Pokazywanie postów oznaczonych etykietą White. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą White. Pokaż wszystkie posty
28 lip 2017
5 cze 2017
White CD Smiley
- Na pewno ci się spodoba - uśmiechnąłem się delikatnie i stanąłem w kolejce. - Ty idź kup popcorn i colę, film się za chwilę zaczyna, a stanie w kolejce trochę nam zajmie - powiedziałem. Smiley skinęła głową i poszła do drugiego kolejki. Czyli ja płacę za bilety, ona za jedzenie.
Kolejka okropnie się dłużyła, wydawało mi się, że koleś stojący za ladą nic nie robił i wszyscy tak jak ja po prostu stali. Kiedy się wychyliłem okazało się, że chłopak po prostu wylał colę na kasę i aktualnie wszyscy musimy czekać. Westchnąłem zażenowany tym zdarzeniem i rozejrzałem się. W pozostałych dwóch kolejkach po bilety były jeszcze dłuższe kolejki niż tutaj i jestem pewien, że szybciej by poszło, gdybym teraz poczekał, niż bym do którejś poszedł. U Smiley było łatwiej, była już trzecia w kolejce i zapewne zaraz stanie obok mnie z jedzeniem, a ja nawet nie dojdę do kasy. Nie mając zamiaru czekać użyłem magii.
Wpierw się rozejrzałem, czy mogę zaryzykować. Kiedy byłem pewny, że każdy jest zajęty sobą, lub kimś bliskim, a na mnie nikt nie zwraca uwagi, wyjąłem rękę z kieszeni i skierowałem palec w kierunku chłopaka za lada, który dalej wycierał colę. Wpierw lekko podniosłem ciecz do góry, a potem ją zniknąłem. Zdziwiony chłopak nie wiedział co robić, spojrzał na klientów, a kiedy zetknął się z moimi oczami automatycznie zapomniał, co się stało. Znudzeni klienci nawet nie zauważyli tego zajścia. Potem nieco przyspieszyłem ruchy chłopaka, który uwijał się, jakby miał motorek w tyłku. Nawet jego koledzy byli tym zadziwieni, a on nic nie zauważył. Wszyscy ludzie zostali obsłużeni raz dwa, kiedy podeszła do mnie Smiley z popcornem i colą ja właśnie stałem przy ladzie.
- Dwa bilety na "Interedum" - chłopak skinął głową i podął nam bilety, za które zapłaciłem.
- O czym to? - przyjąłem od dziewczyny swoje porcje.
- Zobaczysz - uśmiechnąłem się ponownie do dziewczyny po czym znaleźliśmy nasz numer sali. Zajęliśmy swoje miejsca, akurat zdązyliśmy na dwie minuty reklam. - Na pewno ci się spodoba - szepnąłem do niej.
- Ej, tak w ogóle widziałeś jak ten chłopak który sprzedawał ci bilety zasuwał? A wcześniej ślimaczył się z wycieraniem kasy - zauważyłam dziewczyna.
- Nie zwracałem na niego uwagi, oglądałem plakaty - skłamałem zakładając okulary 3D.
Kolejka okropnie się dłużyła, wydawało mi się, że koleś stojący za ladą nic nie robił i wszyscy tak jak ja po prostu stali. Kiedy się wychyliłem okazało się, że chłopak po prostu wylał colę na kasę i aktualnie wszyscy musimy czekać. Westchnąłem zażenowany tym zdarzeniem i rozejrzałem się. W pozostałych dwóch kolejkach po bilety były jeszcze dłuższe kolejki niż tutaj i jestem pewien, że szybciej by poszło, gdybym teraz poczekał, niż bym do którejś poszedł. U Smiley było łatwiej, była już trzecia w kolejce i zapewne zaraz stanie obok mnie z jedzeniem, a ja nawet nie dojdę do kasy. Nie mając zamiaru czekać użyłem magii.
Wpierw się rozejrzałem, czy mogę zaryzykować. Kiedy byłem pewny, że każdy jest zajęty sobą, lub kimś bliskim, a na mnie nikt nie zwraca uwagi, wyjąłem rękę z kieszeni i skierowałem palec w kierunku chłopaka za lada, który dalej wycierał colę. Wpierw lekko podniosłem ciecz do góry, a potem ją zniknąłem. Zdziwiony chłopak nie wiedział co robić, spojrzał na klientów, a kiedy zetknął się z moimi oczami automatycznie zapomniał, co się stało. Znudzeni klienci nawet nie zauważyli tego zajścia. Potem nieco przyspieszyłem ruchy chłopaka, który uwijał się, jakby miał motorek w tyłku. Nawet jego koledzy byli tym zadziwieni, a on nic nie zauważył. Wszyscy ludzie zostali obsłużeni raz dwa, kiedy podeszła do mnie Smiley z popcornem i colą ja właśnie stałem przy ladzie.
- Dwa bilety na "Interedum" - chłopak skinął głową i podął nam bilety, za które zapłaciłem.
- O czym to? - przyjąłem od dziewczyny swoje porcje.
- Zobaczysz - uśmiechnąłem się ponownie do dziewczyny po czym znaleźliśmy nasz numer sali. Zajęliśmy swoje miejsca, akurat zdązyliśmy na dwie minuty reklam. - Na pewno ci się spodoba - szepnąłem do niej.
- Ej, tak w ogóle widziałeś jak ten chłopak który sprzedawał ci bilety zasuwał? A wcześniej ślimaczył się z wycieraniem kasy - zauważyłam dziewczyna.
- Nie zwracałem na niego uwagi, oglądałem plakaty - skłamałem zakładając okulary 3D.
<Smiley? To o czym jest ten film? xd>
19 maj 2017
White CD Smiley
Strzała? Skąd niby! Ktoś na nas poluje czy jak? Nie miałem urazu do dziewczyny, że zwaliła mnie na ziemię, wręcz przeciwnie – byłem jej wdzięczny. W końcu grot wbity w ciało nie jest czymś przyjemnym, prawda? A jej mina mnie lekko rozbawiła.
- Jesteś leciutka – odparłem z uśmiechem i przyjąłem jej dłoń, która pomogła mi wstać. Wpierw rozejrzałem się wokół, ale nic nie wskazywało na to, że ten dziwny atak się powtórzy. Lepiej! Zauważyłem małego dzieciaka trzymającego łuk i patrzącego na nas z przerażeniem, kiedy jego matka na niego krzyczała, a potem szybko zabrała z miejsca. Czyli to on nas chciał ustrzelić? Zabawne. A ja sądziłem, ze to jakichś łowca cyrkowców, albo co gorsza aniołów. Wtedy bym miał poważne kłopoty. - W porównaniu do moich kolegów, którzy bawili się ze mną w tak zwaną "kanapkę" polegająca na tym, że rzucamy się na siebie i tak leżymy, gdy ja byłem na samym dole, to nic nie ważysz – powiedziałem przypominając sobie dzieciństwo, a zaśmiałem się na to wspomnienie, a za mną Smiley.
- Chyba miałeś dużo przyjaciół – stwierdziła także obserwując dziecko ciągnięte przez matkę. Najwyraźniej i ona zrozumiała kto był naszym łowcą i tak samo jak ja zaśmiała się przez to. Potem znowu ruszyliśmy wzdłuż mostu.
- No co ty – machnąłem ręką. - Nikt nim nie był – poczułem, że mogę jej to powiedzieć. Poza tym nawet lepiej, jeśli będzie znała prawdą, niż łudziła się nad czymś. - Ja nie przywiązuję się do ludzi i nie biorę ich za swoich przyjaciół – zacząłem tłumaczyć. - Ja po prostu trzymam ze wszystkimi sojusz i dobre relacje. Coś na wzór przyjaźni, w końcu pomogę, wstawi się, dotrzymam słowa... ale to nie to samo co przyjaźń – pominąłem sekrety, które były największą różnicą sojuszu, a przyjaźni. Nikomu nie zdradzę swoich tajemnic, nie chcę ryzykować. Mina dziewczyny nagle przybrała inny wyraz twarzy.
- Ze mną też tylko trzymasz sojusz? - nie mam pojęcia czy była zawiedziona, czy po prostu zdziwiona. Może jedno i drugi, albo coś całkowicie innego.
- Tak – powiedziałem szczerze. Po co mam ją oszukiwać? - Ale może kiedyś za parę lat to się zmieni – stwierdziłem sam w to nie wierząc. - W końcu moi starzy koledzy pewnie już o mnie zapomnieli i nie widziałem ich dobre osiem lat, więc jak się z takimi zaprzyjaźnić? - to było pytanie retoryczne i aby nie przedłużać ciszy, jaka między nami zapanowała jak i nie drążyć już tego tematu zaproponowałem wyjście do kina.
- Jesteś leciutka – odparłem z uśmiechem i przyjąłem jej dłoń, która pomogła mi wstać. Wpierw rozejrzałem się wokół, ale nic nie wskazywało na to, że ten dziwny atak się powtórzy. Lepiej! Zauważyłem małego dzieciaka trzymającego łuk i patrzącego na nas z przerażeniem, kiedy jego matka na niego krzyczała, a potem szybko zabrała z miejsca. Czyli to on nas chciał ustrzelić? Zabawne. A ja sądziłem, ze to jakichś łowca cyrkowców, albo co gorsza aniołów. Wtedy bym miał poważne kłopoty. - W porównaniu do moich kolegów, którzy bawili się ze mną w tak zwaną "kanapkę" polegająca na tym, że rzucamy się na siebie i tak leżymy, gdy ja byłem na samym dole, to nic nie ważysz – powiedziałem przypominając sobie dzieciństwo, a zaśmiałem się na to wspomnienie, a za mną Smiley.
- Chyba miałeś dużo przyjaciół – stwierdziła także obserwując dziecko ciągnięte przez matkę. Najwyraźniej i ona zrozumiała kto był naszym łowcą i tak samo jak ja zaśmiała się przez to. Potem znowu ruszyliśmy wzdłuż mostu.
- No co ty – machnąłem ręką. - Nikt nim nie był – poczułem, że mogę jej to powiedzieć. Poza tym nawet lepiej, jeśli będzie znała prawdą, niż łudziła się nad czymś. - Ja nie przywiązuję się do ludzi i nie biorę ich za swoich przyjaciół – zacząłem tłumaczyć. - Ja po prostu trzymam ze wszystkimi sojusz i dobre relacje. Coś na wzór przyjaźni, w końcu pomogę, wstawi się, dotrzymam słowa... ale to nie to samo co przyjaźń – pominąłem sekrety, które były największą różnicą sojuszu, a przyjaźni. Nikomu nie zdradzę swoich tajemnic, nie chcę ryzykować. Mina dziewczyny nagle przybrała inny wyraz twarzy.
- Ze mną też tylko trzymasz sojusz? - nie mam pojęcia czy była zawiedziona, czy po prostu zdziwiona. Może jedno i drugi, albo coś całkowicie innego.
- Tak – powiedziałem szczerze. Po co mam ją oszukiwać? - Ale może kiedyś za parę lat to się zmieni – stwierdziłem sam w to nie wierząc. - W końcu moi starzy koledzy pewnie już o mnie zapomnieli i nie widziałem ich dobre osiem lat, więc jak się z takimi zaprzyjaźnić? - to było pytanie retoryczne i aby nie przedłużać ciszy, jaka między nami zapanowała jak i nie drążyć już tego tematu zaproponowałem wyjście do kina.
<Smiley?>
28 kwi 2017
White CD Smiley
Uśmiechnąłem się na wspominki o nim. Dawno nikomu o nim nie opowiadałem, a przyznam, że dobrze mi się mówiło na jego temat. Mieliśmy dobre, a nawet bardzo dobre relacje. Nawet gdy się kłóciliśmy czy wyzywaliśmy, kończyło się na tym, że robiliśmy coś wspólnie, godząc się przy tym, chociaż na ten temat nigdy nie rozmawiamy. Największa nasza kłótnia odbyła się po czterech latach od zniknięcia matki. Bardzo dobrze to pamiętam; zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć, potem wyzywaliśmy od czegoś gorszego, niż pajaców czy jakichś grubasów. Potem rzucaliśmy naczyniami, za które musieliśmy odrobić w domu. Nawet jako dziecko miał gadane i siłę, aby się ze mną kłócić. Potem jednak poszliśmy wspólnie na basen. Czasem naprawdę jest pięknie mieć rodzeństwo, nie ważne czy młodsze, czy starsze, wredne czy wstydliwe. Ważne, że jest.
- Jest ode mnie młodszy o dziesięć lat, więc teraz ma jakieś dziewięć – powiedziałem. - Ojciec zawsze mówił, ze jest strasznie do mnie podobny. Jedyna różnica między nami to to, ze on ma jaśniejsze oczy po matce – przypomniałem sobie te błękitne oczka, które zawsze patrzyły na mnie z taką radością życia, że po samym spojrzeniu rozpierała mnie energia i byłem ogromnie szczęśliwy. - Od każdego słyszę, że tak samo się uśmiechamy, mamy takie same rysy twarzy, a nawet ruchy! Tak samo jak ja drapie się po karku ze zdenerwowania i stuka o siebie zębami z nudów, lub pstryka palcami - przypomniały mi się słowa nauczycielki, która uczyła mnie i mojego brata. Za każdym razem zachowywaliśmy się tak samo na jej lekcjach; gdy była nudna, patrzyliśmy w okno i stukaliśmy zębami, lub pstrykaliśmy palcami, w ciekawsze zajęcia bujaliśmy się na krześle, a kiedy rozpierała nas energia, oboje się zgłaszaliśmy do tablicy. Mówiła, że jesteśmy jak bliźniaki, tyle, że on jest ode mnie młodszy i mniejszy.
- Chyba fajnie mieć takiego brata - stwierdziła Smiley.
- Bardzo - i od tej pory zacząłem jej wszystko opowiadać (bynajmniej rzeczy napisane na górze). Dodałem do tego jeszcze wiele innych sytuacji, w których albo ja, albo on miał kłopoty, jak spotykało nas coś zadziwiającego, albo zabawnego. - Wybacz - zaśmiałem się po chwili ciszy. - Znowu się rozgadałem - podrapałem się po karku. - Gdy zacznę jakiś ciekawy dla mnie temat, nie potrafię zamknąć ust - zaśmiałem się speszony, ponieważ wiele ludzi się do mnie zrażało, za ciągłe gadanie.
- Jest ode mnie młodszy o dziesięć lat, więc teraz ma jakieś dziewięć – powiedziałem. - Ojciec zawsze mówił, ze jest strasznie do mnie podobny. Jedyna różnica między nami to to, ze on ma jaśniejsze oczy po matce – przypomniałem sobie te błękitne oczka, które zawsze patrzyły na mnie z taką radością życia, że po samym spojrzeniu rozpierała mnie energia i byłem ogromnie szczęśliwy. - Od każdego słyszę, że tak samo się uśmiechamy, mamy takie same rysy twarzy, a nawet ruchy! Tak samo jak ja drapie się po karku ze zdenerwowania i stuka o siebie zębami z nudów, lub pstryka palcami - przypomniały mi się słowa nauczycielki, która uczyła mnie i mojego brata. Za każdym razem zachowywaliśmy się tak samo na jej lekcjach; gdy była nudna, patrzyliśmy w okno i stukaliśmy zębami, lub pstrykaliśmy palcami, w ciekawsze zajęcia bujaliśmy się na krześle, a kiedy rozpierała nas energia, oboje się zgłaszaliśmy do tablicy. Mówiła, że jesteśmy jak bliźniaki, tyle, że on jest ode mnie młodszy i mniejszy.
- Chyba fajnie mieć takiego brata - stwierdziła Smiley.
- Bardzo - i od tej pory zacząłem jej wszystko opowiadać (bynajmniej rzeczy napisane na górze). Dodałem do tego jeszcze wiele innych sytuacji, w których albo ja, albo on miał kłopoty, jak spotykało nas coś zadziwiającego, albo zabawnego. - Wybacz - zaśmiałem się po chwili ciszy. - Znowu się rozgadałem - podrapałem się po karku. - Gdy zacznę jakiś ciekawy dla mnie temat, nie potrafię zamknąć ust - zaśmiałem się speszony, ponieważ wiele ludzi się do mnie zrażało, za ciągłe gadanie.
<Smiley?>
23 kwi 2017
White CD Smiley
Jezioro życzeń? Czemu by nie. Tym bardziej, że jak na razie nie mam żadnego pomysłu. Moją głowę zaprząta na razie pytanie, skąd się wziął ten kruk.
- Mi pasuje, tylko ty prowadzisz – odparłem chowając ręce do kieszeni. - Jeszcze nie zapamiętałem drogi - dodałem.
- Kiedy tam byłeś?
- Nie dawno, z Lottie - skinęła głowa i ruszyliśmy w tamtym kierunku. - Z tego co pamiętam, to chyba tam się spełniają życzenia - pomyślałem na głos, a mój kruk zakrakał, jakby chciał zaprzeczyć, albo potwierdzić.
- Tak, tylko trzeba o północy puścić lampion do góry - dokończyła.
- A to nie - machnąłem ręka. - Ja o północy śpię - powiedziałem jakby z siebie dumny, na co dziewczyna się cicho zaśmiała.
- A masz jakieś ważne marzenie?
- Moje marzenia zawsze się spełniają - uśmiechnąłem się.
- Też bym tak chciała - odparła z uśmiechem. To była kwestia mocy, jeśli jestem magikiem i to prawdziwym, który włada magią, wszystko możesz zrobić. I serfować robiąc grilla i wspinać się na najwyższe góry w stroju kąpielowym i pobiec w maratonie i wygrać, chociaż pod drodze wstąpiłem do klubu na parę godzin. Dla mnie wszystko jest możliwe. Nawet mogę wchodzić w czyjąś wolę! Ale tylko po części.
- Ostatnio moje marzenie się spełniło i ojciec z młodszym bratem przyjeżdża - powiedziałem.
- Kiedy?
- Za jakiś tydzień, jeśli nic im nie wypadnie - założyłem ręce za głowę, co Focus'owi się nie spodobało, więc wzleciał do góry i zaczął lecieć nad naszymi głowami.
- Tez bym chciała... - westchnęła. Spojrzałem na nią przypominając sobie o jej bracie. Przygryzłem wargę po czym ją objąłem.
- Mam propozycję, chodźmy na jeszcze na lody - uśmiechnąłem się ciepło. Spojrzała na mnie i jej smutna minka zmieniła się w szczery uśmiech. Zgodziła się, wiec nieco zboczyliśmy z kursu skręcając w lewo i idąc do lodziarni. Po zakupieniu lodów ponownie ruszyliśmy nad jezioro życzeń. - A ty jakie masz marzenie? Może uda mi się je spełnić? W końcu jestem magikiem - uśmiechnąłem się szczerze zlizując z ust balonowego loda.
- Mi pasuje, tylko ty prowadzisz – odparłem chowając ręce do kieszeni. - Jeszcze nie zapamiętałem drogi - dodałem.
- Kiedy tam byłeś?
- Nie dawno, z Lottie - skinęła głowa i ruszyliśmy w tamtym kierunku. - Z tego co pamiętam, to chyba tam się spełniają życzenia - pomyślałem na głos, a mój kruk zakrakał, jakby chciał zaprzeczyć, albo potwierdzić.
- Tak, tylko trzeba o północy puścić lampion do góry - dokończyła.
- A to nie - machnąłem ręka. - Ja o północy śpię - powiedziałem jakby z siebie dumny, na co dziewczyna się cicho zaśmiała.
- A masz jakieś ważne marzenie?
- Moje marzenia zawsze się spełniają - uśmiechnąłem się.
- Też bym tak chciała - odparła z uśmiechem. To była kwestia mocy, jeśli jestem magikiem i to prawdziwym, który włada magią, wszystko możesz zrobić. I serfować robiąc grilla i wspinać się na najwyższe góry w stroju kąpielowym i pobiec w maratonie i wygrać, chociaż pod drodze wstąpiłem do klubu na parę godzin. Dla mnie wszystko jest możliwe. Nawet mogę wchodzić w czyjąś wolę! Ale tylko po części.
- Ostatnio moje marzenie się spełniło i ojciec z młodszym bratem przyjeżdża - powiedziałem.
- Kiedy?
- Za jakiś tydzień, jeśli nic im nie wypadnie - założyłem ręce za głowę, co Focus'owi się nie spodobało, więc wzleciał do góry i zaczął lecieć nad naszymi głowami.
- Tez bym chciała... - westchnęła. Spojrzałem na nią przypominając sobie o jej bracie. Przygryzłem wargę po czym ją objąłem.
- Mam propozycję, chodźmy na jeszcze na lody - uśmiechnąłem się ciepło. Spojrzała na mnie i jej smutna minka zmieniła się w szczery uśmiech. Zgodziła się, wiec nieco zboczyliśmy z kursu skręcając w lewo i idąc do lodziarni. Po zakupieniu lodów ponownie ruszyliśmy nad jezioro życzeń. - A ty jakie masz marzenie? Może uda mi się je spełnić? W końcu jestem magikiem - uśmiechnąłem się szczerze zlizując z ust balonowego loda.
<Smiley?>
21 kwi 2017
White CD Smiley
Po obudzeniu się czarny ptak mnie nie opuszczał. Nocował sobie grzecznie na moim barku, dobrze, że go nie zgniotłem chociaż pewnie i tak by się obudził. Czarny kruk od razu się obudził, kiedy się poruszyłem. Najwidoczniej Focus miał zostać ze mną, bynajmniej tak sądziłem.
- Dalej nie rozumiem skąd cię mam – westchnąłem opadając na materac zakładając ręce za głowę i znowu zamykając oczy. Miałem ochotę pospać dłużej, ale telefon mi na to nie pozwolił. Wibracje dały o sobie znać pod poduszką, ale nie żałowałem tego, ponieważ dzwonił do mnie mój ojciec. Jak zawsze przywitał mnie radosnym "Wstawaj!", a w tle usłyszałem krzyk młodszego braciszka, który chciał się ze mną przywitać. Ziewając odpowiedziałem, a następnie dowiedziałem się czegoś bardzo ciekawego: kiedy u mnie pojawił się czarny kruk przemieniony z białych anielskich piór, ich skrzydła zrobiły się czarne na dwie godziny. Nie rozumiałem tego. Od razu przeszliśmy do tematu, że nie używam skrzydeł. Mój ojciec był tego przeciwny, ale nigdy nie chciał mnie zmuszać do tego. Teraz po prostu znowu prawił mi morały, ja jedynie przytakiwałem, a na sam koniec odezwał się mój mały Colin:
- Może do niego pojedziemy? Może ze mną polata? - oczywiście udałem, ze tego nie słyszę, a po krótkiej ciszy w telefonie ojciec powiedział, że rzeczywiście pojawią się tutaj za tydzień, kiedy weźmie wolne. Ucieszyłem się, chociaż z rana tego nie było ani widać, ani słychać.
Po krótkiej (czyt. długiej) rozmowie z ojcem wstałem leniwie z łóżka płosząc Focus'a, który wzleciał do góry na parę metrów, a potem usiadł sobie na kufrze. Spojrzałem na niego.
- Czarny kruk z białych anielskich piór - zaśmiałem się pod nosem widząc kufer, w których powinny być moje pióra, a widząc to, co się z nich stworzyło. - To jakaś przestroga? - zapytałem samego siebie wstając. Ubrałem swoje ciuchy magika nie zapominając o kapeluszu, z którego to wyjmuje wszystko, co mi potrzebne. Wyszedłem po jakiejś godzinie z namiotu, a słońce mnie nieco oślepiło. Kruk wyleciał za mną siadając mi na ramieniu.
Po drodze spotkałem Smiley, której to uwadze nie przeszedł mój nowy towarzysz.
- Nazywa się Focus - przedstawiłem kruka, który przechylił lekko głowę w bok uważnie przyglądając się dziewczynie.
- Skąd go masz? - ta... ze swoich anielskich piór kochana... No raczej nie. Raczej tak nie powiem, prawda?
- A skądś się przypałętał - wzruszyłem ramionami na co znowu podleciał do góry i usiadł z powrotem. - Masz już jakieś plany na dzisiaj? - zapytałem mając cichą nadzieję, że jest wolna. Przydałoby mi się towarzystwo. W sumie... to zawsze tak myślę.
- Dalej nie rozumiem skąd cię mam – westchnąłem opadając na materac zakładając ręce za głowę i znowu zamykając oczy. Miałem ochotę pospać dłużej, ale telefon mi na to nie pozwolił. Wibracje dały o sobie znać pod poduszką, ale nie żałowałem tego, ponieważ dzwonił do mnie mój ojciec. Jak zawsze przywitał mnie radosnym "Wstawaj!", a w tle usłyszałem krzyk młodszego braciszka, który chciał się ze mną przywitać. Ziewając odpowiedziałem, a następnie dowiedziałem się czegoś bardzo ciekawego: kiedy u mnie pojawił się czarny kruk przemieniony z białych anielskich piór, ich skrzydła zrobiły się czarne na dwie godziny. Nie rozumiałem tego. Od razu przeszliśmy do tematu, że nie używam skrzydeł. Mój ojciec był tego przeciwny, ale nigdy nie chciał mnie zmuszać do tego. Teraz po prostu znowu prawił mi morały, ja jedynie przytakiwałem, a na sam koniec odezwał się mój mały Colin:
- Może do niego pojedziemy? Może ze mną polata? - oczywiście udałem, ze tego nie słyszę, a po krótkiej ciszy w telefonie ojciec powiedział, że rzeczywiście pojawią się tutaj za tydzień, kiedy weźmie wolne. Ucieszyłem się, chociaż z rana tego nie było ani widać, ani słychać.
Po krótkiej (czyt. długiej) rozmowie z ojcem wstałem leniwie z łóżka płosząc Focus'a, który wzleciał do góry na parę metrów, a potem usiadł sobie na kufrze. Spojrzałem na niego.
- Czarny kruk z białych anielskich piór - zaśmiałem się pod nosem widząc kufer, w których powinny być moje pióra, a widząc to, co się z nich stworzyło. - To jakaś przestroga? - zapytałem samego siebie wstając. Ubrałem swoje ciuchy magika nie zapominając o kapeluszu, z którego to wyjmuje wszystko, co mi potrzebne. Wyszedłem po jakiejś godzinie z namiotu, a słońce mnie nieco oślepiło. Kruk wyleciał za mną siadając mi na ramieniu.
Po drodze spotkałem Smiley, której to uwadze nie przeszedł mój nowy towarzysz.
- Nazywa się Focus - przedstawiłem kruka, który przechylił lekko głowę w bok uważnie przyglądając się dziewczynie.
- Skąd go masz? - ta... ze swoich anielskich piór kochana... No raczej nie. Raczej tak nie powiem, prawda?
- A skądś się przypałętał - wzruszyłem ramionami na co znowu podleciał do góry i usiadł z powrotem. - Masz już jakieś plany na dzisiaj? - zapytałem mając cichą nadzieję, że jest wolna. Przydałoby mi się towarzystwo. W sumie... to zawsze tak myślę.
<Smiley?>
6 kwi 2017
White CD Smiley
Była bardzo miła. Tak, życie jest cudowne wiedząc, że masz kogoś, kto ci pomoże - bynajmniej sprawia takie wrażenie. A co się stanie w przyszłości, przekonam się.
- Miła jesteś - stwierdziłem z uśmiechem, po czym spojrzałem na pluszaka. Muszę powiedzieć, że wygrałem świetną zabawkę. Chyba sobie też takie coś załatwię, zapewne świetnie się z takim wielkim miśkiem śpi. Tym bardziej, ze gdyby braciszek przyjechał, nie mam zamiaru mu oddawać swojej poduszki, jeśli przyjedzie bez niczego. - Gdy się coś znajdzie, na pewno przyjdę - stwierdziłem, po czym się pożegnaliśmy, gdy tylko poczuliśmy chłodny wiatr wiejący z północy. "Będzie padać" pomyślałem.
Gdy znalazłem się w namiocie powyjmowałem z ubrania wszystkie pióra, które uwierały mnie w całym ciele. Czasem się zastanawiam, czy nie warto by było polatać, ale... nie. Zostaną jeszcze rzez kogoś zauważony lub co gorsza, nie będę wiedział jak się lata i spadnę na ziemię mocno wgniatając się w piach i łamiąc sobie coś na początku. Miałbym naprawdę dużo szczęścia gdybym przeżył, chyba, że zdążyłbym wyjąć z kapelusza jakiś materac. Chociaż... nie wiem czy to by pomogło. Otworzyłem swój kufer, w którym chowałem wszystkie swoje pióra, ale teraz zamiast nich znalazłem coś czarnego o ciemniejszych oczkach, wpatrzonych we mnie. Kucnąłem i wziąłem do ręki czarnego kruka.
- Tata nic mi o takim czymś nie mówił - stwierdziłam przyglądając się ptaku, który zakrakał i jakby mi ufał, nie uciekał. - Jak się nazywasz? - zapytałem, chociaż wiedziałem, że i tak mi nie odpowie. Zamiast tego ponownie zakrakał. Puściłem go, a on usiadł na kufrze. - Wyglądasz mi na... - chwilę się zastanawiając przyglądając mu się.
- Focus - powiedziałem w końcu. - Tak - przytaknąłem samemu siebie. Jeśli jutro mi nie zwieje, nazwę go tak oficjalnie. Ale... dalej niczego nie rozumiem. Jak z białych anielskich piór mógł mi wyjść czarny kruk?
- Miła jesteś - stwierdziłem z uśmiechem, po czym spojrzałem na pluszaka. Muszę powiedzieć, że wygrałem świetną zabawkę. Chyba sobie też takie coś załatwię, zapewne świetnie się z takim wielkim miśkiem śpi. Tym bardziej, ze gdyby braciszek przyjechał, nie mam zamiaru mu oddawać swojej poduszki, jeśli przyjedzie bez niczego. - Gdy się coś znajdzie, na pewno przyjdę - stwierdziłem, po czym się pożegnaliśmy, gdy tylko poczuliśmy chłodny wiatr wiejący z północy. "Będzie padać" pomyślałem.
Gdy znalazłem się w namiocie powyjmowałem z ubrania wszystkie pióra, które uwierały mnie w całym ciele. Czasem się zastanawiam, czy nie warto by było polatać, ale... nie. Zostaną jeszcze rzez kogoś zauważony lub co gorsza, nie będę wiedział jak się lata i spadnę na ziemię mocno wgniatając się w piach i łamiąc sobie coś na początku. Miałbym naprawdę dużo szczęścia gdybym przeżył, chyba, że zdążyłbym wyjąć z kapelusza jakiś materac. Chociaż... nie wiem czy to by pomogło. Otworzyłem swój kufer, w którym chowałem wszystkie swoje pióra, ale teraz zamiast nich znalazłem coś czarnego o ciemniejszych oczkach, wpatrzonych we mnie. Kucnąłem i wziąłem do ręki czarnego kruka.
- Tata nic mi o takim czymś nie mówił - stwierdziłam przyglądając się ptaku, który zakrakał i jakby mi ufał, nie uciekał. - Jak się nazywasz? - zapytałem, chociaż wiedziałem, że i tak mi nie odpowie. Zamiast tego ponownie zakrakał. Puściłem go, a on usiadł na kufrze. - Wyglądasz mi na... - chwilę się zastanawiając przyglądając mu się.
- Focus - powiedziałem w końcu. - Tak - przytaknąłem samemu siebie. Jeśli jutro mi nie zwieje, nazwę go tak oficjalnie. Ale... dalej niczego nie rozumiem. Jak z białych anielskich piór mógł mi wyjść czarny kruk?
<Smiley?>
30 mar 2017
White CD Smiley
Wilki... wilki... gdzie ja widziałem wilki... już wiem! Pociągnąłem dziewczynę na sam koniec wesołego miasteczka, gdzie znajdował się mały straganik, w którym stała starsza kobieta. W tym momencie stoisko było zajęte przez małego chłopczyka, który próbował trafić strzała w ruszającą się tarczę, ale trzy razy spudłował. Mama go zabrała dalej, a my podeszliśmy bliżej.
- Mógłbym zagrać? - dopiero teraz puściłem rękę dziewczyny, całkowicie zapominając o tym, ze ją ciągnęłam za sobą. Starsza kobieta miała miły uśmiech na twarzy oraz roześmiane oczy. Skinęła głową wyciągając w moją stronę dłoń. Dałem jej cenę za trzy strzały i łuk.
- Strzelałeś kiedyś? - zapytała Smiley, na co pokręciłem głową.
- Ale chyba takie trudne to nie jest - stwierdziłem i wystrzeliłem pierwszą strzałę, która spudłowałem. Druga tak samo jak poprzednia wylądowała obok. Zmarszczyłem brwi skupiając się na ostatniej. Strzeliłem... w środek... ale się odbiło. Widziałem to dokładnie, że strzała się odbiła od tarczy lecąc w dół, że rzekomo za lekko strzeliłem.
- Niestety się nie udało - powiedziałam kobieta. "Czyli tak się bawimy" pomyślałem prosząc o kolejny zestaw.
- Jesteś pewien? - poczułem rękę na swoim ramieniu. Spojrzałem na różowowłosą i zamiast odpowiedzi, puściłem jej oczko dając do zrozumienia, że wiem co robić. Za pomocą mocy sam nakierowałem strzałę i kontrolowałem tarczę, dzięki czemu dwie pierwsze strzały gładziutko weszły w środeczek, a trzecia przeleciała nawet na wylot - to był wynik użycie za dużej siły. Kobieta była w szoku widząc coś takiego. Przełknęła głośno ślinę, po czym podała mi dużego szarego wilczka z uśmiechem na pysku i dużymi czarnymi oczami. Oddałem jej za to łuk i przyjąłem pluszaka, którego oddałem dziewczynie.
- Wiedziałem, co robię - dałem jej znać, gdy zaczęliśmy się oddalać od straganu. - Masz jeszcze na coś ochotę? - zapytałem. W tej chwili chciałem wrócić do namiotu, aby powyciągać parę piór spod ubrania, ponieważ zaczynały mnie uwierać.
- Mógłbym zagrać? - dopiero teraz puściłem rękę dziewczyny, całkowicie zapominając o tym, ze ją ciągnęłam za sobą. Starsza kobieta miała miły uśmiech na twarzy oraz roześmiane oczy. Skinęła głową wyciągając w moją stronę dłoń. Dałem jej cenę za trzy strzały i łuk.
- Strzelałeś kiedyś? - zapytała Smiley, na co pokręciłem głową.
- Ale chyba takie trudne to nie jest - stwierdziłem i wystrzeliłem pierwszą strzałę, która spudłowałem. Druga tak samo jak poprzednia wylądowała obok. Zmarszczyłem brwi skupiając się na ostatniej. Strzeliłem... w środek... ale się odbiło. Widziałem to dokładnie, że strzała się odbiła od tarczy lecąc w dół, że rzekomo za lekko strzeliłem.
- Niestety się nie udało - powiedziałam kobieta. "Czyli tak się bawimy" pomyślałem prosząc o kolejny zestaw.
- Jesteś pewien? - poczułem rękę na swoim ramieniu. Spojrzałem na różowowłosą i zamiast odpowiedzi, puściłem jej oczko dając do zrozumienia, że wiem co robić. Za pomocą mocy sam nakierowałem strzałę i kontrolowałem tarczę, dzięki czemu dwie pierwsze strzały gładziutko weszły w środeczek, a trzecia przeleciała nawet na wylot - to był wynik użycie za dużej siły. Kobieta była w szoku widząc coś takiego. Przełknęła głośno ślinę, po czym podała mi dużego szarego wilczka z uśmiechem na pysku i dużymi czarnymi oczami. Oddałem jej za to łuk i przyjąłem pluszaka, którego oddałem dziewczynie.
- Wiedziałem, co robię - dałem jej znać, gdy zaczęliśmy się oddalać od straganu. - Masz jeszcze na coś ochotę? - zapytałem. W tej chwili chciałem wrócić do namiotu, aby powyciągać parę piór spod ubrania, ponieważ zaczynały mnie uwierać.
<Smiley?>
26 mar 2017
White CD Smiley
- Wiesz, jestem pewien, że wkrótce go spotkasz – powiedziałem lekko się uśmiechając, po czym wstałem. - No dobra, wracamy? - zmieniłem temat, aby nie myślała już o swojej przeszłości. Nie lubiłem gdy mój towarzysz się smucił, a wręcz przeciwnie.
- Dobra, ale wpierw pokaż mi, co potrafisz jako magik – uśmiechnęła się. Spojrzałem na nią lekko zdziwiony, ale odwzajemniłem jej radość i się zgodziłem. Może przy okazji coś zarobię? Dobry pomysł. Będę mógł zagrać w coś i wygrać dla niej jakiegoś pluszaka, lub coś w tym rodzaju, jeśliby się zgodziła.
- No dobrze – zniżyłem się do pasa kłaniając się przed dziewczyną. Gdy się wyprostowałem złapałem swój kapelusz, z którego wyciągnąłem mniejszy kapelusik. - Jeśli coś dzisiaj uzbieram, wygram dla ciebie pluszaka – uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, po czym położyłem wyciągnięty przedmiot parę kroków od ławki. - A więc, ten występ jest dla ciebie – powiedziałem odwracając się do dziewczyny. - Jakie lubisz zwierzaczki? - zapytałem.
- Lisy – odparła po chwili namysłu.
- Świetnie się składa – wsadziłem dłoń do kapelusza, po czym wyjąłem z niego małego rudego liska. - A widziałaś kiedyś latające? - zapytałem. Podrzuciłem rudą kulkę do góry, a ta zamiast spaść na ziemię, lewitowała nad ziemią. Widziałem, jak oczy Smiley zabłysły, a wokół nas zebrało się z pięciu ludzi.
Wyjąłem z rękawa piękne róże, które podarowałem przypadkowej kobiecie. Gdy je powąchała, zamieniły się w małego kotka, który zamiauczał i wskoczył na głowę mężczyźnie, który stał obok. Zwierzak nie dał się złapać, skoczył w powietrze i zamienił się w białego gołębia, za którym poleciał lis. Jednak aby zapobiec temu, co miało się wydarzyć, złapałem lisa i gołębia, kiedy ich czapka wchłonęła. Po zrobieniu jeszcze paru sztuczek z zamianami zwierząt i roślin, postanowiłem to już zakończyć. Wyciągnąłem w stronę różowowłosej dłoń, a ta niepewnie ją złapała.
- W ostatniej sztuczce pomoże mi moja piękna przyjaciółka – powiedziałem i złapałem ją za biodra. - Zamknij oczy i pomyśl o czymś miłym – gdy to zrobiła, lekko ją uniosłem nad ziemią. - Ktoś widział kiedyś lewitujących ludzi? - zapytałem, ale nie oczekiwałem odpowiedzi. Wystarczyło, ze w moim malutkim kapelusiku znajdowało się parę monet, które na pewno wystarczą na wygranie dla niej jakiegoś pluszaka.
Znajdowała się nad ziemią jakiś metr, była lekka. Wyobraziłem sobie ja zostaje w tej pozycji, nie spada na ziemię, tylko trzyma się w powietrzu. Puściłem ją i kazałem jej otworzyć oczy.
- O matko! - zachwyciła się spoglądając w dół. Tak jak reszta widzów widziała, że nie stoi na ziemi, tylko unosi się w powietrzu. Usłyszałem oklaski, a potem brzęk monet. Złapałem dziewczynę za rękę, po czym stanęła na ziemi. Ukłoniłem się dziękując za uwagę, po czym wszyscy się rozeszli. Wziąłem do ręki to, co udało mi się zebrać.
- To na jakiego zwierzaka masz ochotę? - zapytałem z uśmiechem.
- Dobra, ale wpierw pokaż mi, co potrafisz jako magik – uśmiechnęła się. Spojrzałem na nią lekko zdziwiony, ale odwzajemniłem jej radość i się zgodziłem. Może przy okazji coś zarobię? Dobry pomysł. Będę mógł zagrać w coś i wygrać dla niej jakiegoś pluszaka, lub coś w tym rodzaju, jeśliby się zgodziła.
- No dobrze – zniżyłem się do pasa kłaniając się przed dziewczyną. Gdy się wyprostowałem złapałem swój kapelusz, z którego wyciągnąłem mniejszy kapelusik. - Jeśli coś dzisiaj uzbieram, wygram dla ciebie pluszaka – uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, po czym położyłem wyciągnięty przedmiot parę kroków od ławki. - A więc, ten występ jest dla ciebie – powiedziałem odwracając się do dziewczyny. - Jakie lubisz zwierzaczki? - zapytałem.
- Lisy – odparła po chwili namysłu.
- Świetnie się składa – wsadziłem dłoń do kapelusza, po czym wyjąłem z niego małego rudego liska. - A widziałaś kiedyś latające? - zapytałem. Podrzuciłem rudą kulkę do góry, a ta zamiast spaść na ziemię, lewitowała nad ziemią. Widziałem, jak oczy Smiley zabłysły, a wokół nas zebrało się z pięciu ludzi.
Wyjąłem z rękawa piękne róże, które podarowałem przypadkowej kobiecie. Gdy je powąchała, zamieniły się w małego kotka, który zamiauczał i wskoczył na głowę mężczyźnie, który stał obok. Zwierzak nie dał się złapać, skoczył w powietrze i zamienił się w białego gołębia, za którym poleciał lis. Jednak aby zapobiec temu, co miało się wydarzyć, złapałem lisa i gołębia, kiedy ich czapka wchłonęła. Po zrobieniu jeszcze paru sztuczek z zamianami zwierząt i roślin, postanowiłem to już zakończyć. Wyciągnąłem w stronę różowowłosej dłoń, a ta niepewnie ją złapała.
- W ostatniej sztuczce pomoże mi moja piękna przyjaciółka – powiedziałem i złapałem ją za biodra. - Zamknij oczy i pomyśl o czymś miłym – gdy to zrobiła, lekko ją uniosłem nad ziemią. - Ktoś widział kiedyś lewitujących ludzi? - zapytałem, ale nie oczekiwałem odpowiedzi. Wystarczyło, ze w moim malutkim kapelusiku znajdowało się parę monet, które na pewno wystarczą na wygranie dla niej jakiegoś pluszaka.
Znajdowała się nad ziemią jakiś metr, była lekka. Wyobraziłem sobie ja zostaje w tej pozycji, nie spada na ziemię, tylko trzyma się w powietrzu. Puściłem ją i kazałem jej otworzyć oczy.
- O matko! - zachwyciła się spoglądając w dół. Tak jak reszta widzów widziała, że nie stoi na ziemi, tylko unosi się w powietrzu. Usłyszałem oklaski, a potem brzęk monet. Złapałem dziewczynę za rękę, po czym stanęła na ziemi. Ukłoniłem się dziękując za uwagę, po czym wszyscy się rozeszli. Wziąłem do ręki to, co udało mi się zebrać.
- To na jakiego zwierzaka masz ochotę? - zapytałem z uśmiechem.
<Smiley? Wena wróciła!>
20 mar 2017
White CD Smiley
Od dziecka lubiłam watę cukrową, a ta, która robili w tym miasteczku była najlepsza! Nie dość, że różne kolory, do to tego wzory. Wspaniale! Nieco dziwnie się czułem gdy dziewczyna wycierała moją buzię ze słodkości, ale jej nie przeszkadzałem. Było to w pewien sposób bardzo miłe. Usiedliśmy na wolnej ławce, aby w spokoju zjeść nasz posiłek. Jednak gdy moje plecy zetknęły się z ławką, od razu poczułam małe ukłucie. "Znowu te pióra" pomyślałem nie dając po sobie nic poznać, bo nie zrobiłem żadnej miny i normalnie usiadłem, jakby tego ukłucia nie było. Jedyne co wykonałem, to mocne zaciśnięcie szczęki.
- Często brata zabierałem do wesołego miasteczka - powiedziałem z lekkim uśmiechem. - Najbardziej to lubił popcorn i watę cukrową - dodałem.
- Jak się nazywa? - zapytała zajadając się swoją słodkością na patyku. Spojrzałem się w kierunku małego chłopca, trzymającego dłoń swojego mamy. W pewnej chwili widziałem Colina, tego małego srela, który zawsze mnie ciągnął do wszystkich atrakcji, nie patrząc na to, czy ma zajęte dłonie jakimś jedzenie.
- Colin - powiedziałem. - A ty masz jakieś rodzeństwo? - zapytałem wracając wzrokiem do dziewczyny, kiedy dziecko zniknęła za jakimś budynkiem. Jeśli się nie mylę, był do pokój luster.
- Starszego brata. Nazywa się Yuiji - zjadła do końca swoją watę i wytarła ręce o chusteczki, które wyjęła z kieszeni.
- Jak to jest być młodszą siostrą? - zapytałem od razu. - Bo być starszym bratem to jest dość ciekawie - teraz to ja zjadłem wszystko co miałem na patyczku. Wyrzuciłem go do najbliższego kosza i wziąłem od Smiley chusteczki. Gdy wytarłem ręce i usta mówiłem dalej. - Czujesz się odpowiedzialny za młodszych i jesteś ich w pewnym sensie wzorem. Tyle, że lepiej by było, gdy Colin nie musiał za mną wszędzie łazić, albo wszędzie mnie ciągnąć. Zawsze gdy chciał gdzieś iść, albo coś mi pokazać, musiał mnie ciągnąć. Jest strasznie uparty - powiedziałem, po czym czekałem, aż dziewczyna opowie mi o byciu młodszą siostrą.
- Często brata zabierałem do wesołego miasteczka - powiedziałem z lekkim uśmiechem. - Najbardziej to lubił popcorn i watę cukrową - dodałem.
- Jak się nazywa? - zapytała zajadając się swoją słodkością na patyku. Spojrzałem się w kierunku małego chłopca, trzymającego dłoń swojego mamy. W pewnej chwili widziałem Colina, tego małego srela, który zawsze mnie ciągnął do wszystkich atrakcji, nie patrząc na to, czy ma zajęte dłonie jakimś jedzenie.
- Colin - powiedziałem. - A ty masz jakieś rodzeństwo? - zapytałem wracając wzrokiem do dziewczyny, kiedy dziecko zniknęła za jakimś budynkiem. Jeśli się nie mylę, był do pokój luster.
- Starszego brata. Nazywa się Yuiji - zjadła do końca swoją watę i wytarła ręce o chusteczki, które wyjęła z kieszeni.
- Jak to jest być młodszą siostrą? - zapytałem od razu. - Bo być starszym bratem to jest dość ciekawie - teraz to ja zjadłem wszystko co miałem na patyczku. Wyrzuciłem go do najbliższego kosza i wziąłem od Smiley chusteczki. Gdy wytarłem ręce i usta mówiłem dalej. - Czujesz się odpowiedzialny za młodszych i jesteś ich w pewnym sensie wzorem. Tyle, że lepiej by było, gdy Colin nie musiał za mną wszędzie łazić, albo wszędzie mnie ciągnąć. Zawsze gdy chciał gdzieś iść, albo coś mi pokazać, musiał mnie ciągnąć. Jest strasznie uparty - powiedziałem, po czym czekałem, aż dziewczyna opowie mi o byciu młodszą siostrą.
<Smiley?>
19 mar 2017
White CD Lottie
Oj… się narobiło… myślałem, że w dobre miejsce położyłem. Kurde…
– Nie mogłem się oprzeć – powiedziałem zgodnie z prawda przechodząc do pozycji siedzącej. – Mój portret Ci świetnie wyszedł. Chciałem sprawdzić resztę Twoich dzieł – dodałem dalej się uśmiechając. W sumie ja nie wiem jak bym zareagował, gdyby ktoś mi grzebał po rzeczach. Pewnie najpierw bym się upewnił, czy niczego nie ubyło, ale głupio nazwać droga osobę złodziejem.
– Czyli grzebałeś w moich rzeczach – bardziej stwierdziła niz zapytała, a jej głos był nieco cichy, jakby wstydziła się to powiedzieć, ale koniecznie musiała. Trochę mi głupio było, że tak wyszło. Pierwszy dzień znajomości, a ja już komuś grzebie. Ta… dobre wytłumaczenie, dlaczego inni za mną nie przepadają.
– Tak jakoś wyszło – podrapałem się po karku przez zakłopotanie. Wstałem i raptownie poczułem jak coś mi się wbija w ciało. Od razu wiedziałem, że bło to pióro, które było o wiele za nisko. Kurde… – Ale muszę się powiedzieć, ze na prawdę ślicznie malujesz – uśmiechnąłem się kucając, ponieważ gdy stałem, musiała za bardzo zadzierać głowę do góry, a ja do dołu. – Bedę już wracał do siebie, jest już bardzo późno. Śpij dobrze – powiedziałem z uśmiechem i wyszedłem z jej namiotu nie czekając na żadną odpowiedź. Chciałem jak najszybciej się pozbyć tego, co mi się wbijało między pośladkami. Głupie skrzydła… czy ja się prosiłem o bycie jakimś tam aniołem? No chyba nie. Ale trudno, bez tego nie umiałbym czarować, a moje marzenia o zostaniu wielkim magikiem by przepadły.
Gdy tylko znalazłem się w swoim namiocie rozebrałem się do bielizny i zaczęłam wyjmować wszystkie pióra, które chowałem do dość dużego kufra. Był zapełniony już do połowy, gdy nie będzie już miejsca na kolejne, spalę je i zacznę od nowa. Nie chciałbym, aby ktoś je znalazł i zaczął próbować się dowiedzieć, do kogo lub do czego należą. Zawsze się znajdzie ktoś, kto za wszelką cenę będzie musiał dociec prawdy.
Ubrałem się w luźne ubrania do spania i ukryłem się pod kołdrą zasypiając.
Miałem ciekawy sen. Mój kufer z piórami zniknął, więc ruszyłem na poszukiwania. Cyrk był zadziwiająco pusty, jakby wszyscy się ulotnili przed jakąś wojną. Jedyne co zostawili, to puste namioty, które był porywane przez wiatr. Szedłem drogą z kamieni za piórami, które leżały na ziemi. Dziwne, że wiatr ich nie porywał, ale nie myślałem wtedy nad tym. Wszystkie chowałem do kieszeni, aby nikt inny ich nie znalazł. W końcu dotarłem do urwiska, gdzie na jego samym końcu znajdowała się moja skrzynia. Po zebraniu wszystkich piór podszedłem do skrzyni, aby ja otworzyć, schować tam wszystko i wrócić do namiotu, jednak grunt pod moimi nogami zniknął. Zacząłem spadać, kiedy kufer spadał szybciej i rozbił się o wielki głaz. Cała jego zawartość pofrunęła do góry zamazując mi całą widoczność. Widziałem tylko biel swoich piór, a potem wytworzyłem u siebie skrzydła. Chciałem pofrunąć do góry, aby nie zabić się uderzając o ostre kamienie na ziemi. Chociaż nimi machałem z całych sił, one nic mi nie dały. Dalej spadałem, aż zetknąłem się twarzą z kamieniami.
A rano obudził mnie biały i czarny królik.
– Nie mogłem się oprzeć – powiedziałem zgodnie z prawda przechodząc do pozycji siedzącej. – Mój portret Ci świetnie wyszedł. Chciałem sprawdzić resztę Twoich dzieł – dodałem dalej się uśmiechając. W sumie ja nie wiem jak bym zareagował, gdyby ktoś mi grzebał po rzeczach. Pewnie najpierw bym się upewnił, czy niczego nie ubyło, ale głupio nazwać droga osobę złodziejem.
– Czyli grzebałeś w moich rzeczach – bardziej stwierdziła niz zapytała, a jej głos był nieco cichy, jakby wstydziła się to powiedzieć, ale koniecznie musiała. Trochę mi głupio było, że tak wyszło. Pierwszy dzień znajomości, a ja już komuś grzebie. Ta… dobre wytłumaczenie, dlaczego inni za mną nie przepadają.
– Tak jakoś wyszło – podrapałem się po karku przez zakłopotanie. Wstałem i raptownie poczułem jak coś mi się wbija w ciało. Od razu wiedziałem, że bło to pióro, które było o wiele za nisko. Kurde… – Ale muszę się powiedzieć, ze na prawdę ślicznie malujesz – uśmiechnąłem się kucając, ponieważ gdy stałem, musiała za bardzo zadzierać głowę do góry, a ja do dołu. – Bedę już wracał do siebie, jest już bardzo późno. Śpij dobrze – powiedziałem z uśmiechem i wyszedłem z jej namiotu nie czekając na żadną odpowiedź. Chciałem jak najszybciej się pozbyć tego, co mi się wbijało między pośladkami. Głupie skrzydła… czy ja się prosiłem o bycie jakimś tam aniołem? No chyba nie. Ale trudno, bez tego nie umiałbym czarować, a moje marzenia o zostaniu wielkim magikiem by przepadły.
Gdy tylko znalazłem się w swoim namiocie rozebrałem się do bielizny i zaczęłam wyjmować wszystkie pióra, które chowałem do dość dużego kufra. Był zapełniony już do połowy, gdy nie będzie już miejsca na kolejne, spalę je i zacznę od nowa. Nie chciałbym, aby ktoś je znalazł i zaczął próbować się dowiedzieć, do kogo lub do czego należą. Zawsze się znajdzie ktoś, kto za wszelką cenę będzie musiał dociec prawdy.
Ubrałem się w luźne ubrania do spania i ukryłem się pod kołdrą zasypiając.
Miałem ciekawy sen. Mój kufer z piórami zniknął, więc ruszyłem na poszukiwania. Cyrk był zadziwiająco pusty, jakby wszyscy się ulotnili przed jakąś wojną. Jedyne co zostawili, to puste namioty, które był porywane przez wiatr. Szedłem drogą z kamieni za piórami, które leżały na ziemi. Dziwne, że wiatr ich nie porywał, ale nie myślałem wtedy nad tym. Wszystkie chowałem do kieszeni, aby nikt inny ich nie znalazł. W końcu dotarłem do urwiska, gdzie na jego samym końcu znajdowała się moja skrzynia. Po zebraniu wszystkich piór podszedłem do skrzyni, aby ja otworzyć, schować tam wszystko i wrócić do namiotu, jednak grunt pod moimi nogami zniknął. Zacząłem spadać, kiedy kufer spadał szybciej i rozbił się o wielki głaz. Cała jego zawartość pofrunęła do góry zamazując mi całą widoczność. Widziałem tylko biel swoich piór, a potem wytworzyłem u siebie skrzydła. Chciałem pofrunąć do góry, aby nie zabić się uderzając o ostre kamienie na ziemi. Chociaż nimi machałem z całych sił, one nic mi nie dały. Dalej spadałem, aż zetknąłem się twarzą z kamieniami.
A rano obudził mnie biały i czarny królik.
< Lottie?>
18 mar 2017
White CD Lottie
Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, Lottie już leżała na ziemi. To działo się zbyt szybko; nawet nie zdążyłem wejść na gałąź, kiedy dziewczyna machała nogami patrząc w dół i nagle zleciała razem ze złamaną gałęzią, obijając się chyba po drodze o jeszcze jedną. Cud, że wylądowała na trawie, a nie na kamieniach, nawet, jeśli zieleń dużo nie dała. Szybko zeskoczyłem z drzewa i kucnąłem przy niej. Sprawdziłem jej świadomość poprzez lekkie poruszanie jej, trzymając ją za ramiona. Niestety nie wykazywała żadnych oznak życia i gdyby nie to, że oddychała, a jej serce biło, chyba bym musiał użyć magii, czego nie chcę. Już pominę fakt, że chcę zostać tajemnicą. Pierwsze co mi przyszło w tej chwili na myśl, to pozycja boczna i wezwanie pomocy – w końcu tak mnie uczono. Ale gdy stwierdziłem, że znam ja i takie zamieszanie było by nie potrzebne, wsadziłem jedną rękę pod jej głowę, a drugą pod kolana, po czym delikatnie ją podniosłem. Nie miałem przecież pewności, że Lottie sobie niczego nie złamała. Spadając z drzewa jeden może złamać kark, a drugi może nazbierać parę niegroźnych siniaków. Była trochę ciężka, ale nie zwróciłem na to większej uwagi. Musiałem ją zanieść do namiotu, aby tam doszła do siebie. Droga była dosyć długa, ale nie miałem zamiaru używać skrzydeł. Nie mam pojęcia ile szedłem, ale gdy tylko zobaczyłem światło wiedziałem, ze jestem już blisko.
Położyłem ją na materacu i przykryłem kołdrą. Sam za to odetchnąłem.
– Lekka to nie jesteś – zaśmiałem się patrząc na jej twarzyczkę, po czym wstałem i poszedłem do Pika, który stał na zewnątrz. Zobaczył mnie gdy wchodziłem na teren cyrku.
– To mów, co się stało – mniej więcej wytłumaczyłem mu całą sytuację rozpoczynając od wejścia do domku w drzewie, zahaczając o upadek, a kończąc na przyniesieniu jej tutaj. Pokiwał pomału głową dając mi znać, że wszystko rozumie. – Może lepiej ją popilnuj, tak na wypadek – powiedział.
– Wiem, taki miałem zamiar – uśmiechnąłem się lekko, prawie nie widocznie i wszedłem do namiotu. Dziewczyna w dalszym ciągu leżała na materacu nie ruszając się. Gdyby nie klatka piersiowa, która się unosiła i opadała pomyślałbym, że nie żyje.
Nie myślałem, że szybko się obudzi, dlatego też usiadłem obok niej i pomału przysypiałem. Na początku oglądałem jej parę rysunków, które znalazłem przypadkiem (czyt. grzebałem w jej rzeczach i znalazłem rysunki). Gdy je odłożyłem z powrotem na miejsce, jakby nic się nie stało, poczułem się senny. Nie myśląc dłużej położyłem się obok dziewczyny i zasnąłem nie zabierając jej kołdry.
Położyłem ją na materacu i przykryłem kołdrą. Sam za to odetchnąłem.
– Lekka to nie jesteś – zaśmiałem się patrząc na jej twarzyczkę, po czym wstałem i poszedłem do Pika, który stał na zewnątrz. Zobaczył mnie gdy wchodziłem na teren cyrku.
– To mów, co się stało – mniej więcej wytłumaczyłem mu całą sytuację rozpoczynając od wejścia do domku w drzewie, zahaczając o upadek, a kończąc na przyniesieniu jej tutaj. Pokiwał pomału głową dając mi znać, że wszystko rozumie. – Może lepiej ją popilnuj, tak na wypadek – powiedział.
– Wiem, taki miałem zamiar – uśmiechnąłem się lekko, prawie nie widocznie i wszedłem do namiotu. Dziewczyna w dalszym ciągu leżała na materacu nie ruszając się. Gdyby nie klatka piersiowa, która się unosiła i opadała pomyślałbym, że nie żyje.
Nie myślałem, że szybko się obudzi, dlatego też usiadłem obok niej i pomału przysypiałem. Na początku oglądałem jej parę rysunków, które znalazłem przypadkiem (czyt. grzebałem w jej rzeczach i znalazłem rysunki). Gdy je odłożyłem z powrotem na miejsce, jakby nic się nie stało, poczułem się senny. Nie myśląc dłużej położyłem się obok dziewczyny i zasnąłem nie zabierając jej kołdry.
< Lottie? Nie spodziewałaś się xd>
16 mar 2017
White CD Lottie
Z przyjemnością słuchałem jej śpiewu. Nie dość, że ładny głos, delikatny i wysoki, to jeszcze piękna piosenka. Uśmiechałem się sam do siebie słysząc ten cudowny śpiew ciesząc się zarazem tym, że stała się nieco odważniejsza. Gdybym miał ją prosić na samym początku, aby coś zaśpiewała, zwątpiłbym w to, że by się zgodziła. Oczywiście na samym końcu nie dała mi dojść do słowa, zmieniając od razu temat. Tym razem jednak nie miałem zamiaru siedzieć cicho, nie w tym przypadku.
– Prawie – wpierw odpowiedziałem na jej pytanie, które w sumie brzmiało jak stwierdzenie. – Znowu to zrobiłaś – zauważyłem, ale ona tylko spojrzała na mnie zdziwiona i jakby lekko przestraszona.
– A-ale co? – powiedziała w końcu, gdy cisza się przedłużała.
– No to – zaśmiałem się cicho pod nosem widząc jej bezradność. Przypominała mi teraz małą myszkę w kącie, która jest zagrożona przez kota. – Gdy coś opowiesz albo zrobisz nie czekasz na reakcję, tylko od razu zmieniasz temat – wyjaśniłem jej o co mi chodzi. Lottie tylko odwróciła głowę przed siebie, lekko ją zwiesiła i milczała. Teraz trochę głupio mi było, że ta jej skromność lub strach powróciły, ale nie mogłem się powstrzymać przed powiedzeniem jej tego.
Droga którą szliśmy była pusta, zero ludzi. Taki spokój także mi się podobał, tym bardziej, że Lottie nie miała się przed kim czegokolwiek wstydzić – chyba, że mnie uznawała za takiego kogoś, kto by się z chęcią z kogoś pośmiał. Było już dosyć ciemno, ale księżyc idealnie wszystko oświetlał. Pewnie była dopiero dziewiętnasta, praktycznie o takiej porze roku ciemno się robi po siedemnastej. Ptaki już zamilkły, a na ich miejsce wstąpiły świerszcze, które grały na swoich malutkich skrzypcach. zawsze sobie to wyobrażałem – takie małe zielone owady z miniaturowymi skrzypaczkami, na tle zielonej trawy i gwieździstej nocy.
– Wiem to – powiedziała po długim czasie milczenia, cicho, wstydząc się jakby. Uśmiechnąłem się lekko.
– Byłaś już kiedyś w domku na drzewie? – zapytałem sam zmieniając temat, aby jej bardziej nie pogrążać w strachu, który najwidoczniej się powiększał.
– Dawno temu – podniosła nieco głowę, ale patrzyła na drogę. – Ale chyba jeszcze pamiętam drogę – dodała.
– Ja nigdy nie wiem jak tam dojść, zawsze mi się drogi mylą. – zaśmiałem się krótko. Potem opowiedziałem jej, jak kiedyś przypadkiem zamiast wrócić do domu, wylądowałem na plaży. wybrałem zły kierunek, zamiast w lewo, poszedłem w prawo. Droga wydawała mi się o wiele dłuższa niż zazwyczaj, ale szedłem dalej, aż usłyszałem szum wody. Okazało się, że znalazłem się na starej plaży, na której musiałem nocować. Z samego rana obudziłem się pokryty krabami!
– Prawie – wpierw odpowiedziałem na jej pytanie, które w sumie brzmiało jak stwierdzenie. – Znowu to zrobiłaś – zauważyłem, ale ona tylko spojrzała na mnie zdziwiona i jakby lekko przestraszona.
– A-ale co? – powiedziała w końcu, gdy cisza się przedłużała.
– No to – zaśmiałem się cicho pod nosem widząc jej bezradność. Przypominała mi teraz małą myszkę w kącie, która jest zagrożona przez kota. – Gdy coś opowiesz albo zrobisz nie czekasz na reakcję, tylko od razu zmieniasz temat – wyjaśniłem jej o co mi chodzi. Lottie tylko odwróciła głowę przed siebie, lekko ją zwiesiła i milczała. Teraz trochę głupio mi było, że ta jej skromność lub strach powróciły, ale nie mogłem się powstrzymać przed powiedzeniem jej tego.
Droga którą szliśmy była pusta, zero ludzi. Taki spokój także mi się podobał, tym bardziej, że Lottie nie miała się przed kim czegokolwiek wstydzić – chyba, że mnie uznawała za takiego kogoś, kto by się z chęcią z kogoś pośmiał. Było już dosyć ciemno, ale księżyc idealnie wszystko oświetlał. Pewnie była dopiero dziewiętnasta, praktycznie o takiej porze roku ciemno się robi po siedemnastej. Ptaki już zamilkły, a na ich miejsce wstąpiły świerszcze, które grały na swoich malutkich skrzypcach. zawsze sobie to wyobrażałem – takie małe zielone owady z miniaturowymi skrzypaczkami, na tle zielonej trawy i gwieździstej nocy.
– Wiem to – powiedziała po długim czasie milczenia, cicho, wstydząc się jakby. Uśmiechnąłem się lekko.
– Byłaś już kiedyś w domku na drzewie? – zapytałem sam zmieniając temat, aby jej bardziej nie pogrążać w strachu, który najwidoczniej się powiększał.
– Dawno temu – podniosła nieco głowę, ale patrzyła na drogę. – Ale chyba jeszcze pamiętam drogę – dodała.
– Ja nigdy nie wiem jak tam dojść, zawsze mi się drogi mylą. – zaśmiałem się krótko. Potem opowiedziałem jej, jak kiedyś przypadkiem zamiast wrócić do domu, wylądowałem na plaży. wybrałem zły kierunek, zamiast w lewo, poszedłem w prawo. Droga wydawała mi się o wiele dłuższa niż zazwyczaj, ale szedłem dalej, aż usłyszałem szum wody. Okazało się, że znalazłem się na starej plaży, na której musiałem nocować. Z samego rana obudziłem się pokryty krabami!
< Lottie? Okropny brak weny…>
14 mar 2017
White CD Lottie
Widząc jej natychmiastową zmianę nastroju uśmiechnąłem się miło i postanowiłem nie drążyć tego tematu widząc jej nieśmiałość i chęć zmiany tematu. Chociaż… trochę mi jej było szkoda. Raptownie zrozumiałem tą jej nieśmiałość i ruchy aspołeczne. Ojciec nie wiadomo gdzie, a matka… nie będę nikogo wyzywał, dlatego zostanę przy określeniu „wyrodna”. A jej brat to był na prawdę dupek. Nie znosiłem takich ludzi. Momentalnie miałem ochotę zapytać ją o adres, aby pogadać sobie z tym facetem, ale gdy dochodził do mnie nie tylko fakt, że to bez sensu, to na dodatek uciekła z domu dawno temu. W każdej chwili mogli zmienić swoje miejsce zamieszkania, po za tym nie wiadomo nawet, czy Lottie jeszcze pamięta dokładny adres. Nie ważne.
– Oczywiście – zgodziłem się słowem nie wspominając o jej historii. Tak bardzo było mi jej szkoda, chociaż gdy pokazała mi swoje rany, miałem ochotę ją stuknąć w główkę. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy robią sobie krzywdę, żeby ulżyć sobie psychicznie. No dobra, wyobrazić to sobie mogłem, ale nigdy w życiu sam bym tego sobie nie zrobił, bo dla mnie to jest głupie i słabe. Ale na ten temat też się nie odzywałem.
Zeszliśmy z mostu i zaczęliśmy się kierować do wybranego miejsca. Chwila milczenia wydawała mi się wiekiem, który przeciągał się w nieskończoność. Pierwszy raz nie wiedziałem zbyt jak pocieszyć osóbkę, nigdy nie spotkałem się z kimś, kto miał takie dzieciństwo. No dobra, słyszałem o takich dzieciach, które miały nawet gorzej niż Lottie, ale spotkanie takiej osoby… jest zupełnie inne.
– Jak byłem mały, lubiłem chodzić po drzewach – powiedziałem w końcu nie wytrzymując tego napięcia, które ciągnęło się nie wiadomo przez ile. Lottie spojrzała na mnie, ale tylko kątem oka i na chwile.
– Jak taka mała małpka? – widziałem jak się lekko uśmiecha, ale po sekundzie ta mina zamieniła się znowu w mały strach. Zaśmiałam się cicho i dalej uśmiechałem, chciałem jej dodać tym trochę więcej odwagi pokazując jej, że lubię ją, jest zabawna i miło mi się z nią spędza czas. W sumie… to była prawda. Polubiłem ją, bo jest miła. Jest zabawna, tylko szybko z tego rezygnuje. Miło się z nią spędzało czas, to też było prawdą.
– Tak – przyznałem jej rację. – Brakuje tylko ogona i łapania się gałęzi nogami. Najlepiej gdy wisisz do góry nogami i nie możesz zejść – zaśmiałem się, w końcu i Lottie też to zrobiła, co mi się spodobała. Miała ładny uśmiech, szkoda, że tak rzadko się uśmiechała. Trzeba by ją jakoś rozbawić… – Pamiętam, jak kiedyś bawiłem się w wiewiórkę – zacząłem opowiadać. – Byłem wtedy mały i myślałem, że uda mi się wejść do dziupli jak wiewiórce. Utknąłem! – zaśmiałem się głośno. – Jedynie tył wisiał sobie bezwładnie na drzewie, kiedy cały przód utknął w drzewie – dodałem.
– Oczywiście – zgodziłem się słowem nie wspominając o jej historii. Tak bardzo było mi jej szkoda, chociaż gdy pokazała mi swoje rany, miałem ochotę ją stuknąć w główkę. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy robią sobie krzywdę, żeby ulżyć sobie psychicznie. No dobra, wyobrazić to sobie mogłem, ale nigdy w życiu sam bym tego sobie nie zrobił, bo dla mnie to jest głupie i słabe. Ale na ten temat też się nie odzywałem.
Zeszliśmy z mostu i zaczęliśmy się kierować do wybranego miejsca. Chwila milczenia wydawała mi się wiekiem, który przeciągał się w nieskończoność. Pierwszy raz nie wiedziałem zbyt jak pocieszyć osóbkę, nigdy nie spotkałem się z kimś, kto miał takie dzieciństwo. No dobra, słyszałem o takich dzieciach, które miały nawet gorzej niż Lottie, ale spotkanie takiej osoby… jest zupełnie inne.
– Jak byłem mały, lubiłem chodzić po drzewach – powiedziałem w końcu nie wytrzymując tego napięcia, które ciągnęło się nie wiadomo przez ile. Lottie spojrzała na mnie, ale tylko kątem oka i na chwile.
– Jak taka mała małpka? – widziałem jak się lekko uśmiecha, ale po sekundzie ta mina zamieniła się znowu w mały strach. Zaśmiałam się cicho i dalej uśmiechałem, chciałem jej dodać tym trochę więcej odwagi pokazując jej, że lubię ją, jest zabawna i miło mi się z nią spędza czas. W sumie… to była prawda. Polubiłem ją, bo jest miła. Jest zabawna, tylko szybko z tego rezygnuje. Miło się z nią spędzało czas, to też było prawdą.
– Tak – przyznałem jej rację. – Brakuje tylko ogona i łapania się gałęzi nogami. Najlepiej gdy wisisz do góry nogami i nie możesz zejść – zaśmiałem się, w końcu i Lottie też to zrobiła, co mi się spodobała. Miała ładny uśmiech, szkoda, że tak rzadko się uśmiechała. Trzeba by ją jakoś rozbawić… – Pamiętam, jak kiedyś bawiłem się w wiewiórkę – zacząłem opowiadać. – Byłem wtedy mały i myślałem, że uda mi się wejść do dziupli jak wiewiórce. Utknąłem! – zaśmiałem się głośno. – Jedynie tył wisiał sobie bezwładnie na drzewie, kiedy cały przód utknął w drzewie – dodałem.
< Lottie? Udało się? xd>
12 mar 2017
White CD Lottie
Cholerne pióro. Pewnie mi wyślizgnęło się z pomiędzy ubrania, kiedy łapałem dziewczynę. Kurde... Przynajmniej wiem, że jest inteligentna, skoro stwierdziła, ze nie ma tu żadnych ptaków, a tym bardziej o takiej wielkości. Kurde... Oczywiście nie dałem po sobie poznać, że coś jest nie tak. Zamiast tego uśmiechnąłem się miło.
- To moje pióro - głupio postąpiłem? Raczej nie. Po części mówię w tej chwili prawdę, widząc jej zdziwioną minę.
- Nie rozumiem... - mruknęła cicho pod nosem, a ja od razu pospieszyłem z wytłumaczeniami.
- Lubię ptaki i zbieram ich pióra. Jeszcze nie rozgryzłem do kogo to pióro należy - powiedziałem pewny siebie. Mój młodszy braciszek i ojciec zawsze powtarzali, że jestem świetnym aktorem, dlatego tez nie bałem się o to, że Lottie mi nie uwierzy. Po za tym mówiłem bardzo przekonująco, bez żadnego zatrzymania i spokojnym głosem. Chwilę milczała przyglądając się to mi, to białemu piórkowi, które po chwili wyciągnęła w moją stronę.
- Proszę - oddała mi je, a ja schowałem je do kieszeni modląc się, aby mi kolejne nie wypadły. I tak nie mam zamiaru używać skrzydeł, nie potrzebuje ich. Po za tym, muszę się ukrywać. Co jeśli ktoś zobaczy człowieka z białymi skrzydłami? Moja kariera magika od razu może prysnąć, a zastąpić to mogą eksperymenty, które by miały wytłumaczyć, skąd ja mam skrzydła.
- Dziękuje.
- A gdzie je znalazłeś? - zapytała trochę bardziej odważniej. Podszedłem do barierki i spojrzałem na piękne lilię. Od zawsze uwielbiałem kwiaty, ich zapach wabił mnie niczym pszczołę. Zamknąłem na chwilę oczy ciesząc się chwilą, ale nie czekałem z odpowiedzią.
- Daleko stąd. W całkowicie innym mieście, gdzie przeżyłem swoje dzieciństwo - czy ładnie tak kłamać? To się nie liczyło, bo tajemnice trzeba ukrywać. Nie ufam jej na tyle, w sumie... inaczej to ujmę. Nie ufam nikomu na tyle, aby podzielić się z kimkolwiek ta ważną informacją o mojej magii. Jest to rodzinny sekret, który strzeże nawet jego młodszy braciszek Collin. A skoro on daje radę, to dlaczego mi by się miało nie udać?
- Skąd jesteś? - mówiła dalej cicho, jakby niepewnie, ale w porównaniu do tamtego milczenia i jej jąkania się, wydawało mi się, że stała się chociaż trochę odważniejsza w słowach. Po części to jąkanie i niepewność siebie było na swój sposób uroczę.
- Z Francji. Wspaniałe miasto, piękne - i z przyzwyczajenia zacząłem opowiadać o tym kraju. Najdziwniejsza rzeczą były oczywiście ślimaki, które swoją drogą były bardzo dobre. Miałem do nich słabość, chociaż innych one brzydziły. Ale w końcu jestem Francuzem w stu procentach, prawda? No dobra, w dziewięćdziesięciu. Te dziesięć procent do angielskie korzenie po matce. - Zostawiłem tak ojca i młodszego brata, ale często do nich dzwonię - powiedziałem przypominając sobie tego staruszka, który zawsze był przy mnie, oraz tego małego denerwującego bachora, który zawsze za mną łaził i był strasznie rozgadany. Nie raz niespodzianka się nie udała, przez jego długi język. - Jestem ciekaw, co z matką. Nie widziałem jej od paru ładnych lat. Zniknęła pewnego dnia i dalej nie ma po niej śladu - powiedziałem trochę mniej weselej. Naprawdę chciałbym ją jeszcze raz zobaczyć, przytulić się do niej, poczuć jej ulubione perfumy i usłyszeć ten kojący głos. Ale czy to wszystko jeszcze wróci? Nigdy nie traciłem nadziei.
Dalej przyglądałem się białym kwiatom, które znajdowały ie na powierzchnie wody. Lottie także opierała się o barierkę i tym razem bez wychylania się oglądała ten piękny krajobraz, który na pewno zapadnie mi w pamięci.
- A ty skąd jesteś? - zapytałem, gdy cisza zaczynała się nieco przedłużać. Chciałem ją trochę poznać, wydawała się miła i przyjazną osobą, a do tego zabawną.
- To moje pióro - głupio postąpiłem? Raczej nie. Po części mówię w tej chwili prawdę, widząc jej zdziwioną minę.
- Nie rozumiem... - mruknęła cicho pod nosem, a ja od razu pospieszyłem z wytłumaczeniami.
- Lubię ptaki i zbieram ich pióra. Jeszcze nie rozgryzłem do kogo to pióro należy - powiedziałem pewny siebie. Mój młodszy braciszek i ojciec zawsze powtarzali, że jestem świetnym aktorem, dlatego tez nie bałem się o to, że Lottie mi nie uwierzy. Po za tym mówiłem bardzo przekonująco, bez żadnego zatrzymania i spokojnym głosem. Chwilę milczała przyglądając się to mi, to białemu piórkowi, które po chwili wyciągnęła w moją stronę.
- Proszę - oddała mi je, a ja schowałem je do kieszeni modląc się, aby mi kolejne nie wypadły. I tak nie mam zamiaru używać skrzydeł, nie potrzebuje ich. Po za tym, muszę się ukrywać. Co jeśli ktoś zobaczy człowieka z białymi skrzydłami? Moja kariera magika od razu może prysnąć, a zastąpić to mogą eksperymenty, które by miały wytłumaczyć, skąd ja mam skrzydła.
- Dziękuje.
- A gdzie je znalazłeś? - zapytała trochę bardziej odważniej. Podszedłem do barierki i spojrzałem na piękne lilię. Od zawsze uwielbiałem kwiaty, ich zapach wabił mnie niczym pszczołę. Zamknąłem na chwilę oczy ciesząc się chwilą, ale nie czekałem z odpowiedzią.
- Daleko stąd. W całkowicie innym mieście, gdzie przeżyłem swoje dzieciństwo - czy ładnie tak kłamać? To się nie liczyło, bo tajemnice trzeba ukrywać. Nie ufam jej na tyle, w sumie... inaczej to ujmę. Nie ufam nikomu na tyle, aby podzielić się z kimkolwiek ta ważną informacją o mojej magii. Jest to rodzinny sekret, który strzeże nawet jego młodszy braciszek Collin. A skoro on daje radę, to dlaczego mi by się miało nie udać?
- Skąd jesteś? - mówiła dalej cicho, jakby niepewnie, ale w porównaniu do tamtego milczenia i jej jąkania się, wydawało mi się, że stała się chociaż trochę odważniejsza w słowach. Po części to jąkanie i niepewność siebie było na swój sposób uroczę.
- Z Francji. Wspaniałe miasto, piękne - i z przyzwyczajenia zacząłem opowiadać o tym kraju. Najdziwniejsza rzeczą były oczywiście ślimaki, które swoją drogą były bardzo dobre. Miałem do nich słabość, chociaż innych one brzydziły. Ale w końcu jestem Francuzem w stu procentach, prawda? No dobra, w dziewięćdziesięciu. Te dziesięć procent do angielskie korzenie po matce. - Zostawiłem tak ojca i młodszego brata, ale często do nich dzwonię - powiedziałem przypominając sobie tego staruszka, który zawsze był przy mnie, oraz tego małego denerwującego bachora, który zawsze za mną łaził i był strasznie rozgadany. Nie raz niespodzianka się nie udała, przez jego długi język. - Jestem ciekaw, co z matką. Nie widziałem jej od paru ładnych lat. Zniknęła pewnego dnia i dalej nie ma po niej śladu - powiedziałem trochę mniej weselej. Naprawdę chciałbym ją jeszcze raz zobaczyć, przytulić się do niej, poczuć jej ulubione perfumy i usłyszeć ten kojący głos. Ale czy to wszystko jeszcze wróci? Nigdy nie traciłem nadziei.
Dalej przyglądałem się białym kwiatom, które znajdowały ie na powierzchnie wody. Lottie także opierała się o barierkę i tym razem bez wychylania się oglądała ten piękny krajobraz, który na pewno zapadnie mi w pamięci.
- A ty skąd jesteś? - zapytałem, gdy cisza zaczynała się nieco przedłużać. Chciałem ją trochę poznać, wydawała się miła i przyjazną osobą, a do tego zabawną.
<Lottie?>
White CD Smiley
Od czego by tu zacząć? Patrzyłem na mapkę i oglądałem wszystkie atrakcje. Od razu zapamiętałem gdzie się znajdował popcorn i wata cukrowa, bo to jest najważniejsze! Bynajmniej dla mnie. Po minucie wskazałem dziewczynie pewien punkt.
- Zacznijmy od Mix Machine - zaproponowałem, a ona się zgodziła. Zwinęliśmy mapę i wziąłem ją do kieszeni. Poszliśmy do kasy, gdzie kupiliśmy dwa żetony na tą atrakcję. Były to kopuły, w których czułeś się jak w pralce, obracały się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Uwielbiam takie zabawy, nigdy w życiu nie zwymiotowałem, a takie coś sprawia mi tylko radość.
Poczekaliśmy chwilę w kolejce, a przez ten czas omówiliśmy, gdzie możemy pójść dalej. Wybraliśmy Beczkę Śmiechu, Pokój Luster i Rollercoaster, a po tym mieliśmy zamiar coś zjeść. I tak było. We wszystkich przypadkach świetnie się bawiłem. Uwielbiałem się kręcić, śmiać się z własnego zniekształconego odbicia, czuć się, jakby świat stanął do góry nogami i zakończyć to wszystko ogromną kolejką górską!
- Uwielbiam takie atrakcje - powiedziałem, gdy kupowaliśmy żetony na kolejkę. Smiley przyznała mi rację, po czym stanęliśmy do kolejki. - A po tym możemy kupić watę cukrową i się przejść - zaproponowałem, a ona się zgodziła. Po paru minutach czekania i ciągłej rozmowy na różne tematy, wsiedliśmy na sam początek kolejki. Zawsze wolałem siadać z przodu, ponieważ gdybyśmy siedzieli z tyłu i ktoś by zwymiotował, nie było by za przyjemnie. Dlatego zawsze wybieram miejsca z przodu.
- Zacznijmy od Mix Machine - zaproponowałem, a ona się zgodziła. Zwinęliśmy mapę i wziąłem ją do kieszeni. Poszliśmy do kasy, gdzie kupiliśmy dwa żetony na tą atrakcję. Były to kopuły, w których czułeś się jak w pralce, obracały się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Uwielbiam takie zabawy, nigdy w życiu nie zwymiotowałem, a takie coś sprawia mi tylko radość.
Poczekaliśmy chwilę w kolejce, a przez ten czas omówiliśmy, gdzie możemy pójść dalej. Wybraliśmy Beczkę Śmiechu, Pokój Luster i Rollercoaster, a po tym mieliśmy zamiar coś zjeść. I tak było. We wszystkich przypadkach świetnie się bawiłem. Uwielbiałem się kręcić, śmiać się z własnego zniekształconego odbicia, czuć się, jakby świat stanął do góry nogami i zakończyć to wszystko ogromną kolejką górską!
- Uwielbiam takie atrakcje - powiedziałem, gdy kupowaliśmy żetony na kolejkę. Smiley przyznała mi rację, po czym stanęliśmy do kolejki. - A po tym możemy kupić watę cukrową i się przejść - zaproponowałem, a ona się zgodziła. Po paru minutach czekania i ciągłej rozmowy na różne tematy, wsiedliśmy na sam początek kolejki. Zawsze wolałem siadać z przodu, ponieważ gdybyśmy siedzieli z tyłu i ktoś by zwymiotował, nie było by za przyjemnie. Dlatego zawsze wybieram miejsca z przodu.
<Smiley?>
9 mar 2017
White CD Lottie
Uśmiechnąłem się. Była taka cicha, praktycznie nic nie mówiła. Nie sądziłem, że zaprosi mnie na spacer, co w sumie mi odpowiadało. Zabawnie się jąkała, było to w pewien sposób urocze, gdy potem schowała twarz za kołdrą.
- Chodź, chętnie się z tobą przespaceruje - wstałem i wyciągnąłem w jej stronę rękę, aby pomóc jej wstać. Ojciec zawsze mnie uczył, że należy mieć szacunek do każdej kobiety. Ja jednak trzymam się wersji, ze należy mieć taki sam szacunek, jak druga osoba do ciebie. A ponieważ dziewczyna wydawała się miła, ja także miałem zamiar taki być.
Dość długo zwlekała, jakby się bała mnie dotknąć. Było to nieco dziwne, czyżby była taka nie śmiała? W końcu jednak wyciągnęła w moją stronę rękę, a ja jej pomogłem wstać. Była lekko czerwona. Wyszliśmy z namiotu i od razu poczułem mały chłód, który uwielbiałem, ponieważ czułem się orzeźwiony, jakbym wykąpał się w letniej wodzie. Mi to zawsze poprawia humor, czuje się wtedy świetnie.
- Wolisz iść w stronę miasta, czy lasu? - zapytałem. - Chociaż... wiem! - dodałem szybko przypominając sobie o czymś. - Zabiorę cię gdzie pomiędzy, zobaczysz, jak tam pięknie - wytłumaczyłem. Dziewczyna jedynie pokiwała głową chowając ręce do kieszeni i zwieszając głowę do góry. chwilę na nią patrzyłem kątem oka, zastanawiając się, jak by ją tu zachęcić do rozmowy. Milczenie było dość nie zręczne, a nie byłem pewny, jaki temat mógłbym zacząć, aby jej nie spłoszyć. Wydawała się taka mała i delikatna, a do tego małomówna.
- Masz jakiegoś zwierzaka? - zapytałem przypominając sobie o tym, że była treserką. Od razu wspomniałem sobie w myślach tą akcję z królikiem, który ukradł moje imię.
- Yhym - pokiwała twierdząco głowa. - Dwa króliki - powiedziałam. Zapytałem o ich imię. - Chloe i Zoe - przedstawiła je, a ja z ulgą pomyślałem, ze moje imię jest na razie bezpieczne. Hm... co by tu zrobić z tamtym zwierzakiem? Wiem! Będzie moim króliczkiem magika.
- Ja chciałem mieć lisa śnieżnego, uwielbiam białe puchate stworzonka - wyjawiłem, po czym podrapałem się po brzuchu. Znowu mnie coś uwierało, jestem pewny, że to kolejne pióro. Gdy wrócę do namiotu, znowu będę musiał je powyjmować. Jestem ciekaw, skąd one wyłażą... Wiem, że jest to oznaką nie używania skrzydeł, które dają o sobie znać, ale jakim cudem one się pojawiają? Nie ważne.
Zaprowadziłem dziewczynę nad Jezioro Życzeń. Stanęliśmy na wilkiem mostem, a w taka noc jak ta, to wszystko było przepiękne. Rozgwieżdżone niebo odbijało się w tafli wody, gdzie to pływały sobie spokojnie kwiaty lilii. Zawsze uważałem, ze są one piękne, a każda jest jedyna w swoim rodzaju, nawet, jeśli każda jest taka sama.
- Byłaś tu już? - zapytałem spoglądając na dziewczynę, która stanęła na palcach, aby wychylić się i spojrzeć w wodę.
- Chodź, chętnie się z tobą przespaceruje - wstałem i wyciągnąłem w jej stronę rękę, aby pomóc jej wstać. Ojciec zawsze mnie uczył, że należy mieć szacunek do każdej kobiety. Ja jednak trzymam się wersji, ze należy mieć taki sam szacunek, jak druga osoba do ciebie. A ponieważ dziewczyna wydawała się miła, ja także miałem zamiar taki być.
Dość długo zwlekała, jakby się bała mnie dotknąć. Było to nieco dziwne, czyżby była taka nie śmiała? W końcu jednak wyciągnęła w moją stronę rękę, a ja jej pomogłem wstać. Była lekko czerwona. Wyszliśmy z namiotu i od razu poczułem mały chłód, który uwielbiałem, ponieważ czułem się orzeźwiony, jakbym wykąpał się w letniej wodzie. Mi to zawsze poprawia humor, czuje się wtedy świetnie.
- Wolisz iść w stronę miasta, czy lasu? - zapytałem. - Chociaż... wiem! - dodałem szybko przypominając sobie o czymś. - Zabiorę cię gdzie pomiędzy, zobaczysz, jak tam pięknie - wytłumaczyłem. Dziewczyna jedynie pokiwała głową chowając ręce do kieszeni i zwieszając głowę do góry. chwilę na nią patrzyłem kątem oka, zastanawiając się, jak by ją tu zachęcić do rozmowy. Milczenie było dość nie zręczne, a nie byłem pewny, jaki temat mógłbym zacząć, aby jej nie spłoszyć. Wydawała się taka mała i delikatna, a do tego małomówna.
- Masz jakiegoś zwierzaka? - zapytałem przypominając sobie o tym, że była treserką. Od razu wspomniałem sobie w myślach tą akcję z królikiem, który ukradł moje imię.
- Yhym - pokiwała twierdząco głowa. - Dwa króliki - powiedziałam. Zapytałem o ich imię. - Chloe i Zoe - przedstawiła je, a ja z ulgą pomyślałem, ze moje imię jest na razie bezpieczne. Hm... co by tu zrobić z tamtym zwierzakiem? Wiem! Będzie moim króliczkiem magika.
- Ja chciałem mieć lisa śnieżnego, uwielbiam białe puchate stworzonka - wyjawiłem, po czym podrapałem się po brzuchu. Znowu mnie coś uwierało, jestem pewny, że to kolejne pióro. Gdy wrócę do namiotu, znowu będę musiał je powyjmować. Jestem ciekaw, skąd one wyłażą... Wiem, że jest to oznaką nie używania skrzydeł, które dają o sobie znać, ale jakim cudem one się pojawiają? Nie ważne.
Zaprowadziłem dziewczynę nad Jezioro Życzeń. Stanęliśmy na wilkiem mostem, a w taka noc jak ta, to wszystko było przepiękne. Rozgwieżdżone niebo odbijało się w tafli wody, gdzie to pływały sobie spokojnie kwiaty lilii. Zawsze uważałem, ze są one piękne, a każda jest jedyna w swoim rodzaju, nawet, jeśli każda jest taka sama.
- Byłaś tu już? - zapytałem spoglądając na dziewczynę, która stanęła na palcach, aby wychylić się i spojrzeć w wodę.
<Lottie? Mały brak weny>
4 mar 2017
White CD Smiley
Odwzajemniłem uśmiech.
- Na pewno ci się uda - powiedziałem szczerze. Gdy ona próbowała iść nurkiem, ja wybrałem zwykła drogę na chodniku, która mi o wiele bardziej odpowiadała. Byłem magikiem, nie akrobatą, żeby chodzić po murach czy linach. Chociaż na takiej grubości muru, po jakim ona teraz stąpała, być może bym sobie poradził. Jestem świetny w utrzymaniu równowagi.
Po paru sekundach dziewczyna zbliżała się do końca, niestety nogę postawiła w złym miejscu, przez co noga jej się wyślizgnęła. Byłem obok, więc łatwo ją złapałem.
- Dziękuje - powiedziała, a ja ją postawiłem na nogi. - Może następnym razem będę miała szczęście - stwierdziła. Przytaknąłem i ruszyliśmy w stronę rynku, gdzie to znajdowało się najwięcej ludzi, którzy poszukiwali tego, co najlepsze. Było tu wiele straganów - z owocami, warzywami, upominkami, figurkami, butami, koszulkami, nożykami, garnkami. Po prostu wiele. Ja sam prawie nigdy nic tu nie kupuje, jedzenie mam w bufecie, a takie małe pierdółki potrafię sam sobie wyczarować, jeśli tego chce.
- Tutaj zawsze jest taki tłok? - zapytałem, a dziewczyna przytaknęła, po czym wyciągnęła mnie z tłumu, który zaczynał mnie gnieść. Byłem bliski użycia jakiegoś zaklęcia, ale się powstrzymałem, gdy Smiley zabrała mnie w bardziej wolne miejsce. Rozejrzałem się, a ku moim oczom ukazała się kolejka górska. - Co powiesz na wesołe miasteczko? Dawno nie byłem - zaproponowałem.
- Na pewno ci się uda - powiedziałem szczerze. Gdy ona próbowała iść nurkiem, ja wybrałem zwykła drogę na chodniku, która mi o wiele bardziej odpowiadała. Byłem magikiem, nie akrobatą, żeby chodzić po murach czy linach. Chociaż na takiej grubości muru, po jakim ona teraz stąpała, być może bym sobie poradził. Jestem świetny w utrzymaniu równowagi.
Po paru sekundach dziewczyna zbliżała się do końca, niestety nogę postawiła w złym miejscu, przez co noga jej się wyślizgnęła. Byłem obok, więc łatwo ją złapałem.
- Dziękuje - powiedziała, a ja ją postawiłem na nogi. - Może następnym razem będę miała szczęście - stwierdziła. Przytaknąłem i ruszyliśmy w stronę rynku, gdzie to znajdowało się najwięcej ludzi, którzy poszukiwali tego, co najlepsze. Było tu wiele straganów - z owocami, warzywami, upominkami, figurkami, butami, koszulkami, nożykami, garnkami. Po prostu wiele. Ja sam prawie nigdy nic tu nie kupuje, jedzenie mam w bufecie, a takie małe pierdółki potrafię sam sobie wyczarować, jeśli tego chce.
- Tutaj zawsze jest taki tłok? - zapytałem, a dziewczyna przytaknęła, po czym wyciągnęła mnie z tłumu, który zaczynał mnie gnieść. Byłem bliski użycia jakiegoś zaklęcia, ale się powstrzymałem, gdy Smiley zabrała mnie w bardziej wolne miejsce. Rozejrzałem się, a ku moim oczom ukazała się kolejka górska. - Co powiesz na wesołe miasteczko? Dawno nie byłem - zaproponowałem.
<Smiley? Brak weny>
25 lut 2017
White CD Smiley
Zaśmiałem się i uważnie przyjrzałem się słodkiemu pieskowi, która chyba chciała to, co miałem w kieszeni. Miała takie śliczne oczęta, że nikt by się nie powstrzymał, przed choćby pogłaskaniem tego cudownego stworzenia. Dziewczyna trzymała pupila na rękach, który w dalszym ciągu merdał ogonem i patrzył na mnie szczenięcymi oczkami.
- Wie co robić - pogłaskałem suczkę, po czym wsadziłem dłoń do kieszeni. Powyjmowałem z niej parę rzeczy, jak telefon, chusteczki, jakąś kartkę, gwizdek i małą piłeczkę. - Kieszenie zawsze mam pełne - wytłumaczyłem się z uśmiechem. W końcu wyjąłem stamtąd to, co chciałem. - Mądra, skoro wiedziała, że coś mam - przybliżyłam do niej dwa smakołyki dla psów, a różowo włosa postawiła ją na ziemi. Mogła zjeść spokojnie, dalej szczęśliwie merdając ogonem.
- Masz psa? - zapytała, na co pokręciłam głową.
- W kieszeni zawsze mam smakołyki dla psów, bo okazuje się, że wiele zwierząt je lubi, a ja lubię je karmić - powiedziałem. Gdy psina zjadła swoje smakołyki, stanęła na dwóch łapach, a przednimi zatrzymała się na moich nogach.
- Bisca - Smiley chciała zabrać swojego pupila, ale ja ja pogłaskałem.
- Nie szkodzi, przecież lubię zwierzęta, więc mi nie przeszkadzają - uśmiechnąłem się drapiąc ją po głowie, a gdy zabrałem rękę, wróciła do swojej pani. - Czym się zajmujesz w cyrku? - zapytałem chowając wszystkie rzeczy do kieszeni, ponieważ tą drugą miałem tak zapchaną, że gwizdek mi zwisał na małym sznureczku i był gotów mnie opuścić.
- Zazwyczaj robię różne akrobacje ze zwierzętami, ale uczę się także sztuczek na linie - uśmiechnęła się. - A ty? - wyjąłem ręce z kieszeni, którzy były zapełnione tylko do połowy. Gdy pójdę na rynek, pewnie będą zapchane po brzegi. Nie przeszkadzało mi to nigdy, ponieważ nie posiadać jedynie kiszeni w spodniach.
- Jestem magikiem - ukłoniłem się teatralnie, a następnie wykonałem podstawową sztuczkę, czyli wyjęcie pięknych kwiatów z rękawa dla damy. Dziewczyn się zaśmiała.
- Śliczne - przyjęła podarunek.
- Ciesze się, że ci się podobają, jednak mam zamiar pójść jeszcze do miasta - wyprostowałem się i mówiłem już swoim normalnym głosem. - Może byś chciała pójść ze mną? W grupie zawsze raźniej - zaproponowałem.
- Wie co robić - pogłaskałem suczkę, po czym wsadziłem dłoń do kieszeni. Powyjmowałem z niej parę rzeczy, jak telefon, chusteczki, jakąś kartkę, gwizdek i małą piłeczkę. - Kieszenie zawsze mam pełne - wytłumaczyłem się z uśmiechem. W końcu wyjąłem stamtąd to, co chciałem. - Mądra, skoro wiedziała, że coś mam - przybliżyłam do niej dwa smakołyki dla psów, a różowo włosa postawiła ją na ziemi. Mogła zjeść spokojnie, dalej szczęśliwie merdając ogonem.
- Masz psa? - zapytała, na co pokręciłam głową.
- W kieszeni zawsze mam smakołyki dla psów, bo okazuje się, że wiele zwierząt je lubi, a ja lubię je karmić - powiedziałem. Gdy psina zjadła swoje smakołyki, stanęła na dwóch łapach, a przednimi zatrzymała się na moich nogach.
- Bisca - Smiley chciała zabrać swojego pupila, ale ja ja pogłaskałem.
- Nie szkodzi, przecież lubię zwierzęta, więc mi nie przeszkadzają - uśmiechnąłem się drapiąc ją po głowie, a gdy zabrałem rękę, wróciła do swojej pani. - Czym się zajmujesz w cyrku? - zapytałem chowając wszystkie rzeczy do kieszeni, ponieważ tą drugą miałem tak zapchaną, że gwizdek mi zwisał na małym sznureczku i był gotów mnie opuścić.
- Zazwyczaj robię różne akrobacje ze zwierzętami, ale uczę się także sztuczek na linie - uśmiechnęła się. - A ty? - wyjąłem ręce z kieszeni, którzy były zapełnione tylko do połowy. Gdy pójdę na rynek, pewnie będą zapchane po brzegi. Nie przeszkadzało mi to nigdy, ponieważ nie posiadać jedynie kiszeni w spodniach.
- Jestem magikiem - ukłoniłem się teatralnie, a następnie wykonałem podstawową sztuczkę, czyli wyjęcie pięknych kwiatów z rękawa dla damy. Dziewczyn się zaśmiała.
- Śliczne - przyjęła podarunek.
- Ciesze się, że ci się podobają, jednak mam zamiar pójść jeszcze do miasta - wyprostowałem się i mówiłem już swoim normalnym głosem. - Może byś chciała pójść ze mną? W grupie zawsze raźniej - zaproponowałem.
<Smiley?>
20 lut 2017
White CD Smiley
Miasto do cna zrujnowane. Koszmar. Gdzie nie spojrzysz wiszą jakieś liany, albo dziwne rośliny, których nazw nie znam. Wszystko jest jedną wielką ruiną. Tylko mech pokrywał znaczną powierzchnie tego obozu, czyli roślina która nie została w żaden sposób zmutowana czy całkowicie zniszczona. Budynki walały się, tym samym opierając drugie budowle i ratując nas wszystkich przed całkowitym zawaleniem. To ostatnie miejsce gdzie można się skryć od tych trupów. No tak jakby. Gdy przechodziłam jakąś ciemną uliczką, do której słońce ciężko dochodziło, widziałam nie tylko martwych ludzi, kości czy padliny, ale także wijące się po ziemi, czy chowające się w ścianach truposze, zwane zombie. Gdy przemierzałam to miejsce jak zawsze lewitując, zabijałam to wszystko swoją kochaną gitarą, z ostrymi brzegami jak topór. Nim spojrzysz, że coś cię atakuje, to już nie żyło. Słychać było tylko charakterystyczny dźwięk cięcia metalu oraz upadek głowy na ziemię. Tak, obcinałam ciągle głowy, gdyż według mnie to najlepsze sposób na pozbycie się tych potworów. Niby łatwo jest je zabić, jednak są ich całe miliony, nikt by nie dał rade pozabijać wszystkich na całym świecie. Musiałby posiadać wiele bomb, aby wysadzać te ciała, chociaż i to jest wątpliwe zwycięstwo.
Podczas mojego spacerku, usłyszałem hałas. I nie był to zombie. Gdyby tak było, opadanie gruzu byłoby głośniejsze i towarzyszyłby ku temu charakterystyczny dźwięk umarlaka, któremu coś przebiło ciało. Zignorowałem to do momentu, gdy jakaś osoba stanęła w zakręcie uliczki. Myśląc, że to jeden z ich, przyłożyłem broń do jego szyi, obcinając mu głowę. I wtedy do moich stóp przyturlała się głowa żywego człowieka...
Podczas mojego spacerku, usłyszałem hałas. I nie był to zombie. Gdyby tak było, opadanie gruzu byłoby głośniejsze i towarzyszyłby ku temu charakterystyczny dźwięk umarlaka, któremu coś przebiło ciało. Zignorowałem to do momentu, gdy jakaś osoba stanęła w zakręcie uliczki. Myśląc, że to jeden z ich, przyłożyłem broń do jego szyi, obcinając mu głowę. I wtedy do moich stóp przyturlała się głowa żywego człowieka...
~~~
Nawet nie zdążyłem się dobrze obudzić, a już ktoś mnie zaczął gonić. Zdążyłem tylko dobiec do przypadkowego namiotu, gdzie mój drapieżnik wpadł na kogoś, a ta osoba o odprawiła. dopiero teraz, gdy mogłem ustać chwilę na nogach, spokojny o swoje życie, zacząłem wszystko analizować.Wczoraj wieczorem bawiłem się magią, w sumie to do samego rana. chciałem wrócić do siebie, ale byłem tak zmęczony, że pomyliłem namioty. Wylądowałem w przypadkowym. Nie mam pojęcia ile spałem, ale w tej chwili, gdy adrenalina mi nieco podskoczyła, sen nagle zniknął. A co do drapieżnika, okazało się, że to bł namiot Black'a. Widać, wkurzył się porządnie, gdy znalazł mnie w swoim ciepłym łóżku. Cóż... Czyli na dzień dzisiejszy mogę dopisać kolejną osobę, której lepiej unikać. Na szczęście pościg został przerwany przez różowo włosą dziewczynę, która przedstawiła mi się jako Smiley. Uścisnąłem jej dłoń z uśmiechem.
- White - przedstawiłem się. - W sumie to ja powinienem go przeprosić - poprawiłem ją. W tym momencie wyobraziłem sobie dziewczynę w akcji, która bije Black'a po głowie wałkiem do ciasta, przez co się zaśmiałem. - Pomyliłem namioty i zasnąłem u niego - wytłumaczyłem się cicho się śmiejąc. - Ale widać, nie muszę się już bać zemsty, szybko się z nim rozprawiłaś - zaśmiałem się miło.
<Smiley?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)

