18 mar 2017

Rue CD Akuma

– Pije – odpowie­działam. – Chyba, że mamu­sia mi zabroni – poka­za­łam mu język nie ukry­wa­jąc tego, że bawi mnie jego mat­czy­nia­nie; jeśli takie słowo w ogóle ist­nieje. Akuma tylko mach­nął ręką na mój komen­tarz.
– Znasz jakiś dobry klub? – zapy­tał, na co poki­wa­łam głową i wska­za­łam kie­ru­nek.
Droga była dosyć długa, po trzeba była naj­pierw dojść do mia­sta, od któ­rego się dosyć odda­li­li­śmy, a potem przejść na jego drugi koniec. Nie wiem jak dla chło­paka, ale kon­ty­nu­acja naszej roz­mowy tak mnie wcią­gnęła, że za nim się obej­rza­łam już byli­śmy na miej­scu. Dalej mówi­li­śmy o mojej mamie, czyli o Akum’ie. Temat prze­szedł na mojego ojca, któ­rego nie zna­łam. Na samym końcu stwier­dzi­li­śmy, a raczej ja to zro­bi­łam, że chło­pak jest gejem. Nie spodo­bało mu się to, dla­tego prze­stał się do mnie odzy­wać przez dwie minuty, co mnie roz­ba­wiło. Potem sam kon­ty­nu­ował temat mówiąc o homo­sek­su­ali­stach. Koniec koń­ców mówi­li­śmy o les­bij­kach, ponie­waż się wyga­da­łam, że jestem bisek­su­alna. Ale czy to źle? Bynajm­niej czas szybko nam minął i po chwili zna­leź­li­śmy się przed klu­bem. Był już wie­czór, a ze środka można było usły­szeć gło­śną muzykę i bawią­cych się ludzi. Drzwi pil­no­wało dwóch osił­ków, jak w więk­szo­ści przy­pad­kach byli łysi i napa­ko­wani. Wpu­ścili nas tam bez żad­nych zbęd­nych sprze­czek, a to tylko dla­tego, że zna­łam dziew­czynę jed­nego z nich. Była ona moją kole­żanką, a chło­pak tole­ro­wał wszyst­kich jej zna­jo­mych, dla­tego namó­wił swo­jego towa­rzy­sza, aby nas wpu­ścił. I tak się stało.
– Czy Ty wszyst­kich znasz w tym mie­ście? – zapy­tał mnie Akuma, na co wzru­szy­łam ramio­nami.
– Chyba tylko więk­szość. Za dużo czasu spę­dzam w mie­ście – stwier­dzi­łam.
Muzyka dud­niła mi w uszach, ale nie w spo­sób nega­tywny; można tu było usie­dzieć, a gło­śna melo­dia nie prze­szka­dzała. Świa­tła na par­kie­cie, tań­czący ludzie, nie­któ­rzy pijani – widać było, że klub nale­żał do tych bar­dziej zna­nych miejsc.
Usie­dli­śmy na wol­nych miej­scach przy ladzie, by po chwili zamó­wić po alko­holu.
– Mam nadzieję, że umiesz tań­czyć – powie­działam roz­glą­da­jąc się po budynku. Może i nie byłam tu po raz pierw­szy, ale zawsze lubi­łam się przy­glą­dać miga­ją­cym świa­tłom.
– Może naj­pierw się napiję. Wiem, że mi nie odpu­ścisz – powie­dział to jakby z rezy­gna­cją, ale ja się uśmiech­nę­łam.
– Tak – przy­zna­łam mu rację. – Jak coś to zacią­gnę cie za nogi – doda­łam uśmie­cha­jąc się. Bar­man po chwili podał nam szklanki z napo­jem. – Życzę Ci poła­ma­nia nóg – podnio­słam naczy­nie z alko­ho­lem.
– Naw­za­jem – zde­rzy­li­śmy się lekko szklan­kami two­rząc przy tym cha­rak­te­ry­styczny dźwięk wzno­sze­nia toa­stu kie­lisz­kami, po czym się tro­chę napi­li­śmy.
– To jak? Wra­camy do tematu Two­jego gejo­stwa? – zapy­ta­łam roze­śmiana tym wszyst­kim.

< Akuma?>

White CD Lottie

Nim zdą­ży­łem cokol­wiek zro­bić, Lot­tie już leżała na ziemi. To działo się zbyt szybko; nawet nie zdą­ży­łem wejść na gałąź, kiedy dziew­czyna machała nogami patrząc w dół i nagle zle­ciała razem ze zła­maną gałę­zią, obi­ja­jąc się chyba po dro­dze o jesz­cze jedną. Cud, że wylą­do­wała na tra­wie, a nie na kamie­niach, nawet, jeśli zie­leń dużo nie dała. Szybko zesko­czy­łem z drzewa i kuc­ną­łem przy niej. Spraw­dzi­łem jej świa­do­mość poprzez lek­kie poru­sza­nie jej, trzy­ma­jąc ją za ramiona. Nie­stety nie wyka­zy­wała żad­nych oznak życia i gdyby nie to, że oddy­chała, a jej serce biło, chyba bym musiał użyć magii, czego nie chcę. Już pominę fakt, że chcę zostać tajem­nicą. Pierw­sze co mi przy­szło w tej chwili na myśl, to pozy­cja boczna i wezwa­nie pomocy – w końcu tak mnie uczono. Ale gdy stwier­dzi­łem, że znam ja i takie zamie­sza­nie było by nie potrzebne, wsa­dzi­łem jedną rękę pod jej głowę, a drugą pod kolana, po czym deli­kat­nie ją podnio­słem. Nie mia­łem prze­cież pew­no­ści, że Lot­tie sobie niczego nie zła­mała. Spadając z drzewa jeden może zła­mać kark, a drugi może nazbie­rać parę nie­groź­nych sinia­ków. Była tro­chę ciężka, ale nie zwróciłem na to więk­szej uwagi. Musia­łem ją zanieść do namiotu, aby tam doszła do sie­bie. Droga była dosyć długa, ale nie mia­łem zamiaru uży­wać skrzy­deł. Nie mam poję­cia ile sze­dłem, ale gdy tylko zoba­czy­łem świa­tło wie­dzia­łem, ze jestem już bli­sko.
Poło­ży­łem ją na mate­racu i przy­kry­łem koł­drą. Sam za to ode­tchną­łem.
– Lekka to nie jesteś – zaśmia­łem się patrząc na jej twa­rzyczkę, po czym wsta­łem i poszedłem do Pika, który stał na zewnątrz. Zoba­czył mnie gdy wcho­dzi­łem na teren cyrku.
– To mów, co się stało – mniej wię­cej wytłu­ma­czy­łem mu całą sytu­ację roz­po­czy­na­jąc od wej­ścia do domku w drze­wie, zahaczając o upa­dek, a koń­cząc na przy­nie­sie­niu jej tutaj. Poki­wał pomału głową dając mi znać, że wszystko rozu­mie. – Może lepiej ją popil­nuj, tak na wypa­dek – powie­dział.
– Wiem, taki mia­łem zamiar – uśmiechnąłem się lekko, pra­wie nie widocz­nie i wsze­dłem do namiotu. Dziew­czyna w dal­szym ciągu leżała na mate­racu nie rusza­jąc się. Gdyby nie klatka pier­siowa, która się uno­siła i opa­dała pomy­ślał­bym, że nie żyje.
Nie myśla­łem, że szybko się obu­dzi, dla­tego też usia­dłem obok niej i pomału przy­sy­pia­łem. Na początku oglądałem jej parę rysun­ków, które zna­la­złem przy­pad­kiem (czyt. grze­ba­łem w jej rze­czach i zna­la­złem rysunki). Gdy je odło­ży­łem z powro­tem na miej­sce, jakby nic się nie stało, poczu­łem się senny. Nie myśląc dłu­żej poło­ży­łem się obok dziew­czyny i zasną­łem nie zabie­ra­jąc jej koł­dry.

< Lot­tie? Nie spo­dzie­wa­łaś się xd>

16 mar 2017

Lottie CD white

- O, fuj! – jęknęłam, wyobrażając sobie takową scenę. Zmarszczyłam brwi w geście obrzydzenia, lecz jednocześnie śmiejąc się cicho – Kraby są straszne. Kiedyś oglądałam jakiś krótki dokument… Ble, te ich szczypce. I ogólnie ich wygląd, doprawdy wstrętne. Chyba umarłabym tam z przerażenia.
White zaśmiał się na moje wyznanie. Nie czekając na to, aż cokolwiek powie od siebie, ruszyłam w wesołych podskokach przodem, zmierzając w kierunku domku. Już miałam otworzyć drzwi, już miałam dłoń na klamce, kiedy zawahałam się.
- Dlaczego nie otwierasz? – zapytał radośnie White, z lekkim zaciekawieniem.
- Eee… - zająknęłam się, drapiąc się po karku – Chciałbyś może wejść… pierwszy?
- A dlaczegoż to tak? – zaśmiał się wesoło, obdarzając mnie ciepłym, acz rozbawionym spojrzeniem.
- No wiesz… - westchnęłam cicho, patrząc na niego cielęcym wzrokiem - … jeżeli będą tam duchy, łatwiej ci będzie nas obronić… na pewno.
Chłopak, nie spodziewając się takowej odpowiedzi, wybuchnął śmiechem.
- Okej, okej! – odparł z charakterystycznym mu optymizmem – Jestem gotów na heroiczną północną walkę z ewentualnymi potworami z wnętrza leśnej chatki, obronię nas!
Na te słowa otworzył drzwi gwałtownie i niespodziewanie. Zajrzał do środka i krzyknął z przerażeniem. Przestraszyłam się niezmiernie i, walcząc z samą sobą przez ułamek sekundy, podbiegłam do niego. Jedyne, co zastałam we wnętrzu, to roześmianego White’a.
- O, matko. – jęknęłam – Przestraszyłeś mnie. Bardzo mnie przestraszyłeś.
- Przytulnie tu. – zauważył, ignorując moją uwagę – Mógłbym tu mieszkać.
- Racja. – zgodziłam się, porzucając temat leśnych monstrów, czyhających na nasze życie – O, czekaj… - dodałam ciszej, patrząc na małe schodki w rogu pomieszczenia – Te schody prowadzą na górę.
- To ma górne piętro? – twarz White’a wykrzywiła się w zdziwieniu; nie przypominał sobie tego faktu.
- Nie. – zaprzeczyłam, kręcąc głową – Schody prowadzą do korony drzewa. Chodź.
Wdrapałam się po schodach na górę, gdzie znajdowało się malutkie okienko, a z niego przejście na jedną z bardziej rozłożystych gałęzi. Przeszłam powoli na sam jej koniec i usiadłam wygodnie, patrząc w dół.
- Ech, wysoko. – westchnęłam z leciutkim lękiem, lecz zaraz odwróciłam głowę, widząc, jak White również idzie po tejże gałęzi. Zaczęłam wymachiwać nogami beztrosko, oglądając się po koronach innych drzew. White był w połowie drogi, kiedy gałąź po mojej stronie, na końcu, pod wpływem mych gwałtownych ruchów zakołysała się niebezpiecznie. Panicznie spróbowałam odzyskać równowagę, jednak skończyło się jeszcze gorzej. Słychać było charakterystyczny trzask, a gałąź złamała się w połowie. Pisnęłam, przerażona, i zanim którekolwiek z nas zdążyło coś zrobić, spadałam na ziemię. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyłam przed upadkiem, była mieszanka strachu, zaskoczenia i bezradności, wymalowana na twarzy White’a. Ułamek sekundy później zderzyłam się z ziemią; poczułam mocny, acz krótki ból, zanim straciłam świadomość.

<White? Idk, co mnie naszło, jakieś rozruszanie akcji czy coś xd>

Akuma CD Rue

Spojrzał na nią zaskoczony. Nie no, chyba serio musieli ją tam Red Bullami karmić... Przecież ona ma jakieś niewyczerpalne baterie. Ale ku swojemu zdziwieniu stwierdził, że poza lekkim bólem nóg nie czuje się zmęczony.
- Masz jakiś konkretny pomysł?- spytał po chwili ciszy. Czuł, jak delikatny, chłodny wiatr wieje prosto na jego twarz. Przyjemne uczucie. Nawet bardzo. Przez parę sekund wydawała się wahać, jakby pomysł nie był odpowiedni. O ile nie wymyśliła go dopiero teraz.
- Może jakiś klub? Mam ochotę potańczyć.- zaproponowała z uśmiechem, zapewne wyobrażając sobie siebie na parkiecie. Klub? Co prawda Akuma gdy tańczy wygląda jak człowiek, który mimo paraliżu próbuje biec, ale da radę. Zwłaszcza, gdy chodzi o klub z alkoholem. Co prawda nie jest jest jakimś fanem tego trunku, jednak parę zgonów na imprezach zaliczył. Ba, nawet sam dawał radę się upić! W każdym razie podczas ostatnich dni nic, tylko szlajał się po mieście bądź ćwiczył w cyrku, więc klub to jednak bardzo interesująca opcja spędzenia reszty dnia.
- Gdy tańczę wyglądam, jakbym miał atak padaczki. Bez urazy dla ludzi z tą chorobą, rzecz jasna.- ostatnie zdanie wypowiedział z pośpiechem, co dało dość zabawny efekt. Chociaż próbowałbyś poważny, mimowolnie się uśmiechnął, słysząc cichy chichot Rue.
- No tak, teraz się śmiej. Później nie będziesz chciała się ze mną pokazywać publicznie.
- A kto mówi, że już tak nie jest?- zrobił minę zbitego psa, słysząc te słowa. Nie spuszczając wzroku z dziewczyny, pociągnął nosem, udając, że zbiera mu się na płacz. Albo szloch, jak kto woli.
- Uraziłaś moje uczucia.- ciągnął właśnie odgrywany dramat. Szybko jednak skończył.- Ale uważaj na słowa. Gdybym był seryjnym mordercą lub jakimś psychopatą, niezbyt szczęśliwie to by się dla ciebie skończyło.- ostrzegł, gdy skierowali się w końcu ścieżką, którą tutaj przyszli.
- Psychopaty to ty my raczej nie przypominasz. Choć z głową z pewnością coś masz.- droczyła się.
- Kto to mówi.- rzucił oschle, czując się pokonany. Urażona duma tego chłopaka nigdy nie zapomni przegranej wojny na słowa z d z i e w c z y n ą. Z resztą jaki chłopak chciałby jakkolwiek przegrać z płcią przeciwną? To się w głowie nie mieści...
- Ej...- nagle go olśniło. Skoro alkohol to pierwsza myśl, która weszła mu do głowy zaraz po zaczęcia tematu klubu, to może Rue także miała zamiar się napić? Minęła chwila, zanim kontynuował, chcąc odpowiednio dobrać słowa.
- Będziesz pić? Lepiej nie. Dopiero co wyszłaś ze szpitala, to się może źle skończyć.
- Doprawdy? A co, jeśli wypiję troszeczkę, mamusiu?- nie, tylko nie z tym tekstem! Westchnął cicho.
- Dobra, dobra. Znowu matkuję. Ale teraz tak na poważnie- pijesz, czy nie? To ważne pytanie. Bardzo ważne.- wypowiedział te słowa z taką powagą, że omal się nie roześmiał. Cóż. Tak to już bywa, gdy chce się brzmieć poważnie.

<Rue?>

White CD Lottie

Z przy­jem­no­ścią słu­cha­łem jej śpiewu. Nie dość, że ładny głos, deli­katny i wysoki, to jesz­cze piękna pio­senka. Uśmie­cha­łem się sam do sie­bie sły­sząc ten cudowny śpiew cie­sząc się zara­zem tym, że stała się nieco odważ­niej­sza. Gdy­bym miał ją pro­sić na samym początku, aby coś zaśpie­wała, zwąt­pił­bym w to, że by się zgo­dziła. Oczy­wi­ście na samym końcu nie dała mi dojść do słowa, zmie­nia­jąc od razu temat. Tym razem jed­nak nie mia­łem zamiaru sie­dzieć cicho, nie w tym przy­padku.
– Pra­wie – wpierw odpo­wie­dzia­łem na jej pyta­nie, które w sumie brzmiało jak stwier­dze­nie. – Znowu to zro­bi­łaś – zauwa­ży­łem, ale ona tylko spoj­rzała na mnie zdzi­wiona i jakby lekko prze­stra­szona.
– A-ale co? – powie­działa w końcu, gdy cisza się prze­dłu­żała.
– No to – zaśmia­łem się cicho pod nosem widząc jej bez­rad­ność. Przy­po­mi­nała mi teraz małą myszkę w kącie, która jest zagro­żona przez kota. – Gdy coś opo­wiesz albo zro­bisz nie cze­kasz na reak­cję, tylko od razu zmie­niasz temat – wyja­śni­łem jej o co mi cho­dzi. Lot­tie tylko odwró­ciła głowę przed sie­bie, lekko ją zwie­siła i mil­czała. Teraz tro­chę głu­pio mi było, że ta jej skrom­ność lub strach powró­ciły, ale nie mogłem się powstrzy­mać przed powie­dze­niem jej tego.
Droga którą szli­śmy była pusta, zero ludzi. Taki spo­kój także mi się podo­bał, tym bar­dziej, że Lot­tie nie miała się przed kim cze­go­kol­wiek wsty­dzić – chyba, że mnie uzna­wała za takiego kogoś, kto by się z chę­cią z kogoś pośmiał. Było już dosyć ciemno, ale księ­życ ide­al­nie wszystko oświe­tlał. Pew­nie była dopiero dzie­więt­na­sta, prak­tycz­nie o takiej porze roku ciemno się robi po sie­dem­na­stej. Ptaki już zamil­kły, a na ich miej­sce wstą­piły świersz­cze, które grały na swo­ich malut­kich skrzyp­cach. zawsze sobie to wyobra­ża­łem – takie małe zie­lone owady z minia­tu­ro­wymi skrzy­pacz­kami, na tle zie­lo­nej trawy i gwie­ździ­stej nocy.
– Wiem to – powie­działa po dłu­gim cza­sie mil­cze­nia, cicho, wsty­dząc się jakby. Uśmiech­ną­łem się lekko.
– Byłaś już kie­dyś w domku na drze­wie? – zapy­ta­łem sam zmie­nia­jąc temat, aby jej bar­dziej nie pogrą­żać w stra­chu, który naj­wi­docz­niej się powięk­szał.
– Dawno temu – podnio­sła nieco głowę, ale patrzyła na drogę. – Ale chyba jesz­cze pamię­tam drogę – dodała.
– Ja ni­gdy nie wiem jak tam dojść, zawsze mi się drogi mylą. – zaśmia­łem się krótko. Potem opo­wie­dzia­łem jej, jak kie­dyś przy­pad­kiem zamiast wró­cić do domu, wylą­do­wa­łem na plaży. wybra­łem zły kie­ru­nek, zamiast w lewo, posze­dłem w prawo. Droga wyda­wała mi się o wiele dłuż­sza niż zazwy­czaj, ale sze­dłem dalej, aż usły­sza­łem szum wody. Oka­zało się, że zna­la­złem się na sta­rej plaży, na któ­rej musia­łem noco­wać. Z samego rana obu­dzi­łem się pokryty kra­bami!

< Lot­tie? Okropny brak weny…>

15 mar 2017

Lottie CD White

Całe moje zatroskanie i nieśmiałość prysły jak bańki mydlane, a ja wybuchłam głośnym śmiechem.
- Naprawdę? – spojrzałam na niego z rozbawieniem – Ciężko mi to sobie wyobrazić, haha!
Miałam wrażenie, że White specjalnie chciał mnie jakoś rozśmieszyć lub rozbawić, zapewne mając na celu wywołanie na mej twarzy jakiegokolwiek uśmiechu czy chociaż cichego chichotu. Nawet, jeśli jednak nasza znajomość to jego wygrany zakład, to i tak jest świetnym człowiekiem. Zdawało mi się, że przy nim mogę robić i mówić cokolwiek, a on zrozumie. I nie będzie się śmiał. Bynajmniej nie na głos.
- Ach, te kwiatki. – rzekłam, patrząc na brzegi ścieżki, którą podążaliśmy – Są bajeczne. Masz pojęcie, co to za gatunek?
- Zdaje się, że przylaszczki. – odparł, przyglądając się roślinkom. Kucnęłam przy jednej z kępek i zerwałam trzy kwiatki, obracając je w palcach. Ostatecznie wsunęłam je sobie we włosy, tak, by były widoczne, po czym odwróciłam się w stronę chłopaka.
- I jak wyglądam? – zapytałam, uśmiechając się nieśmiało. Czułam się trochę pewniej. Chyba wygadanie się ze wszystkich swych trosk i zrozumienie ze strony White’a dodały mi nieco odwagi.
- Pasują ci. – odparł wesoło, spoglądając na mnie. Och, nie, nie da się być smutnym w jego towarzystwie.
Wstałam, po czym ruszyłam dalej, a White za mną. Miałam nadzieję, że dobrze idę, w końcu ostatnio byłam w domku w drzewie naprawdę bardzo dawno temu. Nie miałam ani czasu, ani ochoty, ani towarzystwa, by iść w to miejsce, chociaż było tam naprawdę ładnie – a tym bardziej wieczorem.
- Co lubisz robić? – chłopak najwyraźniej nie lubił niezręcznej ciszy, dlatego też wymyślał coraz to nowsze tematy. Odwróciłam się w jego stronę i wzruszyłam delikatnie ramionami.
- Lubię przebywać ze zwierzętami. – powiedziałam po chwili wahania – Tak, zwierzęta są kochane. I… lubię słuchać historii. I śpiewać.
- Śpiewać? – powtórzył White z zaciekawieniem; to nie wróżyło niczego dobrego.
- Taaak… - potwierdziłam ciszej, spoglądając na niego.
- Chciałabyś coś zaśpiewać? – zapytał zachęcająco i nad wyraz radośnie.
- Ja… nie wiem. – wymamrotałam cichutko – Nie spodoba ci się.
- Ależ spodoba. – nalegał przyjaźnie – Na pewno śpiewasz bardzo ładnie.
- No… - spojrzałam na jego zachęcający wyraz twarzy, po czym westchnęłam cicho – Okej. Ale tylko dwie zwrotki.
Skończyłam na ostatnim tchu, po czym wypuściłam powietrze. Takie śpiewanie trochę mnie zawstydziło, ale starałam się o tym nie myśleć.
- Eee… - zaczęłam, zanim zdołał jakkolwiek to skomentować – Chyba już jesteśmy prawie na miejscu?

<White? Wybacz, uwielbiam motyw pieśni w opowiadaniach xd>

Needle CD Azucar

Skinęłam głową, informując go tym samym, że rozumiem jego zdanie.
- Ja nie wiem, co bym powiedziała.
- Jak to?- zapytał mnie chłopak, spoglądając na moją twarz.
- Pewnie nie byłoby na to czasu, poza tym ze strachu mógłby mi język utknąć w gardle.- wzruszyłam lekko ramionami.
- A...- odpowiedział mi mój rozmówca. Po mniej-więcej kwadransie trafiliśmy do lokalu, gdy nagle zamarłam.
- Co jest?- spytał mnie Azucar, widząc mój nagły zastój.
- Zapomniałam pieniędzy.- wyjaśniłam, patrząc na jego twarz, jakby szukając pomocy.
- Spokojnie, zapłacę za ciebie.
- Serio?
- No tak. Prawie zawsze mam przy sobie pieniądze.- na to skinęłam głową i uśmiechnęłam się delikatnie.
- To ja pójdę znaleźć nam miejsce.- odpowiedziałam, kierując się w stronę stolików. Wcale nie zapomniałam mu powiedzieć, co chciałabym do jedzenia. Byłam ciekawa, co mi zamówi. Usiadłam przy stoliku umieszczonym przy oknie, a w tym czasie mój towarzysz stał już przy kasie i wybierał nam posiłek. Z jednej strony to miłe, że nie muszę za siebie płacić, ale z tej drugiej wydaje mi się to trochę chamskie. Nawet nie wiem czemu. Odwróciłam głowę w stronę okna. Była jasna pogoda. Nawet nie było aż tak zimno... Było może dziesięć stopni powyżej zera. Coś takiego. Po chwili wrócił Azucar z dwoma talerzami. Czując zapach ciepłych naleśników, odwróciłam ku niemu głowę. Uśmiechną się do mnie i usiadł naprzeciwko mojej osoby.

<Azucar?>

14 mar 2017

Rue CD Akuma

Roz­po­zna­wa­nie kwia­tów nie było moją naj­moc­niej­sza stroną, cho­ciaż zna­łam też te rzad­sze. Ale to tylko ze względu na to, że zain­te­re­so­wały mnie czarne orchi­dee. A w poszu­ki­wa­niu infor­ma­cji na ich temat, natknę­łam się także na inne kwiaty, które nie są tak popu­larne jak mlecz czy róża. Ale to nie ważne. Prak­tycz­nie przy każ­dym rodzaju kwiatu się zatrzy­my­wa­łam, kuca­łam i wącha­łam jego zapach. Wszyst­kie miały inną woń, ale tak samo były piękne z wyglądu i z zapa­chu. Nie sądzi­łam, że znajdę tutaj żon­kila, ale znaj­do­wał się od parę metrów od wej­ścia.
– Zobacz, to jest żon­kil – poka­za­łam mu żół­tego kwiatka z taką jakby tubą na samym środku. Akuma pod­szedł, przyj­rzał się i ski­nął głową.
– Zna­la­złem coś podob­nego, tyle, że różo­wego – oznaj­mił. Spoj­rza­łam na niego z lek­kim uśmie­chem.
– Może to być orchi­dea, pokaż – popro­si­łam go. Jeśli to ten kwiat, to gdzieś obok na pewno się znaj­dzie czarny kolor, a tylko jego szu­kam. Chcia­ła­bym je zerwać i sobie posa­dzić gdzieś bli­sko namiotu, a naj­le­piej w środku, gdyby to byłoby moż­liwe. Akuma zapro­wa­dził mnie na drugi koniec, po dro­dze oczy­wi­ście oglą­da­łam inne roślinki, spo­wal­nia­jąc nasze tempo. Gdy w końcu zna­leź­li­śmy się przy różo­wym czymś, co przy­po­minało żon­kila, oznaj­miłam mu, że to orchi­dea.
– Tro­chę przy­po­mina żon­kila – powie­dział, na co się zaśmia­łam. Dla mnie róż­nica pomię­dzy tymi kwia­tami jest ogromna, ale nie mia­łam zamiaru mu tego mówić. Zamiast tego kuc­nę­łam i dotknę­łam płat­ków.
– A widzia­łeś czar­nego? – pokrę­cił głowa. Rozej­rza­łam się i od razu rzu­cił mi się w oczy takowy kwiat. Zła­pa­łam chło­paka za rękę i pocią­gnę­łam do czar­nych orchi­dei.
Jesz­cze długo sie­dzie­li­śmy w oran­że­rii podzie­wa­jąc kwiaty – by­naj­mniej ja to robi­łam. Akuma raczej pozna­wa­łam ich nazwy, nie­które mówi­łam z pamięci, ale zda­rzały się takie, w któ­rych musia­łam prze­czy­tać napis. Przy oka­zji pozna­łam też inne rodzaje kwia­tów, ale jak zawsze jed­nym uchem wcho­dzi, a dru­gim wycho­dzi. Cie­kawe, czy mój towa­rzysz tez tak ma.
– I co? Zapa­mię­ta­łeś coś? – zapy­ta­łam gdy wycho­dzi­li­śmy z budynku. Pokrę­cił ręką na boki poka­zu­jąc tym samym „tak jakby” lub jak inni to rozu­mieją „tro­chę”. Wysz­li­śmy z oran­że­rii i od razu poczu­łam zimny powiew wia­tru.
– Pamię­tam naj­bar­dziej te Twoje orchi­dee – oznaj­mił, na co cicho się zaśmia­łam.
– Nie dam Ci ich zapo­mnieć – powia­do­mi­łam go. – Masz ochotę się gdzieś jesz­cze dzi­siaj wybrać, czy star­czy Ci wra­żeń? – zapy­ta­łam. Ja oso­bi­ście mogła­bym jesz­cze prze­tań­czyć nawet całą noc, w końcu spa­łam tydzień, dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę przez pięć dni. Jak ja mam teraz iść spać? A może odpro­wa­dzę Akume, a sama znajdę kogoś, kogo znam i pójdę z nim do jakie­goś klubu się wytań­czyć?

< Akuma?>

Smiley CD Vogel

Chłopak mnie przestraszył gdy się zakrztusił. Jednak po odstawieniu przedstawienia już w połowie nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Niby byłam zła, ale tak naprawdę to przestraszyłam się. Ostatecznie skończyło się to ogromnym wybuchnięciem śmiechem z mojej strony.
- Wybacz, ale to było przezabawne - otwarłam swoje oczy z których chciały się wydostać łzy. - A co do tego czy ci wybaczę to wybaczam tobie - uśmiechnęłam się szeroko. Bisca zaszczekała ze szczęścia, a na twarzy liska pojawił się uśmiech. Jego prawdopodobnie też to rozbawiło. Spojrzałam się na zegarek i nie było to jeszcze tak późno jakby mogło się wydawać.
- Co powiecie na spacer, a potem możemy wspólnie przygotować coś do jedzenia? Co ty na to Vogel? - spojrzałam się na niego z ogromnym uśmiechem na twarzy. Pupile na samą myśl ucieszyły się. Bisca przyniosła swoją smycz w pyszczku, a Yuki stanął koło moich nóg.
- Yuki dla ciebie też mam smycz. Oczywiście nie będziesz cały czas uwiązany do niej, ale na pewno gdy będziemy się znajdować w miejscu w którym przebywają ludzie - pogłaskałam liska po głowie. Spojrzałam się na Bisce, a ona zrozumiała co mi chodzi na głowie. Suczka była tak miła, że przyniosła drugą smycz. Przywiązałam do każdego z osobna zwierzaków smycz, a oni się już doczekać nie mogli.
- Jeżeli chcesz to zawsze możesz potrzymać Bisce na smyczy?! Raczej ci nie ucieknie, a chociaż gdyby to zawsze wróci - zaśmiałam się.

<Vogel?>

White CD Lottie

Widząc jej natych­mia­stową zmianę nastroju uśmiech­ną­łem się miło i posta­no­wi­łem nie drą­żyć tego tematu widząc jej nie­śmia­łość i chęć zmiany tematu. Cho­ciaż… tro­chę mi jej było szkoda. Rap­tow­nie zrozu­mia­łem tą jej nie­śmia­łość i ruchy aspo­łeczne. Ojciec nie wia­domo gdzie, a matka… nie będę nikogo wyzy­wał, dla­tego zostanę przy okre­śle­niu „wyrodna”. A jej brat to był na prawdę dupek. Nie zno­si­łem takich ludzi. Momen­tal­nie mia­łem ochotę zapy­tać ją o adres, aby poga­dać sobie z tym face­tem, ale gdy docho­dził do mnie nie tylko fakt, że to bez sensu, to na doda­tek ucie­kła z domu dawno temu. W każ­dej chwili mogli zmie­nić swoje miej­sce zamiesz­ka­nia, po za tym nie wia­domo nawet, czy Lot­tie jesz­cze pamięta dokładny adres. Nie ważne.
– Oczy­wi­ście – zgo­dzi­łem się sło­wem nie wspo­mi­na­jąc o jej histo­rii. Tak bar­dzo było mi jej szkoda, cho­ciaż gdy poka­zała mi swoje rany, mia­łem ochotę ją stuk­nąć w główkę. Nigdy nie rozu­mia­łem ludzi, któ­rzy robią sobie krzywdę, żeby ulżyć sobie psy­chicz­nie. No dobra, wyobra­zić to sobie mogłem, ale ni­gdy w życiu sam bym tego sobie nie zro­bił, bo dla mnie to jest głu­pie i słabe. Ale na ten temat też się nie odzy­wa­łem.
Zesz­li­śmy z mostu i zaczę­li­śmy się kie­ro­wać do wybra­nego miej­sca. Chwila mil­cze­nia wyda­wała mi się wie­kiem, który prze­cią­gał się w nie­skoń­czo­ność. Pierw­szy raz nie wie­dzia­łem zbyt jak pocie­szyć osóbkę, ni­gdy nie spo­tka­łem się z kimś, kto miał takie dzie­ciń­stwo. No dobra, sły­sza­łem o takich dzie­ciach, które miały nawet gorzej niż Lot­tie, ale spo­tka­nie takiej osoby… jest zupeł­nie inne.
– Jak byłem mały, lubi­łem cho­dzić po drze­wach – powie­dzia­łem w końcu nie wytrzy­mu­jąc tego napię­cia, które cią­gnęło się nie wia­domo przez ile. Lot­tie spoj­rzała na mnie, ale tylko kątem oka i na chwile.
– Jak taka mała małpka? – widzia­łem jak się lekko uśmie­cha, ale po sekun­dzie ta mina zamie­niła się znowu w mały strach. Zaśmia­łam się cicho i dalej uśmie­cha­łem, chcia­łem jej dodać tym tro­chę wię­cej odwagi poka­zu­jąc jej, że lubię ją, jest zabawna i miło mi się z nią spę­dza czas. W sumie… to była prawda. Polu­bi­łem ją, bo jest miła. Jest zabawna, tylko szybko z tego rezy­gnuje. Miło się z nią spę­dzało czas, to też było prawdą.
– Tak – przy­zna­łem jej rację. – Bra­kuje tylko ogona i łapa­nia się gałęzi nogami. Naj­le­piej gdy wisisz do góry nogami i nie możesz zejść – zaśmia­łem się, w końcu i Lot­tie też to zro­biła, co mi się spodo­bała. Miała ładny uśmiech, szkoda, że tak rzadko się uśmie­chała. Trzeba by ją jakoś roz­ba­wić… – Pamię­tam, jak kie­dyś bawi­łem się w wie­wiórkę – zaczą­łem opo­wia­dać. – Byłem wtedy mały i myśla­łem, że uda mi się wejść do dziu­pli jak wie­wiórce. Utk­ną­łem! – zaśmia­łem się gło­śno. – Jedy­nie tył wisiał sobie bez­wład­nie na drze­wie, kiedy cały przód utknął w drze­wie – doda­łem.

< Lot­tie? Udało się? xd>