10 sie 2017

Akuma CD Rue

Szedł za kobietą, która zdążyła wywrzeć na nim niezbyt miłe wrażenie. Chociaż może to i wina emocji oraz myśli, które teraz go przygniatały. Zdecydował się na psa tak nagle - z dnia na dzień. Tak wiele osób posiada swojego pupila, a nawet i parę. Chociaż nie wydaje się takim trudnym zadaniem dbać o zwierzę, to jednak... to jakaś odpowiedzialność. Ciągła wiedza, że czyjeś życie tak na prawdę zależy od ciebie. Jeden dzień gorąca, spędzony w namiocie i może być po sprawie. Woda, która odparowała z miski zakończyłaby żywot psiska, zanim właściciel by się zorientował, co jest nie tak. Jednak... patrząc na te wszystkie klatki zapełnione tyloma istotami bez domu, bez przyjaciela, niemalże łamała mu serce. Poszedł kiedyś do schroniska, jako wolontariusz wyprowadzić psy. Ale dopiero teraz wszystko tak nim uderzyło, wcześniej tylko czuł żal, a teraz? Załamkę. Wyobraził sobie siebie w takiej małej, brudnej klatce. Bez dobrego jedzenia, świeżej wody, wolności. Czasem nawet i brak możliwości do zrobienia dwóch kroków bez zatrzymania się i zmienienia kierunku ruchu. To nie życie, to ciągła walka pomiędzy umierającą nadzieją i myślą o nowym, szczęśliwszym życiu, a już truchlejącym z bólu umysłem i sercem. Zacisnął szczęki, przecież to nie schronisko, to jakieś piekło! Spojrzał ze współczuciem na leżącego pa obok. Wyglądał na wychudzonego, jednak budowa ciała sugerowała, że jest krzyżówką charta, być może jego nieczystym przedstawicielem. Ale był młody, miał duże szanse na adopcję. Oczywiście jeśli mówi się "duże", chodzi o jakieś pół procenta.
- Ja... - zastanowił się na moment. Nawet nie wiedział, co dokładnie ma odpowiedzieć.Nagle jednak naszła go nowa myśl - szukam chorego psa. Albo po ciężkich przeżyciach - już nie skupił się na wieku, po prostu chciał jakoś się przydać, pomóc. Obejrzał się przez ramię i dostrzegł Rue, najwyraźniej zainteresował ją jakiś pies, gdyż przystała na parę sekund.
- Mamy tutaj takich wiele, są nieco dalej - oznajmiła, przyśpieszając kroku i stukając obcasami i bruk. Wściekłe ujadanie starego dobermana sugerowało, że niezbyt lubi zapachu jej perfum lub sposobu, w jaki traktuje swoich podopiecznych. Lub w jaki sposób był traktowany. Być może się boi, wiele psów reaguje agresją na coś, czego się boją. Strach potrafi zawładnąć ich umysłem i doprowadzić do wielu przykrych sytuacji. Nagle się zatrzymał.
- A ten? - spytał, spoglądając na nieco mniejszego od dorosłego owczarka niemieckiego psa, siedzącego w kącie kojca.
  https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/564x/76/2d/16/762d16ec73b53adf78571a8614d3ecae.jpg
 Dałabym animowane ale nie znalazłam żadnego a się w nim zakochałam xd
Dzielił go ze starym jamnikiem, który żył już chyba ostatkiem. Jego widocznie czarne oczy wierciły dziurę wpierw w nim potem w Rue, a na końcu, nieco łagodniej, spojrzały na kobietę oprowadzającą ich po schronisku.
- On? To owczarek holenderski, jest u nas od szczeniaka, nazwaliśmy go Borys. Znaleziono go przywiązanego do drzewa, musiał cały czas pływać, pewnie cały dzień. Dawni właściciele prawdopodobnie nie podejrzewali, że poziom wody w rzece podniesie się tak bardzo po ulewie, biedak. Jest bardzo nieufny. Nie reaguje na swoje imię, nie reaguje w ogóle na ludzi, ale nie jest agresywny. Gdy go znaleźli nawet nie próbował się bronić. Być może był bity, sugeruje to też rana za uchem i fakt, że boi się nagłych ruchów. Zainteresowany? - spytała, chyba po raz pierwszy się uśmiechając.
- Bardzo - odpowiedział. Rue zaszła go od tyłu, przez co dostał mini zawału. Spojrzał na nią wyczekująco, jednak zbyt się podekscytował spotkaniem z tym zwierzęciem, by popsuć sobie humor. Nie wiedział, jak to wyjaśnić, ale czuł coś w rodzaju więzi z Borysem. Nieco się skrzywił na to imię, mało mu się podobało. Ale jeśli faktycznie na nie nie reaguje, może je zmienić, prawda? Normalnie by tego nie robił, ale... to imię na prawdę mało do niego pasowało, w dodatku jeśli nawet nie odwracał głowy na jego dźwięk, mu chyba także nie przypadło do gustu.
- Fajny jest, ale... jesteś pewny? - spytała Rue. Wiedział, że robi to tylko i wyłącznie z troski. W końcu to jego decyzja, a nie jej, jednak wiedział, że skoro spędzają ze sobą tak dużo czasu, po części będzie to też jej pies. O ile lubi koty, z tym może być mały problem.
- Trudno to wyjaśnić, ale coś czuje, że to ten pies - wyjaśnił krótko, spoglądając jeszcze na moment w jego stronę.
- Zdecydował się już pan? - usłyszał za sobą męski głos. Podskoczył lekko, odwracając się i widząc wysokiego, czarnowłosego mężczyznę. - Jestem Frank, jeśli chce pan wziąć tego psa, muszę przeprowadzić z panem krótką rozmowę. Coś w rodzaju kwalifikacyjnej - zaśmiał się cicho - i obejrzeć twoje mieszkanie. Wiesz... czy nie zawiera niebezpiecznych przedmiotów, czegoś, co mogłoby mu zaszkodzić - dodał, wyciągając dłoń. Akuma uścisnął ją, również się przedstawiając. Frank chciał zrobić to samo z dłonią Rue, ale widząc jej kulę tylko się uśmiechnął przepraszająco i ponownie przedstawił, Miły człowiek, taa...
~~~
Borys wylądował w zielonym transporterze dla psów na niewielkiej pace samochodu ciężarowego, a dwójka przyjaciół na przednich siedzeniach pojazdu, zaraz obok kierowcy.
- A więc mieszkacie w cyrku? - upewniał się. Rue potaknęła głową, a Akuma poszedł w jej ślady.
- Jest tam dużo przestrzeni. W sensie tam gdzie się teraz zatrzymaliśmy. Łąki, lasy, blisko miasta, na wszelki wypadek - powiedziała, oczywiście w ostatnim wypowiedzianym miejscu chodziło jej o weterynarza i sklepy z jedzeniem, czy czymkolwiek innym potrzebnym dla psa.
- W prawo, potem cały czas prosto ścieżką i będziemy na miejscu - pokierował szarowłosy, chcąc jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Zdążył już przedstawić swój plan co do pupila oraz rzeczy, jakie mu kupił. W mieszkaniu ich brakowało, więc wolał się upewnić, że zwierzę nie zostanie mu przekazane tylko dlatego, że nie pokazał zawartości plecaka. Dowód osobisty także został wyjęty. No tak, trzeba być pełnoletnim.
- No, to jesteśmy na miejscu - uśmiechnęła się szeroko Rue. Po wyłączeniu silnika odczekał, aż spokojnie wyjdzie, po czym sam to zrobił.
- Może tutaj zostanę? W końcu nie będę do niczego tam potrzebna - zaproponowała, na co Frank od razu przystał. Akuma nie był pewien czy zrobił to dlatego, że ma nogę w gipsie, czy dlatego, że faktycznie na niewiele się przyda. W każdym razie zaprowadził go do swojego namiotu. Jedyne, co stwierdził to fakt, iż trzeba będzie tam posprzątać. Następnie około trzyminutowy spacer po okolicy by stwierdzić, że tam również nic nie zagraża zwierzęciu. Szybko wrócili do czekającej Rue.
- Teraz tylko papierkowa robota - uśmiechnął się szeroko do przyjaciółki, po czym zaczął wypełniać niebieskim długopisem odpowiednie luki w tekście formularza. Potem jeszcze jeden, ale w końcu mógł zapłacić siedemdziesiąt złotych za psa. Już po kastracji, więc musiał nieco włożyć w to pieniędzy.
- Na początek nie zakładaj mu szelek, nie jest jeszcze przyzwyczajony. Poprowadź go na obroży, ma ją na sobie. Jest już w cenie Borysa - uśmiechnął się, otwierając szeroko drzwi do wolnej przestrzeni w ciężarówce, po czym otworzyli klatkę, pozwalając zwierzęciu swobodnie wyjść. Było widocznie zestresowane, zapięcie smyczy nie zajęło jednak długo - gość miał wprawę. Podał niebieską linę chłopakowi, nieco wyższemu od niego. Od razu włożył dłoń w pętle i zacisnął ją na sznurze, gdy Borys już zeskakiwał na ziemię. Od razu powąchał trawę i na moment jego oblicze stało się radosne, no bo spacer. Tuż przed pożegnaniem się otrzymał jeszcze książeczkę psa oraz parę wskazówek i przydatnych informacji, między innymi do jakiego weterynarza powinni się udać. Szczepienia zostały już wykonane, więc na jakiś czas ma z tym spokój. Słońce pozostawiło już różowy odcień na całym niebie, za jakieś pół godziny wszystko ogarnie całkowity mrok.
- On chce chyba na spacer - zauważyła Rue, wskazując z uśmiechem głową na kręcącego się w kółko psa.

< Rue? Nie wiem, czy płaci się złotówkami, ale tak jakoś wyszło xdd I się nie przejmuj, sama czasem czekasz dłużej ;P >

9 sie 2017

Rue CD Akuma

Kiedy chłopak kupował rzeczy dla swojego nowego lokatora, ja przeglądałam rzeczy dla kotów, a konkretniej dla mojej Miki. Piszczące piłeczki, szmaciane myszki, nawet ruchome, które po nakręceniu uciekały, małe kolorowe pudełka jako łóżko, obroże z kocią łapką jako brożki, drapaki, żeby nie musiały się wyżywać na czyichś ubraniach, butach, a najbardziej firankach... i wiele wiele innych rzeczy. Koniec końców wyszłam bez niczego, nie to, co chłopak. Jego plecak był całkowicie załadowany psimi rzeczami. A może mogłam kupić karmę? No tak...
- Czekaj - zatrzymałam się i zawróciłam. Bez sowa weszłam do sklepu. Na szybko przejrzałam kocie karmy i wybrałam coś z łososiem. Mam nadzieje, że Mice posmakuje, inaczej karma do wyrzucenia. Chyba, że zajdę do ciemnej uliczki, gdzie grasuje wiele bezdomnych kotów. Pewnie gdybym miała przy sobie ową karmę, rzuciły by się na mnie, jakbym to ja nią była.
Wyszłam ze sklepu z jedzeniem w dłoni.
- Miałam tyle czasu... - Akuma pokręcił głową niedowierzająca, na co wzruszyłam ramionami.
- Jestem dziewczyną, mogę - trzymając w dłoniach kule i karmę było dość trudne, dlatego bez słowa zaszłam chłopaka od tyłu i otworzyłam mu plecak.
- Co ty robisz? - zapytał, ale ja uderzyłam go tylko po rękach, kiedy jedna zalazła się na plecaku.
- Przecież cię nie okradnę - prychnęłam. Wrzuciłam do jego plecaka moją karmę, po czym zapięłam.
- I co? Myślisz, że będę to niósł? - powiedział kiedy pojawiłam się obok i zaczęłam iść; kuśtykać.
- Yhym - pokiwałam twierdząco i energicznie głową. - Już to wrzuciłam - dodałam. Akuma tylko mruknął coś pod nosem, pokręcił głową i ruszył.
Postanowiliśmy, że od razu pójdziemy do schroniska, zamiast do cyrku, aby nie latać w te i z powrotem. Tym bardziej, ze robiło się ciemno i zaraz wszystko zostanie zamknięte. Schronisko znajdowało się dość daleko, na drugim końcu miasta, a z moją droga i ubywającym czasem, zaszliśmy na przystanek autobusowy. Po dokładnych dwóch minutach podjechał niebieski autobus. Nic nie zapłaciliśmy, bo wsiedliśmy na gapę, mając nadzieje, że nie zastaniemy w środku konduktora. A nawet jeśli, może odpuści kalece i jej szalonemu przyjacielowi? Udało mi się zając wolne miejsce, chłopak usiadł obok. Po drodze rozmawialiśmy o nowym psiaku. Akuma miał ochotę mieć małego szczeniaka, którego będzie mógł wytresować i ogólnie, który bardzo się z nim zżyje; taka była jego wizja. Z drugiej strony jednak nigdy nie posiadał żadnego zwierzęcia i nie mógł przeboleć tego, że to właśnie szczeniaki mają największe szanse na wyjście ze schroniska, a te stare kundelki żyją tam całe życie, aż zdechną. Z tego powodu chłopak zastanawiał się, czy nie wziąć takowego. Ja sama nie potrafiłam mu doradzić prócz tego, że gdy wejdzie do środka, sam zdecyduje, gdy spojrzy w oczy któremuś. Pamiętam pewnego psa ze starego cyrku, miałam wtedy dziesięć lat i niestety nie pamiętam już imienia stworzenia. Zapadł mi jednak głęboko w pamięć, bo mimo, iż był piętnastoletnim kundelkiem z siwą już sierścią, posiadał oczy szczeniaka. To było słodkie, nigdy nie mogłam się im oprzeć.
Wysiedliśmy po paru minutach. Musiałam się przepchać przez złośliwą babę, która stanęła mi na drodze i nie chciała zejść. Po kryjomu uderzyłam ja kulą w piszczel i nim zareagowała, ja wyszłam, drzwi się zamknęły i nie zwróciłam na nią większej uwagi. Z lekkim uśmiechem na twarzy doszliśmy do schroniska. Do moich uszu dobiegły szczekania psów. Budynek wyglądał bardziej jak więzienie, ściany szare z jakimi starymi plakatami przedstawiające psy. Weszliśmy w głąb.
- Szukacie psa? - spojrzeliśmy na wysoką kobietę w czarnych słowach, palącą papierosa. Siedziała za ladą. Podeszliśmy do niej. Akuma wymienił z nią parę zdań, a ja zajęłam się plakatami. Jeden mówił, aby chronić psy, drugi, że szukają domu, a trzeci zakazywał przemocy na zwierzętach. Nim się obejrzałam zniknęli za drzwiami. Poszłam za nimi, a szczekanie psów się nagłośniło. - Mamy psy we wszystkich wiekach, wiele ras, kundelki, samice lub samce. Czegoś konkretnego pan szuka? - powiedziała kobieta wyrzucając wpierw papierosa do śmieci. Zatrzymałam się przy klatce z czarnym kundelkiem, który właśnie spał.

<Akuma? wybacz, ze czekałeś>

7 sie 2017

Akuma CD Rue

- Boże, jak ona mnie zna! - powiedział bojaźliwym głosem, patrząc szeroko otwartymi oczyma wysoko w niebo na znak, że faktycznie mówi do samego Boga. Jeszcze chwila, a zacznie odprawiać rytuały przy ołtarzu z kości i czaszek kotów, a ofiary będzie składać w postaci kocich pazurów wyrwanych z ich łap jeszcze za ich życia. Milusio.
- Fajnie, że Loreen nic nie jest - odezwała się Rue, gdy ponownie ruszyli przed siebie. Szli takim tempem, by mogła spokojnie poradzić sobie z uciążliwymi kulami. Patrząc na jej ruchy, chociaż coraz sprawniejsze, miał wrażenie, iż raczej utrudniają jej chodzenie, niż je ułatwiają. Z resztą, jak on by sobie poradził z kulami? Na pewno wziąłby jedną i udawał, że to karabin maszynowy, strzelając do ludzi i zbierając ich zaskoczone spojrzenia. Zatroskane matki przyciągałyby bliżej siebie przestraszone dzieci, pijacy wtórowali, a piłkarze leżeli na ziemi i zwijali się w bólu. Bo przecież piłkarz to piłkarz, tego nic nie zmieni.
- W sumie to tak - wiele uwagi nie poświęcił swoim słowom, obserwował pożądliwie metalowe przedmioty towarzyszące jej przez całą drogę. Jeszcze chwila, a zacznie się ślinić niczym pies ze wścieklizną. Cholera, czy teraz nie będzie mógł przestać myśleć o psach??? W każdym razie już postanowione - już niedługo znajdzie sobie jakiegoś. Ze schroniska. Najlepiej młodego, szczeniaka, by lepiej się przyzwyczaił no i dłużej został. Trochę to niesprawiedliwe, bo właśnie szczeniaki mają największe powodzenie w tego typu miejscach, a stare zwierzęta umierają w tym syfie. Może wziąłby dwa czworonogi? Albo takiego właśnie starca? Miałby wyrzuty sumienia, gdyby tak nie postąpił. Przecież to już kończące swój żywot zwierzęta powinny znaleźć ukojenie, gdyż przez resztę już przebytego życia go nie doznały. Westchnął przeciągle. Dwa psy. Czy sobie poradzi? Powinien. Musi. Śmiesznie wyszło, spotkał psa mającego ochotę zabić ich wszystkich, zaginioną dziewczynę, która uciekła seryjnemu mordercy i jego bandzie, myślał o zabawie z kulami, a teraz ma ochotę się popłakać ze wzruszenia i żalu. Za dużo myśli, a za mało działa.
- Idziemy po psy - powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu. Rue aż zatkało, zatrzymała się na moment z pytającym wyrazem twarzy. W końcu jednak chyba zrozumiała, o co mu chodzi. No tak, przecież jeszcze nie powiedział o swoim postanowieniu.
- Psy? To ile ich chcesz? - spytała.
- Dwa. Starego i młodego albo dwa stare. Zobaczy się na miejscu. W schronisku - powiedział. Jednak gdy zobaczył stanowcze zaprzeczenie głową, aż wydymał wargi. O co tym razem chodziło? Spojrzał w jej stronę wyczekująco, najwyraźniej nie śpieszyło jej się z wyjaśnieniami lub postanowiła przetrzymać go chwilę w niepewności. Gdy myślał, że już nie wytrzyma i miał już otworzyć usta, by się odezwać, ona zrobiła to pierwsza:
- Nie masz karmy, czy chociażby jedzenia, jakie mógłbyś im dać. Nie wiem, jakieś mięso, czy coś. Do tego miejsce do spania. Chociaż mogłyby być na ziemi, przydałby się chociażby karton. Do tego obroże lub szelki, smycze.Zabawki, jakieś szczotki i inne duperele. Możemy coś teraz załatwić, ale...
- Idziemy - uciął jej. Niezbyt jednak wiedział, gdzie znajduje się jakiś zoologiczny, gdzie mógłby kupić potrzebne rzeczy. Lub jakiś tego typu sklep.
- Dwie ulice stąd - odezwała się, jakby czytając w jego myślach i przeszli przez pasy. Zdziwił się, że przystała na warunki jego nieco szalonego pomysłu i sama postanowiła wcielić go w życie. Prowadziła, nieco szybciej niż wcześniej przebierając nogami i kulami. A raczej nogą i kulami, poprawa.
 - To tutaj - oznajmiła. Uśmiechnął się szeroko, na początku miał zamiar tym podziękować, ale w końcu szczerzenie się zostało przejęte przez podekscytowanie.
- Ale jesteś pewny? No wiesz... pies to jednak odpowiedzialność, a co dopiero dwa. Może najpierw wziąłbyś jednego i sprawdził, jak sobie poradzisz? - zaproponowała. Wypuścił głośno powietrze, nadymając przy tym policzki. Weszli do środka. Z niechęcią, jednak, musiał przyznać jej rację. Nigdy nie miał sam na sam psa, chociaż z paroma miał kontakt. Być może to trudniejsze, iż mu się może wydawać. Częste, a najlepiej codzienne spacery. Problemy zdrowotne, podstawowe potrzeby, wybryki zwierzęcia.
- No dobra... - zgodził się, jednak zaraz rozchmurzył, gdy zobaczył prawdziwą ścianę zawieszoną smyczami, obrożami oraz szelkami. Podszedł i przejechał dłonią po jednego z wywieszonych przedmiotów.
~~~
Ostatecznie stojąc przy ladzie, z zadowoleniem patrzył na nowo nabywane przedmioty. Niebieska smycz w postaci grubego sznura, ze specjalną pętlą, gdzie wsadza się dłoń, dwie srebrne miski wielkości sporego garnka, jednak o połowę płytsze - jedna na wodę i jedna na jedzenie, niebieskie szelki, duża paczka suchej karmy oraz piszcząca kość. Posłania nie opłacało się kupować, bo od razu stwierdził, że będzie spać na jego łóżku. Ewentualnie, jeśli nie będzie chciał lub będzie mieć problemu z wchodzeniem na nie, da mu swój koc. W końcu dostał kołdrę na własność, czego by tutaj więcej chcieć? W końcu mógł zapłacić, wyjął portfel i podał dwa banknoty, czekając na resztę.

< Rue? Ta, się napaliło na tego psa...xd >

Rue CD Akuma

Loreen - bo tak się nazywała dziewczyna - opowiedziała nam, a raczej mi, chłopak chyba był zajęty psem, jakim cudem przeżyła. Kiedy wybiegła z tamtej piwnicy ruszyła w las. Dzięki temu, że wszyscy zajęli się nami, ona miała dość sporo czasu, aby dotrzeć na jakąś drogę i mimo, iż nogi odmawiały jej posłuszeństwa, biegła dalej. Zatrzymała się dopiero w jakiejś wsi, gdzie dobrzy ludzi przyjęli ja pod swój dach na czas regeneracji. Po tygodniu mogła o własnych siłach wrócić do rodzinnego miasta, a z niego przyjechać tutaj; do swego mieszkania, męża i dzieci. To była jej historia.
Z innej beczki, skąd ona jest? Loreen to nie typowe imię, ponad to trudne do zapamiętania, bynajmniej dla mnie. Cóż, nie ważne. Zastanawiało mnie, jak długo żyła po ślubie. Nie wyglądała na kogoś powyżej trzydziestu lat, chyba, że z chustą, która ją bardzo postarzała. A czy rodzina zauważyła jej zniknięcie? Zawiadomiła policję? Nie słyszałam, aby było o niej głośno, a może nie chcieli tego rozgłaszać? A może zabrali ją parę dni przed nami, dlatego kiedy plotka się rozeszła, nas już tu nie było?
- Współczuje - powiedziałam, kiedy usłyszałam o jej alergii. One niszczą życie i świat. Dlaczego one w ogóle istnieją? Nie wyobrażam sobie, abym mogła miedz uczulenie na koty. Wtedy nie mogłabym zaadoptować Miki i co się z nią by stało? Z moją kochaną kotką? Nie ważne, teraz muszę pilnować, aby chłopak przypadkiem mi jej nie zabrał. Psiarz bez psa jest nieobliczalny w stosunku do kotów.
- Nie ma czego - kobieta wstała i machnęła ręką. - Nie przepadam za kotami i chyba ze wzajemnością - nie przejmowała się swoją alergią, i dobrze. Po chwili za kobietą pojawił się mały chłopczyk, który sięgał jej do bioder. Miał brązowe oczy i piegi na twarzy, tak jak Loreen, z tym, że miał bujną brązową czuprynę. Za nim pojawiła się kolejna głowa; o takich samych rysach czarne oczy o czarnych włosach splątanych w dwa warkocze, pozbawiona piegów.
- Kto to? - zapytał chłopczyk. Psiak powąchał dzieci, po czym odwrócił się w nasza stronę i znowu pokazał kły, jakby chciał pokazać, że będzie bronił swojej rodziny za wszelką cenę. Cóż, jeśli Akuma będzie miał takiego psa, który będzie na mnie warczał przez Mikę, to chyba więcej do niego nie podejdę.
Nagle za kobietą pojawił się wysoki mężczyzna o czarnych włosach i oczach. A o to niczym z filmu szczęśliwa rodzinka z psem, który chyba miał ochotę na mnie wskoczyć i zagryźć. Poczułam ciarki na plecach, kiedy przez głowę przemknęła mi ta myśl. Poprawiłam nieco kule, miałam ochotę już od nich odejść. Ten pies mnie przerażał.
- To ta dwójka, o której ci mówiłam - kobieta podniosła głowę spoglądając na męża, a on spojrzał na nas. Miał zimne spojrzenie, które nagle przerodziło się w wielką chęć do życia. Uśmiechnął się szeroko i kazał psu się zamknąć, kiedy znowu zaczął ujadać, a ja miałam ochotę wręcz uciec. Maki tylko zaskomlał i usiadł grzecznie przy nogach pani.
- Jestem wam bardzo wdzięczny - powiedział po chwili. - Zapewne gdyby nie wy, Loreen nie wróciła by do domu - oplótł kobietę ramionami przytulając się do niej.
- To zwykły zbieg okoliczności - odpowiedziałam, kiedy stwierdziłam, że Akuma w żaden sposób się nie odezwie. Może tak bardzo zafascynował, lub przeraził go pies? A może coś jeszcze innego, że nie zwracał na nas większej uwagi?
- Tak czy siak jestem waszym dłużnikiem. Zapewne się jeszcze nie raz spotkamy, mieszkamy tutaj - powiedział, a dzieci nagle stanęły przed matką i zaczęły nam się uważnie przyglądać; głównie mojej kuli. Może pożyczyć? Chcecie się pobawić? Tylko jej nie złamcie, na rękach nie chce mi się wracać. - To jest nasz syn Will, a córeczko to Charlie - uśmiechnęłam się lekko do dzieci. One miały ładne i normalne imiona, które od razu zapamiętałam. - Ja nazywam się Thomas - czyli tylko kobieta nie jest stąd?
- Idziemy na te lody? - odezwała się dziewczynka. Była rozkoszna, ale ja sama nie wyobrażam sobie, abym mogła się zajmować dziećmi. Mimo, iż te wyglądały na spokojne i urocze, wziąć uważam, ze to małe potworki.
- No już mała - Loreen poczochrała ją po włosach. - Do zobaczenia - pożegnaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę.
- A ty tak bardzo nie chciałeś iść - prychnęłam po chwili.
- Czyli że co? Ukartowałaś to spotkanie?
- Ta, ujadającego psa na samym początku - powiedziałam sarkastycznie.
- To przez kota.
- Nie zwalaj mi winy na Miki - pogroziłam mu kulą, na co się zaśmiał.
- Nie śmiem - podniósł dłonie do góry w obronnym geście.
- Przynajmniej wiesz, że jak będziesz adoptował psa, to takiego, który nie zagryzie mnie, jak wyczuje kota. Chyba, że masz mnie już dość.

<Aaaaaaaaaakuuuuuuuuuuuumaaaaaaaaaaaaaa?>

6 sie 2017

Le bleuet

"Zrób, pomóż, uczyń coś dobrego!"

Vulnere CD Smiley

Zaśmiała się głośno i opierając dłonie na kolanach, zaczęła ciężko oddychać z zamkniętymi oczyma. Nie, nie tylko ty, Smiley - pomyślała ciesząc się w duchu, że to prawda. Nie miała ochoty zastawać koleżanki czekającej z nieszczęśliwą miną przez jakiś czas. W dodatku nawet nie wie, jaki.
- Idziemy? - spytała radośnie różowowłosa, gdy tylko Vulnere się wyprostowała. Pokiwała parę razy energicznie głową, nie marnując oddechu na odpowiedź ustną. Trudno jest biegać zaraz po papierosie, być może wysiada jej kondycja. Codziennie jeździła na Hadesie przez parę godzin, a ostatnio wybrała się tylko na krótką przejażdżkę. Czy to możliwe, że aż tak wysiadła?
- Co to? - zmarszczyła brwi, gdy dopiero teraz zauważyła jasny koszyk trzymany w prawej ręce przez jej towarzyszkę. Kiwał się wesoło w przód i w tył, niczym statek daleko na morzu. Swoją drogą, oglądnęła by jakiś film. Może wybiorą się kiedyś do kina? Albo oglądną coś u siebie? Noc filmowa brzmi fajnie, trzeba się będzie tylko zgadać, co i jak. Oraz oczywiście, jeśli będzie chciała.
- Coś na ząb i zabawki dla zwierzaków - wyjaśniła krótko. Również dopiero w tej chwili ogarnęła, że przecież idą z nimi Bisca i Yuki. Dreptały ochoczo pomiędzy dziewczynami. Suczka wywiesiła ozór na wierzch, który przy każdym kroku podskakiwał, czasem trafiając ją w nos, gdy przyśpieszała lub zwalniała. Gdy ze ścieżki wydeptanej ( a przynajmniej takiej, gdzie nie ma asfaltu ) znalazły się na tłocznych ulicach, szybko musiały zmienić swoje położenie - już dwóch ludzi nadepnęło na ogon biednego białego lisa, który za każdym razem go podkulał, skomlał cicho i przyśpieszał, jakby chciał się schować. Obdarowywał każdego nieszczęsnym spojrzeniem mówiącym " Dlaczego mi to zrobiłeś?", po czym uspokojony przez Smiley, truchtał dalej. Dziwiło ją to, że nikt nie zwraca uwagi na zwierzęta. Nawet nie chodzi o to, że dwa razy nadepnęli na jednego. Przecież to jest lis, lisów nie spotyka się na co dzień! Do tego białych, z obrożą na szyi, przy właścicielce! Czy tak trudno poświęcić mu trochę uwagi i odkryć, że to nie jest pies? Westchnęła, kręcąc głową z niedowierzaniem. Postanowiła przedstawić plan dotyczący wyjścia do kina lub nocy filmowej, a może i obu, Smiley. Teraz czekała na jej odpowiedź.

< Smiley??????? >

Akuma CD Rue

Wlepił wzrok w psa, ledwo dostrzegając jego właścicielkę. Maki? Na prawdę, gorszego imienia nie było do dyspozycji? Szkoda, że nie Pimpek, Kajtek albo Ciapek, czy coś. Reksio, chociaż ta bajka obiegła cały świat. Czarna niczym noc sierść połyskiwała w świetle zachodzącego słońca, a żółte zębiska kłapnęły raz, tocząc wzdłuż pyska ślady piany i śliny zmieszanych ze sobą. Szybko jednak uspokojony przez nieznajomą, zaczął tylko wlepiać wzrok w Rue w taki sposób, jakby była tylko przeszkodą na jego drodze, którą trzeba usunąć. Lub zagrożeniem dla jego Pani, co równało się z takim samym zakończeniem tej opowieści. Nadal z naprężonymi do skoku mięśniami, uszami pozostawionymi głęboko w futrze na karku, z opuszczoną lekko głową i gardłowym warczeniem ledwo dosłyszalnym w hałasie miasta, wyglądał na prawdziwego wilka. Dłuższa sierść, jaką pies był obdarzony to jedyne, co mogło zmylić. Chociaż pewnie znawcy psów by się kłócili. Na moment złapał kontakt wzrokowy z wyraźnie odznaczającym się samcem, odpowiedział takim samym groźnym spojrzeniem, jak niższy kompan kobiety. Dobrze wiedział, że patrzenie prosto w oczy nieznanemu zwierzęciu to samobójstwo, więc gdy ten zrobił parę szybkich kroków w przód, nie zdziwił się i gotowy odskoczył w lewo. Owczarek jednak zatrzymał się, słysząc głos właścicielki. Nawet na moment nie zaprzestał wpatrywania się w chłopaka wzrokiem godnym dzikiego niedźwiedzia. Być może czuje dym zionący od ubrania chłopaka. Lub kota. Cholera, kot.
- Jesteśmy cali w sierści kota - odezwał się nagle, po raz pierwszy spoglądając na kobietę. Dużo niższą od niego, z chustą zawiązaną na przodzie głowy. O ciemnych oczach i wielu znaczeniach w postaci piegów na twarzy. Laura? Nie, nie tak jej było. Je*ać. Co ona tutaj robi?
- Wszystko okay? Kiedy uciekłaś? Jakie są straty??? - spytał, na co dostał kuksańca od Rue.
- Właśnie to powiedziała - wyjawiła w "sekrecie". Spojrzał przepraszająco na bezwłosą, miał już powiedzieć, że to przez psa, ale się nie odezwał. W życiu nie powiedział źle o tych czworonogach i nie ma zamiaru tego robić.
- Wiele blizn, brak włosów, ale odzyskałam Makiego! - kucnęła, gdy pies na dźwięk swojego imienia obrócił się i postawił uszy do góry, jakby chciał pytać, czy czegoś od niego oczekuje. Widząc ją na jego wysokości potruchtał i usiadł obok, dając się głaskać pomarańczowymi paznokciami po łbie. Już na pierwszy rzut oka było widać, że tę dwójkę łączy wyjątkowa więź. Poczuł jeszcze większą chęć do posiadania zwierzęcia. Dlaczego wcześniej na to nie wpadł? Papuga też byłaby fajna, i wiewiórka. Burunduk konkretnie. Iguana. Jeleń. Harpia. Wilk. Dużo tego, ale pies. Pies to coś wyjątkowego. - A, i tak, pewnie chodzi o kota, też go czuję. - Uniósł wysoko brwi, idąc w ślad za Rue. Zaśmiała się, po czym kichnęła.
 - Alergia - wytłumaczyła krótko, na co pokiwał głową ze zrozumieniem. Alergie psują życie, tutaj mógł się zgodzić. Aż trudno w to uwierzyć, ale bardziej pasowała mu na kociarę, niż psiarę. Chociaż do twarzy jej ze swoim mniejszym przyjacielem.
- Współczuję - odezwała się akrobatka. Dziwne, pierwszy raz tak o niej pomyślał. To słowo także mu do niej nie pasowało, chociaż widział ją w akcji. Na trapezach. Co prawda tylko raz, ale było widowiskowo. I to jak! No tak, pewnie trudno jej było wyobrazić sobie życie bez Miki. Typowa kociara z kotem. Typowy psiarz bez psa, z ukradzionym kotem.

<Rrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr
rrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrue?

4 sie 2017

Smiley CD Vulnere

Spojrzałam się  na Vulnere. Zaskoczyła mnie tym, że chciała przeczytać moją grubą teczkę później gdy będzie sama.
Pożegnałyśmy się ze soba, ale tylko na krótką chwilę. Dziewczyna chciała odnieść ciężką teczkę i przy okazji coś wziąć ze sobą. Miałyśmy na to mniej więcej pięc minut może trochę więcej. Zapewne spóźnię się, ale u mnie to już normalne. Zawsze się tak działo chociaż miałam dobre chęci i starałam się być precyzyjnie na czas. Musiałam zawsze biegać ale te głupie dwie trzy minuty byłam zawsze spóźniona. Wzięłam koszyk w który spakowałam jakieś małe co nie co. Coś na ząb i przy okazji do popicia. Wzięłam również ulubiona zabawkę dla Biscy oraz Yuki'ego. Nie były one ciężkie i w dodatku mieściły się one swobodnie do koszyka. Założyłam obrożę każdemu jednemu. Będąc już gotowa spojrzałam się na zegarek. Minęło więcej niż pięć minut. Dokładnie mówiąc było to już siedem minut po czasie. Czyli dokładnie mówiąc minęły dwanaście minut. Myślałam, że zaraz spale się że wstydu. Yuki i Bisca byli przyzwyczajeni do tego, że biegam więc nie sprawiało to im najmniejszego problemu. Dotarłam po krótkiej chwili na miejsce. Zobaczyłam jak Vulnere strasznie się spieszy.
- Wybacz za spóźnienie! -powiedziałyśmy w tym samym czasie, zdyszanym głosem. Mogłam przyznać, że dawno się tak nie spieszyłam jak dzisiaj.
- Czyli nie tylko ja się spóźniłam?! - spojrzała na mnie, a ja na nią.

<Vulnere?>

Rue CD Akuma

Po umyciu się i przebraniu w nowe ciuchy; od jakiegoś czasu mam nawyk do ciągłego przebierania się w czyste i świeże ubrana, być może jest to spowodowane okropną myślą, że nadal jestem ubrudzona w ziemi, śmierdzę potem, a na mym ciele znajduje się krew, nie ważne czyja. Wróciłam do swojego namiotu. Widząc, jaki był czysty, poczułam się nieco lepiej, odświeżył się dzięki uchylonemu wejściu. Aż miałam ochotę położyć się i w cisz tak leżeć do rana, jednak świeże powietrze na zewnątrz było o wiele lepsze. Po za tym miałam dość leżenia i nic nie robienia, dlatego postanowiłam wybrać się na spacer. Ale nie sama, nie ma mowy. Dlatego wybrałam się do Akumy, wpierw zahaczając o bufet. Do kieszeni wsadziłam dwa jabłka wiedząc, jak bardzo je chłopak ubóstwia, a sama zjadłam gruszkę i parę śliwek. Wchodząc do namiotu przyjaciela okazało się, że leżał na ziemi obok łóżka, a na nim spała moja kotka. Nagle wybuchnęłam śmiechem, który najwidoczniej obudził chłopaka, poruszył się. Podeszłam bliżej i podrzuciłam mu jabłko, które przypadkowo uderzyło go w czoło. Uśmiech nie schodził mi z twarzy, wyobrażałam sobie jak Akuma śpi na swoim łóżku, a moja kotka na niego włazi, by po chwili go zrzucić razem z poduszką.
- Jedz szybko, bo spadamy na spacer - oznajmiłam siadając obok kotki, która otworzyła oczy i spojrzała na mnie. Wstała, rozciągnęła się i z powrotem się położyła, ale na drugim boku. Mój mały heroiczny terrorysta, który wywala ludzi z łóżka i każe im spać na ziemi. Czyż nie mogłam znaleźć sobie cudniejszego kociaka?
- Chce ci się? - usłyszałam powolny głos chłopaka, który powoli wstał. Spojrzał na jabłko i je ugryzł. wyjęłam drugie i sama zaczęłam się nim zajadać.
- Yhym - mruknęłam mając usta pełne owocu.
- Dopiero co wstałem - mruknął opierając głowę o rękę, a łokieć stawiając na udzie. Zamknął oczy i jakby przez sen jadł kolację. Przełknęłam swój kęs.
- To dobrze. Spacer po świeżym powietrzu ci się rpzyda - mruknął tylko coś pod nosem i w ciszy zjedliśmy swoje porcje. Przez ten czas głaskałam Mike po boku, a ta głośno mruczała, przerywając panującą w namiocie ciszę.
Wyszliśmy z namiotu chłopaka, ja oczywiście użyłam do pomocy tych cholernych kul, do których powoli się przyzwyczajałam. Zimne powietrze owiało przyjemnie moje ciało, chłopak za to potarł rękoma ramionami twierdząc, ze jest mu zimno. Kazałam mu wziąć jakąś bluzę i nie marudzić. Po paru sekundach wrócił z naburmuszoną miną, że go wyciągnęłam z ciepełka.
- Gorzej jak dziecko - powiedziałam idąc w kierunku drogi, która prowadziła w stronę miasta. Przejść się nie zaszkodzi, a na zwiedzanie lasu nie mam już ochoty.
- To ty chciałam iść - mruknął zapinając się. Zauważyłam, że na plecach znowu ma ten swój ukochany plecaczek. Ciekawe co zrobi, jeśli nagle zniknie...
- A ty się zgodziłeś. No chodź - pociągnęłam go za rękę, kiedy zostawał z tyłu. Chwile się opierał, ale w końcu wyrównał ze mną krok i razem szliśmy po piaskowej dróżce. Słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, ale jeszcze przez najbliższą godzinę oświetli nam w pełni drogę. W oddali zauważyłam domy oraz inne budynki, w większości sklepy, bary i kawiarnie. Lampy przy chodnikach zostały już włączone, mimo, iż nic nie dawały o tej porze. Do moich uszu dochodziły dźwięki samochodów, a nawet śmiech jakichś dzieci, który po chwili ustał. Weszliśmy do miasta, na mały wąski szary chodniczek. Chłopak w milczeniu rozglądał się po mieście tak samo jak ja, ale czyżby dalej był na mnie obrażony? Przejdzie mu, musi, nie ma innego wyboru. Ludzie nie zwracali na siebie uwagi, może niektórzy, ale większość szła w swoim kierunku. Usłyszeliśmy szczekanie psa, nie zainteresowałyby nas to, gdyby nie fakt, że nie duży owczarek amerykański pojawił się przed nami i zaczął szczekać. Machał ogonem na boki i nie spokojne ruszał łapami, jakby się paliło.
- Chciałeś psa - zauważyłam.
- Ale też jest już zajęty. Ma obrożę - rzeczywiście, na czarnej sierści mieściła się czerwona obroża, a na niej jakiś złoty wisior, za pewne brożka z imieniem i możliwe, że z numerem telefonu albo adresem właściciela.
- Maki! - usłyszeliśmy kobiecy głos, a pies jak na zawołanie się odwrócił i zamilkł. Przestał przebierać łapami, ale ogonem dalej machał na wszystkie strony. Podbiegła do niego nie wysoka kobieta, nieco mniejsza ode mnie, ze związaną na głowie łososiową chustą. Nosiła koszulkę na krótki rękaw, dlatego mogłam zobaczyć jej liczne rany na rękach. - Przepraszam was, nigdy tak nie ucieka - głos był dziwnie znany, ale odległy jakby... coś mi szumiało w głowie, ale nic sobie nie przypomniałam. Dopiero gdy podniosła głowę, wlepiłam wzrok w bladą, wręcz trupią twarz o brązowych oczach i milionach piegów.
- To ty - powiedziałam bardziej sama do siebie. To ta dziewczyna z piwnicy, która miała świeczkę. To ta... Loria, Lara, Lorien... Ona także wlepiła w nas wzrok, uśmiechnęła się.
- Widzę, że wy też przeżyliście - odparła jakby z ulgą.

<Akuma? To nie koniec niespodzianek?>

3 sie 2017

Akuma CD Rue

 - Miał - kucnął przed kotem, starając się go naśladować. Ułożenie jego pyszczka na moment stanowiło krótkie "OGARNIJ SIĘ", po czym zmieniło się w "TO NAWET Nie BRZMIAŁO W POŁOWIE TAK DOBRZE, JAK MOJE MIAUKNIĘCIE. JAJA SE ROBISZ???". Westchnął, przedrzeźnianie kota przez dobre dziesięć minut zakończyło się klęską, gdy ten położył się na brzuchu, wyciągając łapy i się rozciągając, po czym ucinając krótką drzemkę.
- Jeszcze się tego nauczę, zobaczysz - rzekł co chwilę zmieniając ton głosu, jakby próbował przy tym śpiewać sekundę w dół i w górę na przemian, a mu nie wychodziło. Gdyby nieco zmniejszył odległość pomiędzy dźwiękami, a dokładniej, to o pół tonu, wyszłoby "Dla Elizy". I skojarzył to dopiero po chwili. Kiedyś uczył się grać ten utwór i mu to wyszło, nawet w szybkim tempie, jednak mógł się założyć, że gdyby teraz miał stanąć przed pianinem czy fortepianem i coś zagrać, po pięciu minutach kombinowania udałoby mu się zagrać tylko linię prowadzącą, czyli melodię, w dodatku w innej tonacji. Momentalnie zatęsknił za tym instrumentem, chociaż po części rozstrojonym, to i tak wspaniałym. Po prawej stronie pianina drewno było nieco zdarte; wystawały dwie drzazgi. Klawisze starte, zwłaszcza białe w miejscu, gdzie oktawa mała łączyła się z razkreślną. Tak, tam kolor niemalże całkowicie zszedł. Doskonale pamiętał, jak podnosząc dłonie zauważał czarne smugi i na nich, i na klawiszach. I właśnie to najbardziej kochał, pomijając oczywiście samo granie i wychodzące z tego dźwięki - jeśli masz zabarwione palce po graniu to znaczy, że robisz to dobrze. Zawsze był z siebie dumny, gdy właśnie tak się działo. A zważając na to, że farba niemalże całkowicie zeszła, trudno było uzyskać taki efekt. Jednakże bardzo pożądany i doceniany przez jeszcze czarnowłosego chłopaka. I zatęsknił również za swoim dawnym ubarwieniem włosów. Co prawda kocha to, jak teraz wygląda, bo jak to twierdzi, wyróżnia się z tłumu i to w dodatku po części naturalnie, gdyż się nie farbuje. Ale gdy bibliotekarka mierzwiła mu te włosy niczym ukochana babcia swojemu wnukowi, zrobiło mu się smutno, że już nigdy tego nie zrobi. Należała ona do najwspanialszych osób z tamtego okresu życia. I właściwie to do dzisiaj jest jedną z nich. Jako jedna z niewielu rozumiała dobrze to, jak wspaniałe jest pisarstwo. Książki, wiersze, fraszki - wszystko to potrafi uszczęśliwić, zalać łzami, wprowadzić w taką furię, iż nawet gość po drugiej stronie państwa się nie ostanie. Wypełnić takimi emocjami, że po skończonej lekturze nawet przez miesiąc nie można się ich wyzbyć, przestać myśleć o bohaterach, o tym, co przeszli, i co wnieśli do życia. Jest tak wielu autorów już zapomnianych, a wciąż sięgających tak wysoko. I znowu jeszcze bardziej się przygnębił, nawet patrzenie na spokojnie oddychającą Mikę nie pomagało. Kiedyś ona umrze. I wszyscy umrą. A jeśli on zginie ostatni? Jeśli będzie musiał patrzeć na śmierć tylu bliskich? Co prawda Rue jest jedyną osobą, z którą utrzymuje kontakt i łączy go szczególna więź. Może ich kontakt także urwie się wcześniej? Oczywiście, jeśli sprawy potoczą się dalej tak, jak w ciągu ostatnich dni oraz tygodni, trudno będzie ujść bez szwanku. Schował twarz w dłoniach, jakby to miało ukryć i zbyć jego coraz to większą obojętność wobec życia, pustkę narastającą w sercu no i wszechogarniające przygnębienie, jakby nic się nie liczyło. Obojętne stało się dla niego nawet to, że w tej pozycji klatka piersiowa bolała najbardziej, a oddychanie stało się na tyle męczące, iż musiał wydychać powietrze w bardzo nienaturalny i przy tym głośny sposób. Spojrzał na leżącą kotkę. Ułożyła się w takim miejscu, że sam nie miał się gdzie położyć. Westchnął przeciągle, przez co zakrztusił się powietrzem w chwili, gdy nagły ból rozkwitł gdzieś w płucach. Kaszlnął parę razy, ostatecznie wstrzymując oddech - pomogło. Wstał i położył się na ziemi obok nowo nabytego łóżka, zgarniając poduszkę pod głowę i próbując zasnąć. Nie chciał budzić zwierzęcia, a do tego podłoga nie byłą taka niewygodna. Już wielokrotnie tak nocował i albo zdążył się przyzwyczaić, albo też faktycznie było mu wygodnie.
~~~
Obudził się po paru godzinach. Nawet nie zorientował się, kiedy zasnął. Ba, nawet nie zauważył, gdy zielone jabłko trafiło go w czoło.
- Jedz szybko, bo spadamy na spacer - usłyszał znajomy głos, który dopiero wtedy upewnił go, że faktycznie nie śpi i jednak ledwo dostrzegalny dotyk na twarzy nie był wymyślony.

< Rueeeee? >