Pokazywanie postów oznaczonych etykietą White. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą White. Pokaż wszystkie posty

28 lip 2017

Odchodzi!

White
#Powód: Brak czasu, jednak może postać jeszcze wróci

5 cze 2017

White CD Smiley

- Na pewno ci się spodoba - uśmiechnąłem się delikatnie i stanąłem w kolejce. - Ty idź kup popcorn i colę, film się za chwilę zaczyna, a stanie w kolejce trochę nam zajmie - powiedziałem. Smiley skinęła głową i poszła do drugiego kolejki. Czyli ja płacę za bilety, ona za jedzenie.
Kolejka okropnie się dłużyła, wydawało mi się, że koleś stojący za ladą nic nie robił i  wszyscy tak jak ja po prostu stali. Kiedy się wychyliłem okazało się, że chłopak po prostu wylał colę na kasę i aktualnie wszyscy musimy czekać. Westchnąłem zażenowany tym zdarzeniem i rozejrzałem się. W pozostałych dwóch kolejkach po bilety były jeszcze dłuższe kolejki niż tutaj i jestem pewien, że szybciej by poszło, gdybym teraz poczekał, niż bym do którejś poszedł. U Smiley było łatwiej, była już trzecia w kolejce i zapewne zaraz stanie obok mnie z jedzeniem, a ja nawet nie dojdę do kasy. Nie mając zamiaru czekać użyłem magii.
Wpierw się rozejrzałem, czy mogę zaryzykować. Kiedy byłem pewny, że każdy jest zajęty sobą, lub kimś bliskim, a na mnie nikt nie zwraca uwagi, wyjąłem rękę z kieszeni i skierowałem palec w kierunku chłopaka za lada, który dalej wycierał colę. Wpierw lekko podniosłem ciecz do góry, a potem ją zniknąłem. Zdziwiony chłopak nie wiedział co robić, spojrzał na klientów, a kiedy zetknął się z moimi oczami automatycznie zapomniał, co się stało. Znudzeni klienci nawet nie zauważyli tego zajścia. Potem nieco przyspieszyłem ruchy chłopaka, który uwijał się, jakby miał motorek w tyłku. Nawet jego koledzy byli tym zadziwieni, a on nic nie zauważył. Wszyscy ludzie zostali obsłużeni raz dwa, kiedy podeszła do mnie Smiley z popcornem i colą ja właśnie stałem przy ladzie.
- Dwa bilety na "Interedum" - chłopak skinął głową i podął nam bilety, za które zapłaciłem.
- O czym to? - przyjąłem od dziewczyny swoje porcje.
- Zobaczysz - uśmiechnąłem się ponownie do dziewczyny po czym znaleźliśmy nasz numer sali. Zajęliśmy swoje miejsca, akurat zdązyliśmy na dwie minuty reklam. - Na pewno ci się spodoba - szepnąłem do niej.
- Ej, tak w ogóle widziałeś jak ten chłopak który sprzedawał ci bilety zasuwał? A wcześniej ślimaczył się z wycieraniem kasy - zauważyłam dziewczyna.
- Nie zwracałem na niego uwagi, oglądałem plakaty - skłamałem zakładając okulary 3D.

<Smiley? To o czym jest ten film? xd>

19 maj 2017

White CD Smiley

Strzała? Skąd niby! Ktoś na nas poluje czy jak? Nie miałem urazu do dziewczyny, że zwaliła mnie na ziemię, wręcz przeciwnie – byłem jej wdzięczny. W końcu grot wbity w ciało nie jest czymś przyjemnym, prawda? A jej mina mnie lekko rozbawiła.
- Jesteś leciutka – odparłem z uśmiechem i przyjąłem jej dłoń, która pomogła mi wstać. Wpierw rozejrzałem się wokół, ale nic nie wskazywało na to, że ten dziwny atak się powtórzy. Lepiej! Zauważyłem małego dzieciaka trzymającego łuk i patrzącego na nas z przerażeniem, kiedy jego matka na niego krzyczała, a potem szybko zabrała z miejsca. Czyli to on nas chciał ustrzelić? Zabawne. A ja sądziłem, ze to jakichś łowca cyrkowców, albo co gorsza aniołów. Wtedy bym miał poważne kłopoty. - W porównaniu do moich kolegów, którzy bawili się ze mną w tak zwaną "kanapkę" polegająca na tym, że rzucamy się na siebie i tak leżymy, gdy ja byłem na samym dole, to nic nie ważysz – powiedziałem przypominając sobie dzieciństwo, a zaśmiałem się na to wspomnienie, a za mną Smiley.
- Chyba miałeś dużo przyjaciół – stwierdziła także obserwując dziecko ciągnięte przez matkę. Najwyraźniej i ona zrozumiała kto był naszym łowcą i tak samo jak ja zaśmiała się przez to. Potem znowu ruszyliśmy wzdłuż mostu.
- No co ty – machnąłem ręką. - Nikt nim nie był – poczułem, że mogę jej to powiedzieć. Poza tym nawet lepiej, jeśli będzie znała prawdą, niż łudziła się nad czymś. - Ja nie przywiązuję się do ludzi i nie biorę ich za swoich przyjaciół – zacząłem tłumaczyć. - Ja po prostu trzymam ze wszystkimi sojusz i dobre relacje. Coś na wzór przyjaźni, w końcu pomogę, wstawi się, dotrzymam słowa... ale to nie to samo co przyjaźń – pominąłem sekrety, które były największą różnicą sojuszu, a przyjaźni. Nikomu nie zdradzę swoich tajemnic, nie chcę ryzykować. Mina dziewczyny nagle przybrała inny wyraz twarzy.
- Ze mną też tylko trzymasz sojusz? - nie mam pojęcia czy była zawiedziona, czy po prostu zdziwiona. Może jedno i drugi, albo coś całkowicie innego.
- Tak – powiedziałem szczerze. Po co mam ją oszukiwać? - Ale może kiedyś za parę lat to się zmieni – stwierdziłem sam w to nie wierząc. - W końcu moi starzy koledzy pewnie już o mnie zapomnieli i nie widziałem ich dobre osiem lat, więc jak się z takimi zaprzyjaźnić? - to było pytanie retoryczne i aby nie przedłużać ciszy, jaka między nami zapanowała jak i nie drążyć już tego tematu zaproponowałem wyjście do kina. 

<Smiley?>

28 kwi 2017

White CD Smiley

Uśmiechnąłem się na wspominki o nim. Dawno nikomu o nim nie opowiadałem, a przyznam, że dobrze mi się mówiło na jego temat. Mieliśmy dobre, a nawet bardzo dobre relacje. Nawet gdy się kłóciliśmy czy wyzywaliśmy, kończyło się na tym, że robiliśmy coś wspólnie, godząc się przy tym, chociaż na ten temat nigdy nie rozmawiamy. Największa nasza kłótnia odbyła się po czterech latach od zniknięcia matki. Bardzo dobrze to pamiętam; zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć, potem wyzywaliśmy od czegoś gorszego, niż pajaców czy jakichś grubasów. Potem rzucaliśmy naczyniami, za które musieliśmy odrobić w domu. Nawet jako dziecko miał gadane i siłę, aby się ze mną kłócić. Potem jednak poszliśmy wspólnie na basen. Czasem naprawdę jest pięknie mieć rodzeństwo, nie ważne czy młodsze, czy starsze, wredne czy wstydliwe. Ważne, że jest.
- Jest ode mnie młodszy o dziesięć lat, więc teraz ma jakieś dziewięć – powiedziałem. - Ojciec zawsze mówił, ze jest strasznie do mnie podobny. Jedyna różnica między nami to to, ze on ma jaśniejsze oczy po matce – przypomniałem sobie te błękitne oczka, które zawsze patrzyły na mnie z taką radością życia, że po samym spojrzeniu rozpierała mnie energia i byłem ogromnie szczęśliwy. - Od każdego słyszę, że tak samo się uśmiechamy, mamy takie same rysy twarzy, a nawet ruchy! Tak samo jak ja drapie się po karku ze zdenerwowania i stuka o siebie zębami z nudów, lub pstryka palcami - przypomniały mi się słowa nauczycielki, która uczyła mnie i mojego brata. Za każdym razem zachowywaliśmy się tak samo na jej lekcjach; gdy była nudna, patrzyliśmy w okno i stukaliśmy zębami, lub pstrykaliśmy palcami, w ciekawsze zajęcia bujaliśmy się na krześle, a kiedy rozpierała nas energia, oboje się zgłaszaliśmy do tablicy. Mówiła, że jesteśmy jak bliźniaki, tyle, że on jest ode mnie młodszy i mniejszy.
- Chyba fajnie mieć takiego brata - stwierdziła Smiley.
- Bardzo - i od tej pory zacząłem jej wszystko opowiadać (bynajmniej rzeczy napisane na górze). Dodałem do tego jeszcze wiele innych sytuacji, w których albo ja, albo on miał kłopoty, jak spotykało nas coś zadziwiającego, albo zabawnego. - Wybacz - zaśmiałem się po chwili ciszy. - Znowu się rozgadałem - podrapałem się po karku. - Gdy zacznę jakiś ciekawy dla mnie temat, nie potrafię zamknąć ust - zaśmiałem się speszony, ponieważ wiele ludzi się do mnie zrażało, za ciągłe gadanie. 
<Smiley?>

23 kwi 2017

White CD Smiley

Jezioro życzeń? Czemu by nie. Tym bardziej, że jak na razie nie mam żadnego pomysłu. Moją głowę zaprząta na razie pytanie, skąd się wziął ten kruk.
- Mi pasuje, tylko ty prowadzisz – odparłem chowając ręce do kieszeni. - Jeszcze nie zapamiętałem drogi - dodałem.
- Kiedy tam byłeś?
- Nie dawno, z Lottie - skinęła głowa i ruszyliśmy w tamtym kierunku. - Z tego co pamiętam, to chyba tam się spełniają życzenia - pomyślałem na głos, a mój kruk zakrakał, jakby chciał zaprzeczyć, albo potwierdzić.
- Tak, tylko trzeba o północy puścić lampion do góry - dokończyła.
- A to nie - machnąłem ręka. - Ja o północy śpię - powiedziałem jakby z siebie dumny, na co dziewczyna się cicho zaśmiała.
- A masz jakieś ważne marzenie?
- Moje marzenia zawsze się spełniają - uśmiechnąłem się.
- Też bym tak chciała - odparła z uśmiechem. To była kwestia mocy, jeśli jestem magikiem i to prawdziwym, który włada magią, wszystko możesz zrobić. I serfować robiąc grilla i wspinać się na najwyższe góry w stroju kąpielowym i pobiec w maratonie i wygrać, chociaż pod drodze wstąpiłem do klubu na parę godzin. Dla mnie wszystko jest możliwe. Nawet mogę wchodzić w czyjąś wolę! Ale tylko po części.
- Ostatnio moje marzenie się spełniło i ojciec z młodszym bratem przyjeżdża - powiedziałem.
- Kiedy?
- Za jakiś tydzień, jeśli nic im nie wypadnie - założyłem ręce za głowę, co Focus'owi się nie spodobało, więc wzleciał do góry i zaczął lecieć nad naszymi głowami.
- Tez bym chciała... - westchnęła. Spojrzałem na nią przypominając sobie o jej bracie. Przygryzłem wargę po czym ją objąłem.
- Mam propozycję, chodźmy na jeszcze na lody - uśmiechnąłem się ciepło. Spojrzała na mnie i jej smutna minka zmieniła się w szczery uśmiech. Zgodziła się, wiec nieco zboczyliśmy z kursu skręcając w lewo i idąc do lodziarni. Po zakupieniu lodów ponownie ruszyliśmy nad jezioro życzeń. - A ty jakie masz marzenie? Może uda mi się je spełnić? W końcu jestem magikiem - uśmiechnąłem się szczerze zlizując z ust balonowego loda.

<Smiley?>

21 kwi 2017

White CD Smiley

Po obudzeniu się czarny ptak mnie nie opuszczał. Nocował sobie grzecznie na moim barku, dobrze, że go nie zgniotłem chociaż pewnie i tak by się obudził. Czarny kruk od razu się obudził, kiedy się poruszyłem. Najwidoczniej Focus miał zostać ze mną, bynajmniej tak sądziłem.
- Dalej nie rozumiem skąd cię mam – westchnąłem opadając na materac zakładając ręce za głowę i znowu zamykając oczy. Miałem ochotę pospać dłużej, ale telefon mi na to nie pozwolił. Wibracje dały o sobie znać pod poduszką, ale nie żałowałem tego, ponieważ dzwonił do mnie mój ojciec. Jak zawsze przywitał mnie radosnym "Wstawaj!", a w tle usłyszałem krzyk młodszego braciszka, który chciał się ze mną przywitać. Ziewając odpowiedziałem, a następnie dowiedziałem się czegoś bardzo ciekawego: kiedy u mnie pojawił się czarny kruk przemieniony z białych anielskich piór, ich skrzydła zrobiły się czarne na dwie godziny. Nie rozumiałem tego. Od razu przeszliśmy do tematu, że nie używam skrzydeł. Mój ojciec był tego przeciwny, ale nigdy nie chciał mnie zmuszać do tego. Teraz po prostu znowu prawił mi morały, ja jedynie przytakiwałem, a na sam koniec odezwał się mój mały Colin:
- Może do niego pojedziemy? Może ze mną polata? - oczywiście udałem, ze tego nie słyszę, a po krótkiej ciszy w telefonie ojciec powiedział, że rzeczywiście pojawią się tutaj za tydzień, kiedy weźmie wolne. Ucieszyłem się, chociaż z rana tego nie było ani widać, ani słychać.
Po krótkiej (czyt. długiej) rozmowie z ojcem wstałem leniwie z łóżka płosząc Focus'a, który wzleciał do góry na parę metrów, a potem usiadł sobie na kufrze. Spojrzałem na niego.
- Czarny kruk z białych anielskich piór - zaśmiałem się pod nosem widząc kufer, w których powinny być moje pióra, a widząc to, co się z nich stworzyło. - To jakaś przestroga? - zapytałem samego siebie wstając. Ubrałem swoje ciuchy magika nie zapominając o kapeluszu, z którego to wyjmuje wszystko, co mi potrzebne. Wyszedłem po jakiejś godzinie z namiotu, a słońce mnie nieco oślepiło. Kruk wyleciał za mną siadając mi na ramieniu.
Po drodze spotkałem Smiley, której to uwadze nie przeszedł mój nowy towarzysz.
- Nazywa się Focus - przedstawiłem kruka, który przechylił lekko głowę w bok uważnie przyglądając się dziewczynie.
- Skąd go masz? - ta... ze swoich anielskich piór kochana... No raczej nie. Raczej tak nie powiem, prawda?
- A skądś się przypałętał - wzruszyłem ramionami na co znowu podleciał do góry i usiadł z powrotem. - Masz już jakieś plany na dzisiaj? - zapytałem mając cichą nadzieję, że jest wolna. Przydałoby mi się towarzystwo. W sumie... to zawsze tak myślę.

<Smiley?>

6 kwi 2017

White CD Smiley

Była bardzo miła. Tak, życie jest cudowne wiedząc, że masz kogoś, kto ci pomoże - bynajmniej sprawia takie wrażenie. A co się stanie w przyszłości, przekonam się.
- Miła jesteś - stwierdziłem z uśmiechem, po czym spojrzałem na pluszaka. Muszę powiedzieć, że wygrałem świetną zabawkę. Chyba sobie też takie coś załatwię, zapewne świetnie się z takim wielkim miśkiem śpi. Tym bardziej, ze gdyby braciszek przyjechał, nie mam zamiaru mu oddawać swojej poduszki, jeśli przyjedzie bez niczego. - Gdy się coś znajdzie, na pewno przyjdę - stwierdziłem, po czym się pożegnaliśmy, gdy tylko poczuliśmy chłodny wiatr wiejący z północy. "Będzie padać" pomyślałem.
Gdy znalazłem się w namiocie powyjmowałem z ubrania wszystkie pióra, które uwierały mnie w całym ciele. Czasem się zastanawiam, czy nie warto by było polatać, ale... nie. Zostaną jeszcze rzez kogoś zauważony lub co gorsza, nie będę wiedział jak się lata i spadnę na ziemię mocno wgniatając się w piach i łamiąc sobie coś na początku. Miałbym naprawdę dużo szczęścia gdybym przeżył, chyba, że zdążyłbym wyjąć z kapelusza jakiś materac. Chociaż... nie wiem czy to by pomogło. Otworzyłem swój kufer, w którym chowałem wszystkie swoje pióra, ale teraz zamiast nich znalazłem coś czarnego o ciemniejszych oczkach, wpatrzonych we mnie. Kucnąłem i wziąłem do ręki czarnego kruka.
- Tata nic mi o takim czymś nie mówił - stwierdziłam przyglądając się ptaku, który zakrakał i jakby mi ufał, nie uciekał. - Jak się nazywasz? - zapytałem, chociaż wiedziałem, że i tak mi nie odpowie. Zamiast tego ponownie zakrakał. Puściłem go, a on usiadł na kufrze. - Wyglądasz mi na... - chwilę się zastanawiając przyglądając mu się.

- Focus - powiedziałem w końcu. - Tak - przytaknąłem samemu siebie. Jeśli jutro mi nie zwieje, nazwę go tak oficjalnie. Ale... dalej niczego nie rozumiem. Jak z białych anielskich piór mógł mi wyjść czarny kruk?

<Smiley?>

30 mar 2017

White CD Smiley

Wilki... wilki... gdzie ja widziałem wilki... już wiem! Pociągnąłem dziewczynę na sam koniec wesołego miasteczka, gdzie znajdował się mały straganik, w którym stała starsza kobieta. W tym momencie stoisko było zajęte przez małego chłopczyka, który próbował trafić strzała w ruszającą się tarczę, ale trzy razy spudłował. Mama go zabrała dalej, a my podeszliśmy bliżej.
- Mógłbym zagrać? - dopiero teraz puściłem rękę dziewczyny, całkowicie zapominając o tym, ze ją ciągnęłam za sobą. Starsza kobieta miała miły uśmiech na twarzy oraz roześmiane oczy. Skinęła głową wyciągając w moją stronę dłoń. Dałem jej cenę za trzy strzały i łuk.
- Strzelałeś kiedyś? - zapytała Smiley, na co pokręciłem głową.
- Ale chyba takie trudne to nie jest - stwierdziłem i wystrzeliłem pierwszą strzałę, która spudłowałem. Druga tak samo jak poprzednia wylądowała obok. Zmarszczyłem brwi skupiając się na ostatniej. Strzeliłem... w środek... ale się odbiło. Widziałem to dokładnie, że strzała się odbiła od tarczy lecąc w dół, że rzekomo za lekko strzeliłem.
- Niestety się nie udało - powiedziałam kobieta. "Czyli tak się bawimy" pomyślałem prosząc o kolejny zestaw.
- Jesteś pewien? - poczułem rękę na swoim ramieniu. Spojrzałem na różowowłosą i zamiast odpowiedzi, puściłem jej oczko dając do zrozumienia, że wiem co robić. Za pomocą mocy sam nakierowałem strzałę i kontrolowałem tarczę, dzięki czemu dwie pierwsze strzały gładziutko weszły w środeczek, a trzecia przeleciała nawet na wylot - to był wynik użycie za dużej siły. Kobieta była w szoku widząc coś takiego. Przełknęła głośno ślinę, po czym podała mi dużego szarego wilczka z uśmiechem na pysku i dużymi czarnymi oczami. Oddałem jej za to łuk i przyjąłem pluszaka, którego oddałem dziewczynie.
- Wiedziałem, co robię - dałem jej znać, gdy zaczęliśmy się oddalać od straganu. - Masz jeszcze na coś ochotę? - zapytałem. W tej chwili chciałem wrócić do namiotu, aby powyciągać parę piór spod ubrania, ponieważ zaczynały mnie uwierać.
<Smiley?>

26 mar 2017

White CD Smiley

- Wiesz, jestem pewien, że wkrótce go spotkasz – powiedziałem lekko się uśmiechając, po czym wstałem. - No dobra, wracamy? - zmieniłem temat, aby nie myślała już o swojej przeszłości. Nie lubiłem gdy mój towarzysz się smucił, a wręcz przeciwnie.
- Dobra, ale wpierw pokaż mi, co potrafisz jako magik – uśmiechnęła się. Spojrzałem na nią lekko zdziwiony, ale odwzajemniłem jej radość i się zgodziłem. Może przy okazji coś zarobię? Dobry pomysł. Będę mógł zagrać w coś i wygrać dla niej jakiegoś pluszaka, lub coś w tym rodzaju, jeśliby się zgodziła.
- No dobrze – zniżyłem się do pasa kłaniając się przed dziewczyną. Gdy się wyprostowałem złapałem swój kapelusz, z którego wyciągnąłem mniejszy kapelusik. - Jeśli coś dzisiaj uzbieram, wygram dla ciebie pluszaka – uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, po czym położyłem wyciągnięty przedmiot parę kroków od ławki. - A więc, ten występ jest dla ciebie – powiedziałem odwracając się do dziewczyny. - Jakie lubisz zwierzaczki? - zapytałem.
- Lisy – odparła po chwili namysłu.
- Świetnie się składa – wsadziłem dłoń do kapelusza, po czym wyjąłem z niego małego rudego liska. - A widziałaś kiedyś latające? - zapytałem. Podrzuciłem rudą kulkę do góry, a ta zamiast spaść na ziemię, lewitowała nad ziemią. Widziałem, jak oczy Smiley zabłysły, a wokół nas zebrało się z pięciu ludzi.
Wyjąłem z rękawa piękne róże, które podarowałem przypadkowej kobiecie. Gdy je powąchała, zamieniły się w małego kotka, który zamiauczał i wskoczył na głowę mężczyźnie, który stał obok. Zwierzak nie dał się złapać, skoczył w powietrze i zamienił się w białego gołębia, za którym poleciał lis. Jednak aby zapobiec temu, co miało się wydarzyć, złapałem lisa i gołębia, kiedy ich czapka wchłonęła. Po zrobieniu jeszcze paru sztuczek z zamianami zwierząt i roślin, postanowiłem to już zakończyć. Wyciągnąłem w stronę różowowłosej dłoń, a ta niepewnie ją złapała.
- W ostatniej sztuczce pomoże mi moja piękna przyjaciółka – powiedziałem i złapałem ją za biodra. - Zamknij oczy i pomyśl o czymś miłym – gdy to zrobiła, lekko ją uniosłem nad ziemią. - Ktoś widział kiedyś lewitujących ludzi? - zapytałem, ale nie oczekiwałem odpowiedzi. Wystarczyło, ze w moim malutkim kapelusiku znajdowało się parę monet, które na pewno wystarczą na wygranie dla niej jakiegoś pluszaka.
Znajdowała się nad ziemią jakiś metr, była lekka. Wyobraziłem sobie ja zostaje w tej pozycji, nie spada na ziemię, tylko trzyma się w powietrzu. Puściłem ją i kazałem jej otworzyć oczy.
- O matko! - zachwyciła się spoglądając w dół. Tak jak reszta widzów widziała, że nie stoi na ziemi, tylko unosi się w powietrzu. Usłyszałem oklaski, a potem brzęk monet. Złapałem dziewczynę za rękę, po czym stanęła na ziemi. Ukłoniłem się dziękując za uwagę, po czym wszyscy się rozeszli. Wziąłem do ręki to, co udało mi się zebrać.
- To na jakiego zwierzaka masz ochotę? - zapytałem z uśmiechem.

<Smiley? Wena wróciła!>

20 mar 2017

White CD Smiley

Od dziecka lubiłam watę cukrową, a ta, która robili w tym miasteczku była najlepsza! Nie dość, że różne kolory, do to tego wzory. Wspaniale! Nieco dziwnie się czułem gdy dziewczyna wycierała moją buzię ze słodkości, ale jej nie przeszkadzałem. Było to w pewien sposób bardzo miłe. Usiedliśmy na wolnej ławce, aby w spokoju zjeść nasz posiłek. Jednak gdy moje plecy zetknęły się z ławką, od razu poczułam małe ukłucie. "Znowu te pióra" pomyślałem nie dając po sobie nic poznać, bo nie zrobiłem żadnej miny i normalnie usiadłem, jakby tego ukłucia nie było. Jedyne co wykonałem, to mocne zaciśnięcie szczęki.
- Często brata zabierałem do wesołego miasteczka - powiedziałem z lekkim uśmiechem. - Najbardziej to lubił popcorn i watę cukrową - dodałem.
- Jak się nazywa? - zapytała zajadając się swoją słodkością na patyku. Spojrzałem się w kierunku małego chłopca, trzymającego dłoń swojego mamy. W pewnej chwili widziałem Colina, tego małego srela, który zawsze mnie ciągnął do wszystkich atrakcji, nie patrząc na to, czy ma zajęte dłonie jakimś jedzenie.
- Colin - powiedziałem. - A ty masz jakieś rodzeństwo? - zapytałem wracając wzrokiem do dziewczyny, kiedy dziecko zniknęła za jakimś budynkiem. Jeśli się nie mylę, był do pokój luster.
- Starszego brata. Nazywa się Yuiji - zjadła do końca swoją watę i wytarła ręce o chusteczki, które wyjęła z kieszeni.
- Jak to jest być młodszą siostrą? - zapytałem od razu. - Bo być starszym bratem to jest dość ciekawie - teraz to ja zjadłem wszystko co miałem na patyczku. Wyrzuciłem go do najbliższego kosza i wziąłem od Smiley chusteczki. Gdy wytarłem ręce i usta mówiłem dalej. - Czujesz się odpowiedzialny za młodszych i jesteś ich w pewnym sensie wzorem. Tyle, że lepiej by było, gdy Colin nie musiał za mną wszędzie łazić, albo wszędzie mnie ciągnąć. Zawsze gdy chciał gdzieś iść, albo coś mi pokazać, musiał mnie ciągnąć. Jest strasznie uparty - powiedziałem, po czym czekałem, aż dziewczyna opowie mi o byciu młodszą siostrą.

<Smiley?>

19 mar 2017

White CD Lottie

Oj… się naro­biło… myśla­łem, że w dobre miej­sce poło­ży­łem. Kurde…
– Nie mogłem się oprzeć – powie­dzia­łem zgod­nie z prawda prze­cho­dząc do pozy­cji sie­dzą­cej. – Mój por­tret Ci świet­nie wyszedł. Chcia­łem spraw­dzić resztę Two­ich dzieł – doda­łem dalej się uśmie­cha­jąc. W sumie ja nie wiem jak bym zare­ago­wał, gdyby ktoś mi grze­bał po rze­czach. Pew­nie naj­pierw bym się upew­nił, czy niczego nie ubyło, ale głu­pio nazwać droga osobę zło­dzie­jem.
– Czyli grze­ba­łeś w moich rze­czach – bar­dziej stwier­dziła niz zapy­tała, a jej głos był nieco cichy, jakby wsty­dziła się to powie­dzieć, ale koniecz­nie musiała. Tro­chę mi głu­pio było, że tak wyszło. Pierw­szy dzień zna­jo­mo­ści, a ja już komuś grze­bie. Ta… dobre wytłu­ma­cze­nie, dla­czego inni za mną nie prze­pa­dają.
– Tak jakoś wyszło – podra­pa­łem się po karku przez zakło­po­ta­nie. Wsta­łem i rap­tow­nie poczu­łem jak coś mi się wbija w ciało. Od razu wie­dzia­łem, że bło to pióro, które było o wiele za nisko. Kurde… – Ale muszę się powie­dzieć, ze na prawdę ślicz­nie malu­jesz – uśmiech­ną­łem się kuca­jąc, ponie­waż gdy sta­łem, musiała za bar­dzo zadzie­rać głowę do góry, a ja do dołu. – Bedę już wra­cał do sie­bie, jest już bar­dzo późno. Śpij dobrze – powie­dzia­łem z uśmie­chem i wysze­dłem z jej namiotu nie cze­ka­jąc na żadną odpo­wiedź. Chcia­łem jak najszyb­ciej się pozbyć tego, co mi się wbi­jało mię­dzy poślad­kami. Głu­pie skrzy­dła… czy ja się pro­si­łem o bycie jakimś tam anio­łem? No chyba nie. Ale trudno, bez tego nie umiał­bym cza­ro­wać, a moje marze­nia o zosta­niu wiel­kim magi­kiem by prze­pa­dły.
Gdy tylko zna­lazłem się w swoim namio­cie roze­bra­łem się do bie­li­zny i zaczę­łam wyj­mo­wać wszyst­kie pióra, które cho­wa­łem do dość dużego kufra. Był zapeł­niony już do połowy, gdy nie będzie już miej­sca na kolejne, spalę je i zacznę od nowa. Nie chciał­bym, aby ktoś je zna­lazł i zaczął pró­bo­wać się dowie­dzieć, do kogo lub do czego należą. Zaw­sze się znaj­dzie ktoś, kto za wszelką cenę będzie musiał dociec prawdy.
Ubra­łem się w luźne ubra­nia do spa­nia i ukry­łem się pod koł­drą zasy­pia­jąc.
Mia­łem cie­kawy sen. Mój kufer z pió­rami znik­nął, więc ruszy­łem na poszu­ki­wa­nia. Cyrk był zadzi­wia­jąco pusty, jakby wszy­scy się ulot­nili przed jakąś wojną. Jedyne co zosta­wili, to puste namioty, które był pory­wane przez wiatr. Sze­dłem drogą z kamieni za pió­rami, które leżały na ziemi. Dziwne, że wiatr ich nie pory­wał, ale nie myśla­łem wtedy nad tym. Wszyst­kie cho­wa­łem do kie­szeni, aby nikt inny ich nie zna­lazł. W końcu dotar­łem do urwi­ska, gdzie na jego samym końcu znaj­do­wała się moja skrzy­nia. Po zebra­niu wszyst­kich piór pod­sze­dłem do skrzyni, aby ja otwo­rzyć, scho­wać tam wszystko i wró­cić do namiotu, jed­nak grunt pod moimi nogami znik­nął. Zaczą­łem spa­dać, kiedy kufer spa­dał szyb­ciej i roz­bił się o wielki głaz. Cała jego zawar­tość pofru­nęła do góry zama­zu­jąc mi całą widocz­ność. Widzia­łem tylko biel swo­ich piór, a potem wytwo­rzy­łem u sie­bie skrzy­dła. Chcia­łem pofru­nąć do góry, aby nie zabić się ude­rza­jąc o ostre kamie­nie na ziemi. Cho­ciaż nimi macha­łem z całych sił, one nic mi nie dały. Dalej spa­da­łem, aż zetkną­łem się twa­rzą z kamie­niami.
A rano obu­dził mnie biały i czarny kró­lik.

< Lot­tie?>

18 mar 2017

White CD Lottie

Nim zdą­ży­łem cokol­wiek zro­bić, Lot­tie już leżała na ziemi. To działo się zbyt szybko; nawet nie zdą­ży­łem wejść na gałąź, kiedy dziew­czyna machała nogami patrząc w dół i nagle zle­ciała razem ze zła­maną gałę­zią, obi­ja­jąc się chyba po dro­dze o jesz­cze jedną. Cud, że wylą­do­wała na tra­wie, a nie na kamie­niach, nawet, jeśli zie­leń dużo nie dała. Szybko zesko­czy­łem z drzewa i kuc­ną­łem przy niej. Spraw­dzi­łem jej świa­do­mość poprzez lek­kie poru­sza­nie jej, trzy­ma­jąc ją za ramiona. Nie­stety nie wyka­zy­wała żad­nych oznak życia i gdyby nie to, że oddy­chała, a jej serce biło, chyba bym musiał użyć magii, czego nie chcę. Już pominę fakt, że chcę zostać tajem­nicą. Pierw­sze co mi przy­szło w tej chwili na myśl, to pozy­cja boczna i wezwa­nie pomocy – w końcu tak mnie uczono. Ale gdy stwier­dzi­łem, że znam ja i takie zamie­sza­nie było by nie potrzebne, wsa­dzi­łem jedną rękę pod jej głowę, a drugą pod kolana, po czym deli­kat­nie ją podnio­słem. Nie mia­łem prze­cież pew­no­ści, że Lot­tie sobie niczego nie zła­mała. Spadając z drzewa jeden może zła­mać kark, a drugi może nazbie­rać parę nie­groź­nych sinia­ków. Była tro­chę ciężka, ale nie zwróciłem na to więk­szej uwagi. Musia­łem ją zanieść do namiotu, aby tam doszła do sie­bie. Droga była dosyć długa, ale nie mia­łem zamiaru uży­wać skrzy­deł. Nie mam poję­cia ile sze­dłem, ale gdy tylko zoba­czy­łem świa­tło wie­dzia­łem, ze jestem już bli­sko.
Poło­ży­łem ją na mate­racu i przy­kry­łem koł­drą. Sam za to ode­tchną­łem.
– Lekka to nie jesteś – zaśmia­łem się patrząc na jej twa­rzyczkę, po czym wsta­łem i poszedłem do Pika, który stał na zewnątrz. Zoba­czył mnie gdy wcho­dzi­łem na teren cyrku.
– To mów, co się stało – mniej wię­cej wytłu­ma­czy­łem mu całą sytu­ację roz­po­czy­na­jąc od wej­ścia do domku w drze­wie, zahaczając o upa­dek, a koń­cząc na przy­nie­sie­niu jej tutaj. Poki­wał pomału głową dając mi znać, że wszystko rozu­mie. – Może lepiej ją popil­nuj, tak na wypa­dek – powie­dział.
– Wiem, taki mia­łem zamiar – uśmiechnąłem się lekko, pra­wie nie widocz­nie i wsze­dłem do namiotu. Dziew­czyna w dal­szym ciągu leżała na mate­racu nie rusza­jąc się. Gdyby nie klatka pier­siowa, która się uno­siła i opa­dała pomy­ślał­bym, że nie żyje.
Nie myśla­łem, że szybko się obu­dzi, dla­tego też usia­dłem obok niej i pomału przy­sy­pia­łem. Na początku oglądałem jej parę rysun­ków, które zna­la­złem przy­pad­kiem (czyt. grze­ba­łem w jej rze­czach i zna­la­złem rysunki). Gdy je odło­ży­łem z powro­tem na miej­sce, jakby nic się nie stało, poczu­łem się senny. Nie myśląc dłu­żej poło­ży­łem się obok dziew­czyny i zasną­łem nie zabie­ra­jąc jej koł­dry.

< Lot­tie? Nie spo­dzie­wa­łaś się xd>

16 mar 2017

White CD Lottie

Z przy­jem­no­ścią słu­cha­łem jej śpiewu. Nie dość, że ładny głos, deli­katny i wysoki, to jesz­cze piękna pio­senka. Uśmie­cha­łem się sam do sie­bie sły­sząc ten cudowny śpiew cie­sząc się zara­zem tym, że stała się nieco odważ­niej­sza. Gdy­bym miał ją pro­sić na samym początku, aby coś zaśpie­wała, zwąt­pił­bym w to, że by się zgo­dziła. Oczy­wi­ście na samym końcu nie dała mi dojść do słowa, zmie­nia­jąc od razu temat. Tym razem jed­nak nie mia­łem zamiaru sie­dzieć cicho, nie w tym przy­padku.
– Pra­wie – wpierw odpo­wie­dzia­łem na jej pyta­nie, które w sumie brzmiało jak stwier­dze­nie. – Znowu to zro­bi­łaś – zauwa­ży­łem, ale ona tylko spoj­rzała na mnie zdzi­wiona i jakby lekko prze­stra­szona.
– A-ale co? – powie­działa w końcu, gdy cisza się prze­dłu­żała.
– No to – zaśmia­łem się cicho pod nosem widząc jej bez­rad­ność. Przy­po­mi­nała mi teraz małą myszkę w kącie, która jest zagro­żona przez kota. – Gdy coś opo­wiesz albo zro­bisz nie cze­kasz na reak­cję, tylko od razu zmie­niasz temat – wyja­śni­łem jej o co mi cho­dzi. Lot­tie tylko odwró­ciła głowę przed sie­bie, lekko ją zwie­siła i mil­czała. Teraz tro­chę głu­pio mi było, że ta jej skrom­ność lub strach powró­ciły, ale nie mogłem się powstrzy­mać przed powie­dze­niem jej tego.
Droga którą szli­śmy była pusta, zero ludzi. Taki spo­kój także mi się podo­bał, tym bar­dziej, że Lot­tie nie miała się przed kim cze­go­kol­wiek wsty­dzić – chyba, że mnie uzna­wała za takiego kogoś, kto by się z chę­cią z kogoś pośmiał. Było już dosyć ciemno, ale księ­życ ide­al­nie wszystko oświe­tlał. Pew­nie była dopiero dzie­więt­na­sta, prak­tycz­nie o takiej porze roku ciemno się robi po sie­dem­na­stej. Ptaki już zamil­kły, a na ich miej­sce wstą­piły świersz­cze, które grały na swo­ich malut­kich skrzyp­cach. zawsze sobie to wyobra­ża­łem – takie małe zie­lone owady z minia­tu­ro­wymi skrzy­pacz­kami, na tle zie­lo­nej trawy i gwie­ździ­stej nocy.
– Wiem to – powie­działa po dłu­gim cza­sie mil­cze­nia, cicho, wsty­dząc się jakby. Uśmiech­ną­łem się lekko.
– Byłaś już kie­dyś w domku na drze­wie? – zapy­ta­łem sam zmie­nia­jąc temat, aby jej bar­dziej nie pogrą­żać w stra­chu, który naj­wi­docz­niej się powięk­szał.
– Dawno temu – podnio­sła nieco głowę, ale patrzyła na drogę. – Ale chyba jesz­cze pamię­tam drogę – dodała.
– Ja ni­gdy nie wiem jak tam dojść, zawsze mi się drogi mylą. – zaśmia­łem się krótko. Potem opo­wie­dzia­łem jej, jak kie­dyś przy­pad­kiem zamiast wró­cić do domu, wylą­do­wa­łem na plaży. wybra­łem zły kie­ru­nek, zamiast w lewo, posze­dłem w prawo. Droga wyda­wała mi się o wiele dłuż­sza niż zazwy­czaj, ale sze­dłem dalej, aż usły­sza­łem szum wody. Oka­zało się, że zna­la­złem się na sta­rej plaży, na któ­rej musia­łem noco­wać. Z samego rana obu­dzi­łem się pokryty kra­bami!

< Lot­tie? Okropny brak weny…>

14 mar 2017

White CD Lottie

Widząc jej natych­mia­stową zmianę nastroju uśmiech­ną­łem się miło i posta­no­wi­łem nie drą­żyć tego tematu widząc jej nie­śmia­łość i chęć zmiany tematu. Cho­ciaż… tro­chę mi jej było szkoda. Rap­tow­nie zrozu­mia­łem tą jej nie­śmia­łość i ruchy aspo­łeczne. Ojciec nie wia­domo gdzie, a matka… nie będę nikogo wyzy­wał, dla­tego zostanę przy okre­śle­niu „wyrodna”. A jej brat to był na prawdę dupek. Nie zno­si­łem takich ludzi. Momen­tal­nie mia­łem ochotę zapy­tać ją o adres, aby poga­dać sobie z tym face­tem, ale gdy docho­dził do mnie nie tylko fakt, że to bez sensu, to na doda­tek ucie­kła z domu dawno temu. W każ­dej chwili mogli zmie­nić swoje miej­sce zamiesz­ka­nia, po za tym nie wia­domo nawet, czy Lot­tie jesz­cze pamięta dokładny adres. Nie ważne.
– Oczy­wi­ście – zgo­dzi­łem się sło­wem nie wspo­mi­na­jąc o jej histo­rii. Tak bar­dzo było mi jej szkoda, cho­ciaż gdy poka­zała mi swoje rany, mia­łem ochotę ją stuk­nąć w główkę. Nigdy nie rozu­mia­łem ludzi, któ­rzy robią sobie krzywdę, żeby ulżyć sobie psy­chicz­nie. No dobra, wyobra­zić to sobie mogłem, ale ni­gdy w życiu sam bym tego sobie nie zro­bił, bo dla mnie to jest głu­pie i słabe. Ale na ten temat też się nie odzy­wa­łem.
Zesz­li­śmy z mostu i zaczę­li­śmy się kie­ro­wać do wybra­nego miej­sca. Chwila mil­cze­nia wyda­wała mi się wie­kiem, który prze­cią­gał się w nie­skoń­czo­ność. Pierw­szy raz nie wie­dzia­łem zbyt jak pocie­szyć osóbkę, ni­gdy nie spo­tka­łem się z kimś, kto miał takie dzie­ciń­stwo. No dobra, sły­sza­łem o takich dzie­ciach, które miały nawet gorzej niż Lot­tie, ale spo­tka­nie takiej osoby… jest zupeł­nie inne.
– Jak byłem mały, lubi­łem cho­dzić po drze­wach – powie­dzia­łem w końcu nie wytrzy­mu­jąc tego napię­cia, które cią­gnęło się nie wia­domo przez ile. Lot­tie spoj­rzała na mnie, ale tylko kątem oka i na chwile.
– Jak taka mała małpka? – widzia­łem jak się lekko uśmie­cha, ale po sekun­dzie ta mina zamie­niła się znowu w mały strach. Zaśmia­łam się cicho i dalej uśmie­cha­łem, chcia­łem jej dodać tym tro­chę wię­cej odwagi poka­zu­jąc jej, że lubię ją, jest zabawna i miło mi się z nią spę­dza czas. W sumie… to była prawda. Polu­bi­łem ją, bo jest miła. Jest zabawna, tylko szybko z tego rezy­gnuje. Miło się z nią spę­dzało czas, to też było prawdą.
– Tak – przy­zna­łem jej rację. – Bra­kuje tylko ogona i łapa­nia się gałęzi nogami. Naj­le­piej gdy wisisz do góry nogami i nie możesz zejść – zaśmia­łem się, w końcu i Lot­tie też to zro­biła, co mi się spodo­bała. Miała ładny uśmiech, szkoda, że tak rzadko się uśmie­chała. Trzeba by ją jakoś roz­ba­wić… – Pamię­tam, jak kie­dyś bawi­łem się w wie­wiórkę – zaczą­łem opo­wia­dać. – Byłem wtedy mały i myśla­łem, że uda mi się wejść do dziu­pli jak wie­wiórce. Utk­ną­łem! – zaśmia­łem się gło­śno. – Jedy­nie tył wisiał sobie bez­wład­nie na drze­wie, kiedy cały przód utknął w drze­wie – doda­łem.

< Lot­tie? Udało się? xd>

12 mar 2017

White CD Lottie

Cholerne pióro. Pewnie mi wyślizgnęło się z pomiędzy ubrania, kiedy łapałem dziewczynę. Kurde... Przynajmniej wiem, że jest inteligentna, skoro stwierdziła, ze nie ma tu żadnych ptaków, a tym bardziej o takiej wielkości. Kurde... Oczywiście nie dałem po sobie poznać, że coś jest nie tak. Zamiast tego uśmiechnąłem się miło.
- To moje pióro - głupio postąpiłem? Raczej nie. Po części mówię w tej chwili prawdę, widząc jej zdziwioną minę.
- Nie rozumiem... - mruknęła cicho pod nosem, a ja od razu pospieszyłem z wytłumaczeniami.
- Lubię ptaki i zbieram ich pióra. Jeszcze nie rozgryzłem do kogo to pióro należy - powiedziałem pewny siebie. Mój młodszy braciszek i ojciec zawsze powtarzali, że jestem świetnym aktorem, dlatego tez nie bałem się o to, że Lottie mi nie uwierzy. Po za tym mówiłem bardzo przekonująco, bez żadnego zatrzymania i spokojnym głosem. Chwilę milczała przyglądając się to mi, to białemu piórkowi, które po chwili wyciągnęła w moją stronę.
- Proszę - oddała mi je, a ja schowałem je do kieszeni modląc się, aby mi kolejne nie wypadły. I tak nie mam zamiaru używać skrzydeł, nie potrzebuje ich. Po za tym, muszę się ukrywać. Co jeśli ktoś zobaczy człowieka z białymi skrzydłami? Moja kariera magika od razu może prysnąć, a zastąpić to mogą eksperymenty, które by miały wytłumaczyć, skąd ja mam skrzydła.
- Dziękuje.
- A gdzie je znalazłeś? - zapytała trochę bardziej odważniej. Podszedłem do barierki i spojrzałem na piękne lilię. Od zawsze uwielbiałem kwiaty, ich zapach wabił mnie niczym pszczołę. Zamknąłem na chwilę oczy ciesząc się chwilą, ale nie czekałem z odpowiedzią.
- Daleko stąd. W całkowicie innym mieście, gdzie przeżyłem swoje dzieciństwo - czy ładnie tak kłamać? To się nie liczyło, bo tajemnice trzeba ukrywać. Nie ufam jej na tyle, w sumie... inaczej to ujmę. Nie ufam nikomu na tyle, aby podzielić się z kimkolwiek ta ważną informacją o mojej magii. Jest to rodzinny sekret, który strzeże nawet jego młodszy braciszek Collin. A skoro on daje radę, to dlaczego mi by się miało nie udać?
- Skąd jesteś? - mówiła dalej cicho, jakby niepewnie, ale w porównaniu do tamtego milczenia i jej jąkania się, wydawało mi się, że stała się chociaż trochę odważniejsza w słowach. Po części to jąkanie i niepewność siebie było na swój sposób uroczę.
- Z Francji. Wspaniałe miasto, piękne - i z przyzwyczajenia zacząłem opowiadać o tym kraju. Najdziwniejsza rzeczą były oczywiście ślimaki, które swoją drogą były bardzo dobre. Miałem do nich słabość, chociaż innych one brzydziły. Ale w końcu jestem Francuzem w stu procentach, prawda? No dobra, w dziewięćdziesięciu. Te dziesięć procent do angielskie korzenie po matce. - Zostawiłem tak ojca i młodszego brata, ale często do nich dzwonię - powiedziałem przypominając sobie tego staruszka, który zawsze był przy mnie, oraz tego małego denerwującego bachora, który zawsze za mną łaził i był strasznie rozgadany. Nie raz niespodzianka się nie udała, przez jego długi język. - Jestem ciekaw, co z matką. Nie widziałem jej od paru ładnych lat. Zniknęła pewnego dnia i dalej nie ma po niej śladu - powiedziałem trochę mniej weselej. Naprawdę chciałbym ją jeszcze raz zobaczyć, przytulić się do niej, poczuć jej ulubione perfumy i usłyszeć ten kojący głos. Ale czy to wszystko jeszcze wróci? Nigdy nie traciłem nadziei.
Dalej przyglądałem się białym kwiatom, które znajdowały ie na powierzchnie wody. Lottie także opierała się o barierkę i tym razem bez wychylania się oglądała ten piękny krajobraz, który na pewno zapadnie mi w pamięci.
- A ty skąd jesteś? - zapytałem, gdy cisza zaczynała się nieco przedłużać. Chciałem ją trochę poznać, wydawała się miła i przyjazną osobą, a do tego zabawną.

<Lottie?>

White CD Smiley

Od czego by tu zacząć? Patrzyłem na mapkę i oglądałem wszystkie atrakcje. Od razu zapamiętałem gdzie się znajdował popcorn i wata cukrowa, bo to jest najważniejsze! Bynajmniej dla mnie. Po minucie wskazałem dziewczynie pewien punkt.
- Zacznijmy od Mix Machine - zaproponowałem, a ona się zgodziła. Zwinęliśmy mapę i wziąłem ją do kieszeni. Poszliśmy do kasy, gdzie kupiliśmy dwa żetony na tą atrakcję. Były to kopuły, w których czułeś się jak w pralce, obracały się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Uwielbiam takie zabawy, nigdy w życiu nie zwymiotowałem, a takie coś sprawia mi tylko radość.
Poczekaliśmy chwilę w kolejce, a przez ten czas omówiliśmy, gdzie możemy pójść dalej. Wybraliśmy Beczkę Śmiechu, Pokój Luster i Rollercoaster, a po tym mieliśmy zamiar coś zjeść. I tak było. We wszystkich przypadkach świetnie się bawiłem. Uwielbiałem się kręcić, śmiać się z własnego zniekształconego odbicia, czuć się, jakby świat stanął do góry nogami i zakończyć to wszystko ogromną kolejką górską!
- Uwielbiam takie atrakcje - powiedziałem, gdy kupowaliśmy żetony na kolejkę. Smiley przyznała mi rację, po czym stanęliśmy do kolejki. - A po tym możemy kupić watę cukrową i się przejść - zaproponowałem, a ona się zgodziła. Po paru minutach czekania i ciągłej rozmowy na różne tematy, wsiedliśmy na sam początek kolejki. Zawsze wolałem siadać z przodu, ponieważ gdybyśmy siedzieli z tyłu i ktoś by zwymiotował, nie było by za przyjemnie. Dlatego zawsze wybieram miejsca z przodu.

<Smiley?>

9 mar 2017

White CD Lottie

Uśmiechnąłem się. Była taka cicha, praktycznie nic nie mówiła. Nie sądziłem, że zaprosi mnie na spacer, co w sumie mi odpowiadało. Zabawnie się jąkała, było to w pewien sposób urocze, gdy potem schowała twarz za kołdrą.
- Chodź, chętnie się z tobą przespaceruje - wstałem i wyciągnąłem w jej stronę rękę, aby pomóc jej wstać. Ojciec zawsze mnie uczył, że należy mieć szacunek do każdej kobiety. Ja jednak trzymam się wersji, ze należy mieć taki sam szacunek, jak druga osoba do ciebie. A ponieważ dziewczyna wydawała się miła, ja także miałem zamiar taki być.
Dość długo zwlekała, jakby się bała mnie dotknąć. Było to nieco dziwne, czyżby była taka nie śmiała? W końcu jednak wyciągnęła w moją stronę rękę, a ja jej pomogłem wstać. Była lekko czerwona. Wyszliśmy z namiotu i od razu poczułem mały chłód, który uwielbiałem, ponieważ czułem się orzeźwiony, jakbym wykąpał się w letniej wodzie. Mi to zawsze poprawia humor, czuje się wtedy świetnie.
- Wolisz iść w stronę miasta, czy lasu? - zapytałem. - Chociaż... wiem! - dodałem szybko przypominając sobie o czymś. - Zabiorę cię gdzie pomiędzy, zobaczysz, jak tam pięknie - wytłumaczyłem. Dziewczyna jedynie pokiwała głową chowając ręce do kieszeni i zwieszając głowę do góry. chwilę na nią patrzyłem kątem oka, zastanawiając się, jak by ją tu zachęcić do rozmowy. Milczenie było dość nie zręczne, a nie byłem pewny, jaki temat mógłbym zacząć, aby jej nie spłoszyć. Wydawała się taka mała i delikatna, a do tego małomówna.
- Masz jakiegoś zwierzaka? - zapytałem przypominając sobie o tym, że była treserką. Od razu wspomniałem sobie w myślach tą akcję z królikiem, który ukradł moje imię.
- Yhym - pokiwała twierdząco głowa. - Dwa króliki - powiedziałam. Zapytałem o ich imię. - Chloe i Zoe - przedstawiła je, a ja z ulgą pomyślałem, ze moje imię jest na razie bezpieczne. Hm... co by tu zrobić z tamtym zwierzakiem? Wiem! Będzie moim króliczkiem magika.
- Ja chciałem mieć lisa śnieżnego, uwielbiam białe puchate stworzonka - wyjawiłem, po czym podrapałem się po brzuchu. Znowu mnie coś uwierało, jestem pewny, że to kolejne pióro. Gdy wrócę do namiotu, znowu będę musiał je powyjmować. Jestem ciekaw, skąd one wyłażą... Wiem, że jest to oznaką nie używania skrzydeł, które dają o sobie znać, ale jakim cudem one się pojawiają? Nie ważne.
Zaprowadziłem dziewczynę nad Jezioro Życzeń. Stanęliśmy na wilkiem mostem, a w taka noc jak ta, to wszystko było przepiękne. Rozgwieżdżone niebo odbijało się w tafli wody, gdzie to pływały sobie spokojnie kwiaty lilii. Zawsze uważałem, ze są one piękne, a każda jest jedyna w swoim rodzaju, nawet, jeśli każda jest taka sama.
- Byłaś tu już? - zapytałem spoglądając na dziewczynę, która stanęła na palcach, aby wychylić się i spojrzeć w wodę.
<Lottie? Mały brak weny>

4 mar 2017

White CD Smiley

Odwzajemniłem uśmiech.
- Na pewno ci się uda - powiedziałem szczerze. Gdy ona próbowała iść nurkiem, ja wybrałem zwykła drogę na chodniku, która mi o wiele bardziej odpowiadała. Byłem magikiem, nie akrobatą, żeby chodzić po murach czy linach. Chociaż na takiej grubości muru, po jakim ona teraz stąpała, być może bym sobie poradził. Jestem świetny w utrzymaniu równowagi.
Po paru sekundach dziewczyna zbliżała się do końca, niestety nogę postawiła w złym miejscu, przez co noga jej się wyślizgnęła. Byłem obok, więc łatwo ją złapałem.
- Dziękuje - powiedziała, a ja ją postawiłem na nogi. - Może następnym razem będę miała szczęście - stwierdziła. Przytaknąłem i ruszyliśmy w stronę rynku, gdzie to znajdowało się najwięcej ludzi, którzy poszukiwali tego, co najlepsze. Było tu wiele straganów - z owocami, warzywami, upominkami, figurkami, butami, koszulkami, nożykami, garnkami. Po prostu wiele. Ja sam prawie nigdy nic tu nie kupuje, jedzenie mam w bufecie, a takie małe pierdółki potrafię sam sobie wyczarować, jeśli tego chce.
- Tutaj zawsze jest taki tłok? - zapytałem, a dziewczyna przytaknęła, po czym wyciągnęła mnie z tłumu, który zaczynał mnie gnieść. Byłem bliski użycia jakiegoś zaklęcia, ale się powstrzymałem, gdy Smiley zabrała mnie w bardziej wolne miejsce. Rozejrzałem się, a ku moim oczom ukazała się kolejka górska. - Co powiesz na wesołe miasteczko? Dawno nie byłem - zaproponowałem.

<Smiley? Brak weny>

25 lut 2017

White CD Smiley

Zaśmiałem się i uważnie przyjrzałem się słodkiemu pieskowi, która chyba chciała to, co miałem w kieszeni. Miała takie śliczne oczęta, że nikt by się nie powstrzymał, przed choćby pogłaskaniem tego cudownego stworzenia. Dziewczyna trzymała pupila na rękach, który w dalszym ciągu merdał ogonem i patrzył na mnie szczenięcymi oczkami.
- Wie co robić - pogłaskałem suczkę, po czym wsadziłem dłoń do kieszeni. Powyjmowałem z niej parę rzeczy, jak telefon, chusteczki, jakąś kartkę, gwizdek i małą piłeczkę. - Kieszenie zawsze mam pełne - wytłumaczyłem się z uśmiechem. W końcu wyjąłem stamtąd to, co chciałem. - Mądra, skoro wiedziała, że coś mam - przybliżyłam do niej dwa smakołyki dla psów, a różowo włosa postawiła ją na ziemi. Mogła zjeść spokojnie, dalej szczęśliwie merdając ogonem.
- Masz psa? - zapytała, na co pokręciłam głową.
- W kieszeni zawsze mam smakołyki dla psów, bo okazuje się, że wiele zwierząt je lubi, a ja lubię je karmić - powiedziałem. Gdy psina zjadła swoje smakołyki, stanęła na dwóch łapach, a przednimi zatrzymała się na moich nogach.
- Bisca - Smiley chciała zabrać swojego pupila, ale ja ja pogłaskałem.
- Nie szkodzi, przecież lubię zwierzęta, więc mi nie przeszkadzają - uśmiechnąłem się drapiąc ją po głowie, a gdy zabrałem rękę, wróciła do swojej pani. - Czym się zajmujesz w cyrku? - zapytałem chowając wszystkie rzeczy do kieszeni, ponieważ tą drugą miałem tak zapchaną, że gwizdek mi zwisał na małym sznureczku i był gotów mnie opuścić.
- Zazwyczaj robię różne akrobacje ze zwierzętami, ale uczę się także sztuczek na linie - uśmiechnęła się. - A ty? - wyjąłem ręce z kieszeni, którzy były zapełnione tylko do połowy. Gdy pójdę na rynek, pewnie będą zapchane po brzegi. Nie przeszkadzało mi to nigdy, ponieważ nie posiadać jedynie kiszeni w spodniach.
- Jestem magikiem - ukłoniłem się teatralnie, a następnie wykonałem podstawową sztuczkę, czyli wyjęcie pięknych kwiatów z rękawa dla damy. Dziewczyn się zaśmiała.
- Śliczne - przyjęła podarunek.
- Ciesze się, że ci się podobają, jednak mam zamiar pójść jeszcze do miasta - wyprostowałem się i mówiłem już swoim normalnym głosem. - Może byś chciała pójść ze mną? W grupie zawsze raźniej - zaproponowałem.
<Smiley?>

20 lut 2017

White CD Smiley

Miasto do cna zrujnowane. Koszmar. Gdzie nie spojrzysz wiszą jakieś liany, albo dziwne rośliny, których nazw nie znam. Wszystko jest jedną wielką ruiną. Tylko mech pokrywał znaczną powierzchnie tego obozu, czyli roślina która nie została w żaden sposób zmutowana czy całkowicie zniszczona. Budynki walały się, tym samym opierając drugie budowle i ratując nas wszystkich przed całkowitym zawaleniem. To ostatnie miejsce gdzie można się skryć od tych trupów. No tak jakby. Gdy przechodziłam jakąś ciemną uliczką, do której słońce ciężko dochodziło, widziałam nie tylko martwych ludzi, kości czy padliny, ale także wijące się po ziemi, czy chowające się w ścianach truposze, zwane zombie. Gdy przemierzałam to miejsce jak zawsze lewitując, zabijałam to wszystko swoją kochaną gitarą, z ostrymi brzegami jak topór. Nim spojrzysz, że coś cię atakuje, to już nie żyło. Słychać było tylko charakterystyczny dźwięk cięcia metalu oraz upadek głowy na ziemię. Tak, obcinałam ciągle głowy, gdyż według mnie to najlepsze sposób na pozbycie się tych potworów. Niby łatwo jest je zabić, jednak są ich całe miliony, nikt by nie dał rade pozabijać wszystkich na całym świecie. Musiałby posiadać wiele bomb, aby wysadzać te ciała, chociaż i to jest wątpliwe zwycięstwo.
Podczas mojego spacerku, usłyszałem hałas. I nie był to zombie. Gdyby tak było, opadanie gruzu byłoby głośniejsze i towarzyszyłby ku temu charakterystyczny dźwięk umarlaka, któremu coś przebiło ciało. Zignorowałem to do momentu, gdy jakaś osoba stanęła w zakręcie uliczki. Myśląc, że to jeden z ich, przyłożyłem broń do jego szyi, obcinając mu głowę. I wtedy do moich stóp przyturlała się głowa żywego człowieka...
~~~
Nawet nie zdążyłem się dobrze obudzić, a już ktoś mnie zaczął gonić. Zdążyłem tylko dobiec do przypadkowego namiotu, gdzie mój drapieżnik wpadł na kogoś, a ta osoba o odprawiła. dopiero teraz, gdy mogłem ustać chwilę na nogach, spokojny o swoje życie, zacząłem wszystko analizować.
Wczoraj wieczorem bawiłem się magią, w sumie to do samego rana. chciałem wrócić do siebie, ale byłem tak zmęczony, że pomyliłem namioty. Wylądowałem w przypadkowym. Nie mam pojęcia ile spałem, ale w tej chwili, gdy adrenalina mi nieco podskoczyła, sen nagle zniknął. A co do drapieżnika, okazało się, że to bł namiot Black'a. Widać, wkurzył się porządnie, gdy znalazł mnie w swoim ciepłym łóżku. Cóż... Czyli na dzień dzisiejszy mogę dopisać kolejną osobę, której lepiej unikać. Na szczęście pościg został przerwany przez różowo włosą dziewczynę, która przedstawiła mi się jako Smiley. Uścisnąłem jej dłoń z uśmiechem.
- White - przedstawiłem się. - W sumie to ja powinienem go przeprosić - poprawiłem ją. W tym momencie wyobraziłem sobie dziewczynę w akcji, która bije Black'a po głowie wałkiem do ciasta, przez co się zaśmiałem. - Pomyliłem namioty i zasnąłem u niego - wytłumaczyłem się cicho się śmiejąc. - Ale widać, nie muszę się już bać zemsty, szybko się z nim rozprawiłaś - zaśmiałem się miło.
<Smiley?>