6 lip 2018

Ace CD Dmitrij

Dzisiejszy dzień był jak dla mnie dość nudny i monotonny. Nie mając co robić łaziłem gdzie popadnie szukając dla siebie jakiegoś spokojnego miejsca żeby się zaszyć i pomyśleć nad życiem. Niestety wszędzie gdzie zadawało mi się, że znalazłem sobie oazę spokoju zawsze musiał się ktoś zjawić i mi przeszkodzić. Więc uciekałem tak przed ludźmi przez parę następnych godzin, aż nagle dostałem olśnienia. "Na pewno w oranżerii nikogo nie będzie!" Przemknęło mi przez myśl. Zadowolony ze swojego genialnego pomysłu ruszyłem w nowo obranym kierunku. Po kwadransie drogi dotarłem na miejsce. Ostrożnie i po cichu wślizgnąłem się do środka. Nikogo nie było tak jak się spodziewałem. Po dokładniejszym upewnieniu się już pewniej wszedłem do środka. Nagle moją uwagę przykuła książka leżąca na stole. Zbliżyłem się do stolika. Hamlet... Wydanie było stare i poniszczone. Ostrożnie ją podniosłem i zacząłem przeglądać. Aż tu nagle usłyszałem czyiś głos.
- Dzień dobry.
Serce podskoczyło mi do gardła i momentalnie się odwróciłem spoglądając na mężczyznę, który teraz stał kawałek ode mnie. Moje oko zaczęło drgać ze zirytowania. I znowu po prostu dziś nie był mój szczęśliwy dzień hm? Miałem już dość wszystkiego. Zamknąłem książkę i bez słowa podszedłem do tego faceta. Z podłym uśmieszkiem (utrzymując przy tym kontakt wzrokowy) zabrałem mu kawę z ręki.
- Oh... Skąd wiedziałeś, że zachciało mi się czegoś napić. - Upiłem łyka ciepłego napoju.
Po tym odwróciłem się na pięcie i zadowolony wróciłem do stolika. Klapnąłem sobie i otworzyłem książkę zadowolony się przy tym do siebie uśmiechając. 

<Dmitrij?>

Lennie CD Nice

- Gdy ulepszę swoją sztuczkę - oznajmiłem.
- Jaką? - przez chwilę milczałem.
- Jesteś treserką zwierząt, prawda? - dziewczyna pokiwała głową.
- Ale jeszcze się uczę - podkreśliła.
- Wiesz, nawet Mirai, z którą jesteś zżyta, pasowałaby do mojej sztuczki - po tych słowach wyjawiłem jej swój plan.
Miałem zamiar ustawić podest z tygrysem, na przeciwko sporej wielkości obręcz na statywie, a na sam koniec mój kochany kapelusz. Sztuczka miała polegać na tym, że zwierzę przeskoczy przez kółko i wyląduje z gracją w mojej odzieży, w której zniknie. Kot miał wejść do mojego kapelusza cały, a ja miałem go potem wyjąć. Sztuczka ta była inna od pozostałych, ponieważ tym razem używałem zwierzęcia cyrkowego, a do tego widownia mogłaby zobaczyć jak wyjmowałem z melonika coś, co przed chwilą do niego wpadło.
- Problem jest tylko taki, że nie mam predyspozycji, by sam wyciągać zwierzęta i z nimi ćwiczyć - skończyłem. Nice pokiwała głową, aż w końcu się lekko uśmiechnęła.
- Postaram ci się pomóc - odpowiedziała.
- Użyjesz Mirai, czy innego z tygrysów? - zapytałem ciekaw. Przez chwilę milczała zastanawiając się.
- Mirai chyba nigdy nie przeskakiwała przez obręcz... zastanowię się.
Po zjedzeniu obiadu wyszliśmy z bufetu. Mieliśmy iść do namiotu Nice by sprawdzić, czy jej pupil odpoczywa, czy możemy go nauczyć sztuczki. Nim jednak dotarliśmy do namiotu, z lasu wytoczyły się trzy głazy. Zaintrygowało mnie to, że nie toczyły się pod wpływem grawitacji. Podłoże ewidentnie było proste, a za głazami nie było nikogo, kto mógłby je popchnąć. Czyżby te kamyki ożyły? Szybko wskazałem dziewczynie to dziwne zjawisko, ale uciekinierzy zdążyli zniknąć.
- Co tam widziałeś? - gdy przedstawiłem jej wizję ożywionych skał, ponownie próbowała wypatrzyć coś na horyzoncie.
- Toczyły się w stronę miasta – moja ciekawość zwyciężyła i pobiegłem w kierunku drogi, którą potoczyła się nieożywiona natura. W ziemi były odciśnięte głębokie i szerokie linie, które ciągnęły się drogą oraz na trawie, w kierunku budynków. Ruszyliśmy w tamtym kierunku.
Będąc przy pierwszych domach, usłyszałem ludzkie krzyki. Wpadłem na chodnik jak poparzony i próbowałem wypatrzyć skał. Zamiast nich, zobaczyłem zgniecione samochody, połamane lampy, powybijane szyby oraz ogromne wgłębienia na ulicy. Ruszyliśmy za ciągła linią, która skręcała za rogiem i wpadała w kolejne uliczki. W końcu dotarliśmy do końca; głazy potoczyły się do podziemnego metra. Dosłownie zeskoczyły ze schodów, zostawiając kilka metrów nienaruszonych schodków, a potem niszcząc parę ogromnym wgłębieniem. Nie czekając dłużej, zacząłem schodzić w dół.

<Nice?>

5 lip 2018

OD Rivus'a

Dzień zapowiadał się pięknie. Słońce zaczęło już wschodzić, a ptaki już dawno wstały, aby powitać wszystkich co wstali o tej samej porze co one swoim śpiewem. Niestety, jedną z tych osób byłem ja, nie miałem natomiast zamiaru ruszyć się z łóżka przez co najmniej parę następnych godzin. Czułem się jakby coś mnie przejechało, jednak siedzenie co noc do czwartej rano nie należy do jednaj z najmądrzejszych rzeczy, które zdarza mi się robić. Wtuliłem twarz z powrotem w poduszkę, licząc na chwile więcej snu, lecz po paru minutach kręcenia się bez skutku. Zdałem sobie sprawę, że to będzie długi dzień, długi i nudny, jak nie było żadnych pokazów ani nic podobnego, mieliśmy tak zwany czas wolny, z którego jak zwykle nie miałem żadnej potrzeby ani pożytku. Z ciężkim sercem podniosłem się, aby usiąść, jednak nie miałem jeszcze wystarczająco wiary w siebie, aby ruszyć swą zacną dupe i zrobić coś produktywnego. Zamiast tego bezcelowo rozglądałem się po sowim namiocie. Nie było w nim niczego ciekawego, parę skrzynek i śmieci, które zawsze mam iść i posprzątać, ale jakoś tego jeszcze nie zrobiłem. Znudzony, wstałem z łóżka i wytargałem z jednaj ze skrzyni czarną koszulkę oraz spodnie tej samej barwy. Zarzucając je przez ramię, ruszyłem w stronę łazienki. Mała i przepełniona, trzymała tylko potrzebne rzeczy, jednak nie przeszkadzała mi ani trochę, wydawała mi się od czasu do czasu nawet urocza, jeśli można nazwać tak pomieszczenie.
Po szybkim ogarnięciu się, wyskoczyłem z namiotu i ruszyłem w stronę stołówki, na czym skończyłem z jabłkiem po długich namysłach czy chce sobie utrudnić życie czymś bardziej skonstruowanym czy sytym. Nie mając nic innego do roboty, postanowiłem się trochę powydurniać z ogniem, to znaczy potrenować. Wolnym krokiem skierowałem się do namiotu cyrkowego, jedząc po drodze swą zdobycz. Łapiąc za jedno pudełko z sprzętem, którego mimo, że używam prawie codziennie i nie pamiętając nazwy, zeskanowałem duży namiot. W środku było już parę osób, każda z nich robiąc coś innego. Upolowałem sobie miejsce w jednym z kątów i rozłożyłem wszystko. Nie było tego dużo, i tak nie miałem zamiaru używać wszystkiego na raz, zresztą to były tylko małe ćwiczenia, więc nic specjalnego. Zapaliłem parę plastikowych piłeczek swoim błękitnym ogniem, tak aby się nie roztopiły i rozpocząłem swoje żonglerskie ćwiczenia. Nie to, że ich potrzebowałem, ale czasami było zabawnie móc użyć ich bez przestrzegania scenografii, tak sobie pomachać. Czas umknął szybko, a mi zaczęło burczeć w brzuchu, jak widać owoc nie był wystarczający. Z zamiarem powrotu do bufetu, zacząłem sprzątać wszystko co wcześniej wziąłem.
Poczułem na sobie czyiś wzrok. Nie to, żebym się przejmował, często ktoś się na mnie gapi, wszystko to dzięki mojej szkaradnej gębie. Nawet jakbym chciał, to wiem, że nie jest to żadna znajoma osoba, która przypadkiem zauważyła mnie w tłumie i myśli o tym, czy nie zagadać, nie znam tu nikogo na tyle, aby zacząć rozmowę lub nawet się zwyczajnie uśmiechnąć i przywitać. Zdążyłem się już do tego przyzwyczaić, jednak czasami przyprawiało o nerwice, jeśli już ich przyłapie i nadal się patrzą, jakbym był jakimś posągiem w muzeum. Postanowiłem więc to zignorować, licząc, że kiedy się napatrzą to ruszą się dalej ze swoim życiem. Wróciłem do swojego zajęcia, jakby nigdy nic, byłem blisko końca, więc już niedługo będę mógł nareszcie coś wszamać. Kiedy wszystko było ułożone i schowane na swoje miejsce, zauważyłem, że owa osoba nadal się mi przypatruje. No ile można? Poirytowany odwróciłem się i syknąłem: - Mogę w czymś pomóc?

<Ktoś? c:>

Rivus

" I gave up my struggle with perfection a long time ago."

Spektr CD Lennie

Nie mogę powiedzieć, że byłem jakoś specjalnie leniwy. Jeśli tylko chciałem, potrafiłem zaangażować się w każdą, najmniejszą pierdółkę. Ważną zmienną były tu jednak moje chęci. Lubiłem swoją pracę. Trochę pomocy tu, trochę tam. Nie należało to do zajęć męczących. Sytuacja zmieniała się, gdy główny namiot potrzebował wsparcia. Wiązanie lin na wysokościach było całkiem zabawne, nie dało się tak natomiast powiedzieć o zabezpieczaniu siedzeń. Ktoś robić to musiał. Wystarczyło tylko kilka zardzewiałych śrubek i kilkoro tęższych osób, by wszystko zniszczyć. Właśnie dlatego za każdym razem trzeba było sprawdzić całe rusztowanie, trzymające wszystko w pozycji amfiteatralnej. Problem z tą robotą był dokładnie taki jak z każdym innym monotonnym zajęciem. Kiedy robisz to któryś dzień z rzędu (jak w tym przypadku), wpadasz w rutynę i naprawdę musisz walczyć ze sobą, by nie działać odruchowo. Często wypadki zdarzają się przez taką oto pracę. Pech chciał, że konserwator skręcił kostkę i zastępować musiałem go jeszcze co najmniej tydzień.
Tak czy inaczej, głośne narzekanie nie było moją domeną, więc przeklinałem na wszystko w myślach. Musiało to wystarczyć. No i wystarczało. Do czasu. Moje zdenerwowanie osiągnęło zenit, kiedy czas przewidziany na przerwę (także moją) dobiegał już końca, a ja nadal mocowałem się z beznadziejnym kawałkiem metalu. W końcu zdecydowałem się skoczyć po WD-40. Nie wiedzieć czemu, wpadłem na to tak późno. Zdarzało mi się czasem nie widzieć od razu prostych rozwiązań.
Mijałem wyjście z namiotu, wyzywając się w myślach od idiotów, kiedy wystrzelił z niego jakiś członek trupy. Nie zagłębiałem się jakoś specjalnie w jej skład. Nie próbowałem na siłę spamiętać imion, także nic dziwnego, że mi ono uciekło. Powiedzieć za to mogłem, że nie widziałem go po raz pierwszy. Cała ekipa występująca na dużej scenie zdawała się rzucać w oczy. Byli po prostu charakterystyczni i każdy z nich miał w sobie to coś, co kazało kierować spojrzenia w jego stronę. Może to silna strona artystów?
Nie miałem dużo czasu na myślenie, skąd kojarzę mężczyznę. Rudzielec zaraz po tym, jak prawie we mnie wyrżnął, złapał moje przedramię. Jedynymi słowami, czy raczej słowem wyjaśnienia było "poczekaj", więc suma summarum mógłby sobie darować tę część. Walcząc z chęcią wyrwania się, a następnie ruszenia swoją drogą, dałem zaciągnąć się do środka. Oczywiście, przecież każdy tylko czeka, żeby dać się porwać i wcale nie ma własnych zajęć na głowie. Zatrzymaliśmy się, dopiero gdy naszym oczom ukazał się kapelusz ze śmiesznie wystającymi, pasiastymi łapami wielkiego kota. Wtedy też magik nakreślił cel, w jakim mnie tam ściągnął.
- Pomógłbyś? Tygrys się zaklinował i nie mogę go wyciągnąć - wyrzucił z siebie z prędkością karabinu maszynowego, a następnie złapał nakrycie głowy. 
Odwrócił je zwierzakiem w moim kierunku. Pomysł ten wydał mi się po prostu głupi. Mógłbym tam po prostu wejść i go wyciągnąć, ale nie miałem zamiaru się z nikim kłócić. Wszystko było lepsze od wymiany śrubek. Chwilę później kot, wyleciał na mnie. Na szczęście udało mi się go złapać i zamortyzować nieco upadek. Zwierzak wyglądał nieco zabawnie, obwiązany niebieską włóczką. Zacząłem go wolno rozwiązywać, gdy rudy badał swój kapelusz. Swoją drogą naprawdę świetnie działający, skoro poza właścicielem mógł użyć go nawet byle tygrys. Iluzjonista podszedł do mnie w tej samej chwili, w której uwolniłem kiciusia.
- Wielkie dzięki za pomoc. Nie będę musiał chodzić z łapami wystającymi z kapelusza - rzucił wesoło, stwierdzając, że pomoże mi wstać.
Spojrzałem krzywo najpierw na niego, następnie na jego dłoń. 
- Jesteś idiotą - odparłem, nie owijając w bawełnę. 
Wstałem samodzielnie, nie korzystając z pomocy chłopaka, który chyba właśnie się przyciął. Wciąż ani drgnął. Ostatni raz rzuciłem wzrokiem na zwierzaka właśnie liżącego sobie z zadowoleniem jaja, po czym wyszedłem. Miałem o wiele ciekawsze rzeczy do robienia niż zajmowanie się nieogrniętym facetem i jego bezwstydnym kotem. Nie mogłem pojąć, jakim cudem ktoś wpadł na pomysł, by pozwolić mu wyjąć tygrysa z klatki, ale nie był to mój interes. 
Poszedłem do szopy, zgarnąłem smar i wróciłem na tyły namiotu. Szybciej pod siedzenia wchodziłem pod stelażem, zanim jeszcze wszystko dokładnie zabezpieczono. Narzędzia na szczęście wciąż leżały na swoim miejscu, więc wymiana wszystkiego nie zajęła długo. Podniosłem się z klęczek i wtedy spojrzałem w przyglądające mi się kocie oczy.
- Co się gapisz? - rzuciłem do paskowanego zwierza, który jedynie wyszczerzył do mnie zęby. Dopiero gdy się wyprostowałem, zauważyłem, stojącego za nim rudzielca. Nie zostało mi nic poza wywróceniem oczami i wróceniem do pracy. Przecież nie mogłem zabronić im się przyglądać. 

< Lennie?>

4 lip 2018

Od Lenniego

Przyniosłem podest, sporej wielkości kółko na statywie i umieściłem te dwie rzeczy na środku sceny, naprzeciwko siebie. Najpierw podest, potem koło, a na koniec mój kochany kapelusz. Został mi tylko aktor główny, który siedział w klatce i spokojnie leżał. Niestety nie zajmowałem się tresurą zwierząt, nigdy w życiu nawet ich nie wyprowadzałem na scenę… zacząłem krążyć po całym namiocie szukając kogoś, kto pomógłby mi, a raczej mnie wyręczył w tej sprawie. Niestety okazało się, że wszyscy się gdzieś ulotnili – czemu się dziwię? Jest pora obiadowa! Zostało mi tylko samemu wziąć się za „bestię”. Ruszyłem w kierunku zwierząt, stanąłem przez tygrysem i zastukałem lekko, by zwrócił na mnie uwagę. Gdy poruszył głową, przełknąłem głośno ślinę. „Przecież są tresowane, nie skoczy ci do gardła” myślałem, przypominając sobie pupila Nice – sporą tygrysice, Miriam, która mogłaby swoim ciężarem przygnieść nie jednego osiłka.
- Cześć, może nie jestem treserem, ale potrzebuje cię do próby – powiedziałem spokojnie. Zwierzę jakby mnie nie rozumiało; wstało, ziewnęło szeroko i odwróciło się do mnie tyłem. Wstałem z klęczek zrezygnowany. Miałem zamiar odpuścić sobie tę próbę, póki nie znalazłbym kogoś do pomocy, ale nagle mnie olśniło. Wyczarowałem spod swojego garnituru niewielką paczuszkę. Po jej otwarciu, zapach mięsa ze smakołyków obudził mojego aktora. Wstał i zwrócił się w moim kierunku. Lekko się uśmiechnąłem, otworzyłem klatkę i po ponownym sprawdzeniu, że jestem tu sam, telekinezą wyjmowałem z paczuszki smakołyki i podawałem je kotu. Ten jak zahipnotyzowany ruszał za mną, a raczej za jedzeniem. W ten sposób, okruszek po okruszku, stanął na podeście i usiadł na nim, niczym godny król, przedstawiającemu się swemu ludowi w całej okazałości. Zwierzę się oblizało i spojrzało na obręcz przed nim. Nie czekając dłużej, przyłożyłem smakołyk do jego nosa, po czym odsunąłem, nim je chapnął. Przez chwilę wyglądał na znudzonego i niezainteresowanego jedzeniem, ale gdy ruszałem mięskiem w obręczy, a następnie zostawiłem je w powietrzu nad swym kapeluszem, tygrys podniósł swoje siedzenie i ruszył po zdobycz. Zgrabnie przeskoczył obręcz i z otwartą paszczą wpadł do mojego kapelusza, znikając w nim. Odłożyłem paczkę z zadowoleniem, po czym teatralnie ukłoniłem się przed zmyśloną widownią. Wziąłem kapelusz do ręki i nałożyłem go na głowę. Tygrysa po prostu nie było, z czego byłem zadowolony; o takiej sztuczce myślałem na śniadaniu, przed kolejną niekontrolowaną drzemką. Po chwili przeszedłem do kolejnego etapu; miałem bowiem wyciągnąć zwierzaka z mojego kapelusza. Wsadziłem do środka rękę i złapałem coś miękkiego, myśląc wtedy o zniknionym stworzeniu. Wyciągnąłem dłoń, okazało się, że trzymałem tygrysa za tylną łapę. Ponownie pociągnąłem, ale jedynie co wyszło, to druga kończyna. A powinien wyjść stamtąd gładko… Położyłem kapelusz na ziemi. Jedną ręką trzymałem część ubioru, a drugą próbowałem wyciągnąć aktora, ale nie udało mi się. Przez parę minut się z nim siłowałem, po czym opadłem ze zmęczenia. Wstałem i się rozejrzałem. Kątem oka wyłapałem ruch między zasłonami, szybko pobiegłem w tamtą stronę, prawie wpadając na jakiegoś chłopaka. - Poczekaj – wyciągnąłem w jego kierunku kapelusz, z którego wystawały łapy zwierzaka. - Pomógłbyś byś? Tygrys się zaklinował i nie mogę go wyciągnąć – wyjaśniłem na szybko sytuację, podając nieznajomemu kończyny z kapelusza. Bez słowa chwycił je jakby od niechcenia, po czym oboje zaczęliśmy ciągnąć. Nie trwało to krótko; dopiero po niecałej minucie zwierzę wylazło i wylądowało prawie na chłopaku. Cały tygrys był owinięty sznurkiem. Zmarszczyłem brwi i zajrzałem do środka mojego ubioru. Czyżby będąc w kapeluszu tygrys pomyślał o włóczce i się w nią zaplątał? - Nie mam pojęcia jakim cudem się związał – zaśmiałem się sam do siebie, po czym podszedłem do chłopaka, który wylądował na ziemi. - Wielkie dzięki za pomoc. Nie będę musiał chodzić z łapami wystającymi z kapelusza – wyciągnąłem w kierunku nieznajomego dłoń, by pomóc mu wstać.

<Spektr?>

Spektr

"Rzeczy nie są dobre ani złe same z siebie. Stają się takie przez to, co z nimi robimy. Podobnie jest z ludźmi."

Odchodzi!

VOGEL


#Powód: decyzja właściciela

Nice CD Lennie

Czas naprawdę szybko upłynął w towarzystwie chłopaka. Był jedną z trzech osób które poznałam w cyrku i w dodatku był miły. Bardziej niż można by to sobie wyobrażać.
Zwineliśmy wszystko po czym udaliśmy się do cyrku. Tam się rozłączyliśmy na krótki czas. Mieliśmy się spotkać w bufecie jak już się  odrobinę ogarniemy. Weszłam do namiotu, a Mirai od razu przywitała się ze mną. Tak się przywitała, że aż wpadłam na ziemię. Jakby upadek był mały to w dodatku tygrysica nie chciała mnie puścić. Leżąc tak z pół godziny na ziemi, aż się mną nacieszy, na spokojnie sobie poleżałam. Jednak miarka się przebrała i musiałam wymyślić jakiś sposób, aby się uwolnić od niej. Za pomocą swojej magi wzięłam jej ulubioną maskotkę. Mirai widząc ja nie potrafiła się powstrzymać, aby pójść po nią, gdy ja ją rzuciłam. Wstałam od razu na równe nogi. Biorąc pierwsze lepsze ubrania, przebrałam się szybko i myśląc, że uda mi się jakoś nie zauważalnie odejść, Mirai zaszła mnie od tyłu tym samym ponownie mnie powalając na ziemię.
- Mirai jeżeli mnie nie puścisz to nie dostaniesz swoich ulubionych smakołyków!  - spojrzałam na nią odpychając jej łapy.  Słowo smakołyk podziałało bo mnie puściła. Podziękowała jej za uwolnienie mnie po czym sama skierowałem się do bufetu. Widząc, że Lennie'go nie ma, wzięłam porcję gulaszu i usiadłam przy stoliku.
Czekanie na chłopaka nie zajęło mi dużo czasu, gdyż wszedł jakieś dziesięć minut później. Po jego twarzy już wiedziałem, że uciął sobie krótką drzemkę. Odpowiedziałam mu dlaczego miałam problem z Mirai.
- Smakołyki w takiej sytuacji zawsze ratują mi życie - dodałam na sam koniec. - Lennie kiedy będziesz brał udział w jakimś przedstawieniu? - spojrzałam się z odrobiną nuty ciekawości.

<Lennie?>

Mefoda CD Akuma

Prychnąłem pod nosem. Już zachciało mu się wracać...? W sumie, cze go ja bym się spodziewał? Chłopak jest chudy, a nawet bardzo chudy już na pierwszy rzut oka i na pewno chłodna woda nie jest jego przyjacielem. To było do przewiedzenia, ale hej, sam zaproponował wypad nad rzekę!
- No dobra - mruknąłem nieco zrezygnowany, po czym zacząłem jeszcze nieco polewać sierść Wołgi wodą, by chociaż trochę się ochłodziła. Dłońmi jeździłem po jej grzbiecie, rozprowadzając ciecz, podczas gdy Akuma zdołał dwa razy wyjść i wejść do wody, bo na zewnątrz było mu zbyt zimno, ale woda też nie za ciekawa, jak to sam powiedział. Zmarzluch.
- Okay, już idziemy - zaśmiałem się, gdy czerwonowłosy spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. Jak on to miał na imię? Nie pamiętam... Boże, jak trudno zapamiętać japońskie nazwiska, ugh... Chyba, że rodzice go nie kochali i postanowili upośledzić jego życie jeszcze bardziej i nadać mu naprawdę porąbane imię. W ogóle, to słyszałem, że w Japonii, czy tam w Chinach, ludzie przedstawiają najpierw swoje nazwisko, a dopiero potem imię. Dziwny nawyk, ale cóż... Przestawienie się z jednego na drugie mogło być dla niego kłopotliwe. Chociaż... Boże, nad czym ja myślę??? Serio, Antoni, serio??? Zacząłem powoli wyprowadzać konia z wody. Musiałem przyznać, że na zewnątrz faktycznie było zimno. No, ale po paru minutach spaceru może już nie będzie tak źle... Wyszedłem z wody, po czym otrzepałem się szybko.
- Wyglądałeś jak pies - mruknął chłopak, a ja posłałem mu mordercze spojrzenie. Psy to życie, ale gościu, nie porównuj mnie do psa. Ogółem nienawidzę, gdy ktoś mnie do czegoś lub kogoś porównuje. Nie ważne, czy w dobrych intencjach, czy też złych. Jestem po prostu sobą, a nie je*anym psem, ciężarówką, cysterną, czy Vanem Dieselem. Do murzynów to ja nie należę, zdecydowanie. Raczej bladych niczym ściany wampirów.
- Tsaaa - mruknąłem jedynie z niechęcią, ściągając przez głowę koszulkę. Przemoczony materiał położyłem na grzbiecie konia, niczym jakiś czaprak. Spojrzałem wyczekująco na Akumę, który spojrzał na mnie jak na idiotę.
- O co ci chodzi? - spytał, a ja wzruszyłem ramionami, przybierając obojętną minę.
- Wiesz, będzie ci niewygodnie w mokrym ubraniu. Jak nie chcesz, to luz - powiedziałem jedynie, czekając na jego decyzję jeszcze parę chwil. Prychnął, unosząc wysoko brwi i zakładając ramiona na piersi.
- Czy ty właśnie namawiasz mnie do rozebrania się? - spytał chytrze, a ja przybiłem sobie facepalma. Nie wiem, czy jestem tępy, czy co, ale jak sobie teraz myślę, to to faktycznie tak zabrzmiało.
- Nie było tematu - burknąłem cicho, podziwiając swoją głupotę. Zaśmiał się jedynie, podnosząc dłonie w geście niewinności.
- Jasne, jasne, Romeo. W każdym razie nie, nie ściągam koszulki, bo wtedy to naprawdę umrę z zimna - wytłumaczył, a ja przekręciłem oczyma.
- To tak nie działa, Igarashi - tak, zapamiętałem jego nazwisko. Jest o wiele łatwiejsze od imienia. Ciekawe, czy jego rodzice szukali go w słowniku, czy jak...?
- No i co z tego? - spytał, wyraźnie zirytowany. Prychnąłem jedynie, po czym oboje skierowaliśmy się w stronę powrotną. - Robimy coś jeszcze, czy jak? Bo mieliśmy siedzieć tutaj dłużej, ale cóż... Nie pykło - uśmiechnął się niewinnie. Ta, nie pykło. Ciekawe, dlaczego? Pff.
- Wiesz, to już zależy od ciebie. Mieliśmy iść coś zjeść, no nie? - spytałem, patrząc na niego.
- Serio? Nie przypominam sobie, żebyśmy uzgadniali coś takiego - spojrzałem na niego jeszcze bardziej uważnie. Albo to mi się coś porąbało we łbie, albo faktycznie jednak mieliśmy iść na to jedzenie, a to on próbuje się z niego wymigać. Tylko dlaczego? Może nie lubi tutejszego jedzenia? Albo ma uczulenie? Albo to coś związanego z czymś bardziej osobistym. Gościu jest chudy jak patyk i wątpię, żeby to było spowodowane uczuleniem, brakiem apetytu, czy coś. Być może coś jest nie tak z jego psychiką, zdrowiem, albo portfelem. Nie wykluczam nic. W końcu znamy się od niedawna, więc...
- Aaaa tam, pójdziemy na miasto coś zjeść - oznajmiłem.
- Bo? - spytał, ponownie krzyżując ręce. Ehh, jaki on bywa irytujący! Może dlatego, że jesteś chodzącym szkieletem??? I nic nie jesz???
- Stawiam - oznajmiłem, a on przygryzł wargę, chyba rozważając taką opcję. Zgódź się, noooo... - Pójdziemy na co tylko chcesz, mam ochotę na wszystko - dodałem, chcąc go przekonać.
- No dobra... - zgodził się w końcu, ale z wyraźną niechęcią wypisaną na twarzy.

< Akuma? >