7 wrz 2017

Rue CD Akuma

Weszliśmy do stajni, gdzie Pik właśnie zdejmował sprzęt z konia. Także to zaczęłam robić, podając wszystko Akumie, który nosił każdą rzecz; ociężale, jakby każde z tych przedmiotów warzyło więcej, niż dałby radę udźwignąć i z miną, jakby to go bolało, ale udało mu się. Zwierzę w tym czasie piło wodę i zajadało się sianem. Był mokry od potu i śmierdział.
- Trzeba go wyczyścić - powiedziałam siadając na murku. Obok mnie zaraz pojawił się chłopak, który wyglądał, jakby nie spał parę dni. - Wyglądasz jak trup - powiedziałam sięgając po jabłko. Leżały one w wiaderku dla koni, ale niektóre były czyste i świeże.
- I tak się czuje - mruknął opierając o belkę z tyłu. Obserwowałam jak koń spokojnie zajadał się paszą, a Pik po chwili wyszedł z boksu z koszem pełnym szczotek i innych drapaczek do czyszczenia koni.
- Teraz wy, ja skończyłam. Dobranoc i pilnujcie się - pożegnał się z uśmiechem stawiając kosz obok nas i wyszedł ze stajni. Podążyliśmy za nim wzrokiem w milczeniu, aż zniknął za drzwiami. Przełknęłam gryza jabłka.
- Dawaj - sięgnął po moje i odgryzł kawałek, nim zdążyłam powiedziałam coś więcej niż "ej!". Po chwili znowu się wyciągnął i kładąc mi się po prostu na kolana, sięgnął po trzy jabłka (jedno zielone).
- O, ożyłeś - mruknęłam mając ochotę go zwalić na ziemię, ale stwierdziłam, ze betonowa podłoga nie jest najlepszym miejscem do tego.
- Jabłka to moje życie - powiedział dumnie zatapiając zęby w moim ogryzku. Zabrałam jedno jego i także to zrobiłam.
- To dobrze, bo musisz wyczyścić konia - wskazałam na zwierzę, które nie przejmując się tu czyjąkolwiek obecnością, jadło siano, popijało wodą i co jakiś czas próbowało dosięgnąć wiaderka z owocami, które niestety było zbyt daleko.
- Dlaczego ja? Ty tez na nim jechałaś - oburzył się marszcząc czoło.
- Bo to ja kierowałam i gdyby nie ja, biegł byś za nami pieszo - chłopak prychnął.
- Wolałbym to. Tyłek chociaż by mnie tak nie bolał - zaśmiałam się.
- Ty narzekasz? Mnie ciągle szturchałeś i parę razy byłam bliska spadnięcia z konia.
- Chyba ja - po kolejnym paru(nastu) minutach jedzenia jabłek i kłócenia się o jazdę konną i o to, kto będzie czyścił zwierzaka, oboje sięgnęliśmy po szczotki i zaczęliśmy czyścić zwierzaka po obu stronach. Ja wyczyściłam kopyta, a chłopak rozczesał ogon i grzywę. Co jakiś czas marudził, że koń go obślinia, ale w rzeczywistości to ja mogłam zostać poszkodowana. Gdybym dostałam kopytem prosto w łeb, znowu bym mogła stracić wspomnienia. I tym razem nie z winy jakiegoś demona, ale z głupoty chłopaka, który ciągle odtrącał od siebie konia, kiedy ja czyściłam. W końcu zostawiliśmy czystego zwierzaka w boksie i wyszliśmy ze stajni. Była noc, okropnie zimna, dlatego szybko ruszyliśmy do namiotów. Tak jakby, wzięłam tylko kotkę i poszłam do niego. Heddo leżał sobie w swoim kartonowym domku.
- Wiesz co? Mam dość już tych wszystkich przygód - powiedziałam siadając na jego łóżko po turecku, między nogami osadzając białe stworzonko, które mruczało i ocierało główkę o moją łydkę. Akuma nadal żarł te swoje ukochane jabłka, które zwinął ze stajni. Nie zdziwiłabym się, gdyby nagle zapragnął zostać sadownikiem i mieć swoje własne jabłonie.
- Ja też - westchnął rzucając się na łóżko obok mnie i kładąc. Po chwili się wyprostował i wziął Mike na ręce. - Podziel się nią.
- Ej no, prawie o niej na zawsze zapomniałam - powiedziałam nie przerywając głaskania. Kotka za to chyba była w siódmym niebie, tyle uwagi, tyle miłości... - Masz Heddo - mruknęłam.
- Śpi, nie będę go budzić - spojrzał w kierunku psa. Rzeczywiście, schował pyszczek w ogonie i zasnął, w ogóle się nie ruszając (nie licząc unoszącej się i opadającej powoli klatki piersiowej).
- Niech ci będzie - nadymałam policzki. - Ej, co może nas jeszcze zaatakować? - zapytałam ciekawa, bardziej sama do siebie. Najpierw ludzie, przestępcy, mordercy, policja i FBI, potem potwory, jakieś Mortusy, król Mortusów... - Może krwiożercze stado dzikich małp z zielonymi włosami? - zaproponowałam.
- Albo szybkie i ciche lamparty, które jednym machnięciem odkroją głowę od reszty ciała?
- Lub niedźwiedzio-szczury z czerwonymi oczami, jedzące ludzkie mięso?
- A może niebieskie pelikany o wielkich smoczych skrzydłach i wiewiórczym ogonie? - i tak zaczęliśmy sobie wymieniać propozycje, nie przestając się śmiać.
Nie żałuje wyboru.

<Akuma?>

6 wrz 2017

Vogel CD Smiley

Dziewczyna podała mi zupę, której co prawda nie miałem zbytniej chęci spożywać, jednakże znając swój żołądek podczas choroby, mógłbym być bardzo głodny, a w ogóle bym tego nie odczuwał. Wziąłem jedną łyżkę do buzi i pomimo tego, że prawie nic nie czułem, mogę stwierdzić, że było dobre. Spojrzałem na dziewczynę, która zaczęła ode mnie odchodzić. Podeszła do szafki, na której leżało kilka drobnostek. Chwyciła za coś małego, podobnego do pudełeczka z jakimś dziwnym otworem. Przekręciłem głowę, nie wiedząc co powiedzieć, dlatego wciąż wpatrywałem się w Smiley, tyle tylko, że z wyraźnym pytaniem wyrysowanym na twarzy. Dziewczyna spojrzała na mnie kątem oka, po czym delikatnie się odwróciła i odeszła w stronę kuchni. Wychyliłem się odrobinkę, by zobaczyć, co ona robi. Wtedy usłyszałem syknięcie oraz nabieranie powietrza do płuc, jakby się wynurzało z wody po długim przebywaniu pod nią. Zmartwiłem się tymi odgłosami, przez co chciałem wstać, lecz kiedy tylko zauważyłem, że odwraca się w moją stronę, szybko chwyciłem za łyżkę i włożyłem ją do buzi. Naprawdę dobre. Skupiając teraz o wiele większą uwagę na zupie, którą zaczynałem powoli zajadać, usłyszałem jej delikatny, ciepły głos.
- Wszystko w porządku?
Otrząsnąłem się z transu i spojrzałem na nią ze zdziwieniem, po czym kiwnąłem głową parokrotnie, lecz po chwili się zatrzymałem, widząc, że nie ma już przy sobie tego dziwnego urządzenia. Zmarszczyłem brwi i ponownie spojrzałem na jej twarz, próbując z niej cokolwiek wyczytać. W końcu otworzyłem usta i jeszcze delikatnie zachrypniętym głosem, zapytałem, co takiego robiła i gdzie podziała tę małe urządzenie. Niebieskooka jakby na to pytanie zdrętwiała. Od razu zauważyłem, że napięła swoje mięśnie, co jeszcze bardziej pobudziło u mnie niepokój i zaciekawienie.
- A więc? - Zapytałem spokojnie, unosząc jedną brew do góry.
Co prawda nie chciałem na nią naciskać, bo w końcu to jej życie, jednakże po tym, jak mnie tak ugościła, chciałem również wiedzieć co nieco o jej stanie. Minęło kilka minut, kiedy w końcu chciała coś powiedzieć, lecz przeszkodziło jej w tym jej ziewanie. Szybko zakryła usta ręką, odwracając głowę w drugą stronę, a gdy skończyła, rzuciła szybkie 'przepraszam' i z powrotem spojrzała na mnie z widniejącym na jej twarzy, leciutkim uśmiechem. Westchnąłem cicho i nabrałem kolejną porcję zupy, aby móc ją zjeść. Gdy już to zrobiłem, odstawiłem tamten temat na bok i zacząłem nowy.
- Powiedz... - Zacząłem, przymykając przy tym swoje oczy - Ile czasu już u ciebie leżę?
Dobrze wiedziałem, że będąc tak zmasakrowany chorobą, potrafiłem odlecieć w najmniej oczekiwanych momentach i to na dość długo. Dziewczyna zamyśliła się, lecz kiedy coś jej przyszło do głowy, uniosła palec wskazujący do góry.
- Jesteś tutaj prawie trzeci dzień. Od momentu, kiedy się spotkaliśmy, spałeś aż do teraz - Ponownie się uśmiechnęła, przez co zrobiło mi się głupio. Aż tyle czasu jej zabrałem?
- Teraz to ja przepraszam - Rzekłem, wbijając swój wzrok w pościel.
- Niby za co? - Zapytała, siadając na brzegu łóżka.
- Za to, że tyle u ciebie siedzę i to bez powodu - Zaśmiałem się, drapiąc przy tym swój policzek - Pewnie miałaś w tym czasie coś do roboty, a jednak musiała się mną zajmować, jak jakimś dzieckiem... - Spojrzałem w bok. Tak, chciałem od niej uciec, a przynajmniej od poczucia bycia niemile widzianym.
- A skądże! - Położyła swoją dłoń na mojej, przez co zmusiła mnie, abym się na nią spojrzał - To nie był problem, tyle tylko, że jestem trochę zmęczona. Poza tym i tak nie miałabym nic lepszego do roboty, tak więc w sumie zapełniłeś mi tę pustkę.
Słysząc te słowa, byłem naprawdę uradowany. Odwzajemniłem jej uśmiech i zjadłem do końca zupę. Niby mówiła, że nie muszę jeść całej, ale patrząc na nią i na jej wysiłek, chciałem się w jakiś sposób zrekompensować. Podałem jej pustą miskę i poprosiłem o szklankę wody, lecz gdy ona to usłyszała, zaproponowała herbatę z miodem i cytryną. Gdy zniknęła, ułożyłem się wygodnie. Po kilku sekundach poczułem jednak, że coś po mnie chodzi. Spojrzałem w tamtą stronę. Był to Yuki, a zaraz za nim wdrapywała się Bisca. Od razu pogłaskałem te dwa młodziaki.

<Smiley?> Dobrze już się nie ruszam, niech ci będzie ^^

5 wrz 2017

Smiley CD Vogel

Ręka gładząca mnie po głowie była ciepła, a ja się uśmiechałam. Ten uśmiech który do mnie kierował był taki ciepły oraz miły. Nie wiem kim była ta postać, ale na pewno ktoś miły. Nie mogłam rozpoznać czy to brat mi się śnił czy też ktoś inny dla mnie ważny, a ja najzwyczajniej w świecie zapomniałam kto to. Byłam złą osobą. Powinnam już dawno odejść z tego świata. Zapomnienie o kimś, było jedną z najgorszych rzeczy na świecie. Z tego snu, wzbudził mnie hałas. Zupełnie jakby ktoś runął na ziemię.
Otworzyłam zaspane oczy. Był to Vogel.
Jego tłumaczenie było co prawda z lekka naciągane, ale nie miałam się co przejmować. On chciał po prostu jak najlepiej. Podeszłam do niego. Przyłożyłam swoje czoło do jego czoła, aby sprawdzić czy wciąż ma gorączkę. Co prawda gorączką spadła, ale nie do końca.
- Kładź się do łóżka i to w try miga. Masz jeszcze gorączkę i nie powinieneś wstawać - chłopak chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przeszkodziłam mu w tym. - Nie chce słyszeć żadnych sprzeciwów, dlatego proszę cię kładź się do łóżka i to w tej chwili - powiedziałam stanowczo do tego wskazała mu palcem na łóżko. Vogel nie pewnie to zrobił.
- A teraz tutaj czekaj. Idę zrobić ci coś do zjedzenia, picia no i przyniosę dla ciebie lekarstwa - przykryłam go prawie po sama szyję.
Będąc w kuchni zajrzałam mu zupę, której zostało jeszcze. Zaparzyłam herbatę. Wzięłam szklankę z wodą oraz tabletki. Poszłam do Vogel'a, aby podać mu lekarstwa.
- Proszę zjedz te tabletki. Pomogą ci. Spadnie ci gorączką, a mięśnie nie będą tak boleć - uśmiechnęłam się delikatnie. - Zjedz je, a ja idę przynieść jedzenie - dodałam, odchodząc od niego.
W kuchni, na tacy ułożyłam miseczkę że zupa oraz zaparzoną herbatę. Wzięłam wszystko do pokoju w którym to Vogel leżał w łóżku. Położyłam tace na stoliku, który był obok łóżka. Wzięłam miseczkę oraz łyżkę do rąk.
- Proszę, zjedz tyle ile możesz. Nie musisz jeść wszystkiego na raz - oznajmiłam, a on się tylko spojrzał na mnie. Podeszłam do szafeczki na której to leżały moje lekarstwa na astmę. 

<Vogel?> I ani waż mi się ruszyć z tego łóżka! 😉

4 wrz 2017

Midas CD Le Bleuet

Dom luster okazał się całkiem sporym labiryntem wypełnionym ścianami z krzywych zwierciadeł, sprawiającymi, iż goście czuli się jeszcze bardziej zagubieni. Ich karykaturalne wersje łypały ze wszech stron, sprawiając osobliwe i nieco zabawne wrażenie. Ruszyli przed siebie, ostrożnie badając odnogi głównego korytarza, jednocześnie pilnując, aby nie rozdzielić się na dłużej. Co jakiś czas zdarzało im się natknąć na innych ludzi, z którymi wymieniali informacje odnośnie do drogi w labiryncie. Dopiero po półgodzinie błąkania się i rozmawiania udało im się wpaść na dobry trop do wyjścia. W końcu stanęli na zewnątrz, uwolnieni od niewątpliwie dobrej atrakcji.
- Tego się nie spodziewałem – przyznał się długowłosy. Młodszy chłopak posłał mu szeroki uśmiech.
- Ja też nie – zgodził się krawiec. Chwilę potem losowali kolejną atrakcję.
- Diabelski Młyn – oznajmił Montgomery, uśmiechając się lekko. Lubił tego typu atrakcje, widok z góry najczęściej bardzo mu się podobał. Na takiej wysokości ludzkie problemy i zmartwienia zdawały się mało istotne, zostawały gdzieś na dole, odpuszczając sobie na chwilę, co jak najbardziej mu odpowiadało. Kolejka do atrakcji nie była zbyt długa, większość osób wolała wyszaleć się na zatrważająco szybkich rollercoasterach, sprawiających, że żołądek podchodził do gardła. Sam Midas nie bardzo widział w tym przyjemność, nie miał lęku wysokość, jednak miotanie nim w każdą możliwą stronę nie należało do szczytu marzeń.
Skasowali bilety i wsiedli do niewielkiej, przeszklonej kapsuły, w której było nieco miejsca do stania i wąska ławeczka. Urządzenie ruszyło do góry leniwie, powolnie wtaczając się do góry. Kołysało się i drżało przy tym delikatnie, ale nie było to nic anormalnego. Stanął przy czystej szybce i wyjrzał na zewnątrz. Ludzie maleli w jego oczach systematycznie, barwne stragany zmieniały się już w kolorową, świecącą plamę.
- Chyba widzę stąd światła cyrku – stwierdził Montgomery, przyglądając się jasnym planką za oddalonym lasem. Obejrzał się na młodego krawca, który z pobladłą twarzą kurczowo trzymał się wąskiej rurki oddzielających kabinę od szyby. Monty przyjrzał się mu zmieszany, czując, jak nieprzyjemny dreszcz przechodzi wzdłuż jego kręgosłupa.
- Wszystko w porządku? – zapytał ostrożnie. Edward spróbował wykrzesać z siebie wyblakły uśmiech, jednak na jego miejscu pojawił się jedynie spłoszony grymas.
- Jest okej, tylko – wykonał niesprecyzowany ruch w kierunku szyby – nie sądziłem, że będzie aż tak wysoko – dodał z cichym westchnieniem. Mężczyzna przeczesał nerwowo swoje długie włosy.
- Czemu nie powiedziałeś wcześniej, że masz lęk wysokości? – mruknął i wyciągnął ręce w jego kierunku. Ed bez wahania skorzystał z okazji, wtulając się w Midasa. Pobladłą twarz ukrył w koszuli starszego, przywierając do niego nieomal kurczowo. Dopiero teraz Monty mógł wyczuć jak mocno i szybko bije serce krawca. W uspokajającym geście pogłaskał jego plecy.
- Jeśli chcesz, to zaraz możemy wysiąść. Jak tylko kapsuła zjedzie na dół – pocieszył go. Cóż, nie miał zamiaru trzymać go na wysokości, skoro ewidentnie się bał. Edward odsunął się minimalnie, żeby móc spojrzeć na mężczyznę niepewnie.
- Myślałem, że lubisz takie kolejki – powiedział, na co Midas prychnął cicho.
- Jeśli masz się tu męczyć, wolę zejść – stwierdził zdecydowanie.
Nagle kapsuła zachwiała się lekko i stanęła w praktycznie najwyższym punkcie koła. Monty zauważył, jak oczy Eda rozszerzają się mimowolnie ze strachu.
- Spokojnie, to tylko ktoś wysiada albo wsiada na dole – uspokoił go. Podniósł rękę i ostrożnie dotknął policzka niższego chłopaka. Pogładził delikatnie aksamitną skórę. – Zaraz znowu ruszymy – zapewnił. Nie wydawało mu się, że kolejka mogłaby mieć w tym momencie awarię. Wesołe Miasteczko rozstawiło się stosunkowo niedawno, a przed dopuszczeniem do użytkowania atrakcje na pewno były niejednokrotnie sprawdzane.
Czułym gestem odgarnął z buzi krawca niesforne kosmyki. Chłopak wydawał się już mniej przestraszony, jednak Midas z całą pewnością nadal widział w jego oczach niepewność. Nie dziwił się mu zresztą, sam na miejscu Eda z całą pewnością nie czułby się komfortowo. Ba, najprawdopodobniej kategorycznie odmówiłby wejścia na atrakcję.
W głowie rozpaczliwie szukał jakichś słów pociechy, błyskotliwej uwagi, która odwróciłaby uwagę chłopaka od wysokości. Nie umiał znaleźć jednak nic, co skutecznie zajęłoby jego myśl. W końcu, po denerwującej chwili zawahania, pochylił się nieco i ostrożnie pocałował czoło Edwarda. Poczuł, jak krawiec momentalnie nieruchomieje zaskoczony.
Monty przymknął oczy, ciesząc się bliskością Le Bleueta i jego niemal upajającym zapachem. Z początku naprawdę chciał to zakończyć, przestać nim zupełnie się zatraci. Nie powinien się jednak tak paskudnie okłamywać, zbytnio pragnął bliskości osoby tak zaskakująco bliskiej jego sercu. Zszedł drobnymi, pieszczotliwymi pocałunkami niżej, obdarzając uwagą najpierw nosek, a następnie policzki. Jak przez mgłę zarejestrował ciche westchnięcie chłopaka i jego przymknięte oczy. Kompletnie umknął mu też fakt, iż kapsuła zdążyła nieśpiesznie ruszyć do przodu, zjeżdżając po wielkim kole na dół. Wargami musnął kącik ust krawca, a zaraz potem wyznaczył pocałunkami linię jego szczęki. Miał też cichą nadzieję, iż młodszy nie wyczuwa mimowolnego drżenia jego dłoni.
W końcu odsunął się minimalnie od zaskoczonego Edwarda i zerknął przez szybę, chociaż widok za nią był teraz ostatnią rzeczą, jaką chciał na dłuższą metę oglądać.
- Jesteśmy już praktycznie na dole – stwierdził cicho, ponownie wbijając spojrzenie w swojego towarzysza.

< Le Bleuet? :> >

3 wrz 2017

Vogel CD Smiley

Kiedy Smiley zniknęła mi z pola widzenia, spojrzałem się w stronę śpiących zwierzaków, przez co sam zacząłem być senny. Ziewnąłem przeciągle, a następnie odwróciłem głowę w przeciwną stronę. Nie chciałem zasypiać, tym bardziej u niej. To byłoby niegrzeczne. Po chwili coś połaskotało mnie w nosie, przez co kichnąłem. Pociągnąłem nosem i kaszlnąłem ospale. Ułożyłem się wygodniej, jęcząc przy tym przeciągle. Choroba w moim wydaniu nigdy nie była zbyt dobra. Zamknąłem oczy, próbując się uspokoić, lecz zanim zdążyłem je otworzyć, już zasnąłem. Obudziłem się, nadal będąc zmęczonym. Otwierając, lekko zaropiałe, bolące oczy, jęknąłem dość głośno. Dopiero po paru chwilach zorientowałem się, że nie leżę w swoim łóżku. Pokręciłem się chwilę, myśląc, że to tylko źle ułożone prześcieradło, lecz nadal było mi źle. Wtedy rozejrzałem się dookoła. Znałem te kolory! To przecież namiot Smiley! Przerażony próbowałem wstać, lecz bolące mięśnie zdobyły nade mną przewagę i nie pozwoliły mi na to. Syknąłem z bólu. Kątem oka zauważyłem, że coś się obok mnie porusza. Spojrzałem w tamtą stronę całkowicie zażenowany, by następnie dostarczyć go sobie jeszcze więcej. Obok mnie, opierając się o łóżko, na którym spałem, leżała dziewczyna. Poczułem, jak na mojej twarzy powstają nie tylko rumieńce wynikające z choroby, lecz także z zawstydzenia. Prychnąłem, jakbym był jakimś kotem, przyciskając głowę do poduszki. Co miałem robić? Wstać? Ale wtedy bym ją obudził. Leżeć? To także nie, tym bardziej że jej się tutaj tak jakby wprosiłem. Zakryłem oczy dłonią, zastanawiając się nad dalszym poczynaniem. Wtedy usłyszałem cichutkie mruczenie. Odkryłem twarz i spojrzałem na różowowłosą. Odwróciła się w moim kierunku, nadal śpiąc. Zmarszczyłem brwi, próbując podnieść się na łokciach, aby nawet tego nie wyczuła. Udało się, gdyż już po paru chwilach siedziałem przy niej. Przeczesałem włosy dłonią, zatrzymując ją na karku, delikatnie go masując. W końcu zrobiłem kolejny krok, czyli przełożyłem nogi tak, aby dotykały podłogi. Ta czynność jednak zajęła mi znacznie więcej czasu, ponieważ każdy ruch powodował u mnie coraz to większy ból. Ustawiając się w końcu w odpowiedniej pozycji, zaśmiałem się cicho. Wtedy także usłyszałem ciche warczenie. Spojrzałem się w kierunku dwójki zwierzaków, która widocznie wypoczęta, zaczęła się dość głośno bawić. Uniosłem jedną brew, próbując na nie nie krzyczeć. Westchnąłem cicho i udźwignąłem swoje ciało. Kiedy w końcu zyskałem równowagę, zrobiłem krok w przód. Był to jednak mój błąd. Nie spodziewałem się, że mam aż tak odrętwiałe nogi. Nieumyślnie zrobiłem kilka kolejnych kroków, aż w końcu padłem z niemałym hukiem na ziemię.
- Co się dzieje? -Usłyszałem dobrze mi znany, zaspany głos.
Powoli odwróciłem głowę w jej kierunku, w duszy przeklinając się za to, jak ją obudziłem. Dziewczyna, lekko przygarbiona, pocierała swoje oko, drugie mając na wpół otwarte. Uderzyłem cicho pięścią o podłogę.
- Vogel? - Po chwili usłyszałem. Głos w jednym momencie zmienił się z zaspanego, na pełnego zdziwieni i przerażenia.
Uśmiechnąłem się w jej kierunku, unosząc minimalnie prawą dłoń.
- No hej... - Powiedziałem zachrypniętym głosem. Kaszlnąłem kilka razy, a gdy przestałem, poczułem jej dłoń na sobie.
- Jak żeś wstał? I w ogóle po co?
Zamknąłem oczy i odwróciłem się do niej przodem, łapiąc się przy tym za kark. Odwróciłem delikatnie głowę w stronę Bisci i Yuki'ego, śmiejąc się nerwowo.
- No wiesz... oni zaczęli się bawić, a ja nie chciałem, aby cię obudzili.
Dopiero kiedy to powiedziałem, stwierdziłem, że było to głupie. Pokręciłem głową i usiadłem, obejmując swoje kolana, rękoma. Kiedy już byłem w tej pozycji, kichnąłem w swój rękaw.
- Nienawidzę być chory - Rzekłem, prawie całkowicie zapominając, gdzie i z kim jestem.
<Smiley?>

Smiley CD Vogel

Nie mogłam przez najbliższy czas nic robić. Moje rany się jeszcze nie zagoiły, więc byłam zwolniona z obowiązków, treningów czy też występów. Miałam siedzieć do czasu, aż dostanę pozwolenie. Nawet na Szafirze nie mogłam jeździć. Wałęsając się pomiędzy namiotami, za mną radośnie szła Bisca a Yuki chował ogon, aby nikt mu nie nadepną. Wzięłam go w ostatniej chwili przed zdarzeniem się z drzewem. Yuki był leciutki, więc nie miałam nic przeciwko, aby go ponieść. Poszliśmy do lasu, aby tam się wspólnie pobawić no i przede wszystkim odpocząć. W cyrku ludzie byli dzisiaj strasznie zapracowani. Wchodząc do lasu, wypuściłam że swoich rąk białego liska. Dla niego las to drugi dom. Zaczął chodzić raz w prawo to na lewo, ale nie oddalając się ode mnie. Po kilku minutach spokojnego marszu dotarliśmy na łąkę. Usiadłam sobie w miejscu gdzie było najwięcej kwiatów. Miałam zamiar zrobić dla Yuki'ego i Biscy wianki, bo zawsze w nich uroczo wyglądali. Sama nie wiem jak to się stało, ale w pewnym momencie Bisca mi zniknęła. Nie chciałam jej szukać, abyśmy się nie kompletnie nie zgubili. Miałam już skończone wianuszki, chcąc już iść poszukać, moim oczom ukazał się Vogel, który to przyprowadził ją do mnie. Psiak wyrywał się z objęć chłopaka, aż ten jak tylko ją położył na ziemi, ona poleciała uradowana w moją stronę.
- Bisca nie powinnaś się oddalać. Miałaś szczęście, że Vogel ciebie znalazł - spojrzałam się na nią. - Proszę to twój wianuszek - założyłam jej na głowę. - Dziękuję ci za pomoc w odszukaniu jej - wstałam i podeszłam do niego.
- Ależ nie ma za co - uśmiechnął się, a ja przyjrzałam się jemu dokładniej. Wyglądał na chorego, ale ten fakt jakby chciał zachować dla siebie. - Co powiesz na filiżankę herbaty u mnie w namiocie? - spojrzałam się, a on zastanowił się przez chwilę. - Upiekłam ciasteczka - dodałam chcąc go jakoś przekonać.
- Dobrze, niech będzie - odparł.
Wyruszyliśmy w stronę cyrku, do mojego namiotu. Yuki i Bisca szli przed nami, dzięki czemu miałam ich na oku. Z Vogel'em rozmawiałam cały czas na różne tematy. Śmialiśmy się, a atmosfera była przyjemna oraz zabawna. Weszliśmy do środka. Yuki i Bisca, byli najwidoczniej zmęczeni, gdyż jak tylko przekroczyliśmy próg oni poszli na swoje legowiska i zaczęli spać.
- Usiądź sobie, a ja zawsze herbatę i przyniosę ciasteczka - poszłam do kuchni przyglądając się dokładnie chłopakowi. Na jego jasnej cerze można było zobaczyć rumieńce, oczy miał zaszklone a jego twarz nie wyglądała za ładną chociaż jak sir uśmiechał. Widać było, że jest chory. Spojrzałam herbaty z miodem. Jednak gdy przyszłam, Vogel spał na fotelu. Odstawiłam tace z herbatą i talerzykiem ciastek. Przyłożyłam jego dłoń do czoła. Był strasznie rozpalony.
- Vogel chodź się położyć - chwyciłam go za rękę, która przełożyłam przez swoją szyję, aby lepiej mi się go trzymało. On całkowicie nie świadom poszedł że mną. Położyłam go do swojego łóżka przykrywając go kołdrą i kocem. Poszłam po miskę z zimna wodą oraz po ręcznik. Chciałam zrobić mu zimne okłady, aby gorączką mu się obniżyła. Na szczęście miałam również lekarstwa, które od razu mu podałam. Zdjęłam okulary i ogarnęłam jego koszyki włosów na bok. Siedziałam przy nim do samego następnego rana. Jego gorączka wciąż się utrzymywała. Zrobiłam zupę, aby mógł chociaż trochę zjeść. Ostudziłam ja, ale przed podaniem jej chłopakowi jeszcze posłuchałam, aby się nie oparzył. Zajmowałam się nim, aż do nocy. Niestety moje zmęczenie i to, że nie spałam ostatniej nocy dało do znaku. Zasnęłam na brzegu łóżka.

<Vogel?>

2 wrz 2017

Akuma CD Rue

Zawahał się na moment, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Zrezygnowała ze wspomnień dotyczących jej dawnego życia, rodziny, być może pasji, przyjaciół, zachowań, ogółem tego, co już za nią. Był jej za to niezmiernie wdzięczny, ale szczerze mówiąc, nie wyobrażał sobie, żeby wybrała inaczej. Co prawda wizja drzwi dotyczących właśnie jej życia jeszcze przed cyrkiem to i tak kusząca propozycja, to skoro faktycznie dopiero teraz była szczęśliwa... Spróbował sobie wyobrazić, co musiała przejść, że postanowiła o tym wszystkim zapomnieć. A raczej nie miała wyboru, ale wiadomo, o co chodzi. Milczał, nadal nie wiedząc, jakie słowa dobrać. "To super"? "Dziękuję ci za to"? "To wspaniale!"? "Przykro mi, że musiałaś przejść przez nieciekawe rzeczy"? Boże, jest na prawdę beznadziejny w tych sprawach. Zamiast tego przylgnął do niej jeszcze bardziej, kładąc głowę na plecach. Bał się, że lada moment zniknie. No i bał się, że spadnie z konia, to chyba też jakieś wytłumaczenie... Ostatnie dwa upadki nie należały do najprzyjemniejszych, chociaż podczas drugiego wciąż tkwił w radości, że odzyskał przyjaciółkę. I nadal się cieszy, i to jak. Zrezygnowałby już na zawsze z jabłek i kawy, żeby została. Ba! Nawet z muzyki, a to to już poważna sprawa.
- Znowu cię zrzucę - pogroziła, wyczuł w jej głosie łobuzerską nutę i już przed oczyma zobaczył obraz podobnej miny, z lekkim półuśmiechem i oczyma wręcz wyrażającymi chęć do spełnienia wypowiedzianych słów.
- Już myślałem, że powiesz, że masz zamiar pierdnąć - droczył się, jednak natychmiast zaprzestał, gdy koń nagle zmienił kurs pod dowództwem Rue. Zaśmiała się gdy krzyknął cicho, przylegając do niej jeszcze mocniej.
- A kto powiedział, że nie mam? - Zamarł na moment, jednak szybko pojął ,że to tylko żart. Bo to tylko żart, prawda?
- Czy możecie przejść na nieco przyjemniejsze tematy? - usłyszał jakby znudzony i obrzydzony jednocześnie głos Pika. Prychnął pod nosem, on wciąż tu jest. Dałby głowę, że przyłożyłby mu solidnie z pięści. O ile tego nie zrobi zaraz po zejściu z galopującego konia. Swoją drogą, w książkach i na filmach wyglądało to lepiej i łatwiej. Tymczasem bolały go całe uda i łydki, kość ogonowa zdrętwiała, a żołądek dopominał się o jedzenie i wypróżnienie jednocześnie. No tak, chyba jest głodny.
- Wisisz mi kebsa, trochę się napracowałem - powiedział, nawet nie reagując na wcześniejszą prośbę mężczyzny. Zignorował go, zamykając oczy, czuł i słyszał bicie serca siedzącej przed nim dziewczyny. Ciepło biło od niej całej, pachniała kadzidłami. Boże, jak on wielbi kadzidła. I świeczki zapachowe. Musi sobie jakieś sprawić, kiedy w ogóle zaczął tak myśleć? W sensie, że jest ich fanem i w ogóle? Porąbany dzień. A raczej noc. Tak na prawdę to parę tego i tego. Czyli spokojnie można powiedzieć, że połowa tygodnia. Chyba...
- A ty mi dalej szarlotkę - rzuciła, zaśmiał się cicho, no tak. Zastanowił się na moment, czy ten cały szef Mortusów ich teraz widzi i słyszy. Czy dalej ma dostęp do ich umysłów? Skoro się nie odzywa ani nie ukazuje, może dał już sobie spokój? Miał taką nadzieję, na wspomnienie jego okropnie chudych łap na własnej klatce piersiowej jeszcze bardziej zachciało mu się wymiotować. Dopiero teraz sobie uświadomił, że stoją. Ale tego nie odczuwał. Dalej miał wrażenie, jakby kończyny wierzchowca pracowały w rytmicznym tempie, wiatr smagał jego ciało, a chłód docierał ze wszystkich stron. Zszedł, tym razem normalnie.
- Zła strona - skarciła Rue, przeklął tylko, machając dłonią zaraz po tym, jak stanął na ziemi. Dostał zawału. Czy in stoi? Poczuł się, jakby latał. Nie czuł własnej wagi, jednak gdy uniósł lekko nogę, by j ą poprawić, zdrętwiała kończyna wydała mu się ważyć z tonę. Stał krzywo, co od razu zauważyła jego towarzyszka. Zaśmiała się głośno, niezbyt wiedział, o co jej chodzi. Gdy zsiadła i NORMALNIE stanęła i stanęła  naprzeciwko niego, kopara mu opadła.
- Jak ty to...? - nie dokończył, bo przerwał mu jej śmiech. Zacisnął szczęki.
- Jeździłam już konno, przyzwyczaiłam się i nie odczuwam już prawie różnicy schodząc. Jutro będziesz się czuć jak złom - złapała wodze konia i poprowadziła go do stajni. Instynktownie wyczuł, że ma udać się za nią i pomóc zająć się zmęczonym zwierzęciem - cała jego sierść lepiła się od potu.
- Już tak się czuję - mruknął niezrozumiale, człapiąc niezdarnie i z wielkim wysiłkiem obok niej.

< Rue? Spoooko ; ) >

Akuma CD Pullsatilla

Zmarszczył czoło, opuścił nisko brwi zastanawiając się nad odpowiedzią. Jego żuchwa pracowała powoli, aż w końcu zupełnie przestała się ruszać. Na pewno coś się znajdzie, w końcu parę osób odeszło, ich namioty nie są jeszcze złożone. Przez myśl mu przeszło, by zaproponować nocowanie u siebie - spałaby na łóżku, on na ziemi, czy gdzieś tam. To byłoby prostsze, ale przecież może być kieszonkowcem i tylko czekać na taką propozycję. Oczywiście wybrał pierwszy pomysł.
- Możemy zrobić tak: pójdę powiedzieć Pikowi, że tutaj jesteś i przenocujesz w jednym z wolnych namiotów. Raczej się zgodzi, być może będzie chciał porozmawiać osobiście, ale nie wiem. Wspominałaś coś o tym, że chcesz się zatrudnić. No to stawisz mu jutro argumenty i zobaczymy, co dalej - wyjaśnił z grubsza swój mały plan, wcześniej połykając zawartość ust i omal co nie krztusząc się, gdy niedokładnie pogryzione kawałki ciastka zatrzymały mu się w gardle; takie przynajmniej miał wrażenie. Dziewczyna skinęła delikatnie głową na znak zgody, po czym podziękowała krótko. Wydawała mu się niepewna tego, co robi. Ale cóż, na jej miejscu pewnie też by się tak zachowywał. Skoro szuka noclegu, to nie ma gdzie pójść. Szuka również i pracy, a więc zaczyna od zera. Łatwo jej nie jest, to może akurat stwierdzić na sto procent. Podniósł kącik ust, jakby chcąc tym dodać jej otuchy, ale dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że najlepiej raczej mu nie wyszło. Początki są trudne, kiedyś ( o ile zostanie, rzecz jasna ) się przyzwyczai, oswoi z miejscem, sytuacją oraz ludźmi. Trudno byłoby inaczej spędzić czas, z wiedzą, że może stać się coś nieoczekiwanego, że inni patrzą się na ciebie krzywo. A przynajmniej tak podpowiadałaby wyobraźnia, że pozostali pracownicy traktują cię jak śmiecia. Spojrzał na parę chwil na całą dziewczynę, lekko dygotała. Choroba? A może trzeba zawołać lekarkę? Nie przeziębiła się? Czy to z nerwów?
- Na pewno wszystko dobrze? Wiesz, wyglądasz nie najlepiej - nie wiedział, jak dobrać słowa, by nie odebrała tego tak, iż wyśmiewa jej ubiór, fryzurę, twarz, czy cokolwiek innego w ogólnym wyglądzie Mary. Ale ostatecznie stwierdził, że jednak zachował nieco swojego wrednego zachowania i że niewiele zmieni fakt, że zwróci się do niej ogromnie uprzejmie. Jej blada cera wydała mu się teraz kolejnym syndromem złego samopoczucia. Jednak, zaprzeczyła, jak się spodziewał:
- Jestem trochę zmęczona, i tyle - wyjaśniła, mówiąc prawdę lub kłamiąc. Trudno przedstawić swój własny stan nieznajomej osobie, dlatego nie naciskał. Widząc, że skończyła pić, chwycił jej kubek i wraz ze swoim w drugiej dłoni, wstał, kierując się do zlewu. Zostawił tak naczynia, w zmywarkę bawić się nie będzie, o nie. Ciastek nie chciało mu się chować i zostawił je po prostu na stole.
- Chodź, przyda ci się sen - powiedział ponownie stosując dziwnie łagodny ton głosu. Nawet tego nie planował, chyba jakoś tak samo wyszło. Zastanowił się, czy to nie dlatego, iż Mary wygląda na na jakieś góra szesnaście lat, jak już wcześniej stwierdził. Jest jeszcze dzieckiem i chyba trzeba traktować ją... jakby to ująć, lepiej? Bez krzyku, niepotrzebnej presji i zarzucanych prawd? Nie odpowiedziała, jednak wstała i chwyciła za torbę. Miał ochotę zaproponować, że ją weźmie, ale szybko stwierdził, że to byłoby głupie. Nie jest przecież lokajem, przychodząc tutaj nikt jego rzeczy nie nosił. Nawet nie chciał, by tak było.
~~~
Pik pomachał na pożegnanie i jemu i idącej obok nastolatce, po czym odezwał się krótko do niej:
- A więc widzimy się jutro! - po czym zniknął z powrotem w swoim namiocie. Akuma westchnął cicho, odkąd prawda o znaczeniu cyrku wyszła na jaw, ten gość stał się jego małym wrogiem i nieprzyjacielem. Chociaż zaczynał już powoli rozumieć jego zachowanie i popełnione błędy, to jednak wciąż winił za to wszystko, co się wydarzyło. Z początku miał iść sam, ale ostateczni Mary stwierdziła, że również z nim pójdzie. Może chciała zapoznać się z osobą, która oferuje jej schronienie. Nie pytał, nie jego sprawa.
- To jest jeden z wolnych namiotów, rozgość się. Aha, i tam są łaźnie - wskazał dłonią na ciemny kształt oddalony o jakieś pięćdziesiąt metrów od nich - tam możesz się wykąpać, czy coś. A jadalnie już odkryłaś. No i jakby coś, mój namiot jest tam - ponownie wskazał palcem na jakiś punkt w ciemności, oddalony tym razem o jakieś dziesięć metrów. Specjalnie wybrał takie miejsce do jej noclegu, by w razie czego się nie zgubiła i mieć ją na oku, gdyby coś kombinowała. Chociaż nie wydawała mu się mieć złych zamiarów, to przecież setki takich ludzi chodzi po tym świecie...

< Pullsatilla? >

Pullsatilla CD Akuma

-Po-poproszę herbatę.- Wymamrotałam patrząc w ziemię. Wydawało mi się, że ból przejdzie wraz ze zmianą otoczenia na spokojniejsze, ale cóż, pomyliłam się kolosalnie. W głowie wciąż czułam nieprzyjemne szumienie, a każda myśl powodowała jedynie kolejny bolesny impuls. Ten chłopak, którego imienia nawet nie znałam, okazał się pracownikiem cyrku. To tak zwane szczęście w nieszczęściu? Zaczęłam się mu przyglądać, gdy czekał na zaparzenie się wody w czajniku. Pierwsze co się dało stwierdzić, to jego wzrost. Był bardzo wysoki, znaczy, prawdopodobnie był to jedynie mój odbiór, ponieważ z wzrostem metr sześćdziesiąt dwa czasami czułam się, jakby ktoś podał mi eliksir zmniejszający. Miał na sobie luźną koszulkę z jakimś napisem oraz przydużą bluzę z kapturem. Na szyi przełożone miał profesjonalne słuchawki, a przewód wiódł do tylnej kieszeni jego spodni. Prawdopodobnie tam trzymał swoje małe kompendium muzyki- telefon, a może mp3... Nigdy nie posiadałam żadnej z tych rzeczy. Do takich technologii nigdy mnie nie ciągnęło, a od muzyki wolałam delektować się ciszą. Wlał do kubków wodę i spojrzał w moją stronę, a ja gwałtownie spuściłam głowę. Czuję się niezręcznie, gdy łapię z kimś kontakt wzrokowy, więc na ogół unikam takich sytuacji jak ognia. Postawił herbatę oraz ciastka na stoliku, a sam usiadł naprzeciw mnie. Złapałam kubek w obie ręce, lecz pozostawiłam go na stole. Czułam, że moje ciało trzęsie się jak galareta, a nie chciałam nabawić się kłopotów związanych z rozlaniem gorącego płynu na siebie oraz wszystko inne.
-Nie przedstawiłem się jeszcze.- chłopak przerwał ciszę- Nazywam się Hayato.- Jego korzenie musiały pochodzić z dalekiego wschodu, lecz zgaduję, że on sam urodził się w Europie, ponieważ jego wygląd pod żadnym aspektem nie pasował do azjatyckiej urody znanej mi z książek i zdjęć. Jego postawa oraz budowa były wręcz przeciwieństwem takowej. A jego włosy... Ciężko było mi to stwierdzić, lecz wydawało mi się, iż był szatynem bądź brunetem przefarbowanym na nienaturalnie jasny kolor lub blondynem o ciemnych pasemkach.
-Mary.- Uścisnęłam wystawioną przez niego dłoń nad stołem. Jego skóra była gorąca, przez co po moim zziębniętym ciele przeszedł dreszcz. Moja odporność rzadko szwankowała, lecz Camille, u niej było wręcz przeciwnie. Od kiedy pamiętam miała problemy, a nawet krótkie wyjście na dwór mogło spowodować zapalenie oskrzeli. Choroby grały w jej dzieciństwie tak ważną rolę, że zostawiły piętno w jej fizjonomii. Postura kojarzona z porcelanowymi laleczkami baletnic w połączeniu z nieskazitelną cerą bledszą nawet od mojej sprawiała wrażenie, że jeden dotyk sprawi, iż cała rozsypie się w kawałki. Nigdy nie traktowała mnie jako młodszą siostrę, lecz jak osobę równą sobie. W pełni uszanowała mój wybór, gdy postanowiłam opuścić dom rodzinny, a nawet przesłała mi listem parę monet i uschnięte płatki kwiatów. Z pewnością do niej napiszę jak tylko znajdę nowe miejsce zamieszkania. Muszę opowiedzieć jej o świecie widzianym z poza okien rezydencji.
-Lepiej się czujesz?- Zapytał Hayato. Wypiłam już połowę herbaty, a ból głowy dalej dawał o sobie znać. W między czasie zaczęły delikatnie szczypać mnie oczy, co było znakiem, aby zdjąć już soczewki, które i tak za dużo dzisiaj czasu spędziły pod moimi powiekami.
-Tak.. Jest już dobrze.- Posłałam mu mętny uśmiech. Odwzajemnił go przechylając głowę na bok i biorąc do ręki ciastko. -Nie chcę się naprzykrzać, ale czy znajdzie się jakieś miejsce, gdzie mogłabym zostać na noc?

<Akuma? Znajdzie się jakieś miejsce dla tej dziewoi? :P >

1 wrz 2017

Rue CD Akuma

Leżałam na czymś miękkim porośniętym trawą, która właziła mi między palce. Żaden podmuch nie zabierał stąd dziwnego zapachu palonej trawy, który wchodził mi do nosa. Kiedy uniosłam powieki zauważyłam fioletową powłokę, która chyba miała być niebem, ale nie to było dziwne. Wystarczyło się podnieść na łokciach, aby zobaczyć wiele drzwi. Niektóre stały na ziemi, a niektóre znajdowały się w powietrzu. Były dokładnie takie same – brązowe, nowiutkie, z pionowymi wzorami, bez klamek. Tak, żadna nie miała klamki, ale każda miała dziurkę od klucza. I na każdej coś pisało. Na początku nie potrafiłam nic rozczytać, wstałam się i poczuła, że coś ściskam w pięści. Otworzyłam ją i przyjrzałam się złotemu kluczykowi, był malutki, jak palec wskazujący. Połyskiwał. Zaczęłam iść przed siebie po mokrej trawie. Rozglądałam się na boki starając się przyjrzeć każdym drzwiom, ale tylko niektóre udało mi się rozczytać: siódme urodziny, nowa siostra, boisko i kosz, trapezy i wesołe miasteczko. O co chodziło? Kiedy chciałam któreś otworzyć wsadzając klucz do środka, żaden zamek nie chciał się przekręcić. A tam, gdzie było to możliwe, drzwi i tak się nie otwierały. Szłam dalej, aż wylądowałam w jakimś tunelu. Tutaj skończyły się drzwi, była tylko ciemność, w której widziałam pary oczu obserwujące mnie. Coś szeptały, ale niczego nie rozumiałam. Zaczęłam biec, aż poczułam pulsujący ból w głowie po zderzeniu się ze ściana. Nagle pomieszczenie się oświetliło, a przede mną pojawiły się dwie pary drzwi, były inne. Jedne stare, czarne, pokrywała je częściowo pleśń i grzyby, z długą klamką, znajdowały się po prawej stronie, a nad nimi wisiał obraz przypominający nietoperza. Drugie, te obok, tak samo stare, ale białe, które wręcz się rozpadały w oczach, miały okrągłą gałkę, a powyżej obraz ciem. Odwróciłam się do tyłu czując chłód. Wiele czarnych postaci o okropnie chudych twarzach przyglądało mi się. Po chwili zrozumiałam, że to czaszki. Uśmiechali się do mnie, mocniej ścisnęłam kluczyk w dłoni. Stali nieruchomo, a ja wymacałam ręką jedną gałkę. Była długa, czyli należała do tych czarnych drzwi. Kiedy ją nacisnęłam, drzwi okazały się być zamknięte. Drugie tak samo. Dopiero gdy przypomniałam sobie o złotych kluczyku, wsadziłam go w przypadkowe drzwi i je uchyliłam. Z tyłu poczułam parzący ogień, a kiedy się odwróciłam zobaczyłam wielki stół, przy którym siedziało paręnaście podobnych dziewczyn i chłopców, niektórzy już dorośli. Każdy miał brązowe włosy i podobne rysy twarzy. Śmiali się i jedli kolacje. Byli podobni do mnie. Obok znajdował się kominek, z którego wydobywało się to ciepło. Kiedy postawiłam stopę na progu drzwi, obok się otworzyły drugie, z których zawiało zimno. Zajrzałam tam z ciekawości i zobaczyłam siebie i jakiegoś chłopaka w kłodzie, strzelających z łuków. Uśmiechnęłam się, bo to było zabawne. Stanęłam pomiędzy drzwiami obserwując każde z nich. Czułam, że mogę do jednego wejść. Ale co to mi da?
- Tylko jedna część wspomnieć – usłyszałam za sobą chór. Nie odwracałam się, nie chciałam patrzeć na te przerażające twarze. Dlaczego jedna część? Nie rozumiem. Patrzyłam raz na świętującą rodzinkę, a raz na jadących przyjaciół w kłodzie. Przy kolacji każdy się uśmiechał, prócz jednej dziewczynki, na oko mogła mieć sześć lat. Miała długi warkocz i brązowe oczy wlepione w ziemniaka, którego właśnie dzióbała. Nie była za szczęśliwa, ale dlaczego? W drugich drzwiach ta sama dziewczyna, ale o wiele lat starsza uśmiechała się szeroko, a w jej oczach była radość. Skoro mam poznać jedną część wspomnień, chce te, w których jestem szczęśliwa.
Dlatego przeszłam przez pierwsze drzwi, po których blask słońca mnie oślepił, a ja obudziłam się w jaskini. Zamrugała parę razy i dopiero wtedy mój wzrok się wyostrzył, a rozmazana twarz zaczynała przybierać kształt nosa, oczu, żółtych oczu, szarych włosów schowanych pod czapką... I wszystko wróciło. Każdy szczegół, każdy dzień, odkąd wstąpiłam w szeregi tego cyrku. Każda osoba, każde miejsce, każdy mój skok na trapezie, każdy szpital, każdy wystrzał z pistoletów...
- I jak? - usłyszałam głos chłopaka, jakby z oddali. Uniosłam się na łokciach i wgapiłam się w jeden punkt gdzieś na ścianie milcząc. Dłonią wyszukałam ciała siedzącego obok mnie i się uśmiechnęłam. Ziewnęłam szeroko, poczułam się zmęczona.
- Ale co? - zapytałam z delikatnym uśmiechem i spojrzałam na przyjaciela. Miał dziwnie duże czerwone oczy, jakby bawił się dymem, który wlazł mu do nich i zaczęły łzawić. Ponad to miał lekkie wory pod oczami. - Co ci? - zapytałam zdziwiona.
- Pamiętasz? - kolejne pytanie, nieco bez sensu. Co mam pamiętać? Długo milczałam przypominając sobie to dziwne spotkanie upiora, wyleczenie nogi, chęć ucieczki i jazdę konno z pasażerem. Oplotłam ręce wokół szyi chłopaka przytulając się do niego. Także mnie objął i ścisnął.
- Czyli wszystko wróciło do normy? - usłyszeliśmy głos szamanki, która weszła tu nie wiadomo kiedy. Puściliśmy się i spojrzeliśmy na nią. - Co tak na mnie patrzycie? - zapytała i wlepiła wzrok w chłopaka. - Nie wyrażaj się tak chłopcze – fuknęła. - Później pobędziecie sami -  dodała, a chłopak nagle zrobił się czerwony, do tego wyglądał na niego zdenerwowanego. - Za dużo wziąłeś tych ziół – westchnęła.
- Co ty paliłeś? - zapytałam zdziwiona. Spojrzał na mnie czerwonymi oczami, ale delikatnie się uśmiechnął.
- Dali mi coś na uspokojenie – wzruszył ramionami, odwzajemniłam uśmiech i zeszłam z łóżka.
- Jak się czujesz? - zapytała kobieta.
- Dobrze – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Wszystko sobie przypomniałam, bardzo dziękuje – uśmiechnęłam się szeroko i skinęła głową. - Tylko takie pytanie – zaczęłam. Opowiedziałam jej o latających drzwiach bez klamek, z różnymi napisami, o dwóch, które były jedynymi do otwarcia i to, co w nich zobaczyłam. - Ale dlaczego mogłam przejść przez jedne i przywrócić sobie jedną część wspomnieć? - dokończyłam. Przy okazji opowiedziałam także wszystko Akumie, który siedział z tyłu i w milczeniu słuchał.
- Bo przypominając sobie cokolwiek, odbierasz jakby pokarm dla tego demona, bez którego nie może żyć. Aby nie zostać przez niego ponownie zaatakowanym, musiałam mu zostawić połowę swoich wspomnień – wytłumaczyła.
- Czyli już nigdy sobie nie przypomnę co było przed cyrkiem – kobieta pokiwała twierdząco głową, na co westchnęłam.
- Zostanie ci tylko wysłuchanie kogoś i uwierzenie mu na słowo – pokiwałam głową.
Jeszcze raz podziękowałam. Oboje wyszliśmy z jaskini do jej chatki, w której czekał Pik. Na przywitanie i powitanie moich nowych wspomnień uścisnął mnie, co nie zmieniło mojej złości, że nie powiedział nam wcześniej prawdy. I chyba nigdy nie zniknie. Pożegnawszy się z szamanką, której pewnie już nigdy nie zobaczymy (przed odjazdem dała Akumie inhalator i nieupomniana go, że jak jeszcze raz powie coś niestosownego, sprawi, że będzie miał niemiły wypadek) wsiedliśmy na konie i odjechaliśmy. Pik przed nami pokazywał drogę, słońce dopiero co wstawało, a my jechaliśmy na jednym koniu. Znowu zaczął się pchać do przodu, za co go ukarałam zepchnięciem z konia. Dopiero wtedy się uspokoił, zaczął mi za to jęczeć, że ma za mało miejsca.
- Rue, dlaczego wybrałaś te drzwi, w których widziałaś nas w kłodzie? - zapytałam po jakimś czasie. Na chwilę zamilkłam przypominając sobie ten obrazek radosnej rodziny. Powiedziałam mu prawdę.
- Bo w nich wydawałam się szczęśliwa, a w tamtych... niezbyt. Dlatego wolałam wspomnienia z cyrkiem i z tobą. Wydaje mi się, że tu byłam bardziej szczęśliwa – wyjaśniłam.

<Akuma? Internetu nie miałam>