiących drewnianych schodach, aż stanął przed drzwiami wydzielonej dla jego rodziny części mieszkalnej. Chwilę walczył sam ze sobą. Nie miał najmniejszej ochoty tam wchodzić. Bał się swojej reakcji, a raczej reakcji jego drugiej strony, która już dawała o sobie znać we śnie. Wiedział, że czyha gdzieś z tyłu jego głowy, by wyjść i zaatakować w najmniej odpowiednim momencie i po raz kolejny zniszczyć Chińczykowi życie. Nie mógł jednak długo tak stać i czekać.
- Im szybciej to zrobię, tym szybciej stąd ucieknę – pomyślał, wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył drzwi. Nie miał zamiaru się rozglądać po domu. Niczym strzała przeszedł do pokoju, gdzie znajdowało się jego biuro. Wyciągnął wszystkie swoje torby, które mogły mu posłużyć zamiast walizki. Nie mógł przecież Abla obciążać jeszcze wagą potężnego żelaznego kufra, którego nazwa tylko nawiązywała do walizki. Książki, dokumenty, ubrania i drogocenne przedmioty migiem zostały zapakowane i zabezpieczone. Wydawało się, że nikt nie przeszkodzi mężczyźnie, ponieważ nikogo nie było w domu. W pewnym momencie otwarły się drzwi. Lóng Mò zamarł, ale tylko na chwilę. Zaraz powrócił do czynności pakowania się. Nie dane mu było jednak w spokoju opuścić domu. Osobą, która zaszczyciła swój dom była jego narzeczona, która słysząc hałasy dochodzące z pokoju narzeczonego, weszła tam od razu. Zamarła. Z jej oczu zaczęły lać się łzy. Upadła na kolana we wrzasku rozpaczy. Czarnowłosy się jednak tym nie przejął ani trochę. Podszedł do szafy, by przebrać swoją wojskową marynarkę. Zamienił ją na cywilną, zarzucił na plecy pelerynę oraz ciepłą chustę pod szyję. Marynarkę włożył do ostatniej torby i skończywszy się pakować zmierzył do wyjścia. Kobieta złapała go za nogę nie chcąc wypuścić. Bełkotała coś niezrozumiale w chaosie swojego szlochu. Chińczyk bez zastanowienia wyciągnął z pochwy miecz i przystawił kobiecie pod szyję. Zdrętwiała cała, ale w strachu puściła ciało mężczyzny, a ten szybko uciekł z kamienicy. Udał się szybko do stajni. Osiodłał Abla, który nie wydawał się zdziwiony zachowaniem właściciela. Przypiął torby do siodła tak, aby ich waga się równoważyła i czym prędzej wyszedł wraz z wierzchowcem z budynku. Szybko wskoczył na siodło i pogonił Abla do galopu.
Pojechał w stronę karczmy, w której był poprzedniej nocy. Nie miał raczej zamiaru znowu pić do nieprzytomności. Nie dość, że dopadł go kac to jeszcze był głodny, jak wilk. Zatrzymał się więc przed budynkiem i oddał konia jednemu z synów właściciela. Do nich miał zaufanie. Rodzina karczmarza była bardzo uczciwa i nigdy jeszcze Lóng Mò nie zawiódł się na nich. Wszedł do środka i znów to samo uczucie i ten sam klimat, jednak było mniej pijaków niż wieczorem. Usiadł przy tym samym stoliku, co poprzedniego dnia. Podszedł do niego najstarszy syn karczmarza z pytaniem, co ma mu przynieść. Widać było, że po bójce z dnia poprzedniego bał się nieco pułkownika. Ten jednak nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Poprosił o ciepły posiłek i spytał o nocleg.
- Przykro mi, ale... już wszystko jest dzisiaj zajęte – powiedział ze smutkiem chłopak – Przyjechali wojskowi z Francji. Trzeba im było załatwić nocleg na noc przed przyjęciem do koszar – wytłumaczył. Chińczyk zmartwił się, ale nie dał tego po sobie poznać. Podziękował i zapłacił z góry. Czekał myśląc nad zdarzeniami minionych dni i nad tym, co powinien uczynić.Wtem do pomieszczenia wszedł człowiek o znajomej twarzy. Widać, że nie miał zamiaru dać za wygraną. Lóng Mò westchnął ciężko pod nosem i siadł tak, aby nie było widać jego twarzy. Nie miał ochoty na rozmowę z kimkolwiek, jednak chłopak, który towarzyszył mu w namiocie okazał się nie w ciemię bity i szybko zawitał przy jego stole.
- Tak myślałem, że mnie nie posłuchasz – uśmiechnął się zadziornie młodzik o szmaragdowych oczach.
- Jestem panem swojego losu i nikogo się nie słucham – mruknął kąśliwie czarnowłosy – A szczególnie osób, które o życiu wiedzą tyle co nic – dodał.
- Ależ oczywiście - przyznał cyrkowiec i przysiadł się .
- Ktoś Ci pozwolił tu siadać? - spytał wrednie Lóng Mò.
- Jestem panem swojego losu i nikogo się nie słucham – przedrzeźnił młody chłopak, na co pułkownik tylko westchnął. Nie chciał się kłócić ani użerać z cyrkowcem.
- Śledzisz mnie? - spytał zażenowany.
- Kazali mi Ciebie poszukać – odparł – I oto jestem.
- Świetnie – mruknął ironicznie wojskowy pies.
- Wiesz już, gdzie chcesz ruszyć? - spytał życzliwie zielonooki.
- Nie wiem – odburknął.
- Wiesz... musisz mieć jakiś talent skoro ludzie nadzorujący cyrk się Tobą zainteresowali. Niewykorzystane okazje się mszczą – oznajmił.
- I to przyszedłeś mi powiedzieć? - spytał z niedowierzaniem Lunativ.
- Tak – odparł spokojnie współtowarzysz Lóng Mó.
- Co Cię obchodzi moje życie? Nie znasz mnie. Jaki masz więc interes w tym, by mnie zwerbować do cyrku czy mi pomagać w ogóle? Przecież... to bez sensu – powiedział już o wiele spokojniej i bez emocji stróż prawa spoglądając za okno.
- Nie mam w tym żadnego interesu. Po prostu pomagam tym, którzy tego potrzebują, a ty potrzebujesz pomocy. Nawet nie zaprzeczaj – spokój, jaki emanował od cyrkowca był aż przerażający. Poznał go od strony jakiegoś pijaka, a mimo to nadal chce go przekonać do dołączenia do trupy. Dla Chińczyka było to na tamten moment bardzo dziwne. Ostatnie dni skutecznie przysłoniły mu fakt, że on sam postąpiłby podobnie. Dopiero wtedy, kiedy to sobie przypomniał, jak walczył z niesprawiedliwością zrozumiał, że zdarzenia, które ostatnio miały miejsce, zupełnie go zmieniły. Chciał być silny i jakoś dać sobie radę, a tak naprawdę dał się omamić demonowi, który w nim siedział. Chciał byś silny, a okazał się słaby, bo dał sobą manipulować. Skrzywił się na myśl o tym. Odetchnął, by się nieco uspokoić.
- Starzeję się – pomyślał – Skoro już takie błahostki mnie łamią, to już musi być źle – uśmiechnął się do siebie pod nosem prawie niezauważalnie – Jak Ci na imię? - spytał swojego towarzysza.

< Volante? Przerzucam się chyba na krótkie opka x"D >

9 lut 2017

Lunativ DO Volante

Tamtego dnia przelała się szala goryczy. Lóng Mó nie mógł już znieść nic więcej. Kolejny raz na jego oczach został dokonany niesprawiedliwy wyrok, a on nie miał nic do gadania, bo został zawieszony w niektórych swoich przywilejach. Miał już tego wszystkiego dość. Dlaczego był uznawany za stróża prawa? Przecież wokół niego działo się tyle zła, a on... nie był w stanie się temu przeciwstawić.
Był wściekły. Wyszedł z sądu zatrzaskując za sobą każde napotkane drzwi. Mruczał obelgi pod nosem tak, aby nikt nie zrozumiał, co mówi. Ściskał pod pachą walizeczkę z dokumentami. Przez chwilę miał ochotę rzucić ją w ogromny witraż, który zdobił budynek sądu, ale powstrzymał się. Zbiegł po schodach i wyszedł głównym wyjściem. Od razu poraziło go w oczy południowe słońce, które nieźle biło swoim blaskiem w jego oczy, które przyzwyczaiły się do mroku panującego w budynku. Abel stał spokojnie uwiązany wraz z innymi końmi. Od razy wyczuł emocje swojego właściciela i poczciwie podniósł wzrok na Chińczyka, jakby chciał go pocieszyć. Włożył teczkę z impetem do torby w siodle i dopiero po chwili uświadomił sobie, że zrobił to dosyć gwałtownie. Odetchnął ciężko i podszedł do łba wierzchowca.
- Przepraszam... - szepnął cicho – Wiem, co chcesz powiedzieć. Ty chyba jako jedyny mnie rozumiesz – pogłaskał Abla po pysku. Obydwoje byli ze sobą bardzo związani. Lóng Mò dostał go, gdy wyruszał na pierwszą wojnę. Później towarzyszył na kolejnej... i kolejnej, aż skończył razem z nim, jako uliczny strażnik chuligaństwa i pijaków. Odwiązał uprząż od belki, przełożył ją przez łeb konia i wspiął się na siodło, po czym odjechał sprzed budynku sądu. Nie wiedział sam, gdzie chce jechać. Po prostu... przed siebie.

Jeździł już po stolicy od dobrej godziny. Abel był przyzwyczajony do takich maratonów, które sprawował mu jego właściciel i znosił je tak poczciwie, jak te, które musiał pokonywać w czasie przegrupować wojennych. I zapewne wędrowali by tak dalej, gdyby zgiełk cyrkowy nie wytrącił Chińczyka z zamyślenia. Zatrzymał swojego wierzchowca, by przyjrzeć się tak znanemu już widokowi. Tak często przecież był wzywany tam na akcje. I tak nie miał nic do roboty, więc skierował kroki swojego konia w stronę cyrku objazdowego. W porze dnia nie było żadnych przedstawień, lecz cyrkowcy robili drobne indywidualne pokazy, by sobie co nieco dorobić. Gdzieniegdzie kręcili się klowni, ludzie na szczudłach i piękne kobiety " gumy " w skromnych ubraniach. Lóng Mò kroczył majestatycznie pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi, którzy posłusznie usuwali mu się z drogi. Doskonale już go znali. Przecież był pułkownikiem w stanie spoczynku i to on miał władzę nad niższymi rangami, które patrolowały ulice. Przy okazji przeprowadził swój własny patrol. Rozglądał się uważnie, ale wszystko odbywało się w jak najwyższym porządku. Nagle jego uwagę przykuła gromadka mężczyzn, która w dosyć sporej grupce dawała pokaz umiejętności gimnastycznych. Temu wszystkiemu przyglądały się kobiety w bufiastych sukniach. Zbliżał się do nich. W pewnym momencie był tak blisko, że każdy z owych mężczyzn mógł z bliska zobaczyć twarz Chińczyka. Odgłos kopyt zwrócił uwagę jednego z nich, który odwrócił się w stronę czarnowłosego. Ich spojrzenia się spotkały. Szmaragdowe oczka pełne empatii i ametystowe ślepia pozbawione jakiejkolwiek wrażliwości zatrzymały się na chwilę w jednym punkcie. Świat jakby zamarł. Wszyscy nagle zdali się zamilknąć. Ta cisza w głowie Lóng Mò nie dawała mu spokoju i zaraz wybiła go z transu. Zamrugał kilkakrotnie i bez żadnego słowa pogonił Abla do kłusu. Wyminął grupę i wybrał najkrótszą drogę, którą mógł dotrzeć do swojego domu. Domu, w którym czuł się szczęśliwy, bowiem czekała tam na niego kobieta jego życia. Różniła się od tych wszystkich damulek z dworów. Była prostą, inteligentną i odważną kobietą, która nie dawała sobą manipulować. Na dodatek pokochała Chińczyka, mimo jego odmienności od reszty społeczeństwa Londynu. Była dobrą i kochaną kobietą, więc... nie można było chcieć więcej. No... poza lepszą robotą.
Zsiadł z wierzchowca pod drzwiami kamienicy i wprowadził do przez bramę do stajni, która znajdowała się w wydzielonej jej części. Odprowadził go do imiennego boksu, rozsiodłał go, nakarmił i oporządził jak należy, po czym pożegnał się ze swoim towarzyszem i udał do mieszkania. Już rozluźnił guziki koszulki i żakietu. Miał dość. Był wykończony. Powoli wspinał się po skrzypiących schodach z nadzieją, że wróci do swojej fortecy spokoju. On sam jednak nigdy nie spodziewałby się tego, co zobaczy, kiedy otworzy drzwi. Wyciągnął klucz ze swojej kieszeni i z trudnością otworzył żelazny zamek. Wszedł z uśmiechem do domu, zrobił zaledwie kilka kroków jednak widok, który ukazał mu się przed oczami od razu ściągnął mu uśmiech z twarzy. Jego źrenice skurczyły się do wielkości ziarenek kaszy. Nogi zachwiały się nienaturalnie. Musiał oprzeć się o ścianę, by nie upaść. Zapomniał przez chwilę, jak się oddycha. Bez zastanowienia wybiegł z mieszkania. Szybko zszedł po schodach parę razy chwiejąc się na nogach, jakby tracił w nich czucie. Wieczorne powietrze otrzeźwiło nieco jego umysł. Zbliżała się legendarna angielska ulewa, jednak to nie zniechęciło Lóng Mò do powrócenia do mieszkania. Nie chciał tam wracać kiedykolwiek. Ruszył czym prędzej do miejsca, które znał równie dobrze, jak swój gabinet i mieszkanie – do karczmy.
To była jedna rzecz, którą był w stanie w tamtej chwili zrobić. Po prostu iść i zapić się na śmierć. Miał już dość tego życia. Nie widział dla siebie innego sposobu na życie. Przez chwilę myślał nad powrotem do Chin, ale niewiadomo było, jak tam się dzieje po wojnie rodzin. Być może to byłaby jeszcze gorsza decyzja. Nie myśląc więc dłużej przyspieszył kroku i już za parę minut poczuł ten charakterystyczny aromat pieczonego mięsa, piwa i swąd co poniektórych osobników zmieszanych w jedno. W karczmie była jak zwykle istna mieszanka ludzi. Tu kupcy, tam rzemieślnicy po pracy no i oczywiście nieodłączny element takich miejscy, czyli żebracy. Lóng Mó wyróżniał się wśród tłumu. Ludzie o takim stopniu, jak on nie przebywali w takich miejscach, ale on wolał towarzystwo takich prostych ludzi niż wysoko ustawionych szumowin. Podszedł do pustej ławy znajdującej się w samym koncie pomieszczenia. Opadł na siedzisko i nie miał zamiaru prędko wstawać. Wnet powitały go radosne oczy młodego chłopaka, który kształcił się pod czujnym okiem ojca na właściciela karczmy.
- Sir Lóng Mó! Dawno tu pana nie było – zauważył z uśmiechem – Czego sobie pan dzisiaj życzy?
- Piwa – burknął pod nosem Chińczyk.
- Piwa? - powtórzył z niedowierzaniem młodzieniec.
- Oui – potwierdził w języki grancuskim czarnowłosy – Dużo piwa. Dzisiaj będziesz ganiał tam i z powrotem – dorzucił.
Nie minęły dwie godziny, a szanowany pułkownik był zapity w cztery dupy. Mruczał coś pod nosem, ale nikt za bardzo go nie rozumiał. Mimo promili nie wyglądał na towarzyskiego, a raczej na skorego do bójki, więc nikt nie zamierzał się do niego zbliżać. Pił i pił... bez przerwy. Z każdym kolejnym łykiem stawał się bardziej blady i przygnębiony. Widać było, że taka ilość alkoholu zdecydowanie mu nie służy. W pewnym momencie podszedł do niego równie pijany arystokrata niskiego rzędu.
- Patrzcie, patrzcie moi rodacy! - zaczął – Takich mamy stróżów prawa! Potrafią tylko zapijać mordy po takich melinach – czknął i zachwiał się na swoich krótkich nóżkach. Mimo nietrzeźwości, Lóng Mu wszystko doskonale usłyszał i zrozumiał. Od razu otrzeźwiał o cztery kafle wstecz, podniósł się gwałtownie i wysunął swój miecz z pochwy. Zaczął sunąć się po nim podejrzany dym i niczym wąż oplótł dłoń Chińczyka.
- Jak śmiesz?! - wrzasnął oburzony czarnowłosy – Jeśli śmiesz mi coś zarzucać to wyzywam Cię na pojedynek. Nie pozwolę, aby ktoś taki jak ty mi ubliżał – czknął gwałtownie i zobaczył ciemne plamki przed oczami, ale utrzymał się na nogach – Nikt mnie nie będzie tutaj obrażał! - wnet do dwójki podbiegł przyjaciel pułkownika próbując jakoś ostudzić emocje, ale nic to nie dało. Lóng zaparł się i koniecznie chciał walczyć. Szlachcic również był bardzo chętny. Jednak reszta osób w karczmie oraz jej właściciel nie mieli ochotę na bijatykę. Na pomoc przybyli goście miasta ubrani w fantazyjne stroje. Po karczmie rozniosły się dziwne " bęcki ". Obydwa raptusy oberwały w łby kuflami do piwa. Jednego zataszczyli do domu, drugiego zagarnęli do cyrku. Po co?

< Odpowiedz mi, Feliksie? :* >

Lunativ

" Są takie skrzydła, która wyrastają z naszych cierpień "