25 lip 2017

Vulnere CD Smiley

O co chodzi? Może idzie się przebrać? W końcu nie każdy lubi zapach końskie sierści. Spojrzała na swoje dłonie, wydawały się nienaturalnie blade przy luźnej czarnej bluzce. Zwierzęta truchtały przed nią niespokojnie. Lis strzygł uszami na boki, jakby chciał usłyszeć każdy niepokojący dźwięk. Sama Smiley szła dosyć dziwnie. Opierała ciężar ciała na niepewnych nogach, przynajmniej takie odniosła wrażenie widząc jej nietypowy chód. Zdawało jej się, że ramiona dziewczyny poruszają się nienaturalnie, jakby nie mogła złapać powietrza.
- Smiley? - spytała cicho chwilę przed tym, jak wpadła do namiotu krótko po swoich małych przyjaciołach. - Smiley? Wszystko okay??? - spytała tym razem głośniej. Zamierzała powoli w kierunku wielobarwnej konstrukcji, gdzie przebywała różowowłosa. Stawiała ostrożne, powolne kroki niczym postać w horror w chcąca sprawdzić źródło nietypowego dźwięku. Odpowiedziała jej cisza, przynajmniej po części. Słyszała suche salonie, jakby używany i nierówny oddech. Ktoś łapał powietrze w nienaturalny, bardzo głośny sposób. O co mogło chodzić? Stało się jej coś, gdy spadła z Szafira? Upadek z tej odległości, w dodatku pod nienaturalnym kątem mógłby być niebezpieczny.
- Smiley? - wiedziała, że pewnie brzmi dziecinnie, ale na prawdę się zaniepokoiła.
Gdy miała już wejść do środka i sprawdzić, co się dzieje, ta wyszła na zewnątrz, a za nią oba pupile. Miała czerwoną twarz i ciężko oddychała.
- Przepraszam, zakrztusiłam się i musiałam czegoś napić - wytłumaczyła szybko i nieco nerwowo. Vulnere  zmrużyła oczy nie była pewna czy właśnie tak naprawdę było. Wydawało jej się dziwne, że to było tylko zakrztuszenie. W końcu nie słyszała kaszlu. Dlaczego wstrzymywałaby kaszel?  Może ma jakiś ważny powód, by nie mówić prawdy. A może to tylko złudzenie. Może powiedziała prawdę i tylko prawdę. Westchnęła cicho.
- Może teraz pójdziemy obejrzeć ci to ramię? Ten upadek na prawdę kiepsko wyglądał, mogłaś sobie coś zrobić - wytłumaczył łagodnym tonem. Nie chciała zaniepokoić jej jeszcze bardziej.

<Smiley? >

24 lip 2017

Shavile CD Helsing

Skrzywiłam się niezadowolona, widząc jak mężczyzna beztrosko przechadza się po moim namiocie. Poprawiłam za dużą bluzkę, piorunując go następnie wzrokiem.
- Shavile. - uśmiechnęłam się równie pięknie. - I radzę Ci byś w podskokach pobiegł do miasta i kupił sobie pastę, bo u mnie na sąsiedzkie przysługi liczyć nie możesz. - szepnęłam i podeszłam do towarzysza, wsuwając palce między jego puszyste kosmyki włosów. - No chyba, że za kolejny deser. Więc korzystaj z szansy póki jest jeszcze jasno, bo jutro to nie wiem czym będziesz myć te zęby.
Poczułam nagle jak chłopak łapie mnie za nadgarstek i odciąga dłoń od swoich włosów.
- Wszystko, tylko nie deser. Już powiedziałem. - odparł mężczyzna, uśmiechając się nagle szeroko i wlepiając we mnie ciekawe spojrzenie. - Więc chodź ze mną kupić pastę. Sam się zgubię, a tak, to zgubimy się we dwójkę. Poza tym, będzie mi smutno. - burknął, wydymając dolną wargę do przodu i robiąc minę zbitego psa.
Popatrzyłam się na niego z grymasem wymalowanym na twarzy. Opłaca mi się w ogóle iść do tego miasta? Przecież wszystko mam. Pastę, szampon, mydło…
- Ej! - krzyknęłam, widząc jak ten grzebie w mojej szafce nocnej. Szybko ją zamknęłam, spoglądając na chłopaka zła. - Nie Twoje to co ruszasz?
- Szukam jedzenia. Jestem głodny, boś mi śniadanie zjadła. Daj mi coś.
- Ale ja nic nie mam.
- No to świetnie. Postanowione! - mężczyzna podniósł się z łóżka, kierując w stronę wyjścia. - Ubierz się szybko. Idziemy na porządne zakupy. - odwrócił się jeszcze do mnie i puścił mi oczko, opuszczając następnie namiot.
Westchnęłam ciężko zrezygnowana, spoglądając jeszcze z nadzieją w stronę wyjścia. Tak, liczyłam na to, że zaraz wróci i powie, że to niskich lotów żart. Ale tak się nie stało, więc nie robiąc zbędnych awantur ani fochów ubrałam się w te same rzeczy, w których byłam na śniadaniu. Sięgnęłam po mały plecak, w którym zawsze był portfel z pieniędzmi i jakieś perfumy. Tak na zaś. Prześlizgnęłam się z jednego końca pokoju na drugi, zerkając jeszcze na legowisko z utęsknieniem. Po chwili opuściłam je, od razu wpadając na mężczyznę.
- No w końcu. Myślałem, że tam umarłaś. - towarzysz przewrócił oczami, a ja jedynie nadęłam policzki, uciekając od niego wzrokiem.
- Pewnie byś chciał, co? - zaśmiałam się, idąc przodem. - Ale nie zrobię Ci tej przyjemności. A jak już, to nie tak szybko~
Helsing dogonił mnie szybko i resztę drogi do miasta przeszliśmy ramię w ramię. Albo w sumie prawie, bo grzechem by było, gdybym nie przeszła się po starym, rozwalającym już murze. Oczywiście nie obyło się bez jego komentarzy, a moich dogryzek na ten temat. Może i mam 20 lat, ale żadnych zabaw czy atrakcji nie jestem w stanie sobie odmówić.
- Oh wow.. - szepnęłam do siebie, kiedy dotarliśmy do bramy miasta.
Bedord zdecydowanie jest pięknym miasteczkiem. Żywym, głośnym i hucznym. Znajdują się tu liczne sklepy, stragany, kawiarnie. Dodatkowo Bedord ma bezpośrednie połączenie z wodą, która spływa po ścianie doliny niczym wodospad. W samym sercu tej osady znajduje się ogromny plac, na którym odbywają się przedstawienia czy inne festyny.
Widząc ogrom ludzi przed sobą zrobiło mi się słabo. Schowałam się odrobinę za mężczyzną, nie mając ochoty schodzić w dół i zagłębiać się w ten tłum. Nie przepadałam za ludźmi. Nigdy nie mogłam znaleźć z nimi wspólnego języka.
- No to w drogę! Chyba nam się trochę zejdzie nim znajdziemy ten właściwy sklep. - chłopak się zaśmiał i ruszył pierwszy, a ja zaraz za nim. Nie widziało mi się zostawać w tyle. Zsunęłam jeszcze plecak z ramion, chowając go w swoich ramionach, jakby ktoś zaraz miał mi go zabrać.
Proszę, wracajmy jak najszybciej.
Pomyślałam jeszcze, idąc ze spuszczoną głową i wlepiając smutne spojrzenie w buty.

< Helsing? Wybacz, nie miałam internetu, ale już jestem Twoja B) >

22 lip 2017

Smiley CD Vulnere

Wzięłam do reki ćwiartki smakołyków dla  Szafira. Na myśli miałam jabłka i marchewki bo to były jego ulubione smakołyki, a gdy je dostawał wydawał z siebie przepiękny dźwięk zadowolenia. Zmartwiona Vulnere, a zarazem opiekuńcza od razu podeszła do mnie, aby się od razu o wszystko wypytać. Nie chciałam zgrywać kogoś odważnego czy coś, ale nie lubiłam za bardzo jak ktoś mnie badał czy coś mi kazał brać. Wolałabym już biegać, cokolwiek robić, nawet wcześniej wstać tylko nie lekarz i badania. Dałam smakołyki Szafirowi z lewej ręki bo prawa mnie za bardzo bolała. A z minuty na minutę cały bok mnie bolał.
- Szafir chodźmy do boksu - on kiwnął głową, że się ze mną zgadza. - Idziemy Vulnere!? - spojrzałam się w jej kierunku.
- Jasne czemu by nie - odpowiedziała. Yuki i Blanca również poszli z nami. Szafir szedł blisko mnie, ale ja go nie trzymałam. Nie potrafiłam podnieść prawe ręki, ból przeszywał całe moje plecy aż do ramion. Będąc w stajni zobaczyłam, że jest tam Gatta. Podbiegłam do niej.
- Witaj Smiley! - pogłaskała mnie po głowie Gatta.
- Dzień dobry Gatta! - odpowiedziałam już mniej radośniej.
- Co jest maleńka? - spytała, a ja spojrzałam się na nią.
- Nic takiego. Czy zajęłabyś się dla mnie Szafirem? - zapytałam się, a ona spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
- Dobrze niech ci będzie. I tak chciałam zobaczyć jakie postępy zrobił odkąd nim się zajęłaś - uśmiechnęła, a ja wróciłam do Vulnere.
- Wiesz za nim zdecydujemy co będziemy robić dzisiaj następnie, możemy wejść najpierw do mojego namiotu? - spojrzałam się na nią.
- Muszę coś zrobić - odparłam. Czułam jak mój atak astmy ma się za chwilę pojawić. Doskonale to znałam, a moje zwierzaki same to wyczuły. Szły szybciej niż ja, aby na wszelki wypadek mi pomóc. - Poczekaj na chwilę tutaj Vulnere - powiedziałam już zdyszana, a odstęp dzielący od stajni i mojego namiotu nie był duży dystans. Jednak przez ten atak astmy, który miał się pojawić już niedługo, męczyłam się bardziej niż mogłabym sobie wyobrazić. Nie miewałam często ataków astmy, od kilku lat zdarzał mi się może raz do roku, ale nie więcej. W tym roku jednak był to już ósmy czy dziewiąty raz. A połowa roku minęła nie dawno.

<Vulnere?>

18 lip 2017

Rue CD Akuma

- Co ty zrobiłaś?! - usłyszałam krzyk kobiety, która nagle pojawiła się przede mną. Kiedy chciała podnieść na mnie dłoń, wycelowałam w nią pistoletem. To wszystkich poruszyło, ale nikt się do mnie nie zbliżył.
- Uspokój się. Opuść pistolet - i pewnie nie spokojny głos jakiegoś mężczyzny nie zrobiłabym tego. Z chęcią posłałabym trzy kolejne kulki w jej łeb, aby szmata znalazła się przy swojej bratniej duszy. z chęcią pozabijałam ich wszystkich! Ale ten gość był już staruszkiem, miał łagodne rysy, a z jego oczu bardzo dobrze patrzyło. Rzuciłam pistolet na ziemię obok i wbiłam swoje spojrzenie na tą żmiję, z której kącika ust wypływała krew. No tak, przecież ją nieco wcześniej uderzyłam, a uświadamiając sobie to, poczułam się o wiele lepiej.
- Dlaczego go zabiłaś?! Kto ci na to pozwolił?! - znowu zaczęła się wydzierać, aż w końcu nie mogąc nad sobą zapanować podeszła do mnie i chwyciła za fraki. Nim zdążyła mnie unieść złapałam ją w pewnym miejscu pod nadgarstkiem lekko naciskając i wykręcając rękę. Krzyknęła, a ja unieszkodliwiłam jej rękę. To samo zrobiła z drugą i całymi ramionami.
- Sama sobie na to pozwoliłam. Myślisz, że będę się ciebie słuchać?! Prawie mi zabił przyjaciela, to go zabiłam! I świetnie się, z tym czuje! Oby zdechł w tym piekle, a tobie życzę tego samego.
Zabrali ją do wozu nim zdołała cokolwiek zrobić. Mnie także zabrali, ale do innego. Kiedy usiadłam, poczułam ogromną ulgę w nodze, na której ciągle się opierałam. Czułam, jakby zaraz i ta mieli mi wsadzić w gips, albo i amputować. Tak jak nakazałam, obok mnie posadzili Akumę. Tyle, że znów zemdlał. Jego głowa bezwładnie oparła na oparcie, oczy i usta miał zamknięte. Przez chwile wydawało mi się, że obok mnie siedzi trup, że on tak na prawdę nie żyje, a to, że się obudził, było tylko iluzja mojego chorego już umysłu. Że kiedy dojedziemy... gdziekolwiek, on dalej się nie obudzi i w takiej pozie powiedz mi, że on nie żyje. Że muszę go zostawić, nic już dla niego nie zrobię, że odszedł. I wtedy bym poczuła się tak, jakby ktoś odebrał mi wszystko, dosłownie, a moje starania przeżycie poszły na marne. Kiedy samochód ruszył, chwyciłam jego dłoń, nie była już ciepła jak wcześniej, tylko lodowata, jak u trupa. I przez tą myśl miałam ochotę płakać. Akuma nie był dla mnie tylko zwykłym cyrkowcem, który bawił się dymem i uwielbiał jabłka. Był czymś więcej, niż młodym rolnikiem z widłami. Był, a raczej dalej jest moim najlepszym przyjacielem. W końcu kto normalny o zdrowym umyśle zgodziłby się na takie coś? Gdyby nie on, nie przeżyłabym tego i jeśli on się nie obudzi, nie daruje sobie tego. To tak, jakby ktoś mi odciął dostęp do powietrza, bez którego nie mogę oddychać. Świadomość, że straciłabym kogoś takiego jak Akuma była tak bardzo bolesna, że się rozpłakałam. Oparłam głowę o jego ramię i ignorując kierowcę po prostu się rozpłakałam ściskając jego dłoń.

***

Samochód się zatrzymał kiedy spałam. Poczułam tylko jak coś rzuca mnie do przodu, a po chwili znowu ląduje na miękkim oparciu. Drzwi się otworzyły i kazali nam wysiadać. Otworzyłam lekko oczu i mruknęłam coś nie wyraźnego pod nosem.
- Śpi. Możemy ją wyrzucić? - usłyszałam. Zmarszczyłam czoło i znowu coś mruknęłam, ale nawet sama siebie nie zrozumiałam. Oni za to się zaśmiali i jeden z nich zaczął mnie szturchać, aż w końcu byłam zdolna do samodzielnego myślenia.
- Wysiadaj - powiedział głębokim tonem. Spojrzałam na Akumę, który dalej miał zamknięte oczy, a ja wziąć trzymałam jego ciepłą już dłoń. Westchnęłam i puszczając go wyszłam z samochodu. Był już zmrok, słońce schowało się za budynkami i za parę minut miasto ogarnie noc. Plus był taki, że nie musiałam mrużyć oczu. Jedną ręką opierałam się o samochód, aż nie dostałam kuli. Odsunęłam się lekko i obserwowałam, jak z samochodu wyciągają nieprzytomnego chłopaka. Ten największy, który chyba kierował, rzucił go sobie na plecy. Jestem pewna, że kiedy Akuma tym usłyszy, albo mi nie uwierzy, albo zacznie udawać księżnisie. W końcu tak wyglądał.
Zauważyłam, ze staliśmy na zwykłym parkingu. Co gorsza ruszyliśmy w kierunku szpitala. Znowu... mam tego dość! Gdy to wszystko się skończy, każdy taki budynek będę omijać szerokim łukiem. Z wielka niechęcią weszłam do środka. Gdyby nie przyjaciel, zostałabym na zewnątrz, ale bałam się o niego. Musiałam wiedzieć, że się obudzi. W środku zarejestrowali nas i dali osobną salę. Akumę położyli na łóżku, a lekarze od razu zaczęli go do czegoś podłączać. Siedziałam na drugim obok i patrzyłam jak wbijając igłę w jego ramię. Kiedy się obudzi, czeka go niemiła niespodzianka.
- To wszystko - odezwał się ten sam z niskim głosem, który nie pozwolił mi się wyspać w samochodzie. - Jesteście w swoim miasteczku. Cyrk raczej już z łatwością znajdziecie - powiedział.
- A co... - nie mogłam znaleźć odpowiedniego słowa, który określi WSZYSTKO.
- Nic. Tobias nie żyje, reszta także, a tych uciekinierów złapiemy. Od was już niczego nie chcemy. Bynajmniej takie jest rozporządzenie.
- Na prawdę? - musiałam się upewnić, a koleś skinął tylko głową, po czym wyszedł. Z lekkim uśmiechem siedziałam tak bez ruchu nie mając sił myśleć, ani się położyć. Ciągle obserwowałam śpiącego chłopaka, myśl, ze może nie żyć nie opuszczała mnie, ale ja wiedziałam, że tak nie było. Musiałam tylko poczekać na słowa lekarza, który mnie uspokoi i będę mogłam znowu iść spać. Długo się nim zajęli, a kiedy skończyli, lekarz mnie tylko zbadał, nic więcej na szczęście. - A co z chłopakiem? - zapytałam kiedy miał zamiar odejść. Stanął na chwilę.
- Powinien się jutro wybudzić.
- A kiedy możemy iść?
- Kiedy się wybudzi od razu was wypisuje. To był chwilowy szok, nic groźnego - odetchnęłam z ulgą, kiedy usłyszałam ostatnie słowa "nic groźnego". Podziękowałam, a on wyszedł.

***

Kiedy zasnęłam? To była tak nagle, że nawet nie zdążyłam się położyć. Jedynie głowa mi opadła na poduszkę, a nogi wystawały zza łóżka, w końcu ostatnie co pamiętam, to siedzenie na brzegu i patrzenie na śpiącego chłopaka. Tak długo czekałam, aż się wybudzi, że nie zauważyłam, kiedy zmorzył mnie sen. Ale to już nie ważne. Wystarczyło pięć minut nudnego siedzenia i patrzenia w białe kafelki, żeby chłopak się poruszył, w końcu otworzył oczy. Wcześnie wyobrażałam sobie, co zrobię w tej chwili; podbiegnę i normalnie uduszę go tuląc. Ale nie miałam na to sił i coś dalej mnie trzymało w tym miejscu. Jedynie się lekko uśmiechnęłam, ale kiedy oderwał od siebie tą igłę, chciałam się śmiać. Głośno i wyraźnie, jak nigdy przedtem. Czyżbym miała jakieś nieokreślone napady?
- Co teraz? - i znowu miałam ogromną ochotę się śmiać. "Co teraz" krążyło w mojej głowie, niczym cyganie wnerwiającego zegara, który jest zbyt wysoko, aby go wyłączyć. To samo pytanie zadawał wcześniej, kiedy wszystko było do du*y. Ale teraz nie jest, dlatego chciałam się śmiać.
- Nic - wzruszyłabym ramionami, ale okazało się, że nawet na to nie mam sił. Czyli się jeszcze nie wybudziłam dokładnie ze snu, mimo, iż dobrze kontaktuje. - Wracamy do cyrku - powiedziałam z uśmiechem wyobrażając sobie powrót do akrobacji, kiedy tylko pozwoli mi na to noga. Ale w sumie... co mi stoi na przeszkodzie? Mam drugą!
- W końcu - odetchnął. Trwaliśmy tak w ciszy, żadne z nas się nie odzywało. Ja nie miałam sił, chłopak za pewne też, ale chwila była cudowna. W końcu to oboje przetrwaliśmy, żadne z nas nie skończyło swojego żywotu, jesteśmy tutaj i wracamy do cyrku. FBI już nic od nas nie chcę. A Tobias nie żyje, to jest najważniejsze.

***

Zaraz... znowu zasnęliśmy? Kiedy otworzyłam oczy, nic się nie zmieniło; białe kafelki, a dalej łóżko. Obok mnie za to siedział Akuma, oparty o mnie. Dalej się trzymaliśmy w objęciach, ale... zasnęliśmy? I znowu ten napad śmiechu... ale tym razem mogłam się zaśmiać. Moze nie długo nie głośno przez suchość i ból w gardle, ale się śmiałam. Już dawno tego nie robiłam z taką ulgą. Chłopak nagle podniósł głowę, miał nie wyraźny głos, ale widząc, że się śmieje, uśmiechnął się.
- Z czego się śmiejesz? - zapytał.
- Chyba mam napady - stwierdziłam i go znowu przytuliłam. - Nie masz pojęcia jaka ci jestem wdzięczna, że ze mną byłeś - powiedziałam i ucałowałam go w policzek. - Lepszego przyjaciela nie mogłam sobie znaleźć - stwierdziłam puszczając go, a do sali wszedł lekarz.
- Widzę, że czujecie się już lepiej - powiedział i zerknął na kartkę, którą trzymał w rękach. - Hayato Igarashi i Cassie Defflayt - Cassie... nie chcę tego imienia.
- Rue - poprawiłam go mówiąc z ogromnym naciskiem na swoje imię.
- Dobrze - mówił obojętnym głosem. - Wypisujemy was. Macie jeszcze dwie godziny. Ty - wskazał na mnie. - Masz oszczędzać nogę. Za trzecim razem czeka cie amputacja, a ty - wskazał na chłopaka długopisem, który trzymał w dłoni. - Musisz odpoczywać. Nie lekceważ żadnego zmęczenia. Przeżyłeś chwilowy szok, nie groźne, ale trzeba zachować ostrożność. Miłego dnia - wyszedł.
- Słyszałeś, masz odpoczywać - zwróciłam się do chłopaka.

<Akuma? Nie jestem lekarzem, wiec nie sądź mnie o ten szok xd>

16 lip 2017

Helsing CD Shavile

Nie, nie, nie, nie. Tak się nie bawimy. Nie deser. Kobieto, nie będziesz mną pomiatać i pożerać moją żywność.
Wyrwałem się za nią, gotów walczyć o swą męską pozycję. Musiałem tylko zajść do siebie i wziąć skradzioną pastę, by grzecznie ją oddać. Gdy wpadłem do namiotu, zrozumiałem o czym mówiła dziewczyna, kiedy wspominała o zapachu mogącym powalić rosłego mężczyznę. Mnie powaliło.
Wziąłem pastę, którą wcześniej zostawiłem na stoliku, zawalonym całą masą gratów i śmieci i wyszedłem, kierując się do namiotu nr 5, jak mnie poinformowano. Sprawnym, szybkim krokiem pokonałem niedużą odległość, raptem kilka metrów, dzielącą nasze mieszkania. Wparowałem do środka bez pukania czy czegokolwiek – trudno, nazwijcie mnie chamem, niektórych rzeczy po prostu nie da się nauczyć – i, och, jaka niespodzianka.
Dziewczyna była praktycznie naga, jeśli nie liczyć majtek, skąpo okrywających jej ciało. Tak, oprócz nich nic na sobie nie miała.
Na chwilę oboje zamarliśmy, jakby sytuacja była tak niezręczna, że obojgu nam odebrała możliwość reakcji. Mimo wszystko nie dałem rady powstrzymać swoich podłych mięśni twarzy, rozciągających moje wargi w wściekle rozbawionym uśmiechu.
- I z czego rżysz? - spytała dziewczyna, odsuwając się powoli i naciągając szybko koszulkę. Wyrwała mi pastę z ręki.
- Ja... z niczego nie rżę - wydusiłem, nadal mając przed oczami jej pięknie prezentującą się klatkę piersiową. Zrobiło mi się trochę tęskno na owe niedawne wspomnienie. - Ale czy to właśnie teraz miałem przyjść? Powiedziałaś 3 minuty, tak? - Pokazałem rekinie zęby w półuśmiechu.
- Wychowany człowiek przeprosiłby za wtargnięcie bez pukania do cudzego mieszkania - upomniała mnie dziewczyna.
- Może po kolei - zaproponowałem. - Dziękuję za użyczenie pasty do zębów i przepraszam za przywłaszczenie jej i bezczelne wtargnięcie. A teraz nakarm mnie, skoro zjadłaś moje śniadanie. - Wyminąłem ją i rozejrzałem się po wnętrzu namiotu, szukając jedzenia.
- Będziesz mi winny dwa desery, zobaczysz.
- Daj spokój, dwa gramy pasty nijak się mają do deseru. Ja dałbym ci pastę bez mrugnięcia okiem jako sąsiedzką przysługę, a ty mnie podliczasz deserami - wytknąłem jej niewinnie brzmiącym głosem, siadając na jej łóżku. Nie mogłem powstrzymać się przed uważnym zmierzeniem jej wzrokiem, od stóp do głowy. - Ponadto zjadłaś moje śniadanie. Powinnaś przemyśleć swoje zachowanie.
- A ty przemyślałeś swoje?
- Nie zrobiłem niczego w złej myśli, ani przez moment nie chciałem zabrać ci deseru ani śniadania. Kto tu jest nie w porządku? - spytałem, cały czas mówiąc teatralnie poważnym, dziecięco naiwnym głosem. Patrzyłem na dziewczynę skrzywdzonym spojrzeniem, jednak lekko unosząc brwi. - Mmm... przydałoby się w końcu przedstawić - dodałem po chwili. - Jestem Helsing.
Wraz ze swoim imieniem, przedstawiłem jej najpiękniejszy, najurokliwszy uśmiech, jaki mogłem przywołać na usta.


< Shavile? c: >

15 lip 2017

Shavile CD Helsing

Umyłam się dokładnie swoim ulubionym kokosowym płynem do kąpieli. Następnie opuściłam prysznic, wycierając swoje zgrabne ciało miękkim oraz puszystym ręcznikiem. Jak na gimnastyczkę sportową nie miałam umięśnionych rąk. W ogóle budową jej nie przypominałam. Szczupły brzuch, wąskie ramiona, ręce i nogi jak patyki. Nawilżyłam ciało balsamem kokosowym, czując, jak się wręcz od niego rozpływam. Czy istnieje piękniejszy zapach niż zapach kokosa? Oczywiście, że nie. Nie krępując się za bardzo swoją nagością (tak jak i kolega) podeszłam do umywalki, szperając w kosmetyczce.
- To chyba jakieś żarty.. - rzuciłam ciężko w zaparowane powietrze, odchylając głowę do tyłu. - Nie.. Proszę, nie. - załamana aż ukucnęłam, kręcą głową na boki. Podstawa pielęgnacji. Podstawa porannej toalety - mycie zębów. A jak ja mam je teraz umyć, skoro nie mam głównego składnika? Zacisnęłam palce na umywalce, zaraz się podnosząc i zaczynając ubierać.
Masz tupet nie odnosząc na miejsce czegoś, co nie należy do Ciebie.
Pomyślałam, mimo wszystko wychodząc zawstydzona z łaźni. Odłożyłam piżamę i kosmetyczkę do namiotu, przeciągając się jeszcze porządnie przed wyjściem.
- Lepiej chroń przyszłą generacje Skarbie, bo Twoje krocze zaraz mocno oberwie. - warknęłam i zarzuciłam na plecy grubą, za dużą, bordową bluzę z kapturem. Podwinęłam rękawy i opuściłam namiot, postanawiając odnaleźć mężczyznę. Problem w tym, że nie mam bladego pojęcia z którego namiotu jest, więc zaczęłam zaglądać do każdego po kolei. Kiedy w końcu do tego konkretnego namiotu dotarłam, poczułam, że to na pewno jego.. Ten odrażający odór alkoholu. Zakaszlałam, nie dając rady wejść do środka. Nienawidziłam tego zapachu. A skąd się domyśliłam, że to jego? Jeszcze parę chwil temu stał tuż obok mnie w łaźni, wdychając powietrze głęboko. Nawet to go nie uratowało, bym nie poczuła tej woni.
- Boże, byś tam sprzątną od czasu i ograniczył picie. - burknęłam pod nosem niezadowolona. Skoro mężczyzny tam nie było, to logiczne, że musiał być na stołówce. Otrząsnęłam się z szoku spowodowanym stanem jego namiotu, ruszając następnie pewnie do jadalni. Kiedy go ujrzałam uśmiechnęłam się szeroko, podchodząc do towarzysza.
- Gdzie moja pasta? - spytałam ze słodką tonacją w głosie, uśmiechając się do niego sympatycznie.
- W moim namiocie, ale nie idź tam beze mnie. - odparł i zajął miejsce przy wolnym stoliku, a ja dosłownie po paru sekundach się do niego dołączyłam.
- Za późno Kochanie. - wzruszyłam ramionami, zerkając na niego rozbawiona.
- Jak to? Kto pozwolił Ci wejść do mojego namiotu? ... Poza tym, pewnie nawet nie wiesz, który to mój, więc na pewno się pomyliłaś. - odparł zaraz mężczyzna, uśmiechając się triumfująco.
- Sądzę, że to tylko w Twoim jakże zadbanym i czystym namiocie może tak jechać alkoholem. Ten zapach jest w stanie powalić nawet rosłego mężczyznę. - mruknęłam i zabrałam mu tosta, którego nie zdążył wsunąć do ust. Ugryzłam kawałek, nadal nie odrywając wzroku od towarzysza. - Ah, i przy okazji, bo nie wiem czy wiesz, to dziś oddajesz mi swój deser po obiedzie. - rzuciłam, a w odpowiedzi uzyskałam jedynie obraz otwierających się szerzej oczu. Nic mnie tak dawno nie rozbawiło jak ten widok. Wstałam od stołu i zabrałam mu drugiego tosta, wychodząc ze stołówki. Na pożegnanie jeszcze krzyknęłam - Daję Ci pięć minut! Potem masz się zjawić w namiocie piątym! - odwróciłam głowę i puściłam mu jeszcze oczko, zaczesując włosy do tyłu. Mężczyzna wydawał się zszokowany i.. słodki. Pokręciłam głową, starając się już więcej nie myśleć o tym w taki sposób. Nagle poczułam, jak ktoś łapie mnie za łokieć i odwraca w swoją stronę. Przylgnęłam ciałem do torsu brązowowłosego, zerkając na niego z dołu, z tostem w buzi.
- Wszystko, tylko nie deser! - poprosił, patrząc się na mnie z góry. - Błagam.. One zawsze są dobre, a główne dania nie zawsze. - mruknął, zerkając na stołówkę ukradkiem.
Odsunęłam się od niego, wyciągając tosta z buzi.
- Pięć minut. - ostrzegłam go, spoglądając na lewy nadgarstek, na którym nie było żadnego zegarka. - Oj, jednak już tylko trzy. - odparłam ze słodkim uśmiechem, odwracając się na pięcie i udając w stronę legowiska. Wsunęłam się do namiotu cicho, jakbym nie chciała zostać przez kogoś zauważona… Inna sprawa, że i tak mieszkałam sama. A może po prostu nie chciałam zagłuszyć swoją obecnością ciszy? Pozbyłam się bluzy, tak jak i reszty ciuchów. Zawsze w namiocie wolałam siedzieć w za dużym t-shircie i krótkich spodenkach. Rozebrałam się do bielizny i zaraz również ściągnęłam stanik. W nim też nie było za komfortowo. Sięgnęłam już po bluzkę, słysząc nagle krzyk mężczyzny.
- Mam! - wparował do mojego namiotu, pokazując szczoteczkę tuż przed moją twarzą. Tak się zapędził, że dotarł aż do mnie. Spojrzałam się na pastę, a potem na niego w milczeniu, starając się zanalizować, co się właśnie stało. Na spokojnie...
<Helsing?>

14 lip 2017

Akuma CD Rue

Ból był duży, jednak jak się okazało, nieszkodliwy. Przynajmniej nie na tyle, że go zabije. Siniak będzie, i to prawdopodobnie duży. Cholera, zemdlał, znowu zemdlał! Miał ochotę się spoliczkować, ale czyjeś dłonie go podniosły. Miał trudności z oddychaniem, częściowo z pulsującej bólem klatki piersiowej, częściowo przez astmę. Ledwo utrzymał równowagę, z każdą chwilą przybywało mu nieco energii, odzyskiwał siły. Nagle powietrze przecięły kolejne strzały, chwycił się za głowę, z początku szarpiąc za włosy, kończąc na uciskaniu mocno uszu. Skrzywił twarz, zacisnął powieki, skulił się. Tu jest za głośno. Za głośno!
- Wszystko okay? - spytał jeden z funkcjonariuszy, kładąc mu dłoń na plecach. Nie był pewien, jaki cudem zdołał rozróżnić i zrozumieć te słowa wśród tylu krzyków, szumienia własnej krwi w uszach oraz krzyku własnego umysłu oraz duszy. A może krzyczał na głos?
...
Otworzył oczy. O co chodzi? Gdzie on jest? I gdzie jest Rue? Zaczął się rozglądać na boki. Zauważył ją, siedziała na brzegu łóżka, wyglądała o niebo lepiej, niż ostatnio. Niż wtedy, gdy miała zaschniętą krew na twarzy, włosy lepiły się do niej, lekka warstewka potu przykleiła do niej ubrania, a zmęczenie dobijało ją. I patrzyła na niego.
- W szpitalu - odpowiedziała, jakgdyby wyczytała to pytanie z jego umysłu. - Dzisiaj nas wypisują, znowu zemdlałeś. Właściwie ro już będziemy mogli iść, tak powiedzieli. I jak się czujesz? - zignorował jej pytanie. Są bezpieczni. Tu i teraz. Nie ważne, że z.obrażeniami. Nie ważne, że każdy oddech sprawiał, że chciało mu się krzyczeć. Nie ważne. I ona żyje. To jest ważne. Najważniejsze. Ostatkiem sił wstał do pozycj siedzącej. Jęknął cicho, gdy zobaczył igłę wbitś w jego żyłę. Wyciągnął ją, natychmiast wstając i ignorując również cienką stróżkę krwi utworzoną na jego skórze.
- Wszystko okay, Akuma? Co robisz? - to także zignorował. Nienawidzi igieł, zakręciło mu się w głowie. Usiadł obok niej, opadając ciężkocna miękki materac. A może twardy? Ostatnie dni sprawiły, że szpitalne łóżko ma poziom pięciogwiazdkowego hotelu. Oplutł ją ramionami, objął ją.
- I miss you - powiedział tak cicho, że niemal niedosłyszalnie. Ale ona słyszała, doskonale o tym wiedział. Oparł podbródek na jej ramieniu, pasował jakby... idealnie. Tęsknił. Naprawdę. Bał się o nią, miał wyrzuty sumienia, że wszystko wygląda właśnie w ten sposób. Ale może kłopoty już minęły?
- Ja także - ospowiedziała, odwzajemniając uścisk. Był wdzięczny Bogu za to, że tkwi w takiej pozie, iż nie dostrzegła pojedynczej łzy spływającej teraz po jego policzku.
- Co teraz? - nie chciał jej puszczać. Nigdy więcej, już nigdy jej nie zostawi. Tobias nie żyje. Czego więcej chcieć?

< Rue? >



Rue CD Akuma

Co ja tak właściwie wyrabiałam? To, że wpierw obezwładniłam agentów, było dla mnie normalne - znaczy panowałam nad tym. W końcu to miałam zamiar zrobić. Chciałam uciec, ale wpierw trzeba było ich unieszkodliwić. Na szczęście Akuma nie użył zasady, ze dziewczyn się nie bije i zrobił to samo z nimi, co ja z mężczyznami. Sparaliżowałam ich, chociaż przez jakiś czas miałam wielkie obawy, że teraz się nie uda. Że po takim czasie moja umiejętność wygasła i tylko się upokorzę, oni nas złapią i wszystkich szlag trafi - ale tego widocznie się nie zapomina. To jest jak instynkt, albo go masz, albo nie masz i tak do końca życia. Kiedy oni leżeli na ziemi, miałam ochotę uciekać. W las. Kolejny wyścig samochodowy nie jest dla mnie, po ostatnim mam dosyć. Ale.. co nam da las? Tym bardziej, że ja daleko nie pobiegnę z tą kulą, prędzej się wywalę w pierwszy lepszy dół, a oni nas złapią. Dlatego postanowiłam nie uciekać. Ale co mieliśmy dalej zrobić? Pojawienie się naszego wroga było tak niespodziewane, że przestałam racjonalnie myśleć. Rozumiałam jego słowa, uważnie ich obserwowałam, ale kiedy zobaczyłam jego twarz, a za nim tylu ludzi... przestałam odczuwać jakikolwiek strach. Nie bałam się go już. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Może coś w głowie mi podpowiedziało, że on sam się boi. boi się przegranej, skoro pojawił się z taką pomocą. Boi się upokorzenia, skoro wszyscy byli nienagannie ubrani, tak samo z ich zachowaniem. I nawet jeśli tego nie pokazywał, bał się, że mu się nie uda. W końcu zabili już tylu ludzi, a ma problem z dwoma kalekami. Coś w tym musi być, prawda? Nie wiem czy zaczynałam świrować, czy zaczęłam widzieć nawet te niewidoczne szczegóły, ale strach przemienił się w wściekłość. Kiedy do mnie mówił, miałam ochotę krzyknąć, aby się zamknął. Aby szedł do piekła. Wygarnąć mu wszystko, ale coś mi nie pozwalało. Mogłam jedynie go słuchać i patrzeć wzrokiem pełnym gniewu na jego ohydną twarz, którą mam ochotę zastrzelić. Milczałam, nie ruszałam się. Nie wiedziałam co robić, ale nawet nie musiałam myśleć. Moje ręce zrobił to za mnie. Odrzuciłam w bok niepotrzebną kulę, bo po co mi ona na drugiej stronie? Ponoć duchy lewitują i nie czują bólu. W obu dłoniach trzymałam pistolety, a kiedy zaproponował mi rozmowę, taką zwykłą (wizja owej rozmowy w jakiejś kawiarence przy kawce jeszcze bardziej wstrząsnęła moimi uczuciami), podniosłam obie bronie i na ślepo strzeliłam. Nie wiedziałam w kogo, po prostu chciałam ich wszystkich pozabijać i wiedziałam, ze nie będę tego żałować. Już nigdy nie będę żałować tego, że zabiłam tylu ludzi. Jeśli to ma doprowadzić do jego śmierci, zabije nawet więcej, jeśli będę musiała. Akuma także otworzył ogień, kule padały na ślepo, bynajmniej moja. Ale pierwszy kto poległ, to Tobias - runął na ziemie, a za nim jakiś mężczyzna. Reszta wyjęła spluwy i także zaczęli strzelać. Wydawało mi się, że tak samo jak ja, na ślepo. Ale nagle poczułam ból w dłoni, puściłam pistolet. Obok mnie chłopak osunął się do tyłu, upadł plecami na ziemie. Widziałam to kątem oka, ale tylko tyle wystarczyło, aby moja głowa powiedziała - Zabili go! Zabiliście go! Pozabijam was! Nie zaprzestałam strzelać, kiedy nagle zaczęli padać jak muchy; ci, którzy stali przed nami i mieli być obstawą dla Tobiasa, oraz ci, którzy pojawili się nie wiadomo skąd. Ja ich nie mogłam wszystkich zestrzelić, więc kto to był? Słyszałam sygnał policyjny zmieszany z hukiem wystrzałów. Oni wszyscy polegali, padali na ziemię obok swojego szefa. Czy było ich więcej? Nie mam pojęcia, bo nagle ktoś się na mnie rzucił i przygniótł do ziemi. Kazał nie wstawać, a sam ze mnie szedł i strzelał. Potem czas jakby zwolnił. Położyłam na głowę ręce, a nos wetknęłam w ziemię, nie mogąc oddychać. Oni dalej się zabijali, kiedy obok mnie leżał... Akuma. Podniosłem się i przeczołgałam do niego. Lekko uderzałam go w policzki, błagając aby nie umieraj, aby żył. Nie mógł umrzeć, nie teraz, a tym bardziej nie beze mnie!
- Jeśli nie otworzysz oczy... - przygryzłam dolną wargę, ale nie skończyłam. Nie wiedziałam co powiedzieć, miał zamknięte oczy i nie odpowiadał, nie dawał żadnych oznak życia. I w końcu się rozpłakałam. Zaczęłam wykrzykiwał jego imię, głowę położyłam na jego torsie przeklinając cały świat. Przecież on nie mógł nie żyć! - Ku*wa! Akuma! Obudź się! - potrząsnęłam nim, ale to nic nie dało. Nie potrafiłam powstrzymać łez, które spływały po moich policzkach, aż do brody. Jakim prawem mi go odbierają! Nie pozwalam! To mój przyjaciel! - No otwórz oczy... - przestałam nim potrząsać, zacisnęłam tylko palce na jego ramionach i... nic. Nic nie mogłam zrobić. Nic, kompletnie. - Co ja bez ciebie zrobię... No nie zostawiaj mnie... - chlipnęłam.
- Udusisz mnie... - jego głos, słaby, nie wyraźny, ale to nie ważne. Wystarczył, abym szybko podniosła głowę i spojrzała na jego twarz.
- Ty żyjesz - powiedziałam z ulgą, a hałas ucichł. - Ty żyjesz! - krzyknęłam szczęśliwa, kiedy ktoś mnie nagle odciągnął od niego. Zaczęłam przeklinać, aby mnie zostawili i dopiero kiedy kogoś uderzyłam z pięści zrobili to. A kogo uderzyłam? Tą beznadziejną kobietę, co dało mi ogromną satysfakcję. Uśmiechnęłabym się, gdyby moja głowa nie była teraz zajęta jedynie Akumą. On mógł zginąć! Kiedy się odwróciłam jego też podnieśli. - Myślałam, że umarłeś!
- Kamizelka - poklepał się w pierś, a ja usłyszałam głuchy dźwięk. Zmarszczyłam brwi.
- Ty idioto! - miałam ochotę go uderzyć w twarz. - Ja cię chyba zabije! Jak mogłeś mnie tak nastraszyć?! - faceci, którzy pomogli mu wstać zaczęli się chichrać, ale kiedy zmierzyłam ich wzrokiem natychmiast przybrali poważną minę.
- Jeszcze żyje - usłyszałam z tyłu. Odwróciłam się. Kolejnych dwóch mężczyzn podniosło Tobias'a z krwawiącym brzuchem.
- Japie*dole! - warknęłam widząc, że ma otwarte oczy i uśmiecha się chytrze. Schyliłam się po pistolet na jednej nodze. - Ty skurwy*ynu piep*zony! - byłam gorzej niż wściekła. - Prawie zabiłeś mi przyjaciela! Nie będziesz żył ku*wo! Pier*ol się z diabłem! - w ciągu sekundy wystrzeliłam trzy pociski, które idealnie trafiły w jego twarz.

<Akuma?>
Wybaczcie za tyle przekleństw na końcu

Akuma CD Rue

Jego serce biło bardzo mocno, miał wrażenie, że cały pojazd trzęsie się w rytm stanowczych, szybkich uderzeń. Nie chciał umierać, tak bardzo tego nie chciał. Strach zakłócał cały świat wokół, miał wrażenie, że utrzymuje przytomność tylko i wyłącznie dzięki dłoni Rue. Z początku chciał ją wyszarpnąć w obawie, że to Tobias i chce go wyciągnąć z auta, co już zdążył zrobić z nią, leżącą w kałuży krwi na asfalcie. Potem jednak rozluźnił spięte mięśnie, starając się nie myśleć o tym, co ich czeka. Czy to odbędzie się szybko? A może zostaną poddani torturom nieznanym nawet w najgorszych horrorach tego typu? Tak dużo pytań, a tak mało odpowiedzi. Czy gdy zabiją go, pozwolą uciec Rue? Albo na odwrót? Cholernie bał się o siebie i o nią, jak mógł dopuścić, by sprawy potoczyły się tak daleko? I beznadziejnie? Mógł wtedy podnieść tą strzelbę i strzelić w Tobiasa, uprowadzającego ich spod szpitala, wcześniej udając samego Pika. Zacisnął zdrętwiałe palce na jej dłoni, wydawała mu się chłodna, tak jak wszystko wokół. Ubranie oraz każda rzecz, jaka dotykała bezpośrednio jego skóry, drażniła ją. Czuł, jakby jego ciało było rozrywane przez zwykły materiał spodni, z resztą tak bardzo delikatnych. Oczy go piekły, w gardle suszyło, czuł, jak lód rodzi się w nim, a ogier naciera od zewnątrz. Chaos, tylko tak można to nazwać. Chociaż medyk kłóciłby się, że to jednak gorączka, ale dla niego to tylko i wyłącznie chaos. Choroba zawsze byłą dla niego mordercza, nawet lekko podniesiona temperatura. Z resztą, znosił to jak większość chłopaków - zgonował. Teraz także miał wrażenie, że prędzej umrze, niż zdoła się pozbyć choć jednej z dolegliwości. I tak pozostało im nie więcej, niż pół godziny czasu. Samochód się zatrzymał, coś było nie tak. Stanęli pod mostem, w cieniu stało identyczne auto i o dziwo, z identyczną rejestracją. Tak, zapamiętał ją dokładnie, chciał wiedzieć, jakim pojazdem przejedzie się po raz ostatni.
- Wysiadajcie, zmieniamy pojazd, by ich zmylić i zmniejszyć prawdopodobieństwo na ostrzał - wytłumaczył agent siedzący z przodu, wyłączający właśnie silnik i przeprowadzający "ewakuację". Wysiedli posłusznie, jednak gdy tylko Rue znalazła się bliżej, mrugnęła porozumiewawczo do Akumy. Przez moment nie rozumiał, o co jej chodzi, ale błysk w jej oczach, ten drapieżny, pełen zdeterminowania błysk sprawił, że ponownie rozkwitła w nim energia, coś planowała. Już nie potrzebował jej dłoni, by utrzymać przytomność. Teraz kontaktował dzięki temu, iż na kulę trzymaną w prawej dłoni postawiła cały swój ciężar ciała, podskoczyła i kopnęła od tyłu wcześniejszego kierowcę w plecy. Teraz to on leżał bezwładnie na ziemi. Ukucnęła lekko, chcąc złapać równowagę, gdyż wyskok tylko na jednej sprawnej nodze, w dodatku kopnięcie tą samą rosłego faceta, to trudna sprawa. Postanowił pomóc, bo co innego mógł uczynić? Miął nadzieję, że ma jakiś plan. Jakiś inny, niż rzucenie się na agentów FBI i polegnięcie w bitwie - czy z ich rąk, czy z rąk drugiego wroga. Bo można ich chyba teraz nazywać jako wrogów, prawda? Uderzył z pięści kobietę w podbródek. Nieczysta gra, kobiet się nie bije. Ale gdy złapał w powietrzu pistolet, który upuściła z dłoni i strzelił w jej przerażoną towarzyszkę, poczuł do siebie jeszcze większe obrzydzenie. Powinien za to siedzieć. Chociaż trafił ją w ramię, paskudnie postąpił. Starał się tłumaczyć przed samym sobą tym, że przecież gdyby tego nie zrobił, obezwładniłaby go. A teraz leży bez przytomności na ziemi. Obie leżą. Psychopata. Krwiożerczy farmer bez wideł. Akuma, innymi słowy.
- Pójdę za to do piekła - wymamrotał na ucho Rue, gdy do niej dobiegł. Obezwładniła dwójkę mężczyzn. Czy na prawdę atakowali tylko przeciwną płeć? To chyba nienormalne.
- Las niedaleko - powiedziała niby szyfrem, ale dokładnie zrozumiał. Uciekają do lasu pieszo, gdyż samochód robi za dużo szumu. Skinął głową, rozejrzał się jeszcze raz by sprawdzić, czy nikt na nich nie czyha. I tak było. Srebrne Ferrari zatrzymało się paręnaście metrów od nich.
- Mają nas, biegiem - powiedział na przekór spokojnie, starał się jednak opanować emocje. Zdołał zauważyć, że jego przyjaciółka także posiada pistolet, nawet dwa. Pokręciła stanowczo głową. Mimo to jej wargi drżały.
- Rozegramy to inaczej - oznajmiła, nie spuszczając wzroku z wysiadających mężczyzn. Każdy miał co najmniej dwa metry. Każdy oprócz TOBIASA. Z wyrazem furii i satysfakcji jednocześnie wypisującej mu się na twarzy, gestem dłoni zaprosił swoich ludzi, by szli za nim. Albo ćwiczyli wejście, albo zawsze im się tak udawało, ale odstępy między każdym z nich były identyczne i nienaganne, krok mieli taki sam, ubranie podobnie. Jedynie Tobias, ich szef, pozostał w przodzie, pośrodku i posiadał nieco inny ubiór. Zdusił w sobie ochotę na ucieczkę, dlaczego z niej nie skorzystali? Czy ma jakiś plan???
- Witam - na moment się zatrzymał, jakby oczekiwał jakiejś reakcji z ich strony. Ale nic, zaczął więc mówić dalej - nie myślałem, że pójdzie tak łatwo. W wyznaczonym na transakcję miejscu są już same zwłoki waszych przyjaciół, małych i dzielnych federalnych wojowników. - wszyscy wydali z siebie cichy pomruk. Skrywali śmiech, wszyscy na raz. Czy to także ćwiczyli? Musiałby się nauczyć tekstu na pamięć. Szarowłosy przestąpił z nogi na nogę, strach władał całym nim, starał się go opanować i trzymać własne ciało w ryzach. Zacisnął szczęki z gniewu. Jeszcze jedno słowo, i nie wytrzyma. A będzie musiał. Podziwiał pewnie stojącą Rue, jej dumną postawę i niezrażoną minę, choć oczy targała wściekłość. Miał wrażenie, że zaraz stanie przed nim, jakby chciała go osłonić i zakończyć wszystko sama. Ale nie pozwoli na to. Prędzej sam wykona coś podobnego.
- Nie zrobimy wam krzywdy. Chcemy jeszcze porozmawiać. Z tobą - wbił swój krwiożerczy wzrok w twarz Rue. Nie poruszyła się ani o milimetr, nadal zgrywała twardzielkę Albo i nią była. I chociaż spluwy wymierzone w ich kierunku, goszczące w dłoni każdego z piątki mężczyzn stanowczo przeczyły jego słowom, nadal stałą nieustraszenie. I za to był jej wdzięczny. Nim się obejrzał, usłyszał strzał. Również strzelił. Za poległych agentów, za ich samych, za wszystko, co im się przytrafiło.

< Rue? >

Rue CD Akuma

Wzruszyłam ramionami i usiadłam obok.
- A możemy? Mamy jak? - zapytałam bardziej sama siebie wpatrzona w podłogę, a potem w swoją chorą nogę. - Gdybym nie miała gipsu, to może jeszcze liczyłaby się jakaś ucieczka, ale przeze mnie... - przygryzłam dolną wargę. Zdałam sobie sprawę, że gdybym ciągle nie lądowała w szpitalach, może inaczej by to wyglądało.
- Przestań - chłopak lekko szturchnął mnie łokciem, a jego głos był nieco ostrzejszy. - Nie twoja wina, że cię postrzelili - dodał. Było mi okropnie smutno, dawno się tak nie czułam. Dawno? Nigdy! Bynajmniej tak pamiętam. Bo w sumie jak mam się czuć ze świadomością, że dzisiaj zginę ze swoim przyjacielem i nic nie możemy z tym zrobić? Okropnie. Gdyby był sens, pewnie bym się rozpłakała, ale to było by głupie. Po co to robić? Czas się chyba pogodzić z tą świadomością, że przyszedł koniec. Jak długo można jeszcze uciekać? - Czyli nic? - usłyszałam chłopaka. Podniosłam na niego wzrok.
- Chyba tak. Chyba, że Bóg się nad nami zlituje i agentom na prawdę uda się nas obronić, wystawiając nas tylko jako przynętę - Akuma spojrzał na mnie. Miał zamglony wzrok i nieco znużony. Spać mu się chciało? Toż to dopiero zemdlał. Ale ja bym chętnie wzięła prysznic.
- To by musiał być cud - prychnął
- Cudem jest to, że siedzisz tu ze mną - odpowiedziałam ponownie wbijając wzrok w podłogę. A może mamy jeszcze wybór, ale my go po prostu nie widzimy? Wątpię. Pewnie zaraz tu wpadną, dadzą nam jedynie kamizelki kuloodporne i pozbawieni jakiekolwiek broni czy nawet najmniejszego kijaszka każą stać w odsłoniętym miejscu czekając, aż ludzie Tobias'a, a może i on sam się pokaże, jeśli nie ze chcą nas od razu zabić.
- Co masz na myśli? - głos chłopaka był jednocześnie zdziwiony, jak i zły. Musiał mnie źle zrozumieć.
- To, że mogłeś mi wcale nie pomagać i żyć spokojnie. A tak w każdej chwili może cię trafić kulka - wytłumaczyłam nie spuszczając wzroku ze swojego białego gipsu. Zawsze gdy ktoś takowy ma, ludzie się zbierają i się podpisują na nim kolorowymi pisakami. Mój był pozbawiony czegoś takiego.
- Już ci mówiłem, że sam się na to zgodziłem. Po za tym jak normalnie żyć, skoro wiedziałbym, że zostałaś sama? - lekko się uśmiechnęłam.
- Czyli dalej nie żałujesz decyzji? - podniosłam głowę i spojrzałam na niego.
- Nie. I nie będę - powiedział hardo i z lekko zmarszczonym czołem. Wyglądał właśnie jakby dostał czymś ciężkim w głowę i teraz słabo kontaktował, ale wiedział, co mówi.
- Czyli teraz też mnie nie zostawisz? - zapytałam ściskając palce na pościeli.
- Nigdy - powiedział tym samym głosem, ale tym razem z lekkim uśmiechem. Przytuliłam go. Chwilowo nie wiedział co zrobić z rękami, aż odwzajemnił uścisk.
- Dziękuje. Mam najlepszego przyjaciela - stwierdziłam i go puściłam.
- A ja kalekę - wskazał na moją nogę lekko się śmiejąc.
- Nie zapominaj, że ty jesteś psychopatycznym farmerem.
- A ty parówką.
- Z pięknym warkoczem - wzięłam swój warkocz do rąk i przejechałam po całej długości.
- Pf - zaśmiałam się cicho i odrzuciłam z powrotem warkocz do tyłu.
Drzwi do pokoju się otworzyły, a do środka weszło troje ludzi. Kazali nam wychodzić, a my oczywiście bez innej możliwości usłuchaliśmy się ich. Wyprowadzili nas z pokoju. Długo szliśmy korytarzem, ciągle słysząc jakieś głośne kroki. Czyli dalej chaos? Każdy biegał w każdą stronę nie wiedząc co zrobić? Weszliśmy do jakiegoś pokoju. Tam najpierw kazali nam ubrać kamizelki kuloodporne i nic więcej. Gdybym przeżyła, może bym mogła wróżyć innym? Po chwili do sali weszła ta zdzira oznajmiając, że dzisiaj mają zamiar nas wystawić. "Jakbyśmy tego nie wiedzieli" pomyślałam, ale milczałam jak grób. "Dzisiaj złapiemy Tobiasa" - te słowa zostaną ze mną do końca, aż ktoś mnie zastrzeli. Nienawidziłam tej baby i miałam nadzieję, że zostanie zabita. Wiem, że nie wolno tak myśleć, ze nie powinnam, ale taka prawda. Nienawidzę jej. Jakby nie mogli nas odesłać do cyrku. Z radością spędziłabym tam ostatnie swoje dni, Akuma pewnie też. Wsiedliśmy do samochodu, tym razem do jednego, kiedy zaprotestowaliśmy oddzielną jazdę. Przez ciemne szyby czułam się, jakby zaraz miał zapaść zmrok, a w rzeczywistości było dopiero po południu - tak sądzę.
- Nasze ostatnie minuty - stwierdziłam cicho, aby tylko chłopak mógł mnie usłyszeć. - Chciałabym, abyśmy tam nie dojechali - dodałam opierając się o siedzenie.
- Marzenia - westchnął także się opierając.
- Czasem się spełniają - dokończyłam za niego i złapałam go za rękę. - Ale chyba nie tym razem - zamknęłam oczy. Miał ciepłą dłoń, dlatego splotłam nasze palce.

<Akuma?>