23 sie 2017

Shavile CD Helsing

Pogładziłam kciukami gorący kubek, wlepiając smutne spojrzenie w brązową ciecz. Wzruszyłam jeszcze ramionami jedynie, zastanawiając się nad tym, co mam odpowiedzieć mężczyźnie.
- Moja mama zmarła podczas porodu. - szepnęłam, podwijając nogi do klatki piersiowej. 
Objęłam je ramionami mocno, układając głowę na kolanach. Helsing się tylko patrzył na mnie w ciszy, czekając, na więcej wyjaśnień.
- Ojciec od razu zastanawiał się, gdzie mnie oddać. - kontynuowałam po dłuższej chwili. - Gdyby nie babcia, skończyłabym w domu dziecka. I tak się złożyło, że to ona mnie wychowała. Tylko, że babcia nie traktowała mnie jak swoją wnuczkę. Znaczy.. Dla niej nie różniłam się niczym od jej uczennic, których uczyła gimnastyki sportowej. Niektóre dziewczyny traktowała nawet lepiej ode mnie. Może to dlatego, że miała w stosunku do mnie większe oczekiwania, jako, że płynie w nas ta sama krew? Po części ją rozumiem. Chciała, bym była taka sama jak moja mama. Tak samo wybitna, utalentowana i błyskotliwa. Więc zawsze jak się jej coś nie podobało w moim zachowaniu byłam surowo karana. - pociągnęłam nosem, bawiąc się palcami.
- A jaki to ma związek z ludźmi, których tak panicznie się boisz? - spytał nagle towarzysz, biorąc ostatni łyk kawy.
[KURSYWA] Kiedy on ją tak szybko wypił? [/KURSYWA]
- Babcia chciała dla mnie jak najlepiej. Nie ważne jak to brzmi. Po prostu była moim takim… Menadżerem? To ona mi wszystko narzucała. Co będę jeść, jak będę poświęcać czas po lekcjach i jakich znajomych mam sobie dobierać. Więc potoczyło się tak, że oprócz gimnastyki sportowej i szkoły nie miałam na nic wolnego czasu. Kiedy już się jakiś zdarzał i chciałam go spędzić z kimś z klasy, babcia mi tego kategorycznie zabraniała. Wpierała mi, że godnymi i wiernymi przyjaciółmi są Ci, którzy mają podobne zainteresowania i pasje co ja. - zaśmiałam się zażenowana, nie mając odwagi spojrzeć na Helsinga. - I jak to każde małe, głupie dziecko. Załapałam to w końcu. Ten stek bzdur.
- Bzdury, że godnymi i wiernymi przyjaciółmi są Ci, którzy mają podobne zainteresowania i pasje co Ty? - upewnił się mężczyzna.
Ja pokiwałam tylko głową, oddychając ciężej.
- To był dzień przed świętami. Babcia zawsze dawała nam wolne popołudnie od ćwiczeń, a w szkole nic na ten wolny czas nie zadawali. Więc to był jedyny dzień w roku, kiedy mogłam zrobić po szkole coś, na co miałam ochotę. Niestety tym razem było za późno. - odparłam, a po moich policzkach spłynęły łzy. 
Starłam je szybko, zastępując smutną twarz słabym uśmiechem.
- Powiedziałam to. Dokładnie ten stek bzdur słowo w słowo to koleżanek, które zaproponowały mi wyjście. To głupie, nie sądzisz? Zawsze o czymś marzysz. Od tak dawna. I kiedy dostajesz szansę, musisz ją spieprzyć. - odstawiłam kubek na bok, nie biorąc nawet łyka kawy. - Kiedy święta się skończyły i wróciłam do szkoły, nic nie było już jak kiedyś. Zostałam sama. Na lekcjach siedziałam zawsze z tyłu, sama. Mimo, że było nas parzyście, to zawsze jedna dziewczyna odsuwała się i dosiadała do dwójki innych. Na przerwach siedziałam pod ścianą na korytarzu, bo zabraniali nam przebywać w klasie. Nigdy nikt do mnie wtedy nie podszedł. Nie porozmawiał, nie wyciągnął ręki. Później zaczęło się tylko pogarszać. Niby takie głupie zabawy jak ciągnięcie za włosy, zabieranie bluzki z szafki po wuefie, czy wbijanie ostrej końcówki cyrkla w ramię.
- Czekaj co? Cyrkiel w ramię? - usłyszałam zdumiony, ale i pretensjonalny głos tancerza.
Rozpięłam swoją bluzę, zsuwając ją z siebie. Wskazałam mu palcem dokładnie cztery rozcięcia na ramieniu. Jedne dłuższe, drugie większe.
- I w końcu dobiegamy do punktu kulminacyjnego całej tej historii. - zaśmiałam się, odchylając głowę do tyłu i wlepiając zrezygnowane spojrzenie w sufit namiotu. - Na mojej ławce ktoś napisał dosłownie: "Idź umrzyj. Nie ma tu dla Ciebie miejsca." - wzruszyłam ramionami, pierwszy raz spoglądając prosto w oczy Helsingowi. - Po tym wybryku babcia nie dociekała kto to zrobił i jakie były tego przyczyny. Po prostu wypisała mnie ze szkoły i zafundowała mi guwernantkę. Wiem, że to głupie. Że jak po czymś takim mogę się załamać i mieć antorfobie? Wiem, ale nie mogę jakoś tego przezwyciężyć. Nie chcę znów się spoufalać z ludźmi. Co jeśli ich zranię i będę mieć powtórkę z rozrywki? Nie chcę tego. - szepnęłam, naciągając na siebie bluzę. - Zazdroszczę Wam. Możecie w swobodzie przebywać pośród innych ludzi. Chociaż, to niedorzeczne, bo nie można zazdrościć czegoś, czego się nigdy nie miało..
Powiedziałam i podniosłam się z łóżka, wyciągając z kosmetyczki pastę do zębów. Rzuciłam ją mężczyźnie, następnie sięgając po paczkę ciastek. 
- W końcu z mojej winy nie kupiliśmy tego, co najważniejsze. Przepraszam.
- Nie szkodzi. Nie przepraszaj. - usłyszałam.
Muszę powiedzieć, że miło mnie to zaskoczyło. Że ktoś mnie przeprasza.
- A co z Tobą, Panie Podglądaczu? - spytałam z uśmiechem, opierając się biodrem o stolik, wsuwając do buzi ciastko. - Teraz Twoja kolej zwierzania się.
Podałam mu opakowanie ciastek, jak nagle usłyszałam piskliwy głos krzyczący: "Potwory! Potwory wkroczyły do miasteczka Bedord i idą w stronę cyrku!".

< Helsing? Rozkręćmy to XD Ps. Wybacz jeśli natrafisz na jakieś błędy albo powtórzenia. Pisanie o 6 nie jest moją specjalnością. ;__; >

Le Bleuet CD Midas

Tej szczególnej nocy nie mogłem zasnąć. Dziwiłem się, bo od kilku dni nie spałem tak wiele, jak powinienem, a mimo to borykałem się z bezsennością. Nieustannie myślałem i nawet jak próbowałem wyłączyć myślenie, nie wychodziło mi to. Spojrzałem na mamę, która spokojnie spała na swoim łóżku. Po cichutku podniosłem się, narzuciłem na siebie ciepły, długi sweterek sięgający mi aż do kostek i wyszedłem na zewnątrz. Oczywiście boso, jak zawsze. Miałem dość butów od czasu mojej wędrówki z Midasem i gdyby nie moja przeklęta noga, chodziłbym boso cały boży dzień.
Na terenie cyrku panowały zupełny spokój i cisza. Wszystko było pogrążone we śnie. Zapewne było koło pierwszej lub nawet drugiej w nocy. Poszedłem w to samo miejsce, w którym byłem przed " deszczem zapomnienia ". Czułem, że to szczególne miejsce jeszcze bardziej łechta moje zdolności przewidywania. A co do tej sprawy... zapewne nie wielu cyrkowców wiedziało, o co tak naprawdę chodziło. Z tego, co mówił wujek Pik znalazło się kilku pechowców, którzy przez ów deszcz tamtej nocy zupełnie stracili wspomnienia o sobie, ale nie wiem, co się z nimi stało. Wujek Pik stara się ograniczać mój udział w dalszym śledztwie i czuję się z tym nie w porządku, bo zawiodłem i chciałbym jakoś to odpracować. Wiem tylko tyle... to nie koniec i wiem, że to proste, zwykłe stwierdzenie, ale mnie mrozi krew w żyłach na samo powtórzenie go w myślach. Midasowi nic nie wspominałem. Poza tym... z pewnością będzie wykreślony z udziału w tej sprawie na fakt, że jeszcze nie wrócił do siebie fizycznie i... zapewne również psychicznie po części. Nie wspomnę już o tym, że mój zasięg informacji był naprawdę bardzo ubogi, więc mogłem coś przekręcić albo zmienić. Wolałem zatem udawać, że nic nie wiem. Niech wszyscy wokół mnie żyją w błogiej nieświadomości sprytu małego Edzia krawca.
Powolnym krokiem zmierzałem do początku drogi prowadzącej do miasta. Tam przeszedłem przez kruszący się już murek i udałem na ulubiony pagórek, z którego idealnie było widać niebo i tereny nieopodal. Nie towarzyszył mi tym razem Krenz. Zapewne bardziej skupił się na stróżowaniu cyrku. I dobrze. Trzeba być przygotowanym na każdą okoliczność. Usiadłem wygodnie na miękkiej trawie, objąłem nogi rękami i oparłem głowę na kolanach. Wsłuchiwałem się we wspaniałą muzykę nocy. Przede wszystkim... pierwsze skrzypce grały świerszcze, do tego od czasu do czasu swój tren dodawały nietoperze i sowy, a na samym końcu wiatr pomagał muzyce nieść się coraz dalej i dalej. Szczególny zapach nocy dodawał uroku tym szczególnym chwilom, a ja się odprężyłem i przestałem niepotrzebnie myśleć o przykrych rzeczach.
- Czyżbyś nie mógł spać? - usłyszałem czyjś spokojny i przyciszony głos. Wystraszyłem się nie lada. Od czasu akcji ze żmijami bywałem o wiele bardziej nerwowy nić zazwyczaj. Tym bardziej, że nie miałem ze sobą żadnej ochrony. Byłem bezbronny. Wzdrygnąłem się więc na te słowa, ale kiedy ujrzałem poczciwą twarz Midasa, odetchnąłem głęboko z ulgą.
- Aleś mnie wystraszył – przyznałem – Chodzisz, jak duch – zaśmiałem się.
- Nie. To ty byłeś tak zamyślony, że mnie nie usłyszałeś – rzucił kontrargumentem długowłosy. Ja skrzywiłem się z kpiącym uśmieszkiem.
- Nie, nie, nie. Nie wmówisz mi swojej racji. Ty jak mnie zobaczyłeś już miałeś w głowie plan wystraszenia mnie – zainicjowałem kłótnię na żarty, ale nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Jednak Midas od razu skapitulował. Opadłem na trawę zawiedziony – Szybko się poddałeś – westchnąłem.
- Och, ja się nie poddałem – oznajmił Midas – Na razie panuje rozejm, ale jeszcze kiedyś wrócimy do tej rozmowy – zachichotałem na te słowa.
- Cwaniak – dodałem jedynie i podniosłem się, by spojrzeć na pogrążoną w zabawie tygrysicę. Z radością łapała świetliki i tarzała się w bujnej trawie. To był przyjemny widok – Ty też nie możesz spać? - spytałem, mimo że znałem odpowiedź.
- Tak. Jakoś po zdjęciu opatrunku nie mogę się przyzwyczaić do łóżka – oznajmił i siegnął po coś, co leżało zaraz obok niego. Kiedy ów przedmiot znalazł się w zasięgu mojego wzroku dostrzegłem, że to skrzypce.
- Och, to przecież skrzypce! - podniosłem lekko głos, zachwycony instrumentem – Umiesz grać? - spojrzałem w piękne, złote oczy mężczyzny.
- Tak, umiem – odpowiedział – I zaraz mogę dać Ci lekki pokaz umiejętności – oznajmił i już miał zacząć, kiedy tygrysica zaczęła biec w naszą stronę. Na początku byłem tym zaniepokojony, ale za chwilę zwolniła. Prawdopodobnie skończyła zabawę z latającymi robaczkami i przyszła posłuchać swojego właściciela. Obeszła nas wkoło i wcisnęła się między nas. Nie wyczułem w tym posunięciu wrogości. Połasiła się chwilę o Midasa, po czym spojrzała na mnie.
- Cześć, kicia – powiedziałem cichutko, na co odpowiedziało mi ciche mruknięcie dużego kota – Mogę ją pogłaskać? - zwróciłem się do jasnowłosego.
- Oczywiście – uśmiechnął się prawie niezauważalnie – Aurum jest łagodna. Nie atakuje – dodał, a ja delikatnie przejechałem dłonią po jej miękkim futerku. Było takie puszyste i przyjemnie w dotyku. Dopiero w tamtym momencie przypomniałem sobie o pewnym szczególe.
- Zapomniałem Ci podziękować – zacząłem – Dziękuję, że mnie ocaliłaś przed zupełną utratą pamięci – Midas spojrzał na mnie lekko zdziwiony, jakbym bredził – Gdyby nie ty, kto wie... może zupełnie zapomniałbym, gdzie mam iść i nadal brodziłbym w tym deszczu. Wtedy nawet Midas nie byłby w stanie mi pomóc – zwierzak na te słowa podniósł się i zaczął łasić głową, prosząc o więcej pieszczot. Uśmiechnąłem się i z radością zacząłem głaskać tygrysicę.
- Polubiła Cię – powiedział magik. Na te słowa tygrysica ułożył się wygodnie blisko nas. Mężczyzna ułożył instrument między swoją szyją, a brodą i zaczął grać.



Wraz z pierwszymi dźwiękami, które były wydobywane z instrumentu, obudził się we mnie jakiś dziwny spokój, który wręcz zagradzał drogę jakimkolwiek złym myślom. Zupełnie nieświadomie zacząłem lekko bujać się do melodii, która była taka spokojna, lecz miała dziwny charakter. Wydawała się i smutna i wesoła jednocześnie, ale była... tak piękna, że nie mogłem się nie uśmiechać sam do siebie. Przez chwile czułem, że wszystkie świerszcze zamilkły, by posłuchać prawdziwego wirtuoza skrzypiec. Przymknąłem oczy, wsłuchiwałem się w melodię i wdychałem świeże, nocne powietrze, które wtedy pachniało jeszcze lepiej. Wszystko wydawało się jeszcze lepsze niż normalnie było.
Sam nie wiem, jak to się stało, ale już po chwili leżałem na trawie oparty głową o potężne ciało Aurum i wsłuchiwałem się w kolejne utwory wygrywane przez Midasa. Nie spałem. Nie mogłem. To było zbyt piękne, aby przy tym usnąć, ale... wprowadzało mnie to w taki dziwny stan.
Nie wiem, jak długo to wszystko trwało. Nie mierzyłem czasu. Nie miałem zamiaru. Cieszyłem się, póki mogłem, z obecności zarówno Midasa, jak i jego futrzastej towarzyszki. Leżałem tak z przymkniętymi oczami. Melodia się zakończyła, ale liczyłem na to, że zaraz zacznie się kolejna, jednak jedyne, co poczułem to lekki dotyk na głowie. Dłoń przejechała po mojej głowie i odgarnęła mi grzywkę z czoła. Uchyliłem lekko powieki.
- Czas wracać – powiedział Midas – Już świta – oznajmił. Podniosłem się niechętnie do siadu i zobaczyłem, jak słońce wznosi się ku wschodowi. Zaraz promienie rozjaśniły polanę przed nami, a ja poczułem narastającą we mnie senność. Ziewnąłem lekko i wstałem. Mężczyzna oraz tygrysia poczynili to samo. Duży kot przeciągnął się zgrabnie razem ze mną. Spojrzałem sennym spojrzeniem na magika i uśmiechnąłem się do niego wdzięcznie.
- Tak pięknie grasz, że nawet nie wiem, co powiedzieć – zaśmiałem się pod nosem, na co kąciki ust złotookiego również lekko podniosły się do góry.
- Dziękuję – odpowiedział – Choć i tak uważam, że moje umiejętności spadły – dodał, na co mi szczęka opadła.
- Nie bądź taki krytyczny wobec siebie – jęknąłem, na co mężczyzna roześmiał się.
- Hmm... - udał zamyślonego – Skądś znam te słowa... aha! Powtarzałem Ci je parę razy, kiedy krytykowałeś swoje kreacje i nie chciałeś po nocach spać. Pamiętasz? - spytał zadziornie, na co ja spaliłem buraka. Miał rację. Powtarzał mi dokładnie te same słowa kilka razy, ale ja zawsze je ignorowałem – I co wtedy odpowiadałeś?
- Ech – westchnąłem – No dobra. Wygrałeś – podniosłem ręce do góry na znak kapitulacji.
- Ha! A kto chwilę temu mówił, że łatwo się poddaje? - powiedział pewny siebie i zaczął zmierzać w stronę cyrku. Ja dalej stałem na pagórku. Zagiął mnie. Ocknąłem się dopiero po chwili i najszybciej jak mogłem dobiegłem do niego – Nadal kulejesz? - zapytał z troską. Znowu poczułem, jak fala ciepła przebiega przez moją twarz.
- Ah... - nie wiedziałem zbytnio, jakie kłamstwo mam zastosować – Wiesz... obawiam się nadal. I dlatego chodzę tak ostrożnie. Jak się nie będziemy spieszyć to spokojnie dojdę – dodałem z wymuszonym uśmiechem.
- Może Cię ponieść? - zaproponował.
- No co ty?! Zwariowałeś?! - podniosłem głos. Na te słowa jasnowłosy jakby...posmutniał? Zdziwiłem się. Przecież martwiłem się o jego zdrowie, dlatego zaraz dodałem – Twój bok jeszcze nie jest zdrowy. Podniesiesz mnie i rana Ci pęknie, a ja sobie nie podaruję, że znów przeze mnie coś Ci się stało...
- Wiem, że boisz się, że zamienię Cię w złoto. Nie musisz się tłumaczyć. Masz prawo się obawiać – powiedział na jednym wdechu i przyspieszył kroku, a mnie wmurowało.
- Ale... to nie tak! - powiedziałem stanowczo i dogoniłem go, ale nie chciał zwolnić. Wobec tego postanowiłem spróbować innej taktyki. Nagle i nie spodziewanie wyszedłem przed niego, stając mu na drodze.
- Uspokój się. Nie chodziło mi o to, że zamienisz mnie w złoto. Przecież nigdy byś tego nie zrobił. Przyjaźnimy się – oznajmiłem. Mężczyzna spojrzał na mnie tępo, jakby wcale mi nie wierzył. Zdenerwowałem się, ale zachowałem spokój, żeby nie wzniecać konfliktu jeszcze bardziej. Westchnąłem – Zrozum... jesteś moim przyjacielem. Gdyby Ci się coś stało przeze mnie, tak jak wtedy, nie podarowałbym sobie tego nigdy w życiu. Dlaczego próbujesz wmówić i sobie i mnie, że mam do Ciebie dystans z powodu Twojej mocy? - spojrzałem na niego smutnym spojrzeniem i ująłem jego dłoń. Nie miał rękawiczek. Dopiero wtedy zwróciłem na to uwagę. Poczułem przyjemne ciepło bijące od jego ciała. Nie mogłem zaprzepaścić tego, co już udało mi się zbudować ze skrzypkiem – Nie boję się, że zamienisz mnie w złotą figurę. Może niektórzy się boją i rozumiem ich, ale...dla mnie to nie ma znaczenia. Dałbym Ci się ponieść, bo ta noga mi doskwiera, ale nie jestem wcale taki lekki, jak myślisz. Dla Twojej rany najmniejszy ciężar może być śmiertelny – staliśmy tak chwilę w zupełnej ciszy, która już wwiercała mi się w głowę.
- W porządku – odpowiedział.
- Na pewno? - spytałem czując, że... jest coś o czym nie chce mi powiedzieć, ale nie miałem zamiaru naciskać. Jak zechce mi powiedzieć, to mi powie. Nie będę go zmuszał. Przejechałem kciukiem po jego dłoni, by dać mu znak, że naprawdę moja słowa i zamiary są szczere. Naprawdę chciałem, aby pozostał moim przyjacielem.
- Na pewno – powiedział, tym razem pewnie i z lekkim uśmiechem na twarzy. Cieszyłem się, kiedy się uśmiechał. Pasowało to do niego. Zacisnął mocniej swoją dłoń na mojej, na co ja jedynie zareagowałem zadowoleniem. Od razu cała złość i zdenerwowanie zeszło ze mnie.
Po kilku minutach spacery doszliśmy w końcu na teren cyrku. Midas wraz z Aurum odprowadzili mnie pod mój namiot. Pożegnałem się z tygrysicą i z magikiem. Kiedy tylko wszedłem do środka zobaczyłem kolorowy plakat na mojej tablicy korkowej. Wisiał tam już wcześniej, ale nie zwracałem na niego uwagi. Kiedy przeczytałem jego treść, wybiegłem z namiotu szukając wzrokiem jasnowłosego. Widziałem go w niedalekiej odległości.
- Midas – zawołałem – Idziesz ze mną dzisiaj wieczorem do wesołego miasteczka? Przyjechało wczoraj.

< Midas :3 ? >

22 sie 2017

Midas CD Le Bleuet

Spojrzeli po sobie nieco niepewnie, zaalarmowani reakcją ptaków. Cokolwiek się zbliżało, musiało nieźle je przestraszyć. Wkrótce i konie zaczęły okazywać niepokój, zarzucały swoimi szlachetnymi łbami, drepcząc nerwowo w miejscu.
- Do powozu – rozkazał jeden z bliźniaków, wskakując na miejsce woźnicy. Obejrzał się za siebie, marszcząc brwi. Midas nie miał zamiaru się spierać, nie doszedł jeszcze do siebie, w boku nadal doskwierał mu ból, a do walki z całą pewnością się nie nadawał. Wsparł się nieco o młodego krawca i razem z nim, w jak najszybszym tempie, podreptał do dyliżansu. Władowali się do środka, szczelnie zamykając za sobą drzwi. Obydwaj wyjrzeli przez niewielkie okienko powozu, akurat, gdy w polu widzenia pojawiło się stadko wężowych kobiet.
- One chyba nigdy nie odpuszczą – jęknął Edward. Montgomery zmrużył lekko oczy, obserwując pełznące potwory.
- Są wkurzone, bo pozbyłem się ich królowej – stwierdził. Młody krawiec nie zdążył jednak odpowiedzieć, dyliżans szarpnął wściekle, nieomal nie zbijając ich z nóg. Konie wystrzeliły błyskawicznie do przodu, popędzane własnym strachem i bacikami woźniców. Monty zatoczył się w podskakującym pojeździe, wpadając na ścianę. Ostatkiem sił pochwycił Le Bleuet i usadził go na jednej z pryczy. Sam opadł obok chłopaka, nie chcąc ryzykować przewrócenia się w podskakującym, pędzącym powozie.
Koła z trzaskiem pokonywały kolejne nierówności, wypełniając powietrze przeraźliwym hałasem.
- Jesteśmy daleko od cyrku? – zapytał głośno Montgomery, przekrzykując huk. Edward zastanowił się przez chwilę.
- Raczej nie – odparł. Długowłosy odetchnął.
- Myślę, że odpuszczą, jak tylko znajdą się poza swoim terenem – pocieszył go i siebie jednocześnie. Wydawało mu się jednak, że wężowe kobiety nie będą chciały zbytnio oddalać się od gniazda. Zresztą w okolicy cyrku nie miały żadnych szans na wygraną, ich przewaga zmniejszała się z każdym pokonanym metrem.
Podskoczyli, kiedy koło trafiło na jakiś kamień. Midas zacisnął zęby, gdy rana w boku dała o sobie znać. Zauważył, że młody krawiec próbuje wstać i wyjrzeć przez okno, wyraźnie zdenerwowany. Monty chwycił go jednak i z powrotem usadził obok siebie. Odruchowo otoczył młodszego ramionami.
- Siedź w miejscu. Ze środka i tak nic nie zrobimy, tylko się poobijasz – powiedział. Ed niechętnie skinął głową, ale nie próbował już się podnosić. W ramach rekompensaty przytulił się do mężczyzny, co szczerze mówiąc, wcale Midasowi nie przeszkadzało.
Pędzili jeszcze przez chwilę, zanim odczuli, iż dyliżans zaczyna zwalniać. Stopniowo tracił swój szaleńczy pęd, aż w końcu obydwaj mogliby bezpiecznie stanąć.
- Pewnie już dojeżdżamy – stwierdził Edward, unosząc głowę.
- Odpuściły sobie – odetchnął Midas, w myślach żegnając się ze żmijkami. Z całą pewnością nie będzie za nimi tęsknił. Krawiec podniósł się i rozprostował ciało, zapewne nieco trochę obolałe od podróży. Montgomery dotknął bandażu, z niezadowoleniem odkrywając, iż zdążył on nasiąknąć złotą posoką. Cóż, najwyraźniej nie obędzie się od wizyty u cyrkowego lekarza.
Gdy dojechali na miejsce, przywitał ich tłumek zaciekawionych i zaniepokojonych cyrkowców. Widocznie ich zniknięcie, jak i akcja ratunkowa wzbudziła niemałe zainteresowanie. Ku uldze Midasa większość pytań oraz próśb o opowieści skupiła się na Edwardzie, co w gruncie rzeczy nie było niczym dziwnym. Sam Monty mógł w tym czasie przy pomocy jakiejś dobrej duszy dostać się do namiotu lekarza.
Aurum skoczyła na niego, gdy tylko go dostrzegła i do końca dnia nie odstąpiła pana na krok, najwyraźniej obawiając się, że coś znowu mu się stanie.
~~~
Rana goiła się dobrze, na co ani Midas, ani lekarz nie mogli narzekać. Dosyć szybko wrócił do swoich codziennych zajęć, większą uwagę przykładając do treningów kontroli nad złotem. Jak widać umiejętność ta, okazywała się niezwykle przydatna w ekstremalnych sytuacjach.
Kontakt z młodym krawcem utrzymywał regularnie, z coraz większym niepokojem odkrywając, iż chłopak wkrada mu się do głowy w najmniej odpowiednich momentach. Czuł się, jakby złota otoczka, którą osłaniał się na co dzień przed innymi ludźmi, miała niewielki wyłom, akurat taki, żeby zmieścił się w nim Edward. Tak więc idąc przez cyrk automatycznie, szukał go wzrokiem, a gdy tylko był w pobliżu, niemal mimowolnie wodził za nim spojrzeń. Ale cóż mógł poradzić? Wiedział, że nie potrafiłby już zrezygnować z towarzystwa chłopaka. Po tak długim czasie samotności, Midas dosyć szybko zaczął przyzwyczajać się i przywiązywać do sympatycznego krawca.
W noc po ostatecznym zdjęciu opatrunku dręczyła go bezsenność, z którą nawet nie miał zamiaru walczyć. Wygrzebał się z łóżka i obudził Aurum. Odkąd zniknął jej z oczu i wrócił ranny bywała nerwowa, przez co dla świętego pokoju wolał zabrać ją ze sobą. Wychodząc, zgarnął ze sobą skrzypce. Był środek nocy, a na okolicznej polance najpewniej nie spotka żywej duszy. Zresztą, dawno już nie tykał instrumentu, a jednak nie chciał zapomnieć gry na nim. Rękawiczki zostawił w namiocie, nie sądził, aby były mu potrzebne na samotnym spacerze. Poza tym noc była spokojna, tak samo, jak on, więc nie musiał obawiać się dziwnych wypadków ze złotymi figurami.
Tygrys wyrwał się nieco do przodu, co kilka kroków oglądając się na swojego właściciela. Była wyraźnie podekscytowana nocną eskapadą i aż buzowała niecierpliwością. Długowłosy uśmiechnął się mimowolnie na ten widok.
Doszli na niewielką łączkę, wolną od wszelakich drzew zasłaniających gwiazdy. Gdzieś w lesie pohukiwała sowa, a w powietrzu leniwie latały świetliki, które natychmiast zaciekawiły Aurum. Już niedługo potem tygrys szalał w trawach, próbując upolować małe, błyszczące owady. Noc była dosyć jasna, Monty dosyć dobrze widział w mdłym blasku księżyca i gwiazd, tak więc niemal od razu dostrzegł samotną sylwetkę przesiadującą na pagórku. Bez wahania ruszył w tamtą stronę, rozpoznając nocnego marka.
- Czyżbyś nie mógł spać? – mruknął, siadając obok Edwarda. Skrzypki odłożył na bok. Krawiec drgnął zaskoczony jego obecnością, najwyraźniej dopiero teraz zauważył Midasa.

<Le Bleuet? c: >

Akuma CD Rue

Cieszył się, że Rue znowu okazuje się taka sama, jak kiedyś. Lubiąca się droczyć, chcąca pokazać, jak bardzo świat może być komiczny nawet wtedy, gdy brodzisz po kolana w błocie z ptasią kupą na głowie i zdechłym szczurem trawionym w brzuchu mniami xd
- Musimy przyśpieszyć - odezwał się Pik, właśnie od tego momentu zaczęła się walka Akumy o życie. Galop, po raz pierwszy przeżywany na koniu wyrzucał go to w górę, to w dół, trzymał się chaotycznie to końcówki siodła, to dziewczyny siedzącej przed nim, raz spadł. To nie było zbyt miłe doświadczenie, jednak najwidoczniej dla Rue największy żart w historii. Jak to stwierdziła, pierw ją obejmował błagając, by zwolniła, a potem nagle dał jej spokój. I po połowie minuty usłyszała krzyk za sobą, żeby się w końcu zatrzymali, bo nie nadąża. Miał wrażenie, że nie da mu spokoju z ty do końca życia, o ile nie rzuci wszystkiego i nie wyjedzie w Bieszczady.
- Jesteśmy na miejscu - Pik nie musiał tego mówić, by wszyscy nie zorientowali się, że do koniec wyprawy. Zamiast zsiąść z konia tak jak jego, być może odbijana, przyjaciółka, po prostu puścił ją ramionami i zsunął się po zadzie konia. Nie zareagował ku jego wielkiej uldze, gdyż w połowie się zorientował, że zwierzę może się spłoszyć i pobiec lub nawet go kopnąć. Bolało go całe krocze oraz łydki i uda. Super wyprawa, ale wolałby nie mieć poobijanej kości ogonowej i czarnych myśli dotyczących tego, co ma się niedługo stać. Czuł się tak, jakby miał nogi z ołowiu.
-Akuma, nie wygłupiaj się - skarcił go mężczyzna o podobnych włosach, jednak "Moje są o wiele piękniejsze" brzmiało w jego głowie echem. Ciągle, nieustannie, jak szybkie bicie serca próbującego chyba uciec z jego piersi. Myśli wkrótce przeniosły się z kwestii wyglądu na to, czy się uda, czy nie. Czy ta tajemniczy szamanka da sobie radę z ukradzioną własnością Rue. Czy w ogóle ich przyjmie, w końcu jest środek nocy. Z nadzieją, że Pik wcześniej powiadomił o ich przybyciu, weszli do środka.
- Witajcie, moi drodzy - odezwał się przyjazny głos gdzieś ze środka. Z cienia wyłoniła się czarnoskóra kobieta o lekkiej nadwadze, z szerokimi ustami, ciemnymi oczyma oraz włosami z dwoma piórami pewnie zaczepionymi na szerokiej spince goszczącej w jej włosach, pokręconych, ale zadbanych. Po dwa kolczyki przypominające nieco grubsze wykałaczki, o barwie kory drzewa w uszach, ten z przodu krótszy, z tyłu dłuższy. Pierwsze, co poczuł wchodząc do niewielkiej chatki z drewna zarośniętej bluszczem to niewyrażalny spokój. Jakby ktoś w środku serwował narkotyki od razu trafiające w samo sedno problemu. Potem do jego nozdrzy wdarła się ostra woń przeróżnych ziół i innych zapachów, podobnych do mandarynek, a zwłaszcza ich skórki oraz lasek wanilii. - Ciężka podróż za wami, zrobiłam ziołową herbatę, skosztujcie. A dla ciebie, młodzieńcze, mam specjalne pestki - kopara opadła chyba do samej podłogi. Zaśmiała się głośno.
- Nie, nie jestem chorą czarownicą głodzącą małe dzieci w klatkach - zaśmiała się jeszcze donośniej. Zbladł, po czym zalał się czerwonym rumieńcem. Ona czyta w myślach? Natychmiast wymyślił krótką rymowankę. Zrobiła poważną minę, mówiąc;
- Tego nie ważę się wymówić, to święta ziemia - teraz posłał przerażone spojrzenie swoim towarzyszom, którzy wyglądali na zdenerwowanych i rozśmieszonych jednocześnie. Podała każdemu z nich po filiżance herbaty, pachnącej gorzej niż kocie rzygi.
- Udam, że tego nie słyszałam - powiedziała, ponownie się zaczerwienił. Chciał się już stąd wydostać, ale nie zostawi tak Rue. Pika tak, niech go nawet jaszczurki pożrą, ale jej nie. Karcące spojrzenie kobiety jednak odepchnęło go od marzeń dotyczących powolnej i niezwykle bolesnej śmierci tego debila. Podała mu do dłoni parę niewielkich czarnych punkcików, przypominających koraliki z dziecięcych bransoletek.
- Uśmierzy ból - uśmiechnęła się szeroko, ukazując nienagannie białe zęby oraz niewielką szparę pomiędzy jedynkami, o góry. A zanim się powstrzymał pomyślał, że ma zajebisty zgryz. Mrugnęła do niego, chyba zapadł się pod ziemię.
- Trzydzieści dwa - odpowiedziała, kierując swoją uwagę na Rue. No tak, pewnie się zastanawiała, ile ma lat. Wydała się nieco przestraszona, ale aż wyczuł bijące z niej nadzieję, że skoro potrafi robić takie rzeczy, to pamięć również przywróci.
- Wyczuwam w tobie blokadę, skarbie. Ktoś stawił ścianę w twoim umyśle - posmutniała na moment, jednak szybko uśmiechnęła się krzepiąco. - Ale coś na to poradzimy, nie martw się - oznajmiła, po czym wstała z fotela bujanego i ponownie zniknęła w mroku.
- Ona to psychopatka - powiedział bezgłośnie wykonując bardzo wyraźne i dokładne ruchy ustami i poruszając dłonią w prawo i w lewo na wysokości szyi na znak, że się zetnie jak tak dalej pójdzie. Ale nie powie, wywarła na nim wrażenie.
- Jeśli będziesz nazywać mnie Chorym Czarnuchem, nie pomogę twojej dziewczynie - uśmiechnęła się mimo wszystko pogodnie, odwracając się na moment. Zarumienił się, dlaczego wszyscy nazywają ich parą? Wyłapał gniewne spojrzenie Pika rzucane w jego kierunku, brzmiące mniej więcej jak "Przymknij się i opanuj, albo też wyjdź!".

< Rue? Niah, brak pomysłu, trzeba sprzątać. Zostawiam tobie całe to voodoo xd >

Rue CD Akuma

Wpierw spojrzałam na chłopaka, a następnie na coś, co trzymał w dłoni. Niewielkie zdjęcie, kolorowe. Spojrzałam na nie z ciekawością, po co mi je pokazuje? Zobaczyłam siebie i jego z głupimi minami. Długo się patrzyłam na to zdjęcie próbując sobie cokolwiek przypomnieć, ale moja głowa byłą pusta. Ale zdjęcie to zdjęcie, może on na prawdę był moim przyjacielem? Okropnie jest niczego nie pamiętać. Wolałabym być kaleką. Na prawdę. Westchnęłam i oddałam mu zdjęcie. Wziął je i czekał. Drapałam kota za uchem, by go po chwili spokojnie bez gwałtownych ruchów położyć na poduszkę. Musze ją tu zostawić, niczego nie pamiętam, a Mika jest tak fajnym stworzeniem, że szkoda mi ją na cokolwiek narażać. W końcu nie wiadomo na co natrafimy w tych górach, w lesie i u szamanki. Spojrzałam na Akume, który dalej oczekiwał odpowiedzi. Delikatnie się uśmiechnęłam.
- Nie mogłeś tego wcześniej pokazać? - także się uśmiechnął, jakby poczuł lekką ulgą. Pomógł mi wstać.
- Czyli już wierzysz? - zapytał spokojnie, jakby gwałtowny ruch mógł mnie spłoszyć niczym konia na łące. Dlaczego porównałam siebie do konia?
- Chyba nie mam wyboru - odpowiedziałam. Akuma westchnął z ulgą. - Chodź - po tych słowach skierowaliśmy się do wyjścia z namiotu. Na chwilę stanęłam rozglądając się po pokoju, ale nic nie chciało wrócić do mojej głowy. Tak właściwie... - Akuma - podbiegłam do niego łapiąc za ubranie. Zatrzymał się spoglądając na mnie. Jego żółte oczy przeszły przeze mnie, poczułam dreszcze, dlaczego? - Dalej nie wiem dlaczego straciłam pamięć - powiedziałam puszczając go.
- Opowiem ci przy drodze.
I tak zrobił. Kiedy doszliśmy do stajni już wiedziałam, że to coś, co wyglądało jak śmierć, naszło nas w namiocie i gadało do nas przez telepatię, zabrało mi wspomnienia. Ponoć wyleczył moją nogę w gipsie jak i całe ciało, dlatego teraz nie odczuwam żadnego bólu w kościach i mogę swobodnie chodzić bez kuli, które ponoć tylko mi wszystko utrudniały. Na początku chciałam mu przerwać, oddałabym kalectwo za utratę wspomnień? Nigdy w życiu, nie ma szans. Ale dałam mu dokończyć. Okazało się, że nie tylko to było zapłatą... ale także wolność chłopaka. Opowiedział, że został wciągnięty chyba pod ziemie, bo to coś chciało... kiedy o tym mówił był jeszcze bladszy niż wcześniej i wydawało mi się, że miał ochotę zwymiotować. To coś go obmacywało i chyba... nie dokończył, nie dał rady, a ja mu nie kazałam. Gdyby to mnie coś takiego przeleciało, nigdy w życiu bym nie chciała powrotu wspomnień, nie ważne o czym bym zapomniała. Ale to ma sens, za przyjaciela pewnie oddałabym wszystko... nawet wspomnienia...
Wierzę im.
Po dotarciu do stajni miałam ochotę zadać wiele pytań. Skąd jestem, czy mam rodzeństwo, czy mam na coś uczulenie, gdzie są moi rodzice, skąd dokładnie znałam Tobias'a, czy długo tu jestem, gdzie byłam wcześniej, czy podróżowałam, czy byłam w górach, czy miałam kiedyś osła, jaki kolor najbardziej lubię... na nowo dowiedzieć się o sobie wszystkiego. Ale zadałam jedno ważne pytanie:
- A umiem jeździć na koniu? - Akuma spojrzał na mnie i po chwili wzruszył ramionami.
- Umiesz - odpowiedział ktoś inny. Przed nami pojawił się Pik z dwoma wierzchowcami, każdy osiodłany. Zaraz... dwa? Nas było trzech...
- Chyba nie umiesz liczyć - powiedziałam zdziwiona, na co mężczyzna się tylko zaśmiał.
- Za nim jeszcze dołączył do nas Hayato - kto? - znaczy Akuma - szybko się poprawił, jakby czytał mi w myślach, na co skinęłam głową. - występowałaś raz z końmi, więc musiałam się nauczyć jeździć. Potrafisz cwałować, ale co do skakania to może nie próbuj. A skoro on nie potrafi jeździć to pojedzie z tobą - wyciągnął w moją stronę rękę z lejcami. Przejęłam je. Kary koń należał do mnie, jego był brązowy. Ruszył pierwszy, a my za nim. Koń szedł za mną, spokojny.
- Pamiętasz jak się jeździ? - zapytał mnie chłopak, na co wzruszyłam ramionami. Nic nie pamiętałam, dosłownie. Po chwili Pik siedział już na swoim koniu i odwrócił się do nas przodem.
- Zabrał ci wspomnienia, nie umiejętności. Wsiadaj - machnął głową. Oddałam lejce Akumie i ustawiłam się obok siodła i tego dziwnego haczyka, na które się stawia nogę (ja na prawdę jeździłam?!). Łapiąc się siodła podskoczyłam przerzucając drugą nogę przez zwierzę i siadając na nim. Spojrzałam w dół, koń był duży, dlatego teraz miałam wrażenie, że zaraz spadnę.
- Suń się - Akuma oddał mi lejce i sam wskoczył na konia, wpierw mu się to nie udało, dopiero za trzecim razem usiadł; ale odwrotnie.
- Masz zamiar tak jechać? - zaśmiałam się.
- Nie będę chociaż musiał ciebie oglądać - mruknął próbując się odwrócić.
- W sumie, to tak zostań. Jak mnie zdenerwujesz z łatwością cię będę mogła zrzucić - odparłam.
- Polecisz razem ze mną, nie martw się - w końcu usiadł normalnie. Pik mnie pouczył jak kierować koniem, jak go hamować, popędzać i takie tam. Dziwnym trafem wystarczyło, żeby raz to powiedział, a ja czułam się, jakbym to wszystko znała od dawna. Popędziłam konia, który nagle wyrwał mi kłusem. Nieco się osunęłam do tyłu, by po chwili zostać trochę odepchnięta od chłopaka. - Ej no, oddawaj mi trochę miejsca grubasie - mruknął trzymając się siodła i próbując mnie jeszcze nieco popchać. Posunęłam się do przodu.
- Ja kieruje, więc siedź cicho - odpowiedziałam. Po chwili obok pojawił się Pik z szerokim uśmiechem.
Ruszyliśmy do lasu.

<Akuma? Z czasem trzeba mojego nowego towarzysza wrzucić do opowiadań - zajrzyj sobie do pupili>

21 sie 2017

Podsumowanie miesięcy!

Jako, że od kilku miesięcy *szuka, kiedy to ostatnio dodawała takie posta* dobra nie wiem dokładnie bo było już to dawno xD. 
Odeszły od nas co niektóre osoby, ale i też przybyły nowe. Tak więc nowe osoby, które to niedawno dołączyły. Na myśli mam:
* Amor'a
* Midas'a
* Catty

Dostają tylko początkową kwotę (100 Oru) Jednak nie martwcie się, już niedługo będziecie mieli ich na pewno więcej ^^. Co do osób, które już są z nami od początku, albo prawie od początku to ich wynagrodzenia powiększyły się. Osoby, które mają więcej niż dziesięć postów zostaną podsumowane.

 Smiley - 150 Oru + 150 Oru
Rue - 175 Oru + 225 Oru + 150 Oru (za wygraną w evencie)
Naamio - 105 Oru (słaba aktywność)
Catty - 100 Oru (nowa!)
Vogel - 100 Oru (nieobecny)
Akuma - 180 Oru + 320 Oru + 150 Oru (za wygraną w evencie)
Midas - 100 Oru

Grupa ucząca się:
Lottie - 100 Oru (nieobecna)
Shavile - 100 Oru (jedna z nowszych osób)
Helsing - 100 Oru (jedna z nowszych osób)
Irys - 100 Oru (jedna z nowszych osób)
Dzieciak - 100 Oru (jedna z nowszych osób)
Amor - 100 Oru (nowy!)

Pracownicy:
Vulnere - 111Oru + 89 Oru + 150 Oru (za wygraną w evencie)
Le Bleute - 100 Oru (nowy!)

Podsumowanie Letniego Eventu!

Czas nadszedł, aby powiedzieć wam kto zajął jakie miejsce. Poniżej znajdziecie prace od osób, które wzięły udział w poszczególnej konkurencji.
Konkurencja #1:

OD Rue 
Ta, wyszliśmy nieco dziecinnie... Nie umiem/lubię kolorować, więc użyłam samego ołówka (prócz oczu, nie wiem co ja do nich mam o_o). Akuma! Nie umiem narysować tej twojej czapki i włosów xd ale mam nadzieję, że nawet bez czytania kto to, rozpoznanie tą dwójkę ^^

OD Smiley
Sorki za brak kolorów, ale nie miałam ani jednej kredki także wyszło wszystko czarno białe.

Dziękuję za wspaniałą pracę jaką wykonała Rue. 
Rue zajęła pierwsze miejsce, tak więc proszę o zgłoszenie się o nagrodę poprzez pocztę na howrse. To już zależy czego Rue sobie zażyczy. ^^

Konkurencja #2
Wiersz od:

Akuma oraz Vulnere napisali przepiękne wiersze. Dlatego zajęli pierwsze miejsce oboje. Proszę tak jak w przypadku Rue o zgłoszenie się do mnie jaką to nagrodę chcielibyście otrzymać.

Konkurencja #3
Nikt nie wziął konkurencji, ale nic nie szkodzi. (^^)

Dziękuję wszystkim za uczestnictwo. Mam nadzieję, że na następny raz weźmie więcej osób.




Le Bleuet CD Midas

Mojej wewnętrznej euforii nie było końca, kiedy znów zobaczyłem twarz Midasa, jednak nie miałem czasu, aby się nacieszyć jego widokiem, gdyż jeszcze nie do końca byliśmy ocaleni. Fakt, że wydostałem go na powierzchnię był już częścią sukcesu. Pomogłem mężczyźnie wydostać się z wykopanego dołu i usadowić na jeleniu, czyli naszym jedynym motorem do ucieczki. Kątem oka zaś zauważyłem jak borsuk, lisy oraz dziki wspólnie zasypują w pośpiechu wykopany dół, by dać nam więcej czasu na ucieczkę. Byłem im dozgonnie wdzięczny za pomoc i poświęcenie. Gdyby nie one, nigdy nie uratowałbym jasnowłosego. I zapewne już nigdy nie wróciłbym do siebie po tym zdarzeniu.
Wraz ze stadkiem kopytnych jak najszybciej ewakuowaliśmy się z miejsca naszych małych wykopalisk pozostawiając drobne zwierzęta w tyle. Bałem się, że mogą zapłacić życiem za pomoc mi, ale zarówno listy jak i dziki są w stanie uciekać naprawdę bardzo szybko. Tym bardziej, że z pewnością znały te potwory i unikają ich, jak największych drapieżców. Sowy, wiewiórki oraz nietoperze również zostały, by dać nam więcej czasu na ucieczkę zrzucając na żmije różne przygotowane wcześniej " upominki ". Z takimi stworzeniami nie warto ryzykować. Człowiek pomyśli, że już jest bezpieczny, a tak naprawdę czają się za jego plecami, by zaatakować wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewa.
Czułem, jak złotooki przylega do mojego ciała i obejmuje mnie mocno w pasie w strachu, że przez nieuwagę upadnie i znów zostanie zassany w ziemię na pożarcie żmij. Co to to nie! Nie dopuszczę już do tego! Prędzej sam zginę, niż pozwolę, aby coś mu się stało. Taka zmaza na honorze? Nigdy! I tak już wystarczająco się zhańbiłem doprowadzając do czegoś takiego. Czułem wszystkie emocje bijące od mężczyzny. Czułem jego drżenie, jego strach, jego zmęczenie, jego ból. Wszystko. Dosłownie wszystko. Poczułem jego najbardziej ludzką i nieudawaną stronę, ale... prawde mówiąc o wiele bardziej wolałbym ją poznać w milszych okolicznościach. Miałem teraz tylko jeden cel – ocalić go za wszelką cenę, a następny już planowałem, a była to nauka posługiwania się moim orężem.
Adrenalina wciąż kierowała moimi działaniami. Wciąż czułem jak serce łomocze mi w piersi, próbując wyprzedzić rogacza. Nie mogłem spieprzyć niczego w tamtej chwili, bo już byliśmy prawie ocaleni. Ciemność dodawała mi nieco otuchy, bo wiedziałem, że w płaszczu nocnej królowej nie będzie nas aż tak widać. Morze cieni, które tworzyły drzewa i krzewy skutecznie zlewały się z naszymi własnymi czyniąc nas zjawami. Po 5 minutach szaleńczego biegu nastąpiła dywersja. Stado podzieliło się na trzy części biegnące w trzech różnych kierunkach, by w razie czego stwory straciły trochę czasu na zastanowienie lub żeby się rozdzieliły. Może jednego byłbym w stanie pokonać, ale... w sumie... zmęczenie. Dobra, walka odpadała, ale tak czy siak, liczyłem na to, że już ktoś nas szuka i w razie potrzeby ocali nas przed śmiercią. Jeleń wraz z dwoma łaniami, które na swoich grzbietach miały nasz ekwipunek, skręcił niestandardowo w lewo kierując się bardziej w stronę sąsiedniego miasta. Las był granicą pomiędzy nim, a miastem, w którym obecnie stacjonował cyrk. Druga grupa pobiegła prosto, czyli w głąb, zaś trzecia w prawo, czyli w stronę naszego domu. Miałem nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Nie chciałem, aby pomoc zwierzaków poszła na marne. Tym bardziej, że miałem wstrętne uczucie, że co najmniej część z nich poniosła śmierć. Może to ja w nerwach zaczynałem mieć pesymistyczne myśli? Nie wiem, jednak w ciszy błagałem, aby ktoś z cyrku jechał na na ratunek. Byłem zmęczony i wiedziałem, że to zmęczenie ujawni się, jak tylko opadnie ze mnie adrenalina i stres.
Chwilkę potem znacznie zwolniliśmy bieg. Poklepałem jelenie wdzięcznie po szyi. Mam nadzieję, że czuł moją wdzięczność. Naprawdę... był wspaniałomyślnym stworzeniem, jak przystało na władcę lasu.
Nie zatrzymywaliśmy się jednak. Cały czas parliśmy do przodu. Nie mogliśmy robić postoju. Nie wiadomo, co te żmije kombinowały. Czułem ciężar na swoich plecach. Wiedziałem, że Midas zasnął. Zacząłem się martwić, że serio zaraz zleci z grzbietu. Ja jestem drobniejszy o niego. Utrzymałby mnie z łatwością, ale ja przy nim po jakimś czasie zacząłem wymiękać. Jedną ręką trzymałem się sierści jelenia, a drugą złapałem jego rękę tak, aby w przypadku skrętu w jedną z dwóch stron, z żadnej nie mógł spaść. Tym razem trzymałem go najmocniej jak mogłem.
- O niebiosa... - szepnąłem - ... niech ktoś nas odnajdzie – dokończyłem z lamentem. Powoli wszystko zaczynało do mnie docierać, tempo zaczynało zwalniać. Już miałem się rozpłakać, by rozładować stres, gdy nagle z głębi lasu dobiegło do nas dudnienie. Odwróciłem się lekko i rozwarłem szeroko oczy. Poziom strachu znów gwałtownie podskoczył do góry. Kopytne zastrzygły uszami, a ja bez namysłu pognałem je ponownie do szaleńczego biegu. Gdybym mógł to ryczałbym jak bóbr.
- Co się znowu dzieje?! - warknąłem do siebie. Sam nie wiem czy byłem zły czy zrozpaczony, ale miałem już tego serdecznie dosyć. Mimo naszego biegu, dudnienie nie cichło. Wydawało mi się, że wręcz podnosiło się. To coś zbliżało się do nas nie ubłagalnie. Powoli widok zaczynał mi się zamazywać od łez. Wiedziałem, że za żadne skarby nie dam rady walczyć fizycznie. Na dodatek byłem totalną ciamajdą jeśli chodzi o mój oręż. Za chwilę usłyszałem rżenie... rżenie koni. Zdziwiłem się, ale zaraz dotarło do mnie, że przecież ta czarownica czy czarownik czy coś jeszcze potworniejszego mogło dosiadać demonicznych, piekielnych rumaków i gnało w naszą stronę, aby nas wykończyć. Jeleń pod nami był zmęczony i wiózł na sobie ogromny ciężar. Jeśli moje obawy miały się potwierdzić to... to był nasz koniec. Dudnienie wciąż nie ustawało. Ja nie poganiałem już rogacza. Nie chciałem go zabić. W razie czego... mógłby uciec z łaniami. Zapewne stwora nie będą interesować zwierzęta, lecz ludzie. Już rozważałem poddanie się, lecz kiedy hałas osiągnął maksimum swoich możliwości i zdawał się być tylko kilka metrów za nami, usłyszałem znajome głosy.
- Edward?! - odwróciłem się zszokowany za siebie. Zobaczyłem Blacka i Nighta galopujących na ogromnym dyliżansie zaprzężonym w cztery gniade konie. I wierzcie lub nie... bardziej zszokowany byłem tym, jak oni dojechali tu takim powozem? Drzew co prawda nie był mnóstwo. To był raczej niezbyt gęsty las, ale nie brakowało tu wzniesień. Zapewne koła były ze stali tak samo jak cały dyliżans. Zatrzymałem kopytne, które na początku były oporne, szczególnie jeleń, ale zapewniłem go zarówno słowami jak i dotykiem, że jesteśmy bezpieczni. Powóz zatrzymał się gwałtownie wznosząc w powietrze masę liści i leśnego runa. W tamtej chwili trochę usypało mi się na głowę i było to tak miłe uczucie, że w jednej chwili zacząłem się szczerzyć i śmiać pod nosem, jak głupi do sera.
- Przybyliśmy w samą porę, co? - powiedział zadziornie Night.
- Jak zawsze idealnie! - pochwaliłem z ogromną radością. Nagle cały strach, smutek i żałość opuściły mnie. Wreszcie czułem się bezpieczny. Konie parskały radośnie. Nie wydawały mi się magicznymi, ale zapewne były. Pędziły jak stado komanczów, więc... z pewnością dosypano im do paszy garstkę magicznego pyłu. Bez obaw podjechałem na rogaczu do bliźniaków.
- Midas! - odwróciłem się w stronę długowłosego – Jesteśmy bezpieczni! Bliźniacy po nas przyjechali – powiedziałem z radością, na co odpowiedziała mi głucha cisza. Noż, kurde! Czy ja zawsze muszę mieć takie skoki strachu i ciśnienia? Niedługo przez coś takiego przedwcześnie umrę na zawał serca! - Midas! - krzyknąłem, a mężczyzna się nie ruszył. Wpadłem w kolejny napad histerii, a zwierzęta wraz ze mną – On nie żyje! On umarł przeze mnie! On żył niedawno! Naprawdę! - zacząłem krzyczeć i miotać się. Całe otoczenie znów zaczynało być w chaosie.
- Uspokój się, Ed – powiedział Black i w mgnieniu oka zeskoczył z powozu – On z pewnością żyje – dodał. Ja wcale mu nie wierzyłem, ale nie miałem jak protestować, bo Night szarpnął moim wątłym ciałkiem, tym samym zdejmując mnie z grzbietu rogacza. Midas zaś zaczął sam się osuwać, ale Black był na to przygotowany i złapał go zręcznie.
- On krwawi, Night – oznajmił chłodno – Ale żyje.
- O Jezu... - zakręciło mi się momentalnie w głowie, zaś nogi ugięły się pode mną. Czułem, jak osuwam się na ziemię wraz z jednym z braci, który nie zamierzał na siłę podtrzymywać mnie w pozycji stojącej. Byłem tak zmęczony, jak nigdy. Jakbym nie spał cały tydzień przez szycie. Oczy znów wypełniły mi się łzami, ale nie mogłem już krzyczeć, wyć ani zawodzić. Mogłem tylko oddychać ciężko, szeptać i pozwalać łzom płynąć. Przytuliłem się do przyszywanego brata.
- On nie umrze. Powiedz mi, Night, że on nie umrze – spojrzałem w oczy niebieskowłosego. Jego makijaż wcale nie dodawał tej sytuacji powagi, ale... nawet to nie sprawiło, że poczułem się lepiej. Wręcz czułem się gorzej.
- Oczywiście, że nie umrze, głuptasie – uśmiechnął się do mnie szczerze – Midas to cwana bestia. Taka sama jak jego kocur, którego świrowanie od razu dawało nam znać, że coś się stanie – zaśmiał się – Poza tym... cyrk nie pozwala, aby jego cyrkowcy tak łatwo umierali. Potwory muszą się nieźle namęczyć, żeby kogoś nam załawtwić – pocieszył mnie Night, na co ja umilkłem, nadal nieprzekonany. Mój organizm miał to jednak gdzieś i coraz mocniej domagał się odpoczynku i snu. Oczy same zaczęły mi się kleić. Wtuliłem głowę w pierś swojego przyszywanego brata.
- Jak za dawnych dobrych lat – szepnął jedynie, a ja zasnąłem.

Spałem, jak zabity. Nie śniło mi się kompletnie nic. Kilka razy się budziłem, ale zaraz obracałem się na drugi bok i ponownie zasypiałem. W końcu za którymś razem obudziłem się już tak mocno, że nie mogłem za żadne skarby zasnąć. Uchyliłem powieki i ku mojemu zaskoczeniu wokoło panował leciutki półmrok przełamywany nikłymi promieniami ciepłego słońca przez zasłony. Leżałem tak do czasu, aż świadomość nie dała o sobie znać jak za pstryknięciem palca. W jednej chwili wszystkie wspomnienia powróciły kompletnie wybijając mnie ze snu. Zerwałem się z łóżka i zobaczyłem obok mnie na osobnym miejscu leżącego Midasa. Byliśmy w dyliżansie, którym nocą przyjechali bliźniacy. Spałem wyłożony na jednym miejscu, a Midas na drugim. Był lekko odkryty zapewne przez gorąco, jakie mu doskwierało w nocy. Ja byłem zmarżluchem i kochałem ciepełko nawet w lecie, więc zazwyczaj byłem przykryty po uszy. Złotooki wręcz przeciwnie. Zmierzyłem go całego. Nie miał na sobie koszulki, jedynie spodnie. Jego brzuch owinięty był grubą warstwą bandaża i przepasany lekko na ramionach, by w czasie snu opatrunek się nie zsunął. Odkryłem się cały i położyłem stopy na ziemi. Uklęknąłem na niej przy mężczyźnie. Patrzyłem jak śpi. Wpatrywałem się wytrwale w jego twarz. Była taka spokojna i łagodna, zupełnie pogrążona we śnie. Podobała mi się. Nie czułem żadnego strachu ani skrępowania wpatrując się w nią. Przy okazji miałem okazję dokładnie jej się przyjrzeć. Jego oczy miały smukły i długi kształt. Dlatego też wtedy, kiedy miał je otwarte wydawał się albo zły albo zmęczony. Okrywał je wachlarz długich, ciemnych rzęs, które ukryte, podkreślały jego złote oczy, nie dając o sobie znać. Brwi miał gęste i w dziwnym odcieniu, który nie przypominał mi żadnego ze znanych mi kolorów. Nie mniej jednak mogłem rzec, że bardzo pasowały i do jego twarzy i do jego włosów. Nos miał dłuższy niż ja i mocniej zadarty. Nie wiele mu brakowało do standardowego świńskiego noska, ale ten atrybut pasował i do jego twarzy i do jego charakteru. Zaśmiałem się w duchu na myśl o naszych niedawnych relacjach. Wiele się w nich zmieniło... przynajmniej dla mnie. Usta zaś miały nietypowy kształt. Nigdy takiego nie widziałem, ale przez słowo " nietypowy " nie chciałem powiedzieć ani " dziwny " ani " brzydki ". Górna warga była sporo drobniejsza od tej dolnej, jednak i jedna i druga była subtelnie uniesiona w górę. Przez takie uformowanie były po prostu piękne i... kuszące? Na taką myśl, zaraz poczułem, jak mi gorąco. Midas był naprawdę bardzo przystojny. Przygryzłem lekko wargę czując lekki wstyd, że... tak myślę o nim. Nie powinienem zaprzątać sobie głowy myślami, które mogą doprowadzić do nierealnych pragnień. Co jak co, ale... Midas z pewnością nie był głupi i nawet jakbym się zmienił nie do poznania to i tak by mnie nie chciał. To oczywiste. Ale... czyż nie mogłem być chociaż jego dozgonnym przyjacielem? Czyż nie mogłem sprawiać mu radość, samemu nie będąc szczęśliwym? Oczywiście, że mogłem!
- Czy mógłbyś przestać tak natarczywie się na mnie patrzyć? - mruknął pół szeptem długowłosy, na co ja wystraszony, aż podskoczyłem i krzyknąłem, ale... straciłem głos, a przynajmniej mówiłem o 3/4 tonu niżej. Mężczyzna lekko uchylił powieki i spojrzał na mnie.
- Ty żyjesz... - szepnąłem. Znaczy się... wiedziałem, że żyje, ale... te słowa były bardzo ogólne. Dopiero wtedy zaczęła docierać do mnie euforia, której nie mogłem wyrazić zaraz po tym, jak wyciągnąłem towarzysza z siedziby żmij. Żyliśmy obydwoje i byliśmy bezpieczni. Czy mogło być coś piękniejszego?
- Oczywiście, że żyję – skrzywił się – Dlaczego miałbym nie żyć? To było zwykłe dźgnięcie w bok – oznajmił spokojnie – I tak miałem szczęście... - urwał, bo rzuciłem się na niego, by go przytulić. Chciałem mu powiedzieć tyle miłych słów i przekazać całą radość, jaka we mnie siedziała.
- Tak się cieszę, że żyjesz – zacząłem ochrypniętym głosem – Myślałem, że zginąłeś. Kiedy ta ziemia... wtedy... wessała Cię do swojego wnętrza... - głos zaczął mi się załamywać, a od złych wspomnień również łzy zaczęły ponownie płynąć gdzieś ukradkiem – Mimo oręża jakie dostałem, nie byłem w stanie walczyć z tymi pokrakami. Widziałem, jak Cię ciągną gdzieś... a potem... zniknąłeś. To była moja wina. Powinienem od razu Ci powiedzieć, że nie byłem szkolony do misji i nic nie umiem. Przeze mnie prawie umarłeś. Gdyby nie zwierzęta, zginąłbyś przeze mnie, pożarty lub wykorzystany seksualnie przez te niewyżyte szmaciury – z każdym zdaniem przyciągałem go mocniej do siebie, jakbym próbował raz na zawsze nie pozwolić komukolwiek go skrzywdzić. Chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak szczęśliwy z jego obecności jak w tamtej chwili. Nie wiem nawet czy kiedykolwiek cieszyłem się z kogokolwiek obecności, jak wtedy z obecności Midasa. Mężczyzna na moje słowa jedynie westchnął ciężko, jakbym właśnie postawił go przed ciężkim wyborem. Oparł głowę blisko mojej szyi. Czułem na skórze jego ciepły oddech, który jeszcze bardziej upewniał mnie w tym, że to nie sen.
- To nie Twoja wina, Edwardzie – zaczął – To ja Cię naraziłem. Przykro mi. Nie wiem, co mnie do tego skłoniło. Dzięki, że... uratowałeś mi życie – w ostatnim sformułowaniu poczułem dziwny ton w jego głosie. Bardzo miły dla ucha ton. Uśmiechnąłem się od ucha do ucha.
- Nie ma za co. Ty też przecież uratowałbyś mnie, głuptasku – zaśmiałem się pod nosem i przeczesałem lekko długie włosy mężczyzny – Mam okropny głos, co nie?
- Trudno się nie zgodzić – odpowiedział Midas. To sformułowanie rozbawiło mnie jeszcze bardziej. Nie wydawało się być złośliwe ani kaśliwe, lecz... humorystyczne.
- Jesteś głodny? Przynieść Ci śniadanie? Z pewnością bliźniacy już coś pichcą – zaproponowałem. Złotooki nie wyraził sprzeciwu. Wypuściłem go z moich objęć i podniosłem się z łóżka, na którym się znalazłem, gdy chciałem przekazać mu sporą dawkę moich dziecięcych czułości. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nie mam moich butów. Uniosłem więc krótszą nogę i przemieszczając się, skakałem na drugiej. Sokole oko chłopaka nie puściło tego szczegółu w niepamięć.
- Co Ci się stało w nogę? - spytał z ciekawością.
- Ah, to! To lekka kontuzja. Źle zeskoczyłem wczoraj z jelenia – skłamałem i szybko wyszedłem z pomieszczenia. Ostrożnie zeskakiwałem po schodkach dyliżansu, trzęsąc całym powozem. Skupiłem się głównie na bezpiecznym zejściu, dlatego nie zauważyłem zupełnie niczego wokół mnie. Dopiero kiedy postawiłem gołe stopy na chłodnym i miękkim runie leśnym i rozejrzałem się, zauważyłem moją wczorajszą ekipę ratunkową. Uśmiechnąłem się na widok całego i zdrowego borsuka, dzików, lisków, wiewiórek, jelenia oraz łani. Nietoperzy ani sów nie zobaczyłem, ale zapewne ukryły się w swoich dziennych kryjówkach, gdzie odsypiały na następną noc. Pokuśtykałem się do nich powoli, nie udając już, że mam zwichniętą nogę. Jeleń wyszedł mi na przeciw. Z radością przytuliłem do siebie leśnego króla czując przyjemną miękkość jego futerka. Kopytny chrapnął mile, zupełnie zrelaksowany i bez żadnej obawy wobec mnie.
- Dziękuję, że pomogłeś nam uciec – szepnąłem. Odsunąłem się i zobaczyłem w oczach stworzenia przyjemny błysk. Kolejno przytulałem każdą z łani, które aż brnęły do tego, żeby je przytulić i pogłaskać. Po chwili uklęknąłem na ziemi. Niekomfortowo było mi stać prawie że na jednej nodze. Oczywiście pierwszy wepchnął się borsuk, można powiedzieć, że mózg operacji. Wydrapałem go porządnie po brzuszku. Wszystkim zwierzętom nagle zebrało się na figle i pieszczoty. Oblegały mnie wszystkie, a ja nie mogłem im odmówić. Niebawem same zaczęły mi dokuczać. Trącały mnie tam, gdzie miałem łaskotki, ale w zasadzie... ja wszędzie miałem łaskotki, turlały się wznosząc tumany liści w powietrze i oczywiście lizały mnie po twarzy, jak psy. W szczególności lisy. Były ogromnie przyjazne. Nie myślałem, że nawet dzikie stworzenia z puszczy będę w stanie okiełznać i się z nimi zaprzyjaźnić.
Nagle wszystkie podniosły wzrok i wyostrzyły zmysły w jednym kierunku. Kiedy podniosłem się z ziemi, cały w liściach i obróciłem się za siebie, zobaczyłem złotookiego, który właśnie powoli wychodził z dyliżansu. Podniosłem się szybko i zaraz byłem obok niego. Byłem raczej skoczny.
- To moja ekipa ratunkowa? - spytał wskazując na gromadę.
- Oui – odpowiedziałem twierdząco po francusku. Eskortowałem chłopaka, bo... tak naprawdę nic mi w nogę nie było, dlatego gdyby coś się stało, mógłbym mu pomóc. Zwierzęta się go nie bały. Czekały z niecierpliwością na to, aby się do nich jeszcze bardziej zbliżył. Kiedy byliśmy oboje już bardzo blisko, Midas nie wiedział, co ma poczynić. Spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym " I co mam teraz zrobić? ". Ja uśmiechnąłem się i spojrzałem na jego dłonie, na których miał rękawiczki. Dziękowałem w duchu bliźniaków, że je odnaleźli w moim plecaku i dali mężczyźnie blisko łóżka. Ująłem jego rękę i podniosłem do góry na wysokość klatki piersiowej. Podniosłem lekko jego dłoń. Rogacz podszedł spokojnie, powąchał nowego człowieka i przysunął pyszczek do ręki magika. Zaczął się łasić. Uśmiechnąłem się szczerząc białe ząbki na ten piękny widok.
- Dziękuję za uratowanie życia – powiedział spokojnie do jelenia – Wam również – zwrócił się do reszty gromady. Zwierzątka na te słowa ożywiły się. Byłem taki szczęśliwy. Spojrzałem na Midasa, a on na mnie.
- Nie mogę uwierzyć, że wszystko tak dobrze się skończyło – ponownie uśmiechnąłem się ukazując rzędy białych zębów.
- I co się tak szczerzysz? - usłyszałem głos zza powozu – Zapomniałeś, co masz między zębami – uśmiechnął się parszywie Black. Jak zwykle żarty się ich trzymały w każdej sytuacji. Nie mniej... wystraszyłem się na jego słowa i od razu zasłoniłem usta. Przez to wszystko zapomniałem o mojej szczerbie.
- Zajeb.iście – pomyślałem – Już jedno kalectwo mu pokazałeś. Nie wykapuj się z drugim – przestrzegłem się w myślach. Musiałem wyglądać jak dziecko. Liście we włosach i ta " słodka ", dziecinna szczerba. A żeby to!
Nagle wszystkie ptaki w lesie podrzuciły się do lotu, zaś gromada zniknęła w popłochu tak nagle, jak nagle się pojawiła. To nie był koniec naszych przygód.

< Midas? Znów nie przesłodziłam? X'D >

20 sie 2017

Akuma CD Rue

Nadal odczuwał mdłości, jednak podniecenie, jakie wyczuł w połączeniu z nadzieją po usłyszeniu od tego dekla, że gdzieś za górami jest jakaś szamanka sprawiło, że na prawdę chciało mu się zwymiotować. Na szczęście, wszystko już wcześniej zostało wydalone. Swoją drogą, nadal odczuwał ten gorzki i kwaśny smak kwasu żołądkowego i resztek jedzenia.
- To daleko? -spytała Rue, najwidoczniej nie podzielając z nim ekscytacji. Raczej coś w rodzaju wątpienia i znudzenia tym wszystkim. No tak, najchętniej by spierdzieliła dziesięć kilometrów dalej, nie pozostawiając po sobie śladu. Ani życia, jak mniemał.
- Półtora godziny - oznajmił Pik, mając ochotę już odejść i znaleźć tę kobietę, o której mówił. Akuma aż błagał i modlił się całym sobą, czuł niezwykłe pragnienie w sercu. To musi się udać, bo co innego im zostanie.
- Pieszo? -dopytywała. Pokręcił głową przecząco z miną, jakby chciał się zaśmiać.
- Nie mamy czasu na spacerki, jedziemy konno, gdyż samochodu też nie mamy - oznajmił. Dwójka spojrzała na niego tym samym otępiałym wzrokiem. Konno? Jaja sobie robi? Nie jeździł na wierzchowcu ogromny szmat czasu, w dodatku tylko kłusował i ograniczał się do prostych ćwiczeń, zero skoków, cwału, czy galopu. ZERO. Brak doświadczenia, wiedzy, jak oni sobie mają poradzić? O to jeszcze w nocy?
- A nie da się jej tutaj sprowadzić? - znowu zadała pytanie, choć trochę go to zniecierpliwiło, popierał ją całym sobą.
- Tak będzie szybciej. W dodatku gdyby miała jakieś rzeczy konieczne do wykorzystania, długo by zajęło ich spakowanie - wyjaśnił z grubsza. - Za jakieś pół godziny wyruszamy, idę osiodłać i się zająć końmi. A ty, lepiej się ogarnij. Z tego co wiem, nie lubi brudu. A, i jeszcze coś. Musisz wziąć jakiś swój przedmiot, najlepiej parę, to może pomóc, Rue - dodał, wskazując palcem na szarowłosego, a potem zwracając się do dziewczyny. Miał ochotę mu przypieprzyć z pięści w twarz, to przecież nie jego wina, że tak wygląda i śmierdzi! Ale gdyby się mieli wracać, przez jego prezentację, zabiłby nie tylko siebie, ale i chyba ich.
- Jaką mam pewność, że mnie nie uprowadzicie? - spytała podejrzliwie, na co tylko westchnął. Jak ma jej wytłumaczyć to wszystko? Przecież i tak już wiele z siebie dała. Ale to najwidoczniej nie wystarczy, teraz trzeba jeszcze pojechać w Cholerawiegdzie. Westchnął, pasując kciukiem i palcem wskazującym zatoki sitowe. Jakby to mogło w czymś pomóc...
- Musisz nam zaufać. Rozumiem, że to trudne, ale jak inaczej wytłumaczysz to? - spytał, już wyciągając telefon z plecaka. Jednak car nie zadziałał. - Mniejsza z tym, nie działa. - westchnął, chcąc pokazać jej występ na YouTube, fenomenalne salta i inne akrobacje, których nazw nawet nie znał. Wie tylko, że wykonane na trapezach i linie.
- Wiesz w ogóle, gdzie nas zawiezie? - spytała z rezygnacją. Pokręcił przecząco głową, pierwsze słyszał o jakiejś szamance za górami. - Dobra, idź już, bo serio śmierdzisz - gdy spojrzał na nią oskarżycielsko, podniosła ręce w geście obronnym. - Serio mówię! Do tego chcę pobyć sama. Nigdzie nie ucieknę, teraz to ty musisz mi chwilę zaufać - oznajmiła, gdy jego spojrzenie zmieniło się na podejrzliwe. A co, jak mówi to tylko dlatego, bo chce dać nogę za pas i się stąd zmyć? Ale zaufał jej, tak jak poprosiła. Przynajmniej teoretycznie to zrobiła.
Poczuł się o niebo lepiej, gdy zmył z siebie resztki przeżyć, choć zapisały się one w postaci licznych przebarwień na skórze i zrytej do końca psychiki. Chwycił swój plecak, również wymyty, gdyż kiepsko z nim było. Załadował do niego wszystko, co uznał za najpotrzebniejsze.  Nóż ( drugą rzutkę władował do kieszeni wraz z paroma czerwonymi kulami mającymi po wybuchnięciu oślepić napastnika oraz czarnymi, wybuchającymi na odległość połowy metra ),  dawno wykonane bomby dymne oraz inne tego typu przedmioty, na wszelki wypadek telefon i słuchawki, chociaż to pierwsze nie działało jak dotychczas, no i wydrukowane, sam nie pamiętał, kiedy zrobione i przelane na papier, zdjęcie przedstawiające jego i Rue uśmiechających się głupkowato do obiektywu, na tle czerwonego namiotu w białe, pochyła paski. Być może to by pomogło, a jeśli nie, do przynajmniej chciał pokazać jej fotografię na dowód, iż faktycznie się znali. To ułatwiłoby sprawę. A więc ubrany w czerń, czyli jeansy oraz bluza z kapturem zakładana przez głowę o właśnie takim kolorze, wyszedł od siebie, by pójść po Rue. Nie zdziwił się, gdy zastał ją na miejscu, ale trzeba przyznać, że poczuł ulgę.
- Chyba powinniśmy już iść do stajni - oznajmił, zaglądając do środka. Siedziała gładząc Mikę po łbie, chyba zadowolona z faktu, iż Heddo został zabrany przez niego do siebie, z dala od niej. Cóż, przynajmniej dostał jedzenie, picie oraz miejsce do spania, do którego powinien się przyzwyczaić. Zastanowił się, czy nie byłoby rozsądnie wziąć i jego, ale mógłby narobić hałasu i uciec. Zależy też, jak zwierzęta by na niego zareagowały. Widząc parę przedmiotów leżących obok, zasugerował - wezmę je - oznajmił, przyglądając się wybranym rzeczom. Obroża, pewnie kota. Dobry wybór, w końcu więź pomiędzy nią a kotką to duży plus jej przeszłości i miał nadzieję, że również i przyszłości. Do tego jakieś ubranie, białe w róże. Skąd wiedziała, że to właśnie w nim występuje? Zdziwił się, ale w milczeniu włożył rzeczy do plecaka, wyciągnął zdjęcie z nadzieją, że to coś zmieni i w końcu uda im się uzyskać jej poparcie.
- Patrz - przekazał jej niewielką kartkę z obrazkiem w żywych kolorach.

< Rue? Nioh jedziemy na konikaaaaach >

19 sie 2017

Midas CD Le Bleuet

Żebra mężczyzny boleśnie obijały się o wystające korzenie i badyle, gdy bezceremonialnie ciągnięto go po leśnej, mokrej ziemi przy pomocy cholernych włosów. Wrzasnął najpierw z zaskoczenia a zaraz potem ze strachu. Przy tempie narzuconym przez potwory oraz bardzo niewygodnej pozycji, nie był w stanie dosięgnąć ich rękami. Zaklął pod nosem i zamknął oczy, gdy porywaczka mocniej szarpnęła go za nogi, sprawiając, iż Midas obrócił się bezwładnie, uderzając głową w wystający, sękaty korzeń. Ból eksplodował w potylicy niczym fajerwerki noworoczne, sprawiając, że przed oczyma Montyego zatańczyły czarne plamy. Znieruchomiał, zamroczony siłą uderzenia, pozwalając dalej ciągnąć się stworowi. Gdzieś w tle słyszał wrzaski Le Bleuet i bogowie, przejąłby się nimi, gdyby tylko jego myśli nie ciągnęły się jak paskudna guma. Kiedy w głowie rozjaśniło mu się na tyle, by ponownie kontaktował, poczuł, że jego nogi zapadają się w ziemię. Warknął zaskoczony i wierzgnął nimi, starając się wyplątać z włosów. Rękami pochwycił trawę wokół siebie, rozpaczliwie próbując się podciągnąć. Myśl o zostaniu pogrzebanym żywcem sprawiała, że wzdłuż kręgosłupa przebiegały mu lodowate dreszcze. To zdecydowanie nie był sposób, w jaki pragnął umrzeć. Otworzył szerzej oczy, gdy dopadł do niego Edward i wczepił się w niego rękami, tym razem nie przejmując się brakiem rękawiczek. Kreatura kryjąca się pod ziemią okazała się jednak silniejsza i już niedługo potem został całkowicie wchłonięty przez miękką, pachnącą glebę. Cóż, gdyby wiedział, iż tak to wszystko się skończy, w ogóle nie wybierałby się na taką wyprawę. A już tym bardziej nie zabierałby ze sobą młodego krawca.
Okazało się, iż centralnie pod nim znajduje się obszerna nora, bo chyba tylko tak mógł nazwać to miejsce. Sklepienie wydawało się dosyć solidne, podobnie zresztą jak ściany, co minimalnie pocieszało Midasa. Dostrzegł też siatkę niewielkich otworów, które najwyraźniej miały doprowadzać Świercze powietrze do tego podziemnego królestwa. Był to dobry znak – przynajmniej nie groziła mu szybka śmierć przez uduszenie.
W norze panował lekki półmrok, ale jedynym źródłem światła były mdłe ciała potworów. Montgomery skrzywił się na widok ich bladych, kobiecych ciałem, wyglądających na mocno niedożywione. Zimny strach ścisnął go za gardło. Nie miał zamiaru umierać w łapach tych kreatur.
Jedna z nich podpełzła bliżej i bez skrupułów złapała go za poliki rękami. Czuł, jak nieprzyjemnie chłodne i śliskie palce wbijają się w jego skórę.
- Puszczaj, suko – warknął, próbując wyszarpać głowę. Serce bębniło boleśnie w klatce piersiowej, a adrenalina uderzała do umysłu ze zdwojoną siłą. Zaśmiała się sycząco, błyskając kłami. Nagle jej palce stały się lodowato zimne, metalowe. Potwór zdążył jeszcze otworzyć szerzej ślepia, zaskoczony nagłą zmianą, zanim jego ciało w całości nie obróciło się w złoto. Midas chwycił jej ręce i bez problemu odgiął je w bok, czując przypływ satysfakcji. Złota umiejętność mogła dać mu sporą przewagę. Pozostałe potwory wrzasnęły wściekle, dopadając do swojej towarzyszki.
- Och, biedna Ssssskylla – zawodziła jedna z nich.
- Zapłacisssssz za to! – ryknęła żmija i wyciągnęła dosyć pokaźnej wielkości sztylet. Wzięła zamach i już miała cisnąć bronią, gdy ręka drugiej pochwyciła jej nadgarstek.
- Jesssst jeszcze potrzebny – przypomniała zimno, jego pożal się Boże, wybawicielka i splunęła z pogardą. Sama jednak wyciągnęła prostą, złowieszczą włócznię. Wymierzyła ostrym końcem w mężczyznę.
- Pójdziessssz z nami. I bez ssssztuczek, chyba że chcesssz sssskończyć z poharatanymi plecami – syknęła. Długowłosy ponuro skinął głową. Na razie nie miał możliwości ucieczki, czuł, że nawet jeśli jest potrzebny, nie będą miały oporów przed pozbyciem się go, gdy da im ku temu powód. Ruszyli wąskimi korytarzami, mijając najróżniejsze pomieszczenia i norki. Monty w głowie próbował zanotować każdy możliwy skręt, by ewentualną drogę mógł pokonać samodzielnie. Szybko się jednak pogubił, ciasne tunele miały tyle skrętów i zakamarków, że najzwyczajniej w świecie nie zdołał ogarnąć ich pamięcią. W końcu wężowe kobiety zasyczały wyraźnie podekscytowane. Przystanęły przy jamce, zaopatrzonej w prowizoryczne drzwi, zrobione ze spróchniałego drewna. Jedna z nich zdzieliła Midasa tępym końcem włóczni. Montgomery jęknął z bólu i obrzucił ją nieco przestraszonym spojrzeniem. Był pewien, że wyczuła jego strach i sprawiło jej to odrażającą przyjemność. Wzdrygnął się mimowolnie.
- Z sssszacunkiem – upomniała go i pchnęła drzwiczki. Weszli do przestronnej jamy, dobrze dotlenionej. Już od wejścia w Midasa uderzył smród pleśni i wilgoci. – Na kolana – warknęła jedna z kreatur i uderzyła w zgięcie kolan. Opadł na podłogę z syknięciem. Pozostałe wężowe kobiety pochyliły głowy i wygięły oficjalnie obrzydliwe ogony.
Coś poruszyło się w ciemności z cichym szmerem, zupełnie jakby jakaś wielka poczwara zaczynała się budzić. Z początku światło sączące się z olbrzymiego organizmu było dziwnie, niemal niezdrowo przygaszone. Dopiero po krótkiej chwili stworzenie rozjaśniło się jak stara żarówka, ukazując się w całej swojej okazałości. Monty poczuł, że włosy stają mu dęba.
Wężowa kobieta była znacznie większa niż jej krewniaczki, a swoim cielskiem wypełniała dobrą połowę ogromnej komory. Mniejsze żmijki zasyczały podekscytowane i służalczo przypadły do ziemi. Ich Pani ze względu na gabaryty z całą pewnością nie mogła przemieszczać się ich normalnymi, podziemnymi korytarzami. W przeciwieństwie do swoich miniaturek była dobrze odżywiona, ba, Midas pokusiłby się nawet o określenie spasiona. Niemniej jednak emanowała siłą i potęgą, którą trzymała w garści resztę roju. Zupełnie jak królowa pszczół w ulu.
- Było ich dwóch – stwierdziła królowa dudniącym głosem. Żmijki spojrzały po sobie spłoszone.
- Tamten był chuderlawy, o wielka i wspaniała. Zajęła się nim druga grupa – odparła ta z włócznią, niemal rozpłaszczając się na ziemi. Potwór zakołysał się, jakby zastanawiając się co z tym fantem zrobić.
- Ha, niech wam będzie – odparła w końcu. Zwróciła swoje wężowe oczy na Midasa, który poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. Miał wrażenie, iż świdrujące ślepia potwora go oceniają. Królowa zwróciła się do swoich poddanych, wydając z siebie syki i chrząknięcia. Mniejsze odpowiedziały jej gorliwie, przechodząc na swój ojczysty język. Monty obserwował całą scenę z rosnącym uczuciem grozy.
- A więc prawdziwy z ciebie złoty chłopiec – stwierdziła w końcu królowa, łypiąc na Montgomeryego. Zbladł, słysząc jej słowa.
- I ciebie mogę uczynić złotą – odparł. Zarechotała, zupełnie jakby opowiedział jakiś niebywale śmieszny kawał. Jej ogon wystrzelił ku mężczyźnie, oplótł go i przyciągnął do cielska.
- Śmiało, możesz spróbować, zanim przejdziemy do przesłuchania – warknęła królowa, najwyraźniej nie bojąc się jego dotyku. Wydawała się rozbawiona i pewna siebie. Midas przycisnął obie ręce do jednej z łusek.
Nie wydarzyło się kompletnie nic. Stwór nadal żył, patrzył na niego z góry, wyraźnie rozśmieszony strachem Montyego. Mężczyzna zacisnął zęby. Pod rękami czuł słabe pulsowanie, zupełnie jakby ogon otaczała dodatkowa bariera. Spojrzał wyżej, dostrzegając rozpoczynające się kobiece ciało. Wyciągnął rękę i z trudem sięgnął chłodnej skóry. Z początku nic się nie działo, oprócz wyraźnej straty energii Midas nie czuł kompletnie żadnych zmian. Królowa fuknęła, patrząc na jego starania.
- Możesz sobie odpuścić – rzuciła. I wtedy pierwsza złota plama rozlała się na jej ciele. Zawyła z bólu i pacnęła go potężną łapą, odrzucając od siebie. Mężczyzna uderzył w ścianę i zsunął się z niej na ziemię z głuchym łoskotem. Było już za późno, metal wspiął się po cielsku, zmieniając wrzeszczącą królową w figurę. Montgomery patrzył na nią z niedowierzaniem.
- Ty! – wrzasnęły mniejsze potwory, najwyraźniej rozsierdzone śmiercią swojej przewodniczki. Midas wstał ostrożnie i wrzasnął na widok pędzącej w jego kierunku włóczni. Ostrze wbiło się miękko w bok, zatapiając ostrze w ciele. Siła uderzenia zbiła Midasa z nóg. Upadł na wilgotną glebę, ze świstem łapiąc powietrze. Musiał coś zrobić. Czuł, że zmienienie mniejszych kreatur w złoto nie wchodzi w grę, żadna z nich nie dałaby mu się podejść tak blisko. Zacisnął zęby i z trudem skoczył ku zmienionej w złoto poczwarze. Kontrola nad metalem zawsze sprawiała mu problemy. Teraz jednak nie była to kwestia udanego przedstawienia, jeśli zawali będzie kosztowało go to życie.
Złota królowa rozbiła się na liczne niewielkie kawałki. Midas sapnął z wysiłku, kiedy wszystkie uniosły się nad ziemię. Musiał działać szybko, zanim starci nad nimi kontrolę. Machnął ręką, a ostre odłamki pomknęły błyskawicznie w kierunku węży. Rozległ się obrzydliwy odgłos rozrywanego mięsa, gdy ciałka potworów zostały podziurawione metalem. Opadł na ziemię, oddychając ciężko. Wiedział, że nie ma zbyt dużej ilości czasu, mógł się założyć, iż gniazdo jest pełne żmijek. Wątpił, czy zdołałby się z nimi dogadać po zamordowaniu ich władcy.
Skamląc z bólu, wyrwał z boku włócznię. Wbiła się płycej, niż podejrzewał i rana, chociaż paskudna, nie była śmiertelna. Najwyraźniej wytrącona z równowagi kreatura źle wymierzyła. Przycisnął rękę do rany, tamując złotą posokę. Musiał się pośpieszyć.
Z wysiłkiem dźwignął się na nogi i ruszył w boczne korytarze. Kierował się w głównej mierze na wyczucie, starając się wybierać wznoszącą drogę. Tracił już poczucie czasu, gdy na twarzy poczuł powiew świeżego powietrza. Ożywił się na to i zaczął przeć do przodu z nową siłą. Gdzieś z boku doszły go syczące rozmowy potworów. Nie usłyszały go jednak i oddaliły się w swoją stroną.
W końcu Midas dotarł do dziury, ewidentnie rozkopanej od zewnątrz. Nie miał bladego pojęcia, skąd się tam wzięła, jednak nic a nic go to nie obchodziło. Chwycił się krawędzi i podciągnął nieco do góry.
- Hej, morderco! – wrzasnął ktoś obok, sycząco. Midas zawył na widok oddziałku potworów, próbując pomóc sobie we wspinaczce nogami. Opadał już z sił i wiedział, iż nie da rady wygrać z nowymi przeciwnikami.
Czyjeś drobne ręce wychynęły się z góry i ku furii leśnych stworzeń, wciągnęły go na górę.
- Edward! – westchnął zaskoczony, na widok umorusanego ziemią krawca. Le Bleuet, otoczony gromadką zwierząt najwyraźniej wykopał mu drogę ucieczki. Najpewniej miejsce wskazały mu zwierzaki, ratując tym samym życie Midasa. Podejrzewał, że było to jedyne miejsce, gdzie dało się wbić w podziemne korytarze, wszystkie inne znajdowały się zbyt głęboko by próbować je odkopywać.
- Szybko – zawołał młodszy, na widok gramolących się na powierzchnie stworów. Pomógł Montgomeryemu władować się na dużego jelenia i sam usiadł przed nim. Rogacz wystrzelił do przodu, zostawiając w tyle stwory. Na dworze było już ciemno, jednak księżycowa poświata dobrze rozjaśniała drogę. Midas przycisnął mocniej rękę do rany. Krew już nie lała się z niego obficie, sączyła się tylko, ale mimo to wyraźnie czuł skutki sporej utraty krwi. Przysunął się blisko chłopaka, przytulając się do jego pleców. Wolną ręką oplótł go w pasie, chcąc mieć, choć minimalną pewność, iż uda mu się nie zlecieć z pędzącego jelenia. Oddychał nieco zbyt ciężko, czuł, jak paraliżuje go zmęczenie. Wbrew sobie ułożył głowę na ramieniu wybawiciela i przymknął oczy. Nie odważył się jednak zasnąć, zbytnio obawiał się upadku.
< Le Bleuet? :3 >