2 sie 2018

Mefoda CD Akuma

Będąc już w cyrku, szybko się rozstaliśmy. Myślałem jeszcze, czy czasem nie zabrać by go tak na coś do jedzenia na stołówkę, jednak postanowiłem, że zrobię to jutro. I tak wszystko by pewnie zwymiotował, jestem pewien, że to robi.
Skierowałem się do swojego namiotu, właśnie skończyłem ćwiczenia z moją kobyłą, która teraz skubie sobie trawę na wybiegu. Postanowiłem wziąć szybki prysznic, tak też zrobiłem. Czysty i odświeżony, sprawdziłem godzinę na wyświetlaczu telefonu - dochodziła czternasta. Może wpadłbym zobaczyć, co u Akumy? Być może już wrócił...
Zacząłem szukać jego namiotu, zdziwiłem się, gdy znalazłem go w części należącej do tych bardziej uzdolnionych artystów. Ciekawe, nie wydaje się być kimś, kto lubi pokazywać się przed publiką... Zapukałem w metal i odczekałem moment.
- Wejść! - rozległo się wołanie, a ja uśmiechnąłem się lekko i wszedłem do środka.
- Cześć - przywitałem się z chłopakiem, który stał do mnie tyłem. Odwrócił się szybko, spoglądając na mnie z niekrytym zaskoczeniem. Jego pies podreptał do mnie, obwąchując mnie dokładnie. Wyciągnąłem dłoń w jego stronę i zaczęłam głaskać go po łbie. Wygląda jak siedem nieszczęść, ale to w zasadzie całkiem przyjazny psiak.
- Umm, hej. Nie spodziewałem się ciebie, wybacz - oznajmił, pokazując porozwalane na łóżku rzeczy. Głównie ciuchy. Rozejrzałem się na boki i zdziwiłem się, nie dostrzegając żadnych osobistych rzeczy. Żadnych zdjęć, kwiatków, nawet telefonu, nic. Trochę dziwne. Może się jeszcze nie rozpakował? W końcu jest tutaj z powrotem dopiero od jakiegoś czasu...
- Nie przejmuj się, u mnie jest sto razy gorzej. Cud, jakbyś znalazł podłogę - zbyłem wszystko machnięciem dłoni. Zaśmiał się głośno, po czym wrócił do układania ubrań, w czym musiałem mu przeszkodzić. Składał je niedbale w kostkę, układając jedno na drugie.
- Widzę, że przegląd szafy aktualizowany - zaśmiałem się, a on jedynie prychnął, nie przerywając swojej czynności. Usiadłem na łóżku, jakbym nie robił tego dopiero pierwszy raz w życiu, przyglądając się jego ruchom. Starałem się odegnać od siebie myśli, że jestem tutaj tak wcześnie dlatego, że chciałem zobaczyć chłopaka wcześniej. Ale taka prawda. Boże, życie jest takie problematyczne...
- A więc? Co dzisiaj robimy? - spytałem energicznie, mając nadzieję, że tym razem to on coś wybierze. No, dawaj... Nie mamy wieczności!
- Sam nie wiem, a na co masz ochotę? Tylko proszę, żeby to nie wymagało dużego wysiłku, jest tak gorącooo... - przedłużył ostatni wyraz, przez co wydał się mi małym dzieckiem proszącym o coś swojego rodzica. Boże, chyba właśnie osiągnął skalę słodkości, gdy zamknął przy tym oczy. Westchnąłem na swoje zachowanie, jaki ma jestem debilem.
- No, to sam nie wiem. Możemy iść do parku, weźmiesz psa. Albo do kina. Albo po prostu na miasto, znowu do jakiejś kawiarni, albo na ławkę, czy coś - proponowałem, a on na chwilę się zastanowił.
- Chodźmy może na rynek? Chciałbym posłuchać, jak ktoś tam gra. Zawsze grali! - zaproponował, a ja uśmiechnąłem się szeroko, no bo w końcu podjął pierwszą samodzielną decyzję!
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że to zaproponowałeś - miałem ochotę skakać ze szczęścia, ale chyba bym go przestraszył. Zaśmiał się na moje dziecinne zachowanie, gdy pisnąłem po prostu na początku swojej wypowiedzi, niczym właśnie pięcioletnia dziewczynka, która dostałą wymarzoną lalkę na swoje urodziny. A tam.
- Też chciałeś tam iść? - spytał, a widząc radość wypisaną na jego twarzy, aż nie mogłem zaprzeczyć. Dobra, mieliśmy być ze sobą szczerzy, ale to jedno niewinne kłamstwo!
- I to jak! Kocham grajków ulicznych! - skłamałem. Zawsze rzucałem w nich chlebem. Tak, jestem skończonym dupkiem i idiotą, ale kurde... No właśnie? Ale co? Ale nic, po prostu jestem kretynem i tyle w temacie. Ale jeśli to jest to, na co on ma ochotę, to jasne. Po chwili wpadłem na jeszcze lepszy pomysł.
- Ale, kupujemy po bułce czy czymś innym do jedzenia i jemy, okay? - spytałem, a uśmiech natychmiast zniknął z jego twarzy. Kurde, proszę cię, zgódź się, no! To dla twojego dobra przecież jest!!!
- Nie może się obejść bez tego? Właśnie...
- Tylko mi nie mów, że właśnie jadłeś, bo oboje dobrze wiemy, że nie. Dlatego albo idziemy zjeść i do centrum, albo też w ogóle nie - postawiłem sprawę jasno, patrząc na niego chytrze. Nie wiem, czy szantaż do dobra metoda, ale jestem pewien, że zadziała.
< Akuma? >

Akuma CD Mefoda

Czułem lekkie poczucie winy za to, że chłopak przeze mnie się rozpłakał. Przecież takiego człowieka byle gówno nie smuci... Jednak skoro twierdzi, że to ze szczęścia, to co mam niby powiedzieć? Że mu nie wierzę? Przecież bliskie relacje opierają się na zaufaniu, a on chyba by mi powiedział, gdyby coś go trapiło, smuciło i tak dalej, prawda?
- Okay, to jak, idziemy? - odsunął mnie delikatnie od siebie, patrząc na mnie z lekkim uśmiechem i błyszczącymi oczami. Jak po piciu normalnie. Poczułem znajome ukłucie w sercu, po piciu. Alkohol niszczy życie, po chu*a ludzie po niego sięgają? Po te wszystkie narkotyki,... Ale sam nie byłem lepszy. I nie jestem. W końcu tata miał na mnie jakiś wpływ, od papierosów po picie.
- Idziemy - uśmiechnąłem się szeroko. To dziwne, ale czułem się tak... lekko? Tak, po tym wszystkim, co się zdarzyło, znacznie mi ulżyło. Chociaż pojawiły się i nowe obawy, takie jak cały ten proces pomocy Mefody. Przecież to nie będzie łatwe. Czy ja chcę tak naprawdę, żeby było lepiej? Przecież właśnie do tego dążę... Czy on nie widzi tego, ile mam tłuszczu na brzuchu, udach, ramionach? Nie widzi tego, jak okrągłą mam twarz? Musiałby być ślepy, żeby tego nie dostrzegać.
- A więc, kiedy się widzimy? Chyba, że chcesz jeszcze dzisiaj coś robić? - spojrzał na mnie, idąc ciągle przed siebie wręcz tanecznym krokiem, co wywołało u mnie lekki śmiech.
- Sam nie wiem... Wiesz, moglibyśmy jutro. Jestem trochę zmęczony - skłamałem. W rzeczywistości wręcz padałem z nóg. A co mógłbym mu powiedzieć? Mniejsza z tym, ehh... Mam teraz inne zmartwienia na głowie - muszę zdobyć coś nowego do ubrania. Moje trzy koszulki, jedna bluza i dwie pary spodni ( w tym jedne do kolan ) to chyba nie za dużo i on na pewno zauważy, że coś jest nie tak z kasą u mnie... O ile już się to nie stało. Tak, zdecydowanie, muszę iść dzisiaj jeszcze do Pika po wypłatę i kupić coś na mieście. Ale przecież już wszystko będzie wyzamykane... Ehh, już wiem, co będę robił rano.
- Wiesz, będę wolny pewnie dopiero gdzieś tak od południa, muszę iść coś załatwić na miasto - naprawdę nie chcę go okłamywać, tym bardziej, że mu obiecałem szczerość. Ale co ja mam poradzić, że nie nadaję się do obietnic i zawsze je łamię? Życie jest do dupy...
- Iść z tobą? - spojrzałem na niego zszokowany i natychmiastowo zaprzeczyłem głośnym "Nie!". Boże, jak źle to zabrzmiało...
- Wybacz, ale to raczej coś naprawdę osobistego. Może kiedyś ci powiem - oznajmiłem, biorąc głęboki wdech. Uniósł ręce w geście niewinności.
- Jeśli nie chcesz, nie naciskam. Mamy czas, spokojnie i powoli. Zresztą, wolałbym, gdybyś mi o tym powiedział z własnej chęci ,a nie z mojego przymusu - oznajmił, a ja uśmiechnąłem się do niego z wdzięcznością. Już się bałem, że będzie naciskał, ale najwidoczniej źle go oceniłem. Uśmiechnąłem się szeroko w ramach podziękowania. Ale za co ja właściwie dziękowałem? Za to, że postanowił wje*ać sięw moje życie, ale nie tak bardzo?
Akuma, ogarnij dupę - ON CHCE CI POMÓC. CHCE DLA CIEBIE JAK NAJLEPIEJ, A TY ZACHOWUJESZ SIĘ JAK JE*ANA KSIĘŻNICZKA I ROBISZ TYLKO PROBLEMY.
< Mefoda? >

1 sie 2018

Mefoda CD Akuma

Nie mogłem przestać się uśmiechać, on mi zaufał! Nareszcie, postanowił się przede mną otworzyć. Chociaż nic nie powiedział, to jednak pokazał, że nie wszystko jest dobrze i tym samym przyznał, że potrzebuje mojej pomocy. No, może nie konkretnie mojej, ale na pewno jakiejś pomocy...
Byłbym idiotą, gdybym nie zauważył, że ten chłopak stał się dla mnie kimś bliskim, dlatego muszę mu pomóc za wszelką cenę. To tak działa, prawda? Więc w czym problem? Ach, no tak. Bo, ja się chyba w nim zauroczyłem. Ale, do chuja, ja nie jestem gejem! Bi też nie mogę być! Boże w co ja się w pakowałem... Gdy widzę jego uśmiech, mam ochotę uśmiechać się do końca życia. Gdy jest blisko, czuję się dobrze. Gdy trzymałem go w objęciach, miałem wrażenie, jakbym trzymał w nim mój największy skarb. Ale, do ku*wy, przecież ja jetem hetero! HETERO! Może to coś w stylu bromance? Albo stał się dla mnie po prostu bardzo bliskim przyjacielem? Boże... Czemu uczucia muszą być takie trudne?
Schodziłem ostrożnie drabiną, gdy w końcu postawiłem bezpiecznie nogi na ziemi. Akumie zostało może z dziesięć szczebli. Poczekałem na niego, chcąc się upewnić, że bezpiecznie dotrze na grunt, a nie poprze spadnięcie, czy coś. Spojrzał na mnie na nowo mokrymi oczami, a ja poczułem ukłucie w sercu. Dlaczego on ciągle płacze?
- Coś się stało? - spytałem, podchodząc. Pociągnął nosem, nie odpowiedział. Bez słowa przytuliłem go, obejmując nieco mocniej, niż wcześniej, jednak wciąż zachowując ostrożność. Przecież on jest taki kruchy, taki niewinny. Chciałbym obronić go przed wszystkimi złymi rzeczami i ludźmi, przed nim samym. Przed wszystkim, co mogłoby zostawić choć rysę na jego ciele, duszy, sercu i psychice. No, proszę, jaki ja jestem poetycki dzisiaj. Gdy poczułem, jak jego ciało zaczyna się ponownie trząść, przytuliłem go mocniej.
- Nie zostawię cię, obiecuję. Od teraz będzie już tylko lepiej. Popracujemy nad tobą, będzie dobrze, zobaczysz. Jeszcze będziesz się szczerze uśmiechać codziennie - ugryzłem się w język, gdy miałem powiedzieć "skarbie". Do dziewczyny tam mogę, ale do chłopaka? Jeszcze by mnie uznał za pieprzonego homosia. Ehhh...
- Jaką mam pewność, że nie odejdziesz jak inni? - spytał, a ja poczułem, jakby ktoś dźgnął moje serce nożem. On mi nie ufa? Nie mogąc uwierzyć w jego słowa, stłumiłem w sobie krzyk i po prostu pozwoliłem, by parę łez wydostało się na światło dzienne.
- Każdy kiedyś odejdzie. Prędzej, czy później. Jednak możesz wiedzieć, że nie ważne, gdzie bym nie był, i tak będę z tobą. Nigdy cię nie opuszczę, zwłaszcza w potrzebie. Jeśli innym zależało na tobie, również nigdy cię nie opuszczą. Jeśli jednak opuścili, to chuj im w dupy, ja tego nie zrobię, możesz być pewien - zakończyłem swój monolog, a chłopak oderwał się od siebie, spoglądając mi prosto w moje oczy. Złoto jego tęczówek było teraz tak głębokie, jak złoto w świątyniach egipskich.
- Dlaczego płaczesz? - spytał, a ja uśmiechnął się smutno. Chciałem przejąć choć trochę jego bólu na siebie. Był taki niewinny, a taki silny, znosząc to wszystko. Jednak ile jego wątłe ciało może znieść, skoro tak silna psychika zaczęła się poddawać?
- Chyba po prostu martwię się o ważną dla mnie osobę i jednocześnie cholernie cieszę, że postanowiła mi zaufać - oznajmiłem ściszonym głosem, ponowie się do niego przytulając. Uśmiechałem się teraz jak głupi, bo właśnie przed chwilą, ON SIĘ UŚMIECHNĄŁ. Uśmiechnął się. Nie wymuszanie. Szczerze. Po raz pierwszy. Boże, on ma taki piękny uśmiech.
A ty debilne myśli.
< Akuma? No to się proobiłooooo >

Akuma CD Mefoda

Nie mogłem uwierzyć, że on się domyślił. Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa! Przecież nikt miał nie wiedzieć, wszyscy mieli myśleć że jest dobrze! Jednak gdy słyszałem słowa chłopaka... Poczułem się tak cholernie samotny. Nie mam nikogo - na rodzinę liczyć co nie mam, Rue odeszła, nie mam nikogo, jestem sam. Sam, samiutki jak palec. A on? Ledwo się znamy i już mnie rozszyfrował, odkrył moją słabość... Zaoferował pomoc... Powiedział, że jestem piękny... Ja jestem piękny? JA? Takie gówno jak ja nie może być piękne. Szkoda, że mówi mi to wszystko tylko p oto, żeby mnie pocieszyć. Jednak jego słowa ogromnie do mnie dotarły. Jakimś cudem, dotknęły mojej zmizerniałej duszy, chyba sklejając powoli jej skrawki w jednego ducha. Cholernie mnie wzruszył, dał nadzieję. Nigdy nie pomyślałbym, że ktoś taki, jak on, może powiedzieć coś tak miłego, wspaniałego, opiekuńczego. "Teraz już jesteś bezpieczny". Boże...
Wtuliłem się do niego, nie mogąc dłużej wytrzymać. Tak bardzo potrzebowałem tych słów, czyjejś bliskości, a on właśnie mi to dał. Tak bardzo potrzebowałem usłyszeć, że nie jestem sam, że nie jestem nikim. Oczywiście, dalej twierdzę inaczej - jestem gównem, nikim wartym uwagi. Jednak. być może dzięki niemu jednak będzie lepiej? Mówił to z takimi uczuciami, pewnością siebie... Rozkleiłem się jeszcze bardziej, gdy objął mnie mocniej, jakbym miał zaraz wyparować z jego ramion. To było takie kochane i cudowne z jego strony... Tak dawno nikt się o mnie nie troszczył, tak dawno nikt nie powiedział mi żadnego miłego słowa.
Nie wiem, ile tak jeszcze trwaliśmy. Dziesięć minut? Piętnaście? Nie mogłem pojąć tego, że miał tyle siły, by mnie utrzymać. Przecież to nienaturalne, że jeszcze się nie zmęczył... Może więc powinienem go poprosić, by mnie postawił już na ziemi? Przecież nie mogę go tak męczyć...
 Dopiero po jakimś czasie przestałem płakać. No, nie tyle płakać, co trząść się i wręcz szlochać. Odkleiłem się od niego, a on podniósł głowę, którą oparł na mojej. Nie byłem w stanie spojrzeć mu w oczy, po tym co dla mnie zrobił, po tym jak ja żałośnie się zachowałem... Poczułem ogromny wstyd, wstydziłem się siebie i swojego wybuchu. Walczyłem z kolejnym, chcąc się odezwać, ale nie potrafiłem. Nie mogłem się odezwać, gardło nadal ściskało mi się boleśnie, a łzy wypływały z oczu.
- Ciii, już, spokojnie - wręcz wyszeptał, próbując chyba złapać mój wzrok.
- Po...po...- nie mogłem się wysłowić, jednak ten natychmiast zrozumiał.
- Jasne - odpowiedział łagodnie, doskonale rozumieją,c o co mi chodzi. Jak on to ciągle robi??? Może faktycznie czyta w myślach??? Nie, na pewno nie... Chłopak delikatnie postawił mnie na ziemi, a ja chwiejnie na niej stanąłem. W jednej chwili zrobiło mi się przeraźliwie zimno. Robiło się już powoli ciemno, musiało być około dwudziestej pierwszej, czy coś.
- Dziękuję - odezwałem się w końcu, podnosząc wzrok i po raz pierwszy od chyba połowy godziny, spoglądając mu w oczy. Nie wierzę, że to mówię - myślę - ale potrzebowałem tego. Potrzebowałem czyjejś bliskości, wypłakania się, tego wszystkiego. Potrzebowałem tego od ponad połowy roku, a Mefoda ofiarował mi to wszystko w pół godziny, realizując wcześniej wszystko w parę dni. Prawdziwy z niego anioł.
- Hej, od tego są... przyjaciele, prawda? - zastanowiłem się nieco tą przerwą prze "przyjaciele", ale nie zwróciłem na to większej uwagi. Gdy przygryzłem wargę, on podszedł i objął mnie delikatnie. Zdziwiłem się tym gestem, ale o dziwo, poczułem się lepiej.
- Dziękuję - powiedziałem słabo jeszcze raz, pociągając nosem i nawet nie siląc się na oddanie przytulasa.
- To co, schodzimy? Jeśli jeszcze nie dasz rady, poczekamy tutaj jeszcze, daj sobie czas - uśmiechnął się promiennie, mimo że jego oczy pozostały lekko smutne. Potrząsnąłem powoli i ledwo dostrzegalnie głową na boki.
- Chodźmy już, jestem zmęczony - oznajmiłem, po czym skierowałem się do drabiny, ocierając dłońmi oczy i wycierając jen astępnie w spodnie.
- Ej, ej, ej, ja idę pierwszy, jeszcze mi spadniesz i kto cię złapie? - uśmiechnął się szeroko, wyprzedzając mnie i nadal z uśmiechem, zaczął schodzić w dół. Nie odezwałem się już, że gdyby spróbował mnie złapać, zmiażdżyłbym go swoim ciężarem.
< Mefoda? >

Mefod CD Akuma

Debil, nie chciał wstać, to nie!
Nawet nie potrafię uwierzyć w to, że można być dorosłym i warzyć tyle, co nic. Dosłownie, przecież on jest lżejszy od typowej dziewczyny w pierwszej gimnazjum! Boże, coś ty sobie zrobił, Akuma...? Teraz to ja już mam stuprocentową pewność, że on ma ze sobą problemy. Nikt normalny nie może tyle ważyć! No, nie tyle normalny, co zdrowy.
- Chyba nie myślałeś, że cię zrzucę? - zaśmiałem się lekko, gdy ten schował się jeszcze bardziej. Starałem się ukryć to, jak bardzo się przestraszyłem jego wagi. Boże, muszę mu pomóc, za każdą cenę. Przecież on nie może tak dalej żyć!
- Zabiję cię - wymruczał, po czym odchylił lekko głowę, by spojrzeć, gdzie się znajdujemy. Stałem aktualnie na środku dachu, trzymając go w swoich ramionach w stylu panny młodej. Boże, jak on uroczo wygląda, tak słodko i niewinnie... Kurde... W jednej chwili chłopak pobladł jeszcze bardziej na jego już i tak jasnej twarzy, a ja ściągnąłem brwi.
- Coś nie tak? - spytałem i w jednej chwili pojąłem, o co mu chodzi, gdy zaczął się wyrywać.- Akuma, słuchaj mnie teraz uważnie. I, do cholery, przestać się wiercić! - podniosłem głos, a on momentalnie przestał, patrząc na mnie wzrokiem zbitego szczeniaka. Wziąłem głęboki oddech, trzeba zacząć nad nim pracę. Co mu, a raczej sobie, obiecałem, to zrobię i mam zamiar słowa dotrzymać.
- Słuchaj mnie teraz dobrze i uważnie, okay? Jesteś lekki niczym piórko. Nie spotkałem jeszcze osoby, która byłaby taka wysoka jak ty i była tak lekka. Uwierz mi, kiedyś ktoś nieco niższy od ciebie skoczył mi na ramiona i nie mogłem z nim ustać, a ciebie mógłbym nieść na jednej ręce i nadal byłoby to nietrudne. Musisz mi uwierzyć, że jesteś chudy. Nie szczupły, nie o poprawnej budowie ciała, jesteś ZA chudy. Nie możesz tego ciągnąć, naprawdę. Jesteś piękny i jeśli nadal będziesz się głodzić, możesz nawet się zagłodzić i proszę, nie rób mi tego. Zdążyłem cię polubić i nie chcę stracić nowego przyjaciela, okay? Zwłaszcza przez jego głupotę, bo nie widzi, jak bardzo jest wyniszczony i wciąż twierdzi, że nie osiągnął celu - mówiłem, a on spoglądał na mnie z palącymi polikami. No tak, może i moje wyznania momentami były dosyć dziwne, ale, ku*wa, nie mogę dłużej pozwolić na to, by się tak krzywdził. - Musisz mi uwierzyć, jesteś piękny i dalsze głodówki sprawią, że wyniszczysz się do końca.
- Ja... - zaczął, ale zrobił przerwę, gdyż w jego oczach zebrały się łzy. W jednej chwili przytulił się do mnie, płacząc głośno i mocząc mi ubranie. Objąłem go mocniej, opierając swoją głowę na jego.
- Ciii... nic nie mów, już jest dobrze. Spokojnie, wypłacz się, dobrze ci to zrobi. Jestem tu, nie zostawię cię. Możesz mi zaufać, możesz mi powiedzieć co tylko chcesz, ja cię zrozumiem. Jeśli nie chcesz mówić nic, niech tak będzie, po prostu daj mi sobie pomóc. Potrzebujesz pomocy, a ja ci ją dam i zobaczysz, że będzie już tylko dobrze. Nie dam cię skrzywdzić, jesteś już bezpieczny, rozumiesz? - mówiłem, czując dziwne ciepło w środku. Cieszyłem się, że chłopak się przełamał i w końcu zaczął mi okazywać to, co naprawdę czuje. - Musisz mi obiecać jednak jedno. Zero tajemnic. Gdy tylko się coś dzieje, przychodzisz do mnie i mi o tym mówisz, dobrze? - spytałem, a on nie odpowiedział, tylko rozpłakał się jeszcze bardziej. Zacząłem gładzić go dłonią po plecach, czując jego wystające kręgi. Boże, coś ty sobie zrobił... Poczułem, że w moich oczach także zaczęły zbierać się łzy. Jak ja mogłem zareagować dopiero teraz?
< Akuma? Ops, porobiło się ;P >

31 lip 2018

Akuma CD Mefoda

Słuchaliśmy muzyki w "ciszy". To znaczy, nic do siebie nie mówiliśmy. Nie była to krępująca "cisza", byłem raczej zrelaksowany jak nigdy. Chociaż, gdyby emocje miały władze nad moim ciałem, aktualnie bym lewitował. Tak dawno nie miałem styczności z muzyką... Grajkowie na ulicach oczywiście się zdarzali, ale nie dość że rzadko, to jeszcze często musieli korzystać z zepsutych pianin lub szybko odchodzili od instrumentu. Gitara i śpiewający przy niej chłopak, zdarzyła się tylko raz. Trochę do dupy, ale... Już jest dobrze, prawda? Więc w czym problem?
 Po piątej piosence zaczęło robić się ciemno, a ja robiłem się zmęczony. Cały czas milczeliśmy, nikt nie zanucił żadnej melodii, nawet nie kaszlnął, czy westchnął. Po prostu jakbyśmy nie żyli albo też tkwili w jakimś niezrozumiałym transie, Cóż, a być może i tak było? Postanowiłem na chwilę przysnąć. Zasypiać w otoczeniu tak pięknych dźwięków... To coś wyjątkowego. Może i stracę przez to chwile rozkoszy, jednak ja naprawdę chciałbym spełnić swoje marzenie - tak błahe, jak ułożenie się do snu przy muzyce.
- Włącz Linkin Park - Castle of Glass. Dalej puszczaj, co chcesz, nawet te twoje polskie rapsy - oznajmiłem i nie musiałem na niego patrzyć, by wiedzieć, że jest zdziwiony moją prośbą, a raczej żądaniem, bo wiele do gadania mu nie pozostawiłem. Miałem pewność, że zasnę w trakcie jednej z najważniejszych dla mnie piosenek. Zawsze słuchałem jej tylko w trudnych chwilach, ale chyba mogę zrobić wyjątek i teraz, w końcu tak dawno nie jej słyszałem i pewnie szybko się to nie stanie.
- Uhmmm - przeciągnął długo, a po niecałej minucie już słyszałem charakterystyczne rozpoczęcie piosenki. Moje serce przyśpieszyło, a słuch się wyostrzył - zamknąłem oczy, teraz mogłem iść spać. Może i leżący obok Mefoda nic nie zauważył, ale ta chwila znaczyła dla mnie cholernie wiele. Byłem wdzięczny, że puścił wymieniony utwór, a nie droczył się ze mną, czy tam narzekał na piosenkę po angielsku. Nie rozumiem, jak można się ograniczać językiem. Okay, może nie zawsze rozumie się tekst, ale od czego jest tłumacz albo tekstowo.pl? No bez jaj! Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.
- Wstawaj - poczułem lekki dotyk na ramieniu. - Wstawaj, bo cię z dachu zrzucę -  ciągnął. Nie przekonało mnie to, próbuj dalej. Idiota. Gdy nie usłyszałem już niczego, ponownie postanowiłem udać się spać. Coś jednak mi w tym przeszkodziło. Dostałem chyba zawału, gdy poczułem, jak wkłada mi rękę pod kolana i drugą pod ramiona. Pisnąłem jak dziewczyna, gdy otworzyłem oczy i zostałem podniesiony do góry.
- Puszczaj mnie! - zawołałem, nadal piskliwym głosem. - Ku*wa, chcę na ziemię! - zażądałem, a na jego twarz wpełzł psychiczny uśmiech. Zrób coś głupiego, a ci nogi z dupy powyrywam, Antoni!
- Mówisz, masz - jego uśmiech się powiększył, gdy zaczęliśmy się powoli zbliżać do krawędzi bloku mieszkalnego. W jednej chwili zrobiło mi się słabo. Zacząłem się szarpać, ale jakby siły mnie opuściły i już po paru sekundach przestałem. Bałem się jak diabli, jaki z niego psychol!
- Proszę, nie, nie, nie... - mówiłem, obejmując go najmocniej, jak tylko mogłem. Schowałem twarz w jego ramieniu, miałem ochotę zwymiotować z nerwów. Usłyszałem jego śmiech i poczułem, jak się ruszamy. Wtuliłem się w niego jeszcze mocniej. A tylko mnie puść, ku*wiu, a nie dożyjesz jutra. Cóż, ja pewnie pierwszy umrę, ale duchem byłbym zawodowym.
< Mefoda? ;D >

30 lip 2018

Husky CD Smiley

Lepka, gorąca ciecz spływała po mojej twarzy. Czułem jak krople skapują z brody na bluzę, zabarwiając ją na czerwono. Ból przyćmiewał wszystko dookoła, przez pierwszych kilka chwil nie byłem w stanie zarejestrować nic z tego co działo się wokół mnie.
Podniosłem głowę, a na wprost moich oczu znalazła się broń. Powędrowałem spojrzeniem po ręce, która ją trzymała aż dotarłem do twarzy. Usta Lucasa poruszały się ale nie byłem w stanie dosłyszeć tego co mówi. Odruchowo przyłożyłem dłoń do ucha, chcąc zetrzeć z niego krew, licząc że to coś pomoże.
- Nie ruszaj się!  -te słowa poprzedziły bolesny cios, który mężczyzna wymierzył mi w brzuch.
Bolało.
Ale jednocześnie pomogło mi się ocknąć z dziwnego transu.
Gdy ponownie podniosłem głowę Smiley klęczała przede mną zwrócona twarzą do Lucasa.
- Nie rób mu krzywy, proszę -jęknęła- Zrobię wszystko.
- Postaraj się bardziej! -warknął- Przez ciebie straciłem kupę pieniędzy, jak niby mi to zrekompensujesz?
Dziewczyna spuściła głowę nie wiedząc co powiedzieć.
W tym momencie od strony domu dobiegły nas czyjeś kroki. Wszyscy spojrzeliśmy w tamtą stronę, a naszym oczom ukazał się Mischa, o którym każdy z nas chwilowo zapomniał.
- Nareszcie ty durniu -warknął Lucas- Nie potrafisz zająć się dwójką dzieciaków?
Mężczyzna nie odpowiedział, zbliżał się do nas w milczeniu. Zmierzyłam go spojrzeniem w nadziei, że ma gdzieś schowaną broń i jednak nam pomoże.
- To był pierwszy i ostatni raz -odezwał się Mischa- zaskoczył mnie.
Lucas przewrócił oczami i znów wbił spojrzenie w Smiley.
- Ty wogóle coś potrafisz? -spytał szyderczo- jestem przez ciebie kilka tysiaków w tył i rozbiłaś mi auto. Co mi po was?
Jego wzrok padł na mnie, a dłoń trzymająca pistolet zacisnęła się jeszcze mocniej.
- Na tobie oczywiście mogę się zemścić, droga Smiley, tortury powinny mi nieco zrekompensować te ogromne pieniężne straty... -mówił teraz spokojniej- myślę, że powinienem zacząć od zmasakrowania twojego przyjaciela. Bardzo byś tego nie chciała, prawda suko? -zacmokał ironicznie.
- Proszę, nie -przesunęła się na klęczkach w bok by zasłonić mnie przed mężczyzną- Ja oddam ci te pieniądze.
Lucas zaśmiał się zerkając przy tym na Mischę, który sztucznie się uśmiechnął.
- No ciekawy jestem jak to zrobisz?
Smiley spojrzała mu w oczy i zaczęła wymieniać, a wraz z każdym wypowiedzianym słowem nadzieja w jej głosie zaczęła rosnąć.
- Znam różne sztuczki, pracuję w cyrku,  mogłabym dawać pokazy... Mam też trochę oszczędności, mogę coś sprzedać... I zatrudnienię się do jakiejś dodatkowej pracy...
- Ty tępa suko -westchnął poirytowany- choćbyś zapieprzała na robocie do końca życia i sprzedała wszystko co posiadasz to w życiu mi się nie wypłacisz.
Smiley już miała kontynuować ale niespodziewanie Mischa zabrał głos.
- Może się przydać przy akcji rabunkowej
Lucas spojrzał na niego z wyrazem twarzy trudnym do rozszyfrowania.
- Pamiętasz jak wspominałeś, że z chęcią okradłyś tę ciężarną kobietę? Kasy to ona ma jak lodu -przerwał ale nie doczekawszy się odpowiedzi kontynuował- Wystarczyłoby, żeby młoda ukradła sejf i będziecie kwita. Nie oszukuj się, sam w życiu byś sobie nie poradził. Ona ma dobrze zabezpieczony dom a ty do najbardziej gibkich nie należysz.
Lucas skrzywił się na ostatni komentarz ale wyraźnie rozważał tę opcję.
- Ona jest w domu sama. W dodatku w ciąży. Jej mąż do końca tygodnia nie wróci z zagranicy.
- Dobra -skwitował- Ale w takim razie ten mały gówniarz do niczego nam się nie przyda.
- Nie! -krzyknęła Smiley- Jak go zabijesz to nigdzie nie pójdę
Lucas podszedł o krok i spojrzał na nią wściekły.
- Nie ty tu dyktujesz warunki!
- Wyniosę z tamtąd cokolwiek chcesz ale nie zabijaj go -poprosiła
Mischa posłał Lucasowi jednoznaczne spojrzenie i mężczyzna opuścił broń.
- Ty się w niej zakochałeś czy jak? -spytał ironicznie i szarpnął Smiley za włosy by się podniosła- Zaprowadź go gdzie trzeba, ja zajmę się tą dziewuchą.
Ruszył z dziewczyną do domu. Spojrzałem na Mischę w wyczekiwaniu.
- Zbieraj się -rzucił- I bez żadnych sztuczek, i tak poszedł wam na rękę.
Podniosłem się z ziemii i spojrzałem na Boni.
- Zajmę się nią -odparł- Rana nie wydaje się głęboka.
Podążyłem za Mischą do mieszkania Lucasa. Mężczyzna w żaden sposób mnie nie trzymał ani nie szarpał na siłę. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że w tym momencie ucieczka nie miała żadnego sensu. Trzeba było liczyć na to, że Smiley się uda, oraz, czego najbardziej się obawiałem, czy Lucas dotrzyma słowa.

<Smiley?>  (Dlatego od dziś piszę w notatniku xd)

28 lip 2018

Smiley CD Husky

Słyszałam rozmowę tej dwójki ze sobą. Byli tuż nade mną. A ściany jak i podłoga w tutejszym domu nie były jakoś za bardzo grube. Jednak była tam również trzecia osoba.
Mischa przyszedł do mnie wraz z jedzeniem. Mile było to z jego strony. Jednak osoba, która przyszła tuż za nim było to ogromnym wrażeniem.  Myślałam, że już nikt po mnie nie przyjdzie i będę tylko skazana na tamtego grubiańskiego mężczyznę.
Husky uderzył w tył głowy Mische. Moje  słowa nie dotarły do chłopaka. Wziął mnie na ręce po czym wsiedliśmy do auta. Yuki i Bisca byli bezpieczni. Boni była również tutaj. Sama nie wiem jak to się stało, że natychmiastowo zasnęłam. Trzas rozbitego auta rozległ się po okolicy. Myślałam, że to jakieś inne auto. Jednak gdy tylko otworzyłam szerzej oczy zobaczyłam, że jestem tylko ja i moje pupile. Auto w którym byłam to ono się zatrzymało na jednym z drzew. Co prawda nie zostało mocno uszkodzone bo tylko z boku, ale jedno mnie interesowało najbardziej w obecnym momencie. Gdzie jest Husky! 
- Yuki, Bisca gdzie on jest? - wyszłam z auta, a zwierzaki spojrzał się w stronę miejsca z którego to uciekaliśmy.
Nie wróżyło to niczego dobrego. Przejrzałam się po wnętrzu auta. Była kartka i jakiś nóż. Odcięłam odrobinę swoich włosów, zamknęłam je w kartkę po czym przyczepilam sznurkiem na szyi Biscy.
- Bisca ty sprowadź kogoś do pomocy, natomiast ty Yuki masz obronić Bisce przed innymi złymi ludźmi. Ona musi dotrzeć do kogoś z cyrku. Rozumiesz! - spojrzałam się na maluchy z uśmiechem. Wiedziałam, że mogę liczyć na ich pomoc. Nie czekając dłużej, rozeszliśmy się z nadzieją, że nasz plan wypali.
Byłam zmęczona, czułam ból, moje ciało nie chciało mnie za bardzo słuchać, ale nie przeszkodziło mi to, aby ruszyć na ratunek osobie która po mnie przyszła. Usłyszałam czyjeś głosy. Znałam je i to bardzo dobrze. Schowałam się za jednym z drzew. Wychyliłam się odrobinkę, aby móc przyjrzeć się dokładnie co się obecnie dzieje. Widząc jak Husky jest zagrożony chciałam już działać jednak nie mogłam od tak bez wymyślenia planu działać. Spojrzałam się na układ gałęzi. A jedyne to co miałam przy sobie to nóż który wzięłam z auta. Oraz igłę która znalazłam w bluzie Mischy. Co mogłabym zrobić? Myśl Akane, myśl! - powtarzała sobie w myślach. Wtedy lampka w mojej głowie się zapaliła.
Weszłam na drzewo i cicho przeszłam na drugie drzewo. Gałęzie były blisko siebie, a dla mnie to akurat była pestka. Zeszlam na ziemie, aby miec lepsze podłoże oraz widoczność. Wzięłam igłe i wycelowałam w rękę mężczyzny który trzymał pistolet przy skroni chłopaka. Trafiłam w nerw, aby unieruchomić jego rękę. Mężczyzna jednak strzelił. Przerażona od razu podbiegłam do chłopaka.
- Nie! - krzyknęłam gdy tylko biegłam w stronę chłopaka. Na szczęście został ranny tylko w policzek.
Niestety moje ujawnienie się skomlikowało całą obecną sytuację. Musiałam działać. Co jak co, ale nie mogłam narazić Husky'ego na niebezpieczeństwo.
- Zrobię wszystko tylko nie krzywdź go! - będąc przed chłopakiem wyciągnęłam swoje ręce w ramach obronienia go.
- Co ty robisz Smiley? Przecież dałem ci szanse, abyś uciekła. - usłyszałam głos chłopaka za sobą.
- Nie chce, aby ktoś cierpiał z mojego powodu - wyszeptałam.
- Chyba ktoś wrócił do swojego pana - wzrok mężczyzny był odrażający. - Zapewne to, ty strzeliłaś do mnie ta igłą co nie?!- chwycił mnie druga ręka za włosy. Mocno pociągnął mnie za nie. - Jednak widzisz coś ci się nie udało - uderzył mnie pistoletem w buzię. - A teraz klękaj i błagaj o jego życie! - wypuścił moje włosy. Spojrzałam się na jego rękę w której miał pistolet. Celował prosto w Husky'ego. Łzy zebrały mi się w oczach na samą myśl, że to przeze mnie on może zginąć. Strumienia wody zaczęły zgadywać po moich policzkach.

<Husky?> wybacz za to opowiadanie, ale moja pierwsza wersja usunęła się przez co nie potrafiłam odtworzyć jej ponownie...

Lennie CD Shu⭐zo

Widząc, że Shuzo dalej jest tym ponurakiem, który wczoraj mi rozpierniczył cały pokój, wróciłem w ciszy do mieszania łyżeczką herbatki. Na nowo odtworzyłem w myślach to, co się stało wczoraj w bufecie. Jedliśmy na spokojnie śniadanie, gdy blondyn nagle dostał w głowę talerzem i... talerz. Spojrzałem w kierunku czarnowłosego i wziąłem do ręki małe naczynie. Przez chwilę się wahałem, jeśli coś mu zrobię? Zacisnąłem zęby wspominając sobie jego bezczelne zachowanie i rzuciłem przedmiotem w jego głowę. Trafiłem idealnie w jego tył. Przez chwilę miałem wyrzuty sumienia, ale szybko ich się pozbyłem, gdy Shuzo zaczął mówić kompletnie bezsensu. Jaka klatka? Jakie śmiechy? Widząc łzy na jego policzkach, poczułem, że to ten radosny blondynek, którego poznałem na samym początku.
- Shuzo - odezwałem się w końcu. Powtórzyłem jego imię parę razy, póki na mnie nie spojrzał i nie przestał bełkotać. - Usiądź i coś zjedz - lekko się uśmiechnąłem. - Zaraz do ciebie dołączę - wydawał się, jakby moje słowa do niego nie docierały, ale pokiwał głową i gdy puściłem jego ramiona, posłusznie wrócił na swoje miejsce, wpatrzony w swoje czarne paznokcie, które przed chwilą malował. Wziąłem do ręki swoją herbatę i wróciłem do stolika, przy którym siedział chłopak. Usiadłem na przeciwko niego.
- Masz zmywacz? - zapytał cicho, łamiącym się głosem. Pokiwał głową, zdjąłem kapelusz i wyjąłem z niego pożądaną rzecz i waciki. Shuzo zajął się wycieraniem czarnego lakieru. Przez długą chwilę oboje milczeliśmy. Ja piłem swoją herbatę, z chłopak czyszczenie paznokcie.
- Zrobię ci herbatę - zaproponowałem. Pokiwał tylko głową, więc wstałem i ruszyłem do kubek i saszetkę. Wróciłem, stawiając przed nim kubek ciepłej cieczy. - Może wyjdziemy na miasto? Chyba przyda ci się oderwanie od rzeczywistości, co? - zaproponowałem. Na początku chciałem go zapytać, co się z nim dzieje, ale stwierdziłem, że jeśli sam nie wytrzyma i będzie musiał z kimś pogadać, a ja będę w pobliżu, sam mi wszystko wytłumaczy, a ja go zawsze wysłucham. - Ewentualnie możemy iść popływać, odwiedzić jezioro życzeń, albo skorzystać z naszego diabelskiego młyna - zaproponowałem.

<Shuzo?>

25 lip 2018

OD Pullsatilli

Kolejny dzień we wciąż dla mnie obcym cyrku był kolejną serią łamania własnych barier. Po samotnie zjedzonym śniadaniu miałam zaplanowany lekki trening, lecz moje plany pokrzyżowało własne samopoczucie. Po zarwanej nocy na dokończenie "Buszującego w zbożu " mój umysł nie był w stanie wejść w stan pełnego skupienia. Byłam wypełniona melancholią, lecz zarazem odczuwałam radość. Pod wpływem tych emocji zdecydowałam się na napisanie listu do Camille. Od zamieszkania tutaj nie korespondentowałam z nią ani razu. Była świadoma mojej sytuacji, więc nie naciskała na regularne odpowiedzi. W sumie jej charakter sprawiał, że wolała przyjąć to za fakt i cieszyć się z tego, że i tak poświęcam czas, aby utrzymać z nią kontakt.
W treści zawarłam informacje o mojej nowej pracy, miejscu zamieszkania i opisałam sytuację, która wydarzyła się u Pana Adamsa. Starałam się zawrzeć jak najwięcej informacji na jednym arkuszu papeterii i uważam, iż dobrze poradziłem sobie z tym zadaniem. List włożyłam do koperty. Dokładnie ją zakleiłam i narysowałam na niej malutkiego kwiatka. Wiedząc, że zostało mi wtedy jedynie go wysłać, spakowałam go do torby. Włożyłam do niej również wszystkie moje oszczędności. Spowodowane było to chęcią przejścia się po rynku oraz zakupu nowej książki, lecz także wciąż ukazujący się we mnie cień nieufności wobec mojego nowego domu.
Na nic nie czekając, narzuciłam na siebie pelerynę i wyszłam z namiotu. Słońce w zenicie wydawało mi się jaśniejsze niż zwykle, a jego promienie od razu sprawiły uczucie dyskomfortu na odsłoniętej skórze. Zaciągnęłam kaptur na głowę mając nadzieje na chociaż delikatne ukojenie dla mojej twarzy, lecz nawet on nie był w stanie obronić mnie przed bezlitosnymi warunkami pogodowymi.
Po około pół godziny drogi w otoczeniu pól i sadów dotarłam do miasteczka Bedord. Brama miejska otwarta na oścież zapraszała wszelkich podróżników do środka, a tam mogli zostać ugoszczeni przez liczne gospody. Poruszając się po uliczkach tętniących życiem byłam zafascynowana. Nie potrafię opisać czym, lecz widok domków z kwiatami na balkonach lub dziewczynek zaplatających sobie włosy na rynku sprawiały, że w moim sercu pojawiało się nieznane ciepło. Podczas przejeżdżania przez wiele miast i wiosek nigdy nie spotkałam się z tym uczuciem. Nie rozumiałam tego, ale nawet bez zrozumienia mogłam radować się chwilą i robić to, co miałam w planach.
Gdy dotarłam na targ, podchodziłam do prawie wszystkich stoisk z wielkim zainteresowaniem. Każde z nich mogło skrywać inne skarby. Po jakimś czasie dotarłam do wielkiego stoiska z książkami. Asortyment był niesamowity. Egzemplarze wielkich ksiąg o religiach lub filozofii znajdowały się obok cieniutkich tomików produkowanych masowo w XXI wieku. Ten nieład szybko powiązałam z osobą obsługującą to stanowisko. Była nią pulchna kobieta z burzą kręconych brązowych włosów. Jej oczy wydawały się nieproporcjonalnie małe zza grubych szkieł okularów spoczywających na jej nosie. Cała ta aparycja połączona z wielkim uśmiechem i nieudolnym sposobie poruszania się sprawiała, iż sprawiała ona wrażenie niezwykle miłej i pomocnej osoby, więc postanowiłam poprosić o pomoc w znalezieniu odpowiedniej lektury na najbliższy czas.
-Przepraszam?- Powiedziałam cicho podnosząc niepewnie rękę w celu zwrócenia na siebie uwagi, lecz kobieta zajęta pisaniem czegoś szybko na kartce nie zauważyła moich delikatnych gestów. -Proszę Pani..?- Ponowiłam próbę zbierając jak najwięcej siły w głosie. Gwałtownie się obróciła ze zdziwionym wyrazem twarzy, lecz gdy mnie ujrzała, na jej twarzy ponownie zagościł uśmiech.
-W czym mogę pomóc kochanie?- Otworzyłam usta w lekkim szoku. Nie przyzwyczaiłam się do tego, że obce osoby zwracają się tak do innych. Było to dziwne, ale mimo to sprawiało to miłe uczucie bliskości.
-Poszukuję książki, lecz sama nie wiem jakiej.- Gdy zdałam sobie sprawę co powiedziałam na mojej twarzy od razu pojawiły się rumieńce a wzrok spuściłam w dół. Tak, świetnie, prosić kogoś o pomoc w znalezieniu czegoś, bez kompletnej świadomości czego się szuka. Było to oczywiste, że będzie to niezwykle niezręczne. -Znaczy, bardzo lubię literaturę XX wieku. Ostatnio skończyłam "Buszującego w zbożu" i aktualnie chciałabym znaleźć coś, co mogłoby mnie zaciekawić tak samo, jak to.- Dodałam pospiesznie, próbując uratować się z tej krępującej sytuacji. Czekając na odpowiedź podniosłam wzrok i zobaczyłam na twarzy kobiety wyraz, ku mojemu zdziwieniu nie sugerował on na jej poirytowanie, ale sprawiał wrażenie, iż pani sprzedawczyni zamieniła się w stoicką statuę greckiego filozofa. Po paru sekundach nagle podskoczyła i w radosnej euforii zaczęła przeszukiwać wielkie stosy, opowiadając, jak bardzo kocha książki z tych czasów, i że zna coś idealnego dla mnie.
Po paru dobrych minutach szukania w moich rękach pojawiła się cienka książka w czarnej oprawie. Pani pokrótce opowiedziała o niej, ale przez jej ekscytację mało co udało mi się zrozumieć. Otworzyłam ją na pierwszej stronie i ujrzałam kaligraficzny napis "Demian". Wpatrując się w to jedno słowo poczułam, że muszę ją kupić. Ku mojemu zdziwieniu miła sprzedawczyni podała bardzo niską cenę. Szybko wyciągnęłam parę monet z sakiewki i wręczyłam je jej. Gdy odchodziłam od straganu, ona ochoczo do mnie machała, a ja, mimo że wydawało mi się to bardzo dziwnie, to odmachałam z małym uśmiechem oraz wielkim zmieszaniem w głowie.
Po mniej więcej godzinie zrobiłam już wszystko, co planowałam. List został wysłany, a moje fundusze na szczęście nie ucierpiały mocno. Oprócz książki kupiłam jedynie parę czarnych zakolanówek z koronką. Nie kosztowały one majątek, więc mogłam sobie na nie pozwolić. Moje oszczędności nie były ogromne, ale nie oznaczało to, że muszą sobie odmawiać przyjemności, takich jak kupowanie ładnych rzeczy.
Opuściłam miasteczko, lecz nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Wrócenie do cyrku oznaczałoby siedzenie w moim namiocie. Mieszkałam tu już od jakiegoś czasu, ale praktycznie nikogo nie znałam. Poprawka, poznałam parę osób, ale od jakiegoś czasu nie widywałam ich nigdzie... Odgarnęłam wszystkie niepożądane myśli i zdecydowałam, że skoro w namiocie prawdopodobnie skończyłabym czytając nowo nabytą książkę, powinnam chociaż trochę skorzystać z lata i poczytać książkę, ale na świeżym powietrzu. Szybkim krokiem zeszłam z drogi i przeskoczyłam niski murek. Usiadłam pod drzewem, oparłam się o pień i mogłam podziwiać piękny wiejski krajobraz. Wyciągnęłam książkę z torby i oddałam się lekturze.
Książka od razu wciągnęła mnie do swojego świata. Wtedy zrozumiałam, że wszystko, o czym czytam wydaje mi się niczym z przyszłości, lecz o ironio, wszystko wydarzyło się lata, a nawet już setki lat temu. Od kiedy XXI wiek się skończył, czas jakby stanął w miejscu, wskazówki zegara nagle postanowiły zmienić kierunek.
-Przepraszam?- odskoczyłam na równe nogi wyrwana z moich przemyśleń -Czy ty jesteś z The Magic Circus?

<Ktoś?> Ohhh, w końcu udało mi się powrócić ze świata umarłych :v