Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azucar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azucar. Pokaż wszystkie posty

28 lip 2017

Odchodzą!

Pistachio
#Powód: brak kontaktu, brak pisania opowiadań

Tori
#Powód: brak kontaktu, brak pisania opowiadań

Azucar
#Powód: brak kontaktu, brak pisania opowiadań

Nymph
#Powód: brak kontaktu, brak pisania opowiadań

Szakal
#Powód: brak kontaktu, brak pisania opowiadań

Osoby te zostały usunięte z bloga za brak odpisywania na moje wiadomości. Mają oni wciąż szansę, aby powrócić. Dzisiaj również zostaną wysłane kolejne upomnienia do osób, które są więcej niż miesiąc nieaktywne.

13 kwi 2017

Azucar CD Needle

Z wielką ciekawością patrzyłem na stos różnorodnych ubrań, które teraz leżały na podłodze. Usiadłem na ziemi i głośno wypuściłem powietrze.
- No nieźle - przyznałem nie wiedząc za co się zabrać.
- Coś więcej? - uniosła brwi również siadając i podsuwając w moją stronę kilka strojów.
Wziąłem do ręki pierwszą z brzegu sukienkę i dokładnie się jej przyjrzałem. Była naprawdę urocza. Do kolan, biała, z krótkim rękawkiem i kołnierzykiem. Wydawała się mieć bardzo niewinny charakter. Pewnie była uszyta dla drobnej osóbki, jaką jest między innymi Needle.
http://orig14.deviantart.net/c49e/f/2009/063/2/c/vintage_dress_by_kiyorin.jpg
- Urocza. Szyłaś ją dla siebie? - zapytałem
- Nie do końca. Podczas pracy nie myślałam o niej, jako ubraniu dla mnie, ale ma mniej więcej moje rozmiary - odpowiedziała.
- Może przymierzysz? - zaproponowałem uśmiechając się. Zastanawiała się chwilę, po czym pokiwała głową i zabrała mi sukienkę. Podczas, gdy ona poszła się przebrać, ja oglądałem pozostałe rzeczy.
Znalazłem w tej stercie ładną koszulę z kwiecistym wzorem, bardzo świecącą sukienkę koloru różowego, jednak od razu ją odłożyłem, gdyż była nie w moim stylu. W tej stercie znalazłem jeszcze całkiem, całkiem, ładną luźną bluzkę. Odłożyłem ją na bok, tak jak wcześniejsze rzeczy, a do ręki chwyciłem czarny komplet damskiej bielizny.
Przyznaję, że nie spodziewałem się tutaj czegoś takiego, ale właściwie to nie wiem dlaczego. To przecież zupełnie normalne.
Akurat wtedy do pokoju weszła dziewczyna ubrana w jasną sukienkę. Wyglądała naprawdę pięknie. Moim zdaniem kreacja idealnie do niej pasowała.
- Powinnaś w niej chodzić – stwierdziłem odwracając się w jej stronę.
- Mi po prostu we wszystkim dobrze – powiedziała, na co się zaśmiałem. – No tak, a ty już trzymasz bieliznę… - westchnęła spoglądając na to, co właśnie miałem w ręku. Uśmiechnąłem się.
- Podoba mi się – odparłem, na co przewróciła oczami.
- Tego nie będę przymierzać – oświadczyła, a ja odłożyłem ją i wziąłem następną sukienkę.
Również była śliczna i delikatna. Bardzo zwiewna, więc musiała być tez wygodna.

- Masz talent – odrzekłem.
- Dziękuje – mruknęła patrząc na strój, który właśnie odkładałem na bok.
Uważam, ze ona naprawdę zna się na rzeczy. Wszystkie ubrania, które widziałem były uszyte w podobnym stylu, który już zawsze będzie mi się kojarzył z nią.
- Może masz coś męskiego? – spytałem już wyobrażając sobie jakieś nowe ciuchy, najlepiej koloru białego…

< Needle? >

3 kwi 2017

Azucar CD Rue

- Do jutra - weszła do środka, a ja ruszyłem w stronę swojego namiotu. Gdy tylko przekroczyłem próg przywitała mnie merdająca ogonem Adda. Przez cały dzień siedziała sama i mimo, że nie marzyłem o niczym innym, niż wygodne łóżko i ciepła kołdra, sięgnąłem po piłkę i wziąłem ją na spacer.
Poszliśmy za teren cyrku, na dużą polanę. Spuściłem ją ze smyczy i rzuciłem zabawkę, którą posłusznie przynosiła. W końcu jednak zmęczyła się i poszła "zaznaczać krzaczki".
Patrzyłem na nią i schowałem ręce do kieszeni. Zmarszczyłem brwi, gdy poczułem jakiś papier. Wyciągnąłem zawartość, a moim oczom ukazał się banknot i karteczka z napisem "mówiłam, że oddam". Pokręciłem głową i uśmiechnąłem się.
Moją pierwszą myślą było to, żeby jej oddać, ale to bez sensu. Będziemy sobie nawzajem wpychać pieniądze. To by było kompletnie dziecinne i głupie. Dlatego wpadłem na inny pomysł. Po prostu przyjacielską niespodziankę, niekoniecznie związaną z naszymi wydatkami.
Zawołałem Księżniczkę i wróciliśmy do domu. Byłem bardzo zmęczony, więc zasnąłem od razu, wcześniej karmiąc suczkę.
Obudziłem się godzinę później niż zwykle, ale nie szedłem do bufetu z myślą, że zjem coś na mieście. Wziąłem Addę, aby nie musiała znowu siedzieć zamknięta i poszliśmy. Pierwszym miejscem do odwiedzenia był sklep zoologiczny.
Podszedłem do półki z zabawkami dla kota, jednak nie miałem pojęcia co wybrać. Wszystko prezentowało się równie dobrze. Natomiast Księżniczka, która, jako że jest to sklep dla zwierząt, mogła ze mną wejść, najwyraźniej już sobie coś wybrała. Kupiłem jej brązowego miśka tylko dlatego, że nie było białych.
Dla kotki Rue wybrałem małą, różową obróżkę. W razie, gdyby miała się ponownie zgubić. To taki praktyczny, niedrogi prezent, którego nie zwrócę, więc będzie musiała go przyjąć.
Byłem dumny ze swojego pomysłu. Poszedłem do kasy wcześniej dokupując jeszcze karmę dla psa i jakieś smakołyki, ponieważ ostatnio uczę ją nowych sztuczek.
Było już po dziewiątej, a ja ciągle chodziłem o pustym żołądku, dlatego skusiłem się na czekoladową muffinkę w pobliskiej kawiarni. Zająłem miejsce na zewnątrz, żeby nie było problemów z Addą i rozkoszowałem się pięknym, słonecznym dniem.

< Rue? >

27 mar 2017

Azucar CD Smiley

Słuchałem uważnie słów dziewczyny, po czym pokiwałem głową.
- Na jasne - uśmiechnąłem się. - Z chęcią ci pomogę - powiedziałem. Pogłaskałem suczkę po głowie, która wystawała z torby.
Ruszyliśmy dalej, a po piętnastu minutach drogi byliśmy już pod namiotami.
- Jutro robię pizzę, pamiętasz? - zapytałem przypominając sobie o naszej ostatniej kolacji i rozmowie.
- Pamiętam, a ja miałam ci pomóc - odpowiedziała.
- Ja miałem cię nauczyć - poprawiłem. - Możemy pójść na spacer, do sklepu zoologicznego, spożywczego, a potem wrócimy do mnie i zrobimy kolację - zaproponowałem.
- Mi pasuje - odrzekła.
- Wiesz... Jutro chyba nie będę cię budzić. Trochę mieliśmy dzisiaj wrażeń... Nie wiem nawet, czy bardziej zmęczyły mnie dzieciaki, czy ta cała pogoń - zaśmialiśmy się.
- Nawet nie będę się wykłócać, dobrze mi zrobi trochę snu - przyznała.
- Dobra, przyjdź do mnie jak już wstaniesz i...
- Nie wiem, czy się doczekasz - przerwała mi.
- Wierzę w ciebie.
- No dobrze, to do jutra - pożegnaliśmy się.
Wróciłem do siebie i poszedłem z Księżniczką na spacer. Nie trwał on długo, bo byłem naprawdę padnięty. Ledwo co wróciłem padłem na łóżko, nawet nie mając siły, by zrobić cokolwiek, posprzątać, zjeść coś, przebrać się, czy wziąć prysznic.
Spodziewałem się, że jutro będę miał trochę czasu, zanim Smiley do mnie przyjdzie, dlatego ze spokojem i ulgą zamknąłem powieki i pogrążyłem się we śnie...

< Smiley? >

20 mar 2017

Azucar CD Needle

Nie miałem problemu, żeby zapłacić za Needle. Dla mnie było to nawet dość normalne. Miałem nadzieję, że nie czuła się przez to jakoś nie swojo.
Poszła zająć nam miejsce, a ja podszedłem do kasy. Wszystko brzmiało wyśmienicie, a ja nie mogłem się zdecydować. Dlatego postanowiłem zamówić dla siebie naleśniki z czekoladą i bananami, a dla niej wziąłem z truskawkami i śmietaną. Nie miałem pojęcia co lubi, ale stwierdziłem, że i tak zaryzykuję.
Musiałem chwilę zaczekać, aż zrobią nasze jedzenie. W tym czasie obserwowałem dokładnie pomieszczenie. Było w jasnych barwach. Niebieski i beżowy. Kojarzyło mi się to trochę z typowo morskim stylem. Obrazy na ścianach przedstawiały miejscowe ptaki. Moim zdaniem, wszystko komponowało się naprawdę ładnie.
W końcu odebrałem dwa talerze z pachnącymi naleśnikami i podszedłem do dziewczyny, która zajęła miejsce przy oknie, z czego bardzo się ucieszyłem.
- Proszę bardzo – położyłem dania na stole. – Możesz wybrać które chcesz, aczkolwiek z myślą o tobie wybierałem te z truskawkami – powiedziałem siadając naprzeciwko.
- Truskawki są w porządku – uśmiechnęła się.
- Będziemy mogli się potem zamienić, żeby spróbować obu – zaproponowałem, na co kiwnęła głową.
- I co? Smakuje ci? – zapytałem kończąc pierwszego naleśnika.
- Mhm – mruknęła.
- W takim razie zamiana – odparłem i zamieniłem nasze talerze.
- Ejj! – westchnęła i przewróciła oczami patrząc jak rozpływam się jedząc połączenie truskawek i śmietany.
- Masz racje – przyznałem biorąc kolejnego kęsa.
- Jak zawsze – wtrąciła puszczając mi oczko.
- Mogłem się domyślić…. No a jak ci smakują z czekoladą?
- Boskie, ale bardzo słodkie – odpowiedziała przełykając ostatni kawałek i odkładając widelec. Skończyliśmy mniej więcej w tym samym czasie i oboje oparliśmy się wygodnie o oparcia wpatrując w siebie nawzajem. Co jakiś czas któreś z nas robiło jakąś głupią minę, ale żadne z nas się nie odzywało. W końcu Needle parsknęła śmiechem, na moją „minę kozy”.
- No co? – spytałem również się śmiejąc.
- Jeszcze się pytasz? Co to miało być?
Wzruszyłem ramionami i pozwoliłem kelnerowi zabrać nasze talerze.
- Idziemy? – wstałem, a ona poszła w moje ślady.

< Needle? >

14 mar 2017

Azucar CD Needle

Wziąłem jeszcze jednego łyka wody i spojrzałem na dziewczynę. Ona też mi się przyglądała, ale gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały odwróciła wzrok.
- Co? - zaśmiałem się. - Mam coś na twarzy?
- Nie! Po prostu... Nie mogę się doczekać lata - powiedziała. Zmarszczyłem brwi. Nie wiedziałem co to ma wspólnego ze mną. Może po prostu nie miała na czym zawiesić wzroku.
- W sumie racja. Teraz ludzie dziwnie się na mnie patrzą, gdy kupuję lody - wzruszyłem ramionami przypominając sobie ostatnią sytuację.
- Przejmujesz się tym co myślą inni? - zapytała.
- Nie, zwykle nie. Mam na myśli, że nie biorę tego do siebie, ale to normalne, że raczej nikt nie przepada za tym, jak mają cię za idiotę - posłałem jej ciepły uśmiech co odwzajemniła. - Poza tym, najlepsze lodziarnie i tak są zamknięte... - westchnąłem.
- Czy ty naprawdę myślisz tylko o jedzeniu?
- Nie... To znaczy tak... Właściwie... - zastanowiłem się przez chwilę. - Nie, nie zawsze - odpowiedziałem, a ona zaśmiała się z mojej odpowiedzi.
Zauważyłem, że znam ją od niedawna, a już zdążyła zadać mi takie pytania, nad którymi będę potem rozmyślał. No bo, w sumie słodycze to moje życie i zawsze mam na nie ochotę, ale jeśli rozmawiam z kimś o czymś innym, to nie myślę o słodyczach...
- A skoro już jesteśmy w temacie… Jesteś głodna? – spytałem.
- Em… Trochę – odparła
- To mi wystarczy. W takim razie idziemy… gdzieś, żeby zjeść coś dobrego. Znasz jakieś fajne miejsca w mieście?
- Nie jestem tutaj długo, ale słyszałam o jednej restauracji z naleśnikami. Lubisz naleśniki? – rzuciłem jej spojrzenie typu „co za pytanie”, na co zaśmiała się i pokiwała głową.
Zabrałem noże i wyszliśmy z lasu.
- Wiesz gdzie to jest?
- Mniej więcej – przyznała.
- No to mniej, czy więcej? Jeszcze będziemy się tak długo błąkać, że zrobi się ciemno, porwą nas, zwiążą, zamkną w ciemnej piwnicy i wezmą jako zakładników, a pewnie nikt nie będzie chciał za nas zapłacić, więc wkrótce zginiemy – powiedziałem.
- Gratuluję wyobraźni – mruknęła.
- Jakie byłyby twoje ostatnie słowa? No bo wiesz, musimy się przygotować – wyjaśniłem.
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Daj mi chwilę do namysłu – odrzekła. Schowałem ręce do kieszeni i szliśmy chwilę w ciszy.
- Ja bym chyba wymienił imię ważnej dla mnie osoby… Ale nie wiem kto by to był. Może ważnego miejsca, jak na przykład Włochy… – rozmowa przeszła na bardziej poważny tor. Ale kto zabroni nam trochę pofilozofować?

< Needle? >

13 mar 2017

Azucar CD Needle

Czy ja naprawdę wyglądam jak cukierek? To dobrze? Uwielbiam cukierki, ale czy powinienem wyglądać jak jeden z nich? Może chodzi tu o przysłowie "jesteś tym, co jesz"... Ten temat będzie mnie nachodził po nocach. Postanowiłem, że zapytam się kogoś o opinię. No bo co ja mój wygląd ma wspólnego z cukierkami? Przecież nie można wyglądać jak jedzenie... To tak jakbym powiedział, że ona przypomina mi... brzoskwinkę! Jest taka słodka. To znaczy brzoskwinia. Człowiek nie może być słodki. Może być uroczy. Dobra, poddaję się.
W końcu padło pytanie o to, skąd pochodzę! Tym razem, postanowiłem ominąć wykład o historii Rzymu, po prostu od razu przeszedłem do rzeczy starając się nie pokazywać, jak bardzo fascynują mnie opowieści o ukochanej ojczyźnie.
- Jestem z Włoch - uśmiechnąłem się.
- Czy... ludzie stamtąd nie powinni być bardziej opaleni? - zmarszczyła brwi. Nie wiedziałem jak na to zareagować. Muszę to pytanie dopisać do listy. W końcu jednak po chwili ciszy ocknąłem się i zaśmiałem. - Przepraszam, jeśli jesteś wścibska, po prostu...
- Ciekawska, tylko tyle - poprawiłem ją. - Em... Właściwie to nie wiem. Opalenizna pojawia mi się tak szybko jak znika. Mam dość wrażliwą skórę. Nie wiem po kim... - znowu się zaśmiałem zastanawiając się nad moją wypowiedzią. - Jestem wyjątkowy - odparłem w końcu jak najbardziej oczywistą rzecz na świecie.
- I skromy - dodała z sarkazmem unosząc brwi.
- Szczery - odrzekłem.
- Oczywiście - przewróciła oczami.
W końcu doszliśmy na polanę, na której zwykle ćwiczyłem, więc zatrzymałem się, a ona rzuciła mi pytające spojrzenie.
- Tutaj zwykle trenuję rzucanie nożami, ale z chęcią z tobą porozmawiam. Nawet z ogromną chęcią - przyznałem.
- Dlatego, że fajnie się ze mną gada, czy dlatego żeby mieć wymówkę przez treningiem? - spytała podejrzliwie kładąc dłonie na biodrach.
- Oczywiście, że to pierwsze - przewróciłem oczami. - Chociaż.... - powiedziałem po chwili udając, że nad czymś się zastanawiam. Nie czekałem długo na lekkie uderzenie z jej strony.
- W takim razie nie! Dopilnuję, żebyś odpowiednio ćwiczył! No, już! Mam zasłonić ci oczy, jakoś ci utrudnić, rozpraszać cię?
- Jak chcesz mnie rozpraszać? - poruszyłem śmiesznie brwiami, na co uderzyła się z otwartej dłoni w twarz. Zaśmiałem się. - Żartowałem, żartowałem, no dobra. Możesz zasłonić mi oczy - powiedziałem.
Właściwie rzadko kiedy trenuję w ten sposób. Zwykle robię to sam, ale może dobrze mi to zrobi.
Chwyciłem kilka sztyletów wcześniej dokładnie przygotowując się do rzutu. Stanąłem przygotowany i w końcu poczułem chłodne, drobne dłonie zasłaniające moje oczy. Czekałem dłużej niż zwykle z oddaniem rzutu, nie wiem czemu. Czułem się trochę dziwnie. Może nieswojo, nie wiem.
Powtórzyliśmy to kilka razy. Potem jeszcze rzucałem z leżącej pozycji, co często słabo mi wychodzi. Needle za każdym razem podawała mi noże i mówiła, bardziej rozkazywała gdzie mam trafić.
Minęła godzina, może więcej, a ja byłem już nieco zmęczony. Usiadłem pod drzewem opierając o nie głowę. Od razu chwyciłem butelkę z wodą. Dziewczyna usiadła obok chwilę później.
- Dobrze mi się z tobą ćwiczyło - przyznałem między łykami. Uśmiechnęła się delikatnie.
- Cała przyjemność po mojej stronie - powiedziała.
Stwierdziłem, że fajnie będzie to kiedyś powtórzyć, ale nie wymówiłem tego na głos. W sumie kiedyś to ja chciałbym zobaczyć ją podczas pracy.
- Co właściwie robisz w cyrku? Nie chodzi mi o twoje zajęcie, ale... czemu akurat to? - zapytałem.

< Needle? >

Azucar CD Rue

Bardzo miło spędzałem czas w tej pizzerii. Miałem nadzieję, że Rue też tak uważała. Jedzenie, jak zwykle było boskie. Chciałbym jeść jeszcze więcej, ale niestety, mój organizm był przeciwny. Opadłem na oparcie krzesła biorąc dużego łyka wody z cytryną, którą również zamówiłem.
Wtedy dziewczyna zapytała o karnawał i wspólne trenowanie.
- Jasne – uśmiechnąłem się. – Ostatnio już myślałem nad moim występem, więc i tak muszę zabrać się do roboty, a…
- W grupie zawsze raźniej – dokończyła za mnie.
- Właśnie. Poza tym, będziemy mogli dawać sobie nawzajem uwagi i rady… - mówiłem dalej, na co pokiwała głową.
Jakiś czas później przyszła do nas piękna czarnowłosa kelnerka pytając, czy chcemy coś jeszcze zamówić. Zerknąłem na Rue, ale ona odmówiła kładąc rękę na zapewne tak samo pełnym brzuchu jak mój.
- Proszę o rachunek – odpowiedziałem i posłałem uśmiech brunetce, co odwzajemniła i odeszła.
- Ładnie grają – odparła dziewczyna przyglądając się ludziom na scenie. Obejrzałem się za siebie i wsłuchałem w melodię.
- Mhm, to dość popularna piosenka we Włoszech – powiedziałem. Chwilę później ona wstała i podeszła do nich, by dać im napiwek. W tym samym czasie na naszym stoliku wylądował paragon w takim skórzanym… czymś. Zdążyłem zostawić banknot zanim Rue wróciła. Szybko wstałem i zrobiłem kilka kroków w stronę wyjścia, po czym zatrzymałem się i poczekałem na przyjaciółkę, która chwilę później do mnie dołączyła.
Na zewnątrz robiło się już ciemno, mimo, że nie było wcale bardzo późno. To zdecydowanie wada zimy. Ucieszyłem się, że nie zwróciła uwagę na sprawę pieniędzy, ale jak to mówią „nie chwal dnia przed zachodem słońca”…
- Ej! – prawie krzyknęła i pociągnęła mnie za ramię. Ja wiedziałem o co chodzi i nawet nie kontrolowałem głupiego uśmieszku zwycięstwa, który pojawił się na mojej twarzy. Ona natomiast posłała mi groźne spojrzenie.
- Po prostu chodźmy – przewróciłem oczami i po raz drugi już tego dnia zarzuciłem jej swoją rękę na ramię. Nie była zadowolona, ale nie protestowała i po prostu poszliśmy.
- I tak oddam ci potem te pieniądze – powiedziała jakby do siebie, ale i tak to usłyszałem.
- Oczywiście… - westchnąłem, na co uderzyła mnie łokciem w żebra. Zaśmiałem się i spojrzałem jak założyła ręce na piersi. – No już… Nie gniewaj się… - zrobiłem minkę szczeniaczka, na co uderzyła się z otwartej dłoni w twarz. Zrozumiałem, że wcale nie jest zła więc znowu zaczęliśmy kierować się w stronę namiotów.
Tym razem już ciszy i bez żadnych sprzeczek, a zwłaszcza o takie coś jak pieniądze. Nie miałem zamiaru się o to kłócić i myślę, że ona też nie. Poza tym , to oczywiste. Przecież przegrałem zakład i miałem zabrać ją na pizzę, co oznacza również, że to ja miałem płacić. Właściwie, to sama przyjemność dla mnie i mojego honoru...
Uśmiechnąłem się sam do siebie na te moje jakże skromne myśli...

< Rue? >

Azucar CD Smiley

Przyglądałem się uważnie Smiley, gdy opowiadała wszystko policjantowi. Ona ma takie dobre serce, jak… Nawet nie mam porównania. Uratowała tą suczkę, zebrała się na taką odwagę, postawiła się im, a ja…
- Smiley – szepnąłem spoglądając na mężczyznę, który pokiwał głową rozumiejąc, że chcę z nią porozmawiać i poszedł przesłuchiwać kolejnych świadków. – Nie mów tak – odwróciłem od niej wzrok czując jak pieką mnie policzki. Zmarszczyła brwi. – Ja nic nie zrobiłem, nic dobrego, to ty jesteś bohaterką – uśmiechnąłem się.
- Nie prawda! Gdyby nie ty, złapaliby mnie i… - przerwała, gdy zobaczyła jak kręcę przecząco głową.
- Poradziłabyś sobie bardzo dobrze, pewnie jeszcze cię spowolniłem. Wskoczyłabyś na dach i miałabyś spokój, zero policji i w ogóle… - podrapałem się po karku.
- Czy ty siebie słyszysz?! Wtedy oni byliby na wolności i bałabym się ruszyć z tego dachu, na który chyba bym musiała pofrunąć – powiedziała lekko podnosząc głos.
Spojrzałem na nią, przewróciłem oczami i przyciągnąłem ją do siebie zamykając w szczelnym uścisku, który odwzajemniła. Uniosłem kąciki ust ku górze kładąc brodę na jej głowie.
- Dużo wrażeń jak na jeden dzień… - westchnąłem. – Myślisz, że możemy już wracać? Musimy zmyć makijaż – oświadczyłem przypominając sobie o malowidłach, które nadal znajdowały się na naszych twarzach. Co prawda nieco się rozmazały, ale jednak.
Dziewczyna zachichotała i odsunęła się ode mnie.
- Zapytam się tego faceta. Potrzymasz? – spytała podając mi torbę ze szczeniakiem, którą przyjąłem. Obserwowałem ją jak coś do niego mówi i przy tym gestykuluje. W końcu on zaśmiał się i pokiwał głową.
Smiley wróciła do mnie w podskokach. Dosłownie.
- Idziemy?
- Pewnie – uśmiechnąłem się i oddałem jej torbę.
Zaczęliśmy iść w stronę namiotu. Najpierw nic nie mówiliśmy, ale cisza wcale nie była niezręczna. Patrzyliśmy w gwieździste niebo. Było już dość późno. W końcu przypomniałem sobie o jednej bardzo ważnej kwestii. Zatrzymałem się, a ona po chwili zrobiła to samo rzucając mi pytające spojrzenie.
- Co masz zamiar zrobić z suczką? -zapytałem i oboje zwróciliśmy wzrok na tą małą kuleczkę…

< Smiley? >

12 mar 2017

OD Azucar'a - Event

Byłem bardzo podekscytowany. Karnawał. Zawsze kojarzył mi się z wieloma kolorami, zabawą i tradycją. No właśnie. Każdy świętował go w inny sposób. Dlatego bałem się, że nie wpasuje się w Brytyjskie klimaty. Mam tylko tydzień, żeby przygotować coś super. Coś, czego nikt nigdy nie zapomni i do śmierci będzie wspominał uśmiechniętego „białego chłopaka”. Chciałbym, żeby tak mnie kojarzyli.
Leżałem właśnie na łóżku podrzucając piłkę tenisową, po czym znowu ją łapiąc. Obok mnie siedziała Adda, która wytrwale śledziła piłkę wzrokiem i czekała tylko, kiedy jej nie chwycę, a ona będzie mogła mi ją podać.
Westchnąłem i spojrzałem na nią. Trochę jej zazdrościłem, nie ma zmartwień, problemów… Z drugiej strony, halo! To sama królowa poprosiła o ten występ! To będzie najważniejsza chwila w całej mojej dotychczasowej karierze!
No właśnie…
- No dobra, masz – odparłem i rzuciłem jej piłkę, po czym wstałem.
Wziąłem zestaw sztyletów, którymi zwykłem rzucać i zawołałem Księżniczkę, by wyszła za mną z namiotu.
Od razu udaliśmy się do lasu. Upewniłem się, że nikogo nie ma w pobliżu, co było możliwe, ponieważ było koło piętnastej i dużo osób o tej porze wychodziło się przejść. Miałem to szczęście, że moja suczka wyczułaby żywą duszę i zawiadomiła mnie o tym, że ktoś jest niedaleko. Aktualnie, biegała gdzieś po lesie zaznaczając krzaczki.
Poruszałem trochę ramionami w ramach szybkiej rozgrzewki i rzuciłem pierwszym nożem średniej wielkości.
Następnie brałem mniejsze, większe, rzucałem z zamkniętymi oczami, do tyłu, na leżąco, dwoma na raz, potem znowu wszystkie zbierałem i powtarzałem stare kombinacje oraz wypróbowywałem te, które dopiero przyszły mi do głowy.
Po skończonym treningu wziąłem prysznic i poszedłem na miasto zjeść obiad.
Tak właśnie minęło mi sześć dni treningów i ciężkiej pracy. Nie miałem już tyle czasu, na spotkania z przyjaciółmi i na zabawę z Addą, co później jej wynagrodzę. Większość dnia spędzałem w lesie ćwicząc rzucanie sztyletami, a po odpoczynku, wieczorem, gdy zwalniała się sala, szedłem tam, by pojeździć na monocyklu. W końcu jednak nadszedł ten dzień. Już następnego dnia miałem wziąć udział w ceremonii rozpoczęcia ze sztuczkami na monocyklu. Dopiero potem pokażę im, że umiem coś więcej, niż tylko jazda na rowerze.
Wracałem z ostatniego treningu. Gdy wróciłem do siebie, marzyłem tylko o prysznicu i drzemce, ale, gdy zobaczyłem te błyszczące oczy, moje plany nieco się zmieniły i poszedłem z sunią na spacer odświeżyć umysł. Faktycznie, dobrze mi to zrobiło. Trochę się odprężyłem i pomyślałem o czymś innym. W końcu czekał mnie ciężki dzień…Duże zamieszanie, to na pewno. Wszyscy bardzo się spieszyli, biegali we wszystkie strony. Ja, stałem przed podłużnym lustrem ubrany w bardziej wyjątkowy strój niż zwykle. Miałem kapelusz, nie czapkę z daszkiem. Był biały i trochę błyszczący, jak wszystko na naszym karnawale. Do tego nie mogłem wystąpić w dresach, tylko w luźniejszych spodniach z innego materiału zwężanych przy kostkach. Trochę kłóciłem się ze stylistką, co do mojego t-shirtu. Zawsze widniał na nim duży rysunek czarnego monocyklu i chciałem, aby było tak i tym razem. Jednak ona miała inną wizję. Chciała, żebym ubrał się bardziej odświętnie… Stanęło na tym, że monocykl miałem mały i na piersi, specjalnie doszywany na moje zachcianki. Na szczęście, postanowiła nie namawiać mnie do założenia kurtki skórzanej z błyszczącymi dodatkami. Chyba bym się ugotował! Smiley namalowała mi jakiś biały wzór na policzku, który oczywiście poprawiła potem srebrnym brokatem. Potem, udało mi się uciec ze strefy makijażu, aby zupełnie nie świecić jak żarówka.
Ja, biały chłopiec zaraz wystąpię na życzenie królowej Anglii. Nieźle. Uśmiechnąłem się do siebie. Nie bałem się. Teraz, na scenie wystąpi cały cyrk, dopiero za godzinę, dwie… Będę mógł się naprawdę popisać. Spojrzałem na monocykl, który stał w kącie. Jego również nieco przerobili. Odnowili mu kolor. Teraz był śnieżnobiały, nie szarawy.
Chwilę później usłyszałem wołania, więc wziąłem go na barki i ruszyłem do reszty. Usłyszeliśmy piękną mowę motywacyjną, po czym rozbrzmiała muzyka.
Każdy trzymał się ustalonej kolejności, wchodziłem, a właściwie wjeżdżałem mniej więcej w połowie. Szybkim slalomem przejechałem między innymi cyrkowcami starając się nie przeszkadzać im w występach. Potem, podjechałem do mojego „stanowiska”, w którego skład wchodziła jedna wąska belka, której końce były na dwóch dużych pudłach. Zacząłem podskakiwać, później stanąłem na rękach na siodełku, jednak nie zostałem tak na długo. Trzymając się rękami siodełka, zrobiłem szpagat, a potem znowu przeszedłem do skoków. Tym razem zakręciłem się w locie o 360 stopni. Następnie wskoczyłem na jedno z pudeł, by chwilę później znaleźć się na belce pomiędzy nim, a drugim pudłem. Starannie podskoczyłem na niej kilka razy, a następnie szybko z niej zjechałem i zeskoczyłem z drugiego pudła. Wtedy przygotowałem się do przeskoczenia belki, co mi się udało. Dlatego tym razem, przejechałem pod belką w ten sposób, jak przechodzi się pod tyczką limbo. Gdy zmieniła się muzyka, wiedziałem, że teraz pora na mój taniec. Pojechałem tam, gdzie było trochę więcej miejsca i w rytm muzyki poruszałem się na monocyklu. Stając na rękach wymachiwałem nogami, skakałem… Mam nadzieję, że poszło dobrze.
Może zabrzmi to dość egoistycznie, ale kompletnie nie mam pojęcia co robili inni i jak im poszło, nie skupiałem się na tym, wtedy liczyłem się tylko ja i moje największe hobby.
Muzyka ucichła, światła zgasły. Usłyszałem gromkie oklaski, o wiele głośniejsze niż podczas występów, gwizdy i okrzyki. Uśmiechnąłem się i zacząłem łapać oddech. Wszyscy opuściliśmy scenę, bo niedługo miały zacząć się osobne pokazy. Najpierw jednak wyszedł właściciel cyrku i inne ważne osoby, aby wygłosić swoje pierdy, a ja opanowywałem emocje. Pogadałem jednak tylko krótko z kilkoma osobami, ponieważ stwierdziłem, że na to będzie jeszcze czas, a teraz muszę się przygotować na noże.
Sięgnąłem po butelkę z wodą i wziąłem kilka łyków. Jakiś czas później stałem przed wejściem na scenę ze swoim sprzętem, czekając, aż usłyszę swoje imię. W końcu to nastąpiło. Serce prawie wyskoczyło mi z klatki piersiowej. Nie rozumiałem, dlaczego to tak przeżywam, bo przecież wszystko umiem, ale jednak. To nie było takie proste.
Znalazłem się na scenie. Sam. Gromkie brawa ucichły. Przeleciałem wzrokiem po widowni i usłyszałem początek piosenki „Sun is shining” i rozłożyłem jednym zwinnym ruchem wszystkie noże na stole. Chwilę później pojawił się cały „bukiet” balonów, które za pomocą kilku małych sztyletów szybko przebiłem. Potem ze sceny „wyrastały” niewielkie tarcze na kijach o różnej wysokości. Dzięki dobrej pracy technika, wyglądało to dość zjawiskowo, ponieważ one naprawdę, jakby wyrastały z podłoża. Zaczęły pojawiać się coraz szybciej, a ja wszystkie pięknie trafiałem nadążając. Nie miałem już przy sobie sztyletów, dlatego zakończyłem tą sztuczkę. Zbierając wszystkie noże słyszałem brawa, na które się ukłoniłem. Następną sztuczką było rzucenie nimi do celu, przez obręcze. Nie było to łatwe. Musiałem odpowiednio wymierzyć kąt, pod którym powinienem je rzucić, żeby ładnie przeleciały przez okręgi i trafiły do tarczy. Widzowie mogli zobaczyć jeszcze w moim wykonaniu rzucanie sztyletami z zasłoniętymi oczami, do tyłu, czy na leżąco… Później mój cel był ruchomy… Wydaje mi się, że dosyć się popisałem. Dlatego przyszedł czas na piękne zakończenie. Sam je wymyśliłem. Niezbyt trudne, ale na pewno przyjemne.
Poszedłem w kąt po monocykl i od razu usłyszałem oklaski i radosne okrzyki. Operatorzy opuścili na sznurku średniej wielkości worek. Usiadłem na monocyklu i chwyciłem do ręki również niewielki sztylet. Najpierw zrobiłem małe kółko na jednokołowym rowerku, a następnie wykonałem trafny, szybki rzut. Nóż delikatnie rozciął worek, a ja zdążyłem pod niego podjechać. Ściągnąłem kapelusz, do którego chwilę później zaczęły wsypywać się kolorowe cukierki. W końcu przejechałem się na monocyklu po widowni rozdając dzieciom cukierki. No, może nie tylko dzieciom.
Wróciłem na scenę słysząc brawa i gwizdy. Ostatni punkt programu, czyli czerwona róża dla jednej z pięknych pań. Zawsze to robiłem, jakby starając się pokazać, że nie jestem ulicznym, niebezpiecznym dzieckiem. Ukłoniłem się, ale nie opuściłem jeszcze sceny. Ułożyłem monocykl i podszedłem do stołu, na którym wcześniej trzymałem noże, lecz tym razem wziąłem wcześniej wspomnianego kwiatka, po czym podszedłem do kobiety z trzeciego rzędu wręczając prezent.
Na pożegnanie pomachałem i setki razy kłaniałem się. Miałem już wychodzić, kiedy na scenie pojawił się mały pluszak. Nie zobaczyłem od kogo, ale wziąłem go i z uśmiechem na twarzy oraz zapewne rumieńcami opuściłem to miejsce.
Coś cudownego, coś, czego nigdy nie zapomnę. Spodobało im się. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że oni kochają wszystkich cyrkowców, bo wszyscy są wspaniali i genialni w tym co robią, ale dla mnie, nawet to znaczyło tak wiele. To był z pewnością mój najlepszy występ kiedykolwiek.
Przetarłem twarz dłońmi i uśmiechnąłem się pod nosem. Zostało tylko czekać na drugą część i zakończenie, w którym również miałem wziąć udział.
Czas minął mi szybko, nawet się nie zorientowałem, kiedy zostaliśmy zwołani w jedno miejsce i odpowiednio zmotywowani, aby zrobić niezapomniane zakończenie.
Mój występ przypominał połączenie dwóch wcześniejszych. Tylko tym razem, staraliśmy się bardziej współpracować z innymi cyrkowcami. Bardziej połączyć nasze występy, co mam nadzieję nam wyszło. Ludziom się podobało. Bili brawa, cieszyli się. Tego, co wtedy czułem nie da się opisać słowami. Nie potrafię tego zrobić i nie zrobię.
Gdy było już po wszystkim, za kurtyną wypiliśmy szampana, życząc sobie szczęśliwego karnawału. Było dużo uśmiechów i miłych słów. Nikt nie zawiódł. Udało się. Było idealnie! Mimo, że zegar wskazywał bardzo późną godzinę, nie przeszkadzało nam zmęczenie. Chcieliśmy się bawić i tak też zrobiliśmy. Każdy z nas zasłużył na rozrywkę.
A ja już myślałem, jak wynagrodzić to wszystko mojej Księżniczce…

9 mar 2017

Azucar CD Needle

Tego dnia wstałem jak zwykle, poszedłem z Księżniczką na spacer, wstąpiłem do bufetu na ciepłe bułeczki z dżemem, aż w końcu przyszedł czas na trening. Sala treningowa jak zawsze o tej porze była pełna, a ja potrzebowałem przestrzeni, ponieważ dzisiaj przyszedł czas na rzucanie sztyletami. Mój ukochany monocykl musiał poczekać do wieczora. Wziąłem sprzęt i ruszyłem do lasu.
Robiło się już coraz cieplej. Miałem na sobie bluzę z kapturem i dres. Oczywiście białego koloru. Od razu jak dookoła mnie ujrzałem drzewa, poczułem przypływ energii. Świeże powietrze, trochę przestrzeni... Tego potrzebowałem.
Poszedłem w kierunku polany, na której miałem ćwiczyć, kiedy nagle uderzyła we mnie szyszka. Rozejrzałem się, ale nikogo nie zauważyłem, właściwie, to już miałem odejść i uznać, że szyszka po prostu spadła, a ja akurat miałem takie szczęście, kiedy stanęła przede mną niska dziewczyna z długimi, brązowymi włosami ubrana w coś jak mundurek szkolny.
- Trafiłam, widzisz?! - krzyknęła. Byłem najpierw nieco zdezorientowany, a ona wydawała się mnie jakby nie zauważać, była najwyraźniej bardzo zadowolona ze swojego wyczynu. Przeskanowałem ją wzrokiem i uśmiechnąłem się delikatnie marszcząc brwi.
- Hey? - powiedziałem niepewnie, a ona przeniosła na mnie wzrok, a uśmiech z jej twarzy powoli zniknął.
- Em, ja... Um... - zaczęła trochę plątać się w słowach, jakby nie wiedziała co powinna powiedzieć. Zaśmiałem się delikatnie.
- Azucar - podałem jej rękę, a ona niepewnie ją chwyciła.
- Needle - przedstawiła się cicho.
- Więc, hm, rzucanie w ludzi szyszkami jest twoim... hobby? - zapytałem rozmasowując kark i spoglądając na drzewo, z którego chwilę temu zeskoczyła.
- Nie, nie zupełnie - odpowiedziała trochę zmieszana. - Jesteś... zły? - na te słowa ponownie się zaśmiałem.
- Oczywiście, wściekły! Nikt jeszcze nie rzucił we mnie szyszką tak boleśnie! - odpowiedziałem udając jęk bólu. Wtedy lekko się uśmiechnęła. - Tylko wiesz... Ja rzucam sztyletami - puściłem jej oczko.
- Tym zajmujesz się w cyrku?
- Jeżdżę na monocyklu, sztylety to tylko taki dodatek, robię to od niedawna. Ćwiczę rok, może dwa - odpowiedziałem szczęśliwy, że najwyraźniej już nieco oswoiła się z zaistniałą sytuacją.
- Ja szyję kostiumy - oświadczyła.
- Serio? Czyli już wiem, skąd się biorą te wszystkie cudowne kostiumy - odparłem.
- Jestem właściwie nowa... - powiedziała, na co pokiwałem głową. Wtedy nastąpiła chwila ciszy, którą przerwałem.
- Co teraz? Wracasz na drzewo by wypatrywać nową ofiarę?
< Needle? >

Azucar CD Rue

Rue opowiedziała mi o swojej rodzinie. Jej sytuacja była zupełnie inna niż moja. Szybko stała się samodzielna i opuściła dom, wyglądało to jakby była do tego nastawiona dość obojętnie. Ja tęsknię za domem, mimo, że cieszę się z wyjazdu, często o nich myślę. Dlatego nie rozumiałem tego. Nie potrafiłbym tak. Właściwie, to jej współczułem. Ominęło ją wiele wspomnień, uśmiechów... Jak dla mnie, tego nic nie zastąpi, ale w końcu ona bardziej zna okolicę, zna świat, zwyczaje, języki, tyle w życiu widziała...
- Moi rodzice... - westchnąłem i zaśmiałem się. - Zdrowi, szczęśliwi, zostało im jeszcze trochę dzieci do wychowania. Prowadzą małą, ale sympatyczną włoską restaurację w Rzymie, czyli tam, gdzie się urodziłem i mieszkałem. Mój brat - Cris, ma szesnaście lat, moje siostry - Elena czternaście i najmłodsza, Nadia, dziewięć - uśmiechnąłem się. Wszystkich ich tak bardzo kocham! Chciałbym się z nimi częściej widywać.
Najwyraźniej trochę się zamyśliłem, gdyż chwilę później usłyszałem chrząknięcie. Spojrzałem na dziewczynę.
- Wygrałam zakład. Przeszłam - wskazała głową na murek nie wspominając nic o mojej opowieści.
- No tak - podrapałem się po karku. - Więc czego sobie panienka życzy? - zapytałem. Przez chwilę się zastanawiała, aż w końcu oświadczyła:
- Mam ochotę na pizzę - po tych słowach zupełnie się rozpromieniłem.
- Czuję się odpowiedzialny, by zaspokoić twój głód - oznajmiłem i wystawiłem rękę, którą chwyciła. Razem ruszyliśmy w stronę miasta, a ja zacząłem swoją gadkę zadowolony, że wybrała akurat włoską kuchnię. - Oczywiście, nigdzie nie zjesz tak dobrej pizzy jak u moich rodziców, albo u mnie - uśmiechnąłem się. - Powinnaś spróbować moich przepisów! Ale to już innym razem... Nie jestem długo w mieście, ale w pizzerii byłem już pierwszego dnia, niestety, nie przypadła mi do gustu. Nie było to nic nadzwyczajnego. Po prostu ciasto i mieszanina składników, dopiero później odkryłem wspaniałe miejsce, do którego teraz cię zabieram! Grają tam świetną muzykę, obsługa jest przemiła, a szef kuchni podobnie jak ja, jest prawdziwym Włochem, więc zna się na rzeczy - mówiłem, a ona o dziwo wydawała się mnie słuchać. Spodziewałem się, że szybko ją zanudzę, lecz nic takiego nie miało miejsca. Gdy zamilkłem, ona odwzajemniła mój uśmiech.
- Na pewno będzie pysznie - dodała.
Restauracja była niewielka. Znajdowała się tak jakby na poziomie -1. Schodziło się do niej po kilku schodkach. W rogu lokalu znajdowała się scena, na której grali różni muzycy, często się zmieniali, ale nie wiem, w końcu nie długo jestem w mieście, żeby wyrobić sobie na ten temat opinię. Mimo to, już zdążyłem pogawędzić z Rafaelem, który tutaj dowodzi. Miałem zamiar przedstawić go Rue, by trochę wprowadził ją w klimat moich ukochanych Włoch.
Zajęliśmy miejsce przy niewielkim stoliku i czekaliśmy na kelnera przeglądając kartę dań i wybierając jaką pizzę zamówić.
Po złożeniu zamówienia, uświadomiłem sobie, że właściwie to nie wiem skąd jest dziewczyna. Może ona również chciałaby pokazać mi cząstkę swojego narodu? Może nie ma takiego miejsca?
- Skąd pochodzisz? - zapytałem w końcu opierając głowę na dłoniach i wpatrując się w nią. 
<Rue? >

4 mar 2017

Azucar CD Rue

Leniwie podniosłem się z ziemi i poszedłem ogarnąć się do łaźni. Musieliśmy wczoraj siedzieć do późna, bo było po ósmej, a mi jeszcze chciało się spać.
Nasypałem Księżniczce karmy i wypuściłem ją z namiotu. Postanowiłem, że zabiorę ją na śniadanie ze sobą. Powinna grzecznie leżeć przy mnie, tak jak zwykle, więc nie powinno to nikomu robić problemu.
Poszliśmy trochę naokoło, żeby zdążyła jeszcze trochę pobiegać. Dopiero potem dotarliśmy do bufetu.
Wziąłem tackę i stanąłem w kolejce, by wziąć coś do jedzenia. Wybrałem świeże pieczywo, nałożyłem dżem i nalałem sobie ciepłej herbaty, którą posłodziłem.
Wtedy zobaczyłem Rue, która zmierzała w moim kierunku.
- Ej, nie tylko ciebie wywaliłam. Wpadłam jeszcze na dwie osoby – oznajmiła biorąc tackę. - Dziwne było to, ze tej pierwszej nawet nie widziałam po upadku – dodała prawie szeptem.
- Opowiesz mi zaraz wszystko, pójdę zająć miejsce – powiedziałem, a ona kiwnęła głową.
Chwilę później dziewczyna usiadła naprzeciwko mnie. Adda jadła jakąś kość, którą dostała od pani z kuchni leżąc w moich nogach.
- Może to jakieś fatum? Ktoś rzucił na mnie czar? – zaczęła myśleć na głos.
- A może po prostu jesteś straszną niezdarą? – rzuciłem wzruszając ramionami, na co rzuciła we mnie kulką z serwetki.
- Czy ty choć raz nie możesz być poważny? – przewróciła oczami.
- Nie przejmuj się tym – odrzekłem kończąc posiłek. – Byłaś kiedyś w tej oranżerii niedaleko? – zapytałem jakiś czas później.
- Kilka razy, ale to było dawno temu – odpowiedziała kończąc pić swoją kawę.
- Chcesz iść tam dzisiaj ze mną? – zaproponowałem, a ona się zgodziła. Uśmiechnąłem się i sprzątnąłem obie tacki.
Gdy wróciłem Rue od razu wstała i poszła przed siebie. Ja też prawie zapomniałem o mojej Księżniczce, na którą zagwizdałem, żeby poszła za nami. Ona wzięła swoją kość w pysk i potruchtała do mnie.
- Em… Nie jestem pewna, czy można tam wchodzić z psami – powiedziała wskazując głową na Addę.
- Dobra, to daj mi chwilę – odparłem i pobiegłem do siebie razem z suczką. Przytargała kość ze sobą, więc pozwoliłem jej ją jeść starając się nie myśleć, jak potem będzie wyglądał mój pokój. Nalałem jej tylko wody i wyszedłem.
Po drodze myślałem trochę o tym całym „fatum”, o którym mi opowiadała. To faktycznie dość dziwne, jakby się tak nad tym dłużej zastanowić… dlatego postanowiłem o tym więcej nie myśleć. Pewnie faktycznie jest taką ciamajdą i nie patrzy przed siebie.
Uśmiechnąłem się na samą myśl, jak to musiało wyglądać z boku.
- A ty co się tak szczerzysz? – zapytała podejrzliwie Rue, gdy do nie podszedłem.
- Myślałem o twoich upadkach… - wyjaśniłem i ponownie zachichotałem, za co dostałem od niej w ramię.
- Może faktycznie to nieco zabawne, ale nie dziwi cię to?
- Czy ja wiem? Nawet jeśli byłabyś pechowym człowiekiem, który wpada na innych, to co wtedy? Zamierzasz pójść do wróżki, aby zdjęła z ciebie czar? – mówiłem udając tajemniczy głos.
- Wiesz co? Skończmy ten temat, bo nie mam ochoty o tym z tobą gadać – pokręciła głową.
Szliśmy chwilę w ciszy, co nieco mi przeszkadzało, więc lekko ją popchnąłem w bok odwracając wzrok i udając, że nic się nie stało. Tak, jak się spodziewałem nie musiałem długo czekać, by mi oddała.
Spojrzałem na uśmiechniętą Rue i objąłem ją.
- Przepraszam… Jeśli dla ciebie to naprawdę coś ważnego, to…
- Nie, spoko – przerwała mi. – Właściwie to masz rację – podniosła głowę do góry by spojrzeć mi w oczy. Nie była ode mnie dużo niższa, ale jednak.
Posłałem jej ciepły uśmiech i do końca drogi szliśmy w ciszy, ale tym razem nie była ona niezręczna. Było przyjemnie. Ostatnio coraz częściej świeci słońce. Moja ciepła czapka została w domu, a zastąpił ją słynny daszek, z czego bardzo się cieszę.
Zatrzymaliśmy się stając przed wejściem do oranżerii.

< Rue? >

2 mar 2017

Azucar CD Smiley

Smiley nie wracała już jakiś czas, dlatego postanowiłem wyjść, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku i czy już nie wyszła. Słusznie. Ledwo co opuściłem budynek kawiarni (zaraz po wypiciu kawy i zapłaceniu zielonookiej kelnerce), a w oczy rzucił mi się widok dziewczyny na drzewie. Gdy mnie ujrzała zeskoczyła, a za nią rzucili się jacyś faceci.
To było dla mnie za dużo. Nagle usłyszałem jakiś pisk, ona schowała psa (nie wiem skąd ona go wytrzasnęła) do torby i zaczęliśmy uciekać.
Szkoda, że nie miałem przy sobie sztyletów, bo bym w nich rzucił i po sprawie… Jednak musiałem poradzić sobie jakoś inaczej. Możliwe, że mieliśmy lepszą kondycję od nich, ale oni na pewno byli silniejsi… i straszniejsi. Stwierdziłem, że bezpieczniej będzie mieć plan b, jeśli nasza wytrwałość zawiedzie.
Złapałem ją za rękę i pociągnąłem w bok. Wbiegliśmy do jakiegoś sklepu, a zaraz jak znaleźliśmy się w środku krzyknąłem:
- Dzwoń na policję! – a przerażona sprzedawczyni ze zdezorientowanym wyrazem twarzy szybko chwyciła za telefon. Ludzie, którzy tam byli wybiegli, ale my nie mogliśmy. To była kwestia sekund, żeby oni tu weszli. Miałem nadzieję, że w miejscu publicznym nic nam nie zrobią, ale w sumie, to tylko średniej wielkości sklep z ubraniami. Nie było tu żadnych ochroniarzy. Musieliśmy sobie radzić inaczej.
Prowadziłem Smiley przez cały czas. Nie myśląc dużo wtargnęliśmy do jednej z przymierzalni zaciągając zasłonę. Nasze oddechy były szybkie i nierównomiernie. Spojrzałem w dół, gdzie w torbie była mała suczka. Potem mój wzrok powędrował wyżej, a widząc, jak Smiley otwiera usta, by coś powiedzieć położyłem na nich palec.
- Nie teraz – wyszeptałem, a ona pokiwała głową.
Patrzeliśmy sobie w oczy słysząc, że coś się przewróciło. Rozchodził się odgłos ciężkich kroków i jakiś cienki głos. Zwróciliśmy spojrzenia w stronę zasłony nasłuchując.
Kolejny grzmot. Zaczynałem się bać, ale chyba nie tak jak Smiley. Wydaje mi się, że nieumyślnie ponownie chwyciła moją dłoń, więc i ja zaplotłem swoje palce z jej. Oboje tego potrzebowaliśmy.
Nie wiedziałem co było przyczyną ich złości, ale to nie było wtedy najważniejsze. Byliśmy w tym razem. Nie zamierzałem się wycofać.
Znowu usłyszeliśmy jakiś hałas. Tym razem głosów było więcej. Jakiś krzyk, przekleństwa, odgłos tuczącego się szkła. Moje serce na chwilę się zatrzymało, gdy ktoś pociągnął za naszą zasłonę.
Smiley nadal ledwo łapała oddech, nawet, gdy naszym oczom ukazał się policjant. Zmierzył nas wzrokiem i ruchem głowy nakazał, byśmy opuścili przymierzalnię.
Powolnym krokiem z niej wyszliśmy. Tamci mężczyźni byli już w kajdankach i tylko rzucali nam złowrogie spojrzenia. Komisarz zaprowadził nas do radiowozu i powiedział, abyśmy się uspokoili i że już po wszystkim. Mieliśmy poczekać, aż przyjdzie zebrać zeznania.
Gdy poszedł odwróciłem się do Smiley.
- Wszystko w porządku? – zapytałem, a ona kiwnęła głową. Ja również odetchnąłem z ulgą, ale gdzieś w środku uwielbiałem takie przygody. Kolejna opowieść z kategorii „będę miał co wspominać”.
Nie byłem do końca przekonany, by pytać ją od razu o okoliczności, ale musiałem. Po prostu nie mogłem wytrzymać.
- Co to za pies? – wskazałem palcem na małą kulkę w jej ramionach. Wzruszyła ramionami.
- Jest wystraszona. Obroniłam ją przed nimi – wyjaśniła.
- Czyli, „Smiley - obrońca zwierząt” – uśmiechnąłem się, co odwzajemniła. – Nie za dużo wrażeń, jak na dzisiaj?
- Nie ma czegoś takiego jak „za dużo wrażeń”, dużo, ale nie „zbyt”… To był po prostu ciekawy dzień – odpowiedziała, a ja się zgodziłem.
Po chwili naszym oczom ukazał się ten sam policjant, a ja już nie mogłem się doczekać bardziej szczegółowej wersji wydarzeń od Smiley.

< Smiley? >

1 mar 2017

Azucar CD Rue

Prawie zakrztusiłem się sokiem pomarańczowym, który właśnie piłem, gdy Rue opowiadała mi o tym, jak utknęła w dziupli.
Czas mijał nam bardzo szybko na rozmawianiu, jedzeniu pyszności i oczywiście oglądaniu filmu. Nie wiem dokładnie, czy dziewczynie spodobał się film, ale nie zasnęła, a to już coś. Ja za każdym razem przeżywam ten film tak, jak za pierwszym razem, ale rozumiem, że nie każdy musi go lubić, a zwłaszcza osobnik płci pięknej, jakkolwiek stereotypowo to zabrzmiało. Z drugiej strony, dwóch umięśnionych facetów bez koszulek… nieco zakrwawionych, spoconych, posiniaczonych… No dobrze, rozumiem, że nie podzielała mojego entuzjazmu. Jednak mi, główny bohater z ksywką „Włoskiego ogiera” przypadł do gustu już za pierwszym razem, gdy go widziałem, czyli dawno temu.
Sama natomiast wolała oglądać filmy animowane. Również je lubiłem. Były przyjemne, mądre i zabawne.
- Jak mogłaś wskoczyć do dziupli? – zapytałem ledwo łapiąc oddech.
- Ty przez cały dzień siedziałeś w kurniku! – odgryzła się również ze śmiechem.
Wyglądaliśmy pewnie dziwnie. Oboje rzucaliśmy się na łóżku mówiąc na zmianę jakieś śmieszne teksty, albo przypominając sobie głupie sytuacje, a potem wybuchając śmiechem.
- Albo… albo… albo… - nie mogłem wydusić z siebie dużo patrząc jak kawałek ciastka, który Rue wzięła do buzi prawie jej wyleciał. – „Jesteś mój milordzie” – powiedziałem udając poważny głos.
- Gdzie masz tą koszulkę? – szybko zorientowała się o co chodzi.
- Poczekaj tu chwilę… - nakazałem i podbiegłem szybko to szafki z ubraniami i znalazłem w niej koszulkę, po czym ją założyłem, tamtą rzucając byle gdzie. – Tadam! – krzyknąłem pokazując się jej w t-shircie.
- No, czyż ona nie jest idealna? – spytała wskazując na ciuch.
- No oczywiście, przecież sama ją wybierałaś – przypomniałem znowu siadając obok.
- Pamiętam to! – krzyknęła i znowu zaczęliśmy się śmiać.
Potem było jeszcze gorzej, jeśli to w ogóle możliwe. Brechtaliśmy z byle powodu. Wtedy nawet mucha była zabawna. Bolał mnie brzuch, ale ponoć mówią, że śmiech to zdrowie. Jeśli to prawda, to ja już chyba jestem nieśmiertelny.
Chwilowo się opanowałem i spojrzałem na zegar. Było już dość późno. To znaczy, nie, żeby dwudziesta druga to dla mnie ciemna noc, jednak ja mógłbym siedzieć tak razem jeszcze długie godziny, a ona pewnie niedługo będzie chciała iść.
- Masz jakieś płyty z muzyką? – zapytała już dość spokojnie. Ruchem głowy wskazałem jej półkę z płytami, a ona podeszła do niej.
Chwilę później stało się to, czego nie przemyślałem, a czego powinienem się obawiać. Rue stała z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami trzymając w ręku płytę One Direction.
Nieco się przeraziłem i sekundę później znalazłem się obok, żeby jej ją zabrać, oczywiście na marne.
- O mój Boże – powiedziała powoli robiąc duże przerwy między słowami. – Azucar słucha One Direction! – zapiszczała
- Wcale nie! Kupiłem ją dla siostry! – próbowałem się bronić, ale na marne. Ona już wiedziała. Podskakując i nucąc jedną z ich piosenek włożyła płytę do radia.
Tak, słucham ich, ale nie tylko. Nie jestem ich wielkim fanem, po prostu mają spoko piosenki... Oprócz nich uwielbiam Bastille, ale oczywiście Rue musiała zwrócić uwagę na tą jedną płytę, spośród dwudziestu innych.
Usłyszałem pierwsze dźwięki piosenki „What makes you beautiful”. Dziewczyna zaczęła tańczyć i śpiewać, a ja pokręciłem przecząco głową.
W końcu wzięła mnie za rękę i nuciła piosenkę dalej.
Spojrzałem w jej rozbawione oczy i uśmiechnąłem się.
- Baby you light up my world like nobody else, the way that you flip your hair gets me overwhelmed,
but when you smile at the ground it ain't hard to tell – zacząłem śpiewać coraz głośniej tekst, który doskonale znałem.
- You don't know, oh oh, You don't know you're beautiful – wykrzyczeliśmy wspólnie skacząc.
Potem krzyczeliśmy tekst i skakaliśmy poruszając głowami w rytm piosenki.
Skończyliśmy, gdy ktoś zapukał do drzwi i uświadomił nam, że jest cisza nocna, więc musimy siedzieć cicho.
Gdy zamknąłem drzwi wybuchliśmy śmiechem, ale zmieniłem płytę na spokojniejszą i rozłożyliśmy się na łóżku podjadając żelki.
Nawet nie zauważyłem, gdy zrobiliśmy się coraz bardziej senni, aż w końcu oboje zasnęliśmy poddając się spokojnej melodii.

< Rue? >

28 lut 2017

Azucar CD Smiley

Przez moją głowę przebiegło milion myśli. Miałem ją rozśmieszyć, żeby dostać kawę. Doskonała okazja, na popis, jednak, jak na złość nie przychodziło mi do głowy nic nadzwyczajnego. Przynajmniej w ciągu kilku pierwszych sekund.
Na mojej twarzy zagościł chytry uśmieszek.
- Zgoda – odparłem, na ona opadła na oparcie upijając łyka swojej kawy i unosząc brwi. Wyprostowałem się i zacząłem mówić wierszyk, który właśnie na bieżąco wymyślałem.
- Dobre są słodycze na wszystkie okazje, z nimi wiążą się wszystkie moje fantazje. Gdy kupuję kokosanki… częstuje nimi wszystkie koleżanki. Niektórzy mówią, żebym uważał z ich spożyciem, ale ja i tak ich nie słucham bo… bo słodycze to moje życie! – zakończyłem dumny z siebie. Dziewczyna natomiast wpatrywała się we mnie z wielkim uśmiechem, jednak tylko zachichotała.
- Bardzo ładnie, ale to za mało. Postaraj się jeszcze – powiedziała i założyła ręce na piersi biorąc kolejnego łyka, na co tylko oblizałem usta.
To już było za wiele. Wpatrywanie się w to… przerosło mnie. Ta cieknąca czekolada, świeża bita śmietana i lody… Poszedłem na całość. Ona sama tego chciała, żeby nie było.
Wyciągnąłem z kieszeni telefon i puściłem pierwszą lepszą piosenkę disco polo. Okazało się, że to „Przez twe oczy zielone”.
Gdy rozbrzmiały pierwsze dźwięki wyraz twarzy Smiley pokazał lekkie zaskoczenie i może przerażenie, a wraz z pierwszymi słowami było można słyszeć również mój głos… Nie…. Raczej trzeba było słuchać mojego wycia.
Jak głośno tylko umiałem starałem się nadążać za muzyką.
Jednak to, że każdy się na nas gapił okazało się być za małym wyczynem, dlatego podniosłem się z miejsca i zacząłem wykonywać jakieś pokręcone ruchy, ale ona była uparta.
Rozejrzałem się dookoła i zauważyłem, że wszyscy reagują nadzwyczajnie dobrze, a że zdawałem sobie sprawę z tego, że wiele osób zna tą piosenkę krzyknąłem:
- Nie wstydźcie się, pomóżcie! – potem usłyszałem jakieś szmery, po czym grupka młodych ludzi również dołączyła do mnie swoim również niezbyt urodziwym głosem.
Gdy znowu nadszedł refren puściłem oczko zielonookiej kelnerce, na co zarumieniła się i chwilę później zniknęła za drzwiami dla personelu.
Piosenka dochodziła końca i coraz więcej osób przekonywało się do pomocy mi.
Nigdy nie miałem problemu, żeby zrobić z siebie idiotę. Zawsze miałem dystans do siebie.
Szczerze, spodziewałem się, że Smiley się zawstydzi i będzie kazała mi przestać, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Może po prostu lubiła patrzeć jak robię z siebie debila, w sumie, przynajmniej miałem ubaw.
Byłem już trochę zmęczony moim tańcem i śpiewem, jeśli można to tak nazwać, lecz nie zamierzałem się poddać, dopóki nie uzyskam jakieś konkretnej reakcji z jej strony, bo na razie tylko zakrywała usta ręką by ukryć, bądź powstrzymać śmiech.
Pod koniec piosenki z jej ruchu ust mogłem odczytać zdanie: Jesteś szalony.

< Smiley? >

25 lut 2017

Azucar CD Rue

Gra w monopol zajęła nam przynajmniej dwie godziny. W między czasie wypiliśmy herbatę i zjedliśmy połowę zrobionych wcześniej babeczek.
Rue oczywiście wygrała, bo jakżeby inaczej, jednak uważam, że szło mi naprawdę dobrze! Po prostu... ona miała więcej szczęścia.
Chowaliśmy wszystko do pudełka rozmawiając o naszej rozgrywce.
Później usiedliśmy koło siebie i zaczęliśmy gadać o innych duperelach. Opowiadaliśmy sobie różne śmieszne historie. Między innymi, opowiedziałem jej tą, w której bawiliśmy się z chłopakami w chowanego. Ja, zawsze byłem najlepszy w chowaniu się. Tak było też tym razem. Schowałem się w kącie kurnika, który był u nas na podwórku. Nie wiem ile tam siedziałem, w każdym bądź razie, moi koledzy przestali mnie szukać, bo poszli do domu na deser. Pamiętam, że nawet krzyczeli, żebym wyszedł i z nimi poszedł, a ja myślałem, że po prostu mnie nabierają, żeby mnie znaleźć. Dlatego pozostałem w ukryciu. Ponoć twierdzili, że już wcześniej uciekłem do domu, a to nie prawda. Potem, moja o rok młodsza kuzynka (miałem wtedy 8 lat) przyszła nakarmić kury. Jej mina, gdy mnie zobaczyła była bezcenna. Ja natomiast, nadal byłem w pełni przekonany, że gra nadal trwa, więc pociągnąłem ją do siebie, żeby mnie nie zdradziła i zakryłem jej usta ręką...
Rue wybuchnęła śmiechem przerywając mi opowieść. Również nie odmówiłem sobie szerokiego uśmiechu.
- Już, już... Opowiadaj dalej - powiedziała w końcu opanowując się.
- No więc... Ona po jakimś czasie mi się wyrwała i dałem jej dojść do słowa. Dowiedziałem się, że moja mama myśli, że poszedłem spać do jakiegoś kolegi i tylko dlatego nie byłem na deserze oraz nie było mnie w domu, a był już późny wieczór. Później była na mnie trochę obrażona... ta kuzynka, ale to drobiazg... Teraz mnie kocha... - oświadczyłem i złapałem się za serce.
- Oczywiście... - westchnęła i pokręciła głową.
- Naprawdę! Jestem jej ulubionym kuzynem! Mamy bardzo dobry kontakt... - mówiłem, a ona znowu przerwała mi mówiąc, że mi wierzy.
- Co robimy? - zapytała patrząc przed siebie.
- Możemy obejrzeć jakiś film - zaproponowałem, a ona zgodziła się. To było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Nakazałem, aby wybrała coś z mojej kolekcji, a sam w tym czasie zabrałem się za przygotowywanie popcornu.
Po chwili spojrzałem w jej stronę, aby zobaczyć co trzyma w dłoni. Okazało się, że był to film "Rocky". Jeden z moich ulubionych.
- O... Uwielbiam ten film! - zachwyciłem się jej wyborem. Ona jednak zmarszczyła brwi.
- Co to jest? - wytrzeszczyłem na nią oczy.
- Nie oglądałaś "Rocky'ego"?! To taka klasyka! Dobrze, siadaj, musisz to obejrzeć! - rozkazałem, a ona wzruszyła ramionami.
Włożyłem płytę, a chwilę później na ekranie pojawiły się pierwsze sceny. Mimo, że widziałem to wiele razy, nie chciałem przegapić ani minuty, dlatego chwilę później usiadłem obok z miską popcornu.
- Powiesz mi chociaż o czym to jest?
- Zaraz się dowiesz! Oglądaj! - odparłem zafascynowany, na co cicho zachichotała i zwróciła się w stronę filmu.

< Rue? >

15 lut 2017

Azucar CD Smiley

Tak zasłuchałem się w miły, spokojny głos Smiley oraz jej bajkę, że w ogóle zapomniałem, że jesteśmy na urodzinach i zajmujemy się grupką dzieci.
Dopiero, gdy poczułem lekkie uderzenie sobie o tym przypomniałem, więc odchrząknąłem i zacząłem mówić.... A przynajmniej taki miałem zamiar. W chwili, gdy otworzyłem usta, a oczy wszystkich tam zebranych skierowały się na mnie, usłyszeliśmy odgłos zamykania drzwi. Czyli wrócili.
Każdy z nas podniósł się z ziemi. Wydaje mi się, że oboje byliśmy nieźle zmęczeni, w przeciwieństwie do tych małych potworków.
Chwilę później stanęli przed nami państwo Whittemore z kilkoma siatkami zakupów.
- Jak się bawiliście? - spytała mama Alana odkładając torby na bok.
- Było super - powiedziało jedno z dzieci, na co reszta od razu zaczęła wszystko opowiadać. Wątpię, że ktoś coś zrozumiał z tych kilkunastu głosów, z których każdy mówił coś innego, mimo, że na ten sam temat.
Zaśmiałem się na ten widok. Alan z siostrą pewnie opowiedzą im wszystko później.
Dziewczyna również z uśmiechem obserwowała całą sytuację.
Później uwaga rodziców spoczęła na nas. Oboje zakryli usta chichocząc, a ja dopiero wtedy przypomniałem sobie, że przecież nadal mamy na sobie makijaż zrobiony przez dzieci.
- Jeśli chcecie, możecie umyć się... Łazienka jest na górze - pani Whittemore wskazała ręką, w którym kierunku powinniśmy się kierować. Zanim Smiley zdążyła coś powiedzieć, wtargnąłem się.
- Nie, dziękujemy, mamy niedaleko. Będziemy już iść - odpowiedziałem, na co pokiwali głowami. Tak naprawdę uznałem, że będzie zabawnie iść tak przez miasto, bo jednak kawałek musieliśmy przejść. - No... to cześć - powiedziałem do dzieci. Momentalnie zatrzymali się, jakby chcieli zrobić manequin challenge i spojrzeli na nas.
Dopiero później, gdy dotarło do nich, co powiedziałem podbiegli do nas. To znaczy, dziewczynki wolały pożegnać się ze Smiley, a ja byłem otoczony chłopcami.
Przybiłem niektórym żółwiki, piątki, z kilkoma mieliśmy już nasze własne pożegnanie. Już umawialiśmy się na jazdę na deskorolce, lecz przerwali nam rodzice, którzy oświadczyli, że przekażą mój numer ich rodzicom, jakby co i będziemy umawiać się już potem.
Nie chciałem się z nimi rozstawać, bo byli naprawdę genialni, ale szczerze, miałem ich już trochę dość.
Chyba nie byłbym dobrym ojcem... Nie dość, że uczyłbym dziecka niebezpiecznych sztuczek, to jeszcze karmiłbym go słodyczami, a na dodatek nie dawałbym sobie z resztą, tych mniej przyjemnych, obowiązkowych rzeczy. Już po jednym spotkaniu ze mną, jutro rozbolą ich brzuchy, a na nogach pojawią się siniaki.
W przeciwieństwie do Smiley, która jakby była stworzona do bycia matką! Dzieci słuchały jej jak zaczarowane, potrafiła je zająć, a jednocześnie czegoś nauczyć. Jest kreatywna, rozsądna i odpowiedzialna. Dobrze, że przyszła ze mną, bo sam nie dałbym sobie rady.
- O czym myślisz? - zapytała, gdy już szliśmy powoli w stronę namiotów.
- Nieważne... - uśmiechnąłem się, jednak widząc jej spojrzenie odpowiedziałem - o rodzicielstwie...
- I co? - dopytywała.
- Nic, nieważne... - zaśmiałem się. - Mam dziewiętnaście lat i najlepszego psa na świecie - powiedziałem sądząc, że odpowiedź jest chyba oczywista. Właściwie, nigdy nad tym nie myślałem. Mimo to, postanowiłem przełożyć to na moje rozmyślenia pod prysznicem, lub kiedy nie mogę zasnąć...
- Jak dokończyłbyś bajkę? - spytała. Zaśmiałem się.
- Nasi bohaterowie... - zmieniłem lekko swój głos. - Jak już wcześniej powiedziałaś, każdy był wyjątkowy - zacząłem i oboje ledwo powstrzymywaliśmy śmiech. - Każdy z nich, posiadał własnego smoka. To było ostatnie osiem smoków na świecie, dlatego były takie wyjątkowe. Każdy z nich posiadał potężną moc, związaną ze swoim właścicielem. Mimo, że mieli wiele przeszkód, nikt nie był w stanie ich pokonać. Ratowali świat wiele razy. W końcu dorośli, a ich magiczne moce, przeszły na ich dzieci. Najwyraźniej, Matka Natura uważa, że to właśnie one powinny nas ratować. Tak powstał wielki klan, który charakteryzował się smokami, które z wiekiem tylko zyskały na sile, zawsze najmłodsze pokolenie posiadało własne moce, do czasu, kiedy nie zyskali własnych dzieci. Legendy głoszą, że gdzieś na Ziemi jest ich wioska, kto wie? Może to prawda... - zakończyłem i wzruszyłem ramionami. Smiley nie zaśmiała się na końcu. Po prostu patrzyła na mnie z uśmiechem.
- To tylko bajka, wymyślona przez ciebie na totalnym spontanie. Chyba w to nie wierzysz? - zapytała przerywając chwilę ciszy.
- Wiesz.... Ponoć bajki stają się rzeczywistością, gdy ludzie zaczynają w nie wierzyć - odpowiedziałem. Później jednak stwierdziłem, że dość już tej filozofii. - Kawa? - zaproponowałem zatrzymując się przy kawiarni, obok której właśnie przechodziliśmy.

< Smiley? >

6 lut 2017

Azucar CD Rue

Obudziłem się, gdy poczułem, że Księżniczka kręci się już za bardzo. Ewidentnie musiała wyjść na dwór. Przetarłem ręką oczy i wstałem. Spojrzałem na zegarek i wytrzeszczyłem oczy. Było już dość późno. Poszedłem szybko do łazienki się ogarnąć, a Adda w tym czasie jadła śniadanie, które wcześniej ode mnie dostała. Byłem już gotowy, więc zapiąłem jej smycz i jak najszybciej opuściłem namiot, by dać się jej załatwić. Od razu spotkałem się z Rue, która towarzyszyła mi podczas spaceru.
Wyciągnąłem z kieszeni smakołyki, które wczoraj kupiliśmy i zawołałem psa, który hasał od jednego krzaczka, do drugiego.
Również trochę czytałem, więc wiedziałem jaką czynność wykonać, by nauczyć ją prostego "siadu".
Rękę ze smakołykiem prowadziłem za jej głowę, aby była zmuszona obejrzeć się za siebie, w wyniku czego musiała usiąść, a ja dokładnie w tym momencie powiedziałem komendę. Powtarzałem tak kilka razy, aż prowadzenie dłoni nad jej głową okazało się zbędne.
Nie chciałem dużej z nią trenować. I tak wszystko poszło genialnie, spisała się na medal. Rzuciłem jej kilka razy patyka i wróciliśmy.
Dziewczyna przez cały czas dawała mi podpowiedzi co zrobić, aby szybciej to załapała. Byłem jej za to ogromnie wdzięczny.
Już mieliśmy się rozdzielić, kiedy wpadłem na pomysł.
- Chcesz herbatę? - zapytałem
- Jasne - uśmiechnęła się i poszliśmy do mnie.
Suczka od razu rzuciła się do miski z wodą, na co zachichotałem. Nastawiłem wodę w czajniku i przygotowałem kubki.
Później w ciszy siedzieliśmy razem na łóżku, do czasu, kiedy nie oświadczyłem:
- Mam ochotę na babeczki.
- W sumie, ja też bym je zjadła - przyznała mi rację. Spojrzeliśmy sobie w oczy, a nasze uśmiechy stawały się coraz większe. W końcu pokiwaliśmy głowami i jak na rozkaz, wstaliśmy. Zalałem herbatę i odstawiłem ją na stolik obok.
Wtedy zajęliśmy się za robienie babeczek. Znalezienie dobrego przepisu nie zajęło nam dużo czasu. Przygotowaliśmy składniki i podzieliliśmy się robotą.
Po chwili stwierdziłem, że robi się trochę nudnie, więc "zupełnie przypadkiem" sypnąłem ją garścią mąki. Powoli podniosła swój wzrok na moją rozbawioną twarz. Postanowiłem jednak udawać, że nic się nie stało i czekałem na jej ruch.
Nie minęło dużo czasu, a poczułem jak jakaś ciesz rozlewa się po mojej głowie. Rozpoznałem jajko, gdy część żółtka spadła na blat.
Rzuciłem jej groźne spojrzenie i tym razem dostała ode mnie większa ilością mąki. Nie została mi dłużna i ponownie rozbiła na mnie jajko, podczas gdy ja obsypywałem ją mąką.
Później i ja chwyciłem za jajko, które wylądowało na jej ramieniu.
Mieliśmy z tego niezły ubaw. Skończyło się na tym, że nie wytrzymaliśmy ze śmiechu i zakończyliśmy bitwę.
Chociaż nie wiem, co wyglądało gorzej. My, czy mój pokój...

< Rue? >

5 lut 2017

Azucar CD Smiley

Od razu jak wszedłem, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. To miejsce to był jakiś raj. Pełno balonów, słodyczy...
Z chłopakami od razu złapaliśmy wspólny język. Już na początku ich pokochałem, za tą radość w oczach i totalne wyluzowanie.
Na początku oczywiście trochę się popisywałem, na co oni patrzyli z uznaniem, a później, dowiedziałem się, że kilku z nich również próbuje sztuczek, ale na deskorolce. Kiedyś na niej jeździłem, więc stwierdziłem, że mógłbym im trochę pomóc.
Pokazali mi co potrafią, a ja dałem im kilka pomysłów na triki, które od razu wypróbowali. Alan, czyli solenizant spróbował później utrzymać się na monocyklu, z czego inni mieli kupę śmiechu. No, i oczywiście później każdy chłopiec chciał spróbować.
Dziewczynki najpierw również patrzyły, a później zniknęły gdzieś, jednak nie zwróciłem na to bardzo uwagi, bo świetnie bawiłem się z chłopakami.
Dopiero po jakimś czasie skapnąłem się, że one złapały dobry kontakt ze Smiley, która malowała im coś na twarzach. Zorientowałem się w chwili, gdy kilku z moich podopiecznych zaczęło się z nich śmiać. Zabawne, że zapewne za kilka lat będą stawać na głowie, żeby im się przypodobać. Przypomniało mi się, że ja z kumplami również zawsze robiliśmy jakieś kawały dziewczynom z podwórka. Wydawało nam się, że są nudne i potrafią tylko grać w klasy. Zaśmiałem się na samą myśl o tym.
Później padła propozycja bitwy na poduszki... z zakładem. Zmierzyłem każdą dziewczynkę wzrokiem i podałem Smiley rękę.
Moja drużyna była bardzo pewna siebie.
- Tylko... chłopaki, dajcie im trochę fory na początku - puściłem im oczko, na co parsknęli śmiechem. Rzuciłem Smiley wyzywające spojrzenie, a ona zmrużyła oczy, jednak dalej żadne z nas nie przestawało się uśmiechać.
Wiedziałem, że najważniejsza jest zabawa, ale i tak chciałem wygrać. Albo... inaczej, moja drużyna chyba by nie przeżyła, gdybyśmy przegrali. Ale za to ich lubiłem.
- Uważaj na makijaż - krzyknął jeden z chłopców do koleżanki pokazując jej język, na co ona od razu walnęła go poduszką prosto w twarz, na co każdy z nas się zaśmiał, jednak ona była najwyraźniej wkurzona i nadal nie przestawała go bić. Wtedy się zaczęło. Inni chłopcy "ściągnęli" ją z niego, na co odpowiedziały pozostałe dziewczynki pomagając koleżance.
Ja, momentalnie wyszukałem w tłumie Smiley, a nasze spojrzenia się spotkały. Podbiegliśmy do siebie i spotkaliśmy się mniej więcej w połowie drogi zaczynając się bić. Na zmianę każde z nas dostawało po jednym uderzeniu. Dzieci bawiły się w najlepsze i wcale nie wyglądało na to, by któraś z drużyn wygrywała.
Po jakimś czasie, ktoś zauważył, że to bez sensu, bo będzie to trwało w nieskończoność. Dlatego moja genialna przyjaciółka, zaproponowała układ "wszyscy na Azucara". Dokładnie tak.
Nie zdążyłem nic powiedzieć, zanim grupka roześmianych dzieci rzuciła się na mnie przewracając na ziemię. Ona również mało co nie upadła dusząc się ze śmiechu. Zapewne była bardzo zadowolona ze swojego pomysłu. Już obmyślałem swoją zemstę, jednak dość częste uderzenia w moją twarz trochę mi przeszkadzały, więc postanowiłem się uratować.
- Kto chce tort? - zapytałem na jednym wdechu, korzystając z chwili, gdy jedna z dziewczynek nie uderzała mnie poduszką, na co wszyscy ucichli i zeszli ze mnie, a następnie mówili "ja" podnosząc rękę. Już chciałem odpocząć i pochłonąć pyszności, ale Smiley znowu pokrzyżowała mi plany.
- Najpierw... Co z zakładem?
- Przecież był remis - zauważył Alan.
- W takim razie chłopcy narysują coś na twarzy mi, a dziewczynki Azucarowi, będzie sprawiedliwie - powiedziała, na co wszyscy się zgodzili. Ja nie miałem prawa głosu. Przed oczami śmignęły mi różowe sukienki, które posadziły mnie na krześle. Na przeciwko już siedziała Smiley, która ledwo powstrzymywała śmiech patrząc, co one ze mną robią. Cieszyłem się, że ma dobry humor, oraz, że to ja wywołuję uśmiech na jej twarzy.
Końcowy efekt był taki... Ja, miałem na twarzy pełno serduszek, kwiatuszków, motylków i Bóg wie czego jeszcze, a chłopaki narysowali dziewczynie na twarzy coś na wzór maski Spidermana.
Oboje poszliśmy zobaczyć się do lustra, a dzieci już zasiadły przy stole czekając, aż wniesiemy tort.
- Wyglądasz uroczo - przyznała zasłaniając usta ręką, by ukryć swój chichot.
- To wszystko twoja wina... Nie zapomnę ci tego - pogroziłem jej palcem.
- Na to liczę - wystawiła mi język i ruszyła również zająć swoje miejsce. - Poradzisz sobie z tortem? - zapytała odchodząc, na co kiwnąłem głową.
Na wierzchu było napisanie "10 lat Alana" oraz jakieś wzorki. Zapaliłem świeczki i zaniosłem go do reszty.
Najpierw oczywiście zaśpiewaliśmy "sto lat", później solenizant pomyślał życzenie i zdmuchnął świeczki.
A potem, każdy zajęty był tylko niesamowitym smakiem tortu.

<Smiley?>