21 wrz 2018

Anubis DO Rose

Biegłem trzymając kromkę chleba w ustach. Byłem już spóźniony, za pewne wszystko się już zaczęło, a ja ledwo byłem gotowy. Nawet nie mogłem zrobić podstawowych czynności! I to jest siedzenie po nocach przy hazardzie. Oh Khole kiedyś stracisz głowę za spóźnienia. Spojrzałem na siatkę, która była niedaleko i odbiłem się od podłoża, aby zaraz sprytnie wspiąć się na górę i ją przeskoczyć. Opadłem na dół i prostując się rozeznałem się w terenie. Ugryzłem kawałek chleba po czym wziąłem resztę kromki do ręki. Zerknąłem na zegarek i pokręciłem zawiedziony głową. W końcu znowu wróciłem do biegu. Minęły może trzy minuty i byłem na miejscu. Cyrk. Tak, byłem przed cyrkiem gdzie pracuje, a spóźniłem się na występ. Na szczęście nie swój, to byłaby po prostu katastrofa, gdybym widział tylko swych klaunowych znajomych na scenie, chciałbym być razem z nimi! Pokazałem bilet i dojadając swoje suche śniadanie wszedłem. Od razu po drodze kupiłem dużą paczkę popcornu, bo jakże to byłoby bolesne, gdybym przez całe przedstawienie jadł suchą pajdę. Zamrugałem kilka razy siadając na ławce gdzie było sporo przestrzeni. Jako iż dzisiaj miałem dzień wolny chciałem skorzystać z atrakcji jakie były w cyrku. Obserwowałem wszystko z zainteresowaniem jedząc przy tym solony popcorn. Najwidoczniej moje chrupanie przeszkadzało wszystkim dookoła, bo zaraz dostałem, a to kawałkiem nachosa, a to jakąś maskotką. Ahh, dzieci, moja miłość. Nagle na... Że tak to ujmę "scenę" wkroczył Leo, łatwo się domyślić że jest to lew. Za nim weszła treserka, która miała pokazać kilka sztuczek. Lew przeskoczył przez kilka obręczy po czym zaryczał groźnie. Przystanął elegancko podnosząc jedną łapę do góry, a grzywa pięknie latała na wietrze wiatraka, cudo. Kto by chciał przeoczyć takie widoczki. Cały występ przebiegał idealnie, tak jak w sumie zawsze. Ponownie sięgnąłem do pudełka, jednak próbując coś wymacać nie znalazłem nic. Westchnąłem i odstawiłem pudełko na bok. Nie miałem już co jeść, a brzuchu dalej burczało. Musiałem jednak już przetrwać, nie chciałem już denerwować ludzi moim wstawaniem, przecież niski nie jestem. Minęła godzina, więc przedstawienie już się zakończyło. Wstałem i szybkim krokiem wyszedłem z namiotu. Chciałem szybko zajść w pewne miejsce, jednak było to prawdopodobnie niemożliwe. Znowu trzeba było wkroczyć w tryb biegu. Napuszył poliki i zdeterminowany ruszyłem w podskokach. Minąłem kilka budek, jakieś atrakcje. Masa ludzi na mnie patrzyła jak na wariata, ale kto by się przejął. Biegłem, biegłem i... Nie obeszło się bez wpadnięcia na kogoś. Był to starszy mężczyzna, który szedł z małą dziewczynką. Gasp. Aż oddech mi się zatrzymał. Kucnąłem przy nim i pomogłem mu wstać.
- Bardzo pana przepraszam, trochę mi spieszno, a jest tu i tłoczno, pana nie zauważyłem i na ziemi skończyłem - powiedziałem w pośpiechu.
Staruszek się zaśmiał i zerknął kątem oka na mnie.
- Nawet nie czujesz jak rymujesz młody - poklepał mnie po ramieniu i podniósł się z moją pomocą - ale dziękuję ci, że mnie nie zostawiłeś...
- Nigdy nie byłbym w stanie - uśmiechnąłem się i pogłaskałem małą dziewczynkę po głowie.
Odsunąłem się od nich i postanowiłem iść dalej.
- Miłego dnia! - powiedziałem na odchodne.
Spojrzałem na namiot, w którym pracowała wróżbitka. Na moje szczęście kolejka nie była spora, więc szybko się ustawiłem i począłem czekać. Nic innego mi nie pozostało. Minęło pięć, dziesięć.. może i dwadzieścia minut, ale dalej nie była moja kolej. Może ta dziewczyna była taka dokładna w swoim zawodzie? Westchnąłem głośno, gdy usłyszałem radosne "Następny!". Podszedłem i usiadłem na krześle przed fioletowowłosą.
- Dzień dobry - powiedziałem uśmiechając się i kładąc palce na stoliku - chciałem się dowiedzieć coś o swojej przyszłości jeśli chodzi o miłość... Byłabyś w stanie coś na ten temat powiedzieć?
Wróżbitka uśmiechnęła się i przytaknęła.

<Rose?> :3 Opko jakieś długie nie jest, uważam że fatalne też nie, ale no, jakoś do spotkania musiało dojść, a to był pierwszy pomysł XD

Anubis

"Nawet najmniejsza głupota uszczęśliwi człowieka" 

20 wrz 2018

Rose CD Vogel

Spacerowałam po terenie cyrku, zastanawiając się co teraz mogę zrobić. Dużo osób szeptało do siebie, jakby miało się coś wydarzyć. Zastanawiałam się czy przypadkiem o czymś nie zapomniałam, lecz nic takiego nie przychodziło mi do głowy. Obserwowałam jeszcze przez chwilę, jak przeróżni ludzie szli w różne strony. To do stołówki czy bądź swoich namiotów. Wyszłam z cyrku, udając się do lasu. Przez swoją przeszłość, kiedy nie mam pomysłu co mogę zrobić, albo muszę po prostu zostać sama. Muszę się tam udać. Czuję z nim pewną więź i jestem z tego dumna. Spacerowałam już dobre kilkanaście minut, swoją standardową trasą. Przechodziłam między drzewami, nasłuchując się śpiewów ptaków i odbijających się od siebie liści. Od pewnego czasu, jednak coś mi nie dawało spokoju. bałam się, że o czymś bardzo ważnym zapomniałam. Walnęłam się dłonią w czoło. Spojrzałam się na zegarek na nadgarstku. Za trzy minuty zaczyna się spotkanie! Biegłam ile miałam sił w nogach. Z każdą sekundą coraz trudniej mogłam złapać oddech. Starałam się wybierać, jak najwięcej skrótów. Momentami odgarniałam patyki i przeskakiwałam przez przewalony pień jakiegoś drzewa. Zwolniłam dopiero, kiedy się znalazłam kilka metrów przed namiotem, w którym odbywała się narada. Bardzo ciężko oddychając weszłam, próbując sobie uświadomić, ile mogłam pominąć. Ulżyło mi, kiedy się, że nic mnie nie ominęło. Szukałam wzrokiem jakiegoś wolnego miejsca. Zauważyłam, jak jakiś mężczyzna spuszcza ze mnie wzrok. Akurat obok niego dostrzegłam miejsce.
Kiedy tam dodarłam, w zupełności skupiłam się na sprawach poruszanym podczas tego spotkania. Po jakimś czasie poczułam na sobie wzrok tego mężczyzny. Starałam się udawać, że tego nie widzę, chociaż potem zastanawiałam się, czemu przyciągam jego uwagę. Coś z moim ubiorem jest nie tak? A może mam coś na twarzy?
Po spotkaniu pewien obserwator nastoletnich dziewczyn, ruszył bardzo szybko do wyjścia. Poszłam w jego ślady, próbując go niezauważalnie dogonić. Musiałam do niego krzyknąć, bo jednak po tym maratonie w lesie, nie miałam już sił.
Ty... Dlaczego się tak na mnie patrzyłeś?- spytałam krzyżując ramiona pod klatką piersiową. Irytuje mnie takie zachowanie, że ktoś się patrzy i nic nie mówi. Nie przepadałam za tym i wolę to od razu załatwić.
- Po prostu zdziwiłem się, że ktoś mógł się w ogóle spóźnić na tak ważne spotkanie, które było zaplanowane od dłuższego czasu - powiedział, patrząc się na mnie tym swoim, lekko dziwnym wzrokiem.
Już miałam mu powiedzieć jakąś ripostę, ale przez Pika nie było mi to dane. Wymienił z... Vogelem, kilka zdań, dzięki temu wiedziałam, że poza Pikiem z nikim nie ma bliższych kontaktów. Reprezentant naszego cyrku przez dłuższą chwilę, stał w milczeniu, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Nie miałam ochoty na pogaduszki, więc korzystając ze swoich nadprzyrodzonych umiejętności, w ułamku sekundy znalazłam się w swojej prywatnej przestrzeni. Zabrałam z szafki nocnej książkę. Położyłam się na łóżku, wracając do przerwanej poprzedniego wieczoru, lektury. Z każdą przewróconą kartką, coraz bardziej wczuwałam się w historię głównego bohatera, poznając jego sekrety. Momentami przewracałam się z boku na bok, gdy robiło mi się niewygodnie. Po przeczytanych kilku rozdziałach, zrobiłam się głodna. W sumie i tak była pora obiadowa, więc udałam się do bufetu. Nałożyłam na talerz kurczaka z ryżem, zajęłam dwuosobowy stolik, gdzieś na uboczu. Z czasem, pojawiało się więcej osób i powoli brakowało miejsc. W tłumie zobaczyłam Vogela, szukając wzrokiem wolnego krzesła.

<Vogel?>

19 wrz 2018

Vogel DO Rose

Siedzę w żółtym fotelu, czytając kolejną książkę autorstwa Somel Engreen, która opowiada dalsze niepewne losy zwykłego śmiertelnika w odmętach próżni. Złapałem za ucho od białego kubka, w którym znajdywała się dawno już ostygnięta, zielona herbata. Upiłem z niej niewiele, napawając się jej przyjemnym smakiem. Wtedy ponownie usłyszałem ciężkie kroki nad sobą. Uniosłem znacząco głowę, marszcząc przy tym brwi. Niby byłem w tej kamienicy nowy, ale już denerwowało mnie głośne życie mieszkańców mieszkanie wyżej. Westchnąłem ciężko, kładąc głowę na oparciu, próbując przy tym na powrót się skupić. Nic jednak z tego nie wynikło. Jęknąłem głośno, przewracając przy tym oczami, po czym rzuciłem książkę na stolik oddalony ode mnie o jakiś metr. Czym prędzej wstałem i ruszyłem w kierunku umywalki w kuchni. Żeby jakoś przeżyć kolejny wieczór bez pójścia tam i proszenia o trochę spokoju, musiałem przemyć twarz zimną wodą. Podszedłem do blatu i odkręciłem kurek, lecz kiedy zacząłem już nabierać wodę w złączone dłonie, usłyszałem, jak po klatce ktoś głośno się przemieszcza. Przemyłem twarz i oparłem się dłońmi o krawędź umywalki, pochylając się nad nią. Czy naprawdę o tak wiele proszę, mówiąc o ciszy? Powiedziałem do siebie w myślach. Zrezygnowany odepchnąłem się od metalowej końcówki i z powrotem podszedłem do fotela w celu ukojenia swych nerwów w kolejnych stronach zapisanego papieru. Wtedy do moich uszu dobiegły dziwne dźwięki. Dobijanie się do drzwi, krzyki, obijanie się o ściany, jeszcze cięższe kroki oraz to, czego bym się nigdy nie spodziewał. Strzał. Jeden, drugi. Zdezorientowany, ruszyłem już w stronę drzwi, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku, ale wtedy poczułem drganie pod sobą, a tuż po tym zacząłem opadać na ziemię, a mym oczom ukazał się sufit, który się do mnie zbliżał.
Obudziłem się ze strachem w szeroko otwartych oczach, gdy tylko poczułem czyjąś dłoń, która obejmowała moje ramię od tyłu. Szybko spojrzałem w tym kierunku, a tam ujrzałem zmartwionego Pika, który uważnie mi się przyglądał. Kiedy już się zorientowałem, że był to zwykły sen, zacisnąłem zęby, delikatnie odwracając od mężczyzny wzrok. Musiałem się uspokoić, to już nie powróci, już nic się nie stanie. Przymknąłem oczy i wypuściłem głośno powietrze ustami.
- Wszystko w porządku, dobrze się czujesz? -powiedział, lecz ja jeszcze słyszałem go jakby przez jakąś ścianę.
- Tak, tak -potwierdziłem, kiwając przy tym głową. Ponownie podniosłem wzrok, tym razem jednak zwracając go w stronę wiszącego za niebieskowłosym, zegara. Było południe, a mi się przysnęło, trochę dziwne.
- Na pewno? W końcu zaraz mamy zebranie -rzekł, odchodząc w stronę stolika, z którego wziął jakieś karty.
- Jakie zebranie? -zapytałem zdezorientowany, wygodniej usadawiając się na krześle, który jeszcze chwilę temu, służył mi jako łóżko.
- Już zapomniałeś? Przecież mówiliśmy jeszcze o tym rano, zanim przyszedłeś do mojego biura.
Złapałem się za podbródek i zacząłem myśleć, czy aby na pewno takie coś się wydarzyło.
- Nieważne, nie musisz o tym pamiętać, ponieważ najważniejsza jest twoja obecność -wzruszył ramionami, po czym skrzyżował ręce, bacznie mnie obserwując.
-Na czym ma to w ogóle polegać? -zapytałem, wstając przy tym. Musiałem się czegoś napić i to natychmiast.
- Na omówieniu kilku mniej lub więcej ważnych spraw dotyczących cyrku, a to znaczy, że wszystkich, którzy tutaj żyją -uśmiechnął się, zamykając przy tym oczy, co by mówiło, że jest tym tak jakby podekscytowany.
Przeszedłem obok jego osoby i podszedłem do dzbanka, w którym znajdywała się woda z plastrami cytryny. Nalałem sobie trochę do szklanki i wypiłem całą zawartość. Odstawiając szklankę, skrzywiłem się nieznacznie.
- To co, idziesz ze mną, czy jednak sam dojdziesz? -dodał jeszcze, na co spojrzałem na niego przez ramię.
Westchnąłem ciężko, po czym przeczesując długimi palcami włosy, mruknąłem twierdząco. Dłużej nie czekając, wyszliśmy z dość dużego namiotu, który był w zupełności inny od wszystkich. Różnił się rozłożeniem, kolorystyką, oraz tym, że znajdywał się mniej więcej pośrodku całego terenu, co wręcz dosadnie mówiło, że jest miejscem ważnym. Poprawiłem kołnierzyk koszuli i przybliżyłem się do niewiele wyższego ode mnie mężczyzny. Po kilku chwilach zauważyłem, że naprawdę wszyscy idą w kierunku dużego namiotu, który służył wszystkim występującym jako miejsce treningowe. Po wejściu do środka niemalże od razu powitano Pika, ja zaś zostałem od niego odepchnięty. Po chwili stwierdziłem, że go zgubiłem. Rozejrzałem się dookoła, po czym poszedłem wybrać sobie jakieś miejsce na samym końcu. Nie minęło dużo, jak czas przemówień się rozpoczął. Stojąc prawie że przy wyjściu, mogłem szybko i z łatwością zauważyć, jak ktoś chciałby wyjść, lub wejść. Patrzyłem się w tamtym kierunku, kiedy to ujrzałem wchodzącą do środka, zdyszaną dziewczynę. Rozejrzała się po tłumie, a gdy tylko usłyszała, że Pik dopiero co rozpoczyna, odetchnęła z ulgą. Z uśmiechem, zaczęła szukać jakiegoś wolnego miejsca. Wybierając miejsce, spojrzała w moim kierunku, przez co od razu odwróciłem głowę. Nie chciałem wyjść, za nie wiadomo kogo. Trochę się jednak zdziwiłem, kiedy do mnie nie podeszła, gdyż znalazła trochę przestrzeni po drugiej stronie. Znów zacząłem się jej przyglądać, co trwało przez prawie większość spotkania.
Wszystko trwało jakieś półtorej godziny, po którym chyba wszyscy byli zmęczeni. Przez obserwowanie dziewczyny, niezbyt wiedziałem, o czym w ogóle rozmawiają, ale pewnie w niedługim czasie się o tym przekonam. Wyszedłem na świeże powietrze i zacząłem się przeciągać, widząc przy tym, jak większość ludzi przechodzi obok mnie. Już miałem odejść w swoim kierunku, kiedy to nagle czyiś głos mnie zatrzymał.
- Hej ty!
Patrzyłem przed siebie, modląc się cicho, żeby te słowa nie były kierowane w moją stronę. Miałem zamiar ponownie się ruszyć, lecz głos powtórzył.
- Hej! Czekaj!
Zamknąłem oczy, a następnie zwróciłem się bokiem w tamtą stronę. Otwierając oczy, rozpoznałem tę osobę. To była ta dziewczyna, która się spóźniła. Miała na sobie przydługi, kremowy sweter i długie czarne spodnie, do tego jej włosy, które połyskiwały w świetle słońca. Zwróciłem się do niej przodem.
- O co chodzi? -zapytałem krótko.
- Ty... Dlaczego się tak na mnie patrzyłeś? -objęła swoje ramiona dłońmi, marszcząc przy tym delikatnie brwi.
Przez chwilę nic nie powiedziałem, nawet się nie poruszyłem, lecz po chwili zacząłem do niej podchodzić. Stanąłem zaraz przednią i pochyliłem się nad nią.
- Po prostu zdziwiłem się, że ktoś mógł się w ogóle spóźnić na tak ważne spotkanie, które było zaplanowane od dłuższego czasu -nie spuszczałem z niej wzroku, przez co widziałem, że nieco się zakłopotała. Już miała coś powiedzieć, lecz wtedy przeszkodził jej Pik.
- Vogel! Tutaj jesteś! Przez cały czas cię szukałem, dlaczego wyszedłeś beze mnie? O -zatrzymał się na chwilę, przyglądając się dziewczynie, po czym znów spojrzał na mnie -Widzę, że jednak twoje kontakty nie ograniczają się tylko do mnie -zaśmiał się cicho.
- Oczywiście, że nie -wyprostowałem się -Coś ode mnie chciałeś?
Mężczyzna jednak długo milczał, uśmiechając się tylko przy tym.

<Rose?> Mam nadzieję, że jako tako te opowiadanie się nadaje

15 wrz 2018

Vogel CD Smiley

Po moich słowach dziewczyna wyprostowała się nieznacznie, po czym przyglądając mi się już z wyraźnym spokojem w oczach, przedstawiła się szybko. Było to dla mnie dosyć dziwne, tym bardziej patrząc na sytuację, która jeszcze chwilę miała miejsce. Raz jeszcze złapałem się za skroń, zaczynając ją powoli masować. Chyba dla mnie jest już za późno na takie gierki. Pokręciłem głową, po czym podniosłem się na dłoniach, przez co chwilę później stałem już przed dziewczyną. Uniosłem dłoń do swojego czoła, bym następnie mógł przeczesać włosy palcami. Kiedy prawie wszystkie kosmyki były zaczesane do tyłu, objąłem tą samą dłonią swoje biodro, delikatnie się przy tym pochylając.
- Smiley, tak? -rzekłem w końcu, zaczynając ją ponownie analizować.
- Tak się nazywam -odezwała się niemalże od razu, przyozdabiając przy tym swoją twarz niewielkim, aczkolwiek czułym uśmiechem -Mogę poznać twoje imię? -zapytała nieco nieśmiało.
Odchrząknąłem gnieżdżącą się w gardle gulę, przysłaniając usta pięścią.
- Nazywam się Vogel, a przynajmniej tak mi się wydaje -odpowiedziałem poważnie, lecz nie na tyle, abym był w stanie ją przestraszyć.
Między nami nawiązała się krótka cisza, która była przerywana tuptaniem małych łapek dwójki zwierząt, które zapewne należały do niej. Znajdywały się za dziewczyną, wyglądając, jakby również o czymś żywo dyskutowały, a obserwując ich spojrzenia, mógłbym nawet stwierdzić, że gdyby mogły mówić, zapewne mówiłyby o mnie. Jest jednak to zbyt niedorzeczny pomysł, bo przecież, nic takiego się nie dzieje, prawda? Tak bardzo przykuły moją uwagę, że prawie zapomniałem o niej, lecz od razu oprzytomniałem, kiedy zauważyłem, że zaczyna kręcić rękoma, jakby w poszukiwaniu czegoś. Zaintrygowany jej postawą, ponownie skupiłem się tylko na niej.
- Coś nie tak?-zapytałem w końcu, na co ona uniosła głowę, przez co mogliśmy w końcu nawiązać kontakt wzrokowy. Wtedy coś poczułem, uczucie było jednak tak niewyraźne, że nie mogłem go odczytać.
- Twoje imię... -powiedziała nieśmiało, chcąc przy tym uciec ode mnie wzrokiem, lecz z trudem się od tego powstrzymywała.
- Co moje imię? -odpowiedziałem, marszcząc przy tym brwi. Co jest z nim nie tak?
- Twoje imię... Twoje imię oznacza ptaka w tłumaczeniu... -po wypowiedzeniu tych słów, schowała za siebie ręce, odwracając przy tym głowę. Naprawdę się wstydziła, jakby to, co powiedziała, było czymś naprawdę złym.
Kiedy to powiedziała, od razu sobie przypomniałem, że naprawdę to oznacza moje "imię". Złapałem się za brodę, po czym prychnąłem cichym śmiechem. Nawet bym nie pomyślał, że ktokolwiek będzie chciał tłumaczyć to przezwisko.
- Masz rację, ono oznacza ptaka -uśmiechnąłem się do niej -Skąd wiedziałaś?
- Ja... słyszałam kiedyś to tłumaczenie -odpowiedziała, odwzajemniając mój uśmiech, po czym odwróciła się do nadal "dyskutujących" zwierzaków. Przykucnęła przy nich i zaczęła je głaskać, przez co się uspokoiły.
Wciąż ją obserwowałem, kiedy nagle światło zaczęło delikatnie mrugać. Wtedy właśnie raz jeszcze rozejrzałem się po wnętrzu, które nadal było spowite ciemnością.
- Dlaczego jesteś tu o tak późnej porze? -rozpocząłem ponownie rozmowę, trochę już oswajając się z sytuacją -Nie byłoby lepiej, gdybyś trenowała za dnia? -Podszedłem do kartonów stojących na lewo od nas. Właśnie z nich wyciągnąłem kilka rekwizytów, takie jak maczugi, materiał z nożami, a także hula-hoop. Najbardziej jednak moją uwagę przykuły maczugi do żonglerki -były brudne i delikatnie zniszczone, przez co lakier zaczął z niektórych odpadać.
- Ostatnio miałam dużo na głowie, a na jutro mam zaplanowany występ.
- O, naprawdę? -odwróciłem się do niej, będąc widocznie zainteresowanym tym tematem -A czym się zajmujesz? Chciałbym wiedzieć, jako iż zostałem tutaj przyjęty jako taki, no nie wiem, doradca?
Smiley wstała i podeszła do miejsca, w którym najmocniej jarzyło się blade światło. Ukłoniła się nieznacznie w moim kierunku, po czym ponownie chwyciła za tyczkę, którą trzymała, gdy tylko tutaj zajrzałem. Podeszła do delikatnie naciągniętej liny treningowej, która była niewielkiej wielkości, gdyż mierzyła na oko niecałe trzy metry. Wspięła się na jej filary, po czym utrzymując równowagę przy pomocy długiego narzędzia, zaczęła po niej chodzić, raz po raz wykonując agresywniejsze kroki, jak obroty, czy niewielkiej wielkości skoki. Patrzyłem na nią z niemałym zachwytem, gdyż widziałem takie ćwiczenia po raz pierwszy. Jej pokaz trwał kilka minut, które z chęcią bym przedłużył. Kiedy skończyła, zeskoczyła na ziemię, prostując się przy tym. Zacząłem klaskać w dłonie, podchodząc przy tym do niej, na co ona ponownie się ukłoniła.
- To było naprawdę coś... pięknego -ponownie spojrzałem się na niewielką konstrukcję, próbując przypomnieć sobie jej choreografię.

<Smiley?>

13 wrz 2018

Smiley CD Ace

Dzisiejszego spotkania z Ace raczej przez dłuższy czas nie zapomnę. Spowodowane było to tym, że nasze spotkanie było trochę bolące. Jednak nie było tak źle.
Wybraliśmy się do miejsca, które zaplanowaliśmy dzień wcześniej. Jezioro życzeń zawsze mnie ciekawiło. Legenda związana z tym o to miejscem zawsze mi imponowała. Weszłam do wody po kostki. Była zimna, ale dało się wytrzymać. Sądząc po twarzy Ace, wyglądał on na bardzo zaciekawionego tym o to miejscem.
Chcąc się odrobinę zabawić z chłopakiem, chlusnęłam w niego woda. Jednak to co się wydarzyło po tym, bardzo mnie zaskoczyło. Woda stanęła przed chłopakiem jak gdyby nigdy nic. Gdy zrobił krok do tyłu, opadła ona na ziemię. Byłam bardzo zafascynowana tym zjawiskiem. Ale nie chciał mi nic powiedzieć, uszanowałam to, jednak ciekawość zaczęła mnie coraz to bardziej rozpierać w środku. Trudno było mi się powstrzymać od zadawania pytań, ale mierzyłam się z tym jak najbardziej tylko potrafiłam.
- Co powiesz, abyśmy sobie coś zjedli? - wyszłam z wody. - Tam jest mała kawiarenka - wskazałem palcem w stronę kawiarenki.
- Jasne, czemu by nie - odpowiedział trochę zakłopotany.
- No to chodźmy- chwyciłam go za rękę z uśmiechem na twarzy i pociągnęłam go ze sobą. Pogoda była dzisiaj piękną, więc trzeba było skorzystać z tego dnia jak najlepiej tylko potrafiłam.

<Ace?> Przepraszam, że tak długo musiałeś czekać na odpis

Smiley CD Vogel

Wstałam wcześnie rano, gdyż Pik chciał ze mną porozmawiać. Byłam dzisiaj pozytywnie nastawiona, gdyż dzisiejszego wieczoru przyśnił mi się jeden z dni w którym to z Vogel'em byłam na małej wycieczce. Tęskniłem za nim zwłaszcza, że chyba był on dla mnie kimś więcej niż tylko bardzo, bardzo, bardzo bliskim przyjacielem. Z uśmiechem na twarzy poszłam w stronę namiotu Pik'a. Zatrzymałem się na chwilę tuż obok Dague, który poprosił mnie o pomoc. Osoba przechodzące obok mnie, była mi dziwnie znajoma. Przetarłam oczy. Zapewne mi się wydawało lub po prostu pomyliłam ta osobę z kimś. Pomogłem Dague, po czym skierowałam się do Pik'a. Osoba stojącą tuż obok niego była mi znajoma. Sama nie wiedziałam do kogo za bardzo, ale z pewnością do kogoś. Chłopak przypominał mi Vogel'a. Wiedziałam, że to nie możliwe jest, aby on wrócił nie mówiąc mi przed tym niczego. Chłód przeszedł, gdy chłopak opuścił namiot.
- Kto to jest? - zapytałam się na sam koniec naszej rozmowy.
- To był Vogel - nie mogłam uwierzyć w to co powiedział Pik. Domagałam się wyjaśnień, które wyprosiłam od niego. Nie potrafiłam uwierzyć w słowa wypowiadane przez stojącego przede mną Pik'a.  
Aby upewnić się, że to prawda, zaczęłam go (nie kłamiąc śledzić). Gdy wyszedł poza tereny cyrku, obawiałam się, iż już nigdy go nie zobaczę. Chodziłam za nim, bacznie go obserwując. Widząc, że wrócił do cyrku i skierował się do swojej przyczepy, ulżyło mi. 
Wzięłam się za swój trening. Ucieszona na myśl o tym, że Vogel wrócił, nie miałam zamiaru więcej czasu czekać. Poszłam od razu, aby zrobić sobie mały trening, zwłaszcza, że dzisiaj nic jeszcze nie zrobiłam, a jutro miałam występować. 
Do namiotu nagle ktoś przyszedł. Widząc znajomą twarz w oczach stanęły mi łzy, które zaczęły powoli spływać po policzkach. Chłopak nie wiedział mi o co chodzi. Rozumiałam to. Otarłam swoje łzy.
- Możesz już przestać tak mi się przyglądać? Trochę to dziwne i niemiłe, tym bardziej że jeszcze się nie znamy - całkiem się różnił od Vogel'a którego ja znałam, ale nie przeszkadzało mi to. Liczyło się dla mnie to, że wrócił.
- Wybacz, to moja wina - otarłam mokre policzki od łez, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech. - Jestem Smiley, a ty? - wyciągnęłam rękę w jego stronę.

<Vogel?>

Vivi CD Cal & Rose

Moje ogony drgnęły gdy wyczułem zbliżającą się inna zbłąkaną duszyczkę. Przewróciłem oczami. Ah toż to była ta dziewczynka... Nie podobała mi się już gdy ją pierwszy raz zobaczyłem. Dzieciaki zaczęły się przegadywać. Położyłem po sobie uszka zirytowany coś do siebie mrucząc. Akurat musiała się zjawić i popsuć wszystko.... Ale cóż może będę mógł jakoś z tej sytuacji skorzystać. Myśląc to uśmiechnąłem się do siebie. Dziewczyna stanęła za jakimś drzewem myśląc co począć. Przysłuchiwałem się jej rozmyślaniom ignorując chłopaczka. Gdy wreszcie się teleportowała zniknąłem razem z nią. Rozglądnąłem się znudzony czekając aż pozbiera to po co przyszła. To jeszcze nie czas... Gdy wyczułem ,że zbliża się kolejny skok popchnąłem ją orzeż co straciła równowagę. Moment później siedziałem na gałęzi jakiegoś drzewa obserwując efekt. Dziewczyna niezdarnie spadła na dłużnego mi duszę księcia. Zachichotałem widząc ich miny.
- C...co ty wyprawiasz!? - Chłopak momentalnie zrzucił ją z siebie. - Na mózg ci padło czy co?!
- A-ah! Przepraszam cię - wymamrotała widocznie speszona Rose. - Ch-chyba mnie coś popchnęło gdy-
Cal jej przerwał.
- Nie mam zamiaru słuchać twoich idiotycznych wymówek! - Podniósł się z ziemi wściekły biorąc od niej ręcznik.
Ah to chyba był perfekcyjny moment aby się zjawić. Rozpłynąłem się w czarnej mgiełce aby pojawić się kawałek dalej. Szybko doprowadziłem się do porządku ukrywając pod iluzją swoje uszy i ogony. Wygładziłem swoje ubrania i powoli ruszyłem w stronę z której nadal dobiegały krzyki. Na miejscu oparłem się o drzewo i odchrząknąłem.
- No wiecie co tak w lesie to naprawdę nie wypada. Ja rozumiem ,że wy młodzi się kochacie ale bez przesady. - Uśmiechnąłem się słodko udając, że nie zauważyłem trupa w tle.
Oboje spojrzeli na mnie będąc w ciężkim szoku.
- Oh no co nie spodziewaliście się gości? 

< Cal? Rose? >

4 wrz 2018

Rose CD Cal & Vivi

Leżałam plecami na łóżku, próbując zasnąć. Nie szło mi najlepiej, więc stwierdziłam, że się ubiorę i pójdę na spacer. Założyłam noszone przez cały poprzedni dzień ciuchy. Związałam włosy wstążką, tworząc wysokiego kucyka. Opuściłam namiot, udając się w stronę lasu. Było strasznie ciemno, lecz po kilku minutach oczy zdążyły się przyzwyczaić. Obserwowałam cały czas swoje buty, jak gniotą pod moim ciężarem różne liście i gałęzie. Nie zależało mi na tym, by być cicho. W razie niebezpieczeństwa i tak mogę się znaleźć w ciągu jednej krótkiej sekundy w łóżku. Co do... Nagle zobaczyłam Cal'a, leżącego bez ubrań, cały w krwi, obok brutalnie zabitego jelenia. Natychmiastowo się odwróciłam tyłem. Starałam się delikatnie, dowiedzieć co się wydarzyło. Kiedy przypominałam obraz jelenia w głowie, powoli zbierało mi się na wymioty. To dobrze, że zrezygnowałam z kolacji.
-Bez ubrań nie będę rozmawiał- powiedział, czekając na swoje odzienie. W jego głosie czułam osłabienie. Ruszyłam kilka kroków do przodu, aby zniknąć z jego pola widzenia. Oparłam się o drzewo, unosząc głowę do góry. Zamknęłam oczy, rozmyślając co począć. Mogę przynieść ubrania, lecz staną się całe czerwone od jego krwi. Wtedy bym mogła go zostawić i raczej dałby radę sam. Chociaż to trochę bez sensu. Przez chwilę widziałam na jego ciele rany. Jeśli nie zostaną odpowiednio opatrzone to wda się infekcja i mogą się źle zagoić. Z teleportowałam się do łaźni. Powinien się umyć, dlatego szukałam czystych ręczników. Zabrałam z jakiejś szafki dwie sztuki. Jedną z nich zamoczyłam, bo wiadro wody to raczej zły pomysł. Przypomniałam sobie, że jeszcze zabiorę szlafrok. Nie zamierzam się teleportować kilkanaście razy, ponieważ nie taką bluzkę wzięłam czy coś. Używając teleportacji, zostałam przez kogoś popchnięta. Pojawiłam się tuż przy egoiście, upadając prosto na niego.

<Cal? Vivi?>

3 wrz 2018

Cal CD Rose & Vivi

No super. Miała się trzymać z daleka, a teraz przez nią jestem skazany na czyjąś pomoc. W dodatku zabrała mi laskę. Zacząłem się zastanawiać nad opcją z pielęgniarzem, ale gościa nie zdążyłem poznać. Kto wie, może będzie chciał amputować tę nogę.
- Możesz mnie przenieść do namiotu i dać apteczkę. Wtedy sobie już sam poradzę.- odpowiedziałem, prostując się i patrząc na nią z góry zimnym spojrzeniem mojego jednego oka. Dziewczyna nie była za bardzo zadowolona tym wyjściem, ale koniec z końców się zgodziła. Pomogła mi się dostać do namiotu, a potem przyniosła mi tę apteczkę.
- Super możesz już iść.- zająłem się swoją nogą. Nie miałem ochoty ani na jej pomoc, ani na rozmowy. Rose za to patrzyła, co robię, ale chcąc nie chcąc w końcu wyszła i zostawiła mnie w spokoju. W miarę zająłem się tą kostką. Szczerze nie znam się na tym i stwierdziłem, że mi to nie pomoże. Następnie już wziąłem się za skończenie liczenia moich monet.
Gdzieś z dwie godziny później moje ciało zwyczajnie wstało od biurka. Zdziwiłem się tym faktem. Nie chciałem nigdzie iść. Straciłem kontrolę nad ruchami. Poszedłem w stronę lasu. Starałem to sobie jakoś wytłumaczyć, ale się nie dało. Jakie może być racjonalne wyjście z tej sytuacji? No nie ma. W końcu stanąłem przed lasem. Poczułem przeszywający ból w kościach. Zaczęły się jakby łamać i przesuwać. Od razu padłem na ziemię. Parę chwil później stałem się jedynie obserwatorem. Nie mogłem nic zrobić. Byłem zszokowany tym wszystkim. Coś mnie opętało czy jak? Nie wiedziałem co o tym myśleć. Po raz kolejny nie mając władzy, nad własnym ciałem zabijałem ludzi! Nawet niewłasnym ciałem. Z tego, co udało mi się zaobserwować. Wyglądałem jak jakiś biały lis...może wilk. Sam nie wiem.
Mój koszmar skończył się równo o północy. Moje ciało wróciło do normalnego stanu. Leżałem w samym środku lasu. Bez ubrań. Mając w buzi i na rękach krew, a koło mnie leżał trup sarny. Zdołałem się podnieść. Jednak było to strasznie bolesne. Wtedy właśnie skumałem, że nie mam ubrań. Nic na sobie! Zacząłem panikować. Chociaż było ciemno i nikt mnie nie widział. Nawet nikogo tu nie było. Jednak to uczucie było okropne. Słabo mi się zrobiło, jak poczułem w ustach krew i gdy zobaczyłem ją na rękach. Po raz pierwszy nie wiedziałem co zrobić. Chwilę później usłyszałem w oddali czyjeś kroki. W krzakach zobaczyłem sylwetkę człowieka. To była Rose. Jeszcze jej tu brakowało.
- Nie podchodź nawet bliżej.- odezwałem się obolały. Chciałem zabrzmieć stanowczo, ale byłem wykończony i mi nie wyszło. Dziewczyna od razu stanęła i się odwróciła.
- Co ci się stało?- spytała. Nie dało się zignorować zdziwienia w jej głosie. Nie miałem siły na gadanie z nią. Słabo mi już było. 
- Bez okrycia nie będę z tobą rozmawiał.- odpowiedziałem. Jak mi teraz brakowało moich ubrań. To była jakaś masakra. Położyłem się na trawie. Przeniosłem wzrok na trup zwięrzecia koło mnie. Od razu zrobiło mi się niedobrze. Sarna miała rozerwany żołądek. Widziałem jej flaki, wszędzie była krew i te zamglone oczy. Niech ten koszmar się wreszcie skończy.

<Rose? Vivi?>