14 lip 2017

Vulnere CD Smiley

Spojrzała z powątpieniem, jak Smiley oddala się w stronę stajni, wcześniej wodze Szafira wciskając pod jego siodło. Wyglądał majestatycznie ze swoją bujną grzywą. Owłosienie ponad kopytami także dodawało mu potęgi, przynajmniej z wyglądu. Gdyby jednak spędziłoby się z nim czas, okazałby się łagodnym olbrzymem. Co prawda górował nad Hadesem tylko parę centymetrów, jeżdżąc na nim obok Smiley czuła się taka... mała. Swoją drogą, jak ona się czuje? Przecież niedawno miała kontuzję, jeśli możnaby to tak powiedzieć. W dodatku ten upadek, chociaż podniosła się szybko i Vulnere nie zdążyła do niej podbiec, tylko zatrzymała się z jedną nogą na ogrodzeniu, gdyż już wsiadła na grzbiet wierzchowca i pojechała dalej, wyglądało to naprawdę kiepsko. W dodatku ten wyraz bólu na jej twarzy... Coś musiało być nie tak. Być może po prostu nasiliła potłuczenie, ale wyraźnie było widać, jak stara się maskować ból. To prawda, że dobrze.jejtoszło, jednak luki w mimice twarzy były momentami widoczne.
- Na pewno nic ci nie jest? Bardzo mocno uderzyłaś ramienie o ziemię, w dodatku na to stłuczone - odezwała się, gdy Smiley wróciła z czteroma ćwiartkami jabłka oraz dwoma marchewkami, wszystko w jednej ręce. Tak, zdecydowanie coś było nie w porządku,
- Jak chcesz, to możesz obejrzeć... ale nie boli, już nie - powiedziała głosem adwokata. Ach, czy wszyscy muszą zgrywać takich wielkich i niezłomnych twardzieli? Cóż, być może nie lubi myśleć, że ktoś zna jej słabości. Ale przecież upadek z konia to nie słabość, sama spadła z jakiegoś conajmniej dwadzieścia razy. W tym roku. Jeździec nie spadający z konia nie jest prawdziwym jeźdźcem.

< Smiley? Dzięki za zdj ;P >


13 lip 2017

Akuma CD Rue

Poczuł, jak miękną mu nogi i kolana się pod nim uginają. Ciężar sprawy wisiał nad nim, przyduszając i niemalże zmuszając ociężałe ramiona do ziemi. Oddech stał się tak bardzo płytki, że musiał podeprzeć się o ścianę, by zachować przytomność i utrzymać się na nogach. Wszystko przez odpowiedź, jaka padłq ze strony ich "wybawczyni", pieprzonej zdziry kłamiącej w żywe oczy. Po cholerę była ta gadka o bezpieczeństwie każdego cywila, skoro teraz zamierza ich wydać, by uniknąć konfrontacji z Tobiasem? Oczy zaszły mu mgłą, teraz nie był nawet pewny, czy oddycha. To nie może się powtórzyć, nie po raz kolejny... Czyjaś dłoń na jego.plecach pozwoliła mu rozszerzyć powieki, które dotychczas bezwienie zaciskał. Podniusł wrok, ciepło skóry Rue docierało do jego ciała nawet przez materiał bluzki, dodając energii niczym jakaś bateria. Wciągnął gwałtownie powietrze do nagle palących płuc, złapał się za pierś, jakby to miało uśmierzyć ból i pieczenie, lecz niewiele zdziałało. Wzięła go pod ramię i siłą zaczęła ciągnąć, kuśtykając, a raczej skacząc na jednej nodze w stronę swojego, chyba, pokoju. Otworzyła łokciem drzwi, po czym rzuciła na łóżko Akumę, niezdolnego do zrobienia tego samodzielnie. Poczuł się znacznie lepiej, jednak nadal miał trudności z oddychaniem i poruszaniem się. Może to nawet i lepiej, gdyż z gniewu i bezsilności miał ochotę rozwalić gołymi pięściami cały budynek.
- Nie mogę w to uwierzyć - rzucił szybko, chrapliwym głosem. - A ja jej zaufałem - miał wrażenie, że się rozpłacze. Czuł łzy piekące w oczach, mogłoby to być także spowodowane przez lekkie niedotlenienie. Przynajmniej tak się tłumaczył tym, że zamiast planować ucieczkę albo i już ją realizować, walczy ze łzami jak jakiś ciota.
- I to był błąd, także z mojej strony. Ale powiedziała przecież, że weźmie dużo ludzi i nas uzbroi i wystawi tylko jako przynętę - oznajmiła. Wszechobecny chłód tylko się zasilił. Co? Skończył słyszeć na tym, jak odpowiedziała, że się zgadza, ale musi omówić wszystko dokładnie ze swoimi ludźmi i po 10 minutach oddzwoni. Poczuł wyrzuty sumienia. Ile już tutaj leży? Każda sekunda jest bezcenna. Czy poświęcona na ucieczkę, czy na podsłyszenie rozmowy agentów ze sobą oraz z tym, kto wyświetlał się na ogromnym telewizorze. Miotał w umyśle najgorszymi przekleństwami, lecz gdy usły
usłyszał łagodny głos Rue, uspokoił się. Myśl, że jest przy nim, już sama w sobie była kojąca.
- Już ci lepiej? - nie pamiętał, by kiedykolwiek słyszał taki ton i taką barwę głosu. Nie tylko u niej, w ogóle. Czuł się tak, jak gdyby to jego mama siedziała obok i trzymała go za dłoń zapewniając, że z tego wyjdzie, jak zwykle. "Dzięki, mamo" - pomyślał. A może powiedział? Nie czuł ruchu warg. Niewiele czuł. Poruszył powiekami, otworzył oczy. Z początku widział oślepiające światło. Potem długi brązowy warkocz, potargany, lecz wciąż ładny.
- Zemdlałeś - wytłumaczyła spokojnie, miał wrażenie, jakby słyszał głos anioła, dobiegał z oddali, choć zdawał się bliższy. Pokiwał głową.
- Czuję - wymamrotał. Jeśli wcześniej wspominał o swojej matce, doskonale to ukrywała. Spróbował wstać. Głowa niemiłosiernie go bolała, jakby jeszcze przed chwilą dostał w nią z cegły. Ku jego uldze, Rue go.nie powstrzymała. Usiadł chwiejnie na brzegu łóżka. Coś mokrego spadło na jego kolano. Spojrzał w tamtą stronę. Ujrzawszy zmoczony papier toaletowy, uśmiechnął się lekko.
- Tamtego ręcznika wolałam nie dotykać - zaśmiała się cicho.
- Dzięki - powiedział słabo. Zmarszczył brwi. - Co w końcu postanowili? Wiesz? - spytał. Bezsilność i furia zaczęły rodzić się w nimna nowo.
- Poszłam tam jeszcze na parę minut i podsłuchałam coś - normalnie opieprzyłby ją zdrowo za to, że poszła tam sama i tym samym naraziła się na... cokowiek, ale siedział dalej, wlepiając nadak nieco zamglony wzrok w jej oczy. - Chcą nas wystawić na przynętę. Taki pokaz - mówiła szeptem, kamery i pluskwy - zajmą się resztą. Niedługo pewnie przyjdą. Z tego, co zrozumiałam, wróg myśli, że transakcja odbędzie się bez przeszkód. Mają zamiar zaatakować odsłoniętego i skłonić tym samym innych do wyjścia z kryjówek. O ile w ogóle będą... - i o ile nie kłamią i o ile wróg wyjdzie z ukrycia. Sądząc po tym wszysrkim, co się zdarzyło, nie kiwnęliby nawet palcem. Chyba, że chodzi o strzelanie.
- O - jej mina mówiła wyraźnie, że to niw takiej odpowiedzi się spodziewała. Ale myśl, że prawdopodobnie oboj umrą, przybiła go. Naciągnął kołdrę na plecy, chcąc zachować resztki ciepła. - Robimy z tym coś? - spytał. Normalnie sam spróbowałby coś wymyślić, ale nie miał na to sił. Chciał iść spać.

< Rue? Weny brakk :/... >







Rue CD Akuma

I nagle straciłam kontakt z rzeczywistością. Oczy same się zamknęły, a moja głowa spoczęła na mięciutkim materacu. Ponad to miałam dziwne wrażenie, że jestem bezpieczna, że nic się nie stanie, jeśli chwilkę pośpię. A ta chwilka była jak z bicza strzelił. Nie zdążyłam nawet zareagować, kiedy sen zawładnął nade mną i całkowicie odciął od świata. Pamiętam, że rozmawialiśmy o czymś z Akumą... ale teraz? Był tylko sen, miły, przyjemny i... bardzo krótko. Kiedy otworzyłam oczy, znajdowałam się w pokoju bez chłopaka. Miałam problemy z podniesieniem głowy - czyżby tak bardzo brakowało mi snu? Nie udało się, dlatego zostałam w takiej pozycji, jakiej spałam. Ale że nawet leżałam pod kołdra? Ktoś mnie nakrył? Ale czy to mój pokój, czy zabrali chłopaka? W końcu to u niego siedzieliśmy kiedy nagle zasnęłam... on też? W sumie nie budził mnie, a może nie dał rady? Rozejrzałam się i stwierdziłam, że to jednak mój pokój. Skąd to wiedziałam? Po drzwi do łazienki były po drugiej stronie, jak i wszystko, co tu było, kiedy u Akumy było właśnie na odwrót. Tylko tym się różniły. Gdybym tego nie zauważyła, rozróżnienie obojga pomieszczeń było by dla mnie nie możliwe.
Czyli co? Jestem u siebie? Jakim cudem? Lunatykowałam? Czy po prostu zauważyli, jak razem spali i ktoś mnie stamtąd wyniósł, kładąc w moim pokoju? W sumie... nie wiem jak to odebrać. Gdybym miała siłę, wkurzyłabym się i zniszczyła kamery, które sobie bez żadnych kamuflaży wiszą w katach pomieszczeń, ale jej nie miałam. Mogłam tylko leżeć bez sensu w swoim łóżku i nic więcej. Z drugiej jednak strony byłam wdzięczna temu komuś, że mnie przykrył. Chociaż tyle dobrego.
Patrzyłam się nieobecna w sufit. Myślami byłam całkowicie gdzie indziej - w postrzelonym samochodzie, gdzie odnaleźliśmy te wszystkie papiery, a w tym moją siostrę i moje prawdziwe imię. Cassie? Jak to było? chyba Defflayt... Nie jestem pewna, przedziwne nazwisko, do którego nigdy się nie przyzwyczaję. Jak też to tego imienia. Jest Rue. Nie nazywam się inaczej, jak Rue. a co do mojej siostry... nie żyła. Mimo, iż powtarzałam sobie w myślach to z setki razy, nie potrafiłam nawet uronić łzy. Nie znałam jej, wiec dlaczego mam płakać? Bo była moją siostrą? W rzeczywistości nikim dla mnie nie była, nie znałam jej. Tak jak całą rodzinę. A może spróbować... ich odnaleźć? Ale po co? Co mi to da? A jeśli nikt już nie żyje? Zostałam sama? Dopiero ta ostatnia myśl wymusiła na mnie jedną łzę, której szybko się pozbyłam. Raptownie mogłam wstać i ruszyć ręka, aby wytrzeć mokry policzek. Nie byłam sama, miałam jeszcze Akume. I Smiley. I cały cyrk, on był moim domem, miałam tam przyjaciół... Nie mam do niczego innego wracać, tylko tak. Z moim przyjacielem, bez którego pewnie już bym nie żyła, a nawet jeśli, to w okropnych męczarniach. To dzięki niemu jeszcze żyje. A jeśli uda nam się i to przeżyć, odwdzięczę mu się. Jakoś.
Miałam zamiar pójść do łazienki aby oblać swoją twarz, a może i wziąć prysznic - mimo, iż na takowy nie miałam w żadnej mierze ochoty - ale kiedy byłam przy drzwiach, moją uwagę zwróciły głośne ciężkie kroki za wyjściowymi drzwiami. Idą znowu po mnie? Ale one ucichły, pobiegły dalej. Chwilę stałam tak trzymając klamkę do łazienki, aż stwierdziłam, ze skoro i tak mam zginąć, to zobaczę co oni tam wyrabiają. Sprawdzę, jak żyją sobie ci agenci, póki ja nie odwiedzę drugiego świata. Wyjrzałam ostrożnie zza drzwi sprawdzając, czy nikogo nie było. Ostatnia osoba zniknęła mi z oczu na końcu korytarza. Poszłam jeszcze tylko po chłopaka, bo po co samemu mam latać? I jeszcze z kulą?
Poczekałam tylko aż się do końca ubierze (pf... żeby robić striptiz, najpierw trzeba mieć co pokazać - tak bym mu powiedziała, ale nie było czasu, nawet nie zwróciłam na to większej uwagi). W końcu Akuma wyszedł, a ja pociągnęłam go za rękę.
- Gdzie idziemy? - zapytał szeptem, a ja skierowałam się w kierunku, w którym zniknął mi ostatni agent.
- Skoro i tak mamy zginąć, to chcę sprawdzić co oni robię - odpowiedziałam, a chłopak posłął mi spojrzenie, że jestem idiotką.
- I po to wparowałaś mi do pokoju? - prychnął nieco rozgniewamy. Czyżby nasza śpiąca królewna się nie wyspała, czy wstała lewą nogą? Nawet na to nie było czasu.
- Słuchaj. Oni gdzieś biegli, więc może coś się ciekawego wydarzy. A że my jesteśmy ostatnio "ciekawymi" gośćmi, to wiesz... - powiedziałam nawet na niego nie spoglądając.
- dobra, ale jak coś, to był twój pomysł - zaśmiałam się pod nosem.
- Wymiękasz? A ty chciałem mi striptiz pokazać - szturchnęłam go lekko, na co ten prychnął.
- Będziemy mieli jeszcze większe problemy. A jak chcesz mnie zobaczyć gołego, to po prostu powiedz - odpowiedział.
- Jesteśmy bliscy śmierci. Zgarnęli nas agenci FBI, poluje na nas groźny bandyta i ty mówisz o większych kłopotach? - zaśmiałam się. - Czyli, że gdybym ci kazała rozebrać się teraz na środku drogi byś posłuchał? - dodałam spoglądając na niego. Zmarszczył brwi.
- Nie ważne - mruknął, na co poczułam satysfakcję wygranej.
- Jak to? Nie będzie nam stawiał warunków! - usłyszeliśmy krzyk i stanęliśmy za ścianą przy jakichś otwartych drzwi.
- Za późno - odpowiedział męski głos. Lekko się wychyliliśmy z chłopakiem. Grupa ludzi stała do nas tyłem, a przodem do ekranu, w którym widziałam łysego mężczyznę; na pewno nie Tobias'a. - Mój szef sobie życzy, abyście oddali tę dwójkę. Wtedy zaprzestanie mordowania niewinnych ludzi - spojrzeliśmy z chłopakiem po sobie. Czyli co? To koniec?
- Nie zgadzamy się na to!
- Skoro tak, to sami po nią przyjdziemy - odparł spokojnym głosem, a wszyscy się zaśmiali.
- To jest nasz budynek. Wszędzie mamy kamery, ściśle strzeżony, nawet nie przekroczycie progu - odpowiedział mu kobiecy głos, który wcześniej walnął ręką o stół.
- Skoro macie taki dobry budynek, to czemu nas jeszcze nie złapaliście? - zaśmiał się.

<Akuma? To co dalej?>

Smiley CD Vulnere

Poszłyśmy na łąkę, aby koń Vulnere mógł sobie spokojnie pochodzić, pobiegać i co tam jeszcze będzie chciał robić. Szafira przygotowałam do ćwiczeń po czym ruszyliśmy cała trójką do namiotu w którym odbyć się miały ćwiczenia.
Szafir zwrócił swój wzrok na mnie i spojrzał się na mnie swoimi dużymi, pięknymi oczyma. Kochałam ten jego wzrok.
- Vulnere ty sobie stań w tamtym miejscu. Niedługo powinna Bisca i Yuki przyjść, więc nie będziesz sama - uśmiechnęłam się.
Podeszłam do Szafira. Wzięłam jego bujną grzywę i splotłam mu z warkocza grzywę. Miał trochę za długa i nie chciałam, aby mi lub samemu Szafirowi nie przeszkadzała. Uwinęłam się z tym szybko po czym przeszłam do rozciągania. Jak tylko wsiadłam na Szafira, po małym stępie przeszłam do kłusu, a na samym końcu do galopu. Podczas gdy Szafir galopował ja zeszłam z siodła, trzymając się mocno zaczęłam biegać równo z koniem po czym przeszłam na drugą stronę. I tak kilka razy. Co prawda rana na plecach bolała, ale jakoś wytrzymałam. Zaczepiłam się jedną ręką o siodło, a druga puściłam. Szafir zwolnił co dało mi możliwość stanowcza na siodle. Tempo konia było szybsze od kłusu ale nie tak szybkie jak galop, coś pomiędzy. Stojąc solidnie na siodle w odpowiednim momencie zrobiłam salto. Zrobiłam kilka innych sztuczek, a nim się obejrzałam nastał czas, aby kończyć. Miałam szczęście, że dzisiaj nikogo nie było. Chcąc zrobić na zakończenie potrójne salto, nie udało mi się i spadłam.
- Ałć... - powiedziałam. Szafir przeleciał kółko po czym podszedł do mnie. Posmerał mnie swoim nosem, a ja wstałam. Wsiadłam na niego i zrobiłam ten sam trik i tym razem mi się udało. Szafir przeszedł do stępa, a ja zeszłam z siodła.
- Szafir pochodź sobie jeszcze, a ja ci przyniosę smakołyki - pogłaskałam, a on zrobił to o co go poprosiłam. Ból w plecach był ogromny w dodatku ten upadek niczego mi nie ułatwił. Nie miałam zamiaru o niczym mówić Vulnere.
<Vulnere?>

12 lip 2017

Helsing CD Shavile

Gdy tylko obiekt mego pożądania zakończył swój krótki lot w mojej dłoni, potulnie i grzecznie opuściłem pomieszczenie, rzucając tylko krótkie spojrzenie przez ramię. Co za wspaniały początek dnia.
Umyłem zęby – swoją drogą nie ma nic gorszego niż stanie tuż przy dziewczynie i konieczność powstrzymywania głębszego oddechu, ale to tak swoją drogą – i ponownie przemyłem twarz wodą. Ze zdegustowaniem spojrzałem na usta wykrzywione w podłym uśmiechu, widoczne w odbiciu lustra. Tak, ciesz się, ciesz na zdrowie.
Zachowując w pamięci obraz zgrabnych ramion nieznanej z imienia dziewczyny – bo czemu nie – wróciłem do siebie, by dokończyć szereg porannych czynności związanych z doprowadzaniem swojego wizerunku do porządku. Jakieś dwadzieścia minut później byłem już na stołówce i brałem gotowe śniadanie składające się z dwóch kanapek na tostowym chlebie. Najobrzydliwsze pieczywo z możliwych. Jest takie słowo? Nieważne, w każdym razie chleb tostowy jest najgorszym szajsem jaki można wziąć o ust. Ale nie było nic innego, a ja nie wybrałem się jeszcze na zakupy, żeby samemu przyrządzać sobie godne posiłki, więc musiałem się nim pożywić.
- Gdzie moja pasta? - usłyszałem za sobą, gdy brałem w ręce talerz ze swoim śniadaniem. Odwróciłem się, by ponownie ujrzeć ciemnowłosą dziewczynę, którą wcześniej zastałem w łaźni. Już ubraną.
- W moim namiocie – odparłem, uśmiechając się niewinnie. Czy zabieranie pasty było zamierzone? Nie w pełni, nazwijmy to podświadomym działaniem. - Ale nie idź tam beze mnie.
- Nic mi się nie należy? - spytała z pół-uśmiechem.
- Śliczne podziękowania. I zapraszam do wspólnego posiłku – wskazałem ruchem głowy wolny stół.


< Shavile? >

Akuma CD Rue

Westchnął przeciągle, czy tracą zmysły? Być może, być może nawet już je stracili i tylko ostatkiem próbują nie wydrapywać palcami własnych oczu, nie rzucać się na ściany niczym omamione zwierzęta ani nie zatracać w nich samych, pozostawiając swój własny świat tylko i wyłącznie dla swojego poglądu.
- A nudzisz się? - spytał spoglądając bez wyrazu na podłogę. Była chłodna, czuł to nawet bez dotykania jej bezpośrednio skórą. Materiał nie zdołał powstrzymać zimna, starał się na nim skupić i utrzymać ostrość widzenia. Poczuł się zmęczony, powieki same mu się zamykały. Ale dlaczego...? Podniósł ociężałe ramię, czuł się tak, jakby spał na nim całą noc i teraz nie potrafił wykonać najłatwiejszego z pozoru ruchu. Przycisnął dłoń do twarzy i potarł ją z nadzieją, że to uchroni go przed snem i dalszą działalnością zmęczenia. Może wziąłby prysznic, czy coś? Czy to by pomogło? Przegoniłoby senność i omamy, przez moment nie mógł się ruszyć. Teraz już totalnie stracił panowanie nad swoim ciałem, zaczął panikować. Ostatnim razem przytrafiło mu się coś takiego tydzień temu, tak, dokładnie tak. Siedem dni, czyli tydzień. Był świadom tego, co się dzieje. Widział leżącą na łóżku Rue, swoje nogi wykrzywione w niewygodnej pozie oraz wszystko inne, przykład nienagannego świata. Tak na prawdę nie do końca tak było - kartka i ołówek obok oraz poduszka leżąca na ziemi psuły wszystko. Spróbował zacisnąć pięści, poruszyć palcami, otworzyć usta lub jakkolwiek się odezwać, przełknąć ślinę,... Ale nic się nie działo. Nic, kompletnie nic. Cisza, martwa cisza, szara rzeczywistość, wszystko pod władaniem paraliżu sennego. Cholerny bydlak, zawsze przychodził wtedy, gdy go się nie chciało. Czyli musiał przysnąć. Ale kiedy? I na ile? Co w międzyczasie się wydarzyło? Ona za to wyglądała na spokojną, możliwe, iż także zasnęła.
Obudził się po piętnastu minutach, wszystko wyglądało tak samo. Z jednym wyjątkiem, nie było Rue. Wstał natychmiast, czując ból w nogach, plecach oraz karku - na ogół, niewygodna poza dla kręgosłupa oraz kolan. Rozejrzał po pomieszczeniu, ani śladu życia. Wbiegł do łazienki, kuśtykając przez wciąż niesprawne nogi po okropnym śnie. Tam też nic.
- Rue? - spytał, jednak zdał sobie sprawę z tego, iż nic nie wskóra. Jej tutaj nie było. Zabrali ją? A może sama wyszła? Powiedziałaby, raczej. Nagle przypomniał sobie, w jakli sposób wcześniej się komunikowali. Podszedł do ściany i zapukał trzy razy. Nic. Odczekał piętnaście sekund, po czym ponowił czynność. Nadal nic, cisza. Może zasnęła i ją przenieśli, nadal śpiącą? A jeśli ją zabrali? Tylko gdzie? Badania już wykonane. Rozmowa mogłaby być dość prawdopodobną wersją, zważywszy na to, jak wiele do przedyskutowania jeszcze im zostało. Oby w nic się nie wpakowała, pomyślał mając przed oczyma najczarniejsze scenariusze.Krew, wnętrzności, połamane czaszki tworzące jedną wielką kupkę. Na jej szczycie stał Tobias. Rewolwer zamienił się w karabin maszynowy, ponownie wycelowany prosto w jego głowę. Barwy stały się bardziej szare, jakby wyblakłe. Potrząsnął głową, prysznic. To musi go uratować Rue jest bezpieczna, nie ma się o co martwić. To siedziba FBI, a przynajmniej paru z ich agentów jest tutaj, strzeże wszystkiego.
Zimna woda pozwoliła ochłonąć rozbolałym mięśniom, zamiast je rozgrzać i ułatwić sprawę. Ważne, że pomaga teraz. Później będzie się o to martwił. Szampon wpłynął mu do oczu, drażniąc je tak bardzo, iż po policzkach mimowolnie popłynęły mu łzy. A może to była po prostu zwykła woda? Nie był już niczego pewien. Nie tak, jak kiedyś. Obmył dłonie, starając się pozbyć substancji z tak czułej części ciała. Zajęło mu to chwilę, czuł wyraźnie, jak nawet po wszystkim jego oczy pulsują i są wyraźnie opuchnięte. Zmył z siebie wszystko, po czym popchał metalową dźwignię wielkości jego serdecznego palca, zatrzymując tym samym dopływ wody. Wyszedł z kabiny, łapiąc za śnieżnobiały ręcznik, którym wytarł włosy i następnie obwiązał się wokół bioder. Tamte ubrania nadawały się do wyrzucenia - poplamione krwią, podziurawione i mocno nadużyte. Spojrzał na swoją sylwetkę w lustrze, lekko się garbiąc. Szwy na boku odznaczały się wyraźnie na jego bladej skórze, podobnie jak dziesiątki zadrapań i siniaków. Twarz miał jeszcze bledszą niż zwykle, przekrwione oczy oraz sińce pod nimi. Mimo wszystko czuł się o niebo lepiej. Świeżość pozwoliła mu na choć częściowe zapomnienie o minionych chwilach. Chyba już zapomniał, jak to jest być czystym. Nałożył opatrunek ponownie na szwy w obawie, że rana mogłaby jeszcze krwawić, po czym wyszedł z łazienki i znalazł się z powrotem w pokoju, mającym być jego sypialnią. Podszedł do szafy. Sam nie wiedział, czego się spodziewał, ale na pewno nie pięciu par nowych bokserek, takiej samej ilości skarpetek, czarnych bluzek, jednej pary butów ( oryginalnych Nike! ) i dwóch par spodni - jeansy oraz szorty do kolan, wszystko w takim samym kolorze. Ze zdziwieniem podniósł po jednym z każdej utworzonej kupki, wybierając krótsze spodnie. Następnie bluzką zakrył kamerę mieszczącą się w rogu pokoju, korzystając z krzesła, by dosięgnąć. Jeśli gdzieś jeszcze są jakieś, będą mieli widoki. Pozwolił, by ręcznik opadł swobodnie na podłogę, po czym ubrał bokserki oraz szorty. W chwili, gdy drzwi się otwarły, miał zamiar ubrać luźną koszulkę. Spiorunował Rue wzrokiem.
- Naucz się pukać, miałabyś darmowy striptiz - mruknął, a ona natychmiast uciszyła go gestem dłoni. Następnie wykonała kolejny, oznaczający " No chodź, idioto". Wzruszył ramionami, po czym podskakując włożył skarpetki oraz buty, po czym poszedł za nią zastanawiając się, co tym razem wykombinowała.
< Rue? Pomysłu brak ;<  >

11 lip 2017

Shavile CD Helsing

Nie ukrywam. Ujrzenie czegoś takiego z samego rana nie było moim największym marzeniem… Jeśli w ogóle można stwierdzić, że nim było. Subtelnie zasłoniłam dłonią kasztanowe oczy, czekając, aż nieznajomy łaskawie się czymś zakryje.
- No proszę, proszę. Zboczeniec i rabuś w jednym? - roześmiałam się, a mój śmiech rozszedł się echem po ścianach czystej łaźni. Zaczesałam niesforne kosmyki czekoladowych włosów za ucho, które skręciły się od zbyt dużej wilgotności i zasłoniły mi mężczyznę. Nie miałam wcześniej okazji by go spotkać, tak jak i reszty swoich kolegów czy koleżanek z pracy. Zawdzięczałam to zdecydowanie swojej 'dzikiej' naturze. Mam tu na myśli, że ćwiczę - albo się staram - w samotności, a po treningach resztę dnia przebimbuję w namiocie.
Otaksowałam mężczyznę uważnym spojrzeniem, zagryzając niekontrolowanie dolną wargę. Czy nie jest on ideałem? Umięśniony, szerokie barki, silne, przyozdobione grubymi żyłami ręce i zarysowane mięśnie na brzuchu, ale jednocześnie odznaczający się wąska talią i sprawiający wrażenie smukłego, i wątłego mężczyzny.
- Czyżbym aż tak Ci się spodobał, że odchodzisz od zmysłów? - zażartował.
Słysząc jego jakże wysokich lotów żart przywołałam po chwili równie głupi i lekko sarkastyczny uśmiech, który spapugowałam po towarzyszu, wyciągając następnie z kosmetyczki wspomniany przez niego wcześniej przedmiot.
- O czegoś takiego szukasz? - spytałam wciąż uśmiechnięta, machając tubką na lewo i prawo.
- Dokładnie tak. Z nieba mi spadasz. - odparł pospiesznie mężczyzna, podchodząc do mnie.
Kiedy staliśmy dość blisko siebie, ponownie się zaśmiałam, chowając pastę do zębów z powrotem do kosmetyczki.
- Ups. Więc nie mam. - poklepałam nieznajomego po ramieniu delikatnie, wymijając go tanecznym i przepełnionym gracją ruchem. Prześlizgnęłam się szybko w okolice najbardziej oddalonego prysznica, a tam powiesiłam biały ręcznik na drzwiach kabiny prysznicowej. Położyłam kosmetyczkę na sąsiedniej umywalce, zerkając na chłopaka zza ramienia. Zaczęłam podwijać górną część piżamy, ale widząc, że go to nie przekonuje do opuszczenia damskiej łaźni, westchnęłam ciężko.
- Jesteś na tyle zboczony i zdesperowany, że będziesz tu teraz jak ten ostatni kołek stać?
- Tak.
Słysząc szybką i pewną siebie odpowiedź zmarszczyłam brwi, rozbierając się do bielizny.
- Teraz wyjdziesz? - spytałam z nadzieją w głosie, rozkładając bezradnie ręce.
- Nie. Wyjdę, kiedy dasz mi pastę. - odparł i skrzyżował ręce na torsie.
Boże, jak on seksownie wygląda. I ten tatuaż...
Pomyślałam sobie, wyciągając z kosmetyczki jego upragniony przedmiot. Rzuciłam mu tubkę, zsuwając ramiączka od stanika.
- A teraz zmykaj w podskokach. - prychnęłam i zamknęłam się w kabinie prysznicowej, rozbierając z bielizny i puszczając strumień gorącej wody.
- Oddasz mi dziś swój deser.. - odparłam z uśmiechem, mówiąc do siebie pod nosem.
Taka mała zapłata, o której on nie musi wiedzieć.

<Helsing?> Radzę Ci byś solidnie umył te zęby

Rue CD Akuma

Ułożyłam się wygodnie na jego łóżku, poprawiając nogę.
- Jak chcesz, żebym zamilkła, to ładnie poproś - powiedziałam zamykając oczy i kładąc ręce za głową. Nagle poczułam zmęczenie, ale nie pójdę teraz przecież spać.
- Ciebie? Nigdy - prychnął. Słyszałam szelest kartki, a kiedy otworzyłam jedno oko, zauważyłam, że chłopak coś dorysowuje do mojego rysunku. Automatycznie się podniosłam i zajrzałam mu do obrazka.
- Co ty robisz? - zapytałam z wyrzutem. Jak on mógł poprawiać moje piękne arcydzieło?!
- Nie widzisz? - narysował kreskę pionową wzdłuż brzucha. - Nie jestem taki gruby, ja mam mięśnie - powiedział poprawiając, na co się zaśmiałam. Wsadziłam palec w jego brzuch, a dzięki temu, że nażarliśmy się jak świnie, a on nieco się garbił, mimo tych jego mięśni, mogłam złapać trochę za sadełko. Posłał mi mordercze spojrzenie, ale dokończył swoje poprawki. - Gotowe - ponownie przyjrzał się rysunkowi.
- Moja wersja była lepsza - powiedziałam przyglądając się nowej kreaturze; może nie całkiem nowej, po prostu chudszej.
- Chciałabyś. Ja idealnie ująłem swój brzuch - poklepał swoją cześć ciała, na co się zaśmiałam. Ponownie położyłam się na łóżku, a chłopak odłożył ołówek i kartkę na biurko. - Jak zaśniesz, to cię zwalę z tego łóżka - dźgnął mnie nogę w udo.
- Nie zrobisz tego - prychnęłam otwierając oczy i patrząc w sufit.
- Podaj chociaż jeden powód, dla którego bym tego nie mógł zrobić - był bardzo pewny siebie. Uśmiechnęłam się.
- Noga. Mam nogę w gipsie - wskazałam na chora kończynę, którą mimo wszystko chętnie bym obcięła. Tak bardzo chciałabym się pozbyć gipsu i zrobić salto, gwiazdę, wszystko! Połazić na linie, na rękach, na jakimś murku... Cokolwiek! Tak mi tego wszystkiego brakuje... Akuma chwilę milczał mierząc mnie wzrokiem. Rzeczywiście, gdy nie widział co powiedzieć, milczał, ale do czasu.
- Dobra, to cie uduszę poduszką.
- Leże na niej - zaśmiałam się, a on posłał mi mordercze spojrzenie.
- Na razie - wychylił się i złapał białą rzecz zwalając mnie z niej. Także ją złapałam.
- Nie oddam bez walki! - powiedziałam dumnie, niczym przywódca wojska, który właśnie idzie na wojnę.
- No dobra - wzruszył ramionami i popchnął na mnie poduszkę, przykładając mi ja do twarzy, ale tylko na chwilę. Kiedy ją zabrałam udałam przejęcie.
- O nie! Moja twarz! To koniec! - wystawiłam język na bok przekręcając głowę i wywracając oczy do góry.
- Mówiłem, że cię uduszę - zaśmiał się demonicznym śmiechem. Po chwili wstałam, prawie w niego nie uderzając głowa.
- Chyba zaczynamy wariować z tej nudy... - przyznałam nadymając policzki.

<Akuma?>

10 lip 2017

Volante CD Lunativ

Obracał się. Z gracją, z łatwością, z uczuciem. Jego ruchy były gładkie, delikatne, a stanowcze jednocześnie. Były harmonijne, dokładnie zaplanowane. Hipnotyzowały, wciągały, zachwycały. Ciężarki współgrały z jego ciałem. Ogień zdawał sie być ujarzmiony. Tak samo jak młody gimnastyk, który z zafascynowaniem wpatrywał się i analizował jego każdy ruch. Podziwiał. Opierał się swobodnie o drewnianą publiczność, ale jego mięśnie spinały się za każdym razem, gdy płonący bloczek mijał głowę Lunativa o ledwie kilka centymetrów. Bał się, mimo, że widział z jaką łatwością mu to przychodzi, że był obeznany z tematem. Martwił się o mężczyznę, którego dopiero co poznał, ale to chyba normalne. Instynkty stadne, chcemy chronić innych przedstawicieli swojego, jak i innych gatunków. Taki nasz los, charakter, nieodłączna cecha.
Opanował żywioł, który wzbudzał strach u młodszego. Który pozbawił życia wiele osób, który niszczył, a jednocześnie był źródłem ciepła, opieki. Można rzec, że był swego rodzaju panem życia i śmierci. Niesamowite. Metafora ma jednak swoją moc.
Pomogłem wstać pokiereszowanemu znajomemu. Wewnętrznie buzowałem, przemoc za tak delikatne przewinienie? Czy on ma ze sobą problem? Tak traktują ludzi w wojsku? Dają im po pysku, czy może każą się trzy godziny chłostać skórzanymi paseczkami po plecach za zjedzenie o jednego ziemniaczka za dużo? Rozumiem, że obowiązuje względna dyscyplina, a każdy ma swoją dumę i honor, ale agresja nie jest jedynym wyjściem. Mógł to zrobić bardziej dyplomatycznie, gdy trzeba było to ujadał jak chuderlawy pies, a teraz? Teraz potrafi tylko podnieść rękę na głupawego Azjatę, który podgląda wszystkich wszędzie.
Chciałem na niego nawrzeszczeć. Nakrzyczeć, wygarnąć to co myślę o nim w tej właśnie chwili, ale jedyne na co było mnie stać to na ciche "zaczekaj" i opadnięcie z sił przy przyjacielu, który jęczał z powodu purpurowego już policzka, który kilka chwil temu otrzymał prostą lepę. Wydyszałem tylko "przepraszam" i po przetarciu twarzy odszedłem w zupełnie innym kierunku. Nie umiem się nie przejmować. Po prostu nie potrafię, a każde takie wydarzenie tak dramatycznie odbija się na mojej pamięci. Przypominam sobie o nich przed snem.
Jak o tańczących płomieniach i stojącej w niej osobie. Piszczała, wrzeszczała. Słychać było jak wręcz wyrywa się duszę z jej ciała. Jednak może to tylko moja wyobraźnia, może nie był to krzyk, a pisk mięśni, parującej wody z krwi, wypalanych organów. Może to co widziałem to wcale nie był taniec języków i popiołu, a szalejąca w konwulsjach istota ludzka, która płonęła żywym ogniem. Może to i ona i żywioł, starały się odtańczyć jej ostatniego walca, przy akompaniamencie spalanego ciała.
Babciu, proszę, nie.
Słyszałem płacz. Słyszałem krzyk, słyszałem wycie, nieludzkie, podobne do wilczego, lecz trzy razy bardziej doniosłe i przerażające.
Babciu, babciu.
Widziałem czarny deszcz. Gorący, wypalający. Popiół.
I Skóra.
Nadziejo.
Słyszałem ostanie słowa, które padły z wykrojonych ust, które co wieczór całowały me czoło, uspokajały myśli, opowiadały bajki.
"Feliksie!"
Odeszła, wraz z ogniem, wraz z budynkiem. Został tylko węgiel, popiół i słone łzy.
Otrząsnąłem się jakbym był właśnie w transie. Sapnąłem cicho, oczyściłem umysł. Bolała mnie głowa. Może ze względu na to o czym myślałem, ze względu na wspomnienia, które przewijały się przed moimi oczami wyglądając tak realistycznie jak tamtego dnia, a może przez fakt, że od dobrych kilku godzin wisiałem do góry nogami, na pobliskiej gałęzi. Pewno byłem już czerwony na twarzy, jak dorodny pomidorek, jednak nie robiło mi to już większej różnicy. Potrzebowałem odpocząć, a wiszenie "na nietoperza" zapewniało mi to, czego potrzebowałem w tej chwili.
Spojrzałem mu głęboko w oczy. Moje rozgoryczenie, jego zdezorientowanie, nasza wspólna chwila. Trochę niezręczna i irytująca, ale jednak była. Przyszedłem tutaj mu wygarnąć, a skończyło się na tym, że wpatrywałem się jak zauroczony w każdy jego ruch. Nawet ten najmniejszy, jak delikatne przesunięcie stopy dla utrzymania równowagi. Wszystko co ułożyłem sobie w głowie, cała konwersacja, cały monolog, uciekło od tak, gdy tylko go zobaczyłem. Nie potrafiłem, po prostu. Natomiast gdy zatrzymał się nagle i spojrzał centralnie na mnie, zagryzłem niespokojnie wargę i przeniosłem wzrok z jego ciała na oczy.
Chwila, dwie, trzy. Zaniepokojenie, brak zrozumienia, orientacji co się dzieje.
Było gęsto. Bardzo gęsto.
Oprzytomniałem, na moje szczęście i jeszcze szybciej niż wparowałem do sali namiotu, uciekłem stamtąd, pozostawiając go samego.
Spietrałem, jak zawsze.
<Lun Lun? Nie wiem co się dzieje>

9 lip 2017

Akuma CD Rue

Przyjrzał się dokładnie wykonanej ilustracji, przypomiając znanego na całym świecie krytyka, którego zdanie przesądzało o losach dzieła nawet o bardzo wysokim poziomie artystycznym. Przekrzywił głowę na bok chcąc ujrzeć karykaturę z nieco innej perspektywy.
- Jestem gejem, nie mówiłem?
- Nie nabierzesz, nie z tymi ciuchami.
- Na prawdę mam taki wielki nos?! - spytał i jednocześnie zbył uwagę o jego ubraniu, łapiąc się dłonią za wymienioną część ciała, jakby chciał wybadać jej kształt. Mina Rue wyrażała z początku coś w rodzaju zdziwienia, iż zwrócił uwagę na akurat kształt i długość nosa, jednak odezwała się prędko:
- Po lekkiej obróbce wygląda całkiem znośnie - skryła gdzieś w sobie śmiech, siląc się na poważny, choć z lekka sadystyczny ton głosu. Prychnął.
- I tak wyglądam dziesięć razy lepiej od ciebie - mruknął nieco niezrozumiale i ciszej, niż z początku zamierzał. I włosy. Skąd wiedziała, żeby urzyć w ich wykonaniu czarnej kredki? Nie, czekaj, wsztstko było wykonane czarną kredką, a raczej ołówkiem, sądząc po charakterystycznej dla niego jasnej poświacie na narysowanych śladach. Jednakże włosy zostały wykonane najmocniej, naintensywniej i najciemniej.
- Nie powiedziałabym - droczyła się, modulując barwę głosu na nieco bardziej żartobliwą. Gdy na nią spojrzał miał wrażenie, że jej wewnętrzne rozbawienie nie skończy się na tej czerwonej buźce i wkrótce będzie się tarzać po łóżku, rozwalając gips. Wyrwał jej kartkę z dłoni i zaczął ponownie się w nią wpatrywać, przemierzając wzrokiem chyba każdy pojedynczy element.
- Boże, nawet gdy robisz sobie ze mnie jaja, wychodzę zabójczo - pociągnął nosrm i otarł palcem niewidzialną łzę spod oka, jakby na prawdę go to wzruszyło i zaraz miał zanosić się płaczem.
- Tak, tak, wiem, płacz dalej. Mi też oczy łzawią od samego patrzenia na twój krzywy ryj. Ale mój obrazek wyszedł zarąbiście, w dodatku usunęłam z niego ten twój koperek z twarzy i wyprostowałam zęby - sarkazm aż wylewał się z jej wypowiedzi, miał wrażenie, że ona cała w nim pływa. Rzucił jej mordercze spojrzenie. Przejechał dłonią po twarzy, jakby miał kozią bródkę. Tymczasem pod palcami nie wyczuł nic, zupełnie nic. Nawet tego koperku, o którym mówiła. Fajnie by było mieć brodę, tak męsko. Ale jakoś się z nią nie widział. Nawet z zarostem.
- Zamknij się.
- Nie wiesz, co odpowiedzieć, więc mówisz po prostu "Zamknij się"? - jej ironiczny śmiech zabarwił wszystko wokół na różowo, mógł już nigdy go nie usłyszeć. Może jednak to FBI nie jest takie złe? W końcu dało im jedzenie, dach nad głową, teorytycznie bezpieczeństwo, a przede wszystkim pomogło uciec, zaczęło walczyć z Tobiasem, żywym czy nie oraz pomogło, w sensie Rue naprawili nogę, dłoń... Na prawdę powinni być wdzięczni, ale ta organizacja być może ponownie wystawi ich na działania wroga.
- Nie. "Zamknij się" znaczy u mnie "zamknij się". Gdybym nie wiedział, nie odezwałbym się - oznajmił wymadrzającym się tonem i unosząc przy tym wysoko podbrudek.
- Tsa - mruknęła, rozkładając się na łóżku. Przez chwilę jeszcze przypatrywał się rysunkowi. Wielkim butom, widłom, czarnym niczym noc zębom.

<Rue? Hah, no narysuj xd>